ROZDZIAŁ 2
Istniała różnica pomiędzy "martwą" a "uznaną za zmarłą". Pomiędzy wejściem do garderoby zalanej krwią matki a wiadomością, że po pięciu długich latach odnaleziono jej ciało.
Kiedy miałam dwanaście, trzynaście lat, każdej nocy modliłam się o to, żeby ktoś znalazł moją matkę, żeby się okazało, że policja się myliła. Że pomimo istniejących dowodów, ilości krwi na ścianach, Lorelai Hobbes jednak żyje.
Z czasem straciłam nadzieję i modliłam się już tylko o to, żeby ktoś odnalazł jej ciało. Wyobrażałam sobie moment, kiedy zostanę wezwana, by je zidentyfikować. Wyobrażałam sobie, jak się z nią żegnam. Jak urządzam jej pogrzeb.
Ale nigdy nie wyobraziłam sobie tego.
- Są pewni, że to ona? - spytałam, ledwo wydobywając z siebie głos, ale spokojnie.
Siedzieliśmy z ojcem na werandzie, na dwóch końcach huśtawki. W jedynym miejscu w domu Nonny, gdzie można było zaznać jakiejkolwiek prywatności.
- Miejsce się zgadza - powiedział, patrząc w czerń nocy. - Czas też. Porównują dane z kartotek dentystycznych, ale tak często się przeprowadzałyście, że... - urwał.
Zorientował się, że mówił o czymś, co już wiedziałam. Niełatwo będzie odszukać kartotekę dentystyczną mojej matki.
- Znaleźli to - powiedział ojciec i podał mi srebrny łańcuszek z małym czerwonym kamieniem szlachetnym.
Poczułam nagły ścisk w gardle.
Jej naszyjnik.
Przełknęłam ślinę, próbując odepchnąć tę myśl. Jakbym mogła ją połknąć i zapomnieć. Ojciec jeszcze raz podsunął mi łańcuszek, ale nie byłam w stanie go przyjąć.
Jej naszyjnik.
Od dłuższego czasu wiedziałam, że moja matka nie żyje. Byłam tego pewna. Wierzyłam w to. Ale teraz, kiedy zobaczyłam ten naszyjnik, poczułam, że tracę oddech.
- Przecież to dowód - wydusiłam z siebie w końcu. - Nie powinieneś go mieć. To dowód w sprawie.
Co oni sobie myśleli? Pracowałam w FBI dopiero sześć miesięcy i większość czasu spędzałam poza miejscem zbrodni, mimo to wiedziałam, że dowodów nie rozdaje się tak po prostu osieroconym dziewczynkom tylko po to, żeby miały pamiątkę po matce.
- Nie było na nim odcisków palców ani innych śladów - zapewnił ojciec.
- Powiedz im, żeby go zatrzymali - wycedziłam przez zęby. Wstałam z miejsca i przeszłam na drugi koniec werandy. - Mogą go potrzebować podczas identyfikacji.
Minęło pięć lat. Jeżeli szukali dokumentacji dentystycznej, prawdopodobnie nie było nic więcej, na podstawie czego mogliby ustalić tożsamość. Zostały tylko kości.
- Cassie...
Wyłączyłam się. Miałam słuchać mężczyzny, który ledwie znał moją matkę, a teraz zamierzał mi wmówić, że nie mają żadnych tropów, więc mogą niszczyć dowody, bo i tak nie ma szans na rozwiązanie tej sprawy?
Może minęło pięć lat, ale mieliśmy ciało. To ono było tropem. Nacięcia na kościach. To, jak została pochowana. Miejsce, które morderca wybrał, żeby ją pogrzebać. Musiało tam coś być. Jakaś wskazówka.
Zaatakował cię nożem, mówiłam w myślach do matki. Próbowałam rozpracować, co dokładnie się wydarzyło tamtego dnia. Zaskoczył cię. Walczyłaś.
Odwróciłam się do ojca i powiedziałam:
- Chcę obejrzeć miejsce, w którym znaleziono ciało.
To ojciec wyraził pisemną zgodę na przyjęcie mnie do programu agenta Briggsa, ale nie miał pojęcia, czego konkretnie się tam uczę. Nie wiedział, czym naprawdę był program. Nie wiedział, co potrafiłam. Mordercy i ofiary, enesi i ciała - to był mój język. Chciałam wiedzieć, co się stało z moją matką. Miałam do tego prawo.
- Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł, Cassie.
Nie ty o tym zdecydujesz, pomyślałam, ale nie powiedziałam tego na głos. Nie było sensu się z nim kłócić. Jeśli chciałam zobaczyć miejsce znalezienia ciała, zdjęcia, jakiekolwiek skrawki dowodów, które mogły tam zostać, musiałam poprosić kogoś innego niż Vincenta Battaglię.
- Cassie? Jeśli chcesz o tym porozmawiać... - Ojciec wstał i zrobił niepewny krok w moją stronę.
- Wszystko w porządku. - Pokiwałam głową, dając mu do zrozumienia, że nie potrzebuję jego wsparcia. Zdusiłam narastający we mnie żal i rzuciłam tylko: - Po prostu chciałabym wrócić już do szkoły.
Określenia "szkoła" użyłam trochę na wyrost. W programie było nas pięcioro, a nasze lekcje można by raczej nazwać praktykami. Nie byliśmy zwykłymi uczniami. Byliśmy pracownikami. Elitarną grupą.
Każde z naszej piątki miało jakąś zdolność, którą przez lata doprowadzało do perfekcji.
Nikt z nas nie miał normalnego dzieciństwa. Nie przestawałam myśleć o tym cztery dni później, kiedy czekałam przed domem babci na moją podwózkę. Gdybyśmy mieli, nie uczestniczylibyśmy w programie.
Zamiast wspominać warunki, w jakich sama dorastałam przy matce kochającej przeprowadzki (która wkręcała ludzi, że jest medium), pomyślałam o pozostałych - o psychopatycznym ojcu Deana, o tym, że Michael musiał nauczyć się czytania emocji, żeby przetrwać. O Sloane i Lii oraz o wszystkim, co podejrzewałam na temat ich dzieciństwa.
Dopadła mnie tęsknota. Chciałam, żeby byli tu ze mną - wszyscy albo chociaż jedno z nich. Chciałam tego tak bardzo, że kiedy o tym myślałam, nie mogłam zaczerpnąć powietrza.
Wytańcz to! Z tyłu głowy usłyszałam głos matki. W wyobraźni zobaczyłam ją owiniętą niebieskim szalem, z rudymi włosami wilgotnymi od mrozu i śniegu, jak włącza radio w samochodzie i podgłaśnia muzykę.
To był nasz rytuał. Za każdym razem, kiedy ruszałyśmy w drogę - z miasta do miasta, z jednego celu do drugiego, z jednego występu na kolejny - matka włączała głośno muzykę i tańczyłyśmy na siedzeniach tak długo, aż zapominałyśmy wszystko i wszystkich z danego miejsca.
Moja matka nie należała do osób, które mogłyby za czymś tęsknić.
- Wyglądasz na zamyśloną. - Z zadumy wyrwał mnie niski głos.
Wyparłam wspomnienia i kryjącą się za nimi lawinę emocji.
- Cześć, Judd.
Mężczyzna, którego FBI zatrudniło do opieki nad nami, przez chwilę mi się przyglądał, po czym wziął ode mnie torbę podróżną i schował ją do bagażnika.
- Chcesz się pożegnać? - Kiwnął głową w kierunku werandy.
Odwróciłam się i zobaczyłam Nonnę. Kochała mnie. Mocno. Bezwarunkowo. Od pierwszego spotkania. Byłam jej winna pożegnanie.
- Chyba o czymś zapomniałaś, Cassandro - rzuciła żartobliwie, kiedy do niej podeszłam.
Przez wiele lat myślałam, że coś jest ze mną nie tak, że zdolność kochania kogoś mocno, bezwarunkowo i szczodrze umarła we mnie razem z matką. Kilka ostatnich miesięcy udowodniło mi, że się myliłam. Przytuliłam babcię, a ona odwzajemniła uścisk. Trzymała mnie mocno w objęciach, niczym najdroższą rzecz w swoim życiu.
- Muszę już iść - powiedziałam po chwili.
Poklepała mnie po policzku. Ciut za mocno.
- Zadzwoń, jeśli będziesz czegoś potrzebowała. Czegokolwiek - powiedziała.
Przytaknęłam.
Nonna na chwilę zamilkła, po czym taktownie dodała:
- Przykro mi z powodu twojej matki.
Nigdy jej nie poznała. Niczego o niej nie wiedziała. Nigdy nie opowiadałam rodzinie mojego ojca o tym, jak potrafiła się śmiać, o grach, które wymyślała, żeby nauczyć mnie czytać ludzi, ani o tym, że zamiast "kocham cię" mówiłyśmy "cokolwiek by się działo", bo ona nie tylko mnie kochała - kochała mnie na zawsze, cokolwiek by się działo.
- Dziękuję - powiedziałam lekko zachrypniętym głosem.
Próbowałam zdusić w sobie narastające uczucie żałoby, chociaż wiedziałam, że prędzej czy później uderzy mnie z wielką siłą.
Zawsze byłam lepsza w porządkowaniu i szufladkowaniu wydarzeń niż w radzeniu sobie z zalewem niechcianych emocji.
Kiedy odwróciłam się od uważnie obserwującej mnie Nonny i ruszyłam w stronę samochodu Judda, w mojej głowie uparcie pobrzmiewał głos matki.
Wytańcz to!