The Naturals 2. Mroczna strona - Jennifer Lynn Barnes

Kup ebooka

38.00 zł
29.64 zł (28,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
Ty­tuł ory­gi­nału KIL­LER IN­STINCT
Co­py­ri­ght ? 2014 by Jen­ni­fer Lynn Bar­nes Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Ma­ca­da­mia Li­te­rary Agency and Cur­tis Brown, Ltd. The mo­ral ri­ghts of the au­thor have been as­ser­ted. Co­py­ri­ght ? 2024 for the Po­lish trans­la­tion by Me­dia Ro­dzina Sp. z o.o. Trans­la­tion by Piotr Za­wada
Pierw­sze wy­da­nie: Wy­daw­nic­two Pas­cal Sp. z o.o., 2016 r.
W po­wie­ści wy­ko­rzy­stano frag­ment utworu Ham­let, kró­le­wicz duń­ski Wil­liama Sha­ke­spe­are'a w tłu­ma­cze­niu Jó­zefa Pasz­kow­skiego.
Co­ver art co­py­ri­ght ? 2023 by Katt Phatt Co­ver de­sign by Ka­rina Granda Co­ver co­py­ri­ght ? 2023 by Ha­chette Book Group, Inc.
Opra­co­wa­nie pol­skiej wer­sji okładki An­drzej Ko­men­dziń­ski
Skład i ła­ma­nieRa­do­sław Stęp­niak
Me­dia Ro­dzina po­piera ści­słą ochronę praw au­tor­skich. Prawo au­tor­skie po­bu­dza róż­no­rod­ność, na­pę­dza kre­atyw­ność, pro­muje wol­ność słowa, przy­czy­nia się do two­rze­nia ży­wej kul­tury. Dzię­ku­jemy, że prze­strze­gasz praw au­tor­skich, na­by­wasz książki le­gal­nie i nie udo­stęp­niasz ich pu­blicz­nie, np. w In­ter­ne­cie. Dzię­ku­jemy za to, że w ten spo­sób wspie­rasz au­to­rów i po­zwa­lasz wy­daw­com na­dal pu­bli­ko­wać ich książki.
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Prze­druk lub ko­pio­wa­nie ca­ło­ścialbo frag­men­tów książki - z wy­jąt­kiem cy­ta­tów w ar­ty­ku­łach i prze­glą­dach kry­tycz­nych - moż­liwe jest tylko na pod­sta­wie­pi­sem­nej zgody wy­dawcy.
ISBN 978-83-8265-846-0
Must Read jest im­prin­tem wy­daw­nic­twa Me­dia Ro­dzina Sp. z o.o. ul. Pa­sieka 24, 61-657 Po­znań tel. 61 827 08 50 wy­daw­nic­two@me­dia­ro­dzina.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

ROZ­DZIAŁ 1

Więk­szość upro­wa­dzo­nych dzieci umiera w ciągu trzech pierw­szych go­dzin od po­rwa­nia. Do­kładne dane zna­łam dzięki mo­jej współ­lo­ka­torce, cho­dzą­cej en­cy­klo­pe­dii, spe­cja­li­stce od sta­ty­styk i praw­do­po­do­bieństw. Wie­dzia­łam, że w miarę jak go­dziny prze­cho­dziły w dni, a dni w ty­go­dnie, szanse na od­na­le­zie­nie po­rwa­nego ma­lały do tego stop­nia, że FBI mu­siało w końcu wy­co­fy­wać lu­dzi ze śledz­twa.

Wie­dzia­łam, że gdy sprawa zo­staje ozna­czona jako nie­wy­ja­śniona i tra­fia do nas, wtedy już trzeba szu­kać ciała, a nie dziew­czynki.

Ale...

Mac­ken­zie McBride miała sześć lat.

Jej ulu­bio­nym ko­lo­rem był fio­le­towy.

Chciała zo­stać "gwiazdą we­te­ry­na­rii".

Nie można prze­stać szu­kać ta­kiego dziecka. Nie da się po­rzu­cić na­dziei, na­wet gdyby się pró­bo­wało.

- Wy­glą­dasz, jak­byś mu­siała się ro­ze­rwać. Albo ra­czej upić. - Mi­chael Town­send roz­siadł się przy mnie na ka­na­pie i roz­pro­sto­wał kon­tu­zjo­waną nogę.

- Wszystko okej - od­po­wie­dzia­łam.

Mi­chael prych­nął.

- Ką­ciki ust masz skie­ro­wane do góry, ale cała reszta twa­rzy usi­łuje z tym wal­czyć. Jakby próba uśmie­chu miała za­mie­nić się w płacz.

To wła­śnie mi­nus przy­stą­pie­nia do pro­gramu. Na­tu­ralsi brali w nim udział, po­nie­waż do­strze­gali wię­cej niż inni. Mi­chael od­czy­ty­wał emo­cje z twa­rzy rów­nie ła­two, jak reszta lu­dzi czy­tała na­główki ga­zet.

Na­chy­lił się w moją stronę.

- Ko­lo­rado, po­wiedz tylko słowo, a wspa­nia­ło­myśl­nie po­mogę ci się ro­ze­rwać.

Ostat­nim ra­zem, gdy Mi­chael za­pro­po­no­wał, że po­może mi się ro­ze­rwać, spę­dzi­li­śmy pół go­dziny na wy­sa­dza­niu róż­nych rze­czy, ukra­dli­śmy agentce FBI pen­drive'a i zła­ma­li­śmy jego za­bez­pie­cze­nia.

Wła­ści­wie, for­mal­nie rzecz bio­rąc, to Slo­ane zła­mała za­bez­pie­cze­nia, ale Mi­chael i ja też ma­cza­li­śmy w tym palce.

- Żad­nych roz­ry­wek - od­po­wie­dzia­łam sta­now­czo.

- Na pewno? - za­py­tał Mi­chael. - W ro­lach głów­nych wy­stą­pią ga­la­retka, Lia oraz ze­msta, o którą ta dziew­czyna się prosi.

Nie chcia­łam wie­dzieć, co ta­kiego zro­biła na­sza miej­scowa wy­kry­waczka kłamstw, żeby spro­wo­ko­wać ze­mstę, któ­rej istot­nym ele­men­tem miała być ga­la­retka. Wziąw­szy pod uwagę oso­bo­wość Lii i jej prze­szłość z Mi­cha­elem, moż­li­wo­ści mo­gła­bym mno­żyć w nie­skoń­czo­ność.

- Zda­jesz so­bie sprawę, że ro­bie­nie so­bie jaj z Lii nie skoń­czy się do­brze, prawda?

- Zde­cy­do­wa­nie - od­po­wie­dział Mi­chael. - Gdyby tylko nie cią­żył mi tak bar­dzo zdrowy roz­są­dek i in­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy.

Mi­chael jeź­dził jak wa­riat i miał w no­sie wszel­kie za­sady. Sześć ty­go­dni wcze­śniej śle­dził mnie po tym, jak wy­szłam nie­ocze­ki­wa­nie z domu. Do­sko­nale wie­dział, że by­łam źró­dłem ob­se­sji se­ryj­nego mor­dercy, i zo­stał przez to po­strze­lony.

Dwu­krot­nie.

In­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy nie był jego mocną stroną.

- A je­śli my­limy się co do tej sprawy? - za­py­ta­łam. Moje my­śli ze­szły z Mi­cha­ela na Mac­ken­zie. Z wy­da­rzeń sprzed ośmiu ty­go­dni na bie­żące dzia­ła­nia agenta Brig­gsa i jego ze­społu.

- Nie my­limy się - od­po­wie­dział ła­god­nie Mi­chael.

Niech za­dzwoni te­le­fon, po­my­śla­łam. Niech za­dzwoni Briggs i przy­zna, że tym ra­zem mia­łam ra­cję.

Gdy agent Briggs prze­ka­zał mi akta ze sprawą Mac­ken­zie McBride, za­czę­łam pracę od usta­le­nia pro­filu po­dej­rza­nego. Był nim wię­zień na zwol­nie­niu wa­run­ko­wym, który znik­nął pra­wie w tym sa­mym cza­sie co Mac­ken­zie. Zdol­no­ści Mi­cha­ela ogra­ni­czają się do czy­ta­nia z wy­razu twa­rzy i mowy ciała. Ze mną jest ina­czej: naj­pierw zwra­cam uwagę na kilka szcze­gó­łów, a po­tem po­tra­fię wejść do czy­je­goś umy­słu i wy­obra­zić so­bie, jak to jest być tym kimś, pra­gnąć tych sa­mych rze­czy i to samo ro­bić.

Za­cho­wa­nie. Oso­bo­wość. Śro­do­wi­sko.

Po­dej­rzany w spra­wie Mac­ken­zie nie umiałby tak za­pla­no­wać po­rwa­nia. Coś mi w tym nie pa­so­wało.

Do­kład­nie przej­rza­łam pliki w po­szu­ki­wa­niu ko­goś, kto pa­so­wałby do pro­filu. Młody. Męż­czy­zna. In­te­li­gentny. Sta­ranny. Na wpół wy­bła­ga­łam, na wpół zmu­si­łam Lię, żeby obej­rzała wszyst­kie na­gra­nia zwią­zane ze sprawą: ze­zna­nia świad­ków, prze­słu­cha­nia i prze­pro­wa­dzone roz­mowy. Li­czy­łam na to, że wy­ła­pie ja­kieś kłam­stwo. I w końcu jej się udało. Ad­wo­kat McBride'ów wy­gło­sił oświad­cze­nie dla prasy w imie­niu swo­ich klien­tów. Dla mnie wy­glą­dało zwy­czaj­nie, ale dla Lii kłam­stwa były tak wy­raźne jak fał­szywe tony dla ko­goś ze słu­chem ab­so­lut­nym.

"Nikt nie może zro­zu­mieć tra­ge­dii ta­kiej jak ta". Praw­nik był mło­dym męż­czy­zną, in­te­li­gent­nym, sta­ran­nym - i kła­mał, gdy wy­ma­wiał te słowa. Ist­niała tylko jedna osoba, która ro­zu­miała to, co się stało. Która nie uwa­żała, że to tra­ge­dia.

Ten, kto upro­wa­dził Mac­ken­zie.

We­dług Mi­cha­ela praw­nik McBride'ów eks­cy­to­wał się na samo wspo­mnie­nie imie­nia dziew­czynki. Mia­łam na­dzieję, że ozna­cza to szansę - jak­kol­wiek małą - że prze­trzy­my­wał ją żywą. Jako do­wód na to, że jest więk­szy, lep­szy i spryt­niej­szy od FBI.

- Cas­sie. - Dean Red­ding wpadł do po­koju tak na­gle, że aż ści­snęło mnie w piersi. Dean prze­waż­nie był spo­kojny i za­mknięty w so­bie. Pra­wie ni­gdy nie pod­no­sił głosu.

- Dean?

- Zna­leźli ją - oznaj­mił. - Zna­leźli ją na jego po­se­sji, do­kład­nie tam, gdzie wska­zała Slo­ane. Żywą.

Pod­sko­czy­łam, czu­jąc, jak puls dudni mi w uszach, nie­pewna, czy się roz­pła­czę, zwy­mio­tuję, czy za­cznę wrzesz­czeć. Dean się uśmiech­nął. Żad­nym tam pół­u­śmiesz­kiem czy gry­ma­sem. Roz­pro­mie­nił się, co kom­plet­nie go prze­obra­ziło. Cze­ko­la­do­wo­brą­zowe oczy po­bły­ski­wały spod blond wło­sów bez­u­stan­nie za­sła­nia­ją­cych mu twarz. Na jed­nym z jego po­licz­ków po­ja­wił się do­łe­czek, któ­rego ni­gdy wcze­śniej nie wi­dzia­łam.

Rzu­ci­łam mu się na szyję. Chwilę póź­niej uwol­ni­łam się z jego uści­sku i przy­pa­dłam do Mi­cha­ela, a on zła­pał mnie i krzyk­nął z ra­do­ści. Dean usiadł na pod­ło­kiet­niku ka­napy. By­łam ni­czym klin po­mię­dzy nimi, czu­łam cie­pło dwóch ciał, a je­dyne, o czym my­śla­łam, to Mac­ken­zie, która mo­gła wró­cić do domu.

- Czy to za­mknięta im­preza, czy można się do­łą­czyć?

Cała na­sza trójka od­wró­ciła się w kie­runku Lii, która sta­nęła w drzwiach. Od czubka głowy po ko­niuszki pal­ców była ubrana na czarno, je­dy­nie na szyi miała schlud­nie za­wią­zany biały je­dwabny szal. Unio­sła brew na nasz wi­dok. Była spo­kojna, opa­no­wana i skłonna do kpin.

- Sama przy­znaj - po­wie­dział Mi­chael. - Cie­szysz się ra­zem z nami.

Lia ob­rzu­ciła spoj­rze­niem ko­lejno mnie, Mi­cha­ela i De­ana.

- Szcze­rze - za­częła - to chyba nikt w tej chwili nie cie­szy się tak jak Cas­sie.

Igno­ro­wa­nie dwu­znacz­nych przy­ty­ków Lii szło mi co­raz le­piej, ale ten tra­fił w sedno. Ob­la­łam się ru­mień­cem, ści­śnięta po­mię­dzy Mi­cha­elem i De­anem. Nie mia­łam za­miaru cią­gnąć tego te­matu ani po­zwo­lić Lii ze­psuć chwilę.

Dean wstał i z po­nu­rym wy­ra­zem twa­rzy ru­szył w stronę Lii. Przez mo­ment wy­da­wało mi się, że po­wie jej coś na te­mat bu­rze­nia na­stroju, ale nie - po pro­stu chwy­cił ją i prze­rzu­cił przez ra­mię.

- Hej! - za­pro­te­sto­wała.

Dean się uśmiech­nął, po­sa­dził ją obok Mi­cha­ela i mnie, a sam za­jął miej­sce na brzegu ka­napy, jakby nic się nie stało. Kiedy Lia spoj­rzała krzywo na Mi­cha­ela, on tylko do­tknął jej po­liczka i po­wtó­rzył:

- Sama przy­znaj. Cie­szysz się ra­zem z nami.

Lia za­rzu­ciła włosy na ra­mię i wbiła wzrok przed sie­bie, uni­ka­jąc spo­glą­da­nia ko­mu­kol­wiek w oczy.

- Mała dziew­czynka wraca do domu - po­wie­działa. - Dzięki nam. Oczy­wi­ście, że się cie­szę ra­zem z wami.

- Bio­rąc pod uwagę różne po­ziomy se­ro­to­niny, praw­do­po­do­bień­stwo, że każde z na­szej czwórki bę­dzie do­świad­czać w tej sa­mej chwili jed­na­ko­wej ra­do­ści, jest cał­kiem...

- Slo­ane - rzu­cił Mi­chael bez od­wra­ca­nia się. - Je­śli nie do­koń­czysz tego zda­nia, w przy­szło­ści czeka cię fi­li­żanka świeżo mie­lo­nej kawy.

- W naj­bliż­szej przy­szło­ści? - za­py­tała po­dejrz­li­wie. Mi­chael od dawna ogra­ni­czał Slo­ane spo­ży­wa­nie ko­fe­iny. Ra­zem z Mi­cha­elem i Lią spoj­rza­łam na De­ana. Bez słowa wstał, pod­szedł do Slo­ane i po­trak­to­wał ją tak, jak przed chwilą Lię. Gdy de­li­kat­nie po­sa­dził mi ją na ko­la­nach, za­śmia­łam się i pra­wie ru­nę­łam na pod­łogę, ale Lia w porę mnie zła­pała.

Udało się nam, po­my­śla­łam, gdy ra­zem z Mi­cha­elem, Lią i Slo­ane prze­py­cha­li­śmy się łok­ciami, a Dean przy­glą­dał się temu z bez­piecz­nej od­le­gło­ści. Mac­ken­zie nie trafi do ar­chi­wum. Nie zo­sta­nie za­po­mniana.

Dzięki nam Mac­ken­zie McBride bę­dzie miała szansę do­ro­snąć.

- Kto uważa - za­częła Lia z peł­nym zde­cy­do­wa­nia szel­mow­skim bły­skiem w oku - że po­win­ni­śmy to uczcić?

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki