The Last Breath - C.S. Riley

Kup ebooka

36.00 zł
29.88 zł (29,02 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Pocałuj nieznajomego

1. Poca­łuj nie­zna­jo­mego

Jeśli kie­dy­kol­wiek zamie­rzasz cie­szyć się życiem - teraz jest na to czas - nie jutro, nie za rok. Dzi­siaj powinno być zawsze naj­wspa­nial­szym dniem.

Tho­mas Dre­ier

Cholera. Zaraz mia­łam poca­ło­wać zupeł­nie obcego faceta.

Sie­dzia­łam przy barze w towa­rzy­stwie wsta­wio­nej przy­ja­ciółki, która niczym jastrząb wodziła wzro­kiem po lokalu. Prze­ni­kliwe spoj­rze­nie przy­mru­żo­nych oczu wielu wzię­łoby za nie­udolną próbę flirtu, inni za prze­jaw nie­po­czy­tal­no­ści. Jed­nak ani jedno, ani dru­gie nie było prawdą. Char­lotte Young nie miała żad­nego pro­blemu z uda­nym pod­ry­wem - wia­nu­szek zła­ma­nych serc, które pozo­sta­wiała za sobą, był tego nama­cal­nym dowo­dem. Do rów­no­wagi umy­sło­wej mia­łam pewne obiek­cje, ale opo­wia­da­łam się raczej za nie­groź­nym sza­leń­stwem. W końcu to ona była twórcą tej dur­nej listy.

Ona była błę­dem. Lista. Zada­nia. To wszystko było jedną wielką pomyłką.

Wła­śnie do tego wnio­sku doszłam dokład­nie dwa tygo­dnie po moich dwu­dzie­stych pierw­szych uro­dzi­nach. Wypunk­to­wana lista dwu­dzie­stu jeden aktów despe­ra­cji, które rze­komo powinna zro­bić każda nie­nudna kobieta stała się moim wro­giem. Pod wpły­wem otu­ma­nie­nia cele­bra­cją ofi­cjal­nej doro­sło­ści zapra­gnę­łam doświad­czyć rze­czy, dzięki któ­rym na koniec dnia mogła­bym powie­dzieć: "żyłam peł­nią życia".

Pie­prze­nie, odwo­łuję to.

Byłam gotowa opu­ścić ten świat jako bez­barwna postać. Do stwo­rze­nia wspo­mnia­nego spisu dopro­wa­dziła mnie jedna łzawa roz­mowa. Uświa­do­miła mi, że naj­dzik­sze czasy mło­do­ści prze­ży­łam w sko­ru­pie total­nej nudziary. Przy­naj­mniej według spo­łecz­nych norm. Zamiast czer­pać peł­nymi gar­ściami z życia, wybie­ra­łam kom­fort, spo­kój i bez­pie­czeń­stwo. Sedno rze­ko­mego pro­blemu nie było spo­wo­do­wane nie­śmia­ło­ścią, a przy­zwy­cza­je­niem do spo­koj­nej rutyny wpo­jo­nej mi przez nado­pie­kuń­czych rodzi­ców. Byłam doro­sła, jed­nak minione lata spra­wiły, że sta­łam się ostrożna - wręcz do bólu prze­wi­dy­walna. Zmie­nie­nie cze­goś w tej mono­to­nii wyda­wało się zbyt pra­co­chłonne, a przede wszyst­kim ryzy­kowne.

Wysnute wnio­ski dopro­wa­dziły mnie tutaj. Do mod­nego baru prze­siąk­nię­tego opa­rami papie­ro­sów i alko­holu. W dniu uro­dzin dałam się zła­pać w pułapkę wła­snych myśli, tych obaw, i wraz z pijaną Char­lotte spi­sa­łam na ser­wetce wszyst­kie rze­czy, któ­rych według niej powin­nam doświad­czyć. Niech mnie dun­der świ­śnie. Mnie i moje ska­mie­niałe serce - raz, dokład­nie raz, pozwo­li­łam sobie na dopusz­cze­nie do sie­bie nie­unik­nio­nego i skoń­czy­łam z marną mani­fe­sta­cją żało­ści.

- Co myślisz o gościu sie­dzą­cym przy drzwiach? - zapy­tała śpiew­nie Char­lie.

Wspo­mniany facet zaj­mo­wał boks bez­po­śred­nio przy wyj­ściu. Nawet ze spo­rej odle­gło­ści mogłam dostrzec błysz­czący zega­rek na jego nad­garstku pasu­jący do błę­kit­nej koszulki polo. Rasowy bufon z wyż­szych sfer. Nie cho­dziło o to, co miał, ale spo­sób, w jaki to poka­zy­wał. Z wynio­sło­ścią. Z leniwą pychą. Odkąd weszły­śmy do baru prze­cze­sał naże­lo­wane włosy co naj­mniej dwa tuziny razy, by z manierą eks­po­no­wać bły­skotkę na ręce. Wszystko, byleby zwró­cić na nią uwagę.

- Sku­piony na sobie, a to, gdzie sie­dzi suge­ruje, że szuka panienki na jedną noc - powie­dzia­łam non­sza­lancko, bawiąc się słomką w szklance. - Wiesz, szyb­kie wyj­ście i szybki seks.

Char­lotte prze­wró­ciła oczami.

- Twoje zdol­no­ści odczy­ty­wa­nia ludz­kich inten­cji ni­gdy nie prze­staną mnie zadzi­wiać - mruk­nęła kpiąco, okrę­ca­jąc się na baro­wym stołku. - A ten?

Wychy­li­łam się ze swo­jego miej­sca przy kon­tu­arze baru, by móc spoj­rzeć na przy­stoj­nego oku­lar­nika sie­dzą­cego przy pobli­skim sto­liku. Przez chwilę nie odzy­wa­łam się, po pro­stu obser­wo­wa­łam. Rękoma nie doty­kał niczego, a każde się­gnię­cie po piwo było sta­ran­nie prze­my­śla­nym ruchem. Schludna biała koszula w prążki nie miała żad­nego widocz­nego wgnie­ce­nia i była zapięta na ostatni guzik.

- Pedant - odpar­łam szybko. - Tro­chę zner­wi­co­wany, co ozna­cza, że naj­praw­do­po­dob­niej zako­chałby się we mnie od pierw­szego wej­rze­nia, a jesz­cze prę­dzej uciekłby stąd z krzy­kiem.

- Jesteś nie­moż­liwa - roze­śmiała się Char­lotte nie­skrę­po­wa­nie i pełną pier­sią, co wyraź­nie zwró­ciło uwagę kilku klien­tów. Nie żeby się tym przej­mo­wała, była zbyt sku­piona na ska­no­wa­niu pomiesz­cze­nia. Ostroż­nie i z dużo więk­szą roz­wagą. Przy­naj­mniej taką, na którą pozwa­lał jej czwarty drink. - A tam­ten?

Dys­kret­nie spoj­rza­łam przez ramię na kra­niec lokum. Z rosną­cym zain­try­go­wa­niem przyj­rza­łam się miej­scu, w któ­rym sie­dział męż­czy­zna zato­piony w papie­rach leżą­cych na stole. Fru­stra­cja prze­ci­nała ostre rysy, ale nawet ona nie odej­mo­wała mu urody. Mocno zary­so­wana twarz o wydat­nych kościach policz­ko­wych nada­wała mu podo­bień­stwo do Johnny'ego Deppa - jego młod­szej wer­sji, acz nie­na­gan­nie przy­stoj­nej. Wyta­tu­owa­nie się od czub­ków pal­ców po szyję było śmia­łym posu­nię­ciem, które nie­za­prze­czal­nie zapew­niało mu masę spoj­rzeń. Był gorący w ten ponęt­nie nie­bez­pieczny spo­sób. To typ faceta, przed któ­rym uprze­dzone mamuśki cho­wały swoje córki. A gdyby nie sto­jące przy nim piwo, powie­dzia­ła­bym, że był waria­tem chcą­cym uczyć się w tęt­nią­cym noc­nym życiem barze. A może tak wła­śnie było, trudno oce­nić. Odwró­ci­łam się w momen­cie, gdy prze­cze­sał dło­nią ciemne włosy, pod­no­sząc wzrok znad poroz­rzu­ca­nych kar­tek.

- To ten - stwier­dziła przy­ja­ciółka. Brzmiała lekko beł­ko­tli­wie, co pod­po­wia­dało mi, że nie­długo będziemy musiały się stąd ulot­nić. - Wiem, że tak. W ciągu dzie­się­ciu sekund nie wymie­ni­łaś tego swo­jego psy­cho­lo­gicz­nego spisu jego wad.

Skłon­no­ści do prze­sad­nej ana­lizy ludzi naby­łam lata temu. W tam­tych oko­licz­no­ściach patrze­nie na ota­cza­jące mnie osoby było jedyną z nie­licz­nych roz­ry­wek, jed­nak z cza­sem przy­brało formę fascy­nu­ją­cego dzi­wac­twa. Nie­które z pseu­do­dia­gnoz zala­ty­wały hipo­kry­zją, być może mijały się z prawdą, ale stały się nie­od­łączną czę­ścią mnie. Obser­wo­wa­łam ludzi i przy­pi­sy­wa­łam im cechy oso­bo­wo­ści na pod­sta­wie ich zacho­wa­nia, tików ner­wo­wych, czy też spo­sobu w jaki się pre­zen­to­wali. Bar­dziej cel­nie lub cza­sem błęd­nie. Po pro­stu patrzy­łam. Nie­wiele osób to robiło. Oni patrzyli, ale nie widzieli.

Tym, co tak zain­te­re­so­wało mnie w nie­zna­jo­mym był fakt, że nie potra­fi­łam go roz­gryźć. Nie cho­dziło tu o jakąś nie­zdrową mroczną aurę - wbrew pozo­rom nie ule­ga­łam ste­reo­ty­pom. Ktoś mający tatu­aże nie musiał być od razu kla­sy­fi­ko­wany jako nie­grzeczny chło­piec. Po pro­stu było w nim coś takiego, co nie pozwa­lało mi odwró­cić od niego spoj­rze­nia, a jed­nak nie umia­łam go opi­sać. Wrzu­cić go do jakiej­kol­wiek kate­go­rii.

Nie zda­wa­łam sobie sprawy, że się poru­szam. Dopiero gdy zsu­nę­łam się ze stołka, a pode­szwy woj­sko­wych butów przy­le­piły się do brud­nej pod­łogi, dotarło do mnie, że naprawdę to robię.

- Łyk­nij sobie po raz ostatni, bo gdy to zro­bię, wycho­dzimy - powie­dzia­łam, na co Char­lie unio­sła kciuk w górę.

Nie mogłam uwie­rzyć, że posu­wa­łam się do tak głu­pich i szcze­niac­kich kro­ków. Jed­nak szłam przed sie­bie. Pro­sto i nie­za­chwia­nie, mimo że moje serce waliło jak mło­tem, jakby za chwilę miało wydo­stać się z piersi. Stre­so­wa­łam się, jak­bym miała zaraz prze­żyć swój pierw­szy poca­łu­nek. Pod pew­nym wzglę­dem był nim. Tym pierw­szym. Dla­tego wła­śnie zna­lazł się na liście - poca­łuj nie­zna­jo­mego - ponie­waż jesz­cze ni­gdy nie mia­łam oka­zji poca­ło­wać kogoś bez pozna­nia wcze­śniej choćby jego imie­nia.

Prze­ci­ska­łam się mię­dzy zebra­nymi, póki nie dzie­liły mnie od jego sto­lika mniej niż trzy stopy. Z bli­ska wyglą­dał jesz­cze lepiej, a gdy pod­niósł wzrok, momen­tal­nie nabra­łam ochoty, żeby się do niego zbli­żyć i jed­no­cze­śnie ucie­kać jak naj­da­lej. Nie stchó­rzy­łam, mimo że patrzył na mnie, jakby wie­dział, co mam zamiar zro­bić - a nie mógł wie­dzieć. Cze­goś takiego nie dało się prze­wi­dzieć. Oddy­cha­łam ciężko, z tru­dem. A potem wszystko poto­czyło się bły­ska­wicz­nie.

W jed­nej chwili sta­łam w prze­strzeni jego boksu, a następne co pamię­ta­łam, to dotyk cie­płych ust. Nie­zna­jomy zamarł zasko­czony, a w sekun­dzie, gdy spę­tana nie­zręcz­no­ścią chcia­łam się odsu­nąć, odwza­jem­nił poca­łu­nek. I to jak. Z pasją. Z mocą. Pod pal­cami doty­ka­ją­cymi jego policzka czu­łam dra­piący zarost, gdy wpił się w moje usta. Nasze języki splą­tały się, posma­ko­wa­łam piwa i cze­goś słod­kiego, jakichś cukier­ków. Zawi­słam nad nim, z kola­nem wspar­tym o kanapę, a jed­nak mia­łam wra­że­nie, że to on góruje nade mną. To był rodzaj poca­łunku, który odczu­wało się całym cia­łem - odbie­rał dech, elek­try­zo­wał skórę i osza­ła­miał. Spra­wiał, że chciało się wię­cej i wię­cej.

Z ocią­gnię­ciem ode­rwa­łam się od jego warg, potrze­bo­wa­łam powie­trza, choć jed­no­cze­śnie nie byłam gotowa na roz­łąkę. Z dło­nią pła­sko roz­ło­żoną na twar­dej piersi, swoją drogą nie wie­dzia­łam jak się tam zna­la­zła, tak jak palce zato­pione w moich wło­sach, otwo­rzy­łam cięż­kie powieki. Dzie­liły nas cale, które pozwo­liły mi zde­rzyć się z lodo­wa­to­nie­bie­ską otchła­nią, jaką były jego tęczówki. Jesz­cze ni­gdy nie widzia­łam takiego koloru oczu. Sze­roka pierś opa­dła gwał­tow­nie, gdy patrzył na mnie pociem­nia­łym wzro­kiem. Mia­łam papkę z mózgu - ja, Hay­ley Flo­res, czu­łam się, jakby ode­brano mi moż­li­wość logicz­nego myśle­nia.

- Dzięki - szep­nę­łam, pro­stu­jąc się powoli. Ręce opa­dły, dystans pogłę­biał się i niczego tak bar­dzo nie pra­gnę­łam, jak wró­cić do poprzed­niej pozy­cji.

Ten poca­łu­nek mnie ogłu­pił, hor­mony i endor­finy robiły swoje - to było jedyne racjo­nalne wytłu­ma­cze­nie mojego zacho­wa­nia. Chcia­łam po pro­stu odejść. Bez tłu­ma­czeń. Bez oglą­da­nia się za sie­bie. Bez roz­wa­ża­nia tego, jak bar­dzo byłam roz­pa­lona.

Nie pozwo­lił mi na to.

- Dzięki i tyle? - wymam­ro­tał, prze­su­wa­jąc pal­cem po napuch­nię­tej war­dze. Ten sen­su­alny gest przy­pra­wił mnie o dresz­cze. - Wła­śnie mnie poca­ło­wa­łaś, jakby nie miało być jutra i odcho­dzisz?

- Ow­szem - potak­nę­łam z wymu­szoną non­sza­lan­cją, led­wie panu­jąc nad uśmie­chem.

Świa­doma, że ucieczka byłaby naj­lep­szym roz­wią­za­niem, odwró­ci­łam się do niego ple­cami i zro­bi­łam pierw­szy krok. To było zbyt emo­cjo­nu­jące prze­ży­cie, osza­ła­mia­jące tak dogłęb­nie, że odczu­wa­łam je na zbyt wielu pozio­mach.

- Możesz mi przy­naj­mniej zdra­dzić swoje imię, zło­dziejko odde­chów?

Zatrzy­ma­łam się jak zaklęta. Nie nazwał mnie zło­dziejką cału­sów czy poca­łun­ków. Nazwał mnie zło­dziejką odde­chów.

- Hay­ley - powie­dzia­łam, spo­glą­da­jąc na niego przez ramię, by móc po raz ostatni napa­wać się jego nie­wy­mu­szo­nym pięk­nem. - Mam na imię Hay­ley.

Nie zacze­ka­łam na jego odpo­wiedź.

Coco Cha­nel gło­siła słynną frazę mówiącą, że naj­lep­szym kolo­rem na świe­cie jest ten, który dobrze wygląda na nas samych. Miała tro­chę racji, ale gdy­bym w tak bła­hych spra­wach patrzyła na to, co mówią inni - nawet ikona stylu - była­bym cho­ler­nie pospo­li­tym czło­wie­kiem.

Sie­dzia­łam ze skrzy­żo­wa­nymi nogami na pod­ło­dze wyło­żo­nej popla­mio­nym prze­ście­ra­dłem, oto­czona ist­nym bała­ga­nem. Wła­śnie po raz trzeci w tym mie­siącu far­bo­wa­łam pasemka wło­sów. Od lat była to moja rutyna, jedyne wyj­ście poza ramy "zwy­czaj­no­ści" - nie żeby to było jakieś nad­zwy­czajne i szcze­gól­nie sza­leń­cze dzia­ła­nie.

- Jaki kolor tym razem? - zapy­tała Char­lie, opie­ra­jąca się o futrynę z ramio­nami skrzy­żo­wa­nymi na pier­siach.

Spraw­nie prze­su­wa­jąc pędz­lem po wydzie­lo­nym kosmyku, spoj­rza­łam na nią w odbi­ciu lustra. Rdzawe fale opa­dały gładko tuż nad jej bio­dra, ide­al­nie uło­żone i błysz­czące. Taka wła­śnie była Char­lotte - nie­na­ganna w swoim pięk­nie. Pod­czas gdy mnie, z moimi mio­do­wymi kosmy­kami porów­ny­wano do ład­nej dziew­czyny z sąsiedz­twa moja przy­ja­ciółka była pod­stępną lisicą krad­nącą serca.

- Nie­bie­ski - odpo­wie­dzia­łam. - Hin­du­ski kolor płod­no­ści, i jakże prze­wrot­nie, wojny.

Char­lotte roze­śmiała się dźwięcz­nie.

- Niech zgadnę - mruk­nęła kpiąco. - Ty skła­niasz się ku temu dru­giemu.

- Jasna sprawa. - Posła­łam jej sze­roki uśmiech.

Godzinę póź­niej prze­mie­rza­ły­śmy ramię w ramię ruchliwy kam­pus Uni­wer­sy­tetu Miami, Coral Gables, gotowe na coty­go­dniową dawkę nauki. Stu­dia pie­lę­gniar­skie dawały nam w kość, szcze­gól­nie na ostat­niej pro­stej - pra­wie cztery lata katorgi uni­wer­sy­tec­kiej były dopiero wstę­pem do owoc­nej kariery. Dosłow­nie kosz­to­wały nas krew, pot i łzy, ale świa­do­mość, że za mniej niż trzy mie­siące będę trzy­mała w swo­ich dło­niach długo wycze­ki­wany dyplom, spra­wiała, że czu­łam się błogo. Jakby wszyst­kie seme­stry pełne wyrze­czeń nie ist­niały. Byłam sty­pen­dystką, co było jed­no­znaczne z tym, że musia­łam utrzy­mać odpo­wied­nią śred­nią, by zacho­wać miej­sce na uczelni. Char­lotte, mimo że otrzy­mała nie­za­leż­ność pły­nącą z opła­ce­nia nauki przez rodzi­ców, ni­gdy nie pozwo­liła sobie na odpo­czy­nek. Za to ją kocha­łam. Wspólne stu­dia ozna­czały rów­nież wspólny cel, a wza­jemne wspar­cie było tym, co pomo­gło nam dojść razem tak daleko.

Z narę­czem toreb wypa­ko­wa­nych książ­kami pchnę­łam drzwi do biblio­teki, w któ­rej pano­wała wręcz nie­na­tu­ralna cisza. Tutaj nie ist­niało coś takiego, jak dźwięk inny niż stu­kot kla­wi­szy lap­topa bądź klik­nię­cia dłu­go­pi­sów i dra­pa­nie rysi­ków o kartki. Każdy odgłos nie­pa­su­jący do tej sym­fo­nii był trak­to­wany jako zbrod­nia. Char­lotte szła przede mną, jakby miała kij w tyłku - sztywno i ostroż­nie, niczym na musz­trze woj­sko­wej. Pokrę­ci­łam głową z uśmie­chem. To był jej czte­ro­letni nawyk. Dokład­nie od pierw­szego dnia tutaj, gdy potknęła się o wła­sne nogi i z hukiem upa­dła na zie­mię, sku­pia­jąc na sobie gniew kil­ku­dzie­się­ciu stu­den­tów. Prócz kilku sinia­ków zyskała rów­nież traumę, która przez pierw­sze kilka tygo­dni stu­diów nie pozwa­lała jej wejść do uczel­nia­nej biblio­teki.

Przy­ja­ciółka roz­luź­niła się, dopiero gdy zamknę­ły­śmy za sobą drzwi do dźwię­kosz­czel­nego pomiesz­cze­nia. Pokój pod­le­gał rezer­wa­cji przez grupy potrze­bu­jące miej­sca do nauki, w któ­rym swo­bod­nie mogą roz­ma­wiać. Reszta biblio­teki była cichą strefą. Bez­po­średni dostęp do ksią­żek i okre­ślony czas na odbęb­nie­nie obo­wiąz­ków pozwa­lał zmo­bi­li­zo­wać się do pracy.

- To niczym droga przez mękę - mruk­nęła Char­lie, opa­da­jąc na krze­sło. - Za każ­dym razem mam wra­że­nie, że jest, kurwa, coraz dłuż­sza.

- Czyż nie jesteś melo­dra­ma­tyczna?

- Powiedz to mojemu tył­kowi - sark­nęła. - Jestem pewna, że zro­bił wgłę­bie­nie w pod­ło­dze, w miej­scu gdzie upa­dłam.

Prych­nę­łam pod nosem, nim roz­sia­dłam się na krze­śle obi­tym miękką poduszką i zaczę­łam porząd­ko­wać pod­ręcz­niki, pod­czas gdy przy­ja­ciółka wycią­gnęła kawę oraz prze­ką­ski. Mia­ły­śmy okre­ślony i spójny tryb pracy wyro­biony przez lata. Wie­lo­let­nia przy­jaźń nauczyła nas żyć w peł­nej sym­bio­zie, a co za tym idzie, cza­sami dzia­ła­ły­śmy niczym jeden orga­nizm. Moje sła­bo­ści neu­tra­li­zo­wała siła Char­lie, a sła­bo­ści Char­lotte neu­tra­li­zo­wałam ja. Wła­śnie dla­tego mogły­śmy pozwo­lić sobie na miano naj­lep­szych stu­den­tek na roku.

Opu­ści­ły­śmy biblio­tekę tuż przed zacho­dem słońca. Niebo spo­wił pół­mrok poma­rań­czo­wo­ró­żo­wej poświaty, która roz­ra­stała się nad prze­szkloną wieżą zega­rową i monu­men­tal­nymi pal­mami. Przy­sta­nę­łam na moment, by móc podzi­wiać roz­po­ście­ra­jący się widok i ruszy­łam za przy­ja­ciółką wga­pioną w ekran komórki. Flo­ryda była pięk­nym sta­nem, ale to jego wybrzeże skra­dło moje serce, Miami. Miesz­czący się tam uni­wer­sy­tet w swoim sercu cho­wał jezioro Osce­ola, a z nabrzeża kam­pusu Vir­gi­nia Key roz­ta­czał się widok na malow­ni­cze wody laguny Biscayne Bay. Więk­szość budyn­ków była zacho­wana w nowo­cze­snym i eks­tra­wa­ganc­kim stylu, two­rząc małą metro­po­lię przy­szło­ści.

- Naprawdę nie masz zamiaru wspo­mi­nać o tam­tym wie­czo­rze? - zapy­tała nie­spo­dzie­wa­nie Char­lie, na co zde­cy­do­wa­nie pokrę­ci­łam głową. Dosko­nale wie­dzia­łam, o co jej cho­dziło. - Nawet za cenę poda­nia nazwi­ska faceta, z któ­rym wymie­ni­łaś ślinę?

Poma­chała tele­fo­nem, na któ­rym wychwy­ci­łam foto­gra­fię przy­stoj­niaka z baru. Naj­wy­raź­niej to robiła przez ostat­nie dni. Szu­kała namia­rów na mojego nie­zna­jo­mego, pełna żalu, że sama nie pocze­ka­łam, aby choćby usły­szeć jego imię. Dla mnie był to temat zamknięty. Przy­naj­mniej wma­wia­łam to sobie, szcze­gól­nie inten­syw­nie w samot­no­ści, gdy mimo­wol­nie odtwa­rza­łam w gło­wie tam­ten poca­łu­nek.

- Nawet wtedy - odpo­wie­dzia­łam spo­koj­nie, mimo że nara­stała we mnie cie­ka­wość.

Urywki wspo­mnień tej feral­nej nocy przy­spie­szyły rytm mojego żało­snego serca. Byłam cho­ler­nym mię­cza­kiem. To nie było do mnie podobne - całe to roz­trze­pa­nie i emo­cjo­nalny baj­zel. Nie­na­wi­dzi­łam się za to, ponie­waż wie­dzia­łam, że jeśli pod­dam się temu, z cza­sem będzie tylko gorzej. Cię­żej.

- Wielka szkoda - mruk­nęła. - Dobrze byłoby znać imię faceta, z któ­rym zaraz się skon­fron­tu­jesz.

- Co? - wydu­si­łam w tym samym momen­cie, w któ­rym go zoba­czy­łam.

W natu­ral­nym świe­tle wyglą­dał jesz­cze lepiej niż w ostrych jarze­niów­kach baru. Szedł w naszym kie­runku pew­nym kro­kiem, z fute­ra­łem do gitary prze­wie­szo­nym przez ramię. Pełen nie­wy­mu­szo­nego sek­sa­pilu i męsko­ści.

Szlag by to tra­fił! A mogłam poca­ło­wać boga­tego gogu­sia...

Może wtedy unik­nę­ła­bym śli­nie­nia się na widok wyta­tu­owa­nego nie­zna­jo­mego. Był postawny w swo­ich ponad pię­ciu sto­pach wyso­ko­ści i wyraźne umię­śniony. Ciemna koszulka współ­grała z tatu­ażami two­rzą­cymi rękaw, które opla­tały jego skórę skom­pli­ko­wa­nym wzo­rem, a spodnie w stylu cargo nada­wały mu dodat­ko­wej dra­pież­no­ści. Za chwilę mia­łam się rów­nież prze­ko­nać, że dosko­nale pod­kre­ślały jego tyłek. Nie uwa­ża­łam się za prze­sad­nego tchó­rza, ale z jakie­goś powodu naszła mnie prze­można chęć ucieczki. Dosłow­nie, zabra­nia nóg za pas i prze­mie­rze­nie sprin­tem traw­nika pro­wa­dzą­cego w prze­ciwną stronę. Obser­wo­wał mnie tym prze­szy­wa­ją­cym spoj­rze­niem nie­bie­skich oczu, jakby wszystko o mnie wie­dział. Jakby znał moje naj­mrocz­niej­sze tajem­nice. Sta­łam jak zaklęta, wpa­trzona w niego, a dzie­liło nas zale­d­wie kilka kro­ków. Nie byłam pewna, czy to była jakaś gra spoj­rzeń - kto pierw­szy odwróci wzrok, prze­grywa - ale niech mnie coś trafi, jeśli mia­ła­bym się spło­szyć niczym tchórz­liwe cielę.

- Dzięki, Char­lotte - ode­zwał się, nie ode­rwaw­szy ode mnie wzroku.

Zmarsz­czy­łam zdez­o­rien­to­wana brwi, i wtedy ude­rzyła we mnie gorzka prawda. Zdrada. Popa­trzy­łam wil­kiem na przy­ja­ciółkę. Podła lisica, żeby nie powie­dzieć łasica. Nie­świa­do­mie wpa­dłam w pułapkę wła­snej przy­ja­ciółki, która cze­go­kol­wiek by nie miała na celu, zapłaci za to prę­dzej czy póź­niej. Niech ją tylko dorwę.

- Char­lie, co ty zro­bi­łaś? - wark­nę­łam, na co nie­spe­szona posłała mi całusa. Przez ramię, ponie­waż w naj­lep­sze pędziła ścieżką, by zna­leźć się z dala od pola raże­nia mojej zło­ści. - Zabiję cię!

- Ja też cię kocham! - zawo­łała, macha­jąc do mnie pal­cami.

Zdraj­czyni. Zaci­snę­łam usta, odwró­ci­łam głowę i ponow­nie zrów­na­łam się z magne­tycz­nymi tęczów­kami, które iskrzyły wesoło. Wyraź­nie bawiła go ta sytu­acja. Szkoda, że był w tym osa­mot­niony.

- Skoro zosta­li­śmy sami - mruk­nął przy­stojny intruz - może naresz­cie dowiem się, co skło­niło cię do rzu­ce­nia się na mnie w barze i ulot­nie­nia, nim mogłem się przed­sta­wić. Twoja przy­ja­ciółka powie­działa, że oso­bi­ście wyja­śnisz mi tajem­ni­cze zada­nie z listy, która pokie­ro­wała cię do zro­bie­nia tego.

To nie była pod­stępna lisica, ba, nawet nie łasica. Tylko cho­lerny szczur.

- Była przy­ja­ciółka - wymam­ro­ta­łam pod nosem, na co uniósł kącik ust. - Char­lie sta­now­czo zbyt wiele obie­cuje. Na szczę­ście jej obiet­nice mnie nie obo­wią­zują.

Roze­śmiał się ochry­ple, krę­cąc z poli­to­wa­niem głową.

- Czyż nie jesteś roz­koszną zadziorą? - zapy­tał głę­bo­kim gło­sem, przez co zmru­ży­łam powieki. - Nie patrz tak na mnie. To ja powi­nie­nem być ziry­to­wany. W końcu to ty zawró­ci­łaś mi w gło­wie jed­nym poca­łun­kiem...

Uchy­li­łam usta zasko­czona tą bez­po­śred­nio­ścią. Aku­rat musia­łam tra­fić na kogoś nie­li­czą­cego się ze sło­wami - to niczym rzu­ce­nie mi wyzwa­nia. Zain­try­go­wa­nie jego osobą wzro­sło do poziomu, w któ­rym nie potra­fi­łam racjo­nal­nie myśleć. Pierw­szy raz spo­ty­ka­łam się z tak mącą­cym uczu­ciem i nie byłam z tego powodu zado­wo­lona. Ani tro­chę.

- Od trzech mie­sięcy nie potra­fi­łem stwo­rzyć żad­nego nowego tek­stu, a od zaj­ścia w barze nie roz­staję się ze swoim zeszy­tem do pio­se­nek - kon­ty­nu­ował. - Nie wie­rzę w prze­zna­cze­nie i magię, ale nie­za­leż­nie jak to kiczo­wato zabrzmi, ktoś mi cię zesłał, żebyś stała się moją muzą, Hay­ley Flo­res.

Jego głos wahał się mię­dzy powagą, a kpiną.

- Uro­cza prze­mowa - prych­nę­łam. - Wręcz pory­wa­jąca, ale tak się skła­dała, że nie potrze­buję tego rodzaju czaru w moim życiu.

Iro­niczna gra słów. W rze­czy­wi­sto­ści zapła­ci­ła­bym każdą cenę, by magia ist­niała, a wraz z nią pewne czary. Takie, które gra­ni­czyły z cudem.

- Zapie­raj się, ile chcesz, ale nie należę do osób łatwo się pod­da­ją­cych - powie­dział non­sza­lancko, nie­spe­szony moją postawą. - Zawsze byłem dobry w zdo­by­wa­niu tego, czego pra­gnę.

Zmru­ży­łam powieki. Też mi coś. Ten facet był ewi­dent­nie zbyt pewny sie­bie.

- Skoro wią­żesz ze mną takie plany, to może w końcu się przed­sta­wisz? - zapy­ta­łam sar­ka­stycz­nie, prze­krzy­wia­jąc głowę. - Czy mam cię nazy­wać pyszał­ko­wa­tym nie­zna­jo­mym?

Uśmiech­nął się sze­roko i niech mnie cho­lera, ten facet był natu­ral­nie nie­zdrowo przy­stojny, ale uśmiech­nięty zapie­rał dech.

- Hun­ter Mor­gan.

Wysta­wił przed sie­bie wyta­tu­owaną dłoń, którą z ocią­ga­niem potrzą­snę­łam. Elek­tryczna iskra prze­mknęła wzdłuż mojego krę­go­słupa w tej sekun­dzie, w któ­rej moje palce znik­nęły w jego uści­sku. Jak­żeby ina­czej. Prze­cież nie mogłam zwy­czaj­nie pozo­stać obo­jętna, ktoś u góry musiał się świet­nie bawić.

- Powie­dzia­ła­bym, że mi miło, ale nie lubię kła­mać - mruk­nę­łam bra­wu­rowo, na co uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej.

Nie wie­dzia­łam, z kim mam do czy­nie­nia. Przy­naj­mniej nie od razu. Zapewne zawdzię­cza­łam to stu­denc­kiej bez­czyn­no­ści i nudziar­stwie, ale dopiero prze­mie­rza­jąc w towa­rzy­stwie Hun­tera wąskie ścieżki kam­pusu, zło­ży­łam w całość wszyst­kie fakty. Pokro­wiec gitary, dziw­nie zna­jome nazwi­sko i spo­sób, w jaki wodzono za nim wzro­kiem pozwo­liły mi zro­zu­mieć, że mia­łam koło sie­bie przy­szłą gwiazdę muzyki. Chyba nawet naj­więk­szy uczel­niany odlu­dek sły­szał o chło­paku, któ­rym rze­komo inte­re­so­wały się naj­więk­sze wytwór­nie muzyczne. Solowy wyko­nawca porów­ny­wany był do Eda She­erana, Lewisa Capaldi i Shawna Men­desa w jed­nym. Innymi słowy: świa­to­wych woka­li­stów, któ­rych talent powa­lał na kolana.

- Histo­ria jest krótka, żenu­jąca i nie­szcze­gól­nie cie­kawa - powie­dzia­łam spo­koj­nie. - W dniu uro­dzin, za sprawą ckli­wych roz­mó­wek zro­zu­mia­łam, że jestem cho­ler­nie prze­wi­dy­walna. Pijana przy­ja­ciółka, którą mia­łeś przy­jem­ność spo­tkać, spi­sała listę rze­czy, które poten­cjal­nie powinna zro­bić każda nasto­latka. Na niej zna­lazł się punkt z poca­łun­kiem nie­zna­jo­mego, i bam, przy­pad­kowo padło na cie­bie.

Hun­ter, z rękoma scho­wa­nymi w kie­sze­niach spodni, obser­wo­wał mnie kątem oka. Spo­dzie­wa­łam się nie­po­ha­mo­wa­nego wybu­chu śmie­chu czy lawiny kpin, jed­nak on zacho­wał non­sza­lancką powagę. Jakby to nie było nic nad­zwy­czaj­nego.

- Coś jak lista rze­czy, które chcesz zro­bić przed śmier­cią...

- Coś w tym stylu - zgo­dzi­łam się.

- Rozu­miem - odparł Hun­ter. Jeśli jego zro­zu­mie­nie było dla mnie dziwne, to nie umy­wało się ono do słów, które padły póź­niej. - W takim razie pomogę ci ją wypeł­nić.

Zatrzy­ma­łam się gwał­tow­nie. Kwie­ci­sta sukienka zafa­lo­wała dookoła moich ud pod wpły­wem impul­syw­nego ruchu, gdy wbi­łam spoj­rze­nie w roz­luź­nio­nego chło­paka.

- Co? - wymam­ro­ta­łam ze zmarsz­czo­nymi brwiami. - Nie przy­po­mi­nam sobie, żebym wywie­szała ogło­sze­nie o tre­ści: "potrze­buję kom­pana do wyko­na­nia dur­nych zadań z jesz­cze dur­niej­szej listy".

Hun­ter uśmiech­nął się sze­rzej na mój wybuch.

- Tak się składa, że Char­lotte podała mi kolejny punkt z two­jej listy - powie­dział, na co wes­tchnę­łam. Cho­lerna zdraj­czyni. - Podobno jesteś kry­ty­kiem muzycz­nym, któ­rego trudno zado­wo­lić. Mogę cię zapew­nić, że mnie się to uda, więc potrak­tuj to jako obo­pólną pomoc. Ty wspo­mo­żesz moją wenę twór­czą poprzez swoją małą przy­godę z listą, a ja stanę się twoim poma­gie­rem w jej wypeł­nie­niu.

- Podzię­kuję - bąk­nę­łam.

- Jak chcesz. - Wzru­szył ramio­nami. - W takim razie o świ­cie spo­dzie­waj się mojej wizyty pod swoim oknem, gdzie będę śpie­wał miło­sne bal­lady, aż cały aka­de­mik cię znie­na­wi­dzi. Dopóki nie zmie­nisz zda­nia.

Prze­wró­ci­łam oczami na ten nie­udolny blef.

- Powo­dze­nia - prych­nę­łam prze­śmiew­czo. - Naj­pierw znajdź mój aka­de­mik, potem miej­sce, w któ­rym znaj­duje się moje okno.

Z pew­nym sie­bie uśmie­chem się­gnął po tele­fon, jego palce przez chwilę błą­dziły po ekra­nie, nim z trium­fal­nym mruk­nię­ciem scho­wał urzą­dze­nie.

- Zdaje się, że twoja przy­ja­ciółka jest po mojej stro­nie - powie­dział wesoło. - Adres już mam, a w twoim oknie zawi­śnie sta­ni­kowy maszt, żebym wie­dział, gdzie śpie­wać.

Zaci­snę­łam usta, zało­żyw­szy ramiona na pier­siach.

- Oboje jeste­ście nie­po­ważni - wark­nę­łam. - Zało­ży­li­ście jakieś sprzy­mie­rze­nie prze­ciw mojej oso­bie?

Hun­ter, nie­prze­jęty moją iry­ta­cją, wycią­gnął z kie­szeni opa­ko­wa­nie kar­me­lo­wych cukier­ków, na któ­rych widok zale­gła mi gula w gar­dle. Zagadka roz­wią­zana - nimi sma­ko­wał nasz poca­łu­nek. Zachę­ca­jąco wysta­wił w moją stronę kar­melki, a gdy gestem głowy odmó­wi­łam, odpa­ko­wał cukierka i wrzu­cił go do ust.

- No weź, będzie faj­nie - powie­dział nie­win­nie. - Nawet pozwolę na kolejne napa­ści na moje usta, jeśli to zachęci cię do zgody.

Prze­wró­ci­łam oczami na jego szcze­niac­two.

- Mam wypeł­niać swoją listę, a nie twoje marze­nia - odgry­złam się, na co roze­śmiał się szcze­rze.

Jego śmiech był hip­no­ty­zu­jący w swo­jej praw­dzi­wo­ści. Nie był sztuczny czy wymu­szony, gdy się śmiał, to pełną pier­sią, poka­zu­jąc sze­reg pro­stych zębów. To nie­po­ko­jące, jak bar­dzo był ide­alny - nie tylko pod wzglę­dem wyglądu, ale i cha­ry­zmy, którą bez­a­pe­la­cyj­nie posia­dał.

- Racja - zauwa­żył roz­trop­nie. - Czyli bez obma­cy­wa­nia. Wcho­dzisz w to?

Nie mia­łam poję­cia, co mną kie­ro­wało. Może to było echo tych wszyst­kich odmów, które sły­sza­łam w gło­wie, gdy przy­ja­ciółka sta­rała się mnie prze­ko­nać do kolej­nego wyj­ścia. Bądź pogłos rodzi­ców nie­gdyś zamar­twia­ją­cych się każ­dym moim kro­kiem. Wspo­mnie­nie tej depre­syj­nej nie­mocy z prze­szło­ści. A może chcia­łam posma­ko­wać dzi­ko­ści.

- Łączy nas dwa­dzie­ścia zadań, po nich każde idzie w swoją stronę.

Zna­le­zie­nie racjo­nal­nego wyja­śnie­nia mojej decy­zji było daremne. Lecz jakimś spo­so­bem zawar­łam pakt na sza­loną przy­godę życia z dopiero co pozna­nym face­tem. Pod­świa­do­mie wie­dzia­łam, że jej koniec nie przy­nie­sie niczego dobrego, ale po pro­stu sko­czy­łam na głę­boką wodę.

Patrzył na mnie, wręcz prze­szy­wał spoj­rze­niem i nie byłam mu w tym dłużna. Przy­cią­ga­nie mię­dzy nami było nama­calne. Wibro­wało przez moje kości, po mię­śnie i ścię­gna, jakby w pró­bie pchnię­cia mnie do przodu. Pro­sto w jego ramiona.

- Stoi.

Kie­dyś nie przy­pusz­cza­łam, że jedno słowo mogło brzmieć jak wyrok, a jed­nak znów go kosz­to­wa­łam i chyba pierw­szy raz lubi­łam jego smak.

Zgoda na to sza­leń­stwo nie zmniej­szała kieł­ku­ją­cej zło­ści. Wpa­ro­wa­łam do aka­de­mika niczym burza. Gdy­bym znaj­do­wała się w kre­skówce, nad moją głową uno­si­łyby się ciemne chmury gra­dowe. Rozej­rza­łam się po stu­diu, w któ­rym mie­ścił się nie­wielki aneks kuchenny połą­czony z salo­nem oraz para drzwi pro­wa­dząca do osob­nych sypialni.

Nie musia­łam długo szu­kać Char­lotte. Leżała sku­lona na welu­ro­wej kana­pie, wga­piona w tele­wi­zor, na któ­rym leciała denna kome­dia roman­tyczna. Mimo że trza­snę­łam drzwiami w teatral­nym geście uka­za­nia swo­jej furii, nawet na mnie nie spoj­rzała. Przy­naj­mniej póki nie zasło­ni­łam jej sobą widoku na ekran.

- Ej! - zapro­te­sto­wała z jękiem.

Nie­udol­nie pró­bo­wała doj­rzeć dal­szą akcję, wychy­la­jąc się przez sze­roki pod­ło­kiet­nik.

- Ej? - zapy­ta­łam ze zmru­żo­nymi powie­kami. - Może lepiej powiedz mi, co ci odbiło? Pisa­nie za moimi ple­cami do Hun­tera, co do dia­bła? Nie mia­łaś prawa!

Rudo­włosa zaci­snęła usta wyraź­nie spe­szona, co w jej przy­padku było rzad­ko­ścią. Zazwy­czaj nie prze­ja­wiała prze­sad­nej skru­chy, gdy nabro­iła, z kolei ja nie­czę­sto oka­zy­wa­łam iry­ta­cję. Char­lie lubiła dzia­łać pod wpły­wem impulsu, a gdyby miała prze­pra­szać za każde głup­stwo, któ­rego się dopu­ściła, nie wystar­czy­łoby jej czasu na życie.

- Nie mogłam się powstrzy­mać - wes­tchnęła. - To było sil­niej­sze ode mnie. Nawet porząd­nie wsta­wiona dostrze­głam kotłu­jącą się mię­dzy wami che­mię, te lata­jące iskry, ser­duszka nad gło­wami. Zasłu­gu­jesz na prze­ży­cie sza­lo­nego romansu...

Roze­śmia­łam się gorzko.

- Czy ty się sły­szysz, Char­lie? - odpar­łam. - Jaki romans? Pominę absurd całej tej sytu­acji. Zasta­na­wia­łaś się może, co będzie potem?

Zaci­snęła usta. Moja przy­ja­ciółka była cho­dzącą sprzecz­no­ścią. Mimo piękna nie była ste­reo­ty­pową wynio­słą suką: ogni­ste włosy nie okre­ślały jej cha­rak­teru. Nie można było nazwać jej skromną, ale pod pew­no­ścią sie­bie kryła nie­sa­mo­witą wraż­li­wość. Taką, która nie­jed­no­krot­nie przy­spo­rzyła jej przy­kro­ści. Char­lie była nie­po­prawną roman­tyczką, która prze­by­tymi związ­kami i wia­nusz­kiem zła­ma­nych serc masko­wała usilną próbę zna­le­zie­nia tego jedy­nego. Pra­gnęła miło­ści wyję­tej pro­sto z fil­mów i prze­sło­dzo­nych ksią­żek leżą­cych na jej pół­kach. Rów­nie mocno dla sie­bie, co dla mnie.

- Oczy­wi­ście, że nie - cią­gnę­łam, dalej pobur­ku­jąc. - Hun­ter jest dobrze roku­ją­cym muzy­kiem, który zapewne nie­długo pod­pi­sze kon­trakt i wyje­dzie w trasę. Gdzie w tym pla­nie uwzględ­niasz mnie?

Nie odwa­ży­łam się wymie­nić gło­śno powodu, który doszczęt­nie prze­kre­ślał jej wyśnioną przy­szłość. Tej, w któ­rej żyłam długo i szczę­śli­wie z Hun­te­rem. Nie chcia­łam pogar­szać sytu­acji. Z fru­stra­cją ode­tchnę­łam głę­boko, pocie­ra­jąc pul­su­jące bólem skro­nie, zanim na resztę wie­czoru zamknę­łam się w swoim pokoju.

I pomy­śleć, że wszystko zaczęło się od poca­łunku z nie­zna­jo­mym.

2. Przeżyj porywający koncert

2. Prze­żyj pory­wa­jący kon­cert

Jak pio­senka, którą w duchu nucimy; jak kocha­nie kogoś, kogo nie można mieć.

Janet Fitch, Biały ole­an­der2

Hunter Mor­gan był niczym pio­senka, któ­rej nie mogłam pozbyć się z głowy. Taka, któ­rej tekst zapa­dał głę­boko w pamięć. Niczym słodka melo­dia mota­jąca serce, w któ­rej rytm tań­czyło całe moje życie.

Leża­łam na łóżku, wga­pia­jąc się w ekran tele­fonu, na któ­rym wid­niała wia­do­mość od Hun­tera. Widzimy się w pią­tek o dzie­więt­na­stej, przy­jadę po Cie­bie. Patrzy­łam na to jedno zda­nie, jakby napi­sał je sam sza­tan. Z wes­tchnie­niem chwy­ci­łam urzą­dze­nie, by odrzu­cić je na koł­drę. To był cho­ler­nie zły pomysł, ale wyco­fa­nie się nie wcho­dziło w grę - nie pozwa­lały mi na to zacie­ka­wie­nie jego osobą i har­tem ducha. Nie chcia­łam wyjść na słabą, na kogoś, kto ucieka od nie­zo­bo­wią­zu­ją­cej pro­po­zy­cji, ponie­waż prze­raża go spo­sób, w jaki reaguje na jed­nego faceta. Co to, to nie. Było to idio­tyczne, wręcz bipo­larne zacho­wa­nie?

Ow­szem, ale niech mnie cho­lera, jeśli dam się zwieść wła­snym sła­bo­ściom - a on nią aku­rat był. Może w tam­tym momen­cie, pełna wąt­pli­wo­ści przez jed­nego SMS-a, jesz­cze nie byłam tego świa­doma. Lecz w końcu zro­zu­mia­łam, że zna­jo­mość z nim przy­spo­rzyła mojemu sercu to, od czego zawsze ucie­ka­łam.

Char­lotte długo nie poku­siła się wczo­raj o wej­ście do mojej sypialni. Znała mnie zbyt dobrze. Po nie­któ­rych kłót­niach, szcze­gól­nie wyni­ka­ją­cych z jej błę­dów, potrze­bo­wa­łam czasu na ochło­nię­cie. Jed­nak ciche puka­nie o poranku nie było niczym dziw­nym - spo­dzie­wa­łam się tego. Rdzawa czu­pryna poja­wiła się w uchy­lo­nych drzwiach, a po upew­nie­niu się, że nie śpię, otwo­rzyła je na oścież.

- Przy­nio­słam gałązkę oliwną, białą flagę, czy jak to tam się mówi - mruk­nęła nie­śmiało Char­lie, wcho­dząc do środka z tacą obła­do­waną naczy­niami. - Prze­pro­si­nowe śnia­da­nie...

Obser­wo­wa­łam ją z upar­cie bez­na­miętną miną, byle jesz­cze chwilkę ją podrę­czyć, nim pozwo­li­łam sobie na uśmiech, który odwza­jem­niła z wyraźną ulgą.

- Mogę przy­stać na takie wyrazy skru­chy - powie­dzia­łam, widząc talerz rumia­nych nale­śni­ków z owo­cami.

Char­lie przy­sia­dła na brzegu łóżka, bawiąc się wła­snymi pal­cami.

- Prze­pra­szam za akcję z Hun­te­rem - odparła już pew­niej­szym gło­sem. - To było naprawdę denne posu­nię­cie. Nie powin­nam była go szu­kać, kiedy wyraź­nie powie­dzia­łaś, że tamta noc to prze­szłość. W ogóle nie powin­nam zasta­wiać na cie­bie tej całej pułapki.

- I poda­wać mu naszego adresu zamiesz­ka­nia - doda­łam sar­ka­stycz­nie, na co par­sk­nęła.

- Za to też prze­pra­szam.

- Rów­nie dobrze mogłaś dać go psy­cho­pa­cie - zauwa­ży­łam z pełną buzią. Gra­cja w naj­czyst­szej postaci. - Choć w sumie, kogo ze mnie to czyni, skoro zgo­dzi­łam się, żeby towa­rzy­szył mi w wypeł­nia­niu zadań.

Char­lotte unio­sła brwi wyraź­nie zasko­czona takim obro­tem akcji.

- Naprawdę?

- Yep - potak­nę­łam. - Nie­stety ugię­łam się pod napo­rem szan­tażu. Słu­cha­nie bal­lad pod oknem to ostat­nia rzecz, jakiej potrze­buję. - Char­lotte się roze­śmiała.

- To była jego groźba? - zapy­tała z nie­do­wie­rza­niem, na co potak­nę­łam. - Nie­źle. Jed­nak jeśli naprawdę tego nie chcesz, wycią­gnę cię z tego. Wiesz, znajdę na niego brudy i pod pre­tek­stem uka­za­nia ich światu...

- Jest w porządku - prze­rwa­łam plan rodem z bajek dla dzieci. - Nie podoba mi się spo­sób, w jaki został w to zamie­szany, ale pora­dzę sobie z nim.

Pozo­sta­wała mi jedy­nie nadzieja, że zapal­czywe próby prze­ko­na­nia do tego samej sie­bie spra­wią, że prze­świad­cze­nie prze­kształci się w rze­czy­wi­stość.

Kilka godzin póź­niej pędem, przed któ­rym pro­te­sto­wał mój prze­mę­czony orga­nizm, gna­łam przez kam­pus w celu jak naj­szyb­szego zna­le­zie­nia się w Nic­klaus Chil­dren's Hospi­tal. To była moja rutyna. Pomię­dzy zaję­ciami na uczelni a inten­sywną nauką byłam wolon­ta­riuszką na oddziale onko­lo­gii. Zeszło­roczny letni staż prze­mie­nił się w coty­go­dniowe wizyty, ponie­waż nie potra­fi­łam porzu­cić dzie­cia­ków, które pozna­łam - one codzien­nie przy­po­mniały mi, dla­czego zde­cy­do­wa­łam się obrać taką ścieżkę kariery.

- Dzień dobry, Eden - przy­wi­ta­łam się ze star­szą kobietą sie­dzącą za okrą­głym biur­kiem recep­cji, przy­pi­na­jąc do bluzki swoją prze­pustkę.

Pie­lę­gniarka dyżu­ru­jąca pod­nio­sła cze­ko­la­dowe oczy znad ekranu kom­pu­tera, wyraź­nie zasko­czona moim przy­by­ciem. Zali­cza­łam trzy­dniowy mara­ton poja­wia­nia się na oddziale, co było odstęp­stwem od jed­nego dnia w tygo­dniu zapi­sa­nego w ter­mi­na­rzu. Nawał nauki czę­sto nie pozwa­lał na więk­sze zaan­ga­żo­wa­nie. Jed­nak skoro wczo­raj­sze wku­wa­nie pozwo­liło mi nad­ro­bić, a nawet wyprze­dzić mate­riał, posta­no­wi­łam dobrze wyko­rzy­stać ten czas. Dla nie­któ­rych poja­wie­nie się w tym miej­scu mogło być dołu­ją­cym spo­so­bem na spę­dze­nie tych nie­wielu wol­nych chwil, ale sama nie wyobra­ża­łam sobie lepiej spo­żyt­ko­wa­nego czasu.

- A ty znowu tutaj? - zapy­tała ze zmar­twio­nym, acz cie­płym uśmie­chem. - Powin­naś bar­dziej o sie­bie dbać, dziecko. Bie­rzesz na sie­bie za dużo zobo­wią­zań. Jestem stara, ale pamię­tam, jak ciężko pogo­dzić naukę z pod­sta­wo­wymi obo­wiąz­kami, a co dopiero wolon­ta­ria­tem.

- Mówi to osoba, która pra­cuje na cało­do­bo­wych dyżu­rach - powie­dzia­łam, oparł­szy się o blat biurka. Prze­wró­ci­łam oczami na spoj­rze­nie, które mi rzu­ciła. - Jest w porządku. Naprawdę. Jako przy­kładna stu­dentka jestem do przodu z mate­ria­łem, więc mogę sobie pozwo­lić na spę­dze­nie czasu z dzie­cia­kami. Wiemy, jak nudno jest sie­dzieć w samot­no­ści pośród czte­rech ścian...

Eden posłała mi deli­katny uśmiech, popy­cha­jąc w moją stronę listę obec­no­ści, którą pod­pi­sy­wa­łam przy każ­dej wizy­cie. Zło­ży­łam parafkę i czym prę­dzej ruszy­łam w stronę naj­gor­szego skrzy­dła, jakie znaj­do­wało się w każ­dym szpi­talu. Onko­lo­gia dzie­cięca. Miej­sce, w któ­rym prze­by­wały nie­winne młode istotki nie­za­słu­gu­jące na ból. Na dotkliwe cier­pie­nie, które ofia­ro­wy­wała kolejna dawka leku mająca je uzdro­wić.

Zatrzy­ma­łam się w przej­ściu i wzię­łam głę­boki oddech, zanim kartą magne­tyczną odblo­ko­wa­łam drzwi pro­wa­dzące na kolo­rowy kory­tarz, róż­niący się od ste­ryl­nej szpi­tal­nej bieli. Przy­wdzia­nie bez­tro­skiego uśmie­chu, który nie scho­dził z twa­rzy, było jedną z naj­trud­niej­szych rze­czy, jakiej przy­szło mi się nauczyć. Żaden egza­min nie był tak ciężki, jak patrze­nie w zbo­lałe oczy gasną­cego dziecka, które za wszelką cenę chciało żyć.

- Cześć, Hay­ley - powi­tała mnie drobna pie­lę­gniarka wycho­dząca ze świe­tlicy z narę­czem pude­łek z kred­kami.

- Hej - powie­dzia­łam. - Coś nowego?

Ozna­czało to nie­wiele wię­cej, jak mini­ra­port zmian z ostat­niej doby - zała­ma­nia, nastroje, i co naj­gor­sze, pogar­sza­jący się stan pacjen­tów. Wszystko, na co warto było zwró­cić uwagę przy spo­tka­niu z nimi. Jako wolon­ta­riuszka dba­łam przede wszyst­kim o ich psy­chiczne wspar­cie, roz­ma­wia­łam z nimi, wysłu­chi­wa­łam i zaba­wia­łam naj­młod­szych bywal­ców. Ofia­ro­wy­wa­łam im uwagę, która nie wyni­kała z lekar­skiego obo­wiązku.

- Fran­cis ma cał­kiem melan­cho­lijny nastrój - odparła z deli­kat­nym gry­ma­sem. - Ale skoro tu jesteś, miejmy nadzieję, że w końcu się uśmiech­nie.

Nie od dziś było wia­domo, że szes­na­sto­letni Fran­cis miał do mnie sła­bość. Przy­ję­cie na sie­bie mło­dzień­czego zauro­cze­nia chło­paka po dwu­let­niej remi­sji było słodko-gorz­kim uczu­ciem. Szcze­gól­nie wtedy, gdy przy­cho­dziły gor­sze dni, a on rzu­cał flir­ciar­skimi komen­ta­rzami, zupeł­nie jakby każde słowo go nie wyczer­py­wało. Zapu­ka­łam do na wpół uchy­lo­nych drzwi, zwra­ca­jąc na sie­bie uwagę szczu­płego nasto­latka wyle­gu­ją­cego się z gitarą na szpi­tal­nym łóżku. Jego blada skóra zle­wała się jasną pościelą, ale mimo wyraź­nego zmę­cze­nia przy­wdział na twarz stu­wa­towy uśmiech, zdolny do zatrzy­ma­nia ruchu ulicz­nego. Cho­lera, ten chło­pak potra­fił się uśmie­chać. Czapka z wykrę­co­nym do tyłu dasz­kiem zakry­wała bez­włosą głowę, gdy palce bez­wied­nie prze­su­wały się po stru­nach instru­mentu.

- Witaj, ślicz­notko - ode­zwał się ochry­ple.

- Przy­stoj­niaku - mruk­nę­łam wesoło, wcho­dząc do pomiesz­cze­nia. - Jak idą prace nad pod­ry­wem?

Wła­ści­wo­ści uspo­ka­ja­jące muzyki były powszech­nie znane, dla­tego przy­cho­dząc tu po raz pierw­szy, w celu zaskar­bie­nia sobie zain­te­re­so­wa­nia, zabra­łam ze sobą gitarę, z którą usia­dłam w świe­tlicy. Tam prze­sia­dy­wały dzieci mające na to siły. I zaczę­łam grać. Pew­nego dnia Fran­cis roz­go­ry­czony tym, że znowu tra­fił do szpi­tala, sta­nął w progu świe­tlicy, mimo że prak­tycz­nie nie opusz­czał swo­jego łóżka. Od słowa do słowa doszli­śmy do poro­zu­mie­nia, że faceci z gitarą przy­cią­gają panienki, dla­tego obie­ca­łam, że nauczę go pod­sta­wo­wych chwy­tów, by po wyj­ściu mógł pod­ry­wać szkolne pięk­no­ści.

- Den­nie - wymam­ro­tał. - To nie mój dzień.

Zanim dałam mu znać o swo­jej obec­no­ści, poświę­ci­łam chwilę na obser­wo­wa­nie go. Nawet przez prze­szklone drzwi widzia­łam, z jaką zawzię­to­ścią sta­rał się zapa­no­wać nad dłońmi trzę­są­cymi się na gry­fie. Fran­cis miał duszę wojow­nika, nie­za­leż­nie od tego, jak mocno życie dawało mu w kość, on wciąż wal­czył. Wciąż oddy­chał. Bez słowa prze­chwy­ci­łam od niego gitarę. W żaden spo­sób nie zare­ago­wa­łam na jego stan - nie tego potrze­bo­wali prze­by­wa­jący tu pacjenci. Współ­czu­cie, litość i obcho­dze­nie się z nimi jak z jaj­kiem było tym, czego mieli pod dostat­kiem. Moim zada­niem było ofia­ro­wa­nie im namiastki nor­mal­no­ści, ode­rwa­nia od sza­rej rze­czy­wi­sto­ści.

- Jaki jest dzi­siej­szy reper­tuar? - zapy­ta­łam non­sza­lancko. Usa­do­wi­łam się w nogach łóżka, nim zer­k­nę­łam na niego spod rzęs. - Ostrze­gam, żad­nych spro­śno­ści Cardi B. Ostat­nia wizyta pani ordy­na­tor pod­czas linijki: Lil bitch, you can't fuck with me if you wan­ted to3, wpra­wiła mnie w wystar­cza­jące zakło­po­ta­nie.

Co prawda moje umie­jęt­no­ści rapo­wa­nia były marne, ale dałam się spro­wo­ko­wać do przed­sta­wie­nia aku­stycz­nej wer­sji Bodak Yel­low. Szkoda, że lekarka wybrała aku­rat ten moment na obchód pię­tra. Dawno nie mia­łam takich rumień­ców na twa­rzy, a nie­ła­two było wpra­wić mnie w zakło­po­ta­nie.

Fran­cis roze­śmiał się, a rechot szybko prze­ro­dził się w świsz­czący kaszel. Wina kolej­nej infek­cji. Brak reak­cji wyma­gał ode mnie peł­nego samo­za­par­cia. Z zaci­śnię­tym gar­dłem cze­ka­łam aż się uspo­koi i będzie mógł swo­bod­nie mówić.

- Zapew­ni­łaś mi spek­ta­ku­larne wspo­mnie­nie - wychry­piał. - Dok­tor Moore była tak zszo­ko­wana, że nie mogła się ode­zwać

- Masz szczę­ście, że nie wyrzu­ciła mnie z oddziału i nie zaka­zała mi tu przy­cho­dzić - prych­nę­łam. Szybko tego poża­ło­wa­łam, gdyż cień nie­po­koju na twa­rzy chło­paka świad­czył, że ta myśl mocno go zanie­po­ko­iła. - Nie żeby miało mnie to powstrzy­mać przed przyj­ściem tutaj. Mam zbyt wiele zna­jo­mo­ści w tym szpi­talu.

Mru­gnę­łam do niego psot­nie, na co uniósł kącik ust. Sytu­acja opa­no­wana.

- Niech będzie Silence - powie­dział Fran­cis.

Ledwo zauwa­żal­nie prze­łknę­łam ślinę.

- Mar­sh­mello?

Ski­nął głową na potwier­dze­nie, któ­rego nie potrze­bo­wa­łam. W ciągu naszej kil­ku­na­sto­ty­go­dnio­wej przy­jaźni - soju­szu prze­ciw cho­ro­bie - przed­sta­wiane pio­senki stały się naszą metodą komu­ni­ka­cji. Prze­ka­za­niem mię­dzy wier­szami tego, czego nie chciało powie­dzieć się gło­śno, gdy dzień nale­żał do tych gor­szych. Prze­cią­gnę­łam opusz­kami pal­ców po napię­tych stru­nach. Nie­długo zajęło mi roz­gry­zie­nie melo­dii. Mimo rosną­cej guli w gar­dle otwo­rzy­łam usta i wyśpie­wa­łam to, czego on nie potra­fił wyznać.

Yeah, I'd rather be a lover than a figh­ter

'Cause all my life, I've been figh­ting4

Obser­wo­wa­łam pobla­dłą twarz Fran­cisa, który przy­mknął powieki i wtedy pozwo­li­łam łzie spły­nąć wzdłuż policzka. Kurwa. Życie było pie­prze­nie nie­spra­wie­dliwe.

- I'm in need of a savior, but I'm not asking for favors - zaśpie­wa­łam w pełni utoż­sa­mia­jąc się z tymi sło­wami. - My whole life, I've felt like a bur­den...5

Z ramio­nami sple­cio­nymi na pier­siach cze­ka­łam tuż przed aka­de­mi­kiem gotowa wsko­czyć do samo­chodu Hun­tera. Nawet roz­pę­dzo­nego. To nie była kwe­stia prze­sad­nego pod­eks­cy­to­wa­nia spo­tka­niem z przy­stoj­nym muzy­kiem, a obawy przed roz­pę­ta­niem zamie­szek przez żeń­ską część domo­stwa. Wszystko przez słowa Char­lie. Luźna uwaga na temat poten­cjal­nego świ­ro­wa­nia stu­den­tek na widok chło­paka spa­ce­ru­ją­cego po naszym aka­de­miku zmu­siła mnie do wyj­ścia przed budy­nek. Żad­nego wcho­dze­nia na górę.

Drgnę­łam nie­znacz­nie, ujrzaw­szy zwal­nia­ją­cego przy kra­węż­niku pick-upa. Nawet w pół­mroku roz­świe­tlo­nym uliczną latar­nią roz­po­zna­łam pro­fil Hun­tera sie­dzą­cego za kie­row­nicą. Bez zasta­no­wie­nia otwo­rzy­łam drzwi i wsko­czy­łam na miej­sce pasa­żera.

- Jedźmy, zanim ktoś nas zauważy - mruk­nę­łam na powi­ta­nie, na co uniósł brwi.

Nie wyda­wał się ura­żony tym, że pośred­nio przy­zna­łam, iż nie chcę być z nim widziana. Jego mina wyra­żała jedy­nie zain­try­go­wa­nie. Może byłam odlud­kiem, ale nie urwa­łam się z zakładu dla umy­słowo cho­rych. Wie­dzia­łam, jak działa poczta pan­to­flowa - dzięki magii plo­tek szybko sta­nę­ła­bym w cen­trum zain­te­re­so­wa­nia. Ono było mi zbędne, zupeł­nie jak fał­szywe zna­jo­mo­ści napa­lo­nych fanek Hun­tera, które zoba­czy­łyby we mnie poten­cjalną drogę do niego. To pro­sta ukła­danka.

- Jesteś nie­tu­zin­kową osóbką, Hay­ley.

- Ech, nie będę nisz­czyć two­ich fan­ta­zji - bąk­nę­łam, usa­da­wia­jąc się wygod­nie na mięk­kim fotelu. - Nie­długo sam się prze­ko­nasz, że nie ma we mnie nic nad­zwy­czaj­nego. Nuda do kwa­dratu.

Nie ode­zwał się. Lecz spo­sób, w jaki się uśmiech­nął i pokrę­cił głową, świad­czył, że ani tro­chę nie uwie­rzył w moje szczere słowa. Bie­dak dotkli­wie się prze­li­czy.

W ciągu pięt­na­stu minut zna­leź­li­śmy się w kli­ma­tycz­nym barze sły­ną­cym z muzyki na żywo. Zna­łam go z opo­wia­dań, jed­nak ni­gdy nie mia­łam moż­li­wo­ści go odwie­dzić. Może dla­tego, że zale­d­wie kilka tygo­dni temu ukoń­czy­łam wyma­gane przy wej­ściu dwa­dzie­ścia jeden lat.

Otwarta prze­strzeń od wej­ścia przy­cią­gała wzrok do dłu­giego baru, ofe­ru­ją­cego nie tylko poje­dyn­cze miej­sca na wyso­kich piko­wa­nych krze­słach, ale i łatwy dostęp do alko­holu. Wystar­czył jeden obrót krze­sła, by móc spoj­rzeć wprost na nie­wiel­kie wznie­sie­nie słu­żące za scenę, przed któ­rym wid­niała wolna prze­strzeń. Oprócz lóż przy ścia­nach można było zna­leźć sie­dzi­ska przy sto­li­kach roz­sta­wio­nych na środku lokalu. Wszystko zacho­wane w nie­jed­no­znacz­nym stylu - nie było to ele­ganc­kie miej­sce dla boga­czy, ale rów­nież nie spe­luna moto­cy­kli­stów czy stu­den­tów. Rzą­dziła tu czerń, ciemne drewno oraz neony nada­jące loka­lowi nie­dbały wygląd loftu.

- Chodź, sko­łu­jemy ci drinka - powie­dział Hun­ter, nachy­liw­szy się nad moim uchem.

Zebrał się tu cał­kiem spory tłum i mia­łam prze­czu­cie, że zja­wił się tu dla jed­nej osoby. Tej, która z dło­nią na moich bar­kach pro­wa­dziła mnie przed sobą. Banalny dotyk spra­wiał, że całe moje plecy mro­wiły od nad­miaru doznań. Palące cie­pło mie­szało się z elek­try­zu­ją­cym drga­niem.

- Twój głos jest tak słaby, że chcesz mnie upić, żeby to zatu­szo­wać? - zapy­ta­łam prze­kor­nie, zer­ka­jąc na niego znad ramie­nia.

Jego wzrok opadł na mnie w iście leni­wym tem­pie, gdy uśmiech­nął się pół­gęb­kiem.

- Zawsze jesteś taką mądra­liń­ską zadziorą? - par­sk­nął wesoło.

Wzru­szy­łam ramio­nami odzia­nymi w cienką koszulę w hafto­wane gro­chy. Top pod spodem, widoczny przez prze­zro­czy­sty mate­riał, odkry­wał kawa­łek brzu­cha. Sto­sun­kowo nie­wy­szu­kany ubiór kon­tra­sto­wał ze skó­rza­nymi spodniami i cięż­kimi butami, do któ­rych mia­łam sła­bość. Skła­ma­ła­bym, gdy­bym powie­działa, że wybór stroju nie zajął mi wię­cej czasu niż zazwy­czaj.

Oj, byłoby to wie­rutne kłam­stwo.

- Zależy, z kim mam do czy­nie­nia - odpar­łam non­sza­lancko.

Zanim Hun­ter zdo­łał zare­ago­wać na mój komen­tarz, ode­zwał się dono­śny głos. Na tyle dźwięczny, że bez pro­blemu prze­bił się przez muzykę pusz­czaną z gło­śni­ków.

- Jest i nasza gwiazda!

Patrzył na mnie przy­stojny facet za barem, przy­po­mi­na­jący replikę tych sek­sow­nych drwali wprost z maga­zy­nów modo­wych. Czarna koszula opi­nała potężną syl­wetkę we wszyst­kich wła­ści­wych miej­scach, gdy prze­cie­rał ścierką blat.

- Cześć - przy­wi­tał się Hun­ter, odsu­wa­jąc dla mnie krze­sło. Dżen­tel­men w każ­dym calu. - Ivan to Hay­ley. Hay­ley to Ivan, który będzie miał na cie­bie oko, gdy pójdę na scenę.

- Będę?

- Będzie?

Nasze głosy zlały się w jedno, gdy Hun­ter rzu­cił męż­czyź­nie spoj­rze­nie z ukosa.

- No tak, będę - wymam­ro­tał Ivan pod nosem.

Nie zwra­ca­łam na niego uwagi. Sku­pi­łam się na apo­dyk­tycz­nym muzyku, który naj­wy­raź­niej sądził, że może mną roz­po­rzą­dzać jak dziec­kiem i zała­twiać mi niańki.

- Zanim wtrąci się pani zadziora - ode­zwał się Hun­ter, nim mogłam dopo­wie­dzieć swoje zda­nie na ten temat. - To miej­sce i scenę dzieli spora prze­strzeń. Jeżeli nie chcesz wstę­po­wać w apo­geum wrza­sków, to zostań przy barze. Nie ukry­wam, że wystę­po­wa­łoby mi się o wiele lepiej z myślą, że w razie potrzeby Ivan zaopie­kuje się tobą. Chcę, żeby ten wie­czór obył się bez nie­po­trzeb­nych dra­ma­tów, a ni­gdy nic nie wia­domo z pija­nymi klien­tami. Przy­pro­wa­dzi­łem cię tutaj, co w moim mnie­ma­niu ozna­cza rów­nież odsta­wie­nie cię bez­piecz­nie do domu.

Naprawdę sta­ra­łam się zna­leźć dobry powód do sprzeczki, która odwró­ci­łaby moją uwagę od prze­szy­wa­ją­cego spoj­rze­nia nie­bie­skich oczu. Mimo to potul­nie odpu­ści­łam. Z wes­tchnie­niem opar­łam łokieć o bar i popa­trzy­łam na Ivana, który wpa­try­wał się w nas z nie­skry­waną cie­ka­wo­ścią.

- Popro­szę colę z lodem i limonką - powie­dzia­łam, nim spoj­rza­łam na Hun­tera. - Chcę na trzeźwo oce­nić twój, rze­komo nie­po­wta­rzalny, talent.

Posłał mi wil­czy uśmiech, zanim pew­nym kro­kiem ruszył w stronę sceny, na któ­rej już cze­kała na niego piękna gitara elek­tryczna w odcie­niu głę­bo­kiego gra­natu. Gdzieś po dro­dze porzu­cił skó­rzaną kurtkę, pozo­sta­jąc w bia­łym bez­rę­kaw­niku odsła­nia­ją­cym wszyst­kie tatu­aże. Poru­sze­nie, które zapa­no­wało było wyczu­walne. Wszy­scy stop­niowo prze­rwali roz­mowy, by skie­ro­wać swoją uwagę na ciem­no­wło­sego muzyka, który z kocią gra­cją poru­szał się po sce­nie. Hun­ter sta­ran­nie prze­ło­żył pasek gitary przez sze­ro­kie plecy, nim zbli­żył usta do mikro­fonu.

- Dzię­kuję wszyst­kim za przy­by­cie - ode­zwał się. - Zaczniemy dziś od cze­goś na cza­sie. Na widowni sie­dzi ktoś, komu trudno zaim­po­no­wać, więc oba­wiam się, że moje kawałki mogą jej nie zaspo­koić...

Bucze­nie roz­le­gło się w całym lokalu, na co uśmiech Hun­tera stał się jesz­cze szer­szy. Zupeł­nie jak chmara motyli w moim brzu­chu - te cho­lery zerwały się do lotu i nic nie mogłam na to pora­dzić. To była zła wróżba.

- Co nie? Też temu nie dowie­rzam, ale przy niej zaczy­nam popa­dać w kom­pleksy - powie­dział ze śmie­chem, roz­ba­wia­jąc publikę. Przy­cho­dziło mu to z łatwo­ścią i bar­dzo natu­ral­nie. - Dobrze, że macie co do tego inne zda­nie. Jed­nak nie zary­zy­kuję, że mi uciek­nie. Nie z nią. Więc pozwolę mojemu gło­sowi ją ocza­ro­wać, a póź­niej przej­dziemy do mery­to­ryki.

Sen­su­alny wydźwięk jego słów bawił się ze mną w kotka i myszkę. Pod­czas gdy sta­ra­łam się zacho­wać dystans w sto­sunku do sprzecz­nych uczuć, które we mnie wywo­ły­wał, Hun­ter bez prze­rwy go skra­cał. Każ­dym sło­wem. Każ­dym gestem. Czu­łam pod pal­cami chłód szklanki, a mimo to wnę­trze tra­wił ogień, gdy zrów­na­łam się ze wzro­kiem chło­paka. Nawet po dru­giej stro­nie pomiesz­cze­nia czu­łam na sobie jego spoj­rze­nie, gdy roz­brzmiały pierw­sze dźwięki gitary.

- I took your heart - wyśpie­wał natu­ral­nie schryp­nię­tym gło­sem, patrząc na widow­nię spod przy­mknię­tych powiek. Od razu roz­po­zna­łam utwór Labrinth. - I did things to you only lovers would do in the dark6.

Ciężko prze­łknę­łam ślinę, gdy ostat­nie zda­nie ulot­niło się z ust prze­su­wa­ją­cych się po nasa­dzie mikro­fonu.

It made you a God

Prie­sts, popes, and pre­achers would tell me I did it wrong7

Szybko prze­ko­na­łam się, w czym tkwił feno­men Hun­tera Mor­gana. Ten facet kochał się z muzyką, kochał się z gitarą, kochał się ze sło­wami i mikro­fo­nem. Wszystko, co robił szło w parze z nie­po­skro­mio­nym talen­tem i zabój­czym sek­sa­pi­lem. Był mate­ria­łem na gwiazdę - per­for­mera, do któ­rego będą wzdy­chały przy­szłe poko­le­nia nasto­la­tek, kobiet i męż­czyzn.

Pochło­nięta każdą jego pio­senką, w duchu mogłam jedy­nie liczyć, że dane mi będzie zoba­czyć jego roz­wi­ja­jącą się karierę. Bo ten facet był stwo­rzony do tego, by usły­szał o nim świat.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki