The Naturals 1. Genialne umysły - Jennifer Lynn Barnes

Kup ebooka

34.00 zł
26.52 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
Ty­tuł ory­gi­nału THE NA­TU­RALS
Co­py­ri­ght ? 2013 by Jen­ni­fer Lynn Bar­nes Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Ma­ca­da­mia Li­te­rary Agency and Cur­tis Brown, Ltd. The mo­ral ri­ghts of the au­thor have been as­ser­ted. Co­py­ri­ght ? 2024 for the Po­lish trans­la­tion by Me­dia Ro­dzina Sp. z o.o. Trans­la­tion by Na­ta­lia Wi­śniew­ska
Pierw­sze wy­da­nie: Wy­daw­nic­two Pas­cal Sp. z o.o., 2016 r.
Co­ver art co­py­ri­ght ? 2023 by Katt Phatt Co­ver de­sign by Ka­rina Granda Co­ver co­py­ri­ght ? 2023 by Ha­chette Book Group, Inc.
Opra­co­wa­nie pol­skiej wer­sji okładki An­drzej Ko­men­dziń­ski
Skład i ła­ma­nieRa­do­sław Stęp­niak
Me­dia Ro­dzina po­piera ści­słą ochronę praw au­tor­skich. Prawo au­tor­skie po­bu­dza róż­no­rod­ność, na­pę­dza kre­atyw­ność, pro­muje wol­ność słowa, przy­czy­nia się do two­rze­nia ży­wej kul­tury. Dzię­ku­jemy, że prze­strze­gasz praw au­tor­skich, a więc nie ko­piu­jesz, nie ska­nu­jesz i nie udo­stęp­niasz ksią­żek pu­blicz­nie. Dzię­ku­jemy za to, że wspie­rasz au­to­rów i po­zwa­lasz wy­daw­com na­dal pu­bli­ko­wać ich książki.
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Prze­druk lub ko­pio­wa­nie ca­ło­ścialbo frag­men­tów książki - z wy­jąt­kiem cy­ta­tów w ar­ty­ku­łach i prze­glą­dach kry­tycz­nych - moż­liwe jest tylko na pod­sta­wie­pi­sem­nej zgody wy­dawcy.
ISBN 978-83-8265-780-7
Must Read jest im­prin­tem wy­daw­nic­twa Me­dia Ro­dzina Sp. z o.o. ul. Pa­sieka 24, 61-657 Po­znań tel. 61 827 08 50 wy­daw­nic­two@me­dia­ro­dzina.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

ROZ­DZIAŁ 1

Go­dziny pracy były kiep­skie, na­piwki jesz­cze gor­sze, a więk­szość mo­ich współ­pra­cow­ni­ków po­zo­sta­wiała wiele do ży­cze­nia. Ale c'est la vie, que sera sera. Każdy inny ba­nał w do­wol­nym ję­zyku spraw­dziłby się tu­taj rów­nie do­brze. Zor­ga­ni­zo­wa­łam so­bie tę ro­botę na wa­ka­cje, dzięki czemu uwol­ni­łam się od Nonny. Przy oka­zji prze­sta­łam za­przą­tać my­śli mo­ich licz­nych wuj­ków, cio­tek i ku­zy­nów wszel­kiej ma­ści, któ­rzy do­tąd uwa­żali, że mu­szą za­trud­nić mnie tym­cza­sowo w swo­ich re­stau­ra­cjach/skle­pach mię­snych/kan­ce­la­riach praw­nych/bu­ti­kach. Je­śli wziąć pod uwagę roz­miary bar­dzo du­żej (i bar­dzo wło­skiej) wie­lo­po­ko­le­nio­wej ro­dziny mo­jego ojca, moż­li­wo­ści dało się mno­żyć w nie­skoń­czo­ność, na­wet je­śli za­wsze były to wa­ria­cje na je­den te­mat.

Mój tata miesz­kał na dru­giej pół­kuli, a mama za­gi­nęła i praw­do­po­dob­nie nie żyła. Sta­no­wi­łam więc pro­blem, któ­rym przej­mo­wali się wszy­scy i nikt w szcze­gól­no­ści.

Cóż, na­sto­latka, pew­nie spra­wia­jąca trud­no­ści.

- Za­mó­wie­nie do od­bioru!

Z wy­ćwi­czoną swo­bodą lewą ręką chwy­ci­łam ta­lerz z na­le­śni­kami (z be­ko­nem), a prawą - me­ga­por­cję śnia­da­nio­wego bur­rito (z pa­prycz­kami ja­la­pe?o). W ra­zie nie­po­wo­dze­nia pod­czas je­sien­nych eg­za­mi­nów cze­kała mnie świe­tlana przy­szłość w pod­rzęd­nej ga­stro­no­mii.

- Na­le­śniki z be­ko­nem. Śnia­da­niowe bur­rito i od­dziel­nie ja­la­pe?o. - Po­sta­wi­łam ta­le­rze na stole. - Mogę po­dać pa­nom coś jesz­cze?

Za­nim pierw­szy z nich otwo­rzył usta, do­brze wie­dzia­łam, co od nich usły­szę. Fa­cet po le­wej chciał do­stać wię­cej ma­sła. A ten po pra­wej? Za­mie­rzał po­pro­sić o ko­lejną szklankę wody, cho­ciaż nie zdą­żył jesz­cze na­wet po­my­śleć o swo­ich pa­prycz­kach.

Sta­wia­łam dzie­sięć do jed­nego, że na­wet ich nie lubi.

Praw­dziwi fani ja­la­pe?o nie za­ma­wiają ich od­dziel­nie. Pan Śnia­da­niowe Bur­rito po pro­stu nie chciał, żeby lu­dzie mieli go za mię­czaka - cho­ciaż on użyłby tu­taj słowa in­nego niż mię­czak.

Spo­koj­nie, Cas­sie, skar­ci­łam się w du­chu. Nie rzu­caj mię­sem.

Na ogół nie prze­kli­na­łam czę­sto, ale mia­łam brzydki zwy­czaj ko­pio­wa­nia cu­dzych na­wy­ków. Wy­star­czyło wsa­dzić mnie do po­koju peł­nego An­gli­ków, że­bym wy­szła stam­tąd z bry­tyj­skim ak­cen­tem. Nie ro­bi­łam tego umyśl­nie. Po pro­stu w ciągu mi­nio­nych lat wiele czasu spę­dzi­łam w gło­wach in­nych lu­dzi.

Ta­kie ry­zyko za­wo­dowe. Choć nie moje, tylko mo­jej matki.

- Mogę do­stać jesz­cze kilka por­cji ma­sła? - za­py­tał fa­cet po le­wej. Ski­nę­łam głową i cze­ka­łam na ciąg dal­szy.

- I wię­cej wody - burk­nął ten po pra­wej. Wy­piął pierś, spo­glą­da­jąc po­żą­dli­wie na mój biust.

Zmu­si­łam się do uśmie­chu.

- Za­raz przy­niosę. - Pra­wie do­da­łam "ty zbo­czeńcu", ale po­wstrzy­ma­łam się w ostat­niej chwili.

Mia­łam na­dzieję, że ten fa­cet pod trzy­dziestkę, który udaje, że lubi pi­kantne po­trawy, i za­gląda w de­kolty na­sto­let­nich kel­ne­rek z ta­kim za­pa­łem, jakby tre­no­wał do olim­piady, okaże się rów­nie wiel­kim szpa­ne­rem, gdy przyj­dzie do re­gu­lo­wa­nia ra­chunku.

Z dru­giej strony, po­my­śla­łam, idąc po do­lewkę, może oka­zać się ta­kim ty­pem, który robi kel­ne­reczki na szaro tylko po to, żeby coś udo­wod­nić.

W my­ślach prze­ana­li­zo­wa­łam szcze­góły: strój Pana Śnia­da­niowe Bur­rito, za­wód, który praw­do­po­dob­nie wy­ko­ny­wał, i fakt, że jego zna­jomy, który za­mó­wił na­le­śniki, no­sił znacz­nie droż­szy ze­ga­rek niż on. Uprze się, żeby za­pła­cić, a po­tem zo­stawi marny na­pi­wek.

Cho­ciaż chcia­łam się my­lić, by­łam cał­kiem pewna, że do­brze go oce­ni­łam.

Kiedy moi ró­wie­śnicy w przed­szkolu wy­śpie­wy­wali pio­senki o li­ter­kach, ja uczy­łam się zu­peł­nie in­nego al­fa­betu. Za­cho­wa­nie, oso­bo­wość, śro­do­wi­sko - moja matka na­zy­wała je "ZOŚ-kami" i to dzięki nim za­ła­twiała klien­tów. Ta­kiego my­śle­nia nie dało się po pro­stu wy­łą­czyć - na­wet wtedy, gdy za­czy­nasz ro­zu­mieć, że kiedy twoja matka przed­sta­wia się pu­blicz­no­ści jako me­dium, kła­mie, a gdy bie­rze od niej pie­nią­dze, po­peł­nia oszu­stwo.

I mimo że ode­szła, nie mo­głam prze­stać oce­niać lu­dzi w ten spo­sób, tak jak nie mo­głam zre­zy­gno­wać z od­dy­cha­nia, mru­ga­nia czy od­li­cza­nia dni do swo­ich osiem­na­stych uro­dzin.

- Sto­lik dla jed­nej osoby? - Ni­ski, roz­ba­wiony głos przy­wo­łał mnie do rze­czy­wi­sto­ści. Na­le­żał do chło­paka, który znacz­nie le­piej pa­so­wałby do klubu gol­fo­wego niż do tej knajpy. Miał nie­ska­zi­telną cerę i fry­zurę w ar­ty­stycz­nym nie­ła­dzie. A słowa, które do mnie skie­ro­wał, wcale nie brzmiały jak py­ta­nie.

- Pew­nie - od­par­łam, chwy­ta­jąc menu. - Pro­szę tędy.

Po uważ­niej­szej ob­ser­wa­cji stwier­dzi­łam, że Pan Klub Gol­fowy mógł być mniej wię­cej w moim wieku. Na jego ide­al­nej twa­rzy ma­lo­wał się wy­nio­sły uśmie­szek, kiedy pa­ra­do­wał pew­nym kro­kiem ty­po­wym dla po­pu­lar­nego li­ce­ali­sty. Od sa­mego pa­trze­nia na niego po­czu­łam się jak skoń­czona pro­staczka.

- Może być? - za­py­ta­łam, wska­zu­jąc sto­lik przy oknie.

- Może - od­parł, zaj­mu­jąc miej­sce. Przy oka­zji ro­zej­rzał się do­okoła z nie­za­chwianą pew­no­ścią sie­bie. - W week­endy bywa tłoczno?

- Pew­nie - rzu­ci­łam w od­po­wie­dzi, za­sta­na­wia­jąc się, czy znam jesz­cze inne słowa. Mina chło­paka zdra­dzała, że miał co do tego wąt­pli­wo­ści. - Przej­rzyj menu. Wra­cam za mi­nutę.

Nie od­po­wie­dział, a ja wy­ko­rzy­sta­łam swoje sześć­dzie­siąt se­kund na do­rę­cze­nie pa­ra­go­nów Pa­nom Na­le­śni­kowi i Śnia­da­nio­wemu Bur­rito.

Osta­tecz­nie uzna­łam, że je­śli po­dzielę ra­chu­nek na pół, może wyjść z tego cał­kiem nie­zły na­pi­wek.

- Przyjmę płat­ność, kiedy będą pa­no­wie go­towi - po­in­for­mo­wa­łam ich ze sztucz­nym uśmie­chem na ustach.

Gdy tylko ru­szy­łam z po­wro­tem do kuchni, na­po­tka­łam spoj­rze­nie chło­paka sie­dzą­cego przy oknie. Gdyby chciał dać mi do zro­zu­mie­nia, że jest go­towy za­mó­wić, pa­trzyłby na mnie ina­czej. Nie po­tra­fi­łam go roz­szy­fro­wać, cho­ciaż nie mo­głam oprzeć się wra­że­niu, że cze­goś ode mnie chce. W ca­łej tej sy­tu­acji - w nim - było coś, co mi umy­kało, i to nie da­wało mi spo­koju. Tacy chłopcy zwy­kle nie ja­dali w ta­kich miej­scach jak to. Ani nie zwra­cali uwagi na ta­kie dziew­czyny jak ja.

Po­de­szłam do niego, czujna i nie­ufna.

- Mogę przy­jąć za­mó­wie­nie? - za­py­ta­łam. Mu­sia­łam go ob­słu­żyć, więc tylko po­chy­li­łam nieco głowę, żeby włosy opa­dły mi na twarz i ukryły mnie przed jego świ­dru­ją­cym spoj­rze­niem.

- Trzy jajka - ode­zwał się, nie od­ry­wa­jąc ode mnie piw­nych oczu. - A do tego na­le­śniki i szynka.

Cho­ciaż nie mu­sia­łam no­to­wać, na­gle za­tę­sk­ni­łam za dłu­go­pi­sem. Gdy­bym go miała, mo­gła­bym za­jąć czymś ręce.

- Jak przy­rzą­dzić jajka? - do­py­ta­łam.

- Ty mi po­wiedz.

Zdu­miona spoj­rza­łam na chło­paka.

- Słu­cham?

- Zgad­nij - do­dał.

Wpa­try­wa­łam się w niego przez za­słonę z wło­sów.

- Chcesz, że­bym zga­dła, ja­kie chcesz jajka?

Uśmiech­nął się.

- Czemu nie?

I tak po pro­stu wy­zwa­nie zo­stało rzu­cone.

- Na pewno nie masz ochoty na ja­jecz­nicę - za­czę­łam, my­śląc na głos. Ja­jecz­nica była zbyt po­spo­lita, zbyt zwy­czajna dla ta­kiego chło­paka. On lu­bił się wy­róż­niać, cho­ciaż nie za bar­dzo, dla­tego od razu wy­kre­śli­łam z li­sty jajka w ko­szul­kach. Nie za­mó­wiłby ich, zwłasz­cza w ta­kim miej­scu. Sa­dzone mo­gło oka­zać się zbyt kło­po­tliwe, na twardo nie sta­no­wiło więk­szego wy­zwa­nia. - Sma­żone z obu stron z płyn­nym żółt­kiem - za­wy­ro­ko­wa­łam. By­łam tego rów­nie pewna, jak ko­loru jego oczu.

Uśmiech­nął się do mnie, za­my­ka­jąc kartę.

- Po­wiesz mi, czy mam ra­cję? - za­py­ta­łam nie dla­tego, że po­trze­bo­wa­łam po­twier­dze­nia, ale po­nie­waż by­łam cie­kawa jego re­ak­cji.

Chło­pak wzru­szył ra­mio­nami.

- I mie­li­by­śmy stra­cić całą za­bawę?

Chcia­łam tam zo­stać i pa­trzeć na niego, do­póki go nie roz­gryzę, ale tego nie zro­bi­łam. Przy­ję­łam i zre­ali­zo­wa­łam jego za­mó­wie­nie. Po­tem da­łam się wcią­gnąć w lun­chowy wir, a gdy ruch ustał, chło­paka przy oknie już nie było. Na­wet nie za­cze­kał na ra­chu­nek. Zo­sta­wił tylko dwa­dzie­ścia do­la­rów. Uzna­łam, że chęt­nie będę się an­ga­żo­wać w jego zga­dy­wanki, je­śli za każ­dym ra­zem bę­dzie mnie na­gra­dzał dwu­na­sto­do­la­ro­wym na­piw­kiem, gdy na­gle za­uwa­ży­łam coś jesz­cze.

Na sto­liku le­żała wi­zy­tówka.

Wzię­łam do ręki śnież­no­biały kar­to­nik z czar­nymi li­te­rami roz­miesz­czo­nymi w rów­nych od­stę­pach. W le­wym gór­nym rogu wy­tło­czono logo, a na skromny tekst skła­dały się: imię, na­zwi­sko, na­zwa sta­no­wi­ska i nu­mer te­le­fonu. Na sa­mej gó­rze do­strze­głam trzy słowa - trzy krót­kie słowa, które wpra­wiły mnie w osłu­pie­nie.

Wsu­nę­łam wi­zy­tówkę do kie­szeni, ra­zem z na­piw­kiem. Wró­ci­łam do kuchni. Uspo­ko­iłam się, a po­tem jesz­cze raz spoj­rza­łam na kar­to­nik.

Imię i na­zwi­sko: Tan­ner Briggs.

Sta­no­wi­sko: Agent spe­cjalny.

Fe­de­ralne Biuro Śled­cze.

Wpa­try­wa­łam się w ten krótki na­pis tak długo, aż stra­cił ostrość i li­tery za­częły mi się roz­pły­wać przed oczami.

Co ta­kiego zro­bi­łam, że za­in­te­re­so­wało się mną FBI?

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki