ROZDZIAŁ 2
Stojący przy drzwiach agent FBI wyjął broń, gdy Redding przyskoczył do mnie. Wpatrywałam się w twarz mordercy, zaledwie o kilka centymetrów od mojej.
Chcesz, żebym się wzdrygnęła. W przemocy chodzi o dominację i kontrolę - kto je ma, a kto nie.
- Nic mi nie jest - powiedziałam.
Agent Vance od czasu do czasu współpracował z agentem Briggsem, odkąd dołączyłam do programu naturalsów. Ustalono, że będzie trzymał straż, jako że zarówno Briggs, jak i jego partnerka, agentka Sterling, zdecydowali się zostać po drugiej stronie lustra weneckiego. Oboje łączyła przeszłość z Danielem Reddingiem, a teraz chcieliśmy skupić całą uwagę psychopaty na mnie.
- Nie może mnie skrzywdzić - zapewniłam agenta Vance'a, wymawiając te słowa do nich obydwu. - Po prostu odstawia melodramat.
Wyrazy dobierałam oszczędnie, tak by wciągnąć Reddinga w grę na słownej szachownicy. Potwierdził już, że wie o istnieniu tej konkretnej grupy morderców. Teraz musiałam się dowiedzieć, co właściwie słyszał i od kogo.
Nie mogłam się rozkojarzyć.
- Nie musimy się drażnić. - Redding na powrót rozsiadł się na swoim krześle i w ramach przyznania się do winy pokazał Vance'owi skute ręce. Agent schował broń do kabury. - Po prostu mówię otwarcie. - Kąciki ust Reddinga się wykrzywiły, gdy na powrót na mnie spojrzał. - Pewne rzeczy są w stanie złamać człowieka. I kogoś takiego, na przykład twoją matkę, można uformować w coś nowego... - Redding przechylił głowę w bok. Oczy miał przymknięte, jakby właśnie coś mu się śniło na jawie. - W coś wspaniałego.
- Kim oni są? - spytałam, ignorując przynętę. - Gdzie o nich usłyszałeś?
Długa przerwa.
- Powiedzmy, że coś wiem. - Twarz Reddinga zastygła. Gdy kontynuował, głos miał ni to cichy, ni to głośny. - Co dostałbym w zamian?
Redding był inteligentny, wyrachowany, sadystyczny. I miał dwie obsesje. To, co zrobiłeś swoim ofiarom. I Dean.
Zacisnęłam pięści. Wiedziałam, co muszę powiedzieć, i nie wątpiłam, że to zrobię. Nieważne, że mnie od tego mdliło. Nieważne, jak bardzo nie chciałam wypowiedzieć tych słów.
- Dean dotyka mnie teraz częściej niż wcześniej. - Spojrzałam na stół, na swoje ręce. Trzęsły się. Zmusiłam się, żeby obrócić lewą dłoń i dotknąć prawej. - Oplata palcami moje palce, a kciukiem... - Przełknęłam głośno ślinę i musnęłam kciukiem wnętrza dłoni. - Kciukiem zatacza mi małe kółka w tym miejscu. Czasami obrysowuje palcami kształt mojej dłoni. Czasami... - Głos uwiązł mi w gardle. - Czasami dotykam palcami jego blizn.
- Ma je ode mnie. - Widziałam, jak Redding delektuje się moimi słowami. Będzie to robił jeszcze przez długi czas.
Zrobiło mi się niedobrze. Dalej Cassie. Nie masz wyjścia.
- Śnisz się Deanowi. - Czułam się, jakbym miała w ustach ostry jak brzytwa papier ścierny, lecz musiałam mówić dalej. - Czasami budzi się z koszmaru i nie widzi, co jest przed nim. Widzi tylko ciebie.
Opowiadanie ojcu Deana takich rzeczy nie było jedynie zawieraniem paktu z diabłem. Zaprzedawałam własną duszę. Byłam niebezpiecznie blisko zaprzedania duszy Deana.
- Nie powiesz mojemu synowi, co zrobiłaś, żebym zaczął mówić. - Redding bębnił palcami po stole. - Ale za każdym razem, gdy dotknie twojej dłoni, gdy ty dotkniesz jego blizn, przypomni ci się ta rozmowa. Będę tam. Nawet jeśli chłopak nie będzie o tym wiedział, ty będziesz.
- Powiedz, co wiesz - rzuciłam, a słowa kaleczyły mi gardło.
- W porządku. - Na ustach Reddinga widać było satysfakcję. - Ścigana przez ciebie grupa szuka konkretnego typu zabójcy. Takiego, który tęskni za byciem częścią czegoś większego. Za przynależnością.
Tak odpłacał mi potwór.
- Ja taki nie jestem - kontynuował Redding. - Ale uważnie słucham. Przez te wszystkie lata słyszałem trochę plotek. Szeptów. Legend miejskich. O Mistrzach i uczniach, rytuałach i zasadach. - Nieco przekrzywił głowę w bok. Obserwował moją reakcję, jak gdyby potrafił dostrzec pracę mojego mózgu i uznał ją za fascynującą. - Wiem, że każdy Mistrz wybiera swojego następcę. Nie wiem, ilu ich jest. Nie wiem, kim są ani gdzie należy ich szukać.
Pochyliłam się do przodu.
- Ale wiedziałeś, że więżą moją matkę. Wiedziałeś, że nie umarła.
- Po prostu dostrzegam wzory. - Redding lubił mówić o sobie. Demonstrował mi swoją wyższość, ale też FBI, Briggsowi i Sterling, których pewnie podejrzewał o obecność za szybą. - Niedługo po tym, jak tu trafiłem, dowiedziałem się o innym więźniu. Został skazany za zamordowanie swojej eks, ale upierał się, że ona wciąż żyje. Nigdy nie znaleziono ciała. Jedynie ogromną ilość krwi - oskarżyciele przekonywali, że było jej zbyt dużo, by ofiara mogła przeżyć.
Te słowa zabrzmiały tak znajomo, że aż ciarki przeszły mnie po plecach. Garderoba mojej matki. Moja ręka szukająca nerwowo włącznika światła. Palce dotykające czegoś lepkiego, mokrego, ciepłego i...
- I doszedłeś do wniosku, że ta grupa była w to zamieszana? - Ledwie słyszałam, jak zadaję to pytanie, ogłuszona biciem własnego serca.
Redding uniósł lewy kącik ust.
- Każde imperium potrzebuje królowej.
Było w tym coś więcej. Musiało być.
- Wiele lat później - dodał - sam zdecydowałem się wziąć ucznia.
Właściwie było ich trzech, ale wiedziałam, o którym mówi:
- Webbera.
Najpierw mnie porwał, a potem wypuścił w lesie i urządził sobie polowanie. Jakbym była zwierzyną łowną.
- Dowiedziałem się od niego kilku rzeczy. O Deanie. O Briggsie. O tobie. Oraz o agentce specjalnej Lacey Locke.
Locke, moja pierwsza mentorka w FBI, urodziła się jako Lacey Hobbes, młodsza siostra mojej matki. Skończyła jako seryjna morderczyni, raz po raz odtwarzając morderstwo mojej matki.
Wcale nie morderstwo, upomniałam się. Locke zabijała kobiety podobne do swojej siostry, wciąż od nowa odgrywała jej śmierć, podczas gdy Lorelai Hobbes cały czas żyła.
- Poznałeś szczegóły sprawy mojej matki. - Musiałam się skoncentrować na tu i teraz, na Reddingu. - Dostrzegłeś powiązanie.
- Szepty. Pogłoski. Legendy miejskie - powtórzył Redding. - Mistrzowie i uczniowie, rytuały i zasady, a w środku tego wszystkiego kobieta. - Oczy mu zabłysły. - Bardzo szczególna kobieta.
Usta, język i gardło miałam kompletnie suche, nie byłam w stanie wydusić z siebie słów.
- Jaka?
- Taka, którą można uformować w coś wspaniałego. - Redding zamknął oczy, głos aż wibrował mu z zadowolenia. - W coś nowego.
.
TY
Bierzesz nóż. Podchodzisz do kamiennego stołu, testujesz w dłoni wyważenie ostrza.
Koło się obraca. Ofiara obraca się razem z nim, przykuta do kamienia łańcuchem. Ciało i dusza.
- Wszyscy są poddawani próbie. - Wymawiasz te słowa, przesuwając tępą stroną noża po szyi ofiary. - Wszyscy muszą udowodnić, że są nas godni.
W twoich żyłach buzuje poczucie mocy. To twoja decyzja. Twój wybór. Jeden ruch nadgarstka i krew popłynie. Koło się zatrzyma.
Ale bez porządku istnieje chaos. Bez porządku istnieje ból.
- Czego ci trzeba? - Pochylasz się, kiedy szepczesz te starożytne słowa. Nóż w ręce kieruje się ku szyi ofiary. Możesz ją zabić, ale będzie cię to kosztować. Siedem dni i siedem rodzajów bólu. Koło nigdy nie przestaje się obracać na długo.
- Czego mi trzeba? - Ofiara powtarza pytanie. Uśmiecha się, kiedy krew spływa po nagiej klatce piersiowej. - Dziewięciu.