The love we destroy - Emilia Sroka

-
Proszę czekać

Prolog

Isele

Ka­żde­go ran­ka po prze­bu­dze­niu sta­wiam wiel­ki X w ka­len­da­rzu i od­li­czam do pi­ęt­na­ste­go lu­te­go - dnia, w któ­rym sko­ńczę dwa­dzie­ścia je­den lat.

Osu­wam się po­wo­li wzdłuż ścia­ny, aż sia­dam na podło­dze. Twarz za­kry­tą dło­ńmi opie­ram o ko­la­na przy­ci­ągni­ęte do pier­si. Tak nie­wie­le dzie­li mnie od chwi­li, gdy będę mo­gła opu­ścić dom. Wszyst­ko przez to, że nie zno­szę na­szych wspól­nych wy­jaz­dów do ro­dzin­ne­go mia­sta mamy, Tuc­son, któ­re od­by­wa­ją się co­raz częściej. Mu­szę w nich uczest­ni­czyć, bo jak mówi tata: "Je­steś jesz­cze za mło­da, nie zo­sta­wię cię sa­mej z ochro­nia­rzem". Bla, bla, bla.

I tak w kó­łko.

Kie­dy za­czy­na wy­li­czać wszyst­kie prze­ciw, je­dy­nie przy­ta­ku­ję i uda­ję za­in­te­re­so­wa­nie, pod­czas gdy w gło­wie ukła­dam plan prze­trwa­nia w domu Ve­re­nów. Ko­cham cio­cię Yvon­ne, Li­lith i na­wet wuj­ka Dre­xe­la da­rzę ja­ki­mś uczu­ciem, jed­nak ich syna... nie­na­wi­dzę. Sama myśl o tym aro­ganc­kim dup­ku spra­wia, że za­ci­skam pi­ęści. To on jest po­wo­dem mo­jej nie­chęci do tych pod­ró­ży. Nie mogę znie­ść wi­do­ku jego iry­tu­jąco przy­stoj­nej twa­rzy, za­ro­zu­mia­łe­go uśmie­chu i bu­rzy czar­nych wło­sów, zwy­kle ukry­tych pod kap­tu­rem czar­nej blu­zy. Nie­na­wi­dzę go ca­łym ser­cem, od­kąd sko­ńczy­łam szes­na­ście lat.

Od dziec­ka po­tra­fił dać mi w kość. Moje pierw­sze wspo­mnie­nie z nim si­ęga cza­su, gdy mia­łam czte­ry lata. Bie­ga­łam wte­dy po ogro­dzie Ve­re­nów i na­gle, roz­pędzo­na, wpa­dłam na nie­go z im­pe­tem. Upa­dłam, a on na­wet nie wy­ci­ągnął ręki - tyl­ko przy­kuc­nął, zrów­nał się ze mną wzro­kiem i po raz pierw­szy mnie upo­ko­rzył, na­zy­wa­jąc śle­pą gru­ba­ską.

Mia­łam oku­la­ry i by­łam tro­chę pulch­niej­sza, więc... w pew­nym sen­sie mó­wił praw­dę. Nie za­prze­czam. Ale to nie daje ni­ko­mu pra­wa do okru­cie­ństwa, a już na pew­no do wy­po­mi­na­nia dziec­ku rze­czy, któ­rych nie ro­zu­mie i nie po­tra­fi unie­ść. Do dziś po­zo­stał mi słab­szy wzrok i wci­ąż zma­gam się ze swo­im cia­łem, bo nie jest "ide­al­ne". Tyl­ko że prze­cież nikt nie jest do­sko­na­ły. Naj­bar­dziej prze­szka­dza mi brzuch, jed­nak ja­koś so­bie z tym ra­dzę. Pro­blem w tym, że dziec­ko bie­rze wszyst­ko do ser­ca. Zwłasz­cza sło­wa chło­pa­ka, w któ­rym jest za­uro­czo­ne.

Po­now­nie do­świad­czy­łam jego obelg, gdy w wie­ku dzie­si­ęciu lat przy­je­cha­łam na przy­jęcie uro­dzi­no­we Li­lith. Tym ra­zem mia­łam na so­bie pi­ęk­ną su­kien­kę, w któ­rej czu­łam się jak ba­let­ni­ca. Pe­łna ra­do­ści wy­szłam z po­ko­ju Lil i prze­cho­dząc przez ko­ry­tarz, usły­sza­łam dziw­ne dźwi­ęki do­cho­dzące z sy­pial­ni jej bra­ta. Prze­stra­szo­na we­szłam, aby mu po­móc.

Idiot­ka ze mnie.

Cóż, w tym wie­ku ma się ogra­ni­czo­ną wie­dzę o pew­nych spra­wach. Gdy otwo­rzy­łam drzwi, moje oczy roz­sze­rzy­ły się ze zdu­mie­nia. Dec­kard sie­dział na szez­lon­gu przed łó­żkiem, częścio­wo ro­ze­bra­ny, za­to­pio­ny w ogląda­niu na­giej pary na ekra­nie te­le­wi­zo­ra, i ba­wił się swo­im pe­ni­sem. Oczy­wi­ście zda­wa­łam so­bie spra­wę z ró­żnic mi­ędzy dziew­częta­mi a chłop­ca­mi, ale ni­g­dy nie ro­zu­mia­łam, dla­cze­go ktoś mó­głby chcieć się tam do­ty­kać. Kie­dy mnie za­uwa­żył, szyb­ko przy­krył się ko­cem i rzu­cił w moim kie­run­ku tym swo­im cha­rak­te­ry­stycz­nym, kąśli­wym to­nem:

- Kto ci tu po­zwo­lił we­jść, gru­ba­sko? - Zlu­stro­wał mnie od stóp do głów. - Mia­łem ra­cję, że po­trze­bu­jesz oku­la­rów. Czy­tać też jesz­cze nie po­tra­fisz?

Ucie­kłam i się roz­pła­ka­łam, bo li­czy­łam, że skom­ple­men­tu­je mój strój.

Trze­ci raz wy­da­rzył się, gdy sko­ńczy­łam czter­na­ście lat. Spa­ce­ro­wa­łam po te­re­nie po­sia­dło­ści Ve­re­nów, aż w ko­ńcu do­ta­rłam do furt­ki pro­wa­dzącej do domu wuj­ka De­re­ka. Prze­szłam na dru­gą stro­nę i zo­ba­czy­łam ba­sen. By­łam już w stro­ju kąpie­lo­wym, więc uzna­łam, że szko­da nie sko­rzy­stać z oka­zji. Kie­dy zbli­ża­łam się do wody, za­uwa­ży­łam, że ogrom­ne szkla­ne drzwi są sze­ro­ko otwar­te. Od­wró­ci­łam gło­wę w tam­tą stro­nę i... oczy­wi­ście zo­ba­czy­łam Dec­kar­da. Ćwi­czył. Wu­jek miał dużą si­łow­nię po­łączo­ną z ba­se­nem wy­cho­dzącym poza bu­dy­nek.

Na jego wi­dok ser­ce za­bi­ło mi moc­niej, ale on za­re­ago­wał wy­łącz­nie iry­ta­cją.

- Co ty tu ro­bisz, gru­ba­sko? Mu­sisz wszędzie za mną ła­zić? - Zmie­rzył mnie wzro­kiem, a jego cia­ło na­pi­ęło się z dez­apro­ba­tą. - Nie dość, że śle­pa, to jesz­cze brzyd­ka. Wy­noś się stąd.

To zda­rze­nie zmie­ni­ło wszyst­ko - przede wszyst­kim mnie. Wró­ci­łam do domu z po­sta­no­wie­niem, że mu­szę coś ze sobą zro­bić. Tyle że nie kie­ro­wa­ła mną tro­ska o sie­bie, tyl­ko de­spe­rac­ka po­trze­ba za­im­po­no­wa­nia jemu. Na­iw­no­ść, za któ­rą dziś pła­cę wspo­mnie­nia­mi.

Przez dłu­gi czas nie­mal się gło­dzi­łam, ka­to­wa­łam ćwi­cze­nia­mi, aż w ko­ńcu schu­dłam. By­łam z sie­bie dum­na. I wte­dy wy­my­śli­łam plan, któ­re­go do te­raz ża­łu­ję.

Po­pe­łni­łam naj­wi­ęk­szy błąd w swo­im ży­ciu. Mia­łam szes­na­ście lat i by­li­śmy wte­dy w po­sia­dło­ści Ve­re­nów. W gło­wie kłębi­ły mi się sło­wa Li­lith o dziew­czy­nach, z ja­ki­mi Dec­kard się spo­ty­kał - chu­dych, wy­gląda­jących jak mo­del­ki. Zro­bi­łam się na taką.

Tam­tej nocy za­kra­dłam się do jego po­ko­ju. Ubra­na w sek­sow­ną bie­li­znę, wsu­nęłam się pod ko­łdrę i cze­ka­łam z ser­cem bi­jącym tak gło­śno, jak­by mia­ło mnie zdra­dzić. Gdy wró­cił, lek­ko wsta­wio­ny, za­trzy­mał się w pro­gu. Jego spoj­rze­nie wy­da­wa­ło się inne, ci­ęższe, nie­prze­nik­nio­ne. Nie po­wie­dział pra­wie nic.

Stra­ci­łam z nim dzie­wic­two.

Oka­zał się ostro­żny, ale chłod­ny. Nie spoj­rzał na mnie ani razu tak, jak pra­gnęłam. Nie było czu­ło­ści ani po­ca­łun­ków. Wte­dy jesz­cze wma­wia­łam so­bie, że to przez al­ko­hol, któ­re­go woń czu­łam w jego od­de­chu. Że rano coś się zmie­ni. Że może to jed­nak coś zna­czy­ło.

My­li­łam się.

Na­stęp­ne­go dnia pra­gnęłam po­wtó­rzyć na­sze spo­tka­nie, lecz kie­dy otwo­rzy­łam drzwi jego po­ko­ju, za­sta­łam go pie­przące­go inną dziew­czy­nę. Jego re­ak­cja na mój wi­dok była bru­tal­na - prych­nął, moc­no wsze­dł w ko­bie­tę i jęk­nął gar­dło­wo, po czym ci­cho wy­po­wie­dział sło­wa, któ­re po­dzia­ła­ły ni­czym cios.

- Ro­squ­il­la fea1.

To był ko­niec. Znie­na­wi­dzi­łam go jesz­cze bar­dziej, po­nie­waż roz­bił moje ser­ce na ka­wa­łki.

1. Ro­squ­il­la fea - (z hiszp.) tłu­sty pączek (przyp. aut.).

Rozdział pierwszy

Isele

- Ise­le. - Mama za­gląda do mo­je­go po­ko­ju, de­li­kat­nie otwie­ra­jąc drzwi.

Ob­ra­cam się ku niej, sie­dząc przy biur­ku umiesz­czo­nym przed oknem.

- Tak?

- Pa­mi­ętasz, że dzi­siaj je­dzie­my? A ty jesz­cze nie je­steś spa­ko­wa­na. - Wcho­dzi do środ­ka i za­kła­da ręce na pier­si.

Uśmiech błąka mi się po twa­rzy, bo po raz ko­lej­ny mu­szę im od­mó­wić.

- Nie jadę - od­po­wia­dam obo­jęt­nie i wra­cam do lap­to­pa.

- Mó­wisz tak od czte­rech lat. Wiesz, że oj­ciec tym ra­zem ci nie od­pu­ści. Mamy po­znać przy­szłą żonę Dec­kar­da.

Na te sło­wa coś we mnie za­ma­rza.

Dec­kard Ve­ren. To przez nie­go wi­du­ję się z Lil, moją przy­ja­ció­łką, głów­nie przez ka­mer­ki. Mi­nęły lata, a ja wci­ąż mam przed ocza­mi tam­ten ob­raz. I wiem jed­no: ni­g­dy mu tego nie wy­ba­czę. Po­trak­to­wał mnie jak jed­ną z tych dziew­czyn, któ­re spro­wa­dzał do domu na jed­ną noc, jak nic nie­zna­czący epi­zod.

A prze­cież wie­dział, co do nie­go czu­ję. Mu­siał wie­dzieć, sko­ro Li­lith wci­ąż mu o tym po­wta­rza­ła. Zi­gno­ro­wał to. Dla nie­go było to nic. Dla mnie, nie­ste­ty, zna­czy­ło wszyst­ko.

Mu­sia­łam się z nie­go wy­le­czyć. Nie mo­głam znie­ść by­cia z nim w jed­nym po­miesz­cze­niu, bo za ka­żdym ra­zem jego wi­dok bu­dził moje uczu­cia. Dzia­łał jak ma­gnes. Jego ciem­no­brązo­we oczy spra­wia­ły, że roz­pły­wa­łam się w środ­ku jak cze­ko­la­da na sło­ńcu. A te­raz mam po­znać jego przy­szłą żonę? To kpi­na. Nie wi­dzia­łam go czte­ry lata i tak musi po­zo­stać.

Poza tym po­zna­łam ko­goś. Ma na imię Ash i spo­tka­łam go zu­pe­łnym przy­pad­kiem w jed­nej z ka­wiar­ni na uni­wer­sy­te­cie. To on pierw­szy pod­sze­dł, za­py­tał, co stu­diu­ję, a po­tem rzu­cił kom­ple­men­tem, że po jego stro­nie kam­pu­su nie wi­dział jesz­cze tak pi­ęk­nej dziew­czy­ny. Od razu po­czu­łam, jak po­licz­ki mi pło­ną. Uśmiech­nęłam się, po­da­łam mu dłoń i się przed­sta­wi­łam. Kil­ka razy do­py­ty­wał, czy je­stem z "tej" ro­dzi­ny Brow­nów. Wa­ha­łam się, czy to po­twier­dzić, ale w ko­ńcu ski­nęłam gło­wą. On tyl­ko przy­tak­nął, bez sen­sa­cji, bez dziw­nych min. Ob­sta­wia­łam, że za­raz odej­dzie, jak ka­żdy inny, a jed­nak zo­stał. Roz­ma­wiał ze mną tak, jak­by na­praw­dę chciał mnie po­znać. By­łam ocza­ro­wa­na. Pó­źniej do­wie­dzia­łam się, że ma spor­to­we sty­pen­dium i bie­ga w na­szej dru­ży­nie fut­bo­lo­wej, a do tego stu­diu­je psy­cho­lo­gię. Za­pro­sił mnie na rand­kę, a ja się zgo­dzi­łam. Wte­dy po­sta­no­wi­łam, że raz na za­wsze wy­rzu­cę Dec­kar­da z gło­wy.

Spo­ty­kam się z nim już po­nad dwa mie­si­ące. Tata oczy­wi­ście do­kład­nie go prze­świe­tlił, ale ni­cze­go nie zna­la­zł, choć wci­ąż z upo­rem po­wta­rza, że ma na nas oko. Z mamą roz­ma­wiam o nim częściej. Opo­wia­da­ła mi, co czu­ła, kie­dy po raz pierw­szy spo­tka­ła mo­je­go ojca, o tych wszyst­kich emo­cjach, któ­re po­dob­no ude­rza­ją czło­wie­ka jak fala... Tyle że ja nie czu­łam ni­cze­go po­dob­ne­go, jed­nak Ash jest przy­stoj­ny, wy­so­ki, do­brze zbu­do­wa­ny, ma sza­re oczy i ja­sno­brązo­we wło­sy, a przede wszyst­kim uśmiech, od któ­re­go mi­ęk­ną mi ko­la­na. Jest mi przy nim do­brze. Mamy wspól­ne te­ma­ty, lu­bię spędzać z nim czas, śmie­ję się, czu­ję się bez­piecz­nie, a jed­nak ni­g­dy nie po­ja­wi­ły się te słyn­ne mo­ty­le w brzu­chu. Za­sta­na­wiam się, czy to dla­te­go, że wci­ąż nie po­trak­to­wał mnie jak ko­bie­ty. Może wła­śnie w tym tkwi pro­blem. Może to znak, że po­win­nam coś zmie­nić? Jed­no wiem na pew­no: cie­szę się, że przez te mie­si­ące ani razu nie po­my­śla­łam o pew­nym czar­no­wło­sym wrzo­dzie na ty­łku.

- Umó­wi­łam się dziś z Ashem do kina, bo nie po­je­chał na week­end do ro­dzi­ców - rzu­cam, po­pra­wia­jąc oku­la­ry.

- Wi­dzisz się z Ashem pra­wie co­dzien­nie, a w Tuc­son nie by­łaś już na­praw­dę daw­no. Może w ko­ńcu od­wie­dzisz dziad­ka? Tęsk­ni za tobą, a roz­mo­wy przez ka­mer­kę prze­sta­ły mu wy­star­czać - oznaj­mia, pod­cho­dzi bli­żej i kła­dzie dłoń na moim ra­mie­niu. - Od­kąd sko­ńczy­łaś szes­na­ście lat, nie chcesz tam je­ździć. Może wresz­cie po­wiesz mi, dla­cze­go? - Od­wra­ca mnie twa­rzą do sie­bie. W jej spoj­rze­niu jest ta mat­czy­na tro­ska, przed któ­rą trud­no się bro­nić. - Dzia­dek chce cię zo­ba­czyć. Tęsk­ni. Mó­wił, że chcia­łby za­brać cię do we­so­łe­go mia­stecz­ka.

- Mamo, nie mam już dwu­na­stu lat. Poza tym dzia­dek może mnie od­wie­dzić, tak jak ostat­nio.

- Chciał cię za­brać do we­so­łe­go mia­stecz­ka. Obie­cał ci to kie­dyś, pa­mi­ętasz?

Bie­rze mnie na li­to­ść, wiem o tym. Sia­da na ka­na­pie na­prze­ciw­ko i robi tę minę, przez któ­rą za­wsze do­skwie­ra­ją mi wy­rzu­ty su­mie­nia.

- Wiesz, że nie prze­pa­dam za Dec­kar­dem, więc nie ro­zu­miem, po co mam tam je­chać. - Kręcę gło­wą i wzdy­cham, opie­ra­jąc się moc­niej o krze­sło. Przy­je­cha­łam do ro­dzi­ców na dwa ty­go­dnie i nie chcę mar­no­wać tego cza­su. - Dziad­ka mogę od­wie­dzić in­nym ra­zem. Tyl­ko jego. Na kil­ka dni.

- Wszy­scy będą - od­po­wia­da od razu. - I za ka­żdym ra­zem po­wta­rzasz to samo, kie­dy mamy tam je­chać. Tym ra­zem oj­ciec ci nie od­pu­ści.

- Czy­li Col­lin też je­dzie? - Marsz­czę brwi i krzy­żu­ję ręce na pier­si.

- Nie. Col nie może opu­ścić szko­ły, do­brze o tym wiesz. - Wsta­je i kle­pie mnie po ra­mie­niu, jak­by chcia­ła tym ge­stem uci­ąć dys­ku­sję. - Zo­ba­czysz, czas szyb­ko zle­ci. Będzie Lil, do­sta­nie­cie po­kój u De­re­ka. Może na­wet zgo­dzę się na za­ku­py, ale Ja­cob ma wam to­wa­rzy­szyć. Ku­pisz so­bie ład­ną su­kien­kę na ko­la­cję. Dzia­dek za­bie­rze was do we­so­łe­go mia­stecz­ka, któ­re Dre­xel wy­na­jął na je­den dzień. W po­nie­dzia­łek wra­ca­my. Za­nim się obej­rzysz, znów będziesz w domu.

Prze­wra­cam ocza­mi. Nie cier­pię, kie­dy ochro­nia­rze taty cho­dzą za mną krok w krok jak cień. To ko­lej­ny po­wód, dla któ­re­go nie lu­bię tam je­ździć. Tu­taj, w Chi­ca­go, mam wi­ęcej swo­bo­dy. Przy­naj­mniej tak mi się wy­da­je.

Oj­ciec jest wręcz cho­ro­bli­wie opie­ku­ńczy, je­śli cho­dzi o mnie. Od lat pro­wa­dzi fir­mę ochro­niar­ską. Na po­cząt­ku pla­no­wał prze­ka­zać ją mnie jako star­sze­mu dziec­ku, ale wy­bra­łam inną dro­gę. Ni­g­dy nie in­te­re­so­wa­łam się sys­te­ma­mi bez­pie­cze­ństwa.

Chcę zo­stać pro­ku­ra­to­rem.

Wła­śnie dla­te­go od po­cząt­ku upie­ra­łam się, żeby ro­dzi­ce po­zwo­li­li mi cho­dzić do nor­mal­nej szko­ły. Nie­wie­le to jed­nak dało, stu­diu­ję na Uni­wer­sy­te­cie w Chi­ca­go, cho­ciaż do­sta­łam się na Yale. Pla­nu­ję prze­nie­ść się tam, gdy tyl­ko sko­ńczę dwa­dzie­ścia je­den lat.

- Po co ja w ogó­le mam tam je­chać? Je­śli cho­dzi tyl­ko o we­so­łe mia­stecz­ko, prze­pro­szę dziad­ka. Przede mną nowy rok aka­de­mic­ki, mu­szę się przy­go­to­wać i...

- Są wa­ka­cje. To czas na od­po­czy­nek - prze­ry­wa mi spo­koj­nie. - Ostat­ni mie­si­ąc spędzi­łaś z no­sem w ksi­ążkach. Może przy­da ci się zmia­na oto­cze­nia, żeby zła­pać od­dech i po­pa­trzeć na wszyst­ko ina­czej?

- Nie w tam­tym miej­scu - mru­czę pod no­sem.

- Masz dwie go­dzi­ny - uci­na. - Je­śli się nie spa­ku­jesz, po­je­dziesz tak, jak sto­isz. Czy­li w pi­ża­mie. - Mie­rzy mnie zna­czącym spoj­rze­niem. - Nie uwa­żasz, że naj­wy­ższy czas się umyć i coś zje­ść, ko­cha­nie?

Po­sy­ła mi uśmiech i wy­cho­dzi, jak­by spra­wa była już daw­no prze­sądzo­na.

Wsta­ję z fo­te­la i pod­cho­dzę do lu­stra. Ci­ągnie się od podło­gi aż po su­fit, od­dzie­la­jąc gar­de­ro­bę od po­ko­ju. Przez chwi­lę tyl­ko sto­ję i przy­glądam się swo­jej syl­wet­ce. Po "gru­ba­sce" nie ma już ani śla­du. Dec­kard nie na­zwie mnie tak po­now­nie. Tata miał ra­cję, co­raz bar­dziej przy­po­mi­nam cio­cię Lyn. Mam sto sie­dem­dzie­si­ąt pięć cen­ty­me­trów wzro­stu, dłu­gie, lek­ko fa­lo­wa­ne blond wło­sy i duże, zie­lo­ne oczy. Pe­łne usta, pro­sty nos... i oku­la­ry, któ­rych wci­ąż nie po­tra­fię się po­zbyć, choć pró­bo­wa­łam. W szpil­kach nogi wy­da­ją mi się nie­mal nie­sko­ńczo­ne, pro­wa­dząc wzrok do zgrab­nie wy­mo­de­lo­wa­nych bio­der i po­ślad­ków. Je­dy­ną rze­czą, któ­rą odzie­dzi­czy­łam po ma­mie, są pier­si. Już w wie­ku czter­na­stu lat były wy­ra­źne, a z cza­sem sta­ły się jesz­cze bar­dziej za­uwa­żal­ne. Pod­czas co­dzien­nych bie­gów oka­zu­ją się uci­ążli­we. Mimo to zwy­kle ubie­ram się tak, aby nie eks­po­no­wać swo­ich atu­tów. Na­dal nie prze­pa­dam za by­ciem w cen­trum uwa­gi, co ma swo­je ko­rze­nie w prze­szło­ści. Ash często su­ge­ru­je mi, abym ubie­ra­ła się bar­dziej ko­bie­co, ale to nie w moim sty­lu. Moja gar­de­ro­ba skła­da się głów­nie z dam­skich gar­ni­tu­rów, lu­źniej­szych ma­ry­na­rek i blu­zek, któ­re mogę wsu­nąć do spodni, oraz bu­tów na sta­bil­nym, sze­ścio­cen­ty­me­tro­wym ob­ca­sie. Za­wsze sta­ra­łam się nie rzu­cać w oczy i praw­do­po­dob­nie nic tego nie zmie­ni, poza tym na­dal chcę ukry­wać swo­ją jed­ną wadę.

Po szyb­kim prysz­ni­cu wkła­dam spodnie dre­so­we i zbyt duży pod­ko­szu­lek. Wło­sy zwi­ązu­ję w nie­dba­ły ko­czek na czub­ku gło­wy i scho­dzę na dół na pó­źne śnia­da­nie, a wła­ści­wie lunch, któ­ry wła­śnie przy­go­to­wu­je Be­re­ni­ca. To dziew­czy­na po­le­co­na przez pa­nią Wil­liams, daw­ną pra­cow­ni­cę taty.

- Cze­ść, Ber - wi­tam się i sia­dam na jed­nym z wy­so­kich krze­seł przy ku­chen­nej wy­spie.

Be­re­ni­ca za­wsze słu­ży po­mo­cą w do­mo­wych spra­wach i chęt­nie ze mną roz­ma­wia. Kie­dy by­łam młod­sza, go­to­wa­ła mi po­si­łki i pie­kła cia­sta bez cu­kru, pró­bu­jąc do­dać mi otu­chy w cza­sach, gdy ka­to­wa­łam się die­ta­mi.

- Hej, Isi - od­po­wia­da, od­wra­ca­jąc się w moją stro­nę, a po­tem uśmie­cha. - Chcesz spró­bo­wać fo­cac­cii z po­lędwi­cą w so­sie szczy­pior­ko­wo-czosn­ko­wym?

Na sam dźwi­ęk tych słów czu­ję, jak ślin­ka na­pły­wa mi do ust.

- Oczy­wi­ście, że chcę. Uwiel­biam two­je da­nia. Mo­gła­bym je jeść bez prze­rwy! - za­pew­niam, gdy po­da­je mi ta­lerz z go­to­wym po­si­łkiem. - Dzi­ęki - mó­wię, bio­rę go w dło­nie i od razu za­czy­nam jeść. - A gdzie są ro­dzi­ce?

- Pan Brown jest w ga­bi­ne­cie, a pani Brown u sie­bie - od­po­wia­da, marsz­cząc lek­ko brwi. Po chwi­li wzdy­cha. - Wła­ści­wie mu­szę iść jej po­móc - do­da­je i wska­zu­je ręką scho­dy.

- Ja­sne.

- Po­trze­bu­jesz po­mo­cy przy pa­ko­wa­niu?

- Nie, dzi­ęku­ję. Po­ra­dzę so­bie sama.

Kiwa gło­wą i ru­sza w stro­nę scho­dów. Kie­dy ko­ńczę po­si­łek, wkła­dam ta­lerz do zmy­war­ki i wra­cam do sie­bie. Wy­su­wam wa­liz­kę spod łó­żka i prze­cho­dzę do gar­de­ro­by. Prze­glądam ubra­nia od pra­wej do le­wej, z przo­du i z tyłu, jak­bym li­czy­ła na to, że na­gle po­ja­wi się coś no­we­go. W czym tu wy­bie­rać, sko­ro wszyst­ko wy­gląda nie­mal tak samo?

W ko­ńcu si­ęgam po trzy gar­ni­tu­ry, ele­ganc­kie, sta­ran­nie wy­pra­so­wa­ne, w po­krow­cach. Skła­dam je rów­no i wkła­dam do tor­by. Do­rzu­cam trzy pary bu­tów, trzy ze­sta­wy do bie­ga­nia, adi­da­sy, ko­stium kąpie­lo­wy i bie­li­znę. Pa­ku­ję też nie­zbęd­ne ko­sme­ty­ki na po­ra­nek i wie­czór, po czym za­my­kam wa­liz­kę. Na ko­niec wy­bie­ram świe­że ubra­nie i się prze­bie­ram.

Je­stem go­to­wa do wy­jaz­du, a mimo to nie czu­ję ani odro­bi­ny eks­cy­ta­cji. Sia­dam na ka­na­pie i si­ęgam po te­le­fon le­żący na sto­li­ku. Mu­szę na­pi­sać do Asha, że z na­szych pla­nów nic nie wyj­dzie.

Ja: Przy­kro mi, ale nie uda­ło mi się unik­nąć wy­jaz­du ?

Wsta­ję i sia­dam przy biur­ku. Od­kła­dam smart­fon obok mysz­ki i znów po­chy­lam się nad tek­stem. Pi­szę pra­cę o mor­der­stwach, a wła­ści­wie o prze­bie­gu pro­ce­su, tak jak ja go wi­dzę. Kie­dy do­pa­da mnie wena, po­tra­fię sie­dzieć przed kom­pu­te­rem go­dzi­na­mi, za­to­pio­na w no­tat­kach o zbrod­niach, po­szla­kach i do­wo­dach, któ­re mogę pó­źniej wy­ko­rzy­stać.

Te­raz sku­piam się na spra­wie ko­bie­ty, któ­ra za­bi­ła męża i twier­dzi, że dzia­ła­ła w obro­nie wła­snej. We­dług jej ze­znań prze­trzy­my­wał ją w dom­ku go­ścin­nym, bił i gło­dził. Kie­dy w ko­ńcu przy­nió­sł je­dze­nie, ogłu­szy­ła go garn­kiem, a po­tem za­da­ła śmier­tel­ny cios no­żem. Tyl­ko że... coś w tej hi­sto­rii mi nie gra. Prze­glądam zdjęcia w fol­de­rze, ana­li­zu­ję szcze­gó­ły, wra­cam do ze­znań, a uczu­cie, że coś się nie zga­dza, nie zni­ka. Roz­kła­dam wszyst­ko na czyn­ni­ki pierw­sze...

Na­gle pod­ska­ku­ję na krze­śle, gdy te­le­fon z ło­sko­tem spa­da na podło­gę. Od­ry­wam się od pra­cy i szyb­ko go pod­no­szę. Nie­ode­bra­ne po­łącze­nie i dwie wia­do­mo­ści: jed­na od Asha, dru­ga od Li­lith.

Ash: Szko­da... Będę za Tobą tęsk­nił <3

Uśmie­cham się, kie­dy to czy­tam. Ja też będę za nim tęsk­nić, a ra­czej bar­dziej za cza­sem któ­ry spędza­my ra­zem.

Lil: Aaaa! Nie mogę się do­cze­kać, aż tu będziesz! Już wszyst­ko za­pla­no­wa­łam. Za­ku­py, wi­zy­ta u ko­sme­tycz­ki, śpi­my u wuj­ka De­re­ka! (choć nie je­stem pew­na, czy to do­bry po­my­sł, bo oni też tam będą :/) I jesz­cze we­so­łe mia­stecz­ko!

Od razu się krzy­wię. Cio­cia z wuj­kiem po­tra­fią być... nie do znie­sie­nia. Wła­ści­wie nie: oni za­wsze są nie do znie­sie­nia. Ro­zu­miem, że mo­żna za kimś tęsk­nić, przy­tu­lać się, ca­ło­wać, nor­mal­ne. Ale ich spo­sób oka­zy­wa­nia uczuć bywa przy­tła­cza­jący, wręcz du­szący, jak­by nie ist­niał nikt poza nimi. Nie mają dzie­ci, bo "nie chcą" i "wolą ko­rzy­stać z ży­cia", tak to za­wsze tłu­ma­czą. Zwłasz­cza że jako sze­fo­wie ma­fii i tak mają dość za­jęć. Cza­sa­mi ma­rzę, żeby od tego wszyst­kie­go uciec. Od­ci­ąć się od tego świa­ta raz na za­wsze. Mam na­dzie­ję, że gdy osi­ągnę od­po­wied­ni wiek, zo­sta­nę tym, kim chcę, i wresz­cie ca­łko­wi­cie się od tego od­se­pa­ru­ję.

Ja: Może two­ja mama po­mo­że nam ogar­nąć ja­kiś po­kój? Albo wu­jek De­rek znaj­dzie coś w dru­gim skrzy­dle? Wo­la­ła­bym unik­nąć spa­nia zno­wu obok nich...

Za­wie­szam kciuk nad ekra­nem, za­nim wy­ślę wia­do­mo­ść. Nie je­stem pew­na, czy chcę spędzać czas w domu mo­jej chrzest­nej, szcze­gól­nie te­raz, kie­dy Dec­kard ma już wy­bran­kę i pla­nu­je ślub. Na samą myśl pry­cham pod no­sem, ale osta­tecz­nie wci­skam "wy­ślij".

Nie za­mie­rzam się bać Dec­ka. Je­stem do­ro­sła. Po­tra­fię się obro­nić.

Od­pi­su­je nie­mal na­tych­miast.

Lil: Na pew­no coś wy­my­śli­my!

Oczy­wi­ście, że wy­my­śli­my. Przez ostat­nie czte­ry lata sta­łam się mi­strzy­nią w wy­my­śla­niu wy­mó­wek. Mam tyl­ko na­dzie­ję, że i tym ra­zem uda mi się zna­le­źć roz­wi­ąza­nie.

Wy­mie­nia­my z przy­ja­ció­łką jesz­cze kil­ka wia­do­mo­ści, aż do mo­je­go po­ko­ju wcho­dzi tata.

- Zej­dź na dół, mło­da. Cze­ka­my z mamą.

- Już scho­dzę, tato - od­po­wia­dam, za­my­ka­jąc lap­to­pa.

Wsu­wam kom­pu­ter do tor­by li­sto­nosz­ki, za­rzu­cam ją na ra­mię, chwy­tam to­reb­kę i te­le­fon, po czym kie­ru­ję się na dół.

***

Pod­róż mija za­ska­ku­jąco spo­koj­nie. Od­kąd tata roz­bu­do­wał swo­ją fir­mę, mógł po­zwo­lić so­bie na pry­wat­ny sa­mo­lot, choć praw­da jest taka, że w na­szej ro­dzi­nie luk­sus ni­g­dy nie był czy­mś ob­cym. Mama przez cały lot opo­wia­da o pla­nach lek­cji. Jest wła­ści­ciel­ką i jed­ną z naj­lep­szych wi­za­ży­stek w re­no­mo­wa­nej uczel­ni, któ­rą kie­dyś sama ko­ńczy­ła. Oj­ciec ku­pił ją dla niej w cza­sach, gdy mi­ędzy nimi iskrzy­ło bar­dziej z fru­stra­cji niż z na­mi­ęt­no­ści. Ro­dzi­ciel­ka lubi wra­cać do daw­nych lat, do swo­ich hi­sto­rii o mło­dzie­ńczych ma­rze­niach, o pra­gnie­niu uciecz­ki od ży­cia w cie­niu ma­fii, o po­trze­bie nor­mal­no­ści i funk­cjo­no­wa­niu bez ci­ągłe­go ogląda­nia się za sie­bie. Dla­te­go wy­je­cha­ła do Chi­ca­go, żeby się uczyć. A jed­nak los i tak po­sta­wił na jej dro­dze tatę. Jak wi­dać, nie­da­le­ko pada ja­błko od ja­bło­ni.

Przez wi­ęk­szo­ść lotu sie­dzę ze słu­chaw­ka­mi w uszach, pi­sząc pra­cę. Dzi­ęki temu nie sły­szę roz­mów mamy ani spraw, któ­re tata mi­mo­cho­dem za­ła­twia przez te­le­fon. Po­dob­no mie­li zro­bić so­bie wol­ne. Tak... za­wsze tak mó­wią.

Cza­sem, gdy pod­no­szę wzrok, ła­pię ich na ukrad­ko­wych spoj­rze­niach, tych krót­kich, zna­czących, któ­re mó­wią wi­ęcej niż sło­wa. Mo­gli­by cho­ciaż od­pu­ścić, kie­dy je­stem obok.

Pa­mi­ętam, jak przy­ła­pa­łam ro­dzi­ców w kuch­ni na upra­wia­niu sek­su. Boże... to było tak że­nu­jące, że do dziś mam ocho­tę za­pa­ść się pod zie­mię na samo wspo­mnie­nie. Sko­ńczy­łam wte­dy za­jęcia wcze­śniej i do dziś ża­łu­ję, że nie po­szłam z Ashem na ko­la­cję. Przez do­bry mie­si­ąc ten ob­raz nie chciał znik­nąć mi z gło­wy. Mama na bla­cie... Jezu... do­brze, że nie byli nadzy.

A te­raz... sama so­bie to przy­po­mnia­łam. Wy­star­czy jed­no spoj­rze­nie na nich i zno­wu to wi­dzę. Jęczę w du­chu, pod­kręcam gło­śno­ść i po­zwa­lam, żeby Fli­ght Fa­ci­li­ties - Cra­ve You za­głu­szy­ło mi my­śli. Za­pa­dam się głębiej w fo­tel, ale i tak upar­cie w mo­jej gło­wie po­ja­wia się Dec­kard. Nie mam po­jęcia, dla­cze­go. Co jest ze mną nie tak?!

Po wy­lądo­wa­niu cze­ka­ją już na nas dwa sa­mo­cho­dy, je­den dla ochro­ny, dru­gi dla nas. Za­nim ru­sza­my, nie po­tra­fię się po­wstrzy­mać i zer­kam na oto­cze­nie. Choć ni­g­dy bym się do tego nie przy­zna­ła, Tuc­son ma w so­bie coś, co ko­cham. Przede wszyst­kim wiecz­ne cie­pło.

Wy­obra­żam so­bie po­ran­ne bie­ga­nie po ska­li­stych ście­żkach i pu­styn­nych te­re­nach, pik­ni­ki da­le­ko od domu, tam, gdzie mo­żna zo­stać sam na sam z na­tu­rą. Wdra­py­wa­ła­bym się na gór­skie szczy­ty tyl­ko po to, żeby pa­trzeć na mia­sto z góry i uda­wać, że wszyst­ko jest pro­ste.

Gdy­by tyl­ko nie miesz­kał tu­taj ten je­den iry­tu­jący, par­szy­wy gno­jek...

- Umó­wi­łaś się już z Li­lith na prze­chadz­kę po skle­pach?

Od­wra­cam się do mamy. Sie­dzi po dru­giej stro­nie i od­pi­su­je na ma­ile. Na­wet na mnie nie pa­trzy.

- Tak. Idzie­my ju­tro z sa­me­go rana.

- Pój­dą z wami Ja­cob i Noe - wtrąca tata z przed­nie­go sie­dze­nia, rów­nież wpa­trzo­ny w te­le­fon.

No tak. Co za cza­sy. Prze­wra­cam ocza­mi.

- Prze­cież i tak będą z nami ochro­nia­rze Li­lith.

- Nie dys­ku­tuj - uci­na chłod­no oj­ciec.

Wy­my­ka mi się jęk nie­za­do­wo­le­nia. Zsu­wam się ni­żej na sie­dze­niu i uda­ję ob­ra­żo­ną, ten nu­mer zwy­kle na nich dzia­ła, choć w tym mie­ście ni­g­dy nie wia­do­mo. Krzy­żu­ję ręce na pier­si i od­wra­cam gło­wę, jak­bym na­gle prze­sta­ła ich wi­dzieć.

- Nie ob­ra­żaj się, Ise­le. To dla two­je­go do­bra. Ile razy ci mó­wi­łam, co się tu kie­dyś dzia­ło? - przy­po­mi­na mama.

- Tak, mó­wi­łaś... ale to mia­ło miej­sce, kie­dy by­łaś mło­da.

Od razu po­sy­ła mi kar­cące spoj­rze­nie.

- Młod­sza - po­pra­wiam się po­spiesz­nie.

- Le­piej.

- Prze­cież wuj­ka Dre­xe­la wszy­scy się boją. Nic nam nie gro­zi. - Wy­dy­mam usta.

- Ow­szem, jego się boją - przy­zna­je. - Ale wro­go­wie za­wsze szu­ka­ją sła­bych punk­tów. A wy wła­śnie nimi je­ste­ście.

Przy­gląda mi się uwa­żnie i kła­dzie dłoń na mo­jej no­dze, jak­by chcia­ła mnie uspo­ko­ić.

- To może po­je­dzie ze mną tyl­ko Ja­cob? - pró­bu­ję jesz­cze. - Sam so­bie po­ra­dzi.

Tata zer­ka na mnie kątem oka, a ja ro­bię naj­bar­dziej nie­win­ną, smut­ną minę, na jaką mnie stać. Uno­si kącik ust i pusz­cza mi oko.

- Dzi­ęku­ję! - wy­ry­wa mi się, po czym prze­su­wam się bli­żej i ca­łu­ję go w po­li­czek.

Je­dzie­my pu­styn­ną dro­gą, wśród po­fa­lo­wa­nych wzgórz, a ja czu­ję dresz­cze. Zbli­ża­my się do miej­sca, któ­re w mo­jej gło­wie uro­sło do ran­gi kosz­ma­ru. Śni­łam o tym, że znów je­stem oty­ła, a on śmie­je się ze mnie bez opa­mi­ęta­nia. In­nym ra­zem, jesz­cze gor­szym, wi­dzia­łam go z inną, a w moją stro­nę pa­da­ło to okrop­ne "Ro­squ­il­la fea". Wła­śnie wte­dy za­bo­la­ło naj­bar­dziej. Nie ro­zu­miem, jak mo­głam dać się tak omo­tać. Prze­cież to zło­śli­wy, za­ro­zu­mia­ły idio­ta.

Wzdy­cham, wdzi­ęcz­na, że ro­dzi­ce nie wi­dzą mo­jej miny. Za­my­kam oczy, pró­bu­jąc sku­pić się na czy­mś in­nym, ale to nie dzia­ła. Nie po­tra­fię wy­rzu­cić go z gło­wy. Je­śli zno­wu za­cznie mnie ob­ra­żać...

Kie­dyś cio­cia Yvon­ne po­ra­dzi­ła mi, że­bym za­pi­sa­ła się na kurs sa­mo­obro­ny. Po­wie­dzia­ła, że ka­żda dziew­czy­na po­win­na umieć się obro­nić. Mama też kie­dyś cho­dzi­ła na ta­kie za­jęcia. Więc, ni­ko­mu nic nie mó­wi­ąc, zro­bi­łam to samo. Po wy­kła­dach z pra­wa je­ździ­łam na tre­nin­gi, żeby zmęczyć cia­ło, wy­ci­szyć gło­wę i wresz­cie za­sy­piać bez na­tło­ku my­śli.

I je­śli te­raz rzu­ci w moją stro­nę choć jed­ną obe­lgę, nie za­mie­rzam już tego zno­sić w mil­cze­niu. Nie je­stem tą samą prze­stra­szo­ną dziew­czy­ną.

Chy­ba...

Dźwi­ęk otwie­ra­jącej się bra­my prze­ry­wa moje roz­my­śla­nia. Pod­no­szę gło­wę i wi­dzę, że wła­śnie wje­żdża­my na po­sia­dło­ść Ve­re­nów. Ner­wo­wo za­czy­nam po­dry­gi­wać nogą, a pa­znok­cie same wędru­ją mi do ust. Skó­ra robi się lep­ka od zim­ne­go potu.

Ise­le, ogar­nij się - kar­cę się w my­ślach. - Wszy­scy je­ste­śmy już, do dia­bła, do­ro­śli.

Sa­mo­chód się za­trzy­mu­je, a tata jako pierw­szy wy­sia­da. Otwie­ra drzwi ma­mie i po­da­je jej rękę, ale ich chwi­la szyb­ko się ko­ńczy, bo ona do­strze­ga cio­cię Yvon­ne sto­jącą w drzwiach. Na­tych­miast ru­sza do niej, jak­by nie wi­dzia­ła jej od lat.

Ja zo­sta­ję w au­cie i to oczy­wi­ście nie umy­ka uwa­dze ojca. Ob­cho­dzi sa­mo­chód, sta­je przy mo­ich drzwiach i je otwie­ra.

- Nie wy­sia­dasz, skar­bie? - pyta, wy­ci­ąga­jąc do mnie dłoń.

Chwy­tam ją i wy­mu­szam lek­ki uśmiech.

- My­śla­łam, że będę miesz­kać u wuj­ka De­re­ka... - rzu­cam, a po­tem wtu­lam się w tatę i obej­mu­ję go w pa­sie, jak­bym mo­gła się za nim scho­wać.

- Na ra­zie ulo­ku­jesz się w po­ko­ju Li­lith.

- Ale prze­cież... - za­czy­nam, jed­nak ury­wam, bo nie mam żad­nej sen­sow­nej wy­mów­ki.

- Będzie do­brze - mówi krót­ko, ca­łu­je mnie w czu­bek gło­wy i pro­wa­dzi w stro­nę we­jścia.

Wi­tam cio­cię uści­skiem. Gdy obok niej sta­je wu­jek Dre­xel, od­ru­cho­wo spi­nam ra­mio­na. Za­wsze tak mam, on po­tra­fi mnie prze­stra­szyć samą swo­ją obec­no­ścią. Kie­dy się uśmie­cha, to już w ogó­le wy­gląda jak ja­kiś psy­cho­pa­ta. Wte­dy uświa­da­miam so­bie, po kim Dec­kard odzie­dzi­czył ten "urok".

Stop. Nie mogę w kó­łko o nim my­śleć.

Wu­jek ści­ska dłoń taty i za­pra­sza nas ge­stem do środ­ka, gdzie cze­ka już mama z Yvi. Oj­ciec od razu do nich pod­cho­dzi, a ja zo­sta­ję na mo­ment krok za wuj­kiem. Ten rzu­ca kil­ka słów do ochro­ny, po czym za­my­ka za sobą drzwi i kie­ru­je się do żony.

Nie mam za­mia­ru stać jak ko­łek, więc po­sta­na­wiam od razu pó­jść do Li­lith.

Na po­cząt­ku po­ru­sza­nie się po tym domu przy­cho­dzi­ło mi z tru­dem, mia­łam wra­że­nie, że o wszyst­ko mu­szę py­tać, jak­bym była go­ściem, któ­ry nie po­wi­nien do­ty­kać kla­mek. Do­pie­ro kie­dy wu­jek po­wie­dział mi, że je­ste­śmy "pra­wie jak ro­dzi­na", ode­tchnęłam i po­czu­łam się pew­niej.

Wcho­dzę po scho­dach, a cio­cia woła za mną z dołu:

- Lil będzie za pi­ęt­na­ście mi­nut!

- Do­brze! - od­krzy­ku­ję.

Do­cie­ram na wy­ższe pi­ętro. Drew­nia­na podło­ga kon­tra­stu­je z czar­ny­mi ścia­na­mi i przy­tłu­mio­nym oświe­tle­niem. Ten dom za­wsze wy­da­wał mi się mrocz­ny, je­stem wręcz pew­na, że ma mnó­stwo ukry­tych ko­ry­ta­rzy i prze­jść.

Szyb­ko idę w stro­nę po­ko­ju Lil. Gdy na­ci­skam klam­kę, na­pi­nam się na­gle, bo kątem oka do­strze­gam syl­wet­kę na ko­ńcu ko­ry­ta­rza. Krew od­pły­wa mi z twa­rzy, skó­rę prze­cho­dzi dreszcz, a w gar­dle robi się su­cho.

To on.

Nie wi­dzę jego twa­rzy, a mimo to wiem. Moje cia­ło za­wsze re­agu­je tak samo, za­nim zdążę po­my­śleć. Wpa­dam do po­ko­ju i za­trza­sku­ję za sobą drzwi.

Rozdział drugi

Isele

Roz­kła­dam się wy­god­nie na łó­żku Li­lith i wpa­tru­ję w su­fit. Cze­kam... choć sama nie wiem na co. Prze­cież do­sko­na­le wiem, że on tu nie przyj­dzie. Na co li­czę? Nie­na­wi­dzi mnie tak samo, jak ja jego. O czym ja w ogó­le my­ślę. Po co, do cho­le­ry, mia­łby mi tu być po­trzeb­ny?

W ten week­end mają się od­być jego za­ręczy­ny. Li­czę tyl­ko na to, że nie będę mu­sia­ła skła­dać mu gra­tu­la­cji, bo je­dy­ne, co ode mnie usły­szy, to to, że ży­czę mu szyb­kiej śmier­ci. A jed­nak... gdzieś z tyłu gło­wy kie­łku­je cie­ka­wo­ść. Jak wy­gląda jego przy­szła żona? Za­pew­ne ma uro­dę i fi­gu­rę mo­del­ki z Vic­to­ria's Se­cret. Pry­cham pod no­sem i si­ęgam po te­le­fon.

Wi­dzę kil­ka wia­do­mo­ści od Asha, więc od­pi­su­ję, że pod­róż mi­nęła spo­koj­nie i że kie­dyś chęt­nie za­bio­rę go tu ze sobą. On wca­le nie pro­te­stu­je, jak­by to było czy­mś oczy­wi­stym. Tyl­ko czy wu­jek w ogó­le by się na to zgo­dził? Z tego, co wiem, nie prze­pa­da za ob­cy­mi w swo­im domu. Cho­ciaż... wte­dy mia­ła­bym ide­al­ny pre­tekst, żeby za­trzy­mać się w ho­te­lu, o ile tata w ogó­le by na to po­zwo­lił. Nor­mal­na ro­dzi­na, ja­sne.

Wy­stu­ku­ję jesz­cze, że już za nim tęsk­nię, gdy na­gle drzwi otwie­ra­ją się z im­pe­tem i do po­ko­ju wpa­da Lil.

- Isi! - pisz­czy i rzu­ca się na łó­żko, od razu mnie obej­mu­jąc.

Przy­tu­lam ją moc­no, jak­bym chcia­ła nad­ro­bić te wszyst­kie ty­go­dnie na od­le­gło­ść.

- Boże, jak ja się za tobą stęsk­ni­łam - mó­wię szcze­rze, kie­dy w ko­ńcu się od­su­wa.

- Mu­sisz mnie częściej od­wie­dzać! - Śmie­je się i aż pod­ska­ku­je z eks­cy­ta­cji. - Za­pla­no­wa­łam nam cały wie­czór, więc mam na­dzie­ję, że nie masz in­nych pla­nów. By­łam do­bie­rać do­dat­ki do kre­acji, bo oczy­wi­ście nie mo­głam się po­wstrzy­mać, a su­kien­kę za­raz ci po­ka­żę... - gada jak najęta, nie da­jąc mi na­wet wci­snąć sło­wa. - Wstąpi­łam też do skle­pu, ku­pi­łam prze­kąski i wy­bra­łam fil­my! Ma­ra­ton przed nami, ko­cha­na! - Wy­rzu­ca ręce w górę, po czym ze­ska­ku­je z łó­żka i wska­zu­je mnie pal­cem. - Czy mi się zda­je, czy jesz­cze bar­dziej się wy­ro­bi­łaś? - Uno­si brew.

- Nie - od­po­wia­dam od razu, rów­nież wsta­jąc i po­pra­wia­jąc gar­ni­tur. - Po pro­stu trzy­mam wagę. Już nie mam ten­den­cji do ty­cia. Za­częłam wi­ęcej bie­gać. - Wzru­szam ra­mio­na­mi. - Bar­dziej o sie­bie dbam, ale tego... - opusz­czam wzrok na brzuch - tego na­dal trud­no mi się po­zbyć.

- Wy­glądasz pi­ęk­nie, Isi. Se­rio. Po­dzi­wiam cię. - Jej twarz mi­ęk­nie. - Mnie się ni­g­dy nic nie chce... Cho­ciaż ostat­nio po­szłam na si­łow­nię i na­wet za­częło mi się to po­do­bać. Ale tyl­ko dla­te­go, że obok drzwi stał Con­nor - do­da­je roz­ma­rzo­nym to­nem.

- Lil! - Kle­pię ją w ra­mię. - Prze­cież on jest od cie­bie star­szy o dwa­dzie­ścia lat. I ma żonę!

- A tam... - Ma­cha ręką, zby­wa­jąc mnie bez wy­si­łku. - Za­wsze może się roz­wie­ść, praw­da? I wca­le nie jest star­szy o dwa­dzie­ścia lat!

- Wiesz co... chy­ba jed­nak jest. - Uśmie­cham się pod no­sem. - Cie­ka­we, co po­wie­dzia­łby na to twój tata.

- Nie wiem. - Prze­wra­ca ocza­mi. - Zresz­tą i tak nikt nie chce się ze mną spo­ty­kać, kie­dy sły­szy, ja­kie no­szę na­zwi­sko.

- Wspó­łczu­ję. Wiem, jak to jest mieć na­do­pie­ku­ńcze­go ojca i na­zwi­sko, któ­re coś zna­czy.

- To nie są oj­co­wie. To ne­an­der­tal­czy­cy.

Obie wy­bu­cha­my śmie­chem, gdy na­gle roz­le­ga się pu­ka­nie do drzwi. Li­lith wsta­je i pod­cho­dzi, po czym otwie­ra je na oścież. W pro­gu stoi Ma­xi­me. Wcho­dzi od razu, jak­by była u sie­bie, i kie­ru­je się do gar­de­ro­by, żeby odło­żyć kre­acje Lil.

Max pra­cu­je tu­taj od dziec­ka. Nie­da­le­ko ma mały do­mek, w któ­rym miesz­ka z Con­no­rem. Przy­ja­ció­łka za nią nie prze­pa­da, jed­nak wiem, że to się szyb­ko zmie­ni, gdy zno­wu ktoś inny wpad­nie w jej si­dła.

- Za­raz przy­nio­sę wam prze­kąski. Chce­cie coś do pi­cia?

- Tak! Mo­gła­byś zro­bić nam bez­al­ko­ho­lo­we drin­ki... i oczy­wi­ście do­lać do nich odro­bi­nę al­ko­ho­lu tak, żeby ro­dzi­ce nie za­uwa­ży­li? - Lil trze­po­cze rzęsa­mi, a ja kręcę gło­wą z nie­do­wie­rza­niem.

- Nie­ste­ty nie mogę - od­po­wia­da spo­koj­nie. - Przy­nio­sę wam sok żu­ra­wi­no­wy.

Po­sy­ła nam po­god­ny uśmiech i wy­cho­dzi. Li­lith za­trza­sku­je za nią drzwi, po czym za­czy­na ją prze­drze­źniać. W ko­ńcu od­wra­ca się do mnie z sze­ro­kim uśmie­chem.

- Do­brze, że mam ukry­tą te­qu­ilę - do­da­je z dumą.

- Je­steś wi­ęk­szym dia­błem ta­sma­ńskim niż wu­jek De­rek.

- A tam. - Klęka i za­czy­na grze­bać pod łó­żkiem, aż w ko­ńcu wy­ci­ąga brązo­wą bu­tel­kę.

- Skąd to masz?

- By­łam z tatą w Mek­sy­ku. I za­nim coś po­wiesz: nie, nie mia­łam wy­bo­ru. Tam ją ku­pi­łam - od­po­wia­da, uno­sząc pod­bró­dek. - No i jak? Pi­szesz się? - Przy­gry­za war­gę i wpa­tru­je się we mnie, przy­ci­ska­jąc bu­tel­kę do klat­ki pier­sio­wej.

- Chy­ba na­praw­dę po­trze­bu­ję się tro­chę roz­lu­źnić - przy­zna­ję, zdej­mu­jąc oku­la­ry i od­kła­da­jąc je na szaf­kę noc­ną. Moja wada wzro­ku nie jest duża, więc w domu często oby­wam się bez nich, ale na ze­wnątrz za­kła­dam je za­wsze, chy­ba że idę bie­gać. - Mogę prze­brać się w coś wy­god­niej­sze­go? - py­tam i kie­ru­ję się do gar­de­ro­by.

Na­tych­miast ru­sza za mną, wcze­śniej wsu­wa­jąc te­qu­ilę pod po­dusz­kę.

- Ja­sne! A przy oka­zji po­ka­żę ci moją kre­ację. Nie mogę się do­cze­kać, aż Con­nor mnie w niej zo­ba­czy.

Prze­wra­cam ocza­mi i pod­cho­dzę do pó­łek, gdzie wszyst­ko jest uło­żo­ne ide­al­nie rów­no. W jej spodnie dre­so­we się miesz­czę, ale pod­ko­szul­ki lek­ko opi­na­ją mi biust. Lil od­su­wa za­sło­nę i za­czy­na się prze­bie­rać.

Kie­dy ko­ńczy, sta­je przede mną w dłu­giej, krwi­sto­czer­wo­nej suk­ni z roz­ci­ęciem tak wy­so­kim, że si­ęga nie­mal bio­dra. De­kolt jest de­li­kat­nie po­fa­lo­wa­ny, do­pa­so­wa­ny do jej pier­si i trzy­ma­ny na cie­niut­kich ra­mi­ącz­kach. Kie­dy wy­sta­wia nogę, za­uwa­żam im­po­nu­jąco wy­so­kie ob­ca­sy, któ­re do­da­ją jej jesz­cze wi­ęcej pew­no­ści sie­bie.

- Wy­glądasz nie­sa­mo­wi­cie! - Po­now­nie lu­stru­ję ją wzro­kiem. Su­kien­ka pi­ęk­nie po­ły­sku­je w świe­tle. - My­ślisz, że na­praw­dę mo­żesz wy­jść w czy­mś ta­kim?

- Pew­nie. Tata po­zwa­la mi pra­wie na wszyst­ko. - Uśmie­cha się sze­ro­ko. - No... może poza pi­ciem. Po ostat­nim wy­pa­dzie z ko­le­żan­ka­mi na klu­by mam za­kaz, ale już dzia­łam w tej spra­wie.

- Po­wiedz mi, jak ty to ro­bisz, sko­ro jesz­cze nie je­steś pe­łno­let­nia? - Wzdy­cham. - Ja nie mogę ni­g­dzie wy­jść sama. Żeby pó­jść do klu­bu, mu­szę bła­gać tatę mie­si­ąca­mi, a i tak ko­ńczy się na tym, że idzie ze mną trzech ochro­nia­rzy. O spo­ty­ka­niu się z chło­pa­ka­mi na­wet nie wspom­nę. Asha spraw­dzał już kil­ka razy, mimo że nic na nie­go nie zna­la­zł na­wet za pierw­szym.

- Masz prze­chla­pa­ne - stwier­dza, krzy­wi­ąc usta.

- Wiem. A ty mo­żesz wy­cho­dzić nor­mal­nie?

- Ja­sne. - Za­czy­na ostro­żnie ści­ągać su­kien­kę, nie chcąc jej po­gnie­ść. - Po pro­stu cho­dzę do klu­bów ojca. Poza tym w Tuc­son i tak nie ma wiel­kie­go wy­bo­ru. A tam? Roi się od jego lu­dzi. Ka­żdy wie, jak wy­glądam, więc niby "mają mnie na oku" i oczy­wi­ście wszyst­ko mu ra­por­tu­ją - do­da­je z gry­ma­sem. - Nie­ste­ty.

Li­lith jest ode mnie młod­sza o dwa lata. Nie­dłu­go ko­ńczy dzie­wi­ęt­na­ście, ale jako ksi­ężnicz­ka Ve­ren w tym mie­ście może prak­tycz­nie wszyst­ko. I szcze­rze? Wca­le jej się nie dzi­wię, że z tego ko­rzy­sta.

Prze­bra­ne wra­ca­my do po­ko­ju i od razu urządza­my so­bie na łó­żku ide­al­ne gniaz­do do ogląda­nia: po­dusz­ki do­oko­ła ma­te­ra­ca, koce w środ­ku, a my, wtu­lo­ne w nie jak w bez­piecz­ną kry­jów­kę. Chwi­lę pó­źniej Ma­xi­me przy­no­si prze­kąski i sok. Gdy tyl­ko drzwi za­my­ka­ją się za nią, Lil si­ęga po te­qu­ilę. Do­le­wa nam odro­bi­nę do na­po­jów i po­da­je mi szklan­kę.

Włącza film i za­czy­na się na­sza noc­na przy­go­da. Po kil­ku drin­kach i dwóch se­an­sach w gło­wie za­czy­na mi przy­jem­nie szu­mieć. Ro­dzi­ce za­gląda­ją do nas co ja­kiś czas, ale kie­dy wi­dzą, że grzecz­nie ogląda­my, dają nam spo­kój. Do­cho­dzi je­de­na­sta, kie­dy Lil w ko­ńcu po­ru­sza te­mat, któ­re­go ba­łam się przez cały wie­czór.

- Wi­dzia­łaś go? - be­łko­cze lek­ko, ob­ra­ca­jąc szklan­kę w dło­ni.

W tle leci ko­lej­ny film, ale ja i tak le­d­wo re­je­stru­ję, co się dzie­je na ekra­nie.

- Prze­lot­nie - mru­czę i upi­jam łyk drin­ka.

- I co? - Od­wra­ca się do mnie, ukła­da­jąc wy­god­nie na boku.

- A o co do­kład­nie py­tasz? - Okła­dam pu­stą szklan­kę na pó­łkę przy łó­żku. - Wcho­dzi­łam po scho­dach, szłam do two­je­go po­ko­ju, a kie­dy zła­pa­łam za klam­kę, chy­ba wy­cho­dził ze swo­je­go. Tyle.

- Wi­dzia­łam tę jego na­rze­czo­ną - pry­cha. - Suka z niej. I w ogó­le się do cie­bie nie umy­wa.

- Cze­mu tak mó­wisz?

- "Suka"? Bo jak tyl­ko tu przy­je­cha­ła, od razu za­częła się pa­no­szyć, jak­by była pa­nią tego domu. A poza tym... jest brzyd­ka.

Par­skam śmie­chem.

- No co ty. Twój brat ni­g­dy nie wy­bra­łby so­bie brzyd­kiej ko­bie­ty.

- Bo to nie on ją wy­brał. Jemu ją... "po­da­ro­wa­no". Co­kol­wiek to zna­czy. - Kręci gło­wą, po czym mru­ży oczy. - A tak w ogó­le... ty byś do nie­go pa­so­wa­ła ide­al­nie.

- Na­wet tak nie mów. - Za­sła­niam jej usta dło­nią. - Mam chło­pa­ka.

- Ow­szem... - pró­bu­je mó­wić przez mój na­cisk, a ja od razu tego ża­łu­ję, bo czu­ję na skó­rze jej śli­nę.

Krzy­wię się, wy­sta­wiam język i pusz­czam ją, po czym wy­cie­ram dłoń w koc.

- Masz za swo­je - mam­ro­cze, a po­tem uśmie­cha się sze­ro­ko. - Ale przy­zna­ję: ten twój Ash to też nie­złe cia­cho. - Na­bie­ra po­wie­trza, a na­stęp­nie je wy­pusz­cza, jak­by prze­nio­sła za­in­te­re­so­wa­nie z Con­no­ra wła­śnie na nie­go.

- Mało po­wie­dzia­ne. - Wzdy­cham, a w gło­wie wszyst­ko robi się tro­chę lżej­sze, tro­chę od­wa­żniej­sze. - Wi­dzia­łam go już pra­wie na­gie­go i mogę so­bie tyl­ko wy­obra­zić, jak wy­gląda zu­pe­łnie bez ni­cze­go. Bok­ser­ki mają co za­sła­niać.

Przy­ja­ció­łka na­gle sia­da pro­sto, marsz­czy nos i wska­zu­je na mnie pal­cem, jak­by wła­śnie od­kry­ła naj­wi­ęk­szą ta­jem­ni­cę świa­ta.

- Ja­kim cu­dem ty jesz­cze nie po­szłaś z nim do łó­żka?! - wy­krzy­ku­je.

Otwie­ram sze­ro­ko oczy i ge­stem bła­gam ją o ci­szę.

- Nie je­stem pew­na, czy tego chcę. Po tym wszyst­kim, co się wy­da­rzy­ło... wolę pod­cho­dzić do tego ostro­żnie. Na ra­zie za­trzy­mu­je­my się na pew­nym eta­pie.

- A co to za etap? - Uno­si brwi. Przez to jej mina robi się ko­micz­na, zwłasz­cza że przy­ja­ció­łka ko­ły­sze się lek­ko, jak­by rów­no­wa­ga była chwi­lo­wo poza jej za­si­ęgiem.

- Piesz­czo­ty - od­po­wia­dam la­ko­nicz­nie. - Wiesz... do­ty­ka­my się na­wza­jem, wiesz, ta­kie rze­czy.

W jej spoj­rze­niu po­ja­wia się czy­sta cie­ka­wo­ść.

- Do­tknęłaś go tam? - do­py­tu­je bez­ce­re­mo­nial­nie.

- Tak, ale tyl­ko przez ma­te­riał - przy­zna­ję.

- Boże, dziew­czy­no... - Opa­da obok mnie, wpa­tru­jąc się w su­fit. - Co się z tobą sta­ło?

- Chcę być grzecz­na. Po­ukła­da­na.

- Bla, bla. Prze­sa­dzasz. Fa­ce­ci lu­bią nie­grzecz­ne dziew­czyn­ki, Isi. Na two­im miej­scu nie przej­mo­wa­ła­bym się ubra­nia­mi. W ko­ńcu już wiesz, co ma do za­ofe­ro­wa­nia.

- Może jak wró­cę, prze­ła­mię ten lęk - mru­czę. - Może zro­bię mu nie­spo­dzian­kę i za­ło­żę coś wy­jąt­ko­wo sek­sow­ne­go?

- W co­kol­wiek się ubie­rzesz, i tak będziesz wy­gląda­ła sek­sow­nie - uspo­ka­ja mnie.

- My­śla­łam ra­czej o ja­kie­jś spe­cjal­nej bie­li­źnie - do­da­ję ci­szej.

- To świet­ny po­my­sł. Taka wi­zja na­praw­dę może roz­pa­lić mężczy­znę. Ju­tro ci po­mo­gę coś wy­brać - za­pew­nia.

- Może czer­wo­ną? - do­py­tu­ję z przy­mkni­ęty­mi ocza­mi.

- Ja­sne - mru­czy rów­nie sen­nie.

- Hal­kę czy może... - za­czy­nam, od­pły­wa­jąc.

- Sta­nik, majt­ki, po­ńczo­chy i... - jej głos zwal­nia, od­dech robi się ci­ęższy - wy­so­kie buty...

Śmie­je­my się ci­cho, a po­tem sen za­bie­ra nas obie.

***

Rano bu­dzi mnie pul­su­jący ból gło­wy, wra­że­nie, jak­bym mia­ła w ustach skar­pe­tę, i ab­so­lut­na nie­chęć do świa­tła. Pró­bu­ję do­bu­dzić Li­lith, ale ona tyl­ko mam­ro­cze coś nie­zro­zu­mia­le i wci­ska się głębiej pod ko­łdrę. Wy­gląda na to, że za­mie­rza prze­spać pół dnia.

Ja jed­nak nie zno­szę ta­kie­go le­niu­cho­wa­nia, więc z tru­dem pod­no­szę się z łó­żka. Roz­ma­so­wu­ję po­wie­ki, wal­cząc z za­wro­ta­mi gło­wy. Opusz­czam sto­py na podło­gę i ostro­żnie wsta­ję, kie­ru­jąc się do ła­zien­ki.

Od razu pod­cho­dzę do umy­wal­ki, od­kręcam zim­ną wodę i po­chy­lam się nad nią, po­zwa­la­jąc, by ochło­dzi­ła mi twarz i kark. Nie przej­mu­ję się mo­kry­mi ko­smy­ka­mi, któ­re wy­do­sta­ły się spod nie­dba­łe­go koka.

Po dłu­ższej chwi­li czu­ję się odro­bi­nę le­piej. Z za­sko­cze­niem si­ęgam po swo­ją ko­sme­tycz­kę i wy­ci­ągam szczo­tecz­kę elek­trycz­ną. Szo­ru­ję zęby, za­sta­na­wia­jąc się, ja­kim cu­dem się tu­taj zna­la­zła. Ma­xi­me mu­sia­ła rano przy­nie­ść moją wa­liz­kę i ją roz­pa­ko­wać, bo wczo­raj nikt już do nas nie za­glądał.

Od­kręcam wodę pod prysz­ni­cem i zrzu­cam z sie­bie ubra­nia, ła­pi­ąc się na tym, że cie­szę się jak dziec­ko na myśl o kil­ku mi­nu­tach ci­szy. Roz­pusz­czam wło­sy i wcho­dzę pod stru­mień cie­płej wody. Para szyb­ko wy­pe­łnia ła­zien­kę, robi się dusz­no, ale wca­le mi to nie prze­szka­dza.

Kie­dy wy­cho­dzę, czu­ję się jak nowo na­ro­dzo­na. Owi­jam cia­ło ręcz­ni­kiem i pod­cho­dzę do lu­stra ci­ągnące­go się wzdłuż ścia­ny. Prze­cie­ram za­pa­ro­wa­ną ta­flę dło­nią... raz, dru­gi, trze­ci.

A gdy prze­su­wam rękę po po­wierzch­ni po raz ostat­ni, w od­bi­ciu do­strze­gam syl­wet­kę sto­jącą za mną. Gwa­łtow­nie się od­wra­cam, ale ni­ko­go nie ma. Wci­ągam po­wie­trze głębo­ko raz, dru­gi, trze­ci, pró­bu­jąc uspo­ko­ić roz­sza­la­łe tęt­no. Opie­ram się o blat umy­wal­ki i ma­su­ję skro­nie, jak­bym mo­gła w ten spo­sób wy­pchnąć z gło­wy to, co przed chwi­lą zo­ba­czy­łam.

Na pew­no je­stem sama.

Wy­pusz­czam po­wie­trze z ulgą, czu­jąc, jak ser­ce wresz­cie zwal­nia. Od­wra­cam się do lu­stra i ob­my­wam twarz zim­ną wodą, jak­by to mia­ło mnie otrze­źwić.

To był on. Dec­kard.

Nie do wia­ry.

Czar­na blu­za, kap­tur na­rzu­co­ny na gło­wę, czap­ka z dasz­kiem... Wi­dzia­łam tyl­ko za­rys jego szczęki, ale tej bli­zny po pra­wej stro­nie, tuż przy kąci­ku ust, nie da się po­my­lić z ni­czym in­nym. Ile razy wy­obra­ża­łam so­bie, że prze­su­wam po niej pal­cem...

Wy­cho­dzę z ła­zien­ki. Li­lith wci­ąż śpi jak za­bi­ta. Pod­no­szę po­dusz­kę z podło­gi i ci­skam nią w stro­nę łó­żka.

- Daj spo­kój, jesz­cze chwi­lę po­śpię! - pro­te­stu­je, prze­wra­ca­jąc się na dru­gi bok.

- Przy­po­mi­nam, że to ty chcia­łaś iść na za­ku­py, a za­raz będzie po­łud­nie - od­po­wia­dam z lek­ką nutą sar­ka­zmu, ru­sza­jąc w stro­nę gar­de­ro­by.

- Daj mi go­dzi­nę... - jęczy w po­dusz­kę, po czym po chwi­li znów sły­szę jej spo­koj­ne chra­pa­nie.

Prze­wra­cam ocza­mi. Je­stem pew­na, że "go­dzi­na" w jej wy­ko­na­niu ozna­cza co naj­mniej dwie. A prze­cież dziś ma od­być się to dur­ne przy­jęcie i trze­ba się od­po­wied­nio przy­go­to­wać. Cho­ciaż... w su­mie nic nie stoi na prze­szko­dzie, że­bym w ogó­le się na nim nie po­ja­wi­ła.

Wkła­dam strój do bie­ga­nia: top i ko­lar­ki z wy­so­kim sta­nem, któ­re spryt­nie ma­sku­ją moją "nie­do­sko­na­ło­ść". Mo­kre wło­sy spi­nam w ku­cyk, bo na ze­wnątrz jest go­rąco jak dia­bli. Wsu­wam adi­da­sy i ru­szam do wy­jścia.

Wy­my­kam się ci­cho, na pal­cach, w stro­nę scho­dów. Na ich szczy­cie za­trzy­mu­ję się na mo­ment i na­słu­chu­ję, ale w domu pa­nu­je ci­sza. Za­czy­nam scho­dzić ostro­żnie, pa­mi­ęta­jąc, że je­śli chcę po­biec da­lej niż po te­re­nie wuj­ka, mu­szę wy­do­stać się stąd nie­zau­wa­żo­na. Na samą myśl na mo­jej twa­rzy po­ja­wia się pod­eks­cy­to­wa­ny uśmiech.

Kie­dy do­cie­ram na par­ter, sły­szę ruch w kuch­ni. Po­dej­rze­wam, że to mama z cio­cią, więc szyb­ko zmie­niam kie­ru­nek i skręcam w stro­nę ga­ra­żu.

Pod­cho­dzę do bra­my i za­wie­szam pa­lec nad przy­ci­skiem otwie­ra­jącym. Przy­po­mi­nam so­bie o za­bez­pie­cze­niach, któ­re za­in­sta­lo­wa­ła cio­cia, na pew­no od­no­tu­ją ka­żde otwar­cie. Wy­gląda na to, że wy­mkni­ęcie się nie­zau­wa­że­nie nie będzie ta­kie pro­ste.

Już mam za­wró­cić i ru­szyć w stro­nę drzwi bal­ko­no­wych w sa­lo­nie, kie­dy na­gle ro­le­ta ga­ra­żo­wa za­czy­na się pod­no­sić.

Za­sty­gam za­sko­czo­na, bo prze­cież to nie ja ją uru­cho­mi­łam. In­stynk­tow­nie wśli­zgu­ję się za naj­bli­ższy sa­mo­chód. Zło­tą Co­rvet­tę. Jest tak ni­sko za­wie­szo­na, że nie­mal kła­dę się na po­sadz­ce, byle tyl­ko nie rzu­cać się w oczy.

Wy­chy­lam gło­wę, żeby spraw­dzić, kto wje­żdża do środ­ka, i na wi­dok naj­now­sze­go mo­de­lu Bu­gat­ti od razu wiem, że to wu­jek Dre­xel. Pa­mi­ętam, jak cio­cia opo­wia­da­ła, jaki był nie­cier­pli­wy, kie­dy cze­kał na to auto. Wy­grał je na au­kcji, po­dob­no do­rwał uni­ka­to­wy eg­zem­plarz.

Kie­dy sa­mo­chód mija mnie po­wo­li, bra­ma za­czy­na się zsu­wać. To moja szan­sa. Wsta­ję i prze­bie­gam na dru­gą stro­nę, a po­tem skręcam w pra­wo. Cho­wam się za do­mem i opie­ram ple­ca­mi o ścia­nę, ła­pi­ąc od­dech.

Cze­kam chwi­lę. Ci­sza.

Ru­szam truch­tem w stro­nę ogro­dze­nia. Po­ko­nu­ję spo­ry ka­wa­łek, ale mur wy­gląda na nie do prze­jścia. Już chcę za­wró­cić i po­biec w stro­nę dom­ku wuj­ka De­re­ka, kie­dy do­strze­gam nie­wiel­ką wy­rwę w ogro­dze­niu. Ide­al­ną, by oprzeć sto­pę i pod­ci­ągnąć się wy­żej.

Nie wa­ham się ani se­kun­dy. Po kil­ku nie­uda­nych pró­bach w ko­ńcu uda­je mi się prze­do­stać na dru­gą stro­nę. Czu­ję się jak zwy­ci­ężczy­ni. Otrze­pu­ję dło­nie i do­pie­ro wte­dy do­cie­ra do mnie, że po dro­dze nie mi­nęłam żad­nej ochro­ny. Może aku­rat mają ze­bra­nie? A może po pro­stu dziś mam szczęście?

Prędzej czy pó­źniej i tak zo­rien­tu­ją się, że znik­nęłam. Zwłasz­cza kie­dy Li­lith w ko­ńcu wsta­nie.

Wdy­cham głębo­ko po­wie­trze, czu­jąc jego nie­zwy­kłą świe­żo­ść, i ru­szam pod górę. Po chwi­li od­naj­du­ję wąską ście­żkę. Wąt­pię, żeby ktoś często z niej ko­rzy­stał, ale trzy­mam się jej upar­cie. Bie­gnę, mi­ja­jąc kak­tu­sy i przy­gląda­jąc się im kątem oka, jak­by mo­gły mi po­twier­dzić, że to wszyst­ko dzie­je się na­praw­dę.

Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach do­cie­ram do ogrom­nej ska­ły, któ­rą po­sta­na­wiam zdo­być. Ob­cho­dzę ją z dru­giej stro­ny, jed­nak szyb­ko oka­zu­je się, że tam­tędy nie mam żad­nych szans na wspi­nacz­kę. Wra­cam więc do bie­gu, aż do­strze­gam ko­lej­ne miej­sce, któ­re wy­gląda obie­cu­jąco.

Za­trzy­mu­ję się, żeby zła­pać od­dech. Sło­ńce pali skó­rę bez li­to­ści, a mimo to jest tu lżej niż w dusz­nym Chi­ca­go pod­czas upa­łów. Wło­sy, choć zwi­ąza­ne, zdąży­ły już ca­łkiem wy­schnąć. Ża­łu­ję tyl­ko jed­ne­go: że nie wzi­ęłam ze sobą wody.

W ko­ńcu uda­je mi się wdra­pać na szczyt. Ko­la­no mam po­dra­pa­ne, ale wi­dok... wy­na­gra­dza wszyst­ko. Sia­dam na kra­wędzi, zwie­szam nogi swo­bod­nie i po­zwa­lam so­bie na chwi­lę za­chwy­tu. W od­da­li ma­ja­czą góry, lot­ni­sko, dro­gi i wie­żow­ce. Cały świat wy­gląda stąd jak mi­nia­tu­ra. Przy­ci­ągam jed­ną nogę do sie­bie, obej­mu­jąc ją ra­mio­na­mi.

- Nie po­win­no cię tu być.

Na dźwi­ęk tego gło­su pod­ry­wam się gwa­łtow­nie, dzi­ęku­jąc w du­chu za pła­ską po­wierzch­nię ska­ły, któ­ra za­po­bie­gła mo­je­mu upad­ko­wi. Przy­ci­skam dłoń do czo­ła i bio­rę kil­ka głębo­kich od­de­chów, pró­bu­jąc prze­ko­nać samą sie­bie, że mu­sia­łam się prze­sły­szeć. Tak, to na pew­no tyl­ko moja wy­obra­źnia. Do­kład­nie jak w ła­zien­ce.

Sta­ram się uspo­ko­ić... ale wte­dy znów sły­szę jego głos prze­sy­co­ny iro­nią:

- Nie­ład­nie tak się wy­my­kać. Z tego, co pa­mi­ętam, za­wsze by­łaś tą grzecz­ną dziew­czyn­ką, Ro­squ­il­la.

Krew aż we mnie za­wrza­ła na to wy­zwi­sko. Za­ci­skam dło­nie w pi­ęści, pod­no­szę się i od­wra­cam do nie­go przo­dem. Mu­szę zmru­żyć oczy, bo sło­ńce bez­li­to­śnie bije pro­sto we mnie, ośle­pia­jąc bla­skiem. Dec­kard ma na so­bie ko­szul­kę bez ręka­wów, z kap­tu­rem na­ci­ągni­ętym na gło­wę. Spod nie­go wy­sta­je da­szek czap­ki, za­sła­nia­jący część twa­rzy. Jed­ną nogę wy­ci­ągnął non­sza­lanc­ko, dru­gą ma zgi­ętą w ko­la­nie, a dłoń opie­ra na udzie. Mi­ędzy pal­ca­mi trzy­ma blan­ta, roz­po­zna­ję go po za­pa­chu, któ­ry do­pie­ro te­raz do­cie­ra do mo­ich noz­drzy. Za­ska­ku­je mnie, że wcze­śniej go nie wy­czu­łam. Ta­tu­aże na jego przed­ra­mio­nach od­ci­na­ją się wy­ra­źnie od ciem­ne­go ma­te­ria­łu. Kie­dy jego usta uno­szą się w tym iry­tu­jącym pó­łu­śmie­chu, moje ko­la­na na mo­ment mi­ęk­ną, jak­by cia­ło zdra­dza­ło mnie w naj­mniej od­po­wied­nim mo­men­cie.

Prze­ły­kam śli­nę. W gar­dle mam cia­sny węzeł, jak­by po­wie­trze na­gle zro­bi­ło się zbyt gęste. Dla­cze­go on musi wy­glądać tak... do­brze? W środ­ku ście­ra­ją się dwie siły: chęć uciecz­ki, roz­pacz­li­wa po­trze­ba, by nie po­ka­zać sła­bo­ści, i coś znacz­nie mrocz­niej­sze­go, ostrzej­sze­go, co pró­bu­je wy­ci­ągnąć na wierzch tę "nie­grzecz­ną" wer­sję mnie.

Dol­na war­ga drży mi nie­kon­tro­lo­wa­nie, ale nie po­zwa­lam so­bie na krok w tył. Nie te­raz. Nie po tym, jak mnie na­zwał. Prze­kli­nam w my­ślach i przy­po­mi­nam so­bie, że nie je­ste­śmy już dzie­ćmi. Nie zo­sta­wię tego tak. Nie tym ra­zem.

- Je­steś ża­ło­sny, Dec­kard. - Wy­si­lam się na bez­na­mi­ęt­ny ton. - Ile ty masz lat? Pięć? Pro­szę cię. Nie dzia­ła­ją już na mnie te two­je wy­zwi­ska - ko­ńczę od nie­chce­nia i po­wo­li scho­dzę ze ska­ły. Je­stem z sie­bie bar­dzo dum­na, że głos ani razu mi się nie za­ła­mał.

- Mała, czy­tam w to­bie jak w otwar­tej ksi­ędze. - Za­ci­ąga się blan­tem i wy­pusz­cza dym w moją stro­nę.

Mie­rzy mnie wzro­kiem, a na­stęp­nie przy­gry­za war­gę i szyb­ko ją pusz­cza. Jak­by chciał się uka­rać. Jego spoj­rze­nie wwier­ca mi dziu­rę w żo­łąd­ku. Na­sze oczy się spo­ty­ka­ją i już wiem, że on wie. Wie, jak na mnie dzia­ła. Prze­stra­szo­na od­wra­cam się do nie­go ty­łem i ru­szam w stro­nę domu. Na ko­niec jed­nak sły­szę jesz­cze:

- Nie mogę się do­cze­kać wie­czo­ru.

A ja bym chcia­ła, aby ten ni­g­dy nie nad­sze­dł.

Rozdział trzeci

Isele

Po­wrót do domu mija mi za­ska­ku­jąco szyb­ko. Mam wra­że­nie, że wy­star­czy­ło kil­ka kro­ków, że­bym znów zna­la­zła się na te­re­nie wuj­ka. Tym ra­zem na­wet nie pró­bu­ję się skra­dać, po pro­stu wcho­dzę przez głów­ne drzwi, jak gdy­by ni­g­dy nic.

Nie zdążę prze­jść da­le­ko, gdyż nie­mal od razu na­ty­kam się na Dre­xe­la. Zgi­na pa­lec w cha­rak­te­ry­stycz­nym ge­ście, przy­wo­łu­jąc mnie do sie­bie. Prze­ły­kam śli­nę. Już wiem, że mam kło­po­ty. Pod­cho­dzę po­wo­li, a on wska­zu­je mi ga­bi­net. Wcho­dzę pierw­sza. Chwi­lę pó­źniej za­my­ka za nami drzwi.

Sta­ję przy fo­te­lu, do­ty­ka­jąc opar­cia, jak­bym po­trze­bo­wa­ła się cze­goś trzy­mać. Wu­jek ob­cho­dzi biur­ko, sia­da wy­god­nie w swo­im krze­śle i od­wra­ca lap­to­pa w moją stro­nę.

Opusz­czam wzrok na ekran i na­tych­miast sze­ro­ko otwie­ram oczy. Wi­dzę sie­bie, uchwy­co­ną w mo­men­cie, gdy prze­cho­dzę przez ogro­dze­nie.

- Two­ja cio­cia to nie byle kto - za­czy­na po­wa­żnym to­nem.

- Tak, wiem. - Ki­wam gło­wą.

- Na­praw­dę nie przy­szło ci do gło­wy, że ktoś taki jak ona wie wszyst­ko? - Uno­si brew.

- Nie wie­dzia­łam, że ma­cie ka­me­ry do­słow­nie wszędzie.

- Ow­szem, mamy - od­po­wia­da spo­koj­nie, spla­ta­jąc pal­ce przed sobą. - Twój oj­ciec nie by­łby za­chwy­co­ny, gdy­by do­wie­dział się o two­jej... ta­jem­ni­czej eska­pa­dzie.

- Wiem. Chcia­łam tyl­ko po­bie­gać. Lu­bię ro­bić to sama - tłu­ma­czę ci­cho.

- Ro­zu­miem. Ale na­le­gam, że­byś wi­ęcej nie "ucie­ka­ła". Je­śli chcesz wy­jść, po­wiedz ko­mu­kol­wiek, a ktoś pój­dzie z tobą. Ma­li­mo na przy­kład świet­nie wta­pia się w oto­cze­nie.

- Do­brze. - Znów po­słusz­nie ki­wam gło­wą.

- Mo­żesz iść. Dan i Greg za­bie­ra­ją was na za­ku­py. Ja­cob do was do­łączy.

Od­wra­cam się do wy­jścia, ale w ostat­niej chwi­li przy­po­mi­na mi się coś istot­ne­go.

- Na ska­łach wi­dzia­łam...

- Kogo? - prze­ry­wa mi, mru­żąc oczy.

- Dec­kar­da. Sie­dział tam, ja­kiś ki­lo­metr stąd.

- Wiesz... on ma nie­co wi­ęcej swo­bo­dy niż wy - rzu­ca krót­ko.

Chcę prze­wró­cić ocza­mi, ale szyb­ko do­cho­dzę do wnio­sku, że lek­ce­wa­że­nie słów wuj­ka mo­gło­by się źle sko­ńczyć. Za­miast tego tyl­ko przy­ta­ku­ję i wy­cho­dzę. Szcze­rze mó­wi­ąc, spo­dzie­wa­łam się wi­ęk­sze­go ochrza­nu, a tym­cza­sem nie było aż tak źle.

Kie­ru­ję się do kuch­ni, skąd do­bie­ga gwar roz­mów. Kie­dy prze­kra­czam próg, wi­dzę mamę, cio­cię i Li­lith sie­dzące przy sto­le. Ma­xi­me krząta się przy go­to­wa­niu w to­wa­rzy­stwie Liry, no­wej po­mo­cy do­mo­wej.

- Może kawę? Śnia­da­nie?

- Po­pro­szę jed­no i dru­gie, dzi­ęku­ję - od­po­wia­dam i sia­dam obok mamy.

- Idziesz bie­gać czy już wró­ci­łaś? - do­py­tu­je ro­dzi­ciel­ka.

- Mamy bie­żnię na si­łow­ni, je­śli chcesz się od­izo­lo­wać - do­rzu­ca cio­cia Yvon­ne.

- Ta u wuj­ka De­re­ka jest lep­sza - wtrąca Lil, po­ru­sza­jąc zna­cząco brwia­mi.

- Już by­łam. I ogród też oka­zał się ca­łkiem nie­zły - rzu­cam swo­bod­nie, gdy Ma­xi­me sta­wia przede mną ta­lerz na­le­śni­ków i czar­ną kawę. - Dzi­ęku­ję.

- Wsta­ły­ście dość pó­źno, a pa­trząc na twarz mo­jej cór­ki... zno­wu gdzieś zna­la­zła al­ko­hol.

Otwie­ram sze­ro­ko oczy, a Li­lith chi­cho­cze.

- To było tyl­ko tro­szecz­kę, mamo - prze­ci­ąga ostat­nie sło­wo.

- Już ja znam to two­je "tro­szecz­kę". - Cio­cia po­sy­ła Lil su­ro­we spoj­rze­nie, któ­re w jej wy­ko­na­niu i tak wy­gląda bar­dziej uro­czo niż gro­źnie. - Może wy­bio­rę się z wami na za­ku­py?

- Nie! - Przy­ja­ció­łka nie­mal krzy­czy. - Chce­my iść same. Plot­ko­wać i w ogó­le. Nie po­trze­bu­je­my do­dat­ko­wych opie­ku­nów - do­da­je z na­bur­mu­szo­ną miną.

- Yvon­ne, spo­koj­nie - wtrąca mama ła­god­nie. - Pój­dzie­my osob­no. W ko­ńcu w ich wie­ku też chcia­ły­śmy mieć tro­chę wła­snej prze­strze­ni.

Cio­cia przez chwi­lę mil­czy, po czym wzdy­cha.

- Masz ra­cję.

Po śnia­da­niu i ka­wie ra­zem z Lil idzie­my na górę, żeby się prze­brać. Ona, jak zwy­kle, wy­bie­ra krót­ką spód­nicz­kę i skąpy top, któ­ry le­d­wo co­kol­wiek za­kry­wa. Ja sta­wiam na spraw­dzo­ny gar­ni­tur. Nie przej­mu­ję się tym, że nie wy­glądam w nim "tak atrak­cyj­nie", jak we­dług nie­któ­rych po­win­nam. W nim czu­ję się pew­nie, a to mi wy­star­cza.

- Będzie ci go­rąco - za­uwa­ża, kie­dy roz­cze­su­ję wło­sy.

- Nie wzi­ęłam nic lżej­sze­go. Poza tym lu­bię ta­kie ubra­nia.

- Mo­gła­byś coś ode mnie po­ży­czyć.

- Dzi­ęki, ale nie trze­ba. Je­śli zro­bi mi się za go­rąco, zdej­mę ma­ry­nar­kę. Twój oj­ciec też za­wsze cho­dzi w gar­ni­tu­rze i ja­koś żyje.

- Szcze­rze? Do tej pory za­sta­na­wiam się, jak on to robi.

Śmie­je­my się, a po­tem oznaj­mia, że nas po­ma­lu­je. Nie je­stem wiel­ką fan­ką ma­ki­ja­żu, ale od cza­su do cza­su lu­bię "zro­bić się na pi­ęk­no­ść", tym bar­dziej że moja mama jest jed­ną z naj­lep­szych wi­za­ży­stek w kra­ju. Pró­bo­wa­ła mnie uczyć set­ki razy, jed­nak ni­g­dy nie mia­łam do tego ręki. Bra­ku­je mi wy­czu­cia.

Po przy­go­to­wa­niach wy­cho­dzi­my na ze­wnątrz, gdzie cze­ka już eskor­ta. Wsia­da­my do sa­mo­cho­du Ja­co­ba, któ­ry jest wcze­śniej na miej­scu, a za nami ru­sza­ją Dan i Greg. Całą dro­gę plot­ku­je­my, aż w ko­ńcu pod­je­żdża­my do naj­wi­ęk­sze­go bu­ti­ku w mie­ście.

Li­lith wpa­da do środ­ka jak tor­na­do i na­tych­miast za­czy­na po­lo­wa­nie na "ide­al­ną kre­ację" dla mnie. Ja roz­glądam się po skle­pie w po­szu­ki­wa­niu cze­goś wy­jąt­ko­we­go. Nie chcę ści­ągać spoj­rzeń wszyst­kich do­oko­ła, ale ma­rzę, żeby Dec­kard na mój wi­dok za­nie­mó­wił. Chcę, żeby po­ża­ło­wał ka­żde­go sło­wa, któ­re kie­dy­kol­wiek rzu­cił w moją stro­nę.

Prze­cha­dzam się mi­ędzy alej­ka­mi i przy­kła­dam do sie­bie ko­lej­ne ubra­nia, jed­nak nic nie za­trzy­mu­je mnie na dłu­żej. Albo ko­lor nie ten, albo krój nie dla mnie. Szu­kam cze­goś pro­ste­go, ale zmy­sło­we­go, naj­le­piej w od­cie­niu zie­le­ni, któ­ry pod­kre­śli­łby ko­lor mo­ich oczu.

Od­wra­cam się i nie­mal z im­pe­tem wpa­dam na Lil.

- Zna­la­złam!

Uśmie­cha się sze­ro­ko, trium­fal­nie uno­sząc su­kien­kę. Na jej wi­dok ser­ce za­czy­na mi bić szyb­ciej. Oby tyl­ko do­brze na mnie le­ża­ła.

- Jest prze­pi­ęk­na - szep­czę.

- Przy­mierz. - Wci­ska mi ją w dło­nie i de­li­kat­nie po­py­cha w stro­nę przy­mie­rzal­ni.

Nie pro­te­stu­ję. Wcho­dzę do środ­ka, za­my­kam drzwi i wie­szam kre­ację na ha­czy­ku. Za­czy­nam się roz­bie­rać, a sto­jąc przed lu­strem w sa­mej bie­li­źnie, jak za­wsze pa­trzę na sie­bie z su­ro­wą do­kład­no­ścią: wąska ta­lia, za­ry­so­wa­ne bio­dra i po­ślad­ki, biust w roz­mia­rze D... i brzuch, któ­ry wci­ąż jest odro­bi­nę bar­dziej mi­ęk­ki, niż bym chcia­ła.

Zdej­mu­ję sta­nik, bo wiem, że pod tę su­kien­kę i tak by nie pa­so­wał. Roz­pi­nam za­mek i wci­ągam ją od dołu, ostro­żnie prze­su­wa­jąc ma­te­riał po skó­rze. Sa­ty­na ukła­da się na cie­le gład­ko, jak­by była stwo­rzo­na dla mnie. Spryt­nie ma­sku­je to, cze­go nie lu­bię, a pod­kre­śla to, co chcia­ła­bym wi­dzieć częściej.

Tyl­ko za­mek... nie dam rady do­pi­ąć go do ko­ńca sama.

- Lil? Po­mo­żesz mi? - wo­łam, przy­trzy­mu­jąc ma­te­riał na wy­so­ko­ści pier­si, żeby nie zsu­nął się ni­żej. - Po chwi­li za­sło­na się roz­su­wa, a po ple­cach prze­cho­dzi mi chłod­ny po­wiew. - Dzi­ęki. Je­stem cie­ka­wa, jak wy­glądam, ale już wi­dzę, że chy­ba ca­łkiem nie­źle.

Czu­ję de­li­kat­ny do­tyk tuż nad po­ślad­ka­mi i od razu wiem, że to nie może być Li­lith. Po kręgo­słu­pie prze­bie­ga mi dreszcz, a na skó­rze po­ja­wia się gęsia skór­ka. Chcia­ła­bym od­wró­cić się cho­ćby odro­bi­nę i zła­pać od­bi­cie w lu­strze, ale strach przy­trzy­mu­je mnie w miej­scu. Jak­by moje cia­ło bało się tego, co zo­ba­czy, jak­by wie­dzia­ło, że wte­dy stra­cę kon­tro­lę.

Wstrzy­mu­ję od­dech, gdy dłoń su­nie po mo­jej skó­rze po­wo­li, nie­mal le­ni­wie. Po­tem pal­ce chwy­ta­ją su­wak i za­su­wa­ją go do ko­ńca. Za­my­kam oczy, bo to uczu­cie ude­rza we mnie jak pio­run. Przy­gry­zam war­gę i moc­niej za­ci­skam po­wie­ki, kie­dy wy­czu­wam, że ktoś po­chy­la się do mo­je­go ucha, a na­stęp­nie szep­cze ochry­płym gło­sem:

- Po­wa­lisz wszyst­kich na ko­la­na.

Od­dech przy­spie­sza mi gwa­łtow­nie, a ser­ce wali jak osza­la­łe. Mu­szę się od­wró­cić. Wiem, że to on... tyl­ko ja­kim cu­dem tu wsze­dł?

Otwie­ram oczy i szyb­ko zer­kam w lu­stro.

- Isi, wy­glądasz zja­wi­sko­wo! - wy­krzy­ku­je Lil, przy­kła­da­jąc dło­nie do po­licz­ków w za­chwy­cie.

Oszo­ło­mio­na wy­su­wam gło­wę z przy­mie­rzal­ni i roz­glądam się ner­wo­wo po bu­ti­ku.

- Sta­łaś tu przez cały czas?

- Tak.

- Czy­li... ni­ko­go in­ne­go tu nie było?

Marsz­czy brwi, wy­ra­źnie zdez­o­rien­to­wa­na.

- Nie - od­po­wia­da, po czym na­tych­miast od­wra­ca się na pi­ęcie i gdzieś bie­gnie. Po chwi­li wra­ca i wci­ska mi szpil­ki w dło­nie z uśmie­chem. - Ide­al­nie do­pe­łnią ca­ło­ść.

Za­kła­dam szpil­ki i sta­ję przo­dem do lu­stra. Na mo­ich ustach po­ja­wia się uśmiech, gdy wi­dzę swo­je od­bi­cie. Su­kien­ka ide­al­nie pod­kre­śla biust i ta­lię, a cien­kie ra­mi­ącz­ka do­da­ją jej ele­gan­cji i wy­ra­fi­no­wa­nia. Sa­ty­no­wy ma­te­riał pi­ęk­nie ła­pie świa­tło, spra­wia­jąc, że ca­ło­ść wy­gląda jesz­cze bar­dziej luk­su­so­wo.

Ob­ra­cam się po­wo­li i do­strze­gam, jak ko­rzyst­nie ukła­da się na bio­drach, jak sub­tel­nie pod­kre­śla po­ślad­ki. Dłu­go­ść jest ide­al­na, ko­ńczy się tuż nad ko­la­na­mi, z dys­kret­nym roz­ci­ęciem. Pro­sta, a jed­no­cze­śnie za­ska­ku­jąco zmy­sło­wa. Prze­su­wam dło­ńmi po bo­kach, a po­tem spo­glądam na buty. Mu­szę przy­znać: Li­lith ma nie­za­wod­ne wy­czu­cie sty­lu. Pro­ste, ma­to­we, czar­ne szpil­ki per­fek­cyj­nie do­pe­łnia­ją ca­ło­ść.

Po chwi­li sta­je przede mną po­now­nie i z uśmie­chem za­pi­na mi na szyi ele­ganc­ki na­szyj­nik.

- Ten będzie do­sko­na­ły.

Zer­kam na sie­bie w lu­strze. Bia­łe zło­to z szma­rag­do­wą łzą od razu przy­ku­wa mój wzrok. Do­ty­kam za­wiesz­ki opusz­ką pal­ca, jak­bym chcia­ła upew­nić się, że to nie sen, a po­tem od­wra­cam się do niej.

- Jest prze­pi­ęk­ny.

- Ide­al­nie pod­kre­śla ko­lor two­ich oczu. - Mru­ga do mnie. - Nie ode­rwie od cie­bie wzro­ku.

- Kto? - py­tam, bo już ru­sza da­lej z tym swo­im cwa­nym uśmie­chem.

- Jak to kto?! - od­po­wia­da z prze­kąsem, po czym wy­bu­cha śmie­chem. - Mój brat, idio­ta. - Prze­wra­ca ocza­mi i od­cho­dzi, a ja na­wet nie zdążę jej skon­tro­wać.

Wzdy­cham ci­ężko i pod­cho­dzę do eks­pe­dient­ki, któ­ra cier­pli­wie cze­ka z boku.

- Czy mo­gła­by pani za­pa­ko­wać te rze­czy?

- Oczy­wi­ście, z przy­jem­no­ścią - od­po­wia­da miło i ru­sza ze mną w stro­nę przy­mie­rzal­ni.

Li­lith jesz­cze coś prze­gląda, a ja mam już wszyst­ko, cze­go po­trze­bu­ję. Kie­dy od­da­ję rze­czy sprze­daw­czy­ni, przy­ja­ció­łka wpa­da do przy­mie­rzal­ni z kom­ple­tem bie­li­zny w rękach.

- O ta­kiej mó­wi­łaś wczo­raj, praw­da? - pyta, po­ru­sza­jąc brwia­mi w ten spo­sób, któ­ry ko­ja­rzy mi się aż za bar­dzo z wuj­kiem De­re­kiem. - Przy­mierz, pro­szę. Może jesz­cze dziś ją wy­ko­rzy­stasz.

- Na­praw­dę nie wiem, co ty masz w tej gło­wie - kwi­tu­ję su­cho.

- Po pro­stu wie­rzę, że mi­ędzy nie­na­wi­ścią a mi­ło­ścią jest cien­ka gra­ni­ca. A wy z Dec­kar­dem za­wsze wcho­dzi­li­ście so­bie w dro­gę. Se­rio, trud­no mi so­bie wy­obra­zić ko­goś lep­sze­go dla nie­go niż ty.

- To te­raz mó­wisz o nim? - Marsz­czę brwi. - My­śla­łam, że cho­dzi ci o Asha. To na nim mia­łam zro­bić wra­że­nie, pa­mi­ętasz?

- Jego tu nie ma. - Pusz­cza mi oko. - A Deck jest.

- Two­ja wy­obra­źnia pro­wa­dzi cię na ma­now­ce. Ja ni­g­dy z nim nie będę - par­skam. - To cho­dzący wrzód na ty­łku. A gdy­by miał dłu­gie wło­sy, ob­ci­ęła­bym mu je do­kład­nie tak, jak on kie­dyś ob­ci­ął mi war­kocz.

Mimo wszyst­ko bio­rę od niej kom­plet. Ko­ron­ko­wy biu­sto­nosz typu bar­dot­ka, któ­ry uno­si i pod­kre­śla pier­si, oraz do­pa­so­wa­ne szor­ty eks­po­nu­jące po­ślad­ki. Wiem, jak to wy­gląda, mam już coś bar­dzo po­dob­ne­go. I tak, jest nie­złe.

- Ma dłu­gą grzyw­kę - za­uwa­ża z na­głą po­wa­gą. - A może by­śmy wda­rły się do jego po­ko­ju i ogo­li­ły go na łyso? - Stu­ka pal­cem w usta, jak­by na­praw­dę roz­wa­ża­ła ten plan.

- Wąt­pię, żeby nam się uda­ło. Pa­mi­ętaj, że on ma szó­sty zmy­sł. Jak twój oj­ciec - od­po­wia­dam, za­kła­da­jąc spodnie, a po­tem bluz­kę. - Poza tym nie będę tego przy­mie­rzać. Mam po­dob­ny kom­plet. My­śla­łam ra­czej o czy­mś in­nym... Może hal­ka? Coś na­praw­dę od­wa­żne­go z pod­wi­ąz­ka­mi albo krót­ką spód­nicz­ką?

- Cóż, w ta­kim ra­zie mu­si­my od­wie­dzić sex shop - oznaj­mia z roz­ba­wie­niem. - Ale naj­pierw chcę kawę i ja­kieś pysz­ne ciast­ko - do­da­je we­so­ło. - A co do tych wło­sów... jesz­cze się za­sta­nów.

- Ja­sne. Też chęt­nie coś prze­kąszę.

Pod­cho­dzi­my do kasy, gdzie moje za­ku­py cze­ka­ją już za­pa­ko­wa­ne w ele­ganc­kie tor­by. Pła­cę, a gdy wy­cho­dzi­my z bu­ti­ku, Li­lith na­gle za­trzy­mu­je się i kła­dzie dłoń na moim brzu­chu, jak­by wła­śnie do­zna­ła olśnie­nia.

- Mam po­my­sł. On za­wsze pije te... na­po­je izo­tu­jące - za­czy­na.

- Izo­to­nicz­ne - po­pra­wiam ją od razu.

- Nie­wa­żne. Wiesz, o co cho­dzi. - Ma­cha ręką. - Mogę do­sy­pać do jed­ne­go z nich coś na­sen­ne­go. Mama ma w domu kil­ka na­praw­dę moc­nych ta­ble­tek - do­da­je z fi­glar­nym uśmie­chem i ru­sza w stro­nę sa­mo­cho­du.

Idę za nią, wci­ąż kręcąc gło­wą z nie­do­wie­rza­niem.

- To nie jest do­bry po­my­sł.

- Spo­koj­nie, ja to bio­rę na sie­bie - rzu­ca przez ra­mię. - Ja­cob! Je­dźmy do tej świet­nej ka­wiar­ni! - woła, sa­lu­tu­jąc te­atral­nie, za­nim wsia­da do auta.

- Ri­ver Cake - do­po­wia­dam, a mężczy­zna przy­ta­ku­je. Otwie­ra mi drzwi, przej­mu­je tor­by i od­kła­da je do ba­ga­żni­ka.

Po kil­ku mi­nu­tach je­ste­śmy na miej­scu. Za­ma­wia­my szar­lot­kę i cze­ko­la­do­we lat­te, a po­tem cze­ka­my, aż wszyst­ko tra­fi na sto­lik.

- Le­piej trzy­maj się od nie­go z da­le­ka. Nie chcę się obu­dzić z wło­sa­mi w ko­lo­rze tur­ku­su albo li­mon­ki.

- W su­mie masz ra­cję - przy­zna­je. - Raz wrzu­cił mi do ku­lek kąpie­lo­wych coś dziw­ne­go i przez to by­łam... po­ma­ra­ńczo­wa. Dziew­czy­ny śmia­ły się, że po­szłam na na­try­sko­we opa­la­nie i kom­plet­nie nie tra­fi­łam z od­cie­niem.

- Pa­mi­ętam ten te­le­fon, kie­dy de­spe­rac­ko szu­ka­łaś spo­so­bu, żeby to zmyć. - Chi­cho­czę.

- Mu­sia­łam zdra­pać chy­ba ze czte­ry war­stwy skó­ry. Bo­la­ło jak dia­bli.

- Dla­te­go le­piej z nim nie za­dzie­rać.

Kel­ner­ka przy­no­si na­sze za­mó­wie­nie. Bio­rę do ręki wi­de­lec i kro­ję pierw­szy kęs szar­lot­ki, kie­dy Li­lith na­gle wy­pa­la:

- Moi dziad­ko­wie tu­taj zgi­nęli.

- Se­rio? - Za­mie­ram z wi­del­czy­kiem w po­ło­wie dro­gi do ust.

- Tak. Mama opo­wie­dzia­ła mi tę hi­sto­rię, kie­dy zna­la­złam ich fo­to­gra­fię. Pro­wa­dzi­li re­stau­ra­cję, ale dzia­dek też był ha­ke­rem, tak samo zdol­nym jak ona. Wy­krył coś, co... osta­tecz­nie do­pro­wa­dzi­ło do ich śmier­ci.

- Co ta­kie­go? - do­py­tu­ję.

- Nie po­wie­dzie­li mi szcze­gó­łów. Stwier­dzi­li, że to bez zna­cze­nia. Cio­cia ni­g­dy ci o tym nie wspo­mi­na­ła?

Za­prze­czam ru­chem gło­wy.

- Za­zwy­czaj uni­ka ta­kich roz­mów. Opo­wia­da co­kol­wiek do­pie­ro wte­dy, kie­dy pró­bu­ję pod­kre­ślić swo­ją nie­za­le­żno­ść albo gdy chcę gdzieś wy­jść sama.

- Sły­sza­łam za to hi­sto­rię o tym, jak wu­jek za­ko­chał się w two­jej ma­mie, kie­dy ją po­rwał - rzu­ca z roz­ba­wie­niem.

- Nie uwa­żasz, że to tro­chę ab­sur­dal­ne?

- Ab­sur­dal­ne? - Pa­trzy na mnie zdez­o­rien­to­wa­na.

- No... tro­chę dziw­ne. Brzmi jak fa­bu­ła ta­niej te­le­no­we­li.

- Hej! Ja uwiel­biam te­le­no­we­le! - pro­te­stu­je.

- Wiem, wiem. - Upi­jam łyk kawy. - Cho­dzi mi o to, że na­sza rze­czy­wi­sto­ść bywa tak po­pląta­na, że cza­sem wy­da­je się nie­re­al­na. I... po pro­stu mam tego wszyst­kie­go dość.

- Ro­zu­miem, o co ci cho­dzi - przy­zna­je po chwi­li. - Ale nie wiem, czy po­tra­fi­ła­bym za­mie­nić się z kim­kol­wiek in­nym.

To praw­da, Li­lith nie chcia­ła­by zmian, ale ja?

Pra­gnę cze­goś in­ne­go. Ma­rzy mi się zwy­czaj­ny dom z du­żym ogro­dem, gdzieś w spo­koj­nym mie­ście. Ta­kim, w któ­rym nie trze­ba co chwi­lę oglądać się za sie­bie ani mó­wić szep­tem, jak­by ścia­ny mia­ły uszy.

- Jak za­ku­py?

Do na­sze­go sto­li­ka pod­cho­dzą cio­cia i wu­jek.

- Co wy tu ro­bi­cie? - Lil na­tych­miast się spi­na, a w jej gło­sie sły­chać iry­ta­cję. - Chy­ba nas nie śle­dzi­cie? Tato!

- Ależ skąd, skar­bie. - Yvon­ne uśmie­cha się ła­god­nie, jak­by wszyst­ko było ca­łko­wi­cie nie­win­ne. - Przy­szłam tyl­ko po por­cję tej wy­śmie­ni­tej szar­lot­ki na wy­nos.

Od­cho­dzi do kasy po od­biór za­mó­wie­nia, a Dre­xel na chwi­lę sia­da przy nas, jak gdy­by to była naj­zwy­klej­sza rzecz na świe­cie. Zaj­mu­je się te­le­fo­nem, obo­jęt­ny na pro­te­sty cór­ki.

- Tato... - za­czy­na ostro­żniej, już mniej pew­na sie­bie.

Pod­no­si wzrok. Naj­pierw pa­trzy na nią, po­tem na mnie. Nie mam lep­sze­go po­my­słu, więc po­sy­łam mu nie­zręcz­ny uśmiech. Czu­ję, że kil­ka par oczu z ka­wiar­ni sku­pia się na na­szej gru­pie, co tyl­ko po­tęgu­je moje skrępo­wa­nie.

- O czwar­tej wra­ca­cie do domu - oznaj­mia ni­skim, nie­zno­szącym sprze­ci­wu to­nem.

Wsta­je i idzie do cio­ci, któ­ra cze­ka już przy ka­sie z za­mó­wio­nym cia­stem.

- Mama pew­nie chce po­dać tę szar­lot­kę na dzi­siej­szym przy­jęciu. Uwiel­bia ją - rzu­ca, kie­dy zni­ka­ją nam z pola wi­dze­nia.

- Tak, wiem. Moja mama też.

Do­pi­ja kawę jed­nym ły­kiem, jak­by na­gle do­da­ło jej to ener­gii.

- Do­bra. Te­raz ko­sme­tycz­ka i fry­zjer - mówi z en­tu­zja­zmem.

- Okej, ale naj­pierw mu­szę sko­rzy­stać z ła­zien­ki.

- Tyl­ko szyb­ko. Mamy mało cza­su - ostrze­ga, stu­ka­jąc pal­cem w ze­ga­rek.

- Ja­sne.

Chwy­tam to­reb­kę i kie­ru­ję się do to­a­let. Wcho­dzę do jed­nej z ka­bin, za­my­kam drzwi na klucz i do­pie­ro wte­dy wy­pusz­czam z sie­bie ci­chy od­dech. Wy­ci­ągam te­le­fon, żeby spraw­dzić, czy nie mam wia­do­mo­ści od Asha. Ku mo­je­mu za­sko­cze­niu skrzyn­ka jest pu­sta.

Pi­szę więc szyb­ko, że za nim tęsk­nię i nie mogę się do­cze­kać, aż znów go zo­ba­czę. Od­kła­dam ko­mór­kę i do­pie­ro wte­dy za­ła­twiam to, po co przy­szłam.

Za­zwy­czaj nie pi­sze­my do sie­bie ca­ły­mi se­ria­mi wia­do­mo­ści. Ale ile­kroć wy­je­żdża­łam - co, od­kąd je­ste­śmy ra­zem, zda­rza­ło się rzad­ko - to Ash za­wsze od­zy­wał się pierw­szy. Tym ra­zem jed­nak je­stem w Tuc­son, a on do­sko­na­le wie, co to miej­sce ozna­cza. Zna moje ro­dzin­ne po­wi­ąza­nia, ro­zu­mie ci­ężar tego świa­ta. I mimo to wci­ąż po­wta­rza, że dla nie­go nie ma to zna­cze­nia, że li­czę się tyl­ko ja. Uwa­żam to za... roz­bra­ja­jąco uro­cze.

Chciał po­znać moją ro­dzi­nę, co wy­da­je mi się zu­pe­łnie na­tu­ral­ne. Kie­dy z ko­lei za­py­ta­łam o jego bli­skich, wspo­mniał je­dy­nie o miesz­ka­jącej za gra­ni­cą mat­ce, któ­rą od­wie­dza, gdy ma wol­ne. Nie na­ci­skam. Ro­zu­miem, że nie wszyst­ko trze­ba mó­wić od razu, że resz­ta przyj­dzie w swo­im cza­sie.

Ko­ńczę i pod­cho­dzę do umy­wal­ki, żeby umyć ręce. Wte­dy kątem oka do­strze­gam coś, co na­tych­miast ści­na mi krew w ży­łach: spod drzwi sączy się dym.

In­stynk­tow­nie rzu­cam się do wy­jścia. Chwy­tam klam­kę i szar­pię, pró­bu­jąc otwo­rzyć, ale drzwi ani drgną. Pró­bu­ję prze­kręcić klu­czyk, mo­kre dło­nie śli­zga­ją się na me­ta­lu, nie mam chwy­tu, a pa­ni­ka ro­śnie z ka­żdą se­kun­dą. Dym za­czy­na wy­pe­łniać ła­zien­kę, wdzie­ra się do płuc. Robi się nie­zno­śnie go­rąco. Ser­ce wali mi jak osza­la­łe, a nogi drżą tak moc­no, że le­d­wo utrzy­mu­ję rów­no­wa­gę.

Do­cie­ra do mnie, że je­stem uwi­ęzio­na. Za­ci­skam pi­ęści i za­czy­nam wa­lić w drzwi, krzy­cząc o po­moc, wo­ła­jąc, że jest po­żar. Sło­wa rwą mi się w gar­dle, prze­ry­wa­ne kasz­lem. Od­dy­cha­nie sta­je się co­raz trud­niej­sze, jak­by ktoś po­wo­li za­kręcał mi po­wie­trze.

Krzyk mie­sza się z łka­niem. Ko­lej­ne roz­pacz­li­we pró­by otwar­cia drzwi nie dają nic. A po­tem, tuż za nimi, roz­le­ga się gło­śny wy­buch. Od­ru­cho­wo od­ska­ku­ję. Przez szpa­ry wpa­da czer­wo­ne, mi­go­czące świa­tło. Dym do­mi­nu­je wszyst­ko, wy­pe­łnia prze­strzeń, gęst­nie­je tak, że świat za­czy­na fa­lo­wać.

Opie­ram się ple­ca­mi o ścia­nę, za­sła­niam nos i osu­wam się na podło­gę. Przy­ci­ągam ko­la­na do klat­ki pier­sio­wej, jak­by to mo­gło mnie oca­lić. Mo­dlę się o ra­tu­nek.

Mi­ja­ją se­kun­dy. Mi­nu­ty. Nie sły­szę nic poza trza­skiem ognia i dźwi­ękiem tłu­czo­ne­go szkła. Pod­no­szę gło­wę... i ostat­nie, co wi­dzę, to pło­mie­nie, któ­re za­czy­na­ją wdzie­rać się do środ­ka.