1. Pocałuj nieznajomego
1. Pocałuj nieznajomego
Jeśli kiedykolwiek zamierzasz cieszyć się życiem - teraz jest na to czas
- nie jutro, nie za rok. Dzisiaj powinno być zawsze najwspanialszym
dniem.
Thomas Dreier
Cholera. Zaraz miałam pocałować zupełnie obcego
faceta.
Siedziałam przy barze w towarzystwie wstawionej przyjaciółki, która
niczym jastrząb wodziła wzrokiem po lokalu. Przenikliwe spojrzenie
przymrużonych oczu wielu wzięłoby za nieudolną próbę flirtu, inni za
przejaw niepoczytalności. Jednak ani jedno, ani drugie nie było prawdą.
Charlotte Young nie miała żadnego problemu z udanym podrywem - wianuszek
złamanych serc, które pozostawiała za sobą, był tego namacalnym dowodem.
Do równowagi umysłowej miałam pewne obiekcje, ale opowiadałam się raczej
za niegroźnym szaleństwem. W końcu to ona była twórcą tej durnej listy.
Ona była błędem. Lista. Zadania. To wszystko było jedną wielką pomyłką.
Właśnie do tego wniosku doszłam dokładnie dwa tygodnie po moich
dwudziestych pierwszych urodzinach. Wypunktowana lista dwudziestu jeden
aktów desperacji, które rzekomo powinna zrobić każda nienudna kobieta
stała się moim wrogiem. Pod wpływem otumanienia celebracją oficjalnej
dorosłości zapragnęłam doświadczyć rzeczy, dzięki którym na koniec dnia
mogłabym powiedzieć: "żyłam pełnią życia".
Pieprzenie, odwołuję to.
Byłam gotowa opuścić ten świat jako bezbarwna postać. Do stworzenia
wspomnianego spisu doprowadziła mnie jedna łzawa rozmowa. Uświadomiła
mi, że najdziksze czasy młodości przeżyłam w skorupie totalnej nudziary.
Przynajmniej według społecznych norm. Zamiast czerpać pełnymi garściami
z życia, wybierałam komfort, spokój i bezpieczeństwo. Sedno rzekomego
problemu nie było spowodowane nieśmiałością, a przyzwyczajeniem do
spokojnej rutyny wpojonej mi przez nadopiekuńczych rodziców. Byłam
dorosła, jednak minione lata sprawiły, że stałam się ostrożna - wręcz do
bólu przewidywalna. Zmienienie czegoś w tej monotonii wydawało się
zbyt pracochłonne, a przede wszystkim ryzykowne.
Wysnute wnioski doprowadziły mnie tutaj. Do modnego baru przesiąkniętego
oparami papierosów i alkoholu. W dniu urodzin dałam się złapać w pułapkę
własnych myśli, tych obaw, i wraz z pijaną Charlotte spisałam na
serwetce wszystkie rzeczy, których według niej powinnam doświadczyć.
Niech mnie dunder świśnie. Mnie i moje skamieniałe serce - raz,
dokładnie raz, pozwoliłam sobie na dopuszczenie do siebie
nieuniknionego i skończyłam z marną manifestacją żałości.
- Co myślisz o gościu siedzącym przy drzwiach? - zapytała śpiewnie
Charlie.
Wspomniany facet zajmował boks bezpośrednio przy wyjściu. Nawet ze
sporej odległości mogłam dostrzec błyszczący zegarek na jego nadgarstku
pasujący do błękitnej koszulki polo. Rasowy bufon z wyższych sfer. Nie
chodziło o to, co miał, ale sposób, w jaki to pokazywał. Z wyniosłością.
Z leniwą pychą. Odkąd weszłyśmy do baru przeczesał nażelowane włosy co
najmniej dwa tuziny razy, by z manierą eksponować błyskotkę na ręce.
Wszystko, byleby zwrócić na nią uwagę.
- Skupiony na sobie, a to, gdzie siedzi sugeruje, że szuka panienki na
jedną noc - powiedziałam nonszalancko, bawiąc się słomką w szklance. -
Wiesz, szybkie wyjście i szybki seks.
Charlotte przewróciła oczami.
- Twoje zdolności odczytywania ludzkich intencji nigdy nie przestaną
mnie zadziwiać - mruknęła kpiąco, okręcając się na barowym stołku. - A ten?
Wychyliłam się ze swojego miejsca przy kontuarze baru, by móc spojrzeć
na przystojnego okularnika siedzącego przy pobliskim stoliku. Przez
chwilę nie odzywałam się, po prostu obserwowałam. Rękoma nie dotykał
niczego, a każde sięgnięcie po piwo było starannie przemyślanym ruchem.
Schludna biała koszula w prążki nie miała żadnego widocznego wgniecenia
i była zapięta na ostatni guzik.
- Pedant - odparłam szybko. - Trochę znerwicowany, co oznacza, że
najprawdopodobniej zakochałby się we mnie od pierwszego wejrzenia, a jeszcze prędzej uciekłby stąd z krzykiem.
- Jesteś niemożliwa - roześmiała się Charlotte nieskrępowanie i pełną
piersią, co wyraźnie zwróciło uwagę kilku klientów. Nie żeby się tym
przejmowała, była zbyt skupiona na skanowaniu pomieszczenia. Ostrożnie i z dużo większą rozwagą. Przynajmniej taką, na którą pozwalał jej czwarty
drink. - A tamten?
Dyskretnie spojrzałam przez ramię na kraniec lokum. Z rosnącym
zaintrygowaniem przyjrzałam się miejscu, w którym siedział mężczyzna
zatopiony w papierach leżących na stole. Frustracja przecinała ostre
rysy, ale nawet ona nie odejmowała mu urody. Mocno zarysowana twarz o wydatnych kościach policzkowych nadawała mu podobieństwo do Johnny'ego
Deppa - jego młodszej wersji, acz nienagannie przystojnej. Wytatuowanie
się od czubków palców po szyję było śmiałym posunięciem, które
niezaprzeczalnie zapewniało mu masę spojrzeń. Był gorący w ten ponętnie
niebezpieczny sposób. To typ faceta, przed którym uprzedzone mamuśki
chowały swoje córki. A gdyby nie stojące przy nim piwo, powiedziałabym,
że był wariatem chcącym uczyć się w tętniącym nocnym życiem barze. A może tak właśnie było, trudno ocenić. Odwróciłam się w momencie, gdy
przeczesał dłonią ciemne włosy, podnosząc wzrok znad porozrzucanych
kartek.
- To ten - stwierdziła przyjaciółka. Brzmiała lekko bełkotliwie, co
podpowiadało mi, że niedługo będziemy musiały się stąd ulotnić. - Wiem,
że tak. W ciągu dziesięciu sekund nie wymieniłaś tego swojego
psychologicznego spisu jego wad.
Skłonności do przesadnej analizy ludzi nabyłam lata temu. W tamtych
okolicznościach patrzenie na otaczające mnie osoby było jedyną z nielicznych rozrywek, jednak z czasem przybrało formę fascynującego
dziwactwa. Niektóre z pseudodiagnoz zalatywały hipokryzją, być może
mijały się z prawdą, ale stały się nieodłączną częścią mnie.
Obserwowałam ludzi i przypisywałam im cechy osobowości na podstawie ich
zachowania, tików nerwowych, czy też sposobu w jaki się prezentowali.
Bardziej celnie lub czasem błędnie. Po prostu patrzyłam. Niewiele osób
to robiło. Oni patrzyli, ale nie widzieli.
Tym, co tak zainteresowało mnie w nieznajomym był fakt, że nie
potrafiłam go rozgryźć. Nie chodziło tu o jakąś niezdrową mroczną aurę -
wbrew pozorom nie ulegałam stereotypom. Ktoś mający tatuaże nie musiał
być od razu klasyfikowany jako niegrzeczny chłopiec. Po prostu było w nim coś takiego, co nie pozwalało mi odwrócić od niego spojrzenia, a jednak nie umiałam go opisać. Wrzucić go do jakiejkolwiek kategorii.
Nie zdawałam sobie sprawy, że się poruszam. Dopiero gdy zsunęłam się ze
stołka, a podeszwy wojskowych butów przylepiły się do brudnej podłogi,
dotarło do mnie, że naprawdę to robię.
- Łyknij sobie po raz ostatni, bo gdy to zrobię, wychodzimy -
powiedziałam, na co Charlie uniosła kciuk w górę.
Nie mogłam uwierzyć, że posuwałam się do tak głupich i szczeniackich
kroków. Jednak szłam przed siebie. Prosto i niezachwianie, mimo że moje
serce waliło jak młotem, jakby za chwilę miało wydostać się z piersi.
Stresowałam się, jakbym miała zaraz przeżyć swój pierwszy pocałunek. Pod
pewnym względem był nim. Tym pierwszym. Dlatego właśnie znalazł się na
liście - pocałuj nieznajomego - ponieważ jeszcze nigdy nie miałam
okazji pocałować kogoś bez poznania wcześniej choćby jego imienia.
Przeciskałam się między zebranymi, póki nie dzieliły mnie od jego
stolika mniej niż trzy stopy. Z bliska wyglądał jeszcze lepiej, a gdy
podniósł wzrok, momentalnie nabrałam ochoty, żeby się do niego zbliżyć i jednocześnie uciekać jak najdalej. Nie stchórzyłam, mimo że patrzył na
mnie, jakby wiedział, co mam zamiar zrobić - a nie mógł wiedzieć. Czegoś
takiego nie dało się przewidzieć. Oddychałam ciężko, z trudem. A potem
wszystko potoczyło się błyskawicznie.
W jednej chwili stałam w przestrzeni jego boksu, a następne co
pamiętałam, to dotyk ciepłych ust. Nieznajomy zamarł zaskoczony, a w sekundzie, gdy spętana niezręcznością chciałam się odsunąć, odwzajemnił
pocałunek. I to jak. Z pasją. Z mocą. Pod palcami dotykającymi jego
policzka czułam drapiący zarost, gdy wpił się w moje usta. Nasze języki
splątały się, posmakowałam piwa i czegoś słodkiego, jakichś cukierków.
Zawisłam nad nim, z kolanem wspartym o kanapę, a jednak miałam wrażenie,
że to on góruje nade mną. To był rodzaj pocałunku, który odczuwało się
całym ciałem - odbierał dech, elektryzował skórę i oszałamiał. Sprawiał,
że chciało się więcej i więcej.
Z ociągnięciem oderwałam się od jego warg, potrzebowałam powietrza, choć
jednocześnie nie byłam gotowa na rozłąkę. Z dłonią płasko rozłożoną na
twardej piersi, swoją drogą nie wiedziałam jak się tam znalazła, tak jak
palce zatopione w moich włosach, otworzyłam ciężkie powieki. Dzieliły
nas cale, które pozwoliły mi zderzyć się z lodowatoniebieską otchłanią,
jaką były jego tęczówki. Jeszcze nigdy nie widziałam takiego koloru
oczu. Szeroka pierś opadła gwałtownie, gdy patrzył na mnie pociemniałym
wzrokiem. Miałam papkę z mózgu - ja, Hayley Flores, czułam się, jakby
odebrano mi możliwość logicznego myślenia.
- Dzięki - szepnęłam, prostując się powoli. Ręce opadły, dystans
pogłębiał się i niczego tak bardzo nie pragnęłam, jak wrócić do
poprzedniej pozycji.
Ten pocałunek mnie ogłupił, hormony i endorfiny robiły swoje - to było
jedyne racjonalne wytłumaczenie mojego zachowania. Chciałam po prostu
odejść. Bez tłumaczeń. Bez oglądania się za siebie. Bez rozważania tego,
jak bardzo byłam rozpalona.
Nie pozwolił mi na to.
- Dzięki i tyle? - wymamrotał, przesuwając palcem po napuchniętej
wardze. Ten sensualny gest przyprawił mnie o dreszcze. - Właśnie mnie
pocałowałaś, jakby nie miało być jutra i odchodzisz?
- Owszem - potaknęłam z wymuszoną nonszalancją, ledwie panując nad
uśmiechem.
Świadoma, że ucieczka byłaby najlepszym rozwiązaniem, odwróciłam się do
niego plecami i zrobiłam pierwszy krok. To było zbyt emocjonujące
przeżycie, oszałamiające tak dogłębnie, że odczuwałam je na zbyt wielu
poziomach.
- Możesz mi przynajmniej zdradzić swoje imię, złodziejko oddechów?
Zatrzymałam się jak zaklęta. Nie nazwał mnie złodziejką całusów czy
pocałunków. Nazwał mnie złodziejką oddechów.
- Hayley - powiedziałam, spoglądając na niego przez ramię, by móc po raz
ostatni napawać się jego niewymuszonym pięknem. - Mam na imię Hayley.
Nie zaczekałam na jego odpowiedź.
Coco Chanel głosiła słynną frazę mówiącą, że najlepszym kolorem na
świecie jest ten, który dobrze wygląda na nas samych. Miała trochę
racji, ale gdybym w tak błahych sprawach patrzyła na to, co mówią inni -
nawet ikona stylu - byłabym cholernie pospolitym człowiekiem.
Siedziałam ze skrzyżowanymi nogami na podłodze wyłożonej poplamionym
prześcieradłem, otoczona istnym bałaganem. Właśnie po raz trzeci w tym
miesiącu farbowałam pasemka włosów. Od lat była to moja rutyna, jedyne
wyjście poza ramy "zwyczajności" - nie żeby to było jakieś nadzwyczajne
i szczególnie szaleńcze działanie.
- Jaki kolor tym razem? - zapytała Charlie, opierająca się o futrynę z ramionami skrzyżowanymi na piersiach.
Sprawnie przesuwając pędzlem po wydzielonym kosmyku, spojrzałam na nią w odbiciu lustra. Rdzawe fale opadały gładko tuż nad jej biodra, idealnie
ułożone i błyszczące. Taka właśnie była Charlotte - nienaganna w swoim
pięknie. Podczas gdy mnie, z moimi miodowymi kosmykami porównywano do
ładnej dziewczyny z sąsiedztwa moja przyjaciółka była podstępną lisicą
kradnącą serca.
- Niebieski - odpowiedziałam. - Hinduski kolor płodności, i jakże
przewrotnie, wojny.
Charlotte roześmiała się dźwięcznie.
- Niech zgadnę - mruknęła kpiąco. - Ty skłaniasz się ku temu drugiemu.
- Jasna sprawa. - Posłałam jej szeroki uśmiech.
Godzinę później przemierzałyśmy ramię w ramię ruchliwy kampus
Uniwersytetu Miami, Coral Gables, gotowe na cotygodniową dawkę nauki.
Studia pielęgniarskie dawały nam w kość, szczególnie na ostatniej
prostej - prawie cztery lata katorgi uniwersyteckiej były dopiero
wstępem do owocnej kariery. Dosłownie kosztowały nas krew, pot i łzy,
ale świadomość, że za mniej niż trzy miesiące będę trzymała w swoich
dłoniach długo wyczekiwany dyplom, sprawiała, że czułam się błogo. Jakby
wszystkie semestry pełne wyrzeczeń nie istniały. Byłam stypendystką, co
było jednoznaczne z tym, że musiałam utrzymać odpowiednią średnią, by
zachować miejsce na uczelni. Charlotte, mimo że otrzymała niezależność
płynącą z opłacenia nauki przez rodziców, nigdy nie pozwoliła sobie na
odpoczynek. Za to ją kochałam. Wspólne studia oznaczały również wspólny
cel, a wzajemne wsparcie było tym, co pomogło nam dojść razem tak
daleko.
Z naręczem toreb wypakowanych książkami pchnęłam drzwi do biblioteki, w której panowała wręcz nienaturalna cisza. Tutaj nie istniało coś
takiego, jak dźwięk inny niż stukot klawiszy laptopa bądź kliknięcia
długopisów i drapanie rysików o kartki. Każdy odgłos niepasujący do tej
symfonii był traktowany jako zbrodnia. Charlotte szła przede mną, jakby
miała kij w tyłku - sztywno i ostrożnie, niczym na musztrze wojskowej.
Pokręciłam głową z uśmiechem. To był jej czteroletni nawyk. Dokładnie od
pierwszego dnia tutaj, gdy potknęła się o własne nogi i z hukiem upadła
na ziemię, skupiając na sobie gniew kilkudziesięciu studentów. Prócz
kilku siniaków zyskała również traumę, która przez pierwsze kilka
tygodni studiów nie pozwalała jej wejść do uczelnianej biblioteki.
Przyjaciółka rozluźniła się, dopiero gdy zamknęłyśmy za sobą drzwi do
dźwiękoszczelnego pomieszczenia. Pokój podlegał rezerwacji przez grupy
potrzebujące miejsca do nauki, w którym swobodnie mogą rozmawiać. Reszta
biblioteki była cichą strefą. Bezpośredni dostęp do książek i określony
czas na odbębnienie obowiązków pozwalał zmobilizować się do pracy.
- To niczym droga przez mękę - mruknęła Charlie, opadając na krzesło. -
Za każdym razem mam wrażenie, że jest, kurwa, coraz dłuższa.
- Czyż nie jesteś melodramatyczna?
- Powiedz to mojemu tyłkowi - sarknęła. - Jestem pewna, że zrobił
wgłębienie w podłodze, w miejscu gdzie upadłam.
Prychnęłam pod nosem, nim rozsiadłam się na krześle obitym miękką
poduszką i zaczęłam porządkować podręczniki, podczas gdy przyjaciółka
wyciągnęła kawę oraz przekąski. Miałyśmy określony i spójny tryb pracy
wyrobiony przez lata. Wieloletnia przyjaźń nauczyła nas żyć w pełnej
symbiozie, a co za tym idzie, czasami działałyśmy niczym jeden organizm.
Moje słabości neutralizowała siła Charlie, a słabości Charlotte
neutralizowałam ja. Właśnie dlatego mogłyśmy pozwolić sobie na miano
najlepszych studentek na roku.
Opuściłyśmy bibliotekę tuż przed zachodem słońca. Niebo spowił półmrok
pomarańczoworóżowej poświaty, która rozrastała się nad przeszkloną wieżą
zegarową i monumentalnymi palmami. Przystanęłam na moment, by móc
podziwiać rozpościerający się widok i ruszyłam za przyjaciółką wgapioną
w ekran komórki. Floryda była pięknym stanem, ale to jego wybrzeże
skradło moje serce, Miami. Mieszczący się tam uniwersytet w swoim sercu
chował jezioro Osceola, a z nabrzeża kampusu Virginia Key roztaczał się
widok na malownicze wody laguny Biscayne Bay. Większość budynków była
zachowana w nowoczesnym i ekstrawaganckim stylu, tworząc małą metropolię
przyszłości.
- Naprawdę nie masz zamiaru wspominać o tamtym wieczorze? - zapytała
niespodziewanie Charlie, na co zdecydowanie pokręciłam głową. Doskonale
wiedziałam, o co jej chodziło. - Nawet za cenę podania nazwiska faceta,
z którym wymieniłaś ślinę?
Pomachała telefonem, na którym wychwyciłam fotografię przystojniaka z baru. Najwyraźniej to robiła przez ostatnie dni. Szukała namiarów na
mojego nieznajomego, pełna żalu, że sama nie poczekałam, aby choćby
usłyszeć jego imię. Dla mnie był to temat zamknięty. Przynajmniej
wmawiałam to sobie, szczególnie intensywnie w samotności, gdy mimowolnie
odtwarzałam w głowie tamten pocałunek.
- Nawet wtedy - odpowiedziałam spokojnie, mimo że narastała we mnie
ciekawość.
Urywki wspomnień tej feralnej nocy przyspieszyły rytm mojego żałosnego
serca. Byłam cholernym mięczakiem. To nie było do mnie podobne - całe to
roztrzepanie i emocjonalny bajzel. Nienawidziłam się za to, ponieważ
wiedziałam, że jeśli poddam się temu, z czasem będzie tylko gorzej.
Ciężej.
- Wielka szkoda - mruknęła. - Dobrze byłoby znać imię faceta, z którym
zaraz się skonfrontujesz.
- Co? - wydusiłam w tym samym momencie, w którym go zobaczyłam.
W naturalnym świetle wyglądał jeszcze lepiej niż w ostrych jarzeniówkach
baru. Szedł w naszym kierunku pewnym krokiem, z futerałem do gitary
przewieszonym przez ramię. Pełen niewymuszonego seksapilu i męskości.
Szlag by to trafił! A mogłam pocałować bogatego gogusia...
Może wtedy uniknęłabym ślinienia się na widok wytatuowanego
nieznajomego. Był postawny w swoich ponad pięciu stopach wysokości i wyraźne umięśniony. Ciemna koszulka współgrała z tatuażami tworzącymi
rękaw, które oplatały jego skórę skomplikowanym wzorem, a spodnie w stylu cargo nadawały mu dodatkowej drapieżności. Za chwilę miałam się
również przekonać, że doskonale podkreślały jego tyłek. Nie uważałam się
za przesadnego tchórza, ale z jakiegoś powodu naszła mnie przemożna chęć
ucieczki. Dosłownie, zabrania nóg za pas i przemierzenie sprintem
trawnika prowadzącego w przeciwną stronę. Obserwował mnie tym
przeszywającym spojrzeniem niebieskich oczu, jakby wszystko o mnie
wiedział. Jakby znał moje najmroczniejsze tajemnice. Stałam jak zaklęta,
wpatrzona w niego, a dzieliło nas zaledwie kilka kroków. Nie byłam
pewna, czy to była jakaś gra spojrzeń - kto pierwszy odwróci wzrok,
przegrywa - ale niech mnie coś trafi, jeśli miałabym się spłoszyć niczym
tchórzliwe cielę.
- Dzięki, Charlotte - odezwał się, nie oderwawszy ode mnie wzroku.
Zmarszczyłam zdezorientowana brwi, i wtedy uderzyła we mnie gorzka
prawda. Zdrada. Popatrzyłam wilkiem na przyjaciółkę. Podła lisica, żeby
nie powiedzieć łasica. Nieświadomie wpadłam w pułapkę własnej
przyjaciółki, która czegokolwiek by nie miała na celu, zapłaci za to
prędzej czy później. Niech ją tylko dorwę.
- Charlie, co ty zrobiłaś? - warknęłam, na co niespeszona posłała mi
całusa. Przez ramię, ponieważ w najlepsze pędziła ścieżką, by znaleźć
się z dala od pola rażenia mojej złości. - Zabiję cię!
- Ja też cię kocham! - zawołała, machając do mnie palcami.
Zdrajczyni. Zacisnęłam usta, odwróciłam głowę i ponownie zrównałam się z magnetycznymi tęczówkami, które iskrzyły wesoło. Wyraźnie bawiła go ta
sytuacja. Szkoda, że był w tym osamotniony.
- Skoro zostaliśmy sami - mruknął przystojny intruz - może nareszcie
dowiem się, co skłoniło cię do rzucenia się na mnie w barze i ulotnienia, nim mogłem się przedstawić. Twoja przyjaciółka powiedziała,
że osobiście wyjaśnisz mi tajemnicze zadanie z listy, która
pokierowała cię do zrobienia tego.
To nie była podstępna lisica, ba, nawet nie łasica. Tylko cholerny
szczur.
- Była przyjaciółka - wymamrotałam pod nosem, na co uniósł kącik ust.
- Charlie stanowczo zbyt wiele obiecuje. Na szczęście jej obietnice mnie
nie obowiązują.
Roześmiał się ochryple, kręcąc z politowaniem głową.
- Czyż nie jesteś rozkoszną zadziorą? - zapytał głębokim głosem, przez
co zmrużyłam powieki. - Nie patrz tak na mnie. To ja powinienem być
zirytowany. W końcu to ty zawróciłaś mi w głowie jednym pocałunkiem...
Uchyliłam usta zaskoczona tą bezpośredniością. Akurat musiałam trafić na
kogoś nieliczącego się ze słowami - to niczym rzucenie mi wyzwania.
Zaintrygowanie jego osobą wzrosło do poziomu, w którym nie potrafiłam
racjonalnie myśleć. Pierwszy raz spotykałam się z tak mącącym uczuciem i nie byłam z tego powodu zadowolona. Ani trochę.
- Od trzech miesięcy nie potrafiłem stworzyć żadnego nowego tekstu, a od
zajścia w barze nie rozstaję się ze swoim zeszytem do piosenek -
kontynuował. - Nie wierzę w przeznaczenie i magię, ale niezależnie jak
to kiczowato zabrzmi, ktoś mi cię zesłał, żebyś stała się moją muzą,
Hayley Flores.
Jego głos wahał się między powagą, a kpiną.
- Urocza przemowa - prychnęłam. - Wręcz porywająca, ale tak się
składała, że nie potrzebuję tego rodzaju czaru w moim życiu.
Ironiczna gra słów. W rzeczywistości zapłaciłabym każdą cenę, by magia
istniała, a wraz z nią pewne czary. Takie, które graniczyły z cudem.
- Zapieraj się, ile chcesz, ale nie należę do osób łatwo się poddających
- powiedział nonszalancko, niespeszony moją postawą. - Zawsze byłem
dobry w zdobywaniu tego, czego pragnę.
Zmrużyłam powieki. Też mi coś. Ten facet był ewidentnie zbyt pewny
siebie.
- Skoro wiążesz ze mną takie plany, to może w końcu się przedstawisz? -
zapytałam sarkastycznie, przekrzywiając głowę. - Czy mam cię nazywać
pyszałkowatym nieznajomym?
Uśmiechnął się szeroko i niech mnie cholera, ten facet był naturalnie
niezdrowo przystojny, ale uśmiechnięty zapierał dech.
- Hunter Morgan.
Wystawił przed siebie wytatuowaną dłoń, którą z ociąganiem potrząsnęłam.
Elektryczna iskra przemknęła wzdłuż mojego kręgosłupa w tej sekundzie, w której moje palce zniknęły w jego uścisku. Jakżeby inaczej. Przecież nie
mogłam zwyczajnie pozostać obojętna, ktoś u góry musiał się świetnie
bawić.
- Powiedziałabym, że mi miło, ale nie lubię kłamać - mruknęłam
brawurowo, na co uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Nie wiedziałam, z kim mam do czynienia. Przynajmniej nie od razu.
Zapewne zawdzięczałam to studenckiej bezczynności i nudziarstwie, ale
dopiero przemierzając w towarzystwie Huntera wąskie ścieżki kampusu,
złożyłam w całość wszystkie fakty. Pokrowiec gitary, dziwnie znajome
nazwisko i sposób, w jaki wodzono za nim wzrokiem pozwoliły mi
zrozumieć, że miałam koło siebie przyszłą gwiazdę muzyki. Chyba nawet
największy uczelniany odludek słyszał o chłopaku, którym rzekomo
interesowały się największe wytwórnie muzyczne. Solowy wykonawca
porównywany był do Eda Sheerana, Lewisa Capaldi i Shawna Mendesa w jednym. Innymi słowy: światowych wokalistów, których talent powalał na
kolana.
- Historia jest krótka, żenująca i nieszczególnie ciekawa - powiedziałam
spokojnie. - W dniu urodzin, za sprawą ckliwych rozmówek zrozumiałam, że
jestem cholernie przewidywalna. Pijana przyjaciółka, którą miałeś
przyjemność spotkać, spisała listę rzeczy, które potencjalnie powinna
zrobić każda nastolatka. Na niej znalazł się punkt z pocałunkiem
nieznajomego, i bam, przypadkowo padło na ciebie.
Hunter, z rękoma schowanymi w kieszeniach spodni, obserwował mnie kątem
oka. Spodziewałam się niepohamowanego wybuchu śmiechu czy lawiny kpin,
jednak on zachował nonszalancką powagę. Jakby to nie było nic
nadzwyczajnego.
- Coś jak lista rzeczy, które chcesz zrobić przed śmiercią...
- Coś w tym stylu - zgodziłam się.
- Rozumiem - odparł Hunter. Jeśli jego zrozumienie było dla mnie dziwne,
to nie umywało się ono do słów, które padły później. - W takim razie
pomogę ci ją wypełnić.
Zatrzymałam się gwałtownie. Kwiecista sukienka zafalowała dookoła moich
ud pod wpływem impulsywnego ruchu, gdy wbiłam spojrzenie w rozluźnionego
chłopaka.
- Co? - wymamrotałam ze zmarszczonymi brwiami. - Nie przypominam sobie,
żebym wywieszała ogłoszenie o treści: "potrzebuję kompana do wykonania
durnych zadań z jeszcze durniejszej listy".
Hunter uśmiechnął się szerzej na mój wybuch.
- Tak się składa, że Charlotte podała mi kolejny punkt z twojej listy -
powiedział, na co westchnęłam. Cholerna zdrajczyni. - Podobno jesteś
krytykiem muzycznym, którego trudno zadowolić. Mogę cię zapewnić, że
mnie się to uda, więc potraktuj to jako obopólną pomoc. Ty wspomożesz
moją wenę twórczą poprzez swoją małą przygodę z listą, a ja stanę się
twoim pomagierem w jej wypełnieniu.
- Podziękuję - bąknęłam.
- Jak chcesz. - Wzruszył ramionami. - W takim razie o świcie spodziewaj
się mojej wizyty pod swoim oknem, gdzie będę śpiewał miłosne ballady, aż
cały akademik cię znienawidzi. Dopóki nie zmienisz zdania.
Przewróciłam oczami na ten nieudolny blef.
- Powodzenia - prychnęłam prześmiewczo. - Najpierw znajdź mój akademik,
potem miejsce, w którym znajduje się moje okno.
Z pewnym siebie uśmiechem sięgnął po telefon, jego palce przez chwilę
błądziły po ekranie, nim z triumfalnym mruknięciem schował urządzenie.
- Zdaje się, że twoja przyjaciółka jest po mojej stronie - powiedział
wesoło. - Adres już mam, a w twoim oknie zawiśnie stanikowy maszt, żebym
wiedział, gdzie śpiewać.
Zacisnęłam usta, założywszy ramiona na piersiach.
- Oboje jesteście niepoważni - warknęłam. - Założyliście jakieś
sprzymierzenie przeciw mojej osobie?
Hunter, nieprzejęty moją irytacją, wyciągnął z kieszeni opakowanie
karmelowych cukierków, na których widok zaległa mi gula w gardle.
Zagadka rozwiązana - nimi smakował nasz pocałunek. Zachęcająco wystawił
w moją stronę karmelki, a gdy gestem głowy odmówiłam, odpakował cukierka
i wrzucił go do ust.
- No weź, będzie fajnie - powiedział niewinnie. - Nawet pozwolę na
kolejne napaści na moje usta, jeśli to zachęci cię do zgody.
Przewróciłam oczami na jego szczeniactwo.
- Mam wypełniać swoją listę, a nie twoje marzenia - odgryzłam się, na co
roześmiał się szczerze.
Jego śmiech był hipnotyzujący w swojej prawdziwości. Nie był sztuczny
czy wymuszony, gdy się śmiał, to pełną piersią, pokazując szereg
prostych zębów. To niepokojące, jak bardzo był idealny - nie tylko pod
względem wyglądu, ale i charyzmy, którą bezapelacyjnie posiadał.
- Racja - zauważył roztropnie. - Czyli bez obmacywania. Wchodzisz w to?
Nie miałam pojęcia, co mną kierowało. Może to było echo tych wszystkich
odmów, które słyszałam w głowie, gdy przyjaciółka starała się mnie
przekonać do kolejnego wyjścia. Bądź pogłos rodziców niegdyś
zamartwiających się każdym moim krokiem. Wspomnienie tej depresyjnej
niemocy z przeszłości. A może chciałam posmakować dzikości.
- Łączy nas dwadzieścia zadań, po nich każde idzie w swoją stronę.
Znalezienie racjonalnego wyjaśnienia mojej decyzji było daremne. Lecz
jakimś sposobem zawarłam pakt na szaloną przygodę życia z dopiero co
poznanym facetem. Podświadomie wiedziałam, że jej koniec nie przyniesie
niczego dobrego, ale po prostu skoczyłam na głęboką wodę.
Patrzył na mnie, wręcz przeszywał spojrzeniem i nie byłam mu w tym
dłużna. Przyciąganie między nami było namacalne. Wibrowało przez moje
kości, po mięśnie i ścięgna, jakby w próbie pchnięcia mnie do przodu.
Prosto w jego ramiona.
- Stoi.
Kiedyś nie przypuszczałam, że jedno słowo mogło brzmieć jak wyrok, a jednak znów go kosztowałam i chyba pierwszy raz lubiłam jego smak.
Zgoda na to szaleństwo nie zmniejszała kiełkującej złości. Wparowałam do
akademika niczym burza. Gdybym znajdowała się w kreskówce, nad moją
głową unosiłyby się ciemne chmury gradowe. Rozejrzałam się po studiu, w którym mieścił się niewielki aneks kuchenny połączony z salonem oraz
para drzwi prowadząca do osobnych sypialni.
Nie musiałam długo szukać Charlotte. Leżała skulona na welurowej
kanapie, wgapiona w telewizor, na którym leciała denna komedia
romantyczna. Mimo że trzasnęłam drzwiami w teatralnym geście ukazania
swojej furii, nawet na mnie nie spojrzała. Przynajmniej póki nie
zasłoniłam jej sobą widoku na ekran.
- Ej! - zaprotestowała z jękiem.
Nieudolnie próbowała dojrzeć dalszą akcję, wychylając się przez szeroki
podłokietnik.
- Ej? - zapytałam ze zmrużonymi powiekami. - Może lepiej powiedz mi, co
ci odbiło? Pisanie za moimi plecami do Huntera, co do diabła? Nie miałaś
prawa!
Rudowłosa zacisnęła usta wyraźnie speszona, co w jej przypadku było
rzadkością. Zazwyczaj nie przejawiała przesadnej skruchy, gdy nabroiła,
z kolei ja nieczęsto okazywałam irytację. Charlie lubiła działać pod
wpływem impulsu, a gdyby miała przepraszać za każde głupstwo, którego
się dopuściła, nie wystarczyłoby jej czasu na życie.
- Nie mogłam się powstrzymać - westchnęła. - To było silniejsze ode
mnie. Nawet porządnie wstawiona dostrzegłam kotłującą się między wami
chemię, te latające iskry, serduszka nad głowami. Zasługujesz na
przeżycie szalonego romansu...
Roześmiałam się gorzko.
- Czy ty się słyszysz, Charlie? - odparłam. - Jaki romans? Pominę absurd
całej tej sytuacji. Zastanawiałaś się może, co będzie potem?
Zacisnęła usta. Moja przyjaciółka była chodzącą sprzecznością. Mimo
piękna nie była stereotypową wyniosłą suką: ogniste włosy nie określały
jej charakteru. Nie można było nazwać jej skromną, ale pod pewnością
siebie kryła niesamowitą wrażliwość. Taką, która niejednokrotnie
przysporzyła jej przykrości. Charlie była niepoprawną romantyczką, która
przebytymi związkami i wianuszkiem złamanych serc maskowała usilną próbę
znalezienia tego jedynego. Pragnęła miłości wyjętej prosto z filmów i przesłodzonych książek leżących na jej półkach. Równie mocno dla siebie,
co dla mnie.
- Oczywiście, że nie - ciągnęłam, dalej poburkując. - Hunter jest dobrze
rokującym muzykiem, który zapewne niedługo podpisze kontrakt i wyjedzie
w trasę. Gdzie w tym planie uwzględniasz mnie?
Nie odważyłam się wymienić głośno powodu, który doszczętnie przekreślał
jej wyśnioną przyszłość. Tej, w której żyłam długo i szczęśliwie z Hunterem. Nie chciałam pogarszać sytuacji. Z frustracją odetchnęłam
głęboko, pocierając pulsujące bólem skronie, zanim na resztę wieczoru
zamknęłam się w swoim pokoju.
I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od pocałunku z nieznajomym.
2. Przeżyj porywający koncert
2. Przeżyj porywający
koncert
Jak piosenka, którą w duchu nucimy; jak kochanie kogoś, kogo nie można
mieć.
Janet Fitch, Biały oleander2
Hunter Morgan był niczym piosenka, której nie
mogłam pozbyć się z głowy. Taka, której tekst zapadał głęboko w pamięć.
Niczym słodka melodia motająca serce, w której rytm tańczyło całe moje
życie.
Leżałam na łóżku, wgapiając się w ekran telefonu, na którym widniała
wiadomość od Huntera. Widzimy się w piątek o dziewiętnastej, przyjadę
po Ciebie. Patrzyłam na to jedno zdanie, jakby napisał je sam szatan. Z westchnieniem chwyciłam urządzenie, by odrzucić je na kołdrę. To był
cholernie zły pomysł, ale wycofanie się nie wchodziło w grę - nie
pozwalały mi na to zaciekawienie jego osobą i hartem ducha. Nie chciałam
wyjść na słabą, na kogoś, kto ucieka od niezobowiązującej propozycji,
ponieważ przeraża go sposób, w jaki reaguje na jednego faceta. Co to, to
nie. Było to idiotyczne, wręcz bipolarne zachowanie?
Owszem, ale niech mnie cholera, jeśli dam się zwieść własnym słabościom
- a on nią akurat był. Może w tamtym momencie, pełna wątpliwości przez
jednego SMS-a, jeszcze nie byłam tego świadoma. Lecz w końcu
zrozumiałam, że znajomość z nim przysporzyła mojemu sercu to, od czego
zawsze uciekałam.
Charlotte długo nie pokusiła się wczoraj o wejście do mojej sypialni.
Znała mnie zbyt dobrze. Po niektórych kłótniach, szczególnie
wynikających z jej błędów, potrzebowałam czasu na ochłonięcie. Jednak
ciche pukanie o poranku nie było niczym dziwnym - spodziewałam się tego.
Rdzawa czupryna pojawiła się w uchylonych drzwiach, a po upewnieniu się,
że nie śpię, otworzyła je na oścież.
- Przyniosłam gałązkę oliwną, białą flagę, czy jak to tam się mówi -
mruknęła nieśmiało Charlie, wchodząc do środka z tacą obładowaną
naczyniami. - Przeprosinowe śniadanie...
Obserwowałam ją z uparcie beznamiętną miną, byle jeszcze chwilkę ją
podręczyć, nim pozwoliłam sobie na uśmiech, który odwzajemniła z wyraźną
ulgą.
- Mogę przystać na takie wyrazy skruchy - powiedziałam, widząc talerz
rumianych naleśników z owocami.
Charlie przysiadła na brzegu łóżka, bawiąc się własnymi palcami.
- Przepraszam za akcję z Hunterem - odparła już pewniejszym głosem. - To
było naprawdę denne posunięcie. Nie powinnam była go szukać, kiedy
wyraźnie powiedziałaś, że tamta noc to przeszłość. W ogóle nie powinnam
zastawiać na ciebie tej całej pułapki.
- I podawać mu naszego adresu zamieszkania - dodałam sarkastycznie, na
co parsknęła.
- Za to też przepraszam.
- Równie dobrze mogłaś dać go psychopacie - zauważyłam z pełną buzią.
Gracja w najczystszej postaci. - Choć w sumie, kogo ze mnie to czyni,
skoro zgodziłam się, żeby towarzyszył mi w wypełnianiu zadań.
Charlotte uniosła brwi wyraźnie zaskoczona takim obrotem akcji.
- Naprawdę?
- Yep - potaknęłam. - Niestety ugięłam się pod naporem szantażu.
Słuchanie ballad pod oknem to ostatnia rzecz, jakiej potrzebuję. -
Charlotte się roześmiała.
- To była jego groźba? - zapytała z niedowierzaniem, na co potaknęłam. -
Nieźle. Jednak jeśli naprawdę tego nie chcesz, wyciągnę cię z tego.
Wiesz, znajdę na niego brudy i pod pretekstem ukazania ich światu...
- Jest w porządku - przerwałam plan rodem z bajek dla dzieci. - Nie
podoba mi się sposób, w jaki został w to zamieszany, ale poradzę sobie z nim.
Pozostawała mi jedynie nadzieja, że zapalczywe próby przekonania do tego
samej siebie sprawią, że przeświadczenie przekształci się w rzeczywistość.
Kilka godzin później pędem, przed którym protestował mój przemęczony
organizm, gnałam przez kampus w celu jak najszybszego znalezienia się w Nicklaus Children's Hospital. To była moja rutyna. Pomiędzy zajęciami na
uczelni a intensywną nauką byłam wolontariuszką na oddziale onkologii.
Zeszłoroczny letni staż przemienił się w cotygodniowe wizyty, ponieważ
nie potrafiłam porzucić dzieciaków, które poznałam - one codziennie
przypomniały mi, dlaczego zdecydowałam się obrać taką ścieżkę kariery.
- Dzień dobry, Eden - przywitałam się ze starszą kobietą siedzącą za
okrągłym biurkiem recepcji, przypinając do bluzki swoją przepustkę.
Pielęgniarka dyżurująca podniosła czekoladowe oczy znad ekranu
komputera, wyraźnie zaskoczona moim przybyciem. Zaliczałam trzydniowy
maraton pojawiania się na oddziale, co było odstępstwem od jednego dnia
w tygodniu zapisanego w terminarzu. Nawał nauki często nie pozwalał na
większe zaangażowanie. Jednak skoro wczorajsze wkuwanie pozwoliło mi
nadrobić, a nawet wyprzedzić materiał, postanowiłam dobrze wykorzystać
ten czas. Dla niektórych pojawienie się w tym miejscu mogło być
dołującym sposobem na spędzenie tych niewielu wolnych chwil, ale sama
nie wyobrażałam sobie lepiej spożytkowanego czasu.
- A ty znowu tutaj? - zapytała ze zmartwionym, acz ciepłym uśmiechem. -
Powinnaś bardziej o siebie dbać, dziecko. Bierzesz na siebie za dużo
zobowiązań. Jestem stara, ale pamiętam, jak ciężko pogodzić naukę z podstawowymi obowiązkami, a co dopiero wolontariatem.
- Mówi to osoba, która pracuje na całodobowych dyżurach - powiedziałam,
oparłszy się o blat biurka. Przewróciłam oczami na spojrzenie, które mi
rzuciła. - Jest w porządku. Naprawdę. Jako przykładna studentka jestem
do przodu z materiałem, więc mogę sobie pozwolić na spędzenie czasu z dzieciakami. Wiemy, jak nudno jest siedzieć w samotności pośród czterech
ścian...
Eden posłała mi delikatny uśmiech, popychając w moją stronę listę
obecności, którą podpisywałam przy każdej wizycie. Złożyłam parafkę i czym prędzej ruszyłam w stronę najgorszego skrzydła, jakie znajdowało
się w każdym szpitalu. Onkologia dziecięca. Miejsce, w którym przebywały
niewinne młode istotki niezasługujące na ból. Na dotkliwe cierpienie,
które ofiarowywała kolejna dawka leku mająca je uzdrowić.
Zatrzymałam się w przejściu i wzięłam głęboki oddech, zanim kartą
magnetyczną odblokowałam drzwi prowadzące na kolorowy korytarz, różniący
się od sterylnej szpitalnej bieli. Przywdzianie beztroskiego uśmiechu,
który nie schodził z twarzy, było jedną z najtrudniejszych rzeczy,
jakiej przyszło mi się nauczyć. Żaden egzamin nie był tak ciężki, jak
patrzenie w zbolałe oczy gasnącego dziecka, które za wszelką cenę
chciało żyć.
- Cześć, Hayley - powitała mnie drobna pielęgniarka wychodząca ze
świetlicy z naręczem pudełek z kredkami.
- Hej - powiedziałam. - Coś nowego?
Oznaczało to niewiele więcej, jak miniraport zmian z ostatniej doby -
załamania, nastroje, i co najgorsze, pogarszający się stan pacjentów.
Wszystko, na co warto było zwrócić uwagę przy spotkaniu z nimi. Jako
wolontariuszka dbałam przede wszystkim o ich psychiczne wsparcie,
rozmawiałam z nimi, wysłuchiwałam i zabawiałam najmłodszych bywalców.
Ofiarowywałam im uwagę, która nie wynikała z lekarskiego obowiązku.
- Francis ma całkiem melancholijny nastrój - odparła z delikatnym
grymasem. - Ale skoro tu jesteś, miejmy nadzieję, że w końcu się
uśmiechnie.
Nie od dziś było wiadomo, że szesnastoletni Francis miał do mnie
słabość. Przyjęcie na siebie młodzieńczego zauroczenia chłopaka po
dwuletniej remisji było słodko-gorzkim uczuciem. Szczególnie wtedy, gdy
przychodziły gorsze dni, a on rzucał flirciarskimi komentarzami,
zupełnie jakby każde słowo go nie wyczerpywało. Zapukałam do na wpół
uchylonych drzwi, zwracając na siebie uwagę szczupłego nastolatka
wylegującego się z gitarą na szpitalnym łóżku. Jego blada skóra zlewała
się jasną pościelą, ale mimo wyraźnego zmęczenia przywdział na twarz
stuwatowy uśmiech, zdolny do zatrzymania ruchu ulicznego. Cholera, ten
chłopak potrafił się uśmiechać. Czapka z wykręconym do tyłu daszkiem
zakrywała bezwłosą głowę, gdy palce bezwiednie przesuwały się po
strunach instrumentu.
- Witaj, ślicznotko - odezwał się ochryple.
- Przystojniaku - mruknęłam wesoło, wchodząc do pomieszczenia. - Jak idą
prace nad podrywem?
Właściwości uspokajające muzyki były powszechnie znane, dlatego
przychodząc tu po raz pierwszy, w celu zaskarbienia sobie
zainteresowania, zabrałam ze sobą gitarę, z którą usiadłam w świetlicy.
Tam przesiadywały dzieci mające na to siły. I zaczęłam grać. Pewnego
dnia Francis rozgoryczony tym, że znowu trafił do szpitala, stanął w progu świetlicy, mimo że praktycznie nie opuszczał swojego łóżka. Od
słowa do słowa doszliśmy do porozumienia, że faceci z gitarą przyciągają
panienki, dlatego obiecałam, że nauczę go podstawowych chwytów, by po
wyjściu mógł podrywać szkolne piękności.
- Dennie - wymamrotał. - To nie mój dzień.
Zanim dałam mu znać o swojej obecności, poświęciłam chwilę na
obserwowanie go. Nawet przez przeszklone drzwi widziałam, z jaką
zawziętością starał się zapanować nad dłońmi trzęsącymi się na gryfie.
Francis miał duszę wojownika, niezależnie od tego, jak mocno życie
dawało mu w kość, on wciąż walczył. Wciąż oddychał. Bez słowa
przechwyciłam od niego gitarę. W żaden sposób nie zareagowałam na jego
stan - nie tego potrzebowali przebywający tu pacjenci. Współczucie,
litość i obchodzenie się z nimi jak z jajkiem było tym, czego mieli pod
dostatkiem. Moim zadaniem było ofiarowanie im namiastki normalności,
oderwania od szarej rzeczywistości.
- Jaki jest dzisiejszy repertuar? - zapytałam nonszalancko. Usadowiłam
się w nogach łóżka, nim zerknęłam na niego spod rzęs. - Ostrzegam,
żadnych sprośności Cardi B. Ostatnia wizyta pani ordynator podczas
linijki: Lil bitch, you can't fuck with me if you wanted to3,
wprawiła mnie w wystarczające zakłopotanie.
Co prawda moje umiejętności rapowania były marne, ale dałam się
sprowokować do przedstawienia akustycznej wersji Bodak Yellow. Szkoda,
że lekarka wybrała akurat ten moment na obchód piętra. Dawno nie miałam
takich rumieńców na twarzy, a niełatwo było wprawić mnie w zakłopotanie.
Francis roześmiał się, a rechot szybko przerodził się w świszczący
kaszel. Wina kolejnej infekcji. Brak reakcji wymagał ode mnie pełnego
samozaparcia. Z zaciśniętym gardłem czekałam aż się uspokoi i będzie
mógł swobodnie mówić.
- Zapewniłaś mi spektakularne wspomnienie - wychrypiał. - Doktor Moore
była tak zszokowana, że nie mogła się odezwać
- Masz szczęście, że nie wyrzuciła mnie z oddziału i nie zakazała mi tu
przychodzić - prychnęłam. Szybko tego pożałowałam, gdyż cień niepokoju
na twarzy chłopaka świadczył, że ta myśl mocno go zaniepokoiła. - Nie
żeby miało mnie to powstrzymać przed przyjściem tutaj. Mam zbyt wiele
znajomości w tym szpitalu.
Mrugnęłam do niego psotnie, na co uniósł kącik ust. Sytuacja opanowana.
- Niech będzie Silence - powiedział Francis.
Ledwo zauważalnie przełknęłam ślinę.
- Marshmello?
Skinął głową na potwierdzenie, którego nie potrzebowałam. W ciągu naszej
kilkunastotygodniowej przyjaźni - sojuszu przeciw chorobie -
przedstawiane piosenki stały się naszą metodą komunikacji. Przekazaniem
między wierszami tego, czego nie chciało powiedzieć się głośno, gdy
dzień należał do tych gorszych. Przeciągnęłam opuszkami palców po
napiętych strunach. Niedługo zajęło mi rozgryzienie melodii. Mimo
rosnącej guli w gardle otworzyłam usta i wyśpiewałam to, czego on nie
potrafił wyznać.
Yeah, I'd rather be a lover than a fighter
'Cause all my life, I've been fighting4
Obserwowałam pobladłą twarz Francisa, który przymknął powieki i wtedy
pozwoliłam łzie spłynąć wzdłuż policzka. Kurwa. Życie było pieprzenie
niesprawiedliwe.
- I'm in need of a savior, but I'm not asking for favors - zaśpiewałam
w pełni utożsamiając się z tymi słowami. - My whole life, I've felt
like a burden...5
Z ramionami splecionymi na piersiach czekałam tuż przed akademikiem
gotowa wskoczyć do samochodu Huntera. Nawet rozpędzonego. To nie była
kwestia przesadnego podekscytowania spotkaniem z przystojnym muzykiem, a obawy przed rozpętaniem zamieszek przez żeńską część domostwa. Wszystko
przez słowa Charlie. Luźna uwaga na temat potencjalnego świrowania
studentek na widok chłopaka spacerującego po naszym akademiku zmusiła
mnie do wyjścia przed budynek. Żadnego wchodzenia na górę.
Drgnęłam nieznacznie, ujrzawszy zwalniającego przy krawężniku pick-upa.
Nawet w półmroku rozświetlonym uliczną latarnią rozpoznałam profil
Huntera siedzącego za kierownicą. Bez zastanowienia otworzyłam drzwi i wskoczyłam na miejsce pasażera.
- Jedźmy, zanim ktoś nas zauważy - mruknęłam na powitanie, na co uniósł
brwi.
Nie wydawał się urażony tym, że pośrednio przyznałam, iż nie chcę być z nim widziana. Jego mina wyrażała jedynie zaintrygowanie. Może byłam
odludkiem, ale nie urwałam się z zakładu dla umysłowo chorych.
Wiedziałam, jak działa poczta pantoflowa - dzięki magii plotek szybko
stanęłabym w centrum zainteresowania. Ono było mi zbędne, zupełnie jak
fałszywe znajomości napalonych fanek Huntera, które zobaczyłyby we mnie
potencjalną drogę do niego. To prosta układanka.
- Jesteś nietuzinkową osóbką, Hayley.
- Ech, nie będę niszczyć twoich fantazji - bąknęłam, usadawiając się
wygodnie na miękkim fotelu. - Niedługo sam się przekonasz, że nie ma we
mnie nic nadzwyczajnego. Nuda do kwadratu.
Nie odezwał się. Lecz sposób, w jaki się uśmiechnął i pokręcił głową,
świadczył, że ani trochę nie uwierzył w moje szczere słowa. Biedak
dotkliwie się przeliczy.
W ciągu piętnastu minut znaleźliśmy się w klimatycznym barze słynącym z muzyki na żywo. Znałam go z opowiadań, jednak nigdy nie miałam
możliwości go odwiedzić. Może dlatego, że zaledwie kilka tygodni temu
ukończyłam wymagane przy wejściu dwadzieścia jeden lat.
Otwarta przestrzeń od wejścia przyciągała wzrok do długiego baru,
oferującego nie tylko pojedyncze miejsca na wysokich pikowanych
krzesłach, ale i łatwy dostęp do alkoholu. Wystarczył jeden obrót
krzesła, by móc spojrzeć wprost na niewielkie wzniesienie służące za
scenę, przed którym widniała wolna przestrzeń. Oprócz lóż przy ścianach
można było znaleźć siedziska przy stolikach rozstawionych na środku
lokalu. Wszystko zachowane w niejednoznacznym stylu - nie było to
eleganckie miejsce dla bogaczy, ale również nie speluna motocyklistów
czy studentów. Rządziła tu czerń, ciemne drewno oraz neony nadające
lokalowi niedbały wygląd loftu.
- Chodź, skołujemy ci drinka - powiedział Hunter, nachyliwszy się nad
moim uchem.
Zebrał się tu całkiem spory tłum i miałam przeczucie, że zjawił się tu
dla jednej osoby. Tej, która z dłonią na moich barkach prowadziła mnie
przed sobą. Banalny dotyk sprawiał, że całe moje plecy mrowiły od
nadmiaru doznań. Palące ciepło mieszało się z elektryzującym drganiem.
- Twój głos jest tak słaby, że chcesz mnie upić, żeby to zatuszować? -
zapytałam przekornie, zerkając na niego znad ramienia.
Jego wzrok opadł na mnie w iście leniwym tempie, gdy uśmiechnął się
półgębkiem.
- Zawsze jesteś taką mądralińską zadziorą? - parsknął wesoło.
Wzruszyłam ramionami odzianymi w cienką koszulę w haftowane grochy. Top
pod spodem, widoczny przez przezroczysty materiał, odkrywał kawałek
brzucha. Stosunkowo niewyszukany ubiór kontrastował ze skórzanymi
spodniami i ciężkimi butami, do których miałam słabość. Skłamałabym,
gdybym powiedziała, że wybór stroju nie zajął mi więcej czasu niż
zazwyczaj.
Oj, byłoby to wierutne kłamstwo.
- Zależy, z kim mam do czynienia - odparłam nonszalancko.
Zanim Hunter zdołał zareagować na mój komentarz, odezwał się donośny
głos. Na tyle dźwięczny, że bez problemu przebił się przez muzykę
puszczaną z głośników.
- Jest i nasza gwiazda!
Patrzył na mnie przystojny facet za barem, przypominający replikę tych
seksownych drwali wprost z magazynów modowych. Czarna koszula opinała
potężną sylwetkę we wszystkich właściwych miejscach, gdy przecierał
ścierką blat.
- Cześć - przywitał się Hunter, odsuwając dla mnie krzesło. Dżentelmen w każdym calu. - Ivan to Hayley. Hayley to Ivan, który będzie miał na
ciebie oko, gdy pójdę na scenę.
- Będę?
- Będzie?
Nasze głosy zlały się w jedno, gdy Hunter rzucił mężczyźnie spojrzenie z ukosa.
- No tak, będę - wymamrotał Ivan pod nosem.
Nie zwracałam na niego uwagi. Skupiłam się na apodyktycznym muzyku,
który najwyraźniej sądził, że może mną rozporządzać jak dzieckiem i załatwiać mi niańki.
- Zanim wtrąci się pani zadziora - odezwał się Hunter, nim mogłam
dopowiedzieć swoje zdanie na ten temat. - To miejsce i scenę dzieli
spora przestrzeń. Jeżeli nie chcesz wstępować w apogeum wrzasków, to
zostań przy barze. Nie ukrywam, że występowałoby mi się o wiele lepiej z myślą, że w razie potrzeby Ivan zaopiekuje się tobą. Chcę, żeby ten
wieczór obył się bez niepotrzebnych dramatów, a nigdy nic nie wiadomo z pijanymi klientami. Przyprowadziłem cię tutaj, co w moim mniemaniu
oznacza również odstawienie cię bezpiecznie do domu.
Naprawdę starałam się znaleźć dobry powód do sprzeczki, która
odwróciłaby moją uwagę od przeszywającego spojrzenia niebieskich oczu.
Mimo to potulnie odpuściłam. Z westchnieniem oparłam łokieć o bar i popatrzyłam na Ivana, który wpatrywał się w nas z nieskrywaną
ciekawością.
- Poproszę colę z lodem i limonką - powiedziałam, nim spojrzałam na
Huntera. - Chcę na trzeźwo ocenić twój, rzekomo niepowtarzalny, talent.
Posłał mi wilczy uśmiech, zanim pewnym krokiem ruszył w stronę sceny, na
której już czekała na niego piękna gitara elektryczna w odcieniu
głębokiego granatu. Gdzieś po drodze porzucił skórzaną kurtkę,
pozostając w białym bezrękawniku odsłaniającym wszystkie tatuaże.
Poruszenie, które zapanowało było wyczuwalne. Wszyscy stopniowo
przerwali rozmowy, by skierować swoją uwagę na ciemnowłosego muzyka,
który z kocią gracją poruszał się po scenie. Hunter starannie przełożył
pasek gitary przez szerokie plecy, nim zbliżył usta do mikrofonu.
- Dziękuję wszystkim za przybycie - odezwał się. - Zaczniemy dziś od
czegoś na czasie. Na widowni siedzi ktoś, komu trudno zaimponować, więc
obawiam się, że moje kawałki mogą jej nie zaspokoić...
Buczenie rozległo się w całym lokalu, na co uśmiech Huntera stał się
jeszcze szerszy. Zupełnie jak chmara motyli w moim brzuchu - te cholery
zerwały się do lotu i nic nie mogłam na to poradzić. To była zła wróżba.
- Co nie? Też temu nie dowierzam, ale przy niej zaczynam popadać w kompleksy - powiedział ze śmiechem, rozbawiając publikę. Przychodziło mu
to z łatwością i bardzo naturalnie. - Dobrze, że macie co do tego inne
zdanie. Jednak nie zaryzykuję, że mi ucieknie. Nie z nią. Więc pozwolę
mojemu głosowi ją oczarować, a później przejdziemy do merytoryki.
Sensualny wydźwięk jego słów bawił się ze mną w kotka i myszkę. Podczas
gdy starałam się zachować dystans w stosunku do sprzecznych uczuć, które
we mnie wywoływał, Hunter bez przerwy go skracał. Każdym słowem. Każdym
gestem. Czułam pod palcami chłód szklanki, a mimo to wnętrze trawił
ogień, gdy zrównałam się ze wzrokiem chłopaka. Nawet po drugiej stronie
pomieszczenia czułam na sobie jego spojrzenie, gdy rozbrzmiały pierwsze
dźwięki gitary.
- I took your heart - wyśpiewał naturalnie schrypniętym głosem,
patrząc na widownię spod przymkniętych powiek. Od razu rozpoznałam utwór
Labrinth. - I did things to you only lovers would do in the
dark6.
Ciężko przełknęłam ślinę, gdy ostatnie zdanie ulotniło się z ust
przesuwających się po nasadzie mikrofonu.
It made you a God
Priests, popes, and preachers would tell me I did it wrong7
Szybko przekonałam się, w czym tkwił fenomen Huntera Morgana. Ten facet
kochał się z muzyką, kochał się z gitarą, kochał się ze słowami i mikrofonem. Wszystko, co robił szło w parze z nieposkromionym talentem i zabójczym seksapilem. Był materiałem na gwiazdę - performera, do którego
będą wzdychały przyszłe pokolenia nastolatek, kobiet i mężczyzn.
Pochłonięta każdą jego piosenką, w duchu mogłam jedynie liczyć, że dane
mi będzie zobaczyć jego rozwijającą się karierę. Bo ten facet był
stworzony do tego, by usłyszał o nim świat.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki