The Killing. Tom 3. Odcinek 2 - David Hewson

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (27,84 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

6

Po­nie­dzia­łek, 14 li­sto­pada

De­li­katny szum da­le­kich fal. Krzyki sprze­cza­ją­cych się mew. Nie­zna­jome łóżko. Upo­rczywy dzwo­nek te­le­fonu.

Lund obu­dziła się naga pod ta­nim po­lie­stro­wym prze­ście­ra­dłem pen­sjo­natu w Gud­bjer­ghavn. Sama. Przez chwilę nie mo­gła tego zro­zu­mieć.

Ubra­nia roz­rzu­cone po zbyt ja­skra­wym po­ma­rań­czo­wym dy­wa­nie. Ze­gar wska­zy­wał ósmą trzy­dzie­ści je­den. Jej te­le­fon dzwo­nił w to­rebce przy łóżku.

Chwy­ciła go, dzię­ku­jąc nie­bio­som, że Bor­cha nie ma.

- Gdzie je­steś?! - krzyk­nął Brix.

- Za­raz...

- Wła­mano się do szkoły! Borch się tam rzą­dzi. To nie jest mój czło­wiek, wy­sła­łem tam cie­bie, nie jego. Zbie­raj się.

Za­słony były tylko odro­binę za­cią­gnięte. Za­sta­na­wiała się, kto ich wi­dział. Wy­szła z łóżka i za­kryła okno do końca. Po­zbie­rała ubra­nia z pod­łogi, prze­mknęła do swo­jego po­koju. Naj­szyb­szy w świe­cie prysz­nic. Po­tem mi­nęła tym­cza­sowe biuro - od­pro­wa­dzana uważ­nym spoj­rze­niem cie­kaw­skich oczu - i do­tarła do sa­mo­chodu.

Mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie, gdy Lund wy­ru­szyła do szkoły, Hart­mann usa­do­wił się w ma­łej ka­wia­rence, do któ­rej co­dzien­nie przed pracą lu­bił za­cho­dzić Mor­ten We­ber. Znaj­do­wała się w oko­li­cach Dworca Głów­nego, nie­opo­dal skrom­nego miesz­ka­nia, które We­ber ku­pił wiele lat temu, za­raz po stu­diach, gdy do­stał swoją pierw­szą pracę jako ana­li­tyk po­li­tyczny. Stu­dio­wali na tym sa­mym roku. Przy­stojny, elo­kwentny, uro­czy Hart­mann był twa­rzą ich spółki, We­ber jej mó­zgiem. Ra­zem spi­sko­wali i knuli, la­wi­ru­jąc wśród miej­sco­wych po­li­ty­ków; naj­pierw do­tarli do ko­pen­ha­skiego Ra­tu­sza, by po­tem się­gnąć po naj­waż­niej­sze tro­feum: pre­mie­ro­stwo.

Na ogół spo­ty­kali się twa­rzą w twarz. Ale za­wsze po­zo­sta­wały ja­kieś na­pię­cia, które cza­sami do­pro­wa­dzały do eks­plo­zji.

- Spóź­ni­łeś się - po­wie­dział Hart­mann, gdy usiadł i za­mó­wił kawę.

Li­mu­zyna rzą­dowa za­par­ko­wała przed lo­ka­lem, ochro­nia­rze stali w nie­wiel­kiej pla­mie zi­mo­wego słońca. We­ber nie pod­niósł wzroku.

- Mogę ci po­sta­wić śnia­da­nie? - za­py­tał.

- Stać mnie na śnia­da­nie. Spier­da­laj.

- Ja­każ od­miana po ra­do­snym po­ranku. Zdą­żasz może do biura?

- Eg­ze­ku­cje śred­nio mnie ba­wią, dzięki.

Hart­mann kiw­nął głową.

- Nie zło­ży­łem re­zy­gna­cji.

Mor­ten wle­pił ma­leń­kie oczka w pre­miera.

- To się po­wta­rza. Prze­cho­dzi­li­śmy przez to sześć lat temu. Wtedy też Lund krę­ciła się w po­bliżu. Zre­zy­gno­wał­byś wów­czas, gdyby nie ja.

To była prawda. Ale nie mu­siał so­bie tego przy­po­mi­nać.

- My­śla­łem, że do­pa­dli­śmy Ussinga - po­wie­dział. - Nie­stety. Może te zdję­cia, które Ka­ren zna­la­zła, były zbyt do­bre, żeby mo­gły być praw­dziwe. Oka­zuje się, że Ussing z Schult­zem od lat się przy­jaź­nili. Cza­sami grali ra­zem w squ­asha.

- Nie ufaj lu­dziom, któ­rzy grają w squ­asha. - We­ber, czło­wiek przy­sa­dzi­sty, nie był pa­sjo­na­tem sportu. - To nie­na­tu­ralne.

- Cią­gle szu­kają ciała Emi­lie Zeu­then. Brix jest po­wścią­gliwy. Nie są­dzę, żeby miał po­ję­cie, czy ona żyje, czy nie... i czy Lund jest na ja­kimś tro­pie.

We­ber od­su­nął fi­li­żankę po ka­wie, zer­k­nął na ze­ga­rek i ziew­nął.

- Po­trze­buję cię dzi­siaj, Mor­ten.

- Za­wsze mnie po­trze­bu­jesz.

- Więc przyj­dziesz?

- Ogłu­chłeś?

- Nim dzień się skoń­czy, albo zo­stanę kró­lem na zamku, albo Bir­git Eg­gert bę­dzie stała nad moim zim­nym, znie­ru­cho­mia­łym cia­łem. Na­prawdę chcesz to prze­ga­pić?

We­ber do­pił kawę, pod­niósł fi­li­żankę, przy­wo­łał wzro­kiem śliczną kel­nerkę zza baru. Bez słowa po­de­szła i do­lała mu do pełna, uśmie­cha­jąc się przy tym pro­mien­nie do Hart­manna, który od­po­wie­dział jej tym sa­mym.

- Na­wet o tym nie myśl, Tro­els - syk­nął We­ber po jej odej­ściu. - To dziecko, ma dzie­więt­na­ście lat. A i to nie­ko­niecz­nie.

- Je­stem tylko miły. Lu­dzie tego ocze­kują. Ty za­wsze my­ślisz o mnie jak naj­go­rzej.

- Jak są­dzisz, ja­kie są szanse?

- Do­bre py­ta­nie - za­uwa­żył Hart­mann. - Je­śli ob­rzucę Ussinga odro­biną błota, a ono choć tro­chę do niego przy­lgnie... To też coś. Gdyby Bóg był tak miły, żeby oży­wić Emi­lie Zeu­then... kto wie?

We­ber za­mknął oczy.

- Ty się martw tylko o to, na co masz wpływ. Ile razy mu­szę to po­wta­rzać?

- Na nic nie mam wpływu, je­śli cie­bie nie ma. Czy to już taki ry­tuał? Kłó­cimy się, ty od­cho­dzisz, kilka go­dzin póź­niej po­ja­wiasz się w biu­rze, jakby nic się nie stało. Wszy­scy klasz­czą. Do­bry stary Mor­ten. W końcu po­wraca.

Tyle już razy od­gry­wali tę scenę.

- Nie bądź taki pewny sie­bie.

- Nie je­stem. Po­trze­buję cię. Dzi­siaj bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek. Dam ci wszystko, co chcesz.

We­ber za­sta­na­wiał się chwilę.

- No? - po­na­glił go Hart­mann.

- Nie re­zy­gnu­jesz. Odej­dziesz do­piero, jak cię wy­walą.

- Zgoda.

- Słu­chasz bar­dziej mnie niż Ka­ren.

Ro­ze­śmiał się.

- Prze­cież cały czas tak ro­bię. Nie za­uwa­ży­łeś?

We­ber znowu się za­sta­no­wił.

- Świet­nie - rzekł wresz­cie. - Je­śli dam radę, zo­sta­niesz po­now­nie pre­mie­rem. Bez względu na cenę.

Hart­mann po­kle­pał go po ręce.

- A po­tem na­ci­śniesz na uni­wer­sy­tet, żeby zna­leźli mi ja­kąś pro­fe­surę. Chcę się stąd wy­nieść. Mam dość.

To był wstrząs.

- Po­roz­ma­wiamy o tym póź­niej.

- Nie! - We­ber pod­niósł głos. Lu­dzie się obej­rzeli. - Ta­kie są wa­runki umowy. Wóz albo prze­wóz.

- Nie lu­bię ul­ti­ma­tów. Za­wsze mi mó­wi­łeś, że mam je od­rzu­cać.

- Nie je­stem Bo­giem! - krzyk­nął We­ber. - Nie wiem wszyst­kiego. Jezu...

- Póź­niej - po­wtó­rzył Hart­mann z na­ci­skiem.

- Ty tego nie ro­zu­miesz, co? - Mor­ten We­ber po­stu­kał się w głowę. - Gdzieś tam głę­boko cią­gle wie­rzysz, że je­steś Joh­nem F. Ken­ne­dym na czele ko­pen­ha­skiego Bia­łego Domu. A ja je­stem twoim by­strym młod­szym bra­tem Ro­ber­tem, który ci pod­szep­tuje zza ple­ców mą­dre słówka.

- Mia­łem młod­szego brata - od­parł Hart­mann z nutą re­zy­gna­cji. - Ko­cha­łem go, ale nie był taki by­stry.

We­ber za­mknął oczy.

- Nie to mia­łem na my­śli - szep­nął.

- To jed­nak nie­naj­gor­szy sen, co?

- Ale na­dal tylko sen. Chcesz usły­szeć prawdę? Ty je­steś Don Ki­cho­tem, a ja San­cho Pansą. Ża­ło­snym ma­łym gierm­kiem. Je­dyne, co mo­żemy ro­bić, to wa­lić ko­pią w wia­traki. Na­wet te­raz. Kiedy by­li­śmy mło­dzi, my­śle­li­śmy, że uda nam się coś zmie­nić, po­pra­wić. Te­raz je­ste­śmy sta­rzy i tylko sta­ramy się, żeby nie było go­rzej. - W tym mo­men­cie na jego twa­rzy ma­lo­wała się roz­pacz. Coś, czego Hart­mann ni­gdy wcze­śniej nie wi­dział.

- Nie zda­wa­łem so­bie sprawy, że tak to od­bie­rasz. To cho­dzi o mnie?

- Nie! Nie bar­dziej niż o mnie. Albo Ka­ren. Albo Ussinga. Albo Rosę Le­bech. Albo... ko­go­kol­wiek. Spró­buj choć raz po­słu­chać. Mnie cho­dzi o świat. Spie­przy­li­śmy to. Pra­wica, le­wica, cen­trum.

Pre­mie­rowi Da­nii za­bra­kło słów.

- Mamy umowę - przy­po­mniał We­ber.

- Wszystko, czego so­bie ży­czysz - zgo­dził się Hart­mann. Kiw­nął głową na sa­mo­chód i ochro­nia­rzy przed knajpą. - Je­śli skoń­czy­łeś, mogę cię pod­wieźć.

Za dnia szkoła wy­glą­dała ina­czej. Dzieci bie­gały w świe­tle ja­snego zi­mo­wego słońca, wy­peł­nia­jąc bo­isko ra­do­snymi gło­sami. Lund we­szła do środka, zna­la­zła Junc­kera w biu­rze, które wi­działa po­przed­niego wie­czoru.

Otwarte szafki z ak­tami. Wszę­dzie roz­rzu­cone do­ku­menty.

- Gdzieś ty była, do cho­lery? - spy­tał.

- Co się stało?

- Ty ni­gdy nie od­po­wia­dasz na py­ta­nia, co?

- Co się stało, As­bj?rn?

- Sprzą­taczka zgło­siła wła­ma­nie. Borch uważa, że ta stłu­czona szyba, którą wi­dzia­łaś, to była próba. Może za­cze­kał w po­bliżu, aż ode­szli­ście.

Borch sie­dział na pod­ło­dze po tu­recku i prze­glą­dał pa­piery. Nie spoj­rzał na nią.

- Szu­ka­łem cię w po­koju - po­wie­dział Junc­ker. - Nie było cię tam. Mar­twi­łem się.

- Je­stem dużą dziew­czynką - od­parła. - Mu­sisz się ogo­lić.

Miał cień za­ro­stu. Nie wy­glą­dał po­rząd­nie.

- Borch coś zna­lazł? - spy­tała.

Junc­ker wska­zał męż­czy­znę sie­dzą­cego na pod­ło­dze.

- Masz na my­śli tego Bor­cha?

Wstał, spoj­rzał na nią, wska­zał szkolne zdję­cia na ścia­nach. Rok po roku. Pro­ce­sja dzie­cia­ków prze­cho­dzą­cych z klasy do klasy.

- O ile zdo­ła­łem się zo­rien­to­wać, on szu­kał akt uczniów.

- Więc był tu wczo­raj wie­czo­rem? - spy­tała.

Skrzy­wił się.

- Nie wtedy, kiedy my.

- Więc był w po­bliżu?

- W po­bliżu - zgo­dził się Borch z iry­ta­cją. - Tak.

Junc­ker spoj­rzał na nią, zdu­miony tą bez­ce­re­mo­nial­no­ścią, i wzru­szył ra­mio­nami. Tech­nik zbie­rał od­ci­ski pal­ców ze ściany.

- Za­brał zdję­cie klasy Lo­uise Hjelby - oznaj­mił Junc­ker. - Od in­nych ro­dzi­ców do­sta­łem od­bitkę.

Wbiła w niego wzrok.

- In­nych? In­nych ro­dzi­ców?

- To jej tato albo wu­jek, albo ktoś w tym ro­dzaju, prawda? Bo po co by to wszystko ro­bił? Matka nie po­dała na­zwi­ska tego go­ścia do aktu uro­dze­nia. Na­wet nie wiemy, czy wi­dział dziecko. Czy wie­dział o jego ist­nie­niu. Lund... - wska­zał swoją wargę - masz tu pa­stę do zę­bów. Chyba się tro­chę śpie­szy­łaś...

Po­li­zała pa­lec i starła pa­stę. Junc­ker zna­lazł zdję­cie. Klasa siódma B. Spo­śród wszyst­kich dzieci Lo­uise wy­glą­dała naj­smut­niej. Była ubrana na czarno. Ale trzy­mała za rękę dziew­czynkę obok.

Lund po­szła ze zdję­ciem do dy­rek­torki, spy­tała, kim jest ta uczen­nica.

- To Ka­tja. Ko­le­go­wały się. Sie­działy ra­zem.

- Jest gdzieś tu­taj?

Obu­rzony wzrok, który wi­dzieli po­przed­niego wie­czoru.

- Po­wie­działa, że je­den z wa­szych lu­dzi roz­ma­wiał z nią wczo­raj. I tak jest już zde­ner­wo­wana.

- Wczo­raj? - po­wtó­rzyła Lund.

Borch po­krę­cił głową. Junc­ker też.

- Gdzie ona jest?

Ko­bieta po­de­szła do okna. Wska­zała wy­soką dziew­czynę w dżin­sach, zie­lo­nej włócz­ko­wej cza­peczce, ta­niej kurtce.

- Idziemy - roz­ka­zała Lund.

Wy­szli z Bor­chem i Junc­ke­rem. Ka­tja nie chciała roz­ma­wiać w obec­no­ści in­nych uczniów. Prze­szli więc na wy­bo­isty te­ren za szkołą. O szes­na­stej po­przed­niego dnia, gdy je­chała ro­we­rem pod mia­stem, za­trzy­mał ją męż­czy­zna, który twier­dził, że jest po­li­cjan­tem.

Junc­ker po­pro­sił o do­kładne okre­śle­nie miej­sca i po­je­chał spraw­dzić. Borch po­ka­zał dziew­czy­nie zdję­cie Emi­lie Zeu­then.

- To ta dziew­czynka z ga­zet.

- Wi­dzia­łaś ją?

- Nie.

- Jak wy­glą­dał ten męż­czy­zna? - spy­tała Lund.

Dziew­czyna wska­zała Bor­cha.

- Jak ten pan. Zwy­czajny. Ciemne włosy. Chciał wie­dzieć, czy to ja wi­dzia­łam Lo­uise Hjelby po szkole w dniu, w któ­rym za­gi­nęła.

- A to ty?

- Tak. - Wska­zała drogę. - Wi­dzia­łam ją pod ta­blicą przy wjeź­dzie od strony Es­bjerg. Szłam na­kar­mić ko­nia.

Lund wy­jęła mapę, spraw­dziła wska­zane miej­sce.

- Co Lo­uise tam ro­biła? Prze­cież do domu wra­cała przez port i nad wodą?

- Po­wie­działa, że coś się po­psuło w ro­we­rze. Chyba prze­rzutki. Pew­nie szła go na­pra­wić. I może dla­tego dała się pod­wieźć.

- Pod­wieźć?

- Męż­czyź­nie w czar­nym sa­mo­cho­dzie. Wy­da­wało mi się, że Lo­uise go zna. Wziął jej ro­wer i wsa­dził do ba­gaż­nika.

- Jak on wy­glą­dał? - spy­tał Borch.

- To było dawno temu. W su­mie nie bar­dzo go wi­dzia­łam. Od­je­chali, za­nim tam do­szłam...

- Jaki to był sa­mo­chód?

- Czarny. Duży. Drogi... nie wiem.

Lund na­ci­skała. Dziew­czyna za­częła pła­kać. Lund za­da­wała więc te same py­ta­nia, w kółko i w kółko.

- Saro... - wtrą­cił się wresz­cie Borch. - Pro­szę?

Umil­kła. On spoj­rzał na dziew­czynę.

- Pa­mię­tasz, w którą stronę od­je­chał ten sa­mo­chód?

Za późno. Za dużo łez.

- Nie wiem! Mó­wi­łam już panu Over­ga­ar­dowi. Lo­uise się nie za­biła. By­ły­śmy przy­ja­ciół­kami. A on po­wie­dział, że mam sie­dzieć ci­cho, je­śli nie chcę mieć kło­po­tów.

- A temu męż­czyź­nie wczo­raj też to wszystko po­wie­dzia­łaś? - spy­tał Borch.

Ka­tja kiw­nęła głową.

- Mu­szę za­dzwo­nić - oznaj­mił i od­szedł.

W Po­li­ti­g?r­den Ro­bert Zeu­then za­drę­czał Brixa, do­ma­ga­jąc się od­po­wie­dzi na py­ta­nia.

- Moi ma­ry­na­rze mo­gliby po­móc w po­szu­ki­wa­niach.

- Mamy już wspar­cie ma­ry­narki wo­jen­nej. I wojsk po­wietrz­nych. Na­szych lu­dzi. Mamy dość sił.

- Jak długo mamy cze­kać? Wie pan, co się dzieje z Mają? Ona uważa, że Emi­lie żyje, na mi­łość bo­ską.

Szef po­li­cji mil­czał.

- To pań­ska ro­bota. Usły­szała, jak roz­ma­wia­cie...

- To nie­szczę­śliwy zbieg oko­licz­no­ści - prze­rwał Brix. - Bar­dzo ża­łuję, że do niego do­szło. Mu­simy spraw­dzić każdą ewen­tu­al­ność...

- A ta farsa w Ju­tlan­dii? - Głos Zeu­thena zro­bił się wy­soki i do­no­śny. Męż­czy­zna był na kra­wę­dzi za­ła­ma­nia. - Co tam się dzieje?

- Nie zna­leź­li­śmy nic, co by wska­zy­wało na to, że pań­ska córka żyje.

- Gdzie ona jest?

Brix po­krę­cił głową.

- Emi­lie wrzu­cono do wart­kiej rzeki. Lina, do któ­rej była przy­wią­zana, pę­kła. Może być wszę­dzie. Nie­stety, ta­kie po­szu­ki­wa­nia czę­sto...

- Mu­szę po­roz­ma­wiać o po­grze­bie. Z żoną, która nie wie­rzy w jej śmierć.

- Przy­kro mi... - za­czął Brix.

- Przy­kro to za mało. Je­śli nie znaj­dzie pan mo­jej córki do wie­czora, sam się tym zajmę. - Zeu­then wy­szedł na ko­ry­tarz.

Re­in­hardt zo­sta­wił wia­do­mość. Maja nie chciała iść z nim do ko­ścioła.

Za­dzwo­nił do niej. Ode­zwała się poczta gło­sowa.

- Ja idę, z tobą czy bez cie­bie, Maju - po­wie­dział.

Po dru­giej stro­nie mia­sta, w ma­łym miesz­ka­niu Car­stena Las­sena, z Car­lem u boku, Maja pa­trzyła na ikonkę wia­do­mo­ści przy­cho­dzą­cej. Za­cze­kała. Od­słu­chała. Ska­so­wała.

Chłop­czyk ba­wił się za­baw­kami. Coś wie­dział. Tego była pewna. By­łoby dziwne, gdyby nic do niego nie do­tarło.

Maja Zeu­then odło­żyła te­le­fon, za­mknęła oczy. Po­czuła, jak dwa małe ra­mionka obej­mują jej głowę i tulą mocno.

- Mamo? - spy­tał mały. - Czemu pła­czesz?

Nie od­po­wie­działa.

- Ja się tobą za­opie­kuję - obie­cał Carl i ją po­ca­ło­wał.

Za radą We­bera Hart­mann ob­rał Par­tię Cen­trum za cel pierw­szego ataku. Rosa Le­bech nie od­bie­rała jego te­le­fo­nów, więc za­sa­dził się na nią w jed­nej z ga­le­rii bu­dynku Par­la­mentu. Nie uśmiech­nęła się. Nie za­pro­te­sto­wała, gdy po­pro­sił, by do­trzy­mała mu to­wa­rzy­stwa w jed­nej z za­cisz­nych wnęk. Ka­ren Ne­bel pod­słu­chi­wała. We­ber tym­cza­sem gdzieś ba­dał grunt.

- Nie po­win­ni­śmy roz­ma­wiać, Tro­els - po­wie­działa, oglą­da­jąc się na Ne­bel. - Do­póki wszystko nie zo­sta­nie wy­ja­śnione.

- Ro­zu­miem, dla­czego się przy­mi­lasz Ussin­gowi. To nie pro­blem.

- Więc czego chcesz?

- Two­jego po­par­cia. Tak jak uzgod­ni­li­śmy.

- Tro­els! Twój mi­ni­ster spra­wie­dli­wo­ści przy­czy­nił się do śmierci Emi­lie Zeu­then! Wie­dzia­łeś o tym i mi nie po­wie­dzia­łeś. Aresz­to­wa­łeś Jensa...

- Dyh­ring go aresz­to­wał, nie ja. - Pa­trzył jej cały czas w oczy. - Po­pro­si­łem, żeby go wy­pu­ścili. Nie zo­staną mu po­sta­wione za­rzuty. Mo­głyby...

- Mam być za to wdzięczna?

Hart­mann za­sta­no­wił się nad od­po­wie­dzią.

- Nie spo­dzie­wał­bym się, że bę­dziesz nie­wdzięczna. PET bada sprawę Zeu­the­nów. I szuka po­wią­zań Ussinga.

Skrzy­wiła się.

- An­ders po­wie­dział mi o tym Schultzu.

- A co ci do­kład­nie po­wie­dział?

- Że się kum­plo­wali. Jest zdu­miony, że pró­bu­jesz wy­krę­cać ta­kie nu­mery. To chore...

- Na mi­łość bo­ską, Roso - wark­nęła Ne­bel. - O co cho­dzi? Bła­ga­li­śmy cię już setki razy, na­kła­nia­li­śmy. Pro­po­no­wa­li­śmy sta­no­wi­ska. Wy­ci­na­li­śmy na­szych lu­dzi, za­stę­po­wa­li­śmy ich wa­szymi. A ty i tak ły­kasz wszystko, co Ussing po­wie, ile­kroć...

- Może dla­tego, że jest bar­dziej wia­ry­godny. - Zer­k­nęła na Hart­manna. - I nie ma... ta­kiej prze­szło­ści.

- Nie po­maga, że twój eks wy­nosi do­ku­menty! Tajne. Mógłby pójść za to do wię­zie­nia....

- Ka­ren! - wtrą­cił się Hart­mann. - Nikt nie pój­dzie do wię­zie­nia. - Wziął Le­bech za rękę, tak żeby Ne­bel to wi­działa. - Rosa i ja po­trze­bu­jemy po pro­stu chwili dla sie­bie, żeby to omó­wić. Przed spo­tka­niem z in­nymi przy­wód­cami. Mo­żemy...

- Ja je­stem z Ussin­giem - po­wie­działa Le­bech i wy­rwała dłoń. - Przy­kro mi. W tych oko­licz­no­ściach nie zo­sta­wiasz mi wy­boru. - Ode­szła.

- Dzięki, że się wtrą­ci­łaś z tym mę­żem - burk­nął Hart­mann. - To na­prawdę po­mo­gło.

- Ta ko­bieta już ci nie ufa. To bez­ce­lowe...

- Jest ko­bietą. To ni­gdy nie jest bez­ce­lowe.

Ko­ry­ta­rzem szedł We­ber. Wy­glą­dał na wstrzą­śnię­tego, przy­ło­żył pa­lec do ust.

- Tylko spo­koj­nie, pro­szę pań­stwa.

- A więc wró­ci­łeś? - spy­tała Ne­bel.

We­ber się uśmiech­nął.

- Cie­szysz się, że mnie wi­dzisz?

- Za­wsze. - Zer­k­nęła na Hart­manna. - Nie eks­cy­tuj się. Nie mia­łam czasu tego spraw­dzić, ale mam ko­goś, kogo mu­sisz po­znać. Jed­nego z by­łych pra­cow­ni­ków An­dersa Ussinga. Ma coś do opo­wie­dze­nia.

We­ber skrzy­żo­wał ra­miona na piersi.

- Mam na­dzieję, że to coś cie­ka­wego.

Stali przy szo­sie przed szkołą, oboje roz­ma­wiali przez te­le­fon. Borch z PET. Lund z Bri­xem. Uni­kali swo­jego wzroku.

On za­koń­czył roz­mowę jako drugi. Ro­zej­rzał się.

- Spraw­dzi­li­śmy całą drogę wzdłuż mo­rza i głów­nej ulicy. Ani śladu tego czło­wieka.

- A ja spraw­dzi­łam jesz­cze raz, że ni­g­dzie w ak­tach Lo­uise Hjelby nie ma wzmianki o czar­nym sa­mo­cho­dzie. Over­ga­ard prze­słu­chi­wał tę dziew­czynę i to on mu­siał tę in­for­ma­cję usu­nąć.

- Może...

- Nie! Nie może. Wi­dzisz ja­kieś inne wy­ja­śnie­nie? Duży, czarny, drogi sa­mo­chód, po­wie­działa dziew­czyna. Tu­taj nie ma ta­kich wiele. To był sa­mo­chód biz­nes­mena. - Pa­trzyła. - Może po­li­tyka. Wtedy się tu od nich ro­iło.

Wy­jął mapę, roz­ło­żył ją na da­chu auta, przy­trzy­mał na­roż­niki szar­pane mor­ską bryzą.

- Nie uwa­żam, że w tej chwili ważny jest sa­mo­chód. Gdzie jest As­bj?rn?

Lund za­ci­snęła po­wieki i spoj­rzała na niego.

- Nie jest ważny? Ona wsa­dzała ro­wer do ba­gaż­nika...

- Tak! Dwa lata temu. W tej chwili szu­kamy Emi­lie Zeu­then. I czer­wo­nej fur­go­netki.

Po­dzie­liły ich za­kło­po­ta­nie i gniew. I może jesz­cze wstyd.

- On chce się do­wie­dzieć, co się wtedy stało - przy­po­mniała Lund.

- Wszystko po ko­lei. Emi­lie Zeu­then...

- Je­steś na mnie wście­kły z po­wodu ostat­niej nocy? Dla­tego je­steś taki nie­przy­jemny?

To oskar­że­nie za­bo­lało.

- Nie by­łem nie­przy­jemny. By­łem?

- Bar­dzo.

- Saro, ty w kółko wra­casz do tej sta­rej sprawy. A mamy nową. Bie­żącą...

- Nie mo­żemy na­wet po­roz­ma­wiać o czar­nym sa­mo­cho­dzie? No wiesz... po tym...

Zmiął mapę.

- Po raz ostatni mó­wię: nie cho­dzi o ostat­nią noc.

- Lo­uise Hjelby zna­le­ziono mar­twą po tym, jak wsia­dła do czar­nej ele­ganc­kiej li­mu­zyny. Kie­rowca wsa­dził jej ro­wer do ba­gaż­nika.

Ozna­ko­wany biały ra­dio­wóz za­trzy­mał się za ich sa­mo­cho­dem. Wy­siadł z niego Junc­ker.

- Na wy­pa­dek gdy­byś nie za­uwa­żył - cią­gnęła - w tej chwili nasz czło­wiek pró­buje się do­wie­dzieć, do­kąd po­je­chał czarny sa­mo­chód i kto go pro­wa­dził. Wy­ko­nuje ro­botę, którą my po­win­ni­śmy się zaj­mo­wać.

- Świet­nie. Szu­kaj czar­nego sa­mo­chodu.

Junc­ker pod­szedł do nich.

- Mam na­dzieję, że nie prze­szka­dzam...

- Nie, nie prze­szka­dzasz - wark­nęła.

- To do­brze - po­wie­dział z ra­do­snym uśmie­chem. - Bo kiedy wy tu się zaj­mu­je­cie wrzesz­cze­niem na sie­bie, ja zna­la­złem go­ścia w warsz­ta­cie. Który coś wi­dział. - Stuk­nął się w klatkę pier­siową. - Moje dzieło.

- Ja­kim warsz­ta­cie? - spy­tał od razu Borch.

- Pod mia­stem. W dro­dze do Es­bjerg. - Junc­ker wska­zał biały sa­mo­chód. - Jedź­cie za mną.

Za­kład, do któ­rego się udali, był za­ra­zem szro­tem i warsz­ta­tem. Po­rzu­cone wraki przed dłu­gim bia­łym bu­dyn­kiem. W środku męż­czy­zna w brud­nym kom­bi­ne­zo­nie pra­co­wał po­chy­lony nad starą Lan­cią.

Le­d­wie pod­niósł wzrok, gdy Junc­ker za­ga­dał:

- Sły­sza­łem, że za­pi­suje pan sa­mo­chody prze­jeż­dża­jące szosą.

Me­cha­nik po­krę­cił głową.

- Czy ja wy­glą­dam, jak­bym miał czas na ta­kie rze­czy?

- Tak sły­sza­łem...

- No to źle pan sły­szał. Mój syn tak robi. Mamy tu wszel­kiego ro­dzaju wozy. - Wska­zał na rdze­wie­jące wraki. - Fran­cu­skie, ja­poń­skie, ame­ry­kań­skie. On lubi ro­bić spisy. - Mach­nął ręką na roz­bi­tego Forda. - Nie wie­dzieć czemu trzyma te swoje za­pi­ski w schowku w tym gru­cho­cie. Zaj­rzyj­cie, je­śli chce­cie.

Lund do­sko­czyła pierw­sza. Przed­nia szyba była roz­bita, ale wnę­trze wy­glą­dało na sto­sun­kowo czy­ste. W środku zna­leźli cztery no­tesy. Za­częła je prze­glą­dać. Dzie­cięcy cha­rak­ter pi­sma. Daty. Nu­mery.

- Ma więk­szego szmer­gla na punk­cie nu­me­rów re­je­stra­cyj­nych niż na punk­cie sa­mo­cho­dów. Gdy wi­dzi nowy, od razu go za­pi­suje. - Męż­czy­zna po­ło­żył na ma­sce usma­ro­wany klucz. - My­ślę, że ma­rzy mu się, że pew­nego dnia wy­do­sta­nie się z tej dziury. Chyba wszy­scy o tym ma­rzymy. - Za­śmiał się i za­ma­chał na niego. - Oto i on. Ej, Ja­kob!

Mniej wię­cej dzie­się­cio­letni blon­dy­nek pod­je­chał ro­we­rem do domu obok warsz­tatu.

- Ja z nim po­roz­ma­wiam - rzekł Borch. - Ty zaj­rzyj do no­te­sów.

Junc­ker spy­tał me­cha­nika, od kiedy chło­pak za­pi­suje te nu­mery.

- Ja­koś od trzech, czte­rech lat - od­rzekł tam­ten.

Borch długo roz­ma­wiał z ma­łym. Przy­jaź­nie. Lund pa­trzyła. Po­de­szła. Wtrą­ciła się i spy­tała o czer­woną fur­go­netkę.

Ja­kob wy­su­nął rękę - na nad­garstku miał na­pi­sany nu­mer.

- To może ta?

- Była czer­wona? - spy­tała Lund.

- Tak. Wi­dzia­łem ją przy dom­kach let­ni­sko­wych.

- Kiedy?

- Dzi­siaj rano. Je­cha­łem tam­tędy do szkoły.

Junc­ker po­biegł do sa­mo­chodu.

- Chcę wziąć te ze­szyty - po­wie­działa Lund do me­cha­nika. - Przy­ślę ko­goś póź­niej.

Nad wodą nie­opo­dal po­sągu Ma­łej Sy­renki Hart­mann i We­ber spo­tkali się z męż­czy­zną, któ­rego zna­la­zła Ka­ren Ne­bel. Na­zy­wał się Kri­stof­fer Se­ifert - lat mniej wię­cej czter­dzie­ści, szy­kowny gar­ni­tur, przy­li­zane włosy, gładki uśmiech. Były pra­cow­nik ad­mi­ni­stra­cji Ussinga. Po­wie­dział, że był tam dwa lata wcze­śniej, gdy spo­tkał Pe­tera Schultza.

- Wsze­dłem po ja­kieś pod­pisy. Wi­dzia­łem ich.

We­ber spy­tał, dla­czego męż­czy­zna nie pra­cuje już u Ussinga. Przy­kle­jony uśmiech nie znik­nął ani na chwilę.

- Był pe­wien pro­blem z bu­dże­tem kam­pa­nii. Ofi­cjal­nie zwa­lono to na mnie.

- Ja­kiego ro­dzaju pro­blem?

- Sumy się nie zga­dzały. Nie z mo­jej winy. Chce­cie usły­szeć moją hi­sto­rię czy nie?

Hart­mann po­pro­sił, by kon­ty­nu­ował.

- Ussing za­pro­sił Schultza na spo­tka­nie. Roz­ma­wiali. Prze­su­nął kilka in­nych spo­tkań, żeby go wpa­so­wać.

- Przy­jaź­nili się, prawda? - wark­nął We­ber.

Se­ifert się za­wa­hał.

- Za­wsze chcia­łem pra­co­wać w rzą­dzie - po­wie­dział wresz­cie. - Nie dla opo­zy­cji. Skoń­czy­łem na­uki po­li­tyczne. Chciał­bym z tego zro­bić uży­tek.

- A hi­sto­ria... - wes­tchnął We­ber.

- Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście. No więc w ży­ciu bym nie pod­słu­chi­wał. Ale Ussing po­pro­sił, że­bym za­cze­kał pod drzwiami. Co było dziwne, szcze­rze mó­wiąc. Nie­sto­sowne. Nie mo­głem nic po­ra­dzić, sły­sza­łem. - Kiw­nął głową. - Na­prawdę. Nie spo­sób było nie sły­szeć.

- Co pan sły­szał?

- Ussing in­te­re­so­wał się sprawą, którą pro­wa­dził Schultz. Ja­kiejś dziew­czynki, która zgi­nęła w za­chod­niej Ju­tlan­dii. Nie wy­daje mi się, żeby pro­ku­ra­tor chciał o tym mó­wić. Bo i dla­czego? To nie miało nic wspól­nego z nami.

Hart­mann sta­nął. Prze­je­chał ro­we­rzy­sta.

- Ussing na­le­gał - do­dał Se­ifert. - On nie uznaje od­mowy.

We­ber w końcu się za­in­te­re­so­wał.

- Wy­ja­śnił dla­czego?

- Od­nio­słem wra­że­nie, że nie chciał, aby coś wy­szło na jaw. - Wy­jął z kie­szeni ko­pertę. - Przez kilka lat pra­co­wa­łem w Bruk­seli. Mam duże do­świad­cze­nie. To wszystko tu jest.

- Czego nie chciał ujaw­nić Ussing?

- Cze­goś zwią­za­nego z tą dziew­czynką. Tego nie sły­sza­łem do­kład­nie. Co­raz bar­dziej się de­ner­wo­wał. - Wzru­szył ra­mio­nami. - W końcu za­mknęli drzwi.

Hart­mann i We­ber wy­mie­nili spoj­rze­nia.

- W tej chwili pra­cuję jako nie­za­leżny kon­sul­tant. Mógł­bym za­cząć od razu... je­stem w pełni dys­po­zy­cyjny.

- Musi pan to wszystko opo­wie­dzieć PET - prze­rwał mu Hart­mann.

Se­ifert wy­raź­nie się zmar­twił.

- PET? Dla­czego? - Za­śmiał się ner­wowo. - To tylko po­li­tyka...

Za­dzwo­nił te­le­fon We­bera.

- Nie chcę mieć nic wspól­nego z po­li­cją.

- Ale musi pan - od­parł Hart­mann i ru­szył do We­bera, który cały czas cho­dził w tę i z po­wro­tem wzdłuż brzegu i roz­ma­wiał nie­spo­koj­nie.

Za­cze­kał.

- Co ty o tym my­ślisz? - spy­tał, gdy We­ber skoń­czył.

- Śmier­dząca sprawa. Mu­simy wra­cać do Chri­stians­borgu. Bir­git wy­ta­cza swoje działa. Prze­ciw­pan­cerne.

Kwa­drans póź­niej Hart­mann spo­tkał się z nią w bu­dynku Par­la­mentu. Była zdy­szana i wy­glą­dała, jakby się śpie­szyła.

- Chyba mamy nowe in­for­ma­cje - za­czął.

- Nie ma te­raz na to czasu, Tro­els. Zwo­łano po­sie­dze­nie ko­mi­tetu par­tii. Za­czyna się za go­dzinę.

- Ja je­stem sze­fem par­tii, Bir­git. Chyba bym wie­dział, gdyby coś ta­kiego się działo.

- To się wła­śnie dzieje. Po­rzą­dek ob­rad obej­muje tylko je­den punkt. - Po­dała mu kartkę. - Chcemy to zro­bić przy­zwo­icie. Bez urazy. Je­śli dasz się prze­ko­nać, by ustą­pić z wła­snej woli, zro­bimy wszystko, co w na­szej mocy, byś w pew­nym mo­men­cie mógł wró­cić na ja­kieś sta­no­wi­sko w rzą­dzie. - Po­nury uśmiech. - Za­leż­nie od wy­niku wy­bo­rów, oczy­wi­ście.

- A je­śli nie?

- Zgod­nie i ofi­cjal­nie od­wo­łamy cię z funk­cji prze­wod­ni­czą­cego par­tii.

Hart­mann zmiął kartkę i rzu­cił ją na schody.

- Na­prawdę nie zo­sta­wi­łeś nam wy­boru. Przy­kro mi. - Zer­k­nęła na ze­ga­rek. - Za go­dzinę.

Człon­ków ro­dziny Zeu­the­nów cho­wano tylko w jed­nym miej­scu: Fre­de­riks Kirke, Ko­ściele Mar­mu­ro­wym, wiel­kiej ba­zy­lice pod ko­pułą, która do­mi­no­wała nad re­jo­nem na za­chód od Ama­lien­borgu. W tej chwili był pu­sty, je­śli nie li­czyć trzech osób: Zeu­thena, jego żony i pa­storki.

- Chcemy ka­me­ral­nej uro­czy­sto­ści - po­wie­dział. - Tylko ro­dzina i przy­ja­ciele.

- Za­sta­na­wiali się już pań­stwo nad hym­nami?

Maja Zeu­then spu­ściła głowę. Na jej twa­rzy ma­lo­wały się roz­pacz i wście­kłość.

Zeu­then - w ciem­nym płasz­czu, prze­krzy­wio­nym kra­wa­cie, nie­ucze­sany - za­czął:

- Śpie­wa­li­śmy coś przy jej chrzcie. To się chyba na­zy­wało...

Po­krę­cił głową.

- Nie, nie pa­mię­tam.

- Pro­wadź mnie, nocna gwiazdo - wy­szep­tała Maja.

W świą­tyni pa­no­wał mrok. Na­wet mo­siądz i brąz kan­de­la­brów wy­da­wały się po­grą­żone w ża­ło­bie.

Pa­storka za­no­to­wała coś so­bie, po­wie­działa, że to piękny wy­bór.

- W trak­cie uro­czy­sto­ści na­stę­puje taki mo­ment, gdy mogę coś po­wie­dzieć o Emi­lie. - Spoj­rzała na każde z nich po ko­lei. - Je­śli mają pań­stwo ja­kieś ży­cze­nia... Nie wiem, czy jej bra­ci­szek do nas do­łą­czy. Ale je­śli do­łą­czy, chcia­ła­bym wspo­mnieć o nim.

Ci­sza. Zeu­the­no­wie nie pa­trzyli so­bie w oczy.

- Jesz­cze nie zde­cy­do­wa­li­śmy, czy Carl weź­mie w tym udział - po­wie­dział Ro­bert.

Ko­bieta kiw­nęła głową.

- Cza­sami to dzie­ciom po­maga. To taki spo­sób, żeby się po­że­gnać. Pójść da­lej. Kła­dzie się kwiaty na trum­nie. Jest w tym pewne piękno...

- Piękno? - krzyk­nęła Maja Zeu­then. - Moja córka nie żyje. Zo­stała za­mor­do­wana. Ja­kie w tym może być piękno?

Pa­storka ze­sztyw­niała.

- Nikt wam nie uj­mie bólu, Maju. Ale prze­ży­wamy ża­łobę, bo ko­cha­li­śmy. To mi­łość mu­si­cie za­pa­mię­tać. Mi­łość po­zo­staje. To­bie. Car­lowi. Może by­łoby dla niego do­brze, gdyby zo­ba­czył, jak się wspie­ra­cie na­wza­jem...

Ze zwie­szoną głową, po­wstrzy­mu­jąc łzy, Maja Zeu­then wstała, po­de­szła do ogrom­nych drzwi i szarp­nęła nimi.

Za­mknięte.

- Maju?

Sły­szała jego zbli­ża­jące się kroki.

- Dla­czego ten cho­lerny ko­ściół jest za­mknięty? - krzyk­nęła. - Kto go za­mknął? Ja chcę wyjść. Co za durne fra­zesy...

Do­go­nił ją, w oczach bła­ga­nie, w dło­niach też.

- Mu­simy to uzgod­nić. Mu­simy pod­jąć te de­cy­zje.

- Wy­puść mnie, Ro­ber­cie. Nie je­stem twoją wła­sno­ścią. Tego ko­ścioła też nie. - Od­wró­ciła się i krzyk­nęła do pa­storki: - Sły­szy pani? - Oparła się o ko­lumnę.

- Mu­simy po­wie­dzieć Car­lowi. Po­win­ni­śmy to zro­bić ra­zem...

W sieni było zu­peł­nie ciemno. Prze­stała krzy­czeć, pa­trzyła na jego po­stać su­rowo ob­ry­so­waną smugą świa­tła ża­rówki w gó­rze.

Ta sama twarz, w któ­rej się za­ko­chała. Ni­gdy nie są­dziła, że pew­nego dnia zo­ba­czy w niej tyle bólu.

- Wy­puść mnie... - wy­szep­tała z roz­pa­czą.

Brix po­rząd­ko­wał swoje rze­czy. Po­zby­wał się do­ku­men­tów, któ­rych wo­lałby ni­komu nie po­ka­zy­wać. Za­sta­na­wiał się, kiedy Ruth He­deby przyj­dzie z Ta­gem Ste­ine­rem przy­pu­ścić ko­lejny atak. Ostatni.

Dzwo­nił do Lund w Gud­bjer­ghavn. Nie usły­szał nic, co po­zwo­li­łoby mu uznać, że ma szansę oca­lić skórę. Sta­nął przy oknie swo­jego ga­bi­netu, za­sta­na­wia­jąc się, jak bar­dzo bę­dzie tę­sk­nił za tym miej­scem.

Na­gle pę­dem wpadł do niego Mad­sen.

- Je­śli to He­deby, po­wiedz jej, że je­stem za­jęty.

Po­li­cjant spoj­rzał zdu­miony.

- To nie He­deby. Nur­ko­wie zna­leźli dziew­czynkę. Wy­cią­gają ją w tej chwili. - Zer­k­nął na ze­ga­rek. - Za dzie­sięć mi­nut bę­dzie u nas na dole. Za­sta­na­wiam się, czy...

Za­nim do­koń­czył, Brix wy­padł z ga­bi­netu.

Ostatni kurs po mia­steczku. Lund za kie­row­nicą. Borch sie­dział obok zmę­czony i mil­czący.

- On musi tu być - upie­rała się. - As­bj?rn dzwo­nił?

Znowu pa­dało. Wiał nie­ustę­pliwy, lo­do­waty wiatr.

- Nie - od­parł. - To na­prawdę jest tego warte?

Na ko­la­nach trzy­mał roz­ło­żoną mapę.

- Szu­ka­li­śmy już wszę­dzie. To strata...

- On jest by­stry! Prawda? On... - Za­sta­na­wiała się nad tym chwilę. - Pra­co­wa­łam kie­dyś z kimś, kto był wcze­śniej w woj­sku. W si­łach spe­cjal­nych. Po­wie­dział, że są tacy lu­dzie, któ­rzy do­trą wszę­dzie. Po­tra­fią się stać nie­wi­dzialni. Matka Lo­uise mó­wiła jej, że jej oj­ciec jest bo­ha­te­rem. Dużo po­dró­żo­wał. Może...

Może on był jak Ulrik Strange, po­my­ślała. Po­rządny czło­wiek znisz­czony przez hi­sto­rię, przez wy­da­rze­nia.

Borch wes­tchnął.

- Co do ostat­niej nocy...

- Wiem - prze­rwała mu nie­spo­koj­nie. - To się nie po­winno stać.

Z prze­ciwka nad­je­chał sa­mo­chód. Re­flek­tory oświe­tliły twarz Ma­thiasa. Zbo­lałą. Może na­wet prze­ra­żoną. Nie od­ry­wał od niej wzroku.

- Nie. Nie po­winno - przy­znał.

Nic poza tym. Wje­chała w boczną drogę, wzięła od niego mapę.

- Pro­blem w tym...

- W po­rządku. Nie mu­sisz nic mó­wić.

To go ubo­dło.

- Wręcz prze­ciw­nie, mu­szę. Pro­blem w tym... Nie ża­łuję.

Lund prze­su­nęła pal­cem po ma­pie. Po­pa­trzyła przed sie­bie. Sta­rała się nie słu­chać.

- Ani tro­chę - do­dał. - Więc...

Mil­czała bar­dzo długo, a po­tem wska­zała przed sie­bie.

- Ta droga. - Po­stu­kała w mapę. - Do­kąd ona pro­wa­dzi?

W świe­tle re­flek­to­rów wy­ło­niła się biało-czer­wona ta­śma, która mu­siała wcze­śniej od­gra­dzać wjazd. Ktoś ją prze­rwał.

Borch wes­tchnął.

- Tam da­lej jest nie­czynna stocz­nia jach­towa. Miej­scowi ją spraw­dzili.

- Jach­towa?

- Do­bra. Wiem, on lubi ło­dzie...

- Nasi lu­dzie po­pra­wi­liby ta­śmę, nie są­dzisz?

- Saro...

Wrzu­ciła bieg i prze­je­chała po ro­ze­rwa­nej ta­śmie.

Pół ki­lo­me­tra da­lej droga się koń­czyła. Lund wy­sia­dła, Borch po­dą­żył za nią.

Znad po­bli­skiego mo­rza na­pły­wała szara li­nia mgły, nio­sąc ni­ski jęk da­le­kiej sy­reny mgło­wej. Te­ren daw­nego za­kładu oto­czony był so­lid­nym ogro­dze­niem. Wy­łą­czyli la­tarki. Borch wy­su­nął się na­przód. Brama była otwarta, wi­siała na niej prze­cięta kłódka.

We­szli do środka.

W miarę jak szli, stocz­nia wy­da­wała im się co­raz więk­sza. Warsz­taty i ma­ga­zyny. Na be­to­nie po­rzu­cone znisz­czone ło­dzie. Kilka nie­do­koń­czo­nych ka­dłu­bów. Maszty i rdze­wie­jące sil­niki. Ogromna śruba na­pę­dowa.

Do­tarli do wody. Na końcu nie­wiel­kiego po­mo­stu mi­go­tała jedna ża­rówka, ni­czym czujne oko wpa­tru­jące się w nad­pły­wa­jącą mgłę.

Gdzie­kol­wiek spoj­rzeli, wszystko wy­da­wało się ru­iną. Wy­tłu­czone okna. Ciek­nące drew­niane ściany. Ru­ina, cho­ciaż nie ustronna.

Ostatni bu­dy­nek był inny. Me­tal, żad­nego szkła, zero okien, i tylko jedne drzwi.

Są­dząc po za­pa­chu, była to la­kier­nia. Albo miej­sce, w któ­rym kie­dyś pra­co­wano nad sil­ni­kami. Może jedno i dru­gie. Lund już miała coś po­wie­dzieć, ale Borch ją uci­szył.

Wska­zał na drzwi: uchy­lone.

W środku farba. Olej. Smar. Che­mi­ka­lia. Ja­kieś rze­czy przy­kryte pla­sti­ko­wymi płach­tami. Na uchwy­tach rdze­wie­jące na­rzę­dzia. Znisz­cze­nie i ciężka praca. Je­śli ten czło­wiek miał ja­kąś ce­chę cha­rak­te­ry­styczną, to wła­śnie tę.

Mi­nęli halę z sil­ni­kami i we­szli do do­bu­dówki. Z su­fitu ni­czym stryczki zwi­sały grube liny. Z dołu do­bie­gał ryt­miczny dźwięk fal roz­bi­ja­ją­cych się o słupy. Znaj­do­wali się w po­miesz­cze­niu wi­szą­cym nad wodą, po­zba­wio­nym okien.

Zna­la­zła włącz­nik świa­tła, prze­sta­wiła go. Ru­szyli da­lej. Za li­nami wi­siały łań­cu­chy i ni­ska prze­suwna plat­forma do pracy pod ka­dłu­bem, pod sil­ni­kami.

Z pi­sto­le­tem nad la­tarką szła da­lej. Za­po­mniała o Bor­chu. Mó­wiła do sie­bie.

On tu był.

Wie­działa to. Czuła to. Czuła jego za­pach.

Na­gle, na rogu, pro­mień świa­tła padł na biały kształt i Lund zro­zu­miała, że wresz­cie zbli­żają się do roz­wią­za­nia.

W Ko­pen­ha­dze też były ta­kie ro­wery. Nie­modne. Po pro­stu ta­nie i uży­teczne. Stał tro­chę nie­zgrab­nie oparty o długą szarą pla­sti­kową płachtę.

Borch był tuż za nią.

- To jej - po­wie­działa. - Ro­wer Lo­uise. Wi­dzia­łam go na zdję­ciu w domu ro­dzi­ców za­stęp­czych. - Po­chy­liła się, wy­jęła z kie­szeni la­tek­sowe rę­ka­wiczki.

Bra­ko­wało łań­cu­cha. Obok tyl­nego koła stał tor­ni­ster.

- Saro?

Nie te­raz, po­my­ślała. Albo cho­ciaż pró­buję.

- Saro!

Borch od­su­nął ko­lejne płachty le­żące nieco da­lej pod ścianą. Coś, co ma­lo­wało się na jego twa­rzy - smut­nej, mło­dej, wstrzą­śnię­tej - ka­zało jej czym prę­dzej spoj­rzeć.

Dwa snopy świa­tła. Od­su­nięta na bok szara za­słona.

Na pod­ło­dze brudny wy­pło­wiały ma­te­rac. Na skraju wy­bla­kłe plamy krwi, i obok na pod­ło­dze. Łań­cu­chy jak kaj­dany.

- Mó­wi­łeś, że po­li­cja spraw­dziła to miej­sce? - spy­tała.

- Po­wie­dzieli, że brama była za­mknięta. Mu­siał się po­ja­wić wczo­raj wie­czo­rem. Jezu... - Borch wy­glą­dał, jakby miał krzy­czeć. - Ten drań Over­ga­ard na­wet nie za­dał so­bie trudu, żeby tu zaj­rzeć, co?

Pod­czas gdy roz­glą­dał się do­koła, ona zo­stała na miej­scu i pa­trzyła na ma­te­rac, na plamy krwi. Łań­cu­chy. Pró­bo­wała so­bie coś wy­obra­zić.

Te­le­fon.

- Lund? - spy­tał Junc­ker.

Po gło­sie są­dząc, był przy­bity.

- As­bj?rn...

- Po­słu­chaj mnie - prze­rwał jej. - Wła­śnie ode­bra­łem te­le­fon z tego warsz­tatu, w któ­rym by­li­śmy. Tego, w któ­rym ten dzie­ciak za­pi­sy­wał nu­mery...

- Tak, do­brze. Je­ste­śmy w stoczni jach­to­wej, którą po­do­bno wcze­śniej spraw­dzali miej­scowi. Po­trze­buję lu­dzi...

- Słu­chaj mnie! Kiedy znowu z tym ma­łym ga­da­łem, po­wie­dział, że Borch był tam przed nami. Roz­ma­wiał z tym dziec­kiem. Wziął je­den z no­te­sów, za­nim do nich do­tar­li­śmy.

Ma­te­rac. Gwałt. Ży­cie dziew­czynki do­bie­gło tu końca, a ja­kimś spo­so­bem, któ­rego Lund nie mo­gła ro­zu­mieć, pro­ste, bru­talne okru­cień­stwo tego czynu zo­stało za­po­mniane.

W ciem­no­ściach nie wi­działa, do­kąd po­szedł Borch.

- Sły­szysz, co mó­wię? - spy­tał Junc­ker ostrym, zmar­twio­nym gło­sem. - Ktoś nas tu oszu­kuje i nie trzeba być ge­niu­szem, żeby wie­dzieć kto.

Kroki. Jego la­tarka. Lund odło­żyła te­le­fon.

- Zna­la­złem na ty­łach czer­woną fur­go­netkę - po­wie­dział Borch. - Chodźmy. Póź­niej mo­żemy tu ścią­gnąć ekipę.

Ani drgnęła.

- Saro! - Wró­cił ten nowy Borch. Apo­dyk­tyczny i sprawny.

- Dla­czego ten no­tes jest taki ważny? - spy­tała.

Był na rogu, w ta­kim miej­scu, że go nie wi­działa.

- Jaki no­tes?

Po­dą­żyła za jego gło­sem, skie­ro­wała na niego la­tarkę.

- No­tes, który wzią­łeś dzi­siaj rano od tam­tego chłopca. Za­nim po­je­cha­li­śmy tam wszy­scy.

Nic.

- To ty i PET wy­kre­śli­li­ście z rów­na­nia ten czarny sa­mo­chód, prawda? Ty tylko wy­ma­za­łeś...

Prze­chy­lona głowa. Spoj­rze­nie "znowu sza­le­jesz".

- O czym ty mó­wisz?

- Schultz tak ka­zał? Czy ty ka­za­łeś Schult­zowi?

- Ani jedno, ani dru­gie.

- Nie przy­je­cha­łeś tu szu­kać cze­goś dla mnie! - krzyk­nęła. - Za­cie­ra­łeś ślady. Chcia­łeś do­pil­no­wać, że­by­śmy ni­gdy nie zna­leźli... - zer­k­nęła na ma­te­rac i za­krwa­wione łań­cu­chy - tego wszyst­kiego.

Wy­glą­dał na obu­rzo­nego.

- Wiem, że wi­dzia­łeś się dzi­siaj rano z tym chłop­cem.

- Nie mogę te­raz o tym roz­ma­wiać.

- Kto jest w tym no­te­sie? Kogo kry­jesz?

Splótł ra­miona na piersi. Przy­su­nął się bli­żej.

- Po­słu­chaj, Saro. Chło­piec no­to­wał przy­pad­kowe nu­mery re­je­stra­cyjne, kiedy za­gi­nęła dziew­czynka. Je­den szcze­gól­nie rzu­cał się w oczy. Spraw­dzi­li­śmy go. To była na­sza ro­bota. Oka­zał się czy­sty. Fał­szywy trop. Ko­niec...

- Dla­czego ty je­steś w to wplą­tany?

Pod­niósł ręce w górę.

- Bo...

Skądś do­biegł ich dźwięk. Kroki. Ja­kaś ma­szy­ne­ria. Stary sil­nik z nie­chę­cią ru­sza­jący do pracy.

Po­tem gło­śny huk. Po­świe­ciła la­tarką. Cięż­kie sta­lowe wrota na końcu po­miesz­cze­nia wła­śnie się za­trza­snęły.

Borch pod­biegł i pró­bo­wał je pod­wa­żyć ra­mie­niem. Bez efektu.

Z su­fitu za­częły spły­wać tru­jące nie­bie­ska­wo­sine kręte ob­łoczki.

Spa­liny die­sla. Dużo spa­lin.

Żad­nych okien. Żad­nej wen­ty­la­cji w za­sięgu wzroku.

I tylko ob­raz w jej wy­ob­raźni, je­den z tych, które za­wsze po­ja­wiały się same z sie­bie: na ze­wnątrz stary ge­ne­ra­tor, rura wy­de­chowa pod­łą­czona do je­dy­nego ko­mina wen­ty­la­cyj­nego w da­chu.

Borch wa­lił w drzwi, krzy­czał, sza­lał.

Lund świe­ciła la­tarką na na­pły­wa­jące ku nim spa­liny.

Wdech. Wy­dech. Wdech.

Żad­nego wy­boru.

Pierw­szy nie­po­żą­dany wdech. Za­częła się krztu­sić.

W dro­dze na spo­tka­nie z ko­mi­te­tem par­tii Ka­ren Ne­bel stre­ściła Hart­man­nowi sy­tu­ację. Po­li­cja są­dziła, że w Ju­tlan­dii za­czyna się coś kla­ro­wać. Na­dal nie wie­dzieli, czy Emi­lie żyje, czy nie.

Po dro­dze ele­gancka po­stać pę­dziła za nim po scho­dach. Mo­gens Rank.

- Tro­els! Tro­els! Za­cze­kaj, pro­szę. Nie złość się na mnie.

Hart­mann się od­wró­cił.

- Przy­kro mi, że do tego do­szło - mó­wił Rank. - Chcę, że­byś wie­dział, że mój głos na­leży do cie­bie. Za­wsze tak bę­dzie. To nie ma nic wspól­nego z tobą.

- Pró­bo­wa­li­śmy wy­tłu­ma­czyć to Bir­git - za­uwa­żyła Ne­bel. - Ona chyba nie chce słu­chać.

Rank kiw­nął głową.

- Ma am­bi­cje. Cóż... - wzru­szył ra­mio­nami - taka jest po­li­tyka. Su­ge­ruję, żeby na po­czątku spo­tka­nia...

- Nie bę­dzie spo­tka­nia - prze­rwał Hart­mann szorstko i ru­szył da­lej.

Sala kon­fe­ren­cyjna. Długi stół, nad nim ży­ran­dole. Roz­ło­żone pa­piery. Przy­go­to­wane dzbanki z wodą. Bir­git Eg­gert stała sa­mot­nie u szczytu. Nowy czarny ko­stium, do­sko­nała fry­zura - wszystko dla ka­mer.

Hart­mann wszedł dziar­skim kro­kiem. Ne­bel i Rank zo­stali w tyle, słu­chali.

- Sprawa jest pro­sta, Bir­git. Ana­li­zu­jemy nowe in­for­ma­cje na te­mat po­rwa­nia Emi­lie Zeu­then. Mam ab­so­lutną pew­ność, że oczysz­czą rząd z wszel­kich po­dej­rzeń.

- Tro­els...

- Jako czło­nek par­tii, jako je­den z mo­ich mi­ni­strów je­steś od­po­wie­dzialna przede mną, i tylko przede mną. Ta nie­lo­jal­ność nie przej­dzie nie­zau­wa­żona. - Wska­zał na stół. - Idź po­wie­dzieć swoim ako­li­tom, że nie­stety zmar­no­wali czas.

Cień uśmie­chu.

- A cóż to mają być za in­for­ma­cje?

- Mamy świadka, który wi­dział, jak Ussing wy­wie­rał na­cisk na pro­ku­ra­tora. Ko­goś ze sztabu Ussinga. PET pro­wa­dzi po­stę­po­wa­nie. Z tego po­wodu nie mogę zdra­dzić nic wię­cej...

- Bła­gam, po­wiedz, że nie masz na my­śli tego bła­zna Kri­stof­fera Se­iferta.

Mo­gens Rank pod­niósł ręce w roz­pa­czy.

- Och, na mi­łość bo­ską, Bir­git. Masz nas za kom­plet­nych idio­tów? Oczy­wi­ście, że to nie Se­ifert. - Pod­chwy­cił spoj­rze­nie Hart­manna. - On prze­cież omal nie skoń­czył przed są­dem za kra­dzież fun­du­szy na kam­pa­nię Ussinga.

- Mo­gens... - wy­szep­tała Ne­bel.

- Co prawda nie ma to zna­cze­nia - do­dał szybko Rank - w tych oko­licz­no­ściach. Wszyst­kie tropy na­leży spraw­dzić. I wszyst­kie zo­staną spraw­dzone...

- PET to ana­li­zuje - nie ustę­po­wał Hart­mann.

- Mia­łeś swoją szansę. - Eg­gert wzięła ze stołu pa­piery. - Za­czy­namy spo­tka­nie. Zo­stań albo wyjdź, jak chcesz.

Dwa pię­tra ni­żej. Wy­dział Kry­mi­na­li­styki. Su­rowe zimne po­miesz­cze­nie. Lu­dzie, któ­rych Brix znał, stali do­koła w ocze­ki­wa­niu.

Na ten akt dra­matu cze­kali, a jed­no­cze­śnie go nie chcieli. Ko­niec jed­nego po­ścigu. Po­czą­tek in­nego.

Ocie­ka­jąca śmier­dzącą wodą torba le­żała na lśnią­cym srebr­nym stole, miała wiel­kość i kształt dziecka. Spod błota i glo­nów wy­zie­rał błę­kit. Z boku wid­niała na­zwa. I wi­ze­ru­nek ża­gla.

Lund coś wcze­śniej po­wie­działa. Że czło­wiek, któ­rego szu­kają, jest nie­ro­ze­rwal­nie zwią­zany z mo­rzem. Wy­da­wało się, że wszę­dzie to­wa­rzy­szy mu słona woda. Może pły­nęła w jego ży­łach, pom­po­wana przez bez­duszne serce.

A jed­nak coś jesz­cze go na­pę­dzało. Nie­do­koń­czone sprawy.

Był tu główny pa­to­mor­fo­log. I szef kry­mi­na­li­styki. Obaj stali w mil­cze­niu, ubrani w białe kom­bi­ne­zony, ze skal­pe­lami w dło­niach.

Je­den do ciała. Drugi do do­wo­dów. Który skal­pel wy­brać?

- Co to jest? - spy­tał Brix.

Od­po­wie­dział szef kry­mi­na­li­styki.

- Bre­zen­towa torba na ża­giel z ma­łej jolki. Zwy­czajna. W por­cie można ta­kie zna­leźć na każ­dym kroku.

Woda pach­niała solą i zgni­li­zną. Za­raz zrobi się go­rzej. Nie da się przed tym uciec.

- To jak? - spy­tał pa­to­log, pod­no­sząc skal­pel. Kiw­nął głową na ko­legę. - Ja czy on? Twój wy­bór.

Co się stało, to się nie od­sta­nie. Czasu nie da się cof­nąć. Wręcz prze­ciw­nie, choćby nie wia­domo jak się pra­gnęło.

Brix od­wró­cił się do tech­nika.

- Ty.

Po czym cof­nął się, wziął głę­boki od­dech, po­my­ślał, jaki odór za­raz po­czują, i pa­trzył, jak męż­czy­zna za­kłada ma­seczkę na twarz.

Kilku funk­cjo­na­riu­szy wy­szło, nie mo­gło tego znieść. Tro­chę im za­zdro­ścił. Nie­długo, gdy pro­ku­ra­tor i Ruth He­deby wy­ko­nają swoją ro­botę, taka wol­ność sta­nie się czę­ścią jego co­dzien­nego ży­cia. Nie wie­dział, co o tym my­śleć. Czy to po­cie­sza­jące, czy przy­gnę­bia­jące.

- Cię­cie - oznaj­mił tech­nik, po czym przy­sta­wił ostrze skal­pela do szczytu torby, w po­bliżu wią­za­nia, i prze­su­nął je po­woli, ostroż­nie, wy­ko­nu­jąc płyt­kie cię­cie przez całą dłu­gość płótna.

Nowy za­pach. Brix nie mógł go sko­ja­rzyć.

Dru­gie cię­cie, w po­przek, po­środku. Po­tem jesz­cze kilka.

To się działo za szybko. Torbę na­le­żało roz­ciąć ostroż­nie, wy­do­być tę po­czwarkę mo­tyla z ko­konu.

Jesz­cze jedno cię­cie i Brix do­padł go z krzy­kiem na ustach.

I za­raz umilkł.

Tech­nik ścią­gnął ma­seczkę. Wzru­szył ra­mio­nami.

Brix spoj­rzał, pró­bo­wał sko­ja­rzyć za­pach.

Płótno i ży­wica. No­wiut­kie. Nie­uży­wane.

Nie­ska­zi­telne, cia­sno zło­żone, w więk­szo­ści cią­gle białe, le­żało w nie­bie­skiej tor­bie.

Ża­giel. I nic poza tym. Na jed­nym końcu po­czer­niały otwór po kuli. I drugi na środku.

- Lund miała ra­cję - ode­zwał się sto­jący za ple­cami Brixa Mad­sen.- Miała...

Brix już wy­cho­dził na ko­ry­tarz. Czło­wiek od­ro­dzony.

- Po­wiedz He­deby, że wzna­wiamy sprawę - roz­ka­zał, gdy Mad­sen pró­bo­wał do­trzy­mać mu kroku. - Znajdź wszyst­kich do­stęp­nych funk­cjo­na­riu­szy. Nie ob­cho­dzi mnie, czy są po służ­bie. Mają się tu na­tych­miast sta­wić.

Trzeba po­wia­do­mić lu­dzi. Pod­jąć de­cy­zje. Wy­dać roz­kazy.

- Prze­każ Zeu­the­nom, że mu­simy się jak naj­szyb­ciej spo­tkać - do­dał. - I po­łącz mnie z Lund.

W cen­trum ope­ra­cyj­nym trwała już krzą­ta­nina. Dzwo­nił Junc­ker z Ju­tlan­dii. Lund chyba w końcu wy­tro­piła po­ry­wa­cza. Ale nie było do­brze.

La­kier­nia. Sil­nik pra­cuje. Je­den świe­tlik wy­soko w su­fi­cie.

Na ze­wnątrz grze­cho­tał i trząsł się ge­ne­ra­tor. Czuli, że jego wy­ziewy mie­szają się z ich od­de­chami. Po­ry­wacz był tu cały czas. Pa­trzył. Słu­chał.

Borch ro­bił to, co w ta­kich sy­tu­acjach ro­biłby każdy męż­czy­zna. Rzu­cał się na ściany, ci­skał przed­mio­tami, krzy­czał.

Wszę­dzie ce­gły i me­tal. Rę­kawy przy ustach, płyt­kie od­de­chy. Ale nie bar­dzo to po­ma­gało.

Dźwięk. Od razu wie­działa, kto dzwoni.

Wy­jęła z kie­szeni te­le­fon, po­de­szła do ściany, pró­bo­wała zna­leźć odro­binę po­wie­trza, by mó­wić.

- To za­bawne - po­wie­działa, nie­mal się krztu­sząc.

- Chcę tylko no­tes, Lund. Nie cie­bie. Daj mi go, a bę­dziesz żyła.

Borch był obok. Prze­ka­zała mu to. Chwy­cił te­le­fon.

- Słu­chaj no! - wark­nął. - Nie mamy no­tesu. Po­li­cja tu je­dzie. Wy­łącz to, do­bra?

Nic.

Pod­nio­sła wy­soko wzrok na nie­do­stępny świe­tlik. Borch przy­niósł wia­dro i ka­zał jej na nim sta­nąć. Pró­bo­wała, ale na­wet z wia­dra nie się­gnęła do pierw­szej belki.

- Nie dam rady - po­wie­działa i ze­sko­czyła na pod­łogę. - Ty spró­buj. Wyjdź. Wy­łącz sil­nik. I wróć po mnie.

Wa­ha­nie na jego twa­rzy. Krzy­czała, aż się w końcu ru­szył.

Był wy­gim­na­sty­ko­wany. Je­den skok z wia­dra i już chwy­cił belkę. Pod­cią­gnął się. Wspiął się na le­gar i da­lej na dach. Wal­nął pi­sto­le­tem w szkło. Stare że­lazo drgnęło. Lekki po­wiew noc­nego po­wie­trza spły­nął po­śród opa­rów, jak woda pod­czas su­szy.

Wcią­gnęła je no­sem. Za­mknęła oczy. Pró­bo­wała my­śleć.

Kiedy je znowu otwo­rzyła, był już pra­wie na ze­wnątrz, wła­śnie zni­kały nogi.

A więc wy­szedł. Usły­szała, jak ciało sta­cza się po da­chu z bla­chy fa­li­stej.

Usły­szała, jak spada.

Usły­szała jego jęk.

A po­tem jesz­cze je­den dźwięk.

Strzał z pi­sto­letu.

Borch spadł z da­chu warsz­tatu, wy­lą­do­wał na błot­ni­stej ziemi, prze­tur­lał się dwa razy, usły­szał coś. Prze­tur­lał się w drugą stronę.

Pod­niósł wzrok. Czarna po­stać. Ko­mi­niarka. W dłoni pi­sto­let. Lufa wy­ce­lo­wana w jego twarz.

- No­tes - po­wie­dział męż­czy­zna bez­barw­nym, zim­nym gło­sem i na­gle pi­sto­let wy­pa­lił, tak bli­sko jego głowy, że huk na chwilę go ogłu­szył.

Woń kor­dytu prze­ro­sła odór po­bli­skiego ge­ne­ra­tora, który rzę­ził i ter­ko­tał, po­sy­ła­jąc swoją tru­ci­znę Lund uwię­zio­nej w środku.

Borch od­zy­skał od­dech. Pró­bo­wał doj­rzeć coś pod ko­mi­niarką.

- Nie mam no­tesu. Mó­wi­łem...

- Je­śli będę mu­siał cię za­bić, zro­bię to.

- Nie...!

Kop­niak w brzuch. I drugi w głowę. Borch za­skom­lał. Usi­ło­wał wstać. Chciał wal­czyć.

Ale spa­dały ko­lejne ciosy. Po chwili nie było już nic in­nego.

Kasz­ląc, z pie­ką­cymi oczami i obo­la­łymi płu­cami, Lund od­su­wała kop­nia­kami graty na pod­ło­dze, szu­ka­jąc bez ustanku.

W gło­wie miała jedną myśl: sły­szała wcze­śniej mo­rze pod de­skami pod­łogi. Było tam, zimne, po­sępne i obo­jętne. Wyj­ście. Mu­siała być ja­kaś klapa.

Zna­la­zła w rogu przy drzwiach. Dwa brudne za­wiasy.

Uchwyt, okrą­gły, za­rdze­wiały. Nie­ru­chomy.

Trzy razy pró­bo­wała, nim klapa drgnęła. Jesz­cze trzy szarp­nię­cia i się udało.

Po­krywa się pod­nio­sła. W świe­tle la­tarki bły­skała w dole woda, do­bre pięć me­trów. Sta­lowa dra­bina i trap, który mu­siał pro­wa­dzić do mola z przodu.

Lund ze­szła, bar­dzo po­woli. Do­tarła do roz­wa­la­ją­cej się że­la­znej siatki. I da­lej do be­to­no­wego mola. Wspięła się. Ro­zej­rzała.

Wy­pro­sto­wana po­stać. I druga na ziemi. Na­gle męż­czy­zna się po­chy­lił, kop­nął Bor­cha po raz ko­lejny, za­czął prze­szu­ki­wać jego kie­sze­nie.

Ru­szyła przed sie­bie, z bro­nią wy­ce­lo­waną, ci­cho, sta­ra­jąc się nie od­dy­chać.

Coś się zmie­niło. Gdy tak pa­trzyła, on wy­cią­gnął z we­wnętrz­nej kie­szeni Bor­cha coś, co wy­glą­dało na to­rebkę do­wo­dową, po­ma­chał nią przed zbo­lałą po­sta­cią na ziemi, za­klął i wrza­snął:

- A to co, gnoju?

No­tes, po­my­ślała. No­tes. Ten, któ­rego Borch po­do­bno nie wi­dział na oczy.

Cią­gle szła.

Męż­czy­zna w ko­mi­niarce od­su­nął się, wy­mie­rzył z pi­sto­letu pro­sto w twarz Bor­cha.

Lund wtedy strze­liła, na oślep. Ni­gdy nie była w tym do­bra.

- Rzuć broń! - krzyk­nęła, wciąż idąc w jego stronę.

Od­su­nął się i wtedy wy­dało jej się, że wi­dzi za ma­ską wy­raz jego twa­rzy: uba­wie­nie.

- Rzuć...

Jego broń po­wę­dro­wała w górę tak szybko, że ja­kaś jej część, zu­peł­nie jej nie­znana, za­częła się bu­dzić.

Je­den strzał.

Jego.

Chy­bił.

Je­den strzał.

Jej.

Sko­wyt bólu. Czarna po­stać rzu­ciła się w mrok obok ter­ko­czą­cej ma­szyny.

Cią­gle miała to w gło­wie. Do­pa­dła Bor­cha, po­chy­liła się. Krew na jego ustach. Do­tknęła jego po­liczka.

- Saro... On ma no­tes. Mu­sisz...

Bez wa­ha­nia, z pod­nie­sioną bro­nią, ru­szyła w stronę ge­ne­ra­tora.

Na­gie de­ski na bło­cie. Kilka śla­dów stóp. Może ja­kieś plamy krwi. Nic poza tym.

Pod­nio­sła broń wy­żej. Szła da­lej.

Nic nie wi­działa.

W od­dali dźwięk sy­ren i ja­sno­nie­bie­skie bły­ski.

Z mo­rza ni­ski po­mruk sil­nika ma­łej łódki.

Na wo­dzie ani jed­nego świa­tła. Znowu znik­nął.

Wtedy do­tarł do niej Borch.

- Po­strze­li­łam go - po­wie­działa. - Wi­dzia­łam go. I tra­fi­łam.

Bóg ra­czy wie­dzieć jak, po­my­ślała.

Borch do­tknął swo­jej klatki pier­sio­wej, skrzy­wił się z bólu.

- Już ci mó­wi­łem. On nosi ka­mi­ze­lkę ku­lo­od­porną czy coś w tym ro­dzaju. - De­li­kat­nie się po­kle­pał. Wy­da­wał się nie­mal za­do­wo­lony z tego, co czuje. - Ale na pewno go za­bo­lało.

- Jesz­cze jak - wy­szep­tała.

Borch spoj­rzał na nią i za­milkł.

- Jaki on jest? - spy­tała.

Za­sta­no­wił się.

- Nie­zwy­kły - od­rzekł. - Bar­dzo.

Te­le­fon roz­bły­snął i za­dzwo­nił. Tym ra­zem jej wła­sny.

Lund słu­chała. Spoj­rzała na Bor­cha.

- Żyje - po­wie­dział Brix, a ra­czej ona wy­wnio­sko­wała to z har­mi­deru w tle, dzwo­nił z cen­trum do­wo­dze­nia. - Emi­lie żyje. Wra­camy do gry.

Spo­tka­nie ko­mi­tetu trwało w naj­lep­sze. Pięt­na­ście osób przy stole. Eg­gert jako prze­wod­ni­cząca.

- Wszy­scy je­ste­śmy omylni - mó­wiła. - Ale jako po­li­tycy zo­sta­niemy roz­li­czeni ze swo­ich błę­dów. Nie mó­wimy tu o po­je­dyn­czym po­tknię­ciu. Już sam twój zwią­zek z Rosą Le­bech...

- To sprawa oso­bi­sta - prze­rwał jej Hart­mann. - Ni­gdy nie ko­li­do­wała z moją pracą ani z po­li­tyką, którą re­ali­zuję.

- Wąt­pię, czy jej mąż by się z tym zgo­dził. - Eg­gert mó­wiła z wy­raźną wzgardą. - I twoje za­cho­wa­nie w spra­wie Zeu­the­nów... Zlek­ce­wa­ży­łeś wszyst­kie sy­gnały alar­mowe. To przez cie­bie Mo­gens Rank uda­wał nie­win­nego, pod­czas gdy wiemy w tej chwili, że nie jest nie­winny.

- Bzdury - wtrą­cił się Rank. - Moje mi­ni­ster­stwo nie...

Rzu­ciła mu przed nos wie­czorną ga­zetę.

- Prze­czy­taj to, Mo­gens. Me­dia nie zo­sta­wiają na nas su­chej nitki. Nie ma co na­rze­kać, że są... nie­miłe. Prawdą jest to, co oni uznają za prawdę. Nie od­po­wie­dzia­łeś na py­ta­nia w spra­wie, pod­czas gdy Tro­els za­an­ga­żo­wał się w nią w spo­sób dość nie­sto­sowny jak na pre­miera. Na­sza wia­ry­god­ność jako par­tii zo­stała pod­ko­pana, a do wy­bo­rów zo­stało le­d­wie kilka dni. Sta­tek bez steru to­nie na na­szych oczach. Je­ste­śmy to winni par­tii, wy­bor­com, Zeu­the­nom...

Rank uci­szył ją mach­nię­ciem ręki.

- Usu­wa­nie pre­miera nie leży w in­te­re­sie par­tii. On re­pre­zen­tuje ko­ali­cję...

- My­ślisz, że te­raz ko­ali­cjanci nas po­pie­rają? Na­wet Rosa się nie zbliży. Je­śli wyj­dzie z jego łóżka...

Hart­mann od­wró­cił się do niej gwał­tow­nie.

- Czy ja do­brze sły­szę? Do tego do­szli­śmy? Je­ste­śmy bandą cwa­nia­ków, któ­rzy się sprze­czają, plot­kują i wbi­jają nóż w plecy, szu­kają oka­zji, która ich do­wie­zie na na­stępną im­prezę? - Spoj­rzał po ze­bra­nych, po każ­dym z ko­lei. - Je­ste­ście tu dzięki mnie... Ja wy­ko­na­łem tę pracę. Ow­szem, stawką jest na­sza wia­ry­god­ność, na­sza przy­szłość, na­sza po­zy­cja w spo­łe­czeń­stwie, sto­sunki z Ze­elan­dem, ja­sne! Ale mamy wi­zję. Je­śli mnie wy­rzu­ci­cie, po­że­gna­cie się z tą wi­zją. Wy­bra­li­ście mnie z tego sa­mego po­wodu, dla któ­rego ja wy­bra­łem was. Z po­wodu wiary. - Hart­mann wal­nął pię­ścią w stół. - Te­raz wła­śnie po­trze­buję tej wiary. Wy też. Do­ma­gam się jej.

Ci­sza. Prze­rwana śmie­chem Bir­git Eg­gert.

- Jak ty świet­nie prze­ma­wiasz, Tro­els. Ale słowa nie przy­wrócą ży­cia Emi­lie Zeu­then. Albo zło­żysz re­zy­gna­cję, albo się od cie­bie ode­tniemy. Odej­ście z god­no­ścią albo krwawa wojna do­mowa. Wy­bór...

Za nimi otwo­rzyły się dwu­skrzy­dłowe drzwi. Do sali we­szła Ka­ren Ne­bel, spoj­rzała na Hart­manna. Ten wstał, Mo­gens Rank rów­nież. Po­wie­działa im coś na ucho.

Eg­gert chciała przejść do kwe­stii for­mal­nych. Re­gu­la­mi­nów i pro­ce­dur.

- Tro­els! - wrza­snęła. - Ze­chcesz wró­cić do stołu i kon­ty­nu­ować spo­tka­nie?

Od­po­wie­dział jej Mo­gens Rank. Po­pra­wił na no­sie oku­lary, spoj­rzał na nią z sym­pa­tią i rzekł:

- Bę­dziesz mu­siała mi wy­ba­czyć. Mamy nowe in­for­ma­cje z Po­li­ti­g?r­den.

- Do­bre in­for­ma­cje - do­dał Hart­mann. - Po­li­cja wła­śnie otwo­rzyła torbę, w któ­rej miało się znaj­do­wać ciało Emi­lie Zeu­then. Oka­zało się, że to zmyłka... W środku był tylko ża­giel.

Ne­bel rzu­ciła na stół ja­kieś zdję­cia. Nie­bie­ska ubło­cona torba, dwa otwory po ku­lach, w środku biały ma­te­riał.

- Wie­rzą głę­boko, że Emi­lie żyje - do­dał Rank. - Wolę się za­jąć tym, niż dys­ku­to­wać tu­taj... - Mach­nął ręką. - Co­kol­wiek by to miało być. Bir­git?

Miała na ustach naj­bled­szy ze swo­ich uśmie­chów. Nic nie po­wie­działa.

Hart­mann wy­szedł, Ne­bel za nim. Re­la­cjo­no­wała mu to, co wie. Zda­niem po­li­cji Emi­lie zo­stała za­brana na Ju­tlan­dię, praw­do­po­dob­nie jest prze­trzy­my­wana gdzieś w po­bliżu mia­sta.

Usie­dli w ga­bi­ne­cie. Hart­mann za­mknął oczy, wy­glą­dał, jakby się na­my­ślał. Ne­bel spraw­dzała wia­do­mo­ści. We­ber pod­szedł do barku.

- Nie te­raz - po­wie­dział Hart­mann, na­gle się bu­dząc.

We­ber sta­nął, spoj­rzał zdu­miony.

- Ty i Ka­ren Ne­bel ma­cie za sobą ciężki dzień - do­dał Hart­mann. - Idź­cie gdzieś wy­pić za mnie. - Wy­jął port­fel, rzu­cił na stół pie­nią­dze. - Z wy­ra­zami wdzięcz­no­ści.

- A ty co bę­dziesz ro­bił? - spy­tała Ne­bel, zbie­ra­jąc bank­noty.

Ro­zej­rzał się po wy­god­nym po­koju. Sofy. Ob­razy.

- Ja chcę mieć chwilę dla sie­bie. Idź­cie. - Od­pę­dził ich ru­chem dłoni. - Sio!

Wstali zdu­mieni.

- A po dro­dze za­mów­cie mi coś do je­dze­nia. Ho­mara i sa­łatkę. Dwie por­cje. Je­stem głodny jak wilk.

We­ber wes­tchnął, spoj­rzał na ko­le­żankę po­ro­zu­mie­waw­czo i wy­szli.

Hart­mann pod­szedł do lo­dówki. Dwie bu­telki szam­pana. Do­bra marka. Roz­kosz­nie schło­dzona. Po­wi­nien po­skut­ko­wać.

Stocz­nia jach­towa była te­raz oświe­tlona ni­czym we­sołe mia­steczko. Tech­nicy kry­mi­na­li­styki uwi­jali się przy pracy. Ga­pie wy­cią­gali szyje. Za dużo lu­dzi. Pró­bo­wała trzy­mać ich z da­leka, ale Gud­bjer­ghavn jesz­cze ni­gdy cze­goś po­dob­nego nie wi­działo. Ta­kiego przed­sta­wie­nia nie można było prze­ga­pić.

Brix znowu dzwo­nił, chciał wie­dzieć, jak po­ry­wa­czowi udało się uciec.

- Miał łódź - wy­ja­śniła. - Za­wsze ma łódź.

- Dziew­czynka...

- Zna­leź­li­śmy miej­sce, w któ­rym za­mor­do­wano Lo­uise Hjelby. Nie są­dzę, żeby tu kto­kol­wiek choćby zaj­rzał. Wi­dziano czarny sa­mo­chód. Borch miał no­tes z kil­koma nu­me­rami re­je­stra­cyj­nymi... - I za­trzy­mał go, po­my­ślała. - On nas pod­słu­chał. Za­brał no­tes. - Lund przy­po­mniała so­bie o ma­te­racu, pla­mach krwi, kaj­da­nach. - Kto­kol­wiek za­bił Lo­uise, mu­siał się czuć pew­nie. Na­wet nie pró­bo­wał usu­nąć śla­dów. Albo może...

Może to było za­da­nie ko­goś in­nego. I ten ktoś cią­gle dzia­łał.

- Jak Borch zdo­był ze­szyt? Dla­czego nie ty?

Za­wsze wie­dział, o co spy­tać.

- O to mu­sisz za­py­tać jego. Albo Dyh­ringa. Ko­goś z PET. Ja nie wiem.

Kiedy się roz­łą­czyła, stwier­dziła, że Borch słu­chał jej roz­mowy.

Po­szli na róg warsz­tatu, z dala od tech­ni­ków, od bia­łego ro­weru. On miał ban­daż na ra­mie­niu, w miej­scu, gdzie po­ry­wacz go ude­rzył. Żad­nego zła­ma­nia.

- Był pe­wien po­wód - za­czął Borch. - Chcę ci o nim po­wie­dzieć.

- Na­prawdę?

- Tak. Je­stem ci to wi­nien. I...

Wstała i ode­szła w mrok.

Junc­ker prze­ka­zał jej bie­żące in­for­ma­cje. Prze­szu­kali wy­dmy. Kilka po­bli­skich kem­pin­gów. Nie mieli po­ję­cia, gdzie znik­nął po­ry­wacz.

- On za­wsze ma plan - za­uwa­żyła. - Wszystko go­towe. Na wszelki wy­pa­dek.

Młody po­li­cjant kiw­nął głową.

- Pew­nie tak...

Pod­szedł Borch, upo­rczy­wie nie od­stę­po­wał jej boku.

- Saro, ja ni­czego nie utrud­nia­łem. Wy­słu­chasz mnie?

Junc­ker zgro­mił go wzro­kiem.

- Wy­daje mi się, że na de­skach przy ge­ne­ra­to­rze jest plama krwi - po­wie­działa Lund. - Po­strze­li­łam go. Miał na so­bie ka­mi­ze­lkę ku­lo­od­porną, ale może się czymś ska­le­czył. W każ­dym ra­zie jest ranny. Niech tech­nicy zbiorą próbki i wy­ślą do la­bo­ra­to­rium.

Fur­go­netka stała na par­kingu stoczni. Ani śladu Emi­lie. Wpro­wa­dzone do środka psy nie pod­jęły tropu.

- Jej tu w ogóle nie było - stwier­dziła Lund. - Wra­camy do Ko­pen­hagi. Kto­kol­wiek był w tym czar­nym sa­mo­cho­dzie...

- Zro­bi­łem, co mo­głem! - krzyk­nął Borch.

Szła da­lej, schy­liła się pod czer­wono-białą ta­śmą, wra­cała do ra­dio­wo­zów.

- Pró­bo­wa­łem po­móc...

Wście­kła za­trzy­mała się i od­wró­ciła do niego.

- Więc kogo kry­łeś? Czyją dupę PET tu chroni?

Junc­ker skrzy­żo­wał ra­miona na piersi i po­pa­trzył groź­nie na Bor­cha.

- Wła­śnie. Ja też chciał­bym to wie­dzieć. Wy­da­wało mi się, że bę­dziemy jedną dru­żyną.

- Nie ma­cie upraw­nień! - W gło­sie Bor­cha sły­chać było na­pię­cie. - Do­póki nie... do­póki...

To Junc­ker się wku­rzył, nie ona.

- To dziecko zo­stało zgwał­cone i za­mor­do­wane, Emi­lie Zeu­then cią­gle jest Bóg wie gdzie. A ty tu... pie­przysz jak ja­kiś służ­bi­sta. Nie mogę na cie­bie pa­trzeć.

- Ja pro­wa­dzę - oznaj­miła Lund i pod­nio­sła w górę klu­czyki.

Junc­ker za­jął fo­tel pa­sa­żera.

Od­wró­cił twarz do szyby.

- Może mnie pod­wie­zie­cie? - po­pro­sił Borch.

- Nie mamy upraw­nień - od­parła Lund i od­je­chała.

Brix spo­dzie­wał się, że po­każe Zeu­the­nom ciało. Tym­cza­sem była to brudna nie­bie­ska torba ze zwo­jem płótna. Dwa strzały. Mocny do­wód, że ten wła­śnie przed­miot Zeu­then wi­dział z mo­stu.

Torbę prze­nie­siono do nie­wiel­kiego po­koju w Wy­dziale Kry­mi­na­li­styki. Zeu­the­no­wie wpa­try­wali się w nią, nie mó­wiąc ani słowa.

- Nie umiem, nie­stety, od­po­wie­dzieć na wiele na­glą­cych py­tań - do­dał Brix. - Na pewno on chciał nas zwieść, ale...

- My­śli pan, że ona żyje? - spy­tała Maja.

Brix nie cier­piał jed­no­znacz­nych od­po­wie­dzi.

- Zo­stał wy­śle­dzony w Ju­tlan­dii. Nic nie świad­czy o tym, że Emi­lie jest z nim. Z tego, co się orien­tu­jemy, zo­stała śli­zga­czem za­brana do portu w Ko­pen­ha­dze. Po­tem... Prze­szu­ku­jemy te­ren, spraw­dzamy ru­chy stat­ków. Na pewno miał do­stęp do kon­te­nera. - Spoj­rzał na Zeu­thena. - On ma ja­kieś po­wią­za­nia z mo­rzem. Poza tym... prze­strze­gał­bym przed nad­mier­nym opty­mi­zmem. To bru­talny, do­brze zor­ga­ni­zo­wany czło­wiek. Je­śli...

Ro­bert Zeu­then zro­bił w tył zwrot i wy­szedł. Żona tuż za nim. Brix też. Zeu­then już roz­ma­wiał przez te­le­fon, dzwo­nił do szefa ochrony Ze­elanda i jego lu­dzi.

- Pa­nie Zeu­then... - za­czął Brix.

- Prze­pro­wa­dzimy w por­cie wła­sne po­szu­ki­wa­nia. Już za­czy­namy. Znamy to miej­sce le­piej niż wy. Szcze­rze mó­wiąc, z tego, co wi­dzia­łem...

Brix po­krę­cił głową.

- Ro­zu­miem pań­ską fru­stra­cję. Nie mogę jed­nak po­zwo­lić, żeby prze­szko­dził pan na­szym dzia­ła­niom.

- Zmar­no­wał pan czter­dzie­ści osiem go­dzin na tę bzdurę! - krzyk­nął Zeu­then.

- One nie były zmar­no­wane. Moi lu­dzie...

- Już mie­li­śmy po­wie­dzieć sy­nowi, że jego sio­stra nie żyje. Wy­ob­raża pan to so­bie? Co mamy po­wie­dzieć mu te­raz?

Brix stał nie­ru­chomo.

- To nie­ty­powa sprawa. Je­śli spró­buje pan prze­szko­dzić w na­szych dzia­ła­niach, tylko ją pan do­dat­kowo skom­pli­kuje.

Zeu­then od­szedł już bez dal­szych ko­men­ta­rzy. Ona zo­stała.

- To nie jest wła­ściwa droga - po­wie­dział Brix. - Pro­szę...

- On chce coś zro­bić! Nie ro­zu­mie pan tego? Oboje chcemy.

- Więc pro­szę po­szu­kać bli­żej domu. Ten czło­wiek się do was zbli­żył. Do Emi­lie. Wie dużo o was, o Ze­elan­dzie, rze­czy, któ­rych nie po­wi­nien wie­dzieć. Je­śli zdo­łamy zro­zu­mieć to...

- Prze­świe­tli­li­ście całą na­szą ro­dzinę, pa­nie Brix. I ca­łego Ze­elanda.

- To nie ozna­cza, że nie ma tu od­po­wie­dzi. Tylko że ich nie zna­leź­li­śmy. Je­śli ktoś spoj­rzy in­nymi oczami... może ktoś jej bliż­szy...

- Zo­ba­czę, co da się zro­bić - obie­cała.

Pa­trzył, jak ko­bieta od­cho­dzi ko­ry­ta­rzem, spo­tyka się z mę­żem na ze­wnątrz. Już nie wy­da­wali się so­bie tak da­lecy.

Wró­cił do cen­trum ope­ra­cyj­nego. Zo­ba­czył za­in­te­re­so­wa­nie, chęć, ener­gię. Sprawa wró­ciła z za­świa­tów.

W ga­bi­ne­cie w Drak­ka­rze Ro­bert Zeu­then i Re­in­hardt spo­tkali się z ochroną Ze­elanda. Sza­rzy, po­ważni, zde­cy­do­wani za­wo­dowcy roz­ma­wiali o miej­scach do prze­szu­ka­nia, o re­je­strach stat­ków, por­tach prze­zna­cze­nia.

Maja pod­słu­chała plot­ku­jący per­so­nel. Ze­eland nie za­rzą­dzał się sam. Jesz­cze przed po­rwa­niem Emi­lie były pro­blemy z radą nad­zor­czą. Szepty o bun­cie i jak to Ro­bert nie jest swoim oj­cem.

I nie był. Ina­czej ni­gdy by za niego nie wy­szła. Kiedy słu­chała, jak roz­ma­wiają, i pa­trzyła, jak on pró­buje kie­ro­wać ich sta­ra­niami, czuła się bez­silna. Po­dob­nie jak on.

Mieli przy stole wielki mo­ni­tor. Wy­świe­tlały się na nim mapy i ru­chy stat­ków. On py­tał, które miej­sca spraw­dziła po­li­cja. Od­nio­sła wra­że­nie, że to ope­ra­cja na ogromną skalę.

- Spraw­dzili wszyst­kie statki w por­cie - po­wie­dział Re­in­hardt.

- A kon­te­nery?

- Są za­pie­czę­to­wane. Nie mo­żemy tak po pro­stu...

- Chcę, że­byś po­roz­ma­wiał z ludźmi z ter­mi­nalu kon­te­ne­ro­wego - prze­rwał Zeu­then. - Po­wiedz, że mu­simy zaj­rzeć do każ­dego kon­te­nera. Po­kry­jemy straty. Wszel­kie straty spo­wo­do­wane ewen­tu­al­nymi opóź­nie­niami.

Szef ochrony po­krę­cił głową.

- Nie mamy prawa. To są ła­dunki. Za­war­tość jest pry­watną wła­sno­ścią. Je­śli...

- Spy­taj o cenę. A po­tem za­płać. Nie są­dzę, żeby się spie­rali.

- Rada chce się spo­tkać - do­dał Re­in­hardt. - To ważne.

- Nie dla mnie - wark­nął Zeu­then.

Ha­łas przy drzwiach. Stał tam Car­sten Las­sen i pa­trzył na Maję. Był z nim Carl. Wi­dać było, że pła­kał.

Po­de­szła do chłopca. Zeu­then też. Las­sen wy­glą­dał na za­wsty­dzo­nego. Miał włą­czony te­le­wi­zor, a Carl usły­szał wia­do­mo­ści.

- Za­po­mnia­łem. Prze...

Maja już obej­mo­wała chłopca, spoj­rzała na Las­sena zna­cząco. Zro­zu­miał i od­szedł.

Po­szli do sa­lonu, po­sa­dzili Carla mię­dzy sobą, ob­jęli go. Tak jak kie­dyś.

- Mama i tata jej szu­kają - po­wie­dział Zeu­then. - Wszę­dzie. Znaj­dziemy na­szą Emi­lie. Oboje... wszy­scy za nią tę­sk­nimy.

- A je­śli jej nie znaj­dzie­cie?

Po­ło­żyła mu rękę na gło­wie. Zeu­then też.

- Ależ znaj­dziemy - za­pew­niła.

- Kiedy?

- Nie­długo.

Prze­tur­lał się po ka­na­pie, po­ło­żył jej głowę na ko­la­nach, nogi miał na ko­la­nach taty.

- Pójdę jej po­szu­kać - po­wie­dział chłop­czyk.

Ze­brało jej się na płacz, ale so­bie na to nie po­zwo­liła.

- Gdzie?

- My­śla­łem, że jest w schowku. Ale jej nie ma.

Maja Zeu­then przy­mknęła oczy. Stara po­sia­dłość była taka wielka. Dzieci ca­łymi go­dzi­nami eks­plo­ro­wały miej­sca, o któ­rych ona nie miała po­ję­cia.

- W ja­kim schowku, ko­cha­nie?

Spoj­rzał zmar­twiony. Spy­tała raz jesz­cze.

- To ta­kie miej­sce, gdzie Emi­lie cho­dziła, kiedy nie chciała sły­szeć róż­nych rze­czy.

Zeu­then po­ło­żył dłoń na po­liczku syna.

- Ja­kich rze­czy?

- Was. Jak się kłó­ci­cie.

Spoj­rzeli na sie­bie. Wspólna chwila bólu i po­czu­cia winy. Cze­goś, co jesz­cze nie umarło, cho­ciaż tak bar­dzo sta­rali się to za­bić.

Kiedy pod­nio­sła wzrok, zo­ba­czyła, że w drzwiach stoi Car­sten Las­sen, za­gu­biony i ża­ło­sny, z wa­li­ze­czką w dłoni.

- Chodź, po­szu­kamy cia­stek i mleka - za­pro­po­no­wał Zeu­then i wy­szedł z syn­kiem.

Las­sen wszedł.

- Może po­win­ni­śmy za­brać stąd wię­cej rze­czy dla Carla - po­wie­dział nie­pew­nie. - Tak żeby czuł się z nami jak w domu.

Nie ode­zwała się.

- Są ja­kieś nowe in­for­ma­cje?

Po­krę­ciła głową.

- Czy Carl albo Emi­lie wspo­mi­nali kie­dyś o ja­kiejś kry­jówce? Na­zy­wali ją schow­kiem.

Ro­ze­śmiał się, ale to nie był miły śmiech.

- My­ślisz, że oni mi się zwie­rzali ze swo­ich se­kre­tów?

Maja spoj­rzała na stary, zna­jomy po­kój. Po­my­ślała o szczę­śli­wych chwi­lach, które tu spę­dziła. Roz­sta­nie z Ro­ber­tem ja­koś je prze­sło­niło. Zo­stały tylko kłót­nie i ból. Spra­wili, że Emi­lie ucie­kała w cień, do miej­sca, któ­rego mo­gli się tylko do­my­ślać. Może do miej­sca, z któ­rego w końcu zo­stała za­brana, by ni­gdy nie wró­cić.

- Zo­sta­niemy tu na noc - po­wie­działa ła­god­nie. - Le­piej, żeby był te­raz z oj­cem.

Kiw­nął głową z gorz­kim uśmie­chem. Znowu go roz­cza­ro­wała.

Po­sta­wił torbę na pod­ło­dze.

- Skoro tak uwa­żasz.

Maja pra­wie nie za­uwa­żyła, że od­szedł.

Scho­wek.

Miej­sce, do któ­rego ją ze­słali.

Scho­wek.

Mu­siała wie­dzieć.

Lund do­tarła do domu około pół­nocy. Brix za­dzwo­nił, gdy wcho­dziła przez drzwi. W dro­dze z Ju­tlan­dii ma­ru­dziła o Bor­chu, PET i za­gi­nio­nym no­te­sie. Omó­wił to z nimi. Ale nic nie zy­skał.

- Mó­wią, że to było ru­ty­nowe po­stę­po­wa­nie, Lund. Nic spe­cjal­nego.

- Dla­tego Borch dwa lata temu po­za­mia­tał tam wszystko, co mu wpa­dło w ręce?

- Nie po­za­mia­tał. Gdyby za­mia­tał, zna­la­złby tę stocz­nię, prawda?

- Borch wziął ten no­tes i nic mi nie po­wie­dział. Miał ja­kiś po­wód.

Prze­kleń­stwo po dru­giej stro­nie.

- To PET. Biuro ochrony... Oni chro­nią po­li­ty­ków. Znasz ich za­gra­nia. Nie wpa­daj w pa­ra­noję.

W domu było ciemno i bar­dzo zimno.

- Nie wpa­dam - po­wie­działa z upo­rem. - Mu­szą mieć gdzieś te nu­mery, które kie­dyś zna­leźli.

- Ju­tro z sa­mego rana przy­je­dzie tu Dyh­ring. Mo­żesz przyjść i po­pa­trzeć, jak sko­pię mu dupę. Borch ci coś dał?

- Nie.

- Mamy pierw­sze wy­niki z krwi, którą zna­la­złaś. Wy­gląda na to, że to oj­ciec Lo­uise Hjelby.

Dźwięk z tyłu. Eva we­szła w ko­szuli noc­nej, ję­cząc, żeby Lund nie włą­czała ogrze­wa­nia. Trzy­mała świeczkę w sło­iku po dże­mie, pach­nącą jak ka­dzi­dło. Prze­szła się, za­pa­la­jąc ko­lejne świeczki. Do­nice z kwia­tami na dy­wa­nie, na sto­łach, wszę­dzie.

- Wnio­słam wszystko, co jesz­cze żyło - wy­ja­śniła. - Je­śli tu bę­dzie za cie­pło, po­my­ślą, że to wio­sna. Wtedy się obu­dzą i umrą.

Lund odło­żyła te­le­fon. Za­sta­na­wiała się, co ro­bić.

- Rzecz w tym - pod­jęła Eva z po­wagą - że je­śli bę­dziemy mieli zimę bez mrozu, można by je wy­nieść wcze­śnie na dwór, o ile bę­dziemy ich pil­no­wać. Je­śli nie...

- Nie mogę mar­z­nąć całą zimę z po­wodu, kurwa, ro­ślin - burk­nęła Lund.

Eva się uśmiech­nęła i udała, że igno­ruje jej wy­po­wiedź.

- Zro­bi­łam zupę z dyni. Bar­dzo zdrowa. Chcesz?

Bez od­po­wie­dzi. Lund po­de­szła do lo­dówki i spoj­rzała na piwo.

- Nie! - krzyk­nęła Eva i szybko za­trza­snęła drzwi. - Nie wi­dzia­łaś!

Zdję­cia na drzwiach. Wy­druki z USG.

- Wsta­wię zupę...

- Nie chcę w tej chwili zupy, świe­czek, ro­ślin ani zdjęć dzieci.

Jedno piwo. Zimne i ku­szące. Wzięła dru­gie na do­kładkę.

- Nie mu­sisz się zło­ścić - pod­jęła Eva. - Zo­staję tylko do ju­tra.

Lund spoj­rzała na nią i przez jedną krótką chwilę po­czuła wy­rzuty su­mie­nia.

- Czy­tasz w ogóle ga­zety, Evo? Kie­dy­kol­wiek? Oglą­dasz te­le­wi­zję?

- Nie w tej chwili. To wszystko jest ta­kie okropne. A je­śli ma­lu­szek usły­szy?

Wy­rzuty su­mie­nia przy­brały na sile.

- Roz­ma­wia­łaś z Mar­kiem? - spy­tała Lund.

Miała na­iwną, śliczną twarz, która tak ła­two zdra­dzała ból.

- Po­wie­dział, że nie wie, co ro­bić. Ze mną. Z... - Po­kle­pała się po brzu­chu, a Lund ma­rzyła, żeby tego nie ro­biła. - Mu­szę po­my­śleć o so­bie. O dziecku. Chyba mogę się wpro­wa­dzić do ko­le­żanki. Nie mu­sisz się mar­twić.

Nie było za późno, żeby usma­żyć jajka, choćby ro­śliny miały krzy­czeć.

- Nie mo­żesz tak miesz­kać z dziec­kiem. Za­wsze masz to miesz­ka­nie.

Wzru­sze­nie ra­mion, które miało ozna­czać: prze­grana sprawa.

- W su­fi­cie jest azbest. Za­mknęli cały bu­dy­nek. Idzie do roz­biórki. - Krótki śmiech, nie gorzki. Pew­nie na­wet gdyby pró­bo­wała, nie zdo­ła­łaby wy­ra­zić go­ry­czy. - Pew­nie dla­tego było ta­nie.

Lund wy­chy­liła wię­cej piwa. Za­sta­no­wiła się, czy wziąć trze­cie.

- My­ślę, że by­cie sa­motną mamą nie jest ta­kie trudne - po­wie­działa Eva. - Ty da­łaś radę.

- Nie. Nie da­łam - od­parła Lund bez na­my­słu. - My­śla­łam, że daję. Chcia­łam dać. Bar­dzo. Ale...

- Ale co?

- Nie udało się z tatą Marka. My­śla­łam, że go nie po­trze­buję. Że ni­kogo nie po­trze­buję.

- Dla­czego się nie udało? - Ja­sne oczy Ewy lśniły w świe­tle świeczki.

- Może zja­dła­bym zupy.

Iskra zro­zu­mie­nia.

- Też by­łaś w ciąży? Dla­tego wzię­li­ście ślub?

Lund się ro­ze­śmiała. Kiw­nęła głową.

- I nie ko­cha­łaś go?

Za bli­sko, ale te oczy nie chciały jej od­pu­ścić.

- Nie. Ko­cha­łam ko­goś in­nego. Wcze­śniej. Ale wtedy się ba­łam. Więc go prze­go­ni­łam. To się wy­da­wało ła­twiej­sze...

Dźwięk. Dzwo­nił jej te­le­fon.

- Mo­żesz tu zo­stać, jak długo chcesz - po­wie­działa. - I będę dumna, że mam na lo­dówce zdję­cie wa­szego dziecka. Za­wsze. - Lund się ze­brała, pod­nio­sła te­le­fon. - Co jest? - spy­tała.

- Dla­czego mnie po­wstrzy­ma­łaś, Lund? Kim ten gnój jest dla cie­bie? - Głos z te­le­fonu Emi­lie. Zimny. In­te­li­gentny. Wy­kształ­cony.

W gło­wie jej się za­krę­ciło.

- Skąd masz mój nu­mer?

- Mogę mieć wszystko, co ze­chcę. Twój kum­pel z PET za­słu­żył na śmierć. Sły­sza­łaś, co zro­bił. Ja sły­sza­łem.

- Gdzie jest Emi­lie? Co jej zro­bi­łeś?

- Mo­żemy do­bić targu. Po­trze­buję two­jej po­mocy.

Prze­szła przez po­kój. Coś w to­nie jej głosu spra­wiło, że Eva ucie­kła do kuchni.

- Wiemy, że nie za­bra­łeś jej do Ju­tlan­dii. Żyje?

- W no­te­sie jest dwa­na­ście czar­nych sa­mo­cho­dów. Po­trze­buję na­zwisk i nu­meru ubez­pie­cze­nia kie­row­ców. Z resztą so­bie po­ra­dzę.

- Nie bądź śmieszny. Daj spo­kój. Od­daj mi Emi­lie. Do­wiem się, kto za­bił twoją córkę.

Ci­sza.

- Mamy próbkę two­jej krwi. Wiem, że je­steś oj­cem Lo­uise. Po­wie­działa przy­ja­ciół­kom, że je­steś do­brym czło­wie­kiem. Bo­ha­te­rem. Tak wła­śnie ro­bią bo­ha­te­ro­wie? Wy­kra­dają nocą dzieci?

- Moje ktoś wy­kradł.

- To nie może dłu­żej trwać. Je­steś ranny. Po­strze­li­łam cię.

- By­wało go­rzej. Za­dzwo­nię ju­tro. Na ten te­le­fon. Chcę na­zwi­ska i nu­mery ubez­pie­cze­nia. Chcę...

Eva już wró­ciła z mi­ską zupy i zdu­mio­nym uśmie­chem.

- Nie ma mowy - od­parła Lund. - Chcesz, żeby sprawa two­jej córki zo­stała roz­wią­zana czy nie? Od­daj mi Emi­lie, a ja się do­wiem, kto za­mor­do­wał twoje dziecko. Po­gry­waj tak da­lej, a ten czło­wiek odej­dzie wolno. - Nie wie­działa, czy da­lej jej słu­cha. - Ju­tro wzy­wamy PET. Je­śli mają ko­pię tych nu­me­rów, za­czy­namy od nich. To po pierw­sze. Do­bra?

Dłu­gie cze­ka­nie.

- Do­bra - po­wie­dział. - Nie spraw mi za­wodu.

- Emi­lie...

- Nie mu­sisz cze­kać do rana. Pod two­imi drzwiami jest ko­pia.

Na ulicy uru­cho­mił się sil­nik sa­mo­chodu.

Od­je­chał, za­nim wy­szła. Zo­ba­czyła tylko dwa czer­wone świa­tła w od­dali, jak zjeż­dżają ze wzgó­rza do mia­sta.

Na wy­cie­raczce biała ko­perta.

Jedna kartka, kse­ro­ko­pia. Dzie­cięce pi­smo chłopca z Ju­tlan­dii. Cy­fry. Li­tery. I nic wię­cej.