The Naturals. Tom IV. Więzy krwi - Jennifer Lynn Barnes

Kup ebooka

42.00 zł
32.76 zł (30,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 3

No cóż, sama frajda. - Lia ze­sko­czyła ze stołu, na któ­rym sie­działa.

Agent Vance wła­śnie przy­pro­wa­dził mnie do po­koju ob­ser­wa­cyj­nego. Ster­ling i Briggs na­dal wpa­try­wali się w po­miesz­cze­nie, z któ­rego przed chwilą wy­szłam. Po dru­giej stro­nie lu­stra we­nec­kiego straż­nicy pod­nie­śli Da­niela Red­dinga na nogi. Briggs - am­bitny i lu­biący ry­wa­li­za­cję, na swój spo­sób ide­ali­styczny - ni­gdy nie spoj­rzałby na Red­dinga ina­czej niż na po­twora, za­gro­że­nie. Ster­ling była bar­dziej po­wścią­gliwa, trzy­mała emo­cje na wo­dzy. Sto­so­wała się do usta­no­wio­nych wcze­śniej za­sad, łącz­nie z tą, która mó­wiła, że lu­dzie po­kroju Da­niela Red­dinga nie są w sta­nie osła­bić jej po­czu­cia kon­troli.

- Słowo daję - kon­ty­nu­owała Lia, ma­cha­jąc dło­nią - se­ryjni mor­dercy są strasz­nie prze­wi­dy­walni. Za­wsze to samo: "Chcę pa­trzeć, jak cier­pisz" oraz "Po­zwól mi cy­to­wać Szek­spira i wy­obra­żać so­bie, jak tań­czę nad two­imi zwło­kami".

Lia od­no­siła się tak lek­ce­wa­żąco do roz­mowy, któ­rej wła­śnie była świad­kiem, bo to, co usły­szała, po­ru­szyło ją rów­nie mocno jak mnie.

- Kła­mał? - spy­ta­łam.

Nie­ważne, jak mocno na­ci­ska­łam, Red­ding utrzy­my­wał, że nie zna na­zwi­ska więź­nia, któ­rego eks "zgi­nęła" jak moja matka, ale wie­dzia­łam, że nie mogę ufać sło­wom mi­strza ma­ni­pu­la­cji.

- Red­ding może wie­dzieć wię­cej, niż mówi - stwier­dziła Lia - ale nie kła­mie. Przy­naj­mniej w spra­wie Sta­rego Do­brego Kon­sor­cjum Psy­cho­pa­tycz­nych Se­ryj­nych Mor­der­ców. Na­cią­gnął tro­chę prawdę, mó­wiąc, że chce pa­trzeć, jak wspo­mniani psy­cho­paci się tobą zajmą.

- Oczy­wi­ście, że nie chce pa­trzeć. - Pró­bo­wa­łam nadać gło­sowi rów­nie non­sza­lancki ton jak Lia, żeby to wszystko nie miało ta­kiego zna­cze­nia. - To Da­niel Red­ding. Chce za­bić mnie oso­bi­ście.

Lia unio­sła brew.

- Wy­gląda na to, że tak dzia­łasz na lu­dzi.

Prych­nę­łam. Bio­rąc pod uwagę, że od­kąd do­łą­czy­łam do pro­gramu, nie je­den, lecz dwoje se­ryj­nych mor­der­ców wzięło mnie na ce­low­nik, nie mo­głam za bar­dzo ode­przeć tego stwier­dze­nia.

- Znaj­dziemy sprawę, o któ­rej mó­wił Red­ding - rzu­cił Briggs, od­wró­cił się i spoj­rzał na mnie i Lię. - Może to chwilę po­trwać, ale je­śli któ­ryś z więź­niów pa­suje do opisu, to go znaj­dziemy.

Agentka Ster­ling po­ło­żyła mi dłoń na ra­mie­niu.

- Cas­sie, zro­bi­łaś to, co trzeba było zro­bić. Dean by to zro­zu­miał.

Oczy­wi­ście, że by zro­zu­miał. To nie po­lep­sza sprawy.

Po­gar­sza ją.

- A je­śli cho­dzi o to, co Red­ding po­wie­dział o two­jej matce...

- Skoń­czy­li­śmy? - spy­tała ob­ce­sowo Lia, prze­ry­wa­jąc agentce Ster­ling.

Zna­łam już Lię na tyle, by wie­dzieć, żeby nie po­sy­łać jej wdzięcz­nego spoj­rze­nia. Ale by­łam jej wdzięczna. Nie chcia­łam oma­wiać tego, co Red­ding in­sy­nu­ował na te­mat mo­jej matki. Nie chcia­łam się za­sta­na­wiać, czy jest w tym choćby naj­mniej­sze ziarno prawdy.

Agentka Ster­ling zro­zu­miała ten prze­kaz. Gdy pro­wa­dziła nas do wyj­ścia, nie pró­bo­wała po­now­nie po­ru­szać tego te­matu.

Lia wzięła mnie pod ra­mię.

- Tak na przy­szłość - po­wie­działa z nie­ty­pową dla sie­bie de­li­kat­no­ścią w gło­sie - je­śli kie­dy­kol­wiek... - bę­dziesz chciała po­roz­ma­wiać, pod­po­wie­dział mi we­wnętrzny głos, bę­dziesz chciała się wy­ga­dać... - kie­dy­kol­wiek - po­wtó­rzyła ła­god­nie to­nem aż dźwię­czą­cym ze szcze­ro­ści - znów będę mu­siała słu­chać opo­wie­ści pod ty­tu­łem Trzy­mamy się za ręce. Ero­tyczne przy­gody Cas­sie i De­ana, ze­msz­czę się. I bę­dzie to ze­msta epicka.

Oprócz wy­kry­wa­nia kłamstw spe­cjal­no­ścią Lii było od­wra­ca­nie uwagi, które jed­nak czę­sto za­wie­rało w pa­kie­cie sporo zło­śli­wo­ści.

- Jaka ze­msta? - spy­ta­łam, po czę­ści wdzięczna za zmianę te­matu, ale i prze­ko­nana, że Lia nie ble­fuje.

Lia uśmiech­nęła się po­gar­dli­wie i mnie pu­ściła.

- Chcia­ła­byś wie­dzieć.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki
.

ROZ­DZIAŁ 2

Sto­jący przy drzwiach agent FBI wy­jął broń, gdy Red­ding przy­sko­czył do mnie. Wpa­try­wa­łam się w twarz mor­dercy, za­le­d­wie o kilka cen­ty­me­trów od mo­jej.

Chcesz, że­bym się wzdry­gnęła. W prze­mocy cho­dzi o do­mi­na­cję i kon­trolę - kto je ma, a kto nie.

- Nic mi nie jest - po­wie­dzia­łam.

Agent Vance od czasu do czasu współ­pra­co­wał z agen­tem Brig­g­sem, od­kąd do­łą­czy­łam do pro­gramu na­tu­ral­sów. Usta­lono, że bę­dzie trzy­mał straż, jako że za­równo Briggs, jak i jego part­nerka, agentka Ster­ling, zde­cy­do­wali się zo­stać po dru­giej stro­nie lu­stra we­nec­kiego. Oboje łą­czyła prze­szłość z Da­nie­lem Red­din­giem, a te­raz chcie­li­śmy sku­pić całą uwagę psy­cho­paty na mnie.

- Nie może mnie skrzyw­dzić - za­pew­ni­łam agenta Vance'a, wy­ma­wia­jąc te słowa do nich oby­dwu. - Po pro­stu od­sta­wia me­lo­dra­mat.

Wy­razy do­bie­ra­łam oszczęd­nie, tak by wcią­gnąć Red­dinga w grę na słow­nej sza­chow­nicy. Po­twier­dził już, że wie o ist­nie­niu tej kon­kret­nej grupy mor­der­ców. Te­raz mu­sia­łam się do­wie­dzieć, co wła­ści­wie sły­szał i od kogo.

Nie mo­głam się roz­ko­ja­rzyć.

- Nie mu­simy się draż­nić. - Red­ding na po­wrót roz­siadł się na swoim krze­śle i w ra­mach przy­zna­nia się do winy po­ka­zał Vance'owi skute ręce. Agent scho­wał broń do ka­bury. - Po pro­stu mó­wię otwar­cie. - Ką­ciki ust Red­dinga się wy­krzy­wiły, gdy na po­wrót na mnie spoj­rzał. - Pewne rze­czy są w sta­nie zła­mać czło­wieka. I ko­goś ta­kiego, na przy­kład twoją matkę, można ufor­mo­wać w coś no­wego... - Red­ding prze­chy­lił głowę w bok. Oczy miał przy­mknięte, jakby wła­śnie coś mu się śniło na ja­wie. - W coś wspa­nia­łego.

- Kim oni są? - spy­ta­łam, igno­ru­jąc przy­nętę. - Gdzie o nich usły­sza­łeś?

Długa prze­rwa.

- Po­wiedzmy, że coś wiem. - Twarz Red­dinga za­sty­gła. Gdy kon­ty­nu­ował, głos miał ni to ci­chy, ni to gło­śny. - Co do­stał­bym w za­mian?

Red­ding był in­te­li­gentny, wy­ra­cho­wany, sa­dy­styczny. I miał dwie ob­se­sje. To, co zro­bi­łeś swoim ofia­rom. I Dean.

Za­ci­snę­łam pię­ści. Wie­dzia­łam, co mu­szę po­wie­dzieć, i nie wąt­pi­łam, że to zro­bię. Nie­ważne, że mnie od tego mdliło. Nie­ważne, jak bar­dzo nie chcia­łam wy­po­wie­dzieć tych słów.

- Dean do­tyka mnie te­raz czę­ściej niż wcze­śniej. - Spoj­rza­łam na stół, na swoje ręce. Trzę­sły się. Zmu­si­łam się, żeby ob­ró­cić lewą dłoń i do­tknąć pra­wej. - Oplata pal­cami moje palce, a kciu­kiem... - Prze­łknę­łam gło­śno ślinę i mu­snę­łam kciu­kiem wnę­trza dłoni. - Kciu­kiem za­ta­cza mi małe kółka w tym miej­scu. Cza­sami ob­ry­so­wuje pal­cami kształt mo­jej dłoni. Cza­sami... - Głos uwiązł mi w gar­dle. - Cza­sami do­ty­kam pal­cami jego blizn.

- Ma je ode mnie. - Wi­dzia­łam, jak Red­ding de­lek­tuje się mo­imi sło­wami. Bę­dzie to ro­bił jesz­cze przez długi czas.

Zro­biło mi się nie­do­brze. Da­lej Cas­sie. Nie masz wyj­ścia.

- Śnisz się De­anowi. - Czu­łam się, jak­bym miała w ustach ostry jak brzy­twa pa­pier ścierny, lecz mu­sia­łam mó­wić da­lej. - Cza­sami bu­dzi się z kosz­maru i nie wi­dzi, co jest przed nim. Wi­dzi tylko cie­bie.

Opo­wia­da­nie ojcu De­ana ta­kich rze­czy nie było je­dy­nie za­wie­ra­niem paktu z dia­błem. Za­prze­da­wa­łam wła­sną du­szę. By­łam nie­bez­piecz­nie bli­sko za­prze­da­nia du­szy De­ana.

- Nie po­wiesz mo­jemu sy­nowi, co zro­bi­łaś, że­bym za­czął mó­wić. - Red­ding bęb­nił pal­cami po stole. - Ale za każ­dym ra­zem, gdy do­tknie two­jej dłoni, gdy ty do­tkniesz jego blizn, przy­po­mni ci się ta roz­mowa. Będę tam. Na­wet je­śli chło­pak nie bę­dzie o tym wie­dział, ty bę­dziesz.

- Po­wiedz, co wiesz - rzu­ci­łam, a słowa ka­le­czyły mi gar­dło.

- W po­rządku. - Na ustach Red­dinga wi­dać było sa­tys­fak­cję. - Ści­gana przez cie­bie grupa szuka kon­kret­nego typu za­bójcy. Ta­kiego, który tę­skni za by­ciem czę­ścią cze­goś więk­szego. Za przy­na­leż­no­ścią.

Tak od­pła­cał mi po­twór.

- Ja taki nie je­stem - kon­ty­nu­ował Red­ding. - Ale uważ­nie słu­cham. Przez te wszyst­kie lata sły­sza­łem tro­chę plo­tek. Szep­tów. Le­gend miej­skich. O Mi­strzach i uczniach, ry­tu­ałach i za­sa­dach. - Nieco prze­krzy­wił głowę w bok. Ob­ser­wo­wał moją re­ak­cję, jak gdyby po­tra­fił do­strzec pracę mo­jego mó­zgu i uznał ją za fa­scy­nu­jącą. - Wiem, że każdy Mistrz wy­biera swo­jego na­stępcę. Nie wiem, ilu ich jest. Nie wiem, kim są ani gdzie na­leży ich szu­kać.

Po­chy­li­łam się do przodu.

- Ale wie­dzia­łeś, że więżą moją matkę. Wie­dzia­łeś, że nie umarła.

- Po pro­stu do­strze­gam wzory. - Red­ding lu­bił mó­wić o so­bie. De­mon­stro­wał mi swoją wyż­szość, ale też FBI, Brig­g­sowi i Ster­ling, któ­rych pew­nie po­dej­rze­wał o obec­ność za szybą. - Nie­długo po tym, jak tu tra­fi­łem, do­wie­dzia­łem się o in­nym więź­niu. Zo­stał ska­zany za za­mor­do­wa­nie swo­jej eks, ale upie­rał się, że ona wciąż żyje. Ni­gdy nie zna­le­ziono ciała. Je­dy­nie ogromną ilość krwi - oskar­ży­ciele prze­ko­ny­wali, że było jej zbyt dużo, by ofiara mo­gła prze­żyć.

Te słowa za­brzmiały tak zna­jomo, że aż ciarki prze­szły mnie po ple­cach. Gar­de­roba mo­jej matki. Moja ręka szu­ka­jąca ner­wowo włącz­nika świa­tła. Palce do­ty­ka­jące cze­goś lep­kiego, mo­krego, cie­płego i...

- I do­sze­dłeś do wnio­sku, że ta grupa była w to za­mie­szana? - Le­d­wie sły­sza­łam, jak za­daję to py­ta­nie, ogłu­szona bi­ciem wła­snego serca.

Red­ding uniósł lewy ką­cik ust.

- Każde im­pe­rium po­trze­buje kró­lo­wej.

Było w tym coś wię­cej. Mu­siało być.

- Wiele lat póź­niej - do­dał - sam zde­cy­do­wa­łem się wziąć ucznia.

Wła­ści­wie było ich trzech, ale wie­dzia­łam, o któ­rym mówi:

- Web­bera.

Naj­pierw mnie po­rwał, a po­tem wy­pu­ścił w le­sie i urzą­dził so­bie po­lo­wa­nie. Jak­bym była zwie­rzyną łowną.

- Do­wie­dzia­łem się od niego kilku rze­czy. O De­anie. O Brig­g­sie. O to­bie. Oraz o agentce spe­cjal­nej La­cey Locke.

Locke, moja pierw­sza men­torka w FBI, uro­dziła się jako La­cey Hob­bes, młod­sza sio­stra mo­jej matki. Skoń­czyła jako se­ryjna mor­der­czyni, raz po raz od­twa­rza­jąc mor­der­stwo mo­jej matki.

Wcale nie mor­der­stwo, upo­mnia­łam się. Locke za­bi­jała ko­biety po­dobne do swo­jej sio­stry, wciąż od nowa od­gry­wała jej śmierć, pod­czas gdy Lo­re­lai Hob­bes cały czas żyła.

- Po­zna­łeś szcze­góły sprawy mo­jej matki. - Mu­sia­łam się skon­cen­tro­wać na tu i te­raz, na Red­dingu. - Do­strze­głeś po­wią­za­nie.

- Szepty. Po­gło­ski. Le­gendy miej­skie - po­wtó­rzył Red­ding. - Mi­strzo­wie i ucznio­wie, ry­tu­ały i za­sady, a w środku tego wszyst­kiego ko­bieta. - Oczy mu za­bły­sły. - Bar­dzo szcze­gólna ko­bieta.

Usta, ję­zyk i gar­dło mia­łam kom­plet­nie su­che, nie by­łam w sta­nie wy­du­sić z sie­bie słów.

- Jaka?

- Taka, którą można ufor­mo­wać w coś wspa­nia­łego. - Red­ding za­mknął oczy, głos aż wi­bro­wał mu z za­do­wo­le­nia. - W coś no­wego.

.

TY

Bie­rzesz nóż. Pod­cho­dzisz do ka­mien­nego stołu, te­stu­jesz w dłoni wy­wa­że­nie ostrza.

Koło się ob­raca. Ofiara ob­raca się ra­zem z nim, przy­kuta do ka­mie­nia łań­cu­chem. Ciało i du­sza.

- Wszy­scy są pod­da­wani pró­bie. - Wy­ma­wiasz te słowa, prze­su­wa­jąc tępą stroną noża po szyi ofiary. - Wszy­scy mu­szą udo­wod­nić, że są nas godni.

W two­ich ży­łach bu­zuje po­czu­cie mocy. To twoja de­cy­zja. Twój wy­bór. Je­den ruch nad­garstka i krew po­pły­nie. Koło się za­trzyma.

Ale bez po­rządku ist­nieje chaos. Bez po­rządku ist­nieje ból.

- Czego ci trzeba? - Po­chy­lasz się, kiedy szep­czesz te sta­ro­żytne słowa. Nóż w ręce kie­ruje się ku szyi ofiary. Mo­żesz ją za­bić, ale bę­dzie cię to kosz­to­wać. Sie­dem dni i sie­dem ro­dza­jów bólu. Koło ni­gdy nie prze­staje się ob­ra­cać na długo.

- Czego mi trzeba? - Ofiara po­wta­rza py­ta­nie. Uśmie­cha się, kiedy krew spływa po na­giej klatce pier­sio­wej. - Dzie­wię­ciu.

Ty­tuł ory­gi­nału Bad Blood, Twe­lve
Co­py­ri­ght ? 2016 by Jen­ni­fer Lynn Bar­nes Twe­lve co­py­ri­ght ? 2017 by Jen­ni­fer Lynn Bar­nes Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Ma­ca­da­mia Li­te­rary Agency and Cur­tis Brown, Ltd. The mo­ral ri­ghts of the au­thor have been as­ser­ted.
Tłu­ma­cze­nie Bad Blood Piotr Za­wadaPierw­sze wy­da­nie: Wy­daw­nic­two Pas­cal Sp. z o.o., 2017 r.
Tłu­ma­cze­nie Twe­lve Zu­zanna Pa­jew­ska Co­py­ri­ght ? 2024 for the Po­lish trans­la­tion by Me­dia Ro­dzina Sp. z o.o.
Co­ver art co­py­ri­ght ? 2023 by Katt Phatt Co­ver de­sign by Ka­rina Granda Co­ver co­py­ri­ght ? 2023 by Ha­chette Book Group, Inc.
Opra­co­wa­nie pol­skiej wer­sji okładki An­drzej Ko­men­dziń­ski
Skład i ła­ma­nieRa­do­sław Stęp­niak
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Prze­druk lub ko­pio­wa­nie ca­ło­ścialbo frag­men­tów książki - z wy­jąt­kiem cy­ta­tów w ar­ty­ku­łach i prze­glą­dach kry­tycz­nych - moż­liwe jest tylko na pod­sta­wie­pi­sem­nej zgody wy­dawcy.
Me­dia Ro­dzina po­piera ści­słą ochronę praw au­tor­skich. Prawo au­tor­skie po­bu­dza róż­no­rod­ność, na­pę­dza kre­atyw­ność, pro­muje wol­ność słowa, przy­czy­nia się do two­rze­nia ży­wej kul­tury. Dzię­ku­jemy, że prze­strze­gasz praw au­tor­skich, a więc nie ko­piu­jesz, nie ska­nu­jesz i nie udo­stęp­niasz ksią­żek pu­blicz­nie. Dzię­ku­jemy za to, że wspie­rasz au­to­rów i po­zwa­lasz wy­daw­com na­dal pu­bli­ko­wać ich książki.
ISBN 978-83-8265-969-6
Must Read jest im­prin­tem wy­daw­nic­twa Me­dia Ro­dzina Sp. z o.o. ul. Pa­sieka 24, 61-657 Po­znań tel. 61 827 08 50 wy­daw­nic­two@me­dia­ro­dzina.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

ROZ­DZIAŁ 1

Se­ryjny mor­derca na­prze­ciwko mnie ma ta­kie same oczy jak jego syn. Iden­tyczny kształt. Iden­tyczny ko­lor. Ale ten błysk, ta iskra ocze­ki­wa­nia - są cał­ko­wi­cie twoje.

Do­świad­cze­nie - oraz moi men­to­rzy z FBI - na­uczyło mnie, że mogę za­głę­biać się w umy­sły in­nych lu­dzi nie po­przez roz­mowę o nich, lecz mó­wiąc do nich. Pod­da­łam się chęci pro­fi­lo­wa­nia, czy­ta­łam czło­wieka sie­dzą­cego przede mną. Skrzyw­dzisz mnie, je­śli bę­dziesz mógł. Wie­dzia­łam o tym, jesz­cze za­nim przy­szłam do tego wię­zie­nia o za­ostrzo­nym ry­go­rze i za­nim uj­rza­łam sub­telny uśmiech wy­kwi­ta­jący na twa­rzy Da­niela Red­dinga, gdy na­sze oczy się spo­tkały. Krzyw­dząc mnie, skrzyw­dzisz chło­paka. Za­głę­bia­łam się co­raz bar­dziej w psy­cho­pa­tyczną per­spek­tywę Red­dinga. A chło­pak na­leży do cie­bie, mógł­byś go krzyw­dzić.

Nie miało zna­cze­nia, że ręce Da­niela Red­dinga były skute kaj­dan­kami i przy­pięte łań­cu­chem do stołu. Nie miało zna­cze­nia, że przy drzwiach stał uzbro­jony agent FBI. Czło­wiek przede mną był jed­nym z naj­bru­tal­niej­szych se­ryj­nych mor­der­ców na świe­cie i je­śli tylko po­zwo­li­ła­bym mu uzy­skać nad sobą prze­wagę, z pew­no­ścią wy­pa­liłby w mo­jej du­szy ślad - tak, jak wy­pa­lał li­terę R w cia­łach swo­ich ofiar.

Zwiąż je. Na­znacz. Po­tnij. Po­wieś.

Tak Red­ding za­bi­jał swoje ofiary. Ale to nie dla­tego dziś tu przy­szłam.

- Po­wie­dzia­łeś mi kie­dyś, że ni­gdy nie znajdę czło­wieka, który za­bił moją matkę. - Mój głos brzmiał dużo spo­koj­niej niż to, co działo się w mo­jej gło­wie. Zna­łam tego kon­kret­nego psy­cho­patę wy­star­cza­jąco do­brze, by wie­dzieć, że bę­dzie chciał wy­pro­wa­dzić mnie z rów­no­wagi. Spró­bu­jesz wnik­nąć w mój umysł, ni­czym ziarna za­siać py­ta­nia i wąt­pli­wo­ści, tak żeby część cie­bie wy­szła z tego wię­zie­nia ra­zem ze mną.

Tak po­stą­pił kilka mie­sięcy wcze­śniej, gdy po­dzie­lił się wia­do­mo­ścią o mo­jej matce. I dla­tego by­łam tu dziś.

- Tak po­wie­dzia­łem? - spy­tał Red­ding, de­li­kat­nie się uśmie­cha­jąc. - Brzmi to jak coś, o czym mo­głem wspo­mnieć, ale... - Wzru­szył ra­mio­nami w wy­ćwi­czo­nym ru­chu. Skrzy­żo­wa­łam ręce na stole i cze­ka­łam. To ty chcia­łeś, że­bym tu przy­szła. To ty za­sta­wi­łeś przy­nętę. A ja wła­śnie ją ła­pię.

W końcu Red­ding prze­rwał ci­szę.

- Z pew­no­ścią masz mi coś jesz­cze do po­wie­dze­nia. - Jako mor­derca Red­ding po­tra­fił być cier­pliwy, ale wy­łącz­nie na swo­ich wa­run­kach, nie na mo­ich. - Osta­tecz­nie - kon­ty­nu­ował ni­skim gło­sem - mamy ze sobą wiele wspól­nego.

Wie­dzia­łam, że na­wią­zuje do mo­jej re­la­cji z jego sy­nem. Wie­dzia­łam też, że aby do­stać to, na czym mi za­leży, nie mo­głam uni­kać tego te­matu.

- Masz na my­śli De­ana.

Gdy wy­po­wie­dzia­łam to imię, krzywy uśmiech Red­dinga tylko się po­głę­bił. Mój chło­pak - rów­nież je­den z na­tu­ral­sów - nie wie­dział, że tu je­stem. Na­le­gałby, żeby pójść ze mną, a nie mo­głam mu tego zro­bić. Da­niel Red­ding był mi­strzem ma­ni­pu­la­cji, ale żadne jego słowa nie mo­głyby mnie skrzyw­dzić tak mocno, jak do­tknę­łyby De­ana.

- Czy mój syn uważa, że się w to­bie ko­cha? - Red­ding na­chy­lił się do przodu i skrzy­żo­wał skute ręce, na­śla­du­jąc mnie. - Czy w nocy za­kra­dasz się do jego po­koju? Czy wsuwa dło­nie w twoje włosy? - Wy­raz twa­rzy Red­dinga zła­god­niał. - Czy gdy Dean trzyma cię w swych ra­mio­nach - wy­szep­tał me­lo­dyj­nym to­nem - za­sta­na­wiasz się, jak nie­wiele bra­kuje, by skrę­cił ci kark?

- To musi być przy­kre - stwier­dzi­łam spo­koj­nie - wie­dzieć tak nie­wiele o wła­snym synu.

Je­śli Red­ding chciał mnie skrzyw­dzić, po­wi­nien po­sta­rać się bar­dziej, niż pró­bu­jąc spra­wić, bym zwąt­piła w De­ana. Je­śli chciał - jak po­wie­dział - prze­śla­do­wać mnie przez naj­bliż­sze dni i ty­go­dnie, mu­siałby tra­fić w naj­czul­sze miej­sce. Naj­słab­sze.

- To musi być przy­kre - po­wtó­rzył po mnie Red­ding - wie­dzieć tak nie­wiele o tym, co się przy­da­rzyło two­jej matce.

W my­ślach ude­rzył mnie na­gle wi­dok ocie­ka­ją­cej krwią gar­de­roby mamy, ale za­cho­wa­łam sto­icki spo­kój. Na­pro­wa­dzi­łam atak Red­dinga na bo­lące miej­sce, ale dzięki temu skie­ro­wa­łam roz­mowę tam, gdzie za­mie­rza­łam.

- Czy to nie dla­tego tu je­steś? - spy­tał Red­ding. Jego głos był ni­ski i ak­sa­mitny. - Do­wie­dzieć się, co wiem o mor­der­stwie two­jej matki?

- Je­stem tu - od­po­wie­dzia­łam, wpa­tru­jąc się w niego prze­ni­kli­wie - bo wiem, że gdy przy­się­ga­łeś mi, że ni­gdy nie znajdę mor­dercy mo­jej matki, mó­wi­łeś prawdę.

Każde z pię­ciorga na­sto­lat­ków z pro­gramu FBI miało swoją spe­cjal­ność. Moją było pro­fi­lo­wa­nie. Lii Zhang wy­kry­wa­nie kłamstw. Wiele mie­sięcy temu po­twier­dziła, że szy­der­cze słowa ojca De­ana to prawda. Wy­czu­wa­łam te­raz Lię po dru­giej stro­nie lu­stra we­nec­kiego, go­tową po­dzie­lić na prawdę i kłam­stwa każde zda­nie wy­po­wie­dziane przez Red­dinga.

Czas wy­ło­żyć karty na stół.

- Chcę wie­dzieć - oznaj­mi­łam mor­dercy na­prze­ciw mnie, pod­kre­śla­jąc każde słowo - ja­kiego ro­dzaju prawdę mó­wi­łeś. Czy za­pew­nia­łeś mnie, że ni­gdy nie znajdę mor­dercy mo­jej matki dla­tego, że uwa­żasz, że była to mor­der­czyni? - Prze­rwa­łam. - Czy może masz pod­stawy są­dzić, że moja matka wciąż żyje?

Dzie­sięć ty­go­dni. Tyle wła­śnie szu­ka­li­śmy ja­kiejś po­szlaki - ja­kiej­kol­wiek, nie­ważne jak ma­łej - cze­goś, co do­pro­wa­dzi­łoby nas do se­ryj­nych mor­der­ców, któ­rzy spre­pa­ro­wali śmierć mo­jej matki pra­wie sześć lat wcze­śniej. Lu­dziom, któ­rzy od tego czasu trzy­mali ją w za­mknię­ciu.

- To nie jest zwy­kła wi­zyta, prawda? - Red­ding od­chy­lił się na krze­śle. Prze­chy­lił głowę. Jego oczy, oczy De­ana, bacz­nie mi się przy­glą­dały. - Wcale nie osią­gnę­łaś punktu kry­tycz­nego, a moje słowa nie prze­śla­dują cię od mie­sięcy. Cze­goś się do­wie­dzia­łaś.

Wie­dzia­łam, że moja matka żyje. Że te po­twory ją więżą. I że zro­bię wszystko, łącz­nie z za­wie­ra­niem paktu z dia­błem, żeby ich zła­pać. Żeby spro­wa­dzić ją do domu.

- Jak byś za­re­ago­wał - spy­ta­łam Red­dinga - gdy­bym po­wie­działa, że ist­nieje tajne sto­wa­rzy­sze­nie se­ryj­nych mor­der­ców, które co trzy lata mor­duje dzie­więć osób? - Sły­sza­łam w swoim gło­sie na­pię­cie. Nie brzmia­łam jak ja. - Gdy­bym po­wie­działa ci, że ro­bią to ry­tu­al­nie, że za­bi­jają od po­nad stu lat i że to ja ich zła­pię?

Red­ding się na­chy­lił.

- Po­wie­dział­bym, że chciał­bym tam być, żeby zo­ba­czyć, co to sto­wa­rzy­sze­nie ci zrobi po tym, jak na nie tra­fisz. Żeby pa­trzeć, jak będą cię roz­ry­wać na czę­ści, ka­wa­łek po ka­wałku.

No da­lej, ty chory po­two­rze. Mów da­lej, co mi zro­bią.

Po­wiedz wszystko, co wiesz.

Red­ding na­gle prze­rwał i za­chi­cho­tał.

- Sprytna z cie­bie dziew­czyna, co? Spra­wiasz, że opo­wia­dam ta­kie rze­czy. Ro­zu­miem, co wi­dzi w to­bie mój chło­pak.

Drgnął mi mię­sień szczęki. Pra­wie go mia­łam. By­łam tak bli­sko...

- Wiesz, jak to było u Szek­spira? - Oprócz ogromu in­nych uj­mu­ją­cych cech sie­dzący na­prze­ciw mnie se­ryjny mor­derca miał upodo­ba­nie do barda.

- "Rze­tel­nym bądź sam wzglę­dem sie­bie"[1] - za­su­ge­ro­wa­łam po­nuro. Ła­ma­łam so­bie głowę, jak na­kie­ro­wać go z po­wro­tem na te­mat, jak go zmu­sić do po­dzie­le­nia się tym, co wie.

- Red­ding uśmiech­nął się, od­sła­nia­jąc zęby.

- My­śla­łem o Bu­rzy. "Próżne pie­kło, bo tu się czar­tów całe gniazdo zwle­kło"[2].

- Czar­tów całe gniazdo. Mor­derca na­prze­ciw. Wy­na­tu­rzona sekta, która poj­mała moją matkę.

Sied­miu Mi­strzów, wy­szep­tał mi głos z pa­mięci. Py­tia.

I Dzie­wię­ciu.

- Z tego, co o nich sły­sza­łem - mó­wił Red­ding - i skoro mają twoją matkę od tylu lat... - Bez ostrze­że­nia przy­bli­żył swoją twarz do mo­jej, na ile po­zwa­lały mu łań­cu­chy. - Sama może być nie­złym dia­błem.