Rozdział pierwszy. Port Vellian
Wścibscy.
To drugie słowo, po "cudowni", jakiego Ella użyłaby do opisania cudmistrzów. Kiedy jej rodzina (wraz z towarzyszami zaklinaczy) zjawili się w Porcie Vellian, by złapać niebiański prom do Celestianu i kupić szkolny ekwipunek, ludzie nie potrafili oderwać od nich wzroku. Niektórzy niepewnie machali. Inni szeptem dziękowali i gratulowali. Kilkoro uśmiechało się ironicznie... a kolejni (więcej, niż Ella chciałaby przyznać) patrzyli z niechęcią.
Ella stała się znana - znowu - ale tym razem nie dlatego, że była pierwszą zaklinaczką, która rozpoczęła i z sukcesem ukończyła pierwszy rok nauki w Arcanum - Instytucie Edukacyjnym Przedsięwzięć Cudownych i Niezwykłych, znakomitej szkole magicznej na niebie. Chodziło raczej o to, że uratowała ich świat przed żądną władzy przestępczynią, Gią Trivelino, i jej odbierającym cuda eliksirem.
Mama krzywiła się, a tato chichotał na widok oznak tej popularności. Przez całe lato rodzina musiała przeganiać cudmistrzowskich reporterów, którzy czaili się wokół domu albo niepokoili babcię w jej zaklinackiej zielarni, szukając ekskluzywnych opowieści o tamtej nieszczęsnej nocy. Twarz Elli pojawiała się w każdym cudmistrzowskim nowiboksie - i nawet zaklinackie gazety, od Nowego Jorku, przez Col?n, po Paramaribo, informowały o tym, co się wydarzyło na niebie.
Ella czuła się z tym wszystkim trochę niepewnie, wolała się jednak do tego nie przyznawać. Mama mogłaby się wtedy wystraszyć jeszcze bardziej i spełnić swoją groźbę, czyli zatrzymać Ellę w domu i ponownie posłać ją do École Conjure de Madame Collette. Natomiast Ella uważała, że jeśli okaże się dość odważna, zachęci kolejnych zaklinackich uczniów, by podejmowali naukę w Arcanum. Może też w tym roku zyska nowych przyjaciół.
Nawet teraz, kiedy uśmiechała się do patrzących, za każdym razem, gdy uniosła wzrok ku pięknej kopule sklepienia Portu Vellian, widziała migające heliogramy swojej twarzy - tuż obok innej, należącej do najpilniej poszukiwanej zbrodniarki na świecie, Gii Trivelino, w jej rozmaitych przebraniach.
Pod sklepieniem przesuwały się wielkie tytuły:
POZNAJCIE ZAKLINACKĄ DZIEWCZYNKĘ,
KTÓRA POKONAŁA ASA ANARCHII
POSZUKIWANA ZBRODNIARKA ZAUWAŻONA,
GDY WYCHODZIŁA Z HERBACIARNI WRÓŻEK
SEZON WYBORCZY KONCENTRUJE SIĘ NA DWÓCH Z:
ZBRODNI I ZAKLINACZACH
- Niech gwiazdy cię błogosławią - szepnął do niej jakiś człowiek, kiedy wchodzili do środka. - Wyrwałaś ten cierń z naszego ciała.
Ella odpowiedziała uśmiechem, który jednak szybko zniknął, bo kiedy tylko weszli do holu, krępa kobieta rzuciła im wrogie spojrzenie.
- Pismaki kłamią. Uważam, że zaklinacze coś knują. Moim zdaniem próbujecie przejąć niebo. Hm.
- Jak to zrobiłaś? - Chudy mężczyzna spojrzał na Ellę z góry. - Jaki jest twój zaklinacki sekret?
Mama przyciągnęła Ellę do siebie. Jej głos popłynął w myślach dziewczynki: "Patrz przed siebie, nie zatrzymuj się. Wszystko to może się zmienić w jednej chwili".
Ella nie miała jednak czasu się niepokoić. Kręciła się dookoła, podziwiając niezwykłe widoki. Unoszące się przy niej kufry juju wirowały razem z nią, desperacko próbując nadążyć. Przez ogromne okna mogła zobaczyć gigantyczne niebiańskie promy, cumujące przy długich metalicznych pomostach i odlatujące w niebo. Gęste gniazda chmur bawiły się w chowanego z porannym słońcem; żółte promienie barwiły nabrzeże złotymi tonami. Chwilami dziewczyna nie potrafiła sobie nawet wyobrazić, że w tej chwili unoszą się nad Oceanem Indyjskim. Ściany cyklicznie zmieniały kolory, gdy mapy nieba ścigały się wzajemnie, a gwiazdy raz po raz zmieniały swoje nazwy i konfiguracje w setkach języków.
W końcu minęli masywnego Kardynała. Ella uniosła głowę, patrząc z zachwytem, jak wznosi się ku wysokiemu sklepieniu. Wyglądał tak samo jak ten na dziedzińcu Instytutu. Małe dzieci rzucały brązowe sonny do płytkiej sadzawki wokół kolumny.
Ella podeszła bliżej, oddalając się od wścibskich gapiów. Przeczytała tabliczkę:
VELLIAŃSKI KARDYNAŁ
Ta kolumna reprezentuje regułę porządku w naszym wielkim cudmistrzowskim świecie
Tylko dzięki poświęceniu jednego dla wielu nasz synchroniczny rytm pozwoli nam przetrwać w górze.
Coś ścisnęło ją za serce, poczuła szarpnięcie przejścia, jak zawsze, kiedy z tatą wkraczała w Zaświaty. To samo stało się w zeszłym roku, kiedy razem z Masterjim Thakurem podziwiała Kardynała Arcanum. Jak dotąd nie potrafiła tego rozsądnie wyjaśnić.
- Czujecie to? - zwróciła się do rodziców.
Nie słyszeli jej jednak, zajęci rozmową o podróży.
Ella odsunęła się od nich, by nie słyszeć, jak sprzeczka o to, że mama nie znosi robić zakupów w cudmistrzowskich miastach, przechodzi w niekończącą się dyskusję o tym, czy w ogóle należy odwiedzać świat cudmistrzów. Czyhały tam na nich różne niebezpieczeństwa i liczne były przypadki zaklinaczy, którzy zaginęli na niebie. Ella miała nadzieję, że nie będą wracali do smutnej historii cioci Celeste, bliźniaczki mamy, i jej niewyjaśnionego zniknięcia. Za każdym razem, kiedy o tym wspominano, mama sztywniała, marszczyła czoło... Ella nie chciała, by mama znowu wracała do bolesnych wspomnień z czasów, kiedy była mniej więcej w wieku córki. Minęło ponad dwadzieścia lat, ale ta rana się nie zagoiła.
Ella chciałaby, aby ten dzień był szczęśliwy dla każdego. I wolałaby nie denerwować się bardziej niż do tej pory, kiedy wszyscy na nią patrzyli. Czekał ją drugi rok nauki w Arcanum i miała wielkie plany. Wiele zamierzała zrobić, kiedy już wróci... odkryć pewne sekrety skrywane przez tę budowlę, zadać ważne pytania swojemu mentorowi, Masterjemu Thakurowi. Wrzuciła zaklinacką monetę do fontanny przy Velliańskim Kardynale i pomyślała życzenie, by wszystko ułożyło się idealnie, wręcz nadzwyczajnie, i żeby ten rok w Arcanum był jeszcze lepszy od poprzedniego.
Woda poczerniała i stała się gęsta jak smoła. Ella zmarszczyła nos, czując paskudny zapach.
- Och, nie!
Uniosła głowę i zobaczyła wpatrzoną w siebie dziewczynkę mniej więcej w swoim wieku. Dziewczynka trzymała jakąś fiolkę i wylewała jej zawartość do sadzawki. Dwa ciemne warkocze okalały jej posępną buzię, a orzechowe oczy niemal przebijały Ellę spojrzeniem.
- Co zrobiłaś?
Chłód ścisnął żołądek Elli. O co chodziło tej dziewczynce? Dlaczego robiła coś takiego z wodą? Powtórzyła pytanie, ale tamta nie odpowiedziała, tylko odwróciła się bez słowa i odbiegła.
"Dziwne", pomyślała Ella, patrząc, jak tamta znika w tłumie.
- Chodźmy już, córeczko - rzuciła mama, a Gumbo, jej zaklinacki towarzysz, chlasnął ogonem, aż Ella podskoczyła.
- Już idę, mamo! - zawołała.
Raz jeszcze spojrzała na Kardynała i przycisnęła dłoń do piersi. Szarpnięcie przejścia minęło. Patrzyła na wysoką kolumnę i nie miała pojęcia, czy jest w niej cokolwiek powiązanego z zaklinaniem. Może chodzi o to, że jej talent dopasowywał się do powrotu na niebo - ale tego na pewno nie zdradzi mamie, która zyskałaby pretekst, żeby ją przenieść z powrotem do École Conjure de Madame Collette.
Ella wbiegła pod wielki rozkład lotów, zawieszony wysoko i pokazujący dziesiątki docelowych portów niebiańskich promów. Migoczące bramy prowadziły na perony, do kas i wytwornych poczekalni, które chętnie by odwiedziła.
- Tędy, maleńka. - Tato położył jej dłoń na ramieniu i skierował w inną stronę. - Musimy wymienić pieniądze. Potrzebujemy więcej złotych stelli na zakupy. - Wyjął portfel i przejechał palcem po atramentowoczarnych zaklinackich dolarach. - To niemądre - uznał - że wolą takie ciężkie monety.
- Ależ, Sebastienie, to przecież bardziej wyrafinowane. Muszą czuć ciężar pękatych, staroświeckich sakiewek i upychać monety w przesypujących się sejfach. - Mama drwiąco naśladowała typowo napuszony cudmistrzowski akcent. - Łatwiej się popisywać...
Ella przewróciła oczami. Naprawdę chciałaby, żeby mama dała tej społeczności jakąś szansę, ale zdawała sobie sprawę, że nie jest to właściwa pora na takie sugestie.
Przeszli pod łukowym sklepieniem z napisem "Wymiana walut" do rozległego holu i dołączyli do krótkiej kolejki zaklinaczy, którzy skinęli im na powitanie. Tablica nad głowami prezentowała bieżące kursy wymiany, a cyfry zmieniały się co kilka minut, by wyświetlić najbardziej aktualne i dokładne dane:
CUDMISTRZOWSKIE STELLE +1 ZAKLINACKIE DOLARY $1,82
CUDMISTRZOWSKIE STELLE +1 WALUTA FEWELÓW $1,36
Ella zaczekała, aż tata i mama wymienią swoje pieniądze na niewielkie sakiewki złotych stelli i srebrnych lunari. Winnie jęczała tak długo, aż kasjer podarował jej brązową sonnę. Trzymała pieniążek i patrzyła zachwycona, jak moneta zmienia kolor po ściśnięciu, a piękna patyna mieni się niemal tęczowo.
Z głośników zabrzmiała zapowiedź:
- Niebiański prom do koloseum odbije z peronu trzeciego o godzinie jedenastej. Posiadacze biletów na Turniej Cudów proszeni są o przygotowanie kart pokładowych.
Serce Elli zabiło mocniej. W tym roku w Arcanum nauczy się więcej o cudmistrzowskim sporcie, nauczy się używać stapiera, a może nawet spróbuje zakwalifikować się do drużyny Klasy Wzroku pod koniec Poziomu Drugiego. Nie mogła się doczekać.
- Tędy...
Mama poprowadziła całą grupę z powrotem do głównej hali i skierowała się do stanowisk kontroli.
Elegancko ubrani cudmistrzowie stali w schludnych kolejkach. Niektórzy ściskali teczki, pilnowali walizek, inni popychali wózki. Wszyscy wolno przesuwali się w stronę poważnie wyglądających ludzi w przeszklonych budkach. Nosili odznaki klas dumnie wpięte w klapy, a Ella nie mogła się powstrzymać od dotykania swojej. Trochę się bała, że w końcu przestanie przyjemnie wibrować.
Co wieczór, kładąc się spać, odmrugiwała mrugającemu oku i chowała odznakę pod poduszkę. Była teraz cudmistrzynią z Klasy Wzroku i z cudem kartomancji, ale była też zaklinaczką. Nie mogła się już doczekać, by zacząć studiować podobieństwa i różnice między wróżeniem z wykorzystywaniem kart zaklinania i cudmistrzowskiego tarota. Dreszcz wyczekiwania nie gasł w niej przez długie miesiące lata.
Na pewno może być jednym i drugim, mimo obaw mamy. Wszystko się dobrze ułoży. Udowodni to.
- Błe... Nie chcę tak czekać w kolejce. Dlaczego nie możemy wrócić na Gwiezdny Pomost? - Winnie pociągnęła tatę za poły fraka, on jednak pilnie oglądał cudmistrzowskie wizy.
- Stamtąd lecą tylko ci z Poziomu Pierwszego. A ja już jestem z Drugiego, zapomniałaś?
Te słowa przyjemnie przetaczały się po języku, zwłaszcza że niewiele brakowało, by ją usunęli z powodu wyczynów nieznośnych skrzatów Siobhan O'Malley. Mama wciąż nie mogła zrozumieć, że po tych wszystkich wydarzeniach Ella chce wrócić na kolejny rok do Arcanum.
Jednak to w towarzystwie nowych przyjaciół, Brigit i Jasona, Ella przeżyła najlepsze chwile życia. Nie mogła się doczekać spotkania z nimi po czasie, który wydawał się wiecznością. Przez całe wakacje wymieniali się starpostami, ale o tylu rzeczach chciała opowiedzieć im osobiście - o sprawach prywatnych, o sekretach, jakie zbierała przez całe lato.
Masterji Thakur wypożyczył jej komplet pilnie strzeżonych planów Arcanum, z których wynikało, że zaklinacze odegrali ważną rolę w historii Instytutu - o wiele lat wcześniej, zanim Ella przekroczyła szkolną bramę. To fakt, który mógł zmienić wszystko.
- Uważajcie na siebie.
Ella uniosła wzrok. Przed sobą zobaczyła panią Landry, przemiłą staruszkę, właścicielkę Pralinowego Pałacu Paulette z zaklinackiej dzielnicy w domu. Dziewczynce przypominała ona babcię - ciemny brąz skóry miał niemal identyczny odcień, choć pokrywała go makijażem zasłaniającym znaki zaklinaczki.
Mama uścisnęła jej rękę.
- Pani także. Wolałabym, żeby wnuk odprowadził panią tutaj. Nie powinna pani podróżować sama.
Pani Landry posłała mamie całusa.
- Poradzę sobie. Nie martw się o mnie, kochana. Wzięłam dodatkową pracę w kuchni, żeby pomóc wyprawić trójkę wnuków na uniwersytet. No i jest jeszcze w tej staruszce dość energii.
- Nie ośmieliłabym się pani narazić, na pewno. - Mama mrugnęła porozumiewawczo.
- Zaklinanie jest dobre - powiedziała pani Landry, nucąc pod nosem.
- Niezmiennie. - Mama odpowiedziała zgodnie z obyczajem.
Tato klepnął Ellę w ramię.
- Już prawie nasza kolej...
Podał córce niedużą czarną książeczkę paszportu. Na okładce widniała czaszka oraz zakli-róże i romby - symbol Zjednoczonego Kongresu Zaklinaczy i kwiatowy emblemat Kongregacji Amerykańskiej. Tusz pulsował jej pod palcami, kiedy dotknęła napisu delegacja nowego orleanu.
Ella spostrzegła innych zaklinaczy, zapewne wybierających się na zakupy albo do pracy. Trzymali rozmaite zaklinackie paszporty. Na podobnie czarnych skórzanych okładkach błyskały symbole rozmaitych globalnych kongregacji: ich czaszki, romby i charakterystyczne kwiaty.
Ella pamiętała wielką rodzinną wyprawę sprzed dwóch lat, do Bahii w Brazylii, na konwencję Zjednoczonego Kongresu Zaklinaczy. Była zachwycona wejściem do ich części Zaświatów, tymi wielkimi żółtymi wrotami. Chciała kiedyś zobaczyć je wszystkie, rozmaite społeczności i ich przejścia do Krainy Umarłych.
Mama lekko ją szturchnęła.
- Skup się, proszę. Otwórz na ostatniej stronie i przygotuj do pokazania przy kontroli. Żadnego gadania, żadnych żartów, żadnych sztuczek.
Mama ściągnęła brwi, a Ella wyczuła, że nadal nie chce, by jej córka uczęszczała do Arcanum czy odwiedzała cudmistrzowskie miasta, nieważne, ile razy w ostatnich tygodniach udawała, że jej to nie przeszkadza.
Zrobili krok do przodu i Ella otworzyła zaklinacki paszport. Obok wydrukowanych danych rozjaśnił się heliogram jej twarzy.
Imię i nazwisko: Ella Charlotte Baptiste Durand
Wiek: 12
Data urodzenia: 26 czerwca
Miejsce urodzenia: Rose Hill, Missisipi
Miejsce zamieszkania: Nowy Orlean, Luizjana, USA
Obywatelstwo: amerykańskie
Klasyfikacja: zaklinacz
Tuż przed stanowiskiem urzędnika tato zdjął cylinder. Greno, jego towarzysz zaklinacza, zeskoczył mu z głowy na ramię i zarechotał. Mama pchnęła naprzód Ellę, Winnie i Gumba razem z kufrem juju Elli.
"Nie odzywaj się..." Dyskretne ostrzeżenie mamy pojawiło się w myślach Elli i zapewne też Winnie, ponieważ obie kiwnęły głowami.
- Dzień dobry - powiedział tato z uśmiechem.
- Dokumenty - rzucił mężczyzna. Jego blade policzki poczerwieniały, kiedy ich zobaczył. - Wizy dla wszystkich stworzeń wjeżdżających do i wyjeżdżających z cudmistrzowskich miast.
Mama syknęła przez zęby. Gumbo walnął grubym ogonem o podłogę. Ludzie w sąsiednich kolejkach podskoczyli i zaczęli szeptać między sobą coś o skandalicznej obecności aligatora w Porcie Vellian.
Ella przerzuciła strony paszportu i otworzyła go na ostatniej. Niebieska jak niebo naklejka rozjaśniła się jej pod palcami, kiedy ukazała się wiza.
- Jaki jest charakter waszej wizyty? - zapytał mężczyzna.
Tato odchrząknął.
- Planujemy zrobić zakupy i zjeść coś, a potem...
- Jaki jest końcowy cel podróży?
Jakby wstrząs przepłynął wzdłuż grzbietu Elli. Dlaczego ten człowiek jest taki nieuprzejmy? Czy nie rozpoznał Elli i jej rodziny? Nie chodzi o to, że "poczuwała się", jak by to powiedziała babcia, ale w końcu heliogram jej twarzy wypełniał kopułę Portu Vellian nawet w tej chwili. Na pewno wiedział, kim jest - tym "zaklinackim cudownym dzieckiem", jak ją nazywali w "Gwiezdnym Tygodniku".
- Lecimy do Instytutu Arcanum. Odprowadzamy moją genialną córkę. - Tato uśmiechnął się do Elli, która poczuła, że robi jej się ciepło. Niczego nie dało się porównać z uśmiechem taty. - Pewnie pan o niej słyszał, o jedynej i niepowtarzalnej Elli Durand.
Wskazał na projekcję pod sklepieniem.
Mężczyzna nawet nie mrugnął. Ella pomachała. Mama westchnęła.
- Jak długo planujecie tam zostać?
- Kilka godzin. Potem z przyjemnością odlecimy - oświadczyła mama, krzyżując ręce na piersi.
Ella przełknęła ślinę. Miała nadzieję, że mama zachowa spokój. Zauważyła strażników ustawionych w całej hali. Na pewno nie chciałaby, żeby mama wpadła we wściekłość tak daleko od domu.
Tato spojrzał na mamę niespokojnie.
- Jakieś przystanki w drodze do Arcanum?
- Celestian - odparł tato.
- Nasz klejnot na niebie obecnie jest niedostępny z powodu huraganowych wiatrów nad Polinezją. Niebiańskie promy nie mogą lądować.
- W takim razie Betelmore. - Tato wziął mamę za rękę.
- Prowadzona jest konfiguracja gniazd chmur nad Betelmore, więc mamy pewne opóźnienie. Dziewięćdziesiąt minut względem rozkładu. W tej chwili jedynym miastem otwartym jest Astradam. Leży nad Morzem Egejskim. Najbliższy prom startuje za osiemnaście minut.
Ellę coś ścisnęło w żołądku. Astradam był jedynym miastem, którego mama naprawdę nie chciałaby odwiedzać. Nie znosiła wszystkich cudmistrzowskich miast, to jasne, ale Astradamu szczególnie. To właśnie tam zaginęła ciocia Celeste.
Tato i Ella spojrzeli na mamę, czekając na skinienie głowy. Potrzebowali jej błogosławieństwa. Ella słyszała, jak mama nabiera tchu. To może być coś gorszego niż zwykły zły dzień... może się okazać, że będzie okropny. Może nie powinna się upierać przy wyprawie na zakupy, a zamówić wszystko ze składu w Arcanum... Może w ogóle naiwnością było wierzyć, że mama kiedykolwiek pogodzi się jakoś ze światem cudmistrzów...
Mama syknęła przez zęby i kiwnęła głową.
- Zaczekamy, aż Betelmore zacznie przyjmować - rzekł tato i przez szczelinę w metalowej ramie podał urzędnikowi paszporty.
Tamten podstemplował je i oddał.
W piersi Elli wezbrało uczucie zawodu. Bardzo chciała obejrzeć inne wielkie latające miasta. A poza tym, kiedy ostatnim razem była w Betelmore, spotkała się twarzą w twarz z Gią Trivelino. Jej okrutny rechot przez całe lato dzwonił jej w uszach. Ella zastanawiała się, czy już zawsze będzie ją prześladował.