The Lost Way - Kinga Macowicz

Kup ebooka

50.90 zł
42.25 zł (41,74 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Kochałam Cole'a Parkera od szóstej klasy. A dokładniej od momentu, gdy po raz pierwszy stanął w progu mojego domu i zapytał, czy Ryan, mój brat, pójdzie z nim pograć w kosza. Do dziś nie zapomnę jego słodkiego uśmiechu oraz swoich rumieńców na twarzy, gdy zdałam sobie sprawę z tego, że stoję przed nim w piżamie z Hello Kitty. Od tamtego pamiętnego dnia dumnie uznaję go za swojego przyszłego męża i ojca naszych dzieci.

Z czułością spojrzałam na pamiętnik, który z zewnątrz wyglądał niewinnie - był cały różowy i oblepiony brokatowymi kotkami. Notatki w środku jednak przypominały zapiski psychofanki. Dwunastoletnia Poppy postanowiła założyć ten zeszyt tylko po to, aby wylewać z siebie uczucia do Cole'a. Znajdowało się w nim wszystko: począwszy od ciekawostek na jego temat, a skończywszy na zdjęciach z treningów. Już kilka lat temu przestałam je robić, wciąż jednak raz na jakiś czas opisywałam swoje emocje. Uznałam, że robienie mu po kryjomu zdjęć to spora przesada, nawet dla mnie. Poza tym wyrosłam z tego. Teraz już tylko wzdychałam do jego postów na Instagramie. To mi wystarczało.

- Poppy, samochód czeka!

Pośpiesznie wepchnęłam pamiętnik pod ubrania, po czym zamknęłam walizkę. Kiedy stanęłam na prostych nogach, do pokoju wszedł tata. Zatrzymał się kilka kroków dalej i odetchnął ciężko.

- Naprawdę się wyprowadzasz.

Uśmiechnęłam się lekko, chcąc poprawić mu tym humor. Wiedziałam, że niezbyt mu to pasowało. Nikt nie chciałby zostać sam na sam z matką.

- To tylko dwadzieścia minut drogi. Będziesz mógł mnie odwiedzać.

- Tak, i pchać się do akademika pełnego schlanych studentów - sarknął. - Już raz odwiedziłem twojego brata. Chyba pamiętasz, jak to się skończyło.

Kilka miesięcy temu mój tata wrócił do domu po czwartej nad ranem. Całe sąsiedztwo usłyszało krzyki mojej mamy. Raczej nigdy nie wymażę tego z pamięci.

- Za to ty możesz odwiedzać nas - dodał, choć jego mina jasno wskazywała, że sam w to nie wierzył.

- Przyjadę... - Poszukiwałam w myślach najbliższego większego wydarzenia. - Na Święto Dziękczynienia.

- To za niecałe trzy miesiące - burknął ze zrezygnowaniem, po czym sięgnął po moje walizki i torbę. - Byłoby miło, gdybyś wpadała chociaż raz na dwa tygodnie.

- Tato...

- Przypominam, że w każdą niedzielę twoja matka ma spotkania klubu książki i nie ma jej co najmniej trzy godziny. - Wzruszył ramionami. - Mówię w razie, gdybyś zapomniała.

Chichocząc, podbiegłam do niego i cmoknęłam go w policzek.

- Dzięki, tato. Będę przyjeżdżać w niedziele.

Nie skomentował tego, nigdy wprost nie stawał przeciwko matce.

- Moje drugie dziecko wyprowadza się z domu - westchnął i zaczął kierować się w stronę schodów. W dłoniach niósł moje bagaże. - Wolałem czasy, kiedy oboje byliście mali i obiecywaliście, że zawsze będziecie z nami mieszkać.

- Powinieneś się cieszyć, że idziemy na studia. Przynajmniej będziemy wyedukowani.

- Tak, i będziecie chodzić z kijem w dupie. - Łypnął na mnie kpiarsko. - Powinienem już zwracać się do ciebie "pani prezydent"?

- Tak. Pamiętaj tylko, żeby dodać mi filtr upiększający, kiedy będziesz drukować plakaty wyborcze. Nawet porządny korektor z trudem tuszuje moje pryszcze.

- Nie masz ich dużo. - Z rozbawieniem przyjrzał się mojej twarzy. - Przesadzasz.

- Są za to bardzo wielkie. Na przykład ten. - Dotknęłam ogromnego wyprysku. - Podskórny, wygląda, jakbym miała guza.

- Duże czoło, duży mózg.

Rozciągnęłam usta w dziarskim uśmieszku.

- Co racja, to racja.

Podczas gdy tata zajął się znoszeniem moich walizek na parter, po raz ostatni stanęłam w progu pokoju. Spędziłam tu osiemnaście lat życia. Te cztery ściany oglądały moje załamania nerwowe, bunty przeciwko rodzicom, pierwsze kłótnie z koleżankami oraz histerie wywołane nauką matematyki. Będę tęsknić za tym wygodnym łóżkiem. Chętnie zabrałabym je ze sobą do akademika.

Mimo wspólnej historii cieszyłam się na wyprowadzkę. Miałam już dosyć mieszkania z rodzicami. Wchodziłam w dorosłość i - o dziwo - w ogóle mnie to nie przerażało.

Z szerokim uśmiechem zamknęłam drzwi i ruszyłam na dół. Jednak gdy tylko moje oczy dostrzegły mamę stojącą ze skrzyżowanymi ramionami, od razu spochmurniałam. Przeklinałam tatę za to, że zostawił mnie z nią sam na sam.

- Tata już wkłada walizki i torbę do bagażnika - mruknęła, podążając za mną wzrokiem. Ta kobieta sprawiała, że zwykłe stawianie kroków wydawało się niekomfortowe. - Jesteś gotowa? Wszystko masz?

- Tak.

Zatrzymałam się w bezpiecznej odległości. Sama nigdy nie skracałam dystansu pomiędzy nami. Ona również rzadko to robiła.

- Nie przynieś mi wstydu, Poppy. Nie chcę słyszeć, że szlajasz się po imprezach bractwa czy robisz inne głupoty. Wiesz, że mam wielu znajomych, którzy szybko doniosą mi o twoich wpadkach.

W istocie jej przyjaciółki z klubu książki uwielbiały plotkować.

- Ryan należy do bractwa i urządza imprezy. Dlaczego ja nie mogę?

Mama dobrze zdawała sobie sprawę z rozrywkowego stylu życia mojego brata, mimo to nigdy nie robiła z tego problemu. W moim przypadku było inaczej.

- Dobrze wiesz, że to co innego.

- Wcale nie. To, że jestem dziewczyną, nie oznacza, że nie mogę robić tego, co on. Mamy dwa tysiące dwudziesty piąty rok, mamo, a nie średniowiecze.

Zmarszczyła czoło. Nie lubiła, kiedy podważałam jej zdanie, a z biegiem lat robiłam to bardzo często, co wyjaśniało, dlaczego miała tak dużo zmarszczek.

- Skończyłam dyskusję - oznajmiła, a ja ze skwaszoną miną obserwowałam, jak podchodzi bliżej, po czym ostrożnie gładzi mnie po ramieniu. - Twój cięty język może wpędzić cię w kłopoty, Poppy. Uważaj.

Odliczałam tylko do chwili, aż mnie puści i pozwoli mi wyjść z domu. Nie chciałam dłużej przebywać w jej obecności.

- Jesteś odważna. Wiem, że dasz sobie radę.

Powstrzymałam się od rozchylenia ust. Dawno nie usłyszałam od niej tak miłych słów. W zasadzie w ciągu ostatnich kilku lat nie powiedziała do mnie nic, co nie było związane z negowaniem mojego zachowania. Jak miło, że postanowiła rzucić taki komplement akurat w dniu mojej wyprowadzki.

Po kilku sekundach niezręcznej ciszy uniosła wysoko podbródek i cofnęła się o krok. Nieznacznie wskazała głową w kierunku drzwi. Z wielką rozkoszą wykonałam jej niemy rozkaz i ruszyłam w stronę wyjścia. Gdy stanęłam na ganku, a w oczy rzuciła mi się blondynka opierająca się o samochód, rozciągnęłam usta w szerokim uśmiechu.

- Poppy, ile jeszcze? - Arogancko zdjęła z nosa okulary i spojrzała na mnie spod przymrużonych powiek. - Uniwerek na nas czeka.

Niemal biegiem rzuciłam się naprzód. Kątem oka zauważyłam, że mama stanęła w drzwiach. Nie zamierzała witać się z moimi znajomymi.

- Jestem gotowa. A ty?

Dziewczyna szturchnęła mnie podekscytowana, kiedy stanęłam u jej boku.

- Kurwa, stara, jak nigdy.

Zarechotałam, po czym uściskałam Harper, bo, Boże, właśnie spełniały się nasze dziecięce marzenia.

- Twój tata zapakował już walizki do bagażnika. - Wskazała na niego głową, rozmawiał właśnie z jej ojcem.

W przeciwieństwie do mamy tata lubił rodzinę mojej przyjaciółki i nie miał problemów z nawiązywaniem relacji.

- Ale się jaram! - wykrzyknęła.

- Ja się trochę stresuję. Przerażają mnie publiczne toalety. Wiesz, że głośno sikam.

- Jeśli dobrze pójdzie, nie będziemy mieszkać w akademiku, tylko w domu bractwa. - Objęła mnie ramieniem. - Moja koleżanka z trzeciego roku obiecała, że pomoże nam się dostać.

- Dla prywatnych toalet jestem w stanie zrobić dużo. Jeśli trzeba będzie walczyć o miejsce, wiedz, że masz moje wsparcie.

- Mam nadzieję, że walka będzie zacięta. - Zrobiła balon z gumy. - Nie po to idę na studia, aby się nudzić.

Harper pragnęła rywalizacji, a ja - prywatnej łazienki. Każdy ma inne priorytety.

- Dobra, dziewczynki, zbieramy się!

Pan Spencer Adams, tata Harper, zamknął na dobre bagażnik, zbił piątkę z moim ojcem, po czym zasiadł za kierownicą. Moja przyjaciółka z szelmowskim uśmieszkiem otworzyła drzwi pasażera i również zajęła miejsce. Natomiast ja odwróciłam się w stronę taty i po raz ostatni rzuciłam mu się na szyję.

- Powodzenia z mamą - wyszeptałam tak, aby nie mogła tego usłyszeć. Ta kobieta miała ponadprzeciętnie dobry słuch.

- Nie będzie źle.

Spojrzałam na niego nieprzekonana. Oboje dobrze wiedzieliśmy, że po mojej wyprowadzce to jego obierze na swoją główną ofiarę.

Po kilku zapewnieniach, że wszystko będzie dobrze, powoli zaczęliśmy się od siebie odsuwać.

- Jak coś, to dzwoń.

- Wiem, tato.

- I pamiętaj - ściszył głos - niedziela, spotkanie klubu książki.

- Pamiętam.

Cmoknęłam go w policzek, po czym finalnie się pożegnałam i rozpromieniona wsiadłam do samochodu. Gdy ruszyliśmy, moje spojrzenie automatycznie padło na mamę, która zacięcie wpatrywała się w odjeżdżające auto. Po chwili jednak odwróciła się plecami i wróciła do domu.

Naprawdę współczułam swojemu tacie.

- Widzisz ją? To Kimberly Clarke, liderka Theta Star, najpopularniejszego bractwa na kampusie. Wystarczy, że przekonamy ją do siebie i wygraną mamy w kieszeni. - Podsunęła mi pod nos telefon z włączonym Instagramem.

Zaciekawiona wzięłam go do ręki i zaczęłam przeglądać posty dziewczyny. Brunetka, długie nogi, cheerleaderka i...

- Czekaj, czy to mój brat?

Zanim zdążyłam przyjrzeć się zdjęciu, Harper wyrwała mi komórkę.

- O mój Boże, tak! To zdjęcie sprzed kilku miesięcy. Siedzi mu na kolanach, więc może są razem, a wtedy...

- Co? - Teraz to ja przechwyciłam telefon.

Harper miała rację. Fotografia przedstawiała rozłożonego na fotelu Ryana oraz przepiękną, seksowną brunetkę, która siedziała mu na kolanach. Mój brat wpatrywał się w nią, jakby wiele nieprzyzwoitych myśli krążyło mu po głowie. Chyba wolałam nie wiedzieć, gdzie leżała prawda.

- Normalnie w to nie wierzę... - Harper pokręciła głową. - Poppy, los podaje nam wszystko na tacy. To nasze przeznaczenie być w Theta Star! Wiedziałam to od ósmej klasy.

- Nie sądzę, że są razem. - Na profilu znalazłam jeszcze jedno ich wspólne zdjęcie. Tym razem na jakiejś imprezie przy basenie. - Ryan przedstawiłby nam swoją dziewczynę.

- Nie muszą być razem, wystarczy, że się bzykają.

- Harper!

- Boże, Poppy, tak działa uczelnia. Myślisz, że co? Że ludzie tam wchodzą w poważne związki i planują ślub?

- Nie, nie myślę tak - fuknęłam. - Po prostu nie mam ochoty rozmawiać o tym, z kim sypia mój brat.

- Przyzwyczaj się do tego. Ryan jest dosyć popularny na uczelni.

Nawet w szkole średniej dochodziły mnie słuchy o podbojach brata. Nigdy jednak nie wdawałam się w głębsze dyskusje na ten temat, bo niezbyt mnie interesował. Mimo wszystko byłam świadoma, że kiedy znajdę się na tym samym uniwersytecie co on, będę bardziej podatna na podobne plotki. Wręcz nie mogę się doczekać.

- Zresztą nieważne, co go łączy z tą dziewczyną. Liczy się to, że dzięki niemu możemy dostać się do Theta Star.

- Znasz Ryana i wiesz, jakie ma o mnie zdanie. Wolałby, żebym siedziała w akademiku, uczyła się i najlepiej nie chodziła na żadne imprezy - burknęłam zniesmaczona. - Jeśli nie zmienił podejścia, to nie sądzę, aby tak ochoczo pomógł nam dostać się do najbardziej popularnego żeńskiego bractwa na kampusie.

W niektórych kwestiach Ryan bardzo przypominał matkę.

- Jesteś jego siostrą, prędzej czy później go namówisz.

Wymieniłyśmy z Harper znaczące spojrzenia. Obie znałyśmy mojego brata i zdawałyśmy sobie sprawę z tego, że jest jedną z bardziej upartych osób na ziemi. Przekonanie go do czegokolwiek graniczyło z cudem.

- Dziś jest pierwsza impreza na kampusie, wszyscy zbierają się w domu Theta Star. My też musimy tam być - odezwała się po chwilowej ciszy.

Na samą myśl o imprezie ścisnęło mnie w brzuchu ze stresu. Na tysiąc procent pojawi się tam Cole, którego nie widziałam od kilku miesięcy. W zasadzie od wyprowadzki mojego brata spotykałam go dość rzadko, i to przypadkowo. Wymienialiśmy się krótkim: "Co tam?", i nasze drogi rozchodziły się w przeciwne strony. Mimo to te kilkusekundowe spotkania dawały taką dawkę emocji, że starczała mi ona na bardzo długo. Obawiałam się swojej reakcji, gdy już znajdę się w tym samym domu co Cole i zapewne będę musiała się z nim skonfrontować. A znając mnie, już w pierwszej minucie obleję się rumieńcem.

- Chyba zwymiotuję. - Spanikowana przyłożyłam dłoń do ust i oparłam się czołem o szybę.

Nie znalazłam jeszcze odpowiedniego sposobu na walkę ze stresem.

- Poppy, musisz trochę wyluzować... - Harper potrząsnęła moim ramieniem. - Studia to twoja jedyna szansa na schwytanie Cole'a w swoje szpony. Potem pewnie znajdzie żonę, spłodzi sobie bobasa i kupi typowy amerykański dom. A wtedy nici z naszego planu.

- Jak mam wyluzować, kiedy tak mnie straszysz?

- Powinnaś się uspokoić, bo inaczej nigdy z nim nawet nie porozmawiasz. Znam cię, P. Kiedy tylko go zobaczysz, wpadniesz w histerię i uciekniesz z imprezy, a do Cole'a przypałęta się jakaś inna małolata i wtedy...

- Dobra, zrozumiałam! - warknęłam zrezygnowana, po czym przetarłam twarz dłońmi.

- Ciesz się, że masz tak cudowną przyjaciółkę, która już obmyśliła plan na dzisiejszy wieczór.

- Jaki plan?

- Najpierw musimy zbadać teren: dowiemy się, kto z kim trzyma, koło kogo najlepiej się pokręcić i jak najłatwiej dostać się do Theta Star. Potem, jak już wszystko będziemy wiedzieć, wespniemy się na wyższy szczebel i z łatwością wygramy z innymi ochotniczkami ubiegającymi się o miejsce w bractwie.

- A gdzie w tym wszystkim jestem ja i Cole?

- Daj mojemu planowi czas. Bractwa żeńskie i męskie często się integrują, na przykład jeżdżą na wspólne wyjazdy czy organizują tematyczne imprezy zamknięte. Uwierz mi, nie ma lepszego miejsca na poderwanie chłopaka niż wyjazd na narty.

- Nie umiem jeździć na nartach.

- A Cole umie? - Wykrzywiła twarz w grymasie. Jej plan zapewne nie brał tego pod uwagę.

Kiedyś mój brat pojechał z jego rodziną w góry i z tego, co opowiadał, to Cole całkiem dobrze sobie radził. Oczywiście nie omieszkałam zapisać tego w swoim pamiętniku.

- Tak.

- Poppy, to jeszcze lepiej! Udasz pokrzywdzoną studentkę, która chciała się zintegrować z rówieśnikami na nartach, ale nie może, bo nie potrafi jeździć. Wtedy on zlituje się nad tobą i da ci prywatne lekcje. Najlepiej, żebyś straciła równowagę, wiesz, tak jak w tych wszystkich świątecznych filmach, i poleciała wprost na niego. Złapie cię i wylądujecie na śniegu. Potem ty przeniesiesz wzrok na jego usta, a on na twoje i kilka godzin później wylądujecie w jego łóżku. A na sam koniec podziękujesz swojej kochanej przyjaciółce Harper za to, że pomogła ci znaleźć męża.

Wbrew pozorom plan nie wydawał się aż tak nierealny. Faktycznie nie potrafiłam jeździć na nartach, a Cole umiał. Poza tym prawdopodobieństwo tego, że stracę równowagę, było całkiem spore. Wystarczyło jedynie odpowiednio wybrać miejsce upadku i wpaść wprost w jego ramiona. To mogło się udać.

- No dobra, zachęciłaś mnie.

Harper pisnęła i przylepiła się do mojego boku.

- Kiedy wdrażamy twój plan w życie?

- Dzisiaj wieczorem.

Próbowałam powstrzymać uśmiech, gdy zauważyłam, jaką radość sprawia jej przeglądanie profili członkiń bractwa. Pewnie zastanawiała się, z którymi warto się zaprzyjaźniać.

Harper zawsze było wszędzie pełno. Zapisywała się na niemal każde zajęcia dodatkowe: pomagała kółkom hobbistycznym w organizowaniu wydarzeń, brała udział w olimpiadach szkolnych, w ostatnim roku nawet stała się przewodniczącą naszej szkoły. Lubiła czuć się potrzebna i ekscytowała się, kiedy ktoś prosił ją o pomoc lub dziękował jej za wsparcie. Mimo tych wszystkich obowiązków, które na siebie nakładała, jej życie towarzyskie kwitło z dnia na dzień. Była najpopularniejszą dziewczyną w szkole i każdy błagał, aby przyszła na imprezę - ponieważ gdy zjawiała się Harper Adams, zjawiali się wszyscy.

Widziałam, jak bardzo zależało jej na dostaniu się do Theta Star. Pragnęła pozostać w centrum uwagi, nie chować się w cieniu. Harper Adams zawsze dostawała to, czego chce, dlatego bardzo współczułam jej konkurentkom. W tym starciu nie wygrają.

- Dziewczynki, dojechaliśmy.

Rozczuliłam się, słysząc to, jak pan Spencer nas nazwał. Zaczął zwracać się tak do nas, kiedy miałyśmy po dziesięć lat, i do dzisiaj nie przestał. Pomimo upływu czasu wciąż traktował nas jak małe księżniczki, które uwielbiały, gdy zabierał je na salę zabaw.

- Dzięki, tatuś. - Harper pochyliła się do przodu i pocałowała ojca w policzek, a on jak zwykle przyjął to z uroczym uśmiechem.

Wyjrzałam przez szybę.

Na parkingu stało multum walizek oraz pudeł. Pośród nich krzątali się studenci oraz ich rodzice, którzy z bólem serca żegnali się z dziećmi. Bliżej wyjścia utworzyły się grupki z zaciekawieniem i rozbawieniem obserwujące nowo przybyłych. Musieli to być studenci z wyższych roczników. Wśród nich nie zauważyłam swojego brata, za co dziękowałam losowi. Nie chciałam, aby już w ciągu pierwszych pięciu minut wszyscy dowiedzieli się, że jestem siostrą Ryana. Nawet jeśli i tak prędzej czy później mnie to czekało.

- Jezu, nienawidzę być pierwszakiem - burknęła do mnie Harper, gdy wysiadłyśmy i oparłyśmy się o samochód. - Nikt mnie nie zna, muszę się od nowa zaaklimatyzować i starać o pozycję.

- Jestem pewna, że wielu z nich słyszało o słynnej Harper Adams, największej agentce w Madison High School.

Jej oczy rozbłysły jak u dziecka, któremu pokazano lizaka.

- Tak myślisz? - zaszczebiotała z ożywieniem.

Parsknęłam, po czym skierowałam wzrok na pana Spencera, który sprawnie wyjął nasze walizki z bagażnika i postawił je na chodniku.

- Wniosę wam je na górę, co? - Zmrużył oczy i spojrzał na piętrzący się przed nami budynek.

- Nie martw się o nas, zaraz załatwimy sobie kolegów do pomocy. - Harper machnęła ręką.

Byłam bardziej niż pewna, że nie zajmie jej to dłużej niż pięć sekund.

- Uważajcie na siebie - westchnął pan Spencer z nutą przygnębienia. - Nie mogę w to uwierzyć, że moje dwie ulubione księżniczki idą na studia. Jeszcze wczoraj chciałyście pleść warkoczyki z tych moich rzadkich włosów.

- Tatuś, to było osiem lat temu. - Uwiesiła mu się na szyi. - Twoje rzadkie włosy już dawno wypadły. - Z czułością dotknęła jego pozbawionej włosów głowy. - Mówiłam ci, żebyś robił sobie wcierki.

- Ja nie podważam praw przyrody. Jeśli dane mi jest wyłysieć, proszę bardzo.

- A ja podważam - żachnęła się. - Kiedy w lustrze ujrzę, że mam chociaż jedną zmarszczkę, od razu zapisuję się na botoks.

Pan Spencer przyjął słowa swojej córki z politowaniem. Kiwnął nieznacznie głową i po raz ostatni pocałował ją w czoło.

- Przyjedziesz na weekend?

- Tak - odparła bez wahania.

Kilka pożegnań później pan Spencer w końcu odjechał, a my zostałyśmy same z bagażami.

- I co? Gdzie ci twoi koledzy?

Na twarzy Harper wymalował się zaczepny uśmieszek. Zaintrygowana podążyłam za jej wzrokiem, który utkwiony był w coś, lub w kogoś, za moimi plecami. Gdy zobaczyłam dwóch umięśnionych chłopaków zmierzających w naszą stronę, pokręciłam z niedowierzaniem głową.

Równo dwie sekundy.

- Potrzebujecie pomocy? - Blondyn z figlarnym spojrzeniem podszedł do nas jako pierwszy.

Tuż za nim szedł nieco niższy szatyn, który wydawał się mniej zawadiacki. Nieśmiało drapał się po karku i patrzył wszędzie, tylko nie na mnie. Uroczy.

- A co macie do zaoferowania?

Zdusiłam parsknięcie. W odróżnieniu od Harper flirtowanie wprowadzało mnie w nietypowy stan zażenowania, dlatego nie potrafiłam tego robić. Nawet nie próbowałam.

- Co tylko zapragniesz, Harper Adams. - Zalotny blondyn zbliżył się do mojej przyjaciółki, a ona zadarła głowę.

Dostrzegłam typowy błysk zaintrygowania w jej oku, co mogło świadczyć tylko o jednym - ten chłopak jej się spodobał. Fakt, że ją znał, także miło łechtał jej ego. Przypuszczałam, że niebawem ten niewinny flirt przerodzi się w coś więcej.

- Potrzebuję dwóch miłych kolegów, którzy pomogą mnie i mojej przyjaciółce wnieść walizki do pokoju. Znasz może takich? - Postawiła krok w jego stronę, więc znaleźli się jeszcze bliżej siebie. Chłopak zmrużył oczy.

- Może znam. Tylko pytanie: co dostaną w zamian?

Wyłączyłam zmysł słuchu, zanim zarejestrowałabym nim coś, czego zdecydowanie nie chciałabym usłyszeć.

Odwróciłam głowę ku nieśmiałemu szatynowi. Co ciekawe, teraz wpatrywał się we mnie, nie spuścił wzroku.

- Thomas jestem.

Zmniejszył dzielącą nas odległość, choć zachował bezpieczny dystans.

- Poppy.

- Pomóc? - Wskazał ręką na moje walizki, a zanim zdążyłam odpowiedzieć, dodał: - Spokojnie, ja nie oczekuję niczego w zamian.

- Byłoby miło.

Bez słowa podszedł i zabrał moje bagaże. Kiedy zauważyłam, że Harper i jej nowy kolega ruszyli do akademika, poszliśmy ich śladem.

Pogładziłam ramiona rękami. Nie lubiłam takich niezręcznych sytuacji.

- Na jakim kierunku jesteś? - spytał.

- Na politologii.

Zamrugał zszokowany i się skrzywił.

- Obstawiałem dziennikarstwo, marketing albo zarządzanie, ale nie politologię. Niewiele normalnych dziewczyn idzie na ten kierunek.

Ścisnęło mnie w gardle.

- Normalnych? Co masz na myśli? - Mój głos zabrzmiał bardziej niemiło, niż miałam w zamiarze, ale w tym momencie nijak mnie to nie ruszało.

Chyba nie dogadam się z Thomasem.

- No wiesz, o co mi chodzi - wypalił niewzruszony. Najwyraźniej nie wyczuł mojego nieprzychylnego nastawienia. - Żadnej normalnej lasce nie chciałoby się wykłócać ze starymi politykami na temat tego, czy zwierzęta powinny mieć numer ubezpieczenia społecznego. Poza tym nie da rady dziewczynom niczego wytłumaczyć, żyją w swojej feministycznej bańce i wszystko, co powie mężczyzna, traktują jak najgorszą obrazę. Moim zdaniem kobiety nie powinny brać się do polityki. Istnieją dziedziny wymagające niższego ilorazu inteligencji i mniej logicznego myślenia.

Przystanęłam. Nie mogłam uwierzyć w to, że nie robił sobie ze mnie żartów, tylko mówił poważnie.

- Skąd takie wnioski? - zapytałam rozgniewana.

- Jestem na trzecim roku politologii, coś o tym wiem - prychnął zuchwale.

Zakodowałam w głowie, aby na przyszłość nie wchodzić z Thomasem w debaty, gdyż mogłoby się to skończyć kłótnią na skalę całej uczelni. Modliłam się również o to, aby nigdy nie przyszło mi współpracować z trzecim rokiem. Nie miałam ochoty dyskutować z kimś takim.

- Wiesz co, poradzę sobie sama.

Niemal siłą przechwyciłam swoje bagaże, bo Bóg wie czemu nie chciał mi ich oddać.

- Uraziło cię to?

Przewiesiłam przez ramię ciężką torbę. Zacisnęłam zęby, bo ostatnie, co bym zrobiła, to pokazała, że niezbyt daję radę unieść własne rzeczy.

- To, że nazwałeś mnie zamkniętą w bańce feministką i jasno stwierdziłeś, że moje ambicje o zostaniu politykiem nie mają prawa bytu? Nie, ani trochę - bąknęłam cynicznie.

- O tym właśnie mówiłem - żachnął się. - Nawet nie można wyrazić swojej opinii, bo już się obrażacie.

- Właśnie powiedziałeś, że jako kobieta powinnam zabrać się do czegoś, co wymaga niższego ilorazu inteligencji, a jednocześnie dziwisz się, że nie chcę z tobą rozmawiać. Oblałeś psychologię relacji międzyludzkich czy jak?

- Nie mamy takiego przedmiotu. - Ściągnął brwi.

- Dla takich kretynów powinni go wprowadzić.

Powstrzymując się od bardziej wulgarnych komentarzy, z trudem zaczęłam zmierzać z walizkami w stronę wind.

- Naprawdę? Kończysz kłótnię wyzwiskiem? Może powinnaś zastanowić się nad zmianą kierunku!

Ignorując wołanie Thomasa za plecami, wciąż szłam przed siebie. Zupełnie przypadkiem przystanęłam na sekundę i wystawiłam mu środkowe palce obu rąk. Jego ostentacyjne prychnięcie zdążyło dobiec do moich uszu, jednak nie zrobiło na mnie wrażenia.

- Nigdy więcej nie poproszę nikogo o pomoc - wymamrotałam zgorzkniale pod nosem. Kilka razy potknęłam się o własne nogi. Taszczenie takich ciężarów nie należało do moich supermocy. - Poradzę sobie sama, zresztą jak zawsze.

- Hej, Poppy, pomóc ci?

- Nie, dzięki.

O mały włos nie wpadłam na ścianę. Mój mózg z początku nie zarejestrował, kto znajdował się po mojej prawej, jednak wystarczyło kilka sekund, abym rozpoznała ten głos.

Spięłam się jak struna, oddech ugrzązł mi w gardle, a policzki nabrały rumieńców. Nie musiałam spoglądać w lustro, aby wiedzieć, że na czole wyskoczyła mi żyłka. Pojawiała się zawsze, gdy ściskało mnie w brzuchu ze stresu i z zażenowania.

Albo kiedy w pobliżu pojawiał się Cole Parker.

ROZDZIAŁ DRUGI

- Wszystko okej? Wyglądasz, jakbyś przebiegła maraton.

Och, w to akurat nie wątpiłam. Moja twarz przypominała ogromnego pomidora, który w każdym momencie mógł wybuchnąć. W dodatku miałam potargane włosy, za duży dres wisiał na mnie jak na wieszaku, a przez wrażliwe oczy tusz na moich dolnych rzęsach zdążył się lekko rozmazać. Zacisnęłam szczelniej usta, gdy przypomniałam sobie, że pół godziny przed wyjazdem zjadłam wczorajszą pizzę z sosem czosnkowym.

Istny obraz nędzy i rozpaczy.

- Poppy?

Otrząsnęłam się dopiero, gdy znalazł się w odległości nie mniejszej niż dwa kroki. Zmierzwiłam włosy, aby choć trochę ukryć rumieńce, i poprawiłam wiszącą na mnie torbę.

- Tak?

Chryste, dlaczego akurat w takich momentach mój głos brzmiał, jakbym była zawodową ciotką palaczką?

- Pytałem, czy ci pomóc.

Wciąż nie unosiłam spojrzenia.

- Jesteś może chora albo masz gorączkę? Twoje objawy wskazują na infekcję wirusową lub ostre wirusowe zapalenie dróg oddechowych.

Zapomniałam, że Cole jest na kierunku pre-med, czyli na czteroletnich studiach licencjackich, po których może iść do szkoły medycznej. Przyszłego lekarza trudno będzie oszukać.

- Po prostu zmęczyłam się targaniem tych bagaży. Wiesz, jak jest, nie każdy ma dobrą kondycję - zarechotałam nerwowo, choć mój pseudożart nie był w ani jednym stopniu zabawny.

Po dojściu do tego, że zapewne prezentowałam się jak certyfikowana idiotka, bo zatrzymywałam oczy na wszystkim, tylko nie na nim, ze ściśniętym gardłem podniosłam wzrok.

Za każdym razem, gdy na niego patrzyłam, utwierdzałam się w przekonaniu, że zakochałam się w odpowiednim chłopaku.

Cole Parker był wysokim blondynem z uroczym uśmiechem oraz dołeczkami w policzkach. Wiele razy miałam ochotę włożyć w nie palce, ale wtedy z pewnością uznałby mnie za wariatkę. Uwielbiałam jego niebieskie oczy, które lśniły spod wachlarza długich, jasnych rzęs. Cole od małego grał z moim bratem w koszykówkę, dlatego jego ramiona były znacznie rozbudowane. Prawdę mówiąc, cały był ładny. Łącznie z wnętrzem.

Strzeliłam sobie mentalny policzek.

Poppy, nie rumień się jeszcze bardziej.

- Co tu robisz? - Zadziwiłam samą siebie, bo zająknęłam się tylko raz w trakcie całej wypowiedzi.

Cole rozciągnął usta w słodkim uśmiechu. Boże, był taki cudny.

- Studiuję już od równo dwóch lat.

Speszona podrapałam się po głowie, jednak szybko przestałam. Jego medyczny umysł jeszcze oskarżyłby mnie o obecność wszy.

- Ale jeśli pytasz, co robię w akademiku zamiast w bractwie, to przyszedłem pomóc swojemu młodszemu bratu. Może pamiętasz Chada?

Oczywiście, że wiedziałam, kim jest Chad. Był w moim wieku i kilka lat temu wyprowadził się z ojcem po rozwodzie ich rodziców. Nie sądziłam jednak, że wybierze studia w Madison zamiast w Nowym Jorku.

- Kojarzę - bąknęłam.

Gówno prawda - zapisałam go w pamiętniku.

- Powinien tu być za piętnaście minut. - Spojrzał przelotnie na ekran telefonu. - W tym czasie mogę ci pomóc wnieść walizki. Chyba że wspaniale sobie radzisz - dodał żartobliwie, nawiązując do ciężkiej torby wiszącej na moim ramieniu.

Chryste, Cole Parker właśnie proponował mi pomoc. Co więcej, rozmawiał ze mną jak z normalnym człowiekiem, a nie jak z nieśmiałą siostrą swojego ziomka. Nasza wymiana zdań nigdy nie trwała tak długo.

Chyba mam zawał.

- Radzę sobie całkiem dobrze, jeśli musisz wiedzieć - mruknęłam. Boże, brzmiałam jak jakaś dzikuska. - Ale pomoc jest mile widziana.

Gdy na jego ustach zagościł szelmowski uśmieszek, omal nie zemdlałam.

- Nie wiem, dlaczego kierowałaś się w stronę schodów, jeśli obok masz windy. - Wziął moje bagaże.

- Może mam po prostu dobrą kondycję?

Idiotka. Kilka minut temu, rechocząc, przyznałam mu się, że moja kondycja wołała o pomstę do nieba.

Na szczęście zdawało się, że nie zauważył mojego przejawu głupoty, ponieważ zaśmiał się pod nosem.

- Faktycznie, trochę się zmieniłaś od naszego ostatniego spotkania. - Przyjrzał mi się dokładniej.

Z jednej strony czułam się nieco skrępowana jego oceniającym spojrzeniem, a z drugiej miałam ochotę krzyczeć z radości, bo zauważył efekty mojego wakacyjnego chodzenia na siłownię.

- Ile to już minęło? Dwa lata? - zapytał.

Dwa lata minęły, od kiedy mój brat wyprowadził się z domu, sporadycznie jednak spotykałam Cole'a w sklepach. Zapisywałam każdą naszą najmniejszą interakcję, lecz on mógł wcale nie pamiętać tych spotkań. Nie każdy miał obsesję na punkcie przyjaciela starszego brata.

- Jakoś tak. - Wzruszyłam ramionami.

Jak na razie dobrze mi wychodziło zgrywanie nonszalanckiej.

- Ryan wspominał, że w tym roku wybierasz się na studia. Nie mówił tylko, na jaki kierunek.

- Politologia.

- Politologia? - Zaskoczony przeniósł na mnie wzrok.

Błagałam, aby jego reakcja w nawet najmniejszym stopniu nie przypominała reakcji Thomasa. Nie chciałabym przestać go lubić.

- Nie spodziewałem się, ale brzmi fajnie.

Odetchnęłam z ulgą.

- Nigdy nie interesowały mnie debaty studentów politologii, ale może w tym roku wpadnę. Zobaczymy, co mała Poppy Wesley ma do powiedzenia. - W jego oczach zatańczyły iskierki rozbawienia.

Uśmiechnęłam się subtelnie.

Nie mógł wiedzieć, że właśnie powstrzymywałam się od wybuchu kaszlu, ataku paniki, a jednocześnie od rzucenia mu się na szyję. Nazwał mnie "małą Poppy Wesley". Jak ja go kocham.

Kiedy dotarliśmy do wind, wcisnęłam guzik. Po trzech sekundach wcisnęłam go znowu, a po kolejnych trzech jeszcze raz.

- Wiesz, że winda nie przyjedzie szybciej, jeśli będziesz tak robić?

- U mnie zawsze działa.

To "zawsze" kończyło się dzisiaj. Miałam ochotę przekląć tę pieprzoną windę, kiedy przyjechała po dwóch minutach. Przez nią przeżywałam najbardziej niezręczną ciszę w moim życiu, a przy tym prawie się popłakałam, bo upokorzyłam się przy Cole'u.

Gdy weszliśmy do środka, a metalowe drzwi się zatrzasnęły, zacisnęłam usta. Już lepiej nic nie będę mówić.

- Myślałaś nad dołączeniem do jakiegoś bractwa? - spytał jak gdyby nigdy nic, choć po jego rozweselonej minie wywnioskowałam, że śmieszyła go ta sytuacja.

- Harper namawia mnie do dołączania do Theta Star.

- Wiedziałaś, że urządzają dziś imprezę?

- Wiedziałam - powiedziałam pewnie, jakbym szykowała się na nią już co najmniej od kilku tygodni. - Wybieramy się na nią z Harper.

- A wiedziałaś, że trzeba być na liście gości?

Tu moja wiedza się kończyła.

- Co ty gadasz? - westchnęłam zrezygnowana. - Nie żeby mi jakoś bardzo na tym zależało, ale Harper się załamie. Theta Star to jej marzenie.

Prawda jednak była taka, że Harper Adams miała swoje sposoby na to, by zostać zaproszona na każdą elitarną imprezę, więc i tak byśmy na nią poszły, ale drobna manipulacja i granie na emocjach to dobry początek naszego planu na schwytanie Cole'a. Ciekawe, czy połknie haczyk.

- Mogę wam to ogarnąć.

Poppy Wesley jesteś geniuszem.

- Naprawdę? - Pomrugałam nieśpiesznie, udając zaskoczoną. - Cole, to bardzo miłe z twojej strony.

- Tylko nie wspominaj Ryanowi, że weszłyście dzięki mnie. Uciąłby mi jaja, gdyby dowiedział się, że demoralizuję jego młodszą siostrę.

Ryan to ostatnia osoba, której opowiadałabym o swoich relacjach damsko-męskich.

- Obiecuję, że nic mu nie powiem.

Drzwi windy się otworzyły, Cole puścił mnie przodem. Moje dzieci będą miały wspaniałego ojca.

- Chad pisze, że już dojechał. - Spojrzał ukradkiem na ekran telefonu, kiedy znaleźliśmy się na korytarzu. - Muszę się zbierać.

- Poradzę sobie.

Drzwi do mojego nowego pokoju znajdowały się zaledwie kilka kroków od nas. Mimo to Cole wbił we mnie wzrok, jakbym ogłupiała, a następnie ruszył do przodu.

- Chyba nie myślisz, że pozwoliłbym ci targać te bagaże. Podprowadzę ci je pod same drzwi.

Och, okej.

Miałam ochotę skakać z radości, kiedy przechodzące obok nas dziewczyny witały się z Cole'em, a następnie posyłały mi pełne zaciekawienia spojrzenia. Nie wiedziały, że ten oto chłopak został przeze mnie zaklepany już siedem lat temu. A jak to mówi złota zasada: kto pierwszy, ten lepszy.

Chwilę później znaleźliśmy się pod pokojem pięćset dziewięć.

Nacisnęłam klamkę, licząc na to, że Harper odebrała klucze i była już w środku. Ku mojej uciesze drzwi się otworzyły, jednak widok za nimi nie był już tak ekscytujący. Moja przyjaciółka opierała się tyłem o biurko, a poznany na parkingu blondyn pochylał się nad nią. Jej wyraźnie znudzony wzrok padł na nas błyskawicznie. W ułamku sekundy odepchnęła od siebie nieznajomego i stanęła na baczność.

Błagałam ją spojrzeniem, aby nie narobiła mi wstydu przy Cole'u i nijak nie komentowała jego obecności. Posłusznie zasznurowała usta, jednak jej rozszerzone oczy mówiły same za siebie o jej zachwycie.

Kątem oka spojrzałam na Cole'a, który z lekką rezerwą wszedł do pokoju, nie spuszczając wzroku z naburmuszonego nieznajomego.

- Zobaczymy się potem? - Z nieznajomego blondyna opadł cały entuzjazm. Podszedł do drzwi i skinął zaczepnie w stronę Harper.

- Nie wiem, zobaczymy. - Dziewczyna z rozgorączkowaniem zaczęła wypychać go na korytarz.

- Daj mi chociaż swój numer!

- Nie dziś.

Gdy znalazł się na zewnątrz, nawet nie wysilajac się na uśmiech, pomachała mu i zamknęła drzwi.

- Chcecie, żebym to skomentował? - zagadnął z rozbawieniem Cole, przerywając głuchą ciszę.

- Możesz - mruknęłam.

Harper zapewne walczyła z samą sobą, aby nie rzucić niemiłej, kąśliwej odzywki. Nic nie wkurzało jej bardziej niż komentarze mężczyzn. Śmiałam twierdzić, że była na nie uczulona.

- Adam Jones to niedobry wybór na przyszłego partnera. Nie bez powodu odrzucamy jego prośby o dołączenie do bractwa. Często zachowuje się w stosunku do dziewczyn jak... - zawahał się - kutas.

- Niczym nie różni się od pozostałych członków tego twojego bractwa - wypaliła Harper i prychnęła pod nosem.

Gdy zdała sobie sprawę, że nie spełniła mojej prośby, niezgrabnie podeszła do walizki i zaczęła udawać, że ta wielce ją interesuje.

Cole nie wyglądał na urażonego słowami dziewczyny. Raczej nieco go zaskoczyła ta odpowiedź.

- Liczę na to, że po lepszym poznaniu moich przyjaciół zmienisz zdanie.

Twarz Harper nie wyrażała żadnych emocji. Znałam ją aż za długo, dlatego wiedziałam, że lekkie uniesienie prawej brwi nie było przypadkowe. Moja przyjaciółka niezbyt entuzjastycznie przyjęła słowa Cole'a.

Sama dopiero teraz wywnioskowałam, że pała niechęcią do męskiego bractwa. Nigdy o tym nie wspominała. Być może miała romans z jednym z chłopaków i nie skończył się szczęśliwym związkiem. Harper rzadko opowiadała mi o swoich podbojach, bo zazwyczaj nie były one na tyle trwałe, aby warto się nad nimi rozwodzić. W tym przypadku również musiało tak być.

- Dobra, muszę lecieć. - Cole ponownie spojrzał na zegarek, a następnie posłał mi jeden ze swoich uroczych uśmiechów. - Mam nadzieję, że do zobaczenia na imprezie.

Odprowadziłam go do wyjścia. Targało mną tyle emocji, że ledwo stałam na nogach. Udawałam jednak, że jego obecność nie wywołuje na mnie wrażenia.

- Tak, widzimy się.

- No to do później.

Kiedy zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami, uszło ze mnie nagromadzone w płucach powietrze.

- O kurwa, stara, co to było?!

Harper dopadła mnie w ułamku sekundy. Tylko jej stanowczy ucisk na ramieniu powstrzymał mnie przed osunięciem się na podłogę.

- Dlaczego Cole Parker był w naszym pokoju? I dlaczego rozmawiałaś z nim jak gdyby nigdy nic?

Gdy przez dłuższą chwilę nie odpowiadałam, potrząsnęła mną.

- Poppy!

- Chyba umieram...

- Przed śmiercią musisz mi odpowiedzieć na te pytania, bo inaczej nigdy nie zasnę w spokoju.

Położyłam dłoń na czole, obawiałam się, że mam podwyższoną temperaturę. Albo miałam gorączkę, albo to Cole tak na mnie działał.

- Otrząśnij się, dziewczyno. - Ponownie targała mną jak szmacianą lalką. - I zacznij gadać, bo zaraz posram się z emocji, a kibel jest na drugim końcu korytarza.

Wyrwałam się z jej objęć, po czym odepchnęłam od drzwi. Wciąż pochłonięta emocjami, opadłam na krzesło obok biurka i odchyliłam głowę do tyłu.

- Zaczepił mnie i zaproponował pomoc z wniesieniem walizek - wymamrotałam na jednym wydechu.

- Tak z dupy? Skąd on się tu w ogóle wziął? - Z hukiem usiadła tyłkiem na biurku.

- Jego brat wprowadza się dziś do akademika.

- A co z tym kolesiem, co początkowo miał pomóc ci wnieść walizki? Też okazał się tak nieznośny jak ten jego kolega blondas? Boże, nawet nie pamiętam jego imienia. Zachowywał się obleśnie.

- Okazał się dziwny, nawet nie chce mi się o nim gadać - westchnęłam. Na samą myśl o Thomasie odechciewało mi się iść na pierwsze zajęcia z politologii. Oby wszyscy studenci nie mieli takich poglądów co on. - Powiedziałam mu, że sama sobie poradzę, ale nie dawałam rady i wtedy zauważył mnie Cole.

- I jak? Spaliłaś buraka?

- Harper, i to jakiego! - jęknęłam męczeńsko, chowając twarz w dłoniach. - Spytał mnie, czy jestem chora, rozumiesz!

- Ale kiedy tu przyszłaś, to nie wyglądałaś aż tak źle. Jedynie lekko ci kolano drżało. - Wskazała głową na moją nogę, która wciąż dygotała. Taki tik nerwowy. - I tak jestem z ciebie dumna, że nie zemdlałaś przy pierwszym spotkaniu. Szczerze powiedziawszy, obstawiałam, że tak będzie, ale nie chciałam cię straszyć.

- Kilka razy się wkopałam, ale chyba faktycznie nie było aż tak źle.

- Poppy Wesley, niezła z ciebie flirciara - zaszczebiotała. - Pierwszy dzień na uczelni, a Cole Parker już zaprosił cię na randkę.

- Na jaką randkę? - Moje serce stanęło. Niemożliwe, abym przez natłok emocji przegapiła tak ważny szczegół.

- "Tak, widzimy się" - zacytowała moje słowa. Oczywiście zająknęła się przy tym trzy razy.

- Tu nie chodziło o randkę, tylko o dzisiejszą imprezę w Theta Star. Wiedziałaś, że trzeba być na liście gości?

- Serio? - Zniesmaczona wykrzywiła usta. - Ale to nic, zaraz napiszę do znajomej i załatwię nam wstęp.

- Już to ogarnęłam.

Arogancki uśmieszek automatycznie wpłynął na moje usta, gdy Harper rozchyliła wargi i spojrzała na mnie spod przymrużonych powiek.

- Nie - powiedziała głośno.

- Tak.

- Poppy Wesley, ty podstępna żmijo! - Pchnęła moje krzesło, przez co odjechałam na drugi koniec pokoju. - Nie minęło kilka godzin, a ty już owinęłaś sobie Cole'a Parkera wokół palca!

- Tego palca? - Zaczepnie podniosłam mały palec i zaczęłam zataczać nim kręgi.

- Tak, tego palca! - zarechotała, opadła na drugie krzesło i podjechała do mnie. W efekcie czego siedziałyśmy w kącie naszego nowego pokoju i szczerzyłyśmy się do siebie niczym dwie wiedźmy. - Nie wierzę, że Cole załatwi dla ciebie wejście.

- Tak, ale nie możemy się wygadać Ryanowi. Wiesz, że szybko by się wkurwił.

Odetchnęła z rozdrażnieniem. Harper nigdy nie przepadała za moim bratem. I z wzajemnością.

- Jak coś, to moja znajoma nas zaprosiła.

Uśmiechnęłam się do niej z wdzięcznością, po czym oparłam łokcie o kolana i rozejrzałam się po pokoju.

- Harper, czy my właśnie jesteśmy w akademiku?

Dziewczyna również się pochyliła i z iskrami w oczach zlustrowała wzrokiem otoczenie.

- Nie mogę w to uwierzyć, P. Nasze marzenia właśnie się spełniają. - Chwyciła moje dłonie. - Pamiętasz, jak kilka lat temu mówiłyśmy wszystkim, że prędzej czy później zamieszkamy razem? Nie wierzyli nam, mówili, że jeszcze nam się odwidzi.

- Nigdy mi się to nie odwidzi. Najchętniej mieszkałabym z tobą już zawsze, nawet po ślubie i urodzeniu dzieci.

- Dlatego zawsze ci powtarzam, że musimy wybudować podziemny tunel, który będzie łączył nasze domy - parsknęła. - Nasze dzieci będą razem i zostaniemy rodziną.

- Wiesz, że takie plany zawsze kończą się porażką?

- Nie w naszym przypadku. Już od małego poddamy je hipnozie i wmówimy, że są bratnimi duszami, które musiały odnaleźć się w tym wcieleniu.

Zmrużyłam sceptycznie oczy.

- Lub wykonamy rytuały miłosne. Widziałam parę na Tik-Toku. - Wzruszyła ramionami.

- Nie wierzę w takie rzeczy.

- Kiedyś wierzyłaś - zarechotała kpiąco, a ja już wiedziałam, do czego zmierzała. - Do momentu, kiedy Megan nie postawiła ci tarota, w którym wyszło, że twoim mężem nie zostanie Cole, ale ktoś inny.

Dobra, może faktycznie kiedyś wierzyłam w bujdy o bratnich duszach, przeznaczeniu, wróżeniu za pomocą różnych narzędzi, lecz w momencie, kiedy moja przewidywana przyszłość okazała się niesatysfakcjonująca, po prostu przestałam. Żadna wróżka nie będzie mi wmawiać, z kim skończę, a z kim nie.

- Po prostu z tego wyrosłam, Harper - mruknęłam z lekceważeniem, a następnie wstałam z miejsca.

- Poppy, z takich rzeczy się nie wyrasta! To świadomość!

Doskoczyłam do swojej walizki i prędko zaczęłam w niej grzebać. Palce aż mnie świerzbiły, by opisać ostatnie kilkanaście minut w pamiętniku.

- Ja na przykład jestem pewna tego, że dzisiejszego wieczoru wezmę udział w jakiejś bójce. Kiedy szłam przez korytarz, niemal wszystkie dziewczyny mówiły o tym, że chcą dołączyć do Theta Star. Wiesz, że nie dam za wygraną.

- I to jest powód, żeby je bić?

Gdy pamiętnik wpadł w moje ręce, odetchnęłam z ulgą. Lubiłam mieć go przy sobie.

- Nie będę ich bić - wypaliła z oburzeniem Harper. Kiedy już miałam pytać, co takiego się zmieniło, z podłym uśmieszkiem dodała: - Może tylko powyrywam kilka kłaków. Nikt nie chce mieć w bractwie dziewczyny z łysymi plackami na głowie, nie?

- O Boże, Harper. - Pokręciłam głową z niedowierzaniem. - Bądź bardziej przyjazna. Może znajdziesz wśród tych dziewczyn nowe koleżanki?

- Złota zasada, P.: nigdy nie spoufalaj się ze swoim wrogiem.

Położyłam się na łóżku. Z ogromną niechęcią musiałam przyznać, że było nad wyraz twarde. Oby te w Theta Star były wygodniejsze.

- Poza tym ja już mam przyjaciółkę!

Zachichotałam, gdy wylądowała obok mnie. Przysunęłam się bliżej do ściany, by zrobić jej więcej miejsca. Jak to miała w zwyczaju, położyła głowę na mojej klatce piersiowej i westchnęła ciężko.

- Będziesz spać?

Harper wiele razy zasypiała w tej pozycji, co niezbyt mi pasowało, bo wtedy drętwiało mi całe ciało. Nigdy jednak nie miałam serca jej odsunąć. Podczas snu wydawała się taka niewinna i bezbronna. Pozory mylą.

- Nie. - Ziewnęła.

- Nie wierzę ci.

Miałam rację - już po chwili Harper smacznie drzemała. Cyknęłam szybko fotkę, jak śpi z otwartymi ustami, po czym zadowolona odłożyłam telefon, otworzyłam pamiętnik i zaczęłam pisać.

Kocham Cole'a Parkera. Wiem, że się powtarzam, ale nie moja wina, że jest taki cudowny. Dzieci, jeśli umarłam i znalazłyście ten pamiętnik, wiedzcie, że wasz tata jest boski. Chyba na mnie leci. Albo sobie wmawiam. Inaczej nie zaprosiłby mnie na imprezę, nie? DOBRA, NIE MOGĘ SIĘ ZBYTNIO EKSCYTOWAĆ. MOŻE TO NIC TAKIEGO. Jestem podjarana. Stresuję się. Chyba idę zwymiotować. Albo nie. Boję się publicznych łazienek. Nie wiem, co mam jeszcze napisać. Dam znać, jak było na imprezie. Pa.

Poppy Wesley Parker

***

Lubiłam imprezować. Czasem fajnie było wyrwać się z domu, wyjść dokądś ze znajomymi i wypić drinka. W szkole średniej miałam swoją małą paczkę, ale raczej trzymałam się z Harper. To byli jej znajomi, nie moi. Niektórzy nawet poszli na tę samą uczelnię co my, a więc prawdopodobieństwo, że ich spotkam, było spore. Liczyłam na to, że przyjdą do Theta Star, wtedy mogłabym się do nich przyczepić. Harper i tak będzie zbyt zajęta walką o miejsce w bractwie, a mnie przerażała wizja samotnego opierania się o ścianę na imprezie.

- W porównaniu z tobą wyglądam jak gówno.

Z zaciśniętymi ustami przyglądałam się naszemu odbiciu w lustrze. Harper ubrała się w jedną ze swoich lepszych miniówek i wyglądała w niej obłędnie. Ja natomiast postawiłam na zwykłe jeansy i body. Prezentowałam się gorzej, lecz przynajmniej było mi wygodnie. Ktoś musiałby mi zapłacić, abym poszła w ślady przyjaciółki i włożyła dziesięciocentymetrowe szpilki. Zdecydowanie wolałam praktyczny i swobodny ubiór.

- Nigdy nie widziałam rudego gówna.

Nieśmieszne, ale mnie rozbawiło.

- Możesz się odczepić od mojego koloru włosów?

Tak naprawdę byłam jej wdzięczna za to, że mi o nich przypomniała. Prędko podeszłam do podłączonej prostownicy i przyłożyłam ją do swoich rudych, przydługawych włosów, które sięgały mi aż do pasa. W wakacje miałam je ściąć, bo przeszkadzała mi ta długość, ale Harper wybiła mi to z głowy.

- Nie odczepię się, bo jestem zazdrosna. - Zerknęła na mnie łobuzersko. - Też bym chciała mieć takie zdrowe i długie włosy. Moje kłaki rozdwajają się na każdej długości i są nie do okiełznania.

Przyjrzałam się jej blond włosom, które kończyły się za łopatkami. Harper miała szczęście, że znała się na metamorfozach i zawsze modelowała je tak, aby wyglądały na zdrowe. A teraz, ułożone w fale, prezentowały się świetnie.

- Trzeba było nie używać rozjaśniacza z drogerii w wieku piętnastu lat - mruknęłam prześmiewczo.

Spiorunowała mnie wzrokiem, a ja w odpowiedzi się zaśmiałam. To był temat, do którego nie lubiła wracać.

- Chciałam mieć platynę, okej?! - huknęła z wyrzutem. - Może porozmawiamy o twojej grzywce w piątej klasie?

Uciekłam spojrzeniem, nie chcąc już więcej prowokować Harper. W każdym razie moje niezgrabne palce w połączeniu z nożyczkami nie tworzyły cudów.

- Albo wiesz co? Chyba lepiej będzie, jeśli pójdziemy już na tę imprezę, co? Wyżyjemy się na innych laskach.

- Jestem za. - Odłożyłam prostownicę i odpięłam kabel.

Włożyłam telefon do tylnej kieszeni spodni i cierpliwie czekając na Harper, oparłam się o biurko. Cieszyłam się, że z nas dwóch to ona pakowała multum gadżetów do torebki, abym ja nie musiała tego robić. Nie lubiłam, gdy coś wisiało mi na ramieniu, bo zawsze po kilku godzinach bolały mnie plecy.

- Zamówiłaś taksówkę? - spytałam, gdy wyszłyśmy na korytarz.

- No co ty? Dzisiaj wiele bractw organizuje imprezy, więc po ulicach kręcą się sami studenci. Idziemy pieszo, żeby się z nimi zintegrować.

Mruknęłam męczeńsko. Nie lubiłam spacerować.

- Nie marudź, cały dzień przesiedziałaś na dupie. Pora się trochę poruszać.

Wykrzywiłam twarz w grymasie. Wolałabym wynająć hulajnogę elektryczną i podjechać pod dom bractwa, niż iść z buta. Wiedziałam jednak, że Harper nigdy się na to nie zgodzi, bo jazda hulajnogą spowodowałaby uszczerbek na jej wyglądzie.

Po akademiku kręciło się mnóstwo studentów. Nikt nie zamierzał siedzieć w pokoju, wszyscy wychodzili na miasto, by dobrze się bawić. Wierzyłam w to, że na zewnątrz zastanę mniej ludzi, ale jak zwykle się przeliczyłam.

- Czuję się jak na jakimś proteście - zagadnęłam po kilku minutach ciszy. - Idziemy jak głupie za tym tłumem.

Gdy przez dłuższy czas nie dostałam odpowiedzi, ze złowrogą miną odwróciłam głowę w bok. Nie zaskoczyło mnie to, że Harper gadała z jakimiś dziewczynami. Nie miałam ochoty podsłuchiwać, więc po prostu kroczyłam przed siebie.

Skrzywiłam się, kiedy zauważyłam Thomasa idącego kilka kroków przed nami. Liczyłam na to, że nie zmierzamy na tę samą imprezę.

- To tutaj, Poppy.

Podskoczyłam przestraszona, gdy nagle dopadła mnie Harper i objęła ramieniem. Podążyłam za jej palcem i utkwiłam wzrok w ogromnym domu, przed którym krążyło mnóstwo studentów. Większość osób z tłumu wzdychała z zazdrością na jego widok, lecz się nie zatrzymywała. My owszem.

Szczerze powiedziawszy, myślałam, że nasz pseudospacer będzie się dłużył, ale czas zleciał mi bardzo szybko. Może częściej powinnam wychodzić z domu?

Nie.

Z podziwem przyjrzałam się jasnemu budynkowi, który rozmiarem górował nad innymi, typowo amerykańskimi domami. Miał trzy piętra i na oko mieściło się w nim z kilkanaście pokoi. Otaczał go zadbany ogród, w którym rosło mnóstwo małych czerwonych i różowych róż. Prezentowały się całkiem uroczo. Dzięki białym filarom i pokaźnemu balkonowi dom przypominał willę. Wisienkę na torcie stanowił ogromny, ledowy, różowy napis "Theta Star" wiszący nad wejściem. Nie sądziłam, że ktoś zdołałby go przeoczyć, lecz na wszelki wypadek bractwo powiesiło swoją różową flagę na barierkach tarasu. Bardzo dziewczęco.

- To nasze marzenie. - W rozszerzonych oczach Harper odbijał się neonowy napis. - Zobaczysz, jeszcze będziemy tu mieszkać.

- Mam tylko nadzieję, że nie mają tylu neonów wewnątrz domu. Wiesz, że od mocnych kolorów boli mnie głowa - mruknęłam, krzywiąc się.

Harper zerknęła na mnie z politowaniem, po czym pociągnęła za rękę w stronę drzwi. Tuż przy nich stał chłopak w okularach, który trzymał w dłoniach tablet i spoglądał na nas nieufnie.

- Pewnie stara się o członkostwo w męskim bractwie i kazali mu sprawdzać listę gości - parsknęła Harper.

Kiedy okazało się, że faktycznie byłyśmy na liście gości, weszłyśmy do środka z chytrymi uśmiechami.

- Cole dobrze się spisał - stwierdziłam.

- A ty jeszcze lepiej, uwodząc go.

W środku znajdowało się więcej ludzi, niż przypuszczałam. Dziewczyny z bractwa miały na sobie przeróżne ciuchy - począwszy od krótkich spódniczek, a skończywszy na szerokich jeansach - krzątały się po domu i witały każdego napotkanego po drodze chłopaka. Każda z nich nosiła przynajmniej jeden różowy dodatek. Szybko zrozumiałam, że to właśnie ten kolor reprezentowało Theta Star.

- Harper!

Nim zdążyłam oswoić się z nowym otoczeniem, brunetka z kowbojskim kapeluszem na głowie uwiesiła się na szyi mojej przyjaciółki. Ta szybko ją objęła i obie zachichotały jak głupie.

Podrapałam się po głowie, zawsze w takich momentach czułam się nieco nieswojo.

- Kendall!

Szybko wywnioskowałam, że wspomniana Kendall była wtyką Harper w Theta Star. Przez całe wakacje mi o niej nawijała, ale nigdy nie mogłam zapamiętać jej imienia. Kendall. Tak, teraz nie zapomnę.

Kiedy odsunęły się od siebie, bystre, wielkie, brązowe oczy Kendall od razu wylądowały na mnie. Uśmiechnęłam się nerwowo.

- Poppy, tak?

Pokiwałam głową, a wtedy wyciągnęła dłoń.

- Kendall jestem, miło poznać.

Nie potrafiłam skupić się na niczym innym niż na jej przepięknej ciemnej karnacji. Gdy ściskałam drobną dłoń, kontrast między moją bladą jak u trupa skórą a jej - ładnie dotkniętą słońcem - kaleczył mnie w oczy.

- Nie martw się, P., Kendall jest wtajemniczona w nasz plan i wie, kogo musi nam najpierw przedstawić. - Podekscytowana Harper stanęła na baczność i wzrokiem otaksowała całe pomieszczenie.

Już szukała potencjalnych sojuszników. Lub potencjalnych ofiar.

- Tylko skoczę najpierw do łazienki - mruknęłam, nie chcąc brzmieć podejrzanie.

Niewzruszona Kendall wytłumaczyła mi krok po kroku, jak dojść do najbliższej toalety. Starałam się nie patrzeć na Harper, która zmrużyła oczy z politowaniem. Dobrze mnie znała i wiedziała, że zanim zgodzę się na jej plan, wcześniej muszę obczaić łazienki.

Te w akademiku zdecydowanie nie przypadły mi do gustu, choć nie były takie złe. Zobaczymy, co ta willa miała mi do zaoferowania.

- Będziemy na ciebie czekać w kuchni. Jeżeli będziesz szła cały czas prosto, to z pewnością do niej dotrzesz - rzuciła na odchodne Kendall. - A jeśli się zgubisz, to zapytaj którejś z dziewczyn. Na pewno ci pomoże.

Prawie zgubiłam się w drodze do łazienki, która znajdowała się zaledwie o kilka kroków dalej, do kuchni więc zapewne nie dojdę bez pomocy. Kiedy zamknęłam za sobą drzwi na klucz i rozejrzałam się po przestronnym, jasnym pomieszczeniu, wiedziałam, że zwyciężyło w starciu z akademickimi łazienkami.

- Co my tu mamy... - Podeszłam do umywalki.

Mydło w piance, które kochałam, chwyciło mnie za serce. Umyłam dłonie, po czym wytarłam je w różowy ręcznik. O mało nie jęknęłam, gdy dostrzegłam krem do rąk. Na takie luksusy to ja nawet w domu nie mogłam liczyć.

Po skorzystaniu z toalety stwierdziłam, że moja nieobecność przy Harper nieco się przedłuża. Aby uniknąć niezręcznych rozmów na temat tego, co tak długo robiłam w łazience, przekręciłam zamek i wyszłam z niej.

Z perspektywy czasu wiem, że o wiele rozsądniej byłoby zostać w tej pieprzonej łazience i po raz trzeci umyć ręce mydłem w piance. Może wtedy on skończyłby rozmawiać, ruszyłby dalej, ja wróciłabym do dziewczyn, a nasze drogi kolejny raz nigdy by się nie przecięły.

Nie wierzyłam w los, przeznaczenie czy znaki podsyłane przez wszechświat. Lecz w tym przypadku ktoś u góry faktycznie musiał mnie nienawidzić, skoro świadomie ponownie postawił go na mojej drodze.

Obiecałam sobie, że nigdy więcej na niego nie spojrzę. Że już nigdy nie będę miała z nim nic wspólnego.

A jednak stał tam, zaledwie kilka kroków ode mnie.

Saint Sinclair.

Mój największy grzech.

ROZDZIAŁ TRZECI

Trzy lata bardzo go zmieniły. Urósł, choć kiedyś zdawało się to niemal niemożliwe, aby ktoś o tak ponadprzeciętnym wzroście był jeszcze wyższy. Jego wiecznie roztrzepane, nieco przydługawe, tak ciemne, że niemal czarne włosy zostały starannie przycięte. Już nie opadały na oczy, co odebrało mu nastoletni wygląd. Choć śmiałam twierdzić, że nawet gdyby nie zmienił fryzury, to i tak nikt nie nazwałby go nastolatkiem. Jego rysy twarzy znacznie się wyostrzyły - kości policzkowe uwydatniły się bardziej, podobnie jak żuchwa. Wyglądał na starszego, niż był w rzeczywistości. Emanowała od niego surowa aura, gdy zaciskał zęby i w skupieniu słuchał swojego rozmówcy.

Saint Sinclair nie był już tym samym chłopakiem sprzed kilku lat.

Ku swojemu nieszczęściu ja dalej byłam tą samą dziewczyną. Nieśmiałą, mało rozważną, zbyt emocjonalną i trochę nieogarniętą. Z tego właśnie powodu, chcąc uniknąć konfrontacji, z hukiem zamknęłam drzwi. Świadoma, że tuż za nimi utworzyła się kolejka do toalety, jęknęłam.

- Hej, możesz otworzyć? Wszystkie czekamy od pięciu minut! - Dziewczyna, która stała najbliżej i zapewne zdołała mnie zauważyć, zapukała mocno.

- O mój Boże, co mam zrobić? - Chwyciłam policzki w dłonie.

Jedno było pewne: nie mogłam stanąć twarzą w twarz z Saintem. Po tym wszystkim, co zrobił, nie potrafiłam na niego spojrzeć, a co dopiero prowadzić z nim rozmowy. O ile lubiłam większość ludzi, a tych, za którymi nie przepadałam, po prostu miałam w poważaniu, to w jego przypadku było inaczej. Szczerze go nienawidziłam. Nawet po tylu latach moje negatywne uczucia ani trochę nie wygasły. Co więcej, potęgowały się za każdym razem, gdy przypominałam sobie o naszym wspólnym sekrecie. Nikt nie mógł się o nim dowiedzieć. W szczególności mój brat.

Kolejne, jeszcze intensywniejsze pukanie wybudziło mnie z letargu. Tkwienie w toalecie i chowanie się przed Saintem mogło tylko pogorszyć moją i tak kiepską sytuację. Kłótnia o łazienkę z pewnością przyciągnęłaby gapiów, a to ostatnie, na co miałam ochotę.

Na szczęście w mojej głowie narodził się plan. Jak zwykle nieprzemyślany, ale być może skuteczny.

Po wzięciu dwóch głębszych oddechów przekręciłam zamek w drzwiach. Starając się nie patrzeć w stronę miejsca, gdzie przed chwilą stał Saint, błyskawicznie opuściłam łazienkę i obróciłam się w prawo.

- Boże, nareszcie...

Ignorując oskarżycielskie spojrzenia dziewczyn z kolejki, zakryłam twarz włosami i jak najprędzej popędziłam przed siebie. Truchtałam na oślep. Nawet nie pojęłam, w którym momencie znalazłam się na wyższym piętrze. Szybko jednak tego pożałowałam, gdy okazało się, że korytarz służył obmacującym się parom. Choć prawdę mówiąc, pewnie dziewięćdziesiąt procent z tych osób nawet nie znało swoich imion.

Nie mając szczerej ochoty na przyglądanie się temu widokowi, zawróciłam. Serce podeszło mi do gardła, gdy tuż przy pierwszym schodku ujrzałam Sainta.

- Nie - wyszeptałam, po czym pośpiesznie wróciłam na piętro.

Przez głowę przeszły mi możliwe opcje. Począwszy od tego, aby wpić się w usta obcego chłopaka, aby ten zasłonił mnie swoim ciałem, a skończywszy na zeskoczeniu na sam dół. Wysokość była całkiem spora, więc być może straciłabym przytomność. Wtedy przynajmniej nie musiałabym konfrontować się z Saintem.

Finalnie wybrałam opcję numer trzy, czyli spontaniczne szukanie wyjścia z sytuacji.

Popędziłam przed siebie i kolejno sprawdzałam każdy pokój. Większość z nich była zajęta przez pary, którym nawet nie chciałam się przyglądać. Liczyłam na to, że znajdę jakąś łazienkę czy może pomieszczenie gospodarcze, ale jak na razie trafiałam na same sypialnie. Gdy byłam już prawie na końcu korytarza, obejrzałam się za siebie.

Saint właśnie znalazł się na piętrze.

- Kurwa. - Schowałam się za kwiatkiem.

Szlag, szlag, szlag, szlag, szlag.

Zaczęłam psychicznie nastawiać się na nasze spotkanie. Obawiałam się, że koniec końców jedno z nas wylądowałoby za oknem. Oczywiście byłby to Saint, bo ja nie dałabym się stłamsić.

W głowie odliczałam sekundy i starałam się uspokoić swój układ nerwowy. Wszystko poszło w cholerę, gdy dobiegł do mnie jego głos. Boże, tak bardzo go nie znosiłam. Może ta bójka faktycznie nie wydawała się takim złym pomysłem.

Słyszałam go, był coraz bliżej.

I kiedy już myślałam, że to ewidentny koniec, drzwi po mojej prawej nagle się otworzyły. W progu stanęła niska brunetka w zdecydowanie za dużych okularach zsuniętych na czubek nosa. Poprawiła je niezgrabnie i wytężyła wzrok, jakby nie do końca dowierzała w to, co widzi. Wcale jej się nie dziwiłam - w końcu kuliłam się za kwiatkiem i zaciskałam dłonie w pięści, jakbym za moment miała komuś przyłożyć. Właśnie to widziałam w swojej głowie.

- Błagam, pomóż mi.

Zerknęła za moje plecy i wtedy zrozumiała. Z lekkim zawahaniem otworzyła szerzej drzwi, choć wciąż wydawała się nieprzekonana. Posłałam jej niewinny uśmiech, po czym migiem wsunęłam się do środka. Sekundę później przekręciła klucz w drzwiach i oparła się o nie plecami.

Odruchowo oparłam dłonie o kolana i zrobiłam kilka głębszych wdechów. Ten krótki trucht zdążył mnie zmęczyć.

Nieznajoma nie odezwała się ani słowem. Z poważnym wyrazem twarzy obserwowała każdy mój ruch, nie zmieniając przy tym swojej pozycji. Choć dziewczyna wydawała się łagodna i nie niebezpieczna, to poczułam się głupio. Jej opanowanie i spokój mocno kontrastowały ze wzburzoną falą emocji, które mnie zalewały.

- Przepraszam za to... - mruknęłam, gdy opanowałam oddech. - Zazwyczaj tak nie robię.

- Jak? Nie pociągasz za klamki cudzych pokoi i nie chowasz się za kwiatkami?

Nie powiem, trochę mnie tym zagięła. Nie spodziewałam się, że z ust tak słodkiej, a zarazem na pozór niewinnej dziewczyny mogą wypłynąć tak bezpośrednie słowa.

- Coś w ten deseń - rzuciłam zażenowana.

Zapadła niezręczna cisza. W tym czasie zdążyłam przyjrzeć się swojej wybawczyni. Nie minęła dłuższa chwila, abym wywnioskowała, że jej pozbawiona makijażu twarz wydawała się znajoma, a zarazem tak bardzo obca. Dziewczyna była przepiękna - to pierwsze, co zauważyłam. Jej brunatne, lekko kręcone włosy idealnie kontrastowały z jasną karnacją. Choć to ogromne, zielone oczy przykuwały największą uwagę. Kiedy patrzyła na mnie tym bystrym spojrzeniem, odniosłam wrażenie, jakby zdążyła poznać moje wszystkie sekrety.

A prawdę mówiąc, poznała tylko jeden: ten, że ukrywałam się przed Saintem Sinclairem.

- Czy mogłabym zostać jeszcze na pięć minut? Wolałabym przeczekać i mieć pewność, że nie zastanę nikogo na korytarzu.

Dziewczyna nie odpowiedziała, jedynie skinęła nieznacznie głową. Nie musiałam się wysilać, aby domyślić się, że moja obecność nie jest jej na rękę. Rozumiałam ją. Też nie przepadałam za poznawaniem nowych osób, a tym bardziej za goszczeniem ich w swoim pokoju. Boże, gdybym była nią, to nawet nie wiem, czy bym siebie wpuściła.

- Jak się nazywasz? - spytałam cicho, gdy stojąc z dłońmi zaplecionymi za plecami, poczułam się odrobinę głupio.

- Emma.

Odepchnęła się od drzwi i usiadła na podłokietniku dosyć sporego fotela. Dopiero teraz zauważyłam, że tuż obok niego stała zapchana książkami biblioteczka.

- Jestem Poppy. - Podeszłam do regału, zaciekawiona, jakie pozycje się na nim znajdują.

Zamrugałam kilkakrotnie, gdy nie rozpoznałam żadnego tytułu. Nie żebym się znała, w szkole średniej przeczytałam tylko Romea i Julię i to dlatego, że przygotowywałam scenografię do spektaklu. Mimo to zmrużyłam oczy i udawałam, że co nieco znam się na literaturze.

- Czytasz? - W jej głosie dało się słyszeć większą ekscytację, spoglądała na mnie spod wachlarza gęstych rzęs i czekała na odpowiedź.

- Wattpad się liczy?

Krótkie, szczere parsknięcie z jej ust spowodowało, że sama mimowolnie się uśmiechnęłam. Może jeszcze coś będzie z tej znajomości.

- Poniekąd, ale miałam na myśli ambitniejsze książki.

- Hej, fanfiki z Justinem Bieberem są ambitne! Czasem sama nie nadążam, kiedy okazuje się gangsterem stojącym na czele nowojorskiej mafii. Polecam, całkiem wciągające.

- Team Hailey czy team Selena?

I wtedy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, napięta atmosfera między nami znikła. Nasze ożywione spojrzenia się zderzyły i skomunikowałyśmy się bez pomocy słów.

- Wiadomo, że Selena - powiedziałyśmy w tym samym momencie.

Uśmiechnęłam się lekko i czując większą śmiałość niż przedtem, usiadłam na drugim podłokietniku. Emma również nie wyglądała już na taką zamkniętą, wciąż jednak była wycofana. Zaczęłam się zastanawiać, co taka dziewczyna robi w domu Theta Star.

- Mieszkasz tu? - zagadnęłam.

Dziewczyna nie odpowiadała mi przez kilka sekund, jakby sama do końca nie wiedziała, czy powinna ze mną rozmawiać. Mimo to po chwili pomasowała skronie i skinęła głową.

- Tak. - Wzrokiem otaksowała pomieszczenie. - To mój pokój.

Można się było tego domyślić, bo przecież tu siedziała. Ściany pomalowane na czarno, ciemne meble, wszędzie walające się książki i ani jednej rzeczy w różowym kolorze. To mnie zdziwiło. Myślałam, że w regulaminie Theta Star jest podpunkt mówiący o otaczaniu się samymi różowymi dodatkami.

- Należysz do bractwa?

- Tak jakby. - Na jej twarzy zagościł grymas. - Mieszkam w ich domu, ale oficjalnie nie jestem częścią Theta Star.

- Wszystkie te dziewczyny na dole walczą jak lwice o miejsce w bractwie, a ty jak gdyby nigdy nic mieszkasz sobie w ich domu i nawet nie chcesz się z nimi utożsamiać? - wypaliłam kpiąco. - Wygrałaś to miejsce na loterii czy co?

Zmarszczyła nos i zmieniła pozycję, wydawało się, jakby chciała zmienić temat. Teraz to naprawdę zaczęłam podejrzewać, że wzięła udział w jakimś konkursie, a wygrana niezbyt ją usatysfakcjonowała.

- Jesteś jedną z tych dziewczyn? Przyszłaś na imprezę i liczysz na to, że dzięki odpowiednim znajomościom dostaniesz się do Theta Star? Niech zgadnę: to twoje marzenie od dziewiątej klasy.

- Tak, jestem jedną z tych dziewczyn. Nie jestem wyjątkowa. Chociaż nie było to moje marzenie, ale mojej przyjaciółki.

- A więc robisz to dla niej? - mruknęła cynicznie.

- Nie, robię to dla prywatnej łazienki. Te w akademiku są paskudne i śmierdzą. U was nie dość, że jest ładnie, to macie jeszcze mydło w piance.

- Jesteś w stanie wziąć udział w największej bitwie roku tylko po to, aby myć ręce mydłem w piance? - Zaśmiała się i niezgrabnie poprawiła swoje okulary.

- Tak.

Spojrzała na mnie ze zwątpieniem. Pewnie myślała, że żartowałam. Nic bardziej mylnego - ja naprawdę kochałam mydło w piance.

- W takim razie powinnaś być na dole, a nie tutaj. Uwierz, jestem ostatnią osobą, która załatwiłaby ci miejsce w bractwie.

- Chciałabym, ale nie mogę - wymamrotałam z frustracją. - Ukrywam się przed kimś.

- Przed Saintem Sinclairem.

Spiorunowałam ją wzrokiem. Emma zapewne widziała, przed kim uciekałam, jednak nie sądziłam, że będzie o tym mówiła tak bez ogródek.

- Skąd go znasz? - zapytałam.

W zasadzie to bardzo głupie pytanie. Kto w Madison, a nawet w całym stanie Wisconsin nie znałby Sainta Sinclaira? Jego ojciec był senatorem i bardzo lubił pokazywać się w towarzystwie syna. Tylko człowiek żyjący pod kamieniem nie kojarzyłby jego nazwiska.

Zanim zdążyłam cofnąć zadane pytanie, Emma oznajmiła z rezerwą:

- Chodziłam z nim do szkoły.

Poruszyła się niespokojnie, jakby dotarło do niej, że niepotrzebnie mi to powiedziała.

- Do Madison Hill School? - dodałam, szczerze zaciekawiona.

W Madison królowały dwie szkoły: Madison Hill School oraz Madison Public School. Pierwsza placówka była prywatna, druga - publiczna. Obie od zawsze prowadziły zaciętą rywalizację we wszystkim, a szczególnie w koszykówce. Choć nigdy mecze szkolnej drużyny mnie nie interesowały, bo nie pałałam miłością do sportu, to uczestniczyłam w każdym jako widz, co wynikało z tego, że zwalniali nas wtedy z lekcji, ale wolałam pomijać ten fakt. Zawsze lepiej było się kreować na fanatyka sportu niż na śmierdzącego lenia.

Madison Hill School zawsze uchodziło za bardziej prestiżową placówkę. Mieli lepsze sale, profesorów z ponadprzeciętnym stażem oraz udogodnienia, na które zwyczajną szkołę publiczną nigdy nie byłoby stać. Z tego powodu jej uczniom przylepiono łatkę "bananów". Postrzegani byli jako stereotypowe bogate dzieciaki, które na każdym kroku chwalą się pieniędzmi rodziców. Prawdę mówiąc, niezbyt wierzyłam w te plotki. Poza tym, gdyby moi rodzice byli bogaci, również chciałabym uczęszczać do Madison Hill School. Kiedyś obiło mi się o uszy, że mają tam cymbergaja.

Powtarzam: cymbergaja.

- Tak. Ty pewnie do Madison Public School, bo nigdy nie widziałam cię na korytarzu. - Bezceremonialnie otaksowała wzrokiem moje włosy. - A jesteś dosyć charakterystyczna.

- Bo jestem ruda?

Jej oczy rozbłysły z rozbawienia.

- Ano.

Podskoczyłam przestraszona, gdy w mojej kieszeni rozbrzmiał głośny dzwonek. Pośpiesznie wyjęłam telefon. Dostrzegłam zdjęcie Harper i odebrałam.

- Masz rozwolnienie? Mówiłam, żebyś nie jadła tyle tych Kinder Joyów przed imprezą. Na pewno były po terminie.

Przez moment nie rozumiałam, o co jej chodzi, potem przypomniałam sobie, że ona myśli, że wciąż jestem w toalecie, i wszystko się rozjaśniło.

- Była kolejka, zaraz będę - bąknęłam, próbując się nie zająknąć. Kłamanie nie należało do moich mocnych stron.

Kątem oka zerknęłam na Emmę, która udawała zainteresowanie trzymaną przez siebie książką. Dostrzegłam jednak, jak lekko marszczy czoło i posyła mi pytające spojrzenie.

- To się pośpiesz, P. Muszę cię ze wszystkimi poznać. - Po tych słowach zakończyła połączenie.

Na samo wyobrażenie tego, co mnie czeka, miałam ochotę płakać. Już chyba wolałam uciekać przed Saintem i dostać potrójnego ataku paniki, niż rozmawiać z tyloma ludźmi.

- Okłamałaś ją.

Zanim zdążyłam schować telefon do kieszeni, zaatakowała mnie zdegustowana mina Emmy.

- Wiem, jestem paskudną przyjaciółką. Nie dobijaj mnie bardziej, okej? - burknęłam, po czym pomasowałam skronie. - Ona o niczym nie wie.

Na co dzień miałam niewyparzony język i nie potrafiłam trzymać go za zębami, dlatego nie miałam przed Harper prawie żadnych sekretów. Oprócz tego jednego. Największego. Najgorszego. Określiłabym go dwoma słowami: "Saint" oraz "Sinclair". W moim mniemaniu nie musiałam dodawać nic więcej, gdyż nawet głupiec domyśliłby się, że gdyby tajemnica związana z największym wrogiem mojego brata wyszła na jaw, przyniosłoby mi to wiele nieprzyjemnych konsekwencji. Aczkolwiek moja tajemniczość nie wynikała z braku zaufania do Harper. Nie chciałam jej mówić, bo najzwyczajniej w świecie się tego wstydziłam. Bałam się, że w jej oczach wyglądałabym jak skończona, naiwna idiotka, którą zresztą byłam.

Z Sainta jest niezły kutas. Przez niego musiałam okłamywać przyjaciółkę. Gdyby po prostu nie pojawił się w moim życiu, ta cała sytuacja nie miałaby miejsca. Jak zwykle to jego wina.

- Nie wie o tym, że uciekasz przed Saintem, czy nie wie o tym, że masz powiązanie z Saintem?

- To i to. - Łypnęłam na nią oskarżycielsko. Musiała być taka wścibska? - I bardzo cię proszę, wolałabym, aby Harper nadal nie wiedziała.

Dziewczyna odłożyła z hukiem książkę na pobliski stolik, po czym zarzuciła nogę na nogę. Z tym pełnym zaintrygowania błyskiem w oku prezentowała się niczym złoczyńca z bajek dla dzieci.

- Jeśli pytasz, czy wyjawię twój sekret, to odpowiedź brzmi: nie.

- Oczekujesz w zamian jakiejś przysługi czy coś? - mruknęłam, ogłupiała intensywnością jej spojrzenia.

- Nie. Dlaczego tak uważasz?

- Bo wyglądasz bardzo przerażająco, kiedy siedzisz na tym fotelu. W dodatku to złowieszcze spojrzenie...

Zmieniła pozycję i ponownie poprawiła okulary.

- Lubię wiedzieć.

Powoli zaczynałam się zastanawiać, czy rozmowa z Emmą była takim dobrym pomysłem. Czasem zachowywała się jak ten jeden cichy dzieciak z klasy, który na sam koniec edukacji postanowi podłożyć bombę w szkole.

- Dobra, muszę się zbierać.

Z zawahaniem podeszłam do drzwi, po czym lekko je uchyliłam i wystawiłam nos na zewnątrz. Nie dostrzegłszy sylwetki Sainta, odetchnęłam z ulgą.

- Powiesz mi tylko, jak dostać się do kuchni?

Emma wstała z miejsca i dotrzymała mi towarzystwa przy drzwiach.

- Korytarzem prosto, potem zejdź na parter, skręć w lewo i dalej prosto.

Przytaknęłam, choć zdawałam sobie sprawę, że zgubię się przynajmniej ze trzy razy.

- Dzięki za pomoc. - Otworzyłam szerzej drzwi i wyszłam na korytarz. - Naprawdę uratowałaś mi życie.

Lub życie Sainta.

- Kolejnym razem nie chowaj się za kwiatkiem, to słaba kryjówka. - Z grymasem zlustrowała monsterę. - I urwałaś liść.

Cholera, myślałam, że nikt tego nie zauważy, ale w sumie nie powinno dziwić mnie to, że bystre oko Emmy dostrzegło uszkodzenie. Często masakrowałam krzaki czy inne krzewy, kiedy byłam zestresowana i nie wiedziałam, co zrobić z rękoma. Gdy odliczałam sekundy do spotkania z Saintem, mimowolnie zaczęłam bawić się kwiatkiem.

- Przepraszam, odkupię go.

Spodziewałam się, że dziewczyna machnie ręką i rzuci: "Nie trzeba", natomiast nic takiego nie nastąpiło. Wbrew moim oczekiwaniom skinęła głową z aprobatą i wydawała się usatysfakcjonowana tym rozwiązaniem.

- Jeszcze raz dziękuję. - Uśmiechnęłam się z wdzięcznością i ruszyłam do przodu. - Mam nadzieję, że do zobaczenia.

Stojąc jak słup soli, obserwowała, jak odchodzę.

- Poppy!

Zatrzymałam się na dźwięk jej głosu.

- Jeśli spytają cię, w jaki sposób kroisz kanapki, odpowiedz, że na trójkąty.

Zamrugałam zaskoczona, bo, Boże, dawno nie słyszałam niczego głupszego. Albo to Emma postradała zmysły, albo to ja miałam omamy słuchowe. Mimo to postanowiłam udawać, że wcale nie jestem zmieszana, i wystawiłam kciuk do góry.

- Dzięki.

Automatycznie przyśpieszyłam kroku.

Kiedy przemierzałam korytarze, doszło do mnie, że tak naprawdę nic nie wiedziałam o Emmie. Nawet nie zapytałam, ile ma lat, jaki kierunek studiuje i jak to się stało, że jest częścią Theta Star. Jedno jednak było pewne: zdecydowanie tu nie pasowała i coś musiało pójść nie tak, kiedy starała się o miejsce w bractwie. O ile w ogóle się o nie ubiegała. Dziwne.

Miałam rację - kilka razy zabłądziłam w drodze do kuchni, więc musiałam zagadnąć napotkane osoby o właściwą drogę, finalnie jednak w końcu do niej dotarłam. Gdy zauważyłam sporą grupkę dziewczyn otaczających Harper i Kendall, miałam ochotę zawrócić do mrocznego pokoju Emmy. Na domiar złego w moją stronę zmierzał wściekły Ryan. Przynajmniej nigdzie nie dostrzegłam Sainta - to jedyny plus.

Zmarnowana obróciłam się przodem do brata, który stawiał kroki w zaskakująco szybkim tempie. Zlustrowałam go spojrzeniem, bo od początku wakacji nie raczył zjawić się w domu i zaszczycić nas swoją obecnością. Słona woda z Hiszpanii uderzyła mu do głowy.

Ryan Wesley bezapelacyjnie przejął lepsze geny rodu Wesleyów. Jego włosy wpadały w orzechowy odcień, w przeciwieństwie do moich, nie towarzyszyło im nawet jedno rude pasemko. Kiedy ja zawsze opalałam się na raka, to jego skóra przybrała idealnie brązowy odcień po tym, jak dwa miesiące spędził za granicą. Wzrostem też się różniliśmy - ledwo sięgałam mu do ramienia. Jedyną naszą wspólną cechą były brązowe oczy, które odziedziczyliśmy po mamie.

Ryan przejął jeszcze wiele innych, raczej negatywnych cech. Na przykład przesadną opiekuńczość i chęć sprawowania nad wszystkimi kontroli.

- Co ty tu robisz, Poppy?

Kiedy stanął naprzeciwko z tą swoją słynną miną starszego, apodyktycznego brata, miałam ochotę położyć się na podłogę i wlepić wzrok w sufit.

- Stoję.

- Przestań - wypalił zezłoszczony. - Co robisz na tej imprezie? Powinnaś siedzieć w akademiku, za dwa dni rozpoczynają się zajęcia.

- Nie wiem, czy wiesz, ale od teraz też jestem studentką i w niczym nie różnię się od ciebie. Też mogę się nachlać, obrzygać samochód kolegi i zasnąć na przystanku autobusowym. - Przytoczyłam jego akcje, o których wieść dotarła nawet do mnie. - A tobie nic do tego.

Wyprostował się i spojrzał na mnie z góry. Nie wydawał się zaskoczony, bo nigdy nie byłam tą młodszą siostrą, która bała się przeciwstawić bratu. Wręcz przeciwnie - w dzieciństwie wdawałam się z nim w przeróżne bójki i nigdy nie odpuszczałam. Raz niemal dźgnęłam go nożem, ale to dłuższa historia.

- Kto cię tu wpuścił? - spytał z powagą. - To impreza zamknięta.

Byłam bliska tego, aby wystawić mu środkowy palec i ze zwycięskim uśmiechem na ustach oznajmić, że to jego wierny przyjaciel załatwił mi wejście. Niestety moje zauroczenie Cole'em wygrało i postanowiłam go nie wkopywać.

- Zadzwoniłam tu i tam... - Nonszalancko wzruszyłam ramionami. - Wiesz, mam różne znajomości.

- Taaa, raczej jedną. Niech zgadnę: ma blond włosy i dosyć niewyparzony język. - Zerknął w bok, gdzie znajdowała się chichocząca Harper.

Ryan nigdy nie przepadał za moją przyjaciółką, dlatego jego pogardliwe spojrzenie w jej stronę nie było dla mnie zaskoczeniem.

- Jedną, ale za to jaką solidną.

Kpiąco przechylił głowę. Wściekłość i zaciętość zdążyły wyparować z jego twarzy.

- A tak serio, Poppy, to nie powinno cię tu być. Ci ludzie... - Rozejrzał się z obrzydzeniem. - To nie są twoje klimaty, okej?

Kochałam swojego brata i o ile czasami zachowywał się jak idiota, to dużo rzeczy puszczałam mimo uszu. Jednak nic nie wkurzało mnie bardziej niż jego głupia narracja, którą znikąd stworzył sobie w głowie. Mała, niewinna Poppy, nienadająca się do niczego innego niż do siedzenia nad książkami i oglądania filmów.

- Dlaczego tak uważasz? - Z wyrzutem postawiłam krok do tyłu. - Przestań traktować mnie jak jakąś nudziarę. To wkurzające.

- Po prostu chcę, żebyś wyrosła na normalną dziewczynę. Rozejrzyj się.

Chcąc nie chcąc, wykonałam jego polecenie. Dostrzegłam jedynie dobrze bawiących się ludzi.

- Naprawdę chcesz takiego życia? - dodał.

- Czy chcę się bawić i czerpać z młodości ile wlezie? Tak.

- Puszczanie się na prawo i lewo nie jest czerpaniem z życia. To odrażające.

- Boże, Ryan, ogarnij się. Niech te dziewczyny robią, co chcą, nikomu nie wyrządzają krzywdy, więc co cię to obchodzi? Poza tym nie udawaj świętego, przez twoje łóżko przetoczyło się mnóstwo lasek i nikt ci tego nie wypomina.

- Wiesz, że to co innego...

- Nawet nie kończ. - Odsunęłam się na znaczną odległość i zmierzyłam go nieprzyjaznym spojrzeniem. - Brzmisz jak mama.

Ten argument zawsze skutecznie na niego działał. Tym razem również odpuścił, choć ponownie przybrał zaciętą minę. Wiedziałam, że chciał wynieść mnie stąd siłą, lecz był świadom tego, że wtedy czekałaby go afera roku.

- Dobra, pilnuj się i bez awantur. Jeśli ktoś będzie cię zaczepiał, podejdź do mnie lub do któregoś z chłopaków. - Przeczesał włosy palcami, sam nieprzekonany co do swoich słów. - I pilnuj blondyny.

- Wyluzuj, potrafię o siebie zadbać.

Posłał mi ostrzegawcze spojrzenie, po czym odwrócił się i skierował w stronę salonu. Zrobił tylko kilka kroków, a już ładna blondynka znalazła się pod jego ramieniem. Prychnęłam kpiąco na ten widok. Hipokryta.

Przedostanie się do Harper zajęło mi trochę czasu. Te uparte dziewczyny nie chciały mnie przepuścić i twierdziły, że kłamię, by dostać się do Kendall Jenkins. Szczerze jej współczułam, bo była tak oblegana przez kandydatki chcące należeć do bractwa. Ja dostałabym szału.

- Poppy, tutaj jesteś! - Kiedy tylko znalazłam się w zasięgu wzroku przyjaciółki, przyciągnęła mnie do siebie i nachyliła mi się nad uchem. - Rozmawiałaś z Ryanem? Już doszły do mnie plotki, że jakiejś rudowłosej pierwszorocznej udało się poderwać Ryana Wesleya.

- Naprawdę? - Skrzywiłam się z niesmakiem. - Tak, rozmawiałam z nim, ale bardzo krótko.

- Już zdążyłaś wydać na siebie wyrok.

Zerknęłam w bok, gdzie kilka dziewczyn wskazywało mnie palcem. Chryste, jeszcze tego brakowało, żebym została posądzona o romans z własnym bratem.

- Ale nie martw się, prędzej czy później wszyscy się dowiedzą, że jesteś jego siostrą. Ryan o to zadba.

W to nie wątpiłam. Najpewniej już dzisiaj rozejdzie się informacja, że Poppy Wesley, siostra Ryana, jest nietykalna. Jak zwykle zadba o to, abym nie nawiązywała kontaktu z płcią męską. Miał szczęście, że podoba mi się Cole, inaczej nie przymykałabym na to oka.

- Hej, Poppy, chcesz się czegoś napić? - Zwróciłam uwagę na Kendall, która ignorując wpatrujące się w nią dziewczyny, grzebała przy butelkach z alkoholem.

- Może jakiegoś drinka.

Kiedy ona skinęła i zajęła się przygotowywaniem drinków, ja stanęłam na palcach i zbliżyłam się do ucha Harper.

- Kendall jest jakąś ważną szychą w Theta Star? Wszyscy się jej przyglądają.

Harper rozciągnęła usta w triumfalnym uśmiechu. Pewnie łechtało jej ego to, że zadawałyśmy się z tak rozchwytywaną osobą.

- To prawa ręka Kimberly Clarke, liderki Theta Star. Na co dzień są przyjaciółkami, podobnie jak my.

Już teraz rozumiałam, dlaczego Harper tak bardzo cieszyła się, kiedy wspominała o Kendall. W końcu nie istnieje lepszy sposób na dostanie się do bractwa niż spoufalenie się z przyjaciółką liderki.

Od kiedy ujrzałam Sainta, cały czas się rozglądałam, jakby co najmniej miał nagle wyrosnąć mi przed twarzą. Wciąż nie pojmowałam, dlaczego wrócił do miasta, skąd taka decyzja i co on tutaj tak w ogóle robił. Przecież od dwóch lat studiował na Uniwersytecie Stanford.

- Hej, wiedziałaś, że jest tu Saint Sinclair? - rzuciłam, na pozór znudzona.

Harper nie mogła się domyślić, że o mało nie dostałam zawału serca, gdy tylko go dostrzegłam.

- Czekaj, co? - Wbiła we mnie pełen roztargnienia wzrok. - Znaczy wiedziałam, że wrócił do miasta, ale nie sądziłam, że Theta Star zaprosi Omega Hall i Rho Legacy jednocześnie. Przecież oni się nie znoszą.

Nigdy nie rozumiałam hierarchii bractw, a szczególnie tych męskich. W żeńskich od zawsze prym wiodło Theta Star i nikt nie próbował z nim konkurować. Na kampusie Omega Hall bractwo, do którego należał mój brat i którego był liderem, od lat prowadziło w rankingu najbardziej prestiżowych bractw męskich. Tuż za nimi, niemal łeb w łeb, znajdowało się Rho Legacy. Nigdy nie zagłębiałam się w ich rywalizację. Wiedziałam jedynie tyle, że od kiedy mój brat został liderem, Omega Hall znacznie zyskało na popularności i zaczęło mocno się trzymać z Theta Star. Szczerze mówiąc, wolałabym nie znać tych wszystkich informacji, jednak przyjaźniłam się z Harper i chcąc nie chcąc, byłam zmuszona, by tego wysłuchiwać. Teraz przynajmniej kojarzyłam, co jest pięć.

Powstrzymywałam się od tego, aby nawrzeszczeć na Harper i zarzucić jej, że nie powiedziała mi o powrocie Sainta. Mimo to udawałam spokojną i nieporuszoną. Przyjaciółka była bystra i szybko wywnioskowałaby, że za moim wzburzeniem stoi coś większego.

Głośny ton Harper zwrócił uwagę Kendall.

- Za to, kto będzie na imprezie, odpowiada Kim. - Podała nam kubeczki. - Pewnie widziałyście, że w tamtym roku kręciła z Ryanem.

- To głównie dlatego Omega Hall i Theta Star tak bardzo się zżyły - wtrąciła się Harper.

Kendall na potwierdzenie jej słów skinęła głową i powiedziała:

- Nigdy nie byli razem, jednak kiedy się ze sobą spotykali, nie sypiali z nikim innym.

Tego akurat nie wiedziałam. Dosyć szokujący fakt, że mój brat przez kilka miesięcy zrobił sobie przerwę od innych dziewczyn.

- Podczas dwumiesięcznego pobytu Ryana z chłopakami w Hiszpanii zapomniał o Kim i bratał się z Hiszpankami - dodała po chwili.

Wcale mnie to nie dziwiło. Gdy tylko brat oznajmił mi, że na całe wakacje wylatuje z przyjaciółmi do Hiszpanii, a dokładniej - do rodziny Cole'a, od razu wiedziałam, że nic dobrego z tego nie wyniknie.

- Kim udaje, że w ogóle jej to nie poruszyło, bo przecież nie byli razem. Trochę w to wierzę, choć bardziej wydaje mi się, że boli ją poszarpana duma niż sam fakt, że Ryan spał z kimś innym. W końcu to Kimberly Clarke, to ona daje kosza chłopakom, nigdy na odwrót. - Kendall pokręciła głową z rozbawieniem i upiła łyk z kubeczka. - Wiadomo, nie mogłaby nie zaprosić Omega Hall, ponieważ dużo dziewczyn z naszego bractwa zbliżyło się do chłopaków i niektóre są z nimi w związkach. Dlatego więc, żeby zrobić Ryanowi na złość i trochę nadepnąć mu na odcisk, zaprosiła też Rho Legacy.

Podczas tej opowieści cały czas zastanawiał mnie fakt, co tu robi Saint Sinclair. Przecież uczęszczał na Stanford.

Kendall, widząc moją zmieszaną minę, dodała:

- Pytałaś Harper, co tu robi Saint, tak?

Przytaknęłam od niechcenia.

- Podobno wrócił na stałe do miasta i przeniósł się na naszą uczelnię - wyjaśniła. - Większość jego przyjaciół ze szkoły średniej należy do Rho Legacy, więc i on do niego dołączył. Krążą plotki, że mają mianować go na lidera.

Serce przestało mi bić, a świat dookoła zawirował. Odniosłam wrażenie, jakbym utknęła w czarnej dziurze bez wyjścia. To mój ewidentny koniec.

- Liderem Rho Legacy? - zapytała osłupiała Harper.

Pomimo tego, że obraz przed oczami zaszedł mi mgłą, to zmysł słuchu wciąż świetnie pracował i rejestrował każde jej słowo.

- Przecież żeby zostać liderem, trzeba co najmniej rok należeć do bractwa - kontynuowała Harper. - Poza tym nawet nie rozpoczęły się zajęcia... Jak?

Jeśli ktoś miał zająć miejsce lidera bez żadnych większych starań i bez wysiłku, to z pewnością byłby to Saint Sinclair. Jemu zawsze wszystko przychodziło z łatwością. Wystarczyło, że szedł środkiem korytarza, a wszyscy schodzili mu z drogi, jakby był jakimś pieprzonym bóstwem. Zawsze dostawał to, czego chciał. Nigdy nie poniósł żadnych konsekwencji, wszystko uchodziło mu płazem, bo przecież miał na nazwisko Sinclair. Kto w ogóle śmiałby mu się przeciwstawić?

Z wielką chęcią odnalazłabym go teraz w tłumie, zwyzywała od obleśnych bogaczy i wylała na niego całą zawartość kubeczka. Chryste, tak bardzo go nie znosiłam, że wewnątrz nie potrafiłam poradzić sobie z nagromadzającym się gniewem. To było tak piekielnie niesprawiedliwe, że ktoś o tak paskudnym charakterze miał w życiu tak łatwo. Zawsze dopinał swego. Dlaczego nie może, tak jak reszta normalnych ludzi, starać się miesiącami o stanowisko lidera i codziennie zdobywać coraz większy szacunek wśród członków bractwa? Dlaczego dostaje to ot tak, bez żadnego wysiłku?

Szczerze mnie to denerwowało i gdyby tylko pojawił się w zasięgu mojego wzroku, wygarnęłabym mu, co o tym myślę.

- To Saint Sinclair. - Kendall pobłażliwie zmrużyła oczy. - Wiecie, jak jest: każdy z Madison Hill School chce dołączyć do Rho Legacy, a z Madison Public School do Omega Hall. Saint zawsze rządził naszą szkołą, był najpopularniejszy, więc to nic dziwnego, że chłopacy chcą mianować go na lidera.

- Myślisz, że dopiero teraz rozpocznie się prawdziwa rywalizacja między Omega Hall a Rho Legacy? Do dziś każdy pamięta zaciętą walkę o dominację między Ryanem a Saintem w szkole średniej podczas meczów koszykówki, kiedy grali w przeciwnych drużynach.

- Taką mam nadzieję. - Kendall rozciągnęła usta w szelmowskim uśmiechu, po czym zerknęła na mnie. - Nie żebym życzyła źle twojemu bratu, Poppy, ale po akcji z Kim liczę na to, że ktoś w końcu spuści mu lekki wpierdol i nauczy go pokory.

- Czyli jesteśmy team Saint? - Zadowolona Harper oparła się o Kendall i wymieniła z nią znaczące spojrzenia. Obrałaby każdą stronę, tylko nie stronę mojego brata.

Jedyny team, w jakim byłam, to ten, który stał uparcie za tym, aby Saint jak najszybciej wrócił do Stanford i przestał uprzykrzać życie biednej Poppy.

A może team "Saint to kutas"?

Tak, do tego teamu mogłam należeć.

- O wilku mowa! - Śmiech Harper skutecznie wyrwał mnie z zamyślenia. - Albo mi się wydaje, albo patrzy w naszą stronę.

- Tak, chyba patrzy.

Odwróciłam gwałtownie głowę, a moje serce zamarło.

Pomimo swojej wady minus dwóch dioptrii zdołałam go dostrzec. Stał na środku korytarza i wpatrywał się w Kendall. Nie, w Harper. Dobra, kogo ja chcę oszukać, wiadomo, że wpatrywał się akurat we mnie. Jak mogłoby być inaczej? Po tym wszystkim, co zrobił, nie mógł mi dać spokoju. Bo Saint Sinclair zawsze dostawał to, czego chciał. Już raz się o tym przekonałam.

Tym razem jednak byłam starsza. Już nie popełnię tego samego błędu.

Nieważne, co się stanie i jak bardzo będę na skraju. Saint Sinclair nigdy nie przejmie nade mną władzy. I liczę na to, że się o tym przekona.