The Killing. Tom 3. Odcinek 1 - David Hewson

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (44,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Środa, 9 li­sto­pada

Za­wsze przy­dzie­lali jej mło­dych. Ten aku­rat na­zy­wał się As­bj?rn Junc­ker, miał dwa­dzie­ścia trzy lata, wła­śnie od­był staż i zo­stał śled­czym. Te­raz ocho­czo prze­trzą­sał wraki sa­mo­cho­dów na za­pusz­czo­nym zło­mo­wi­sku na obrze­żach do­ków.

- Tu jest ręka! - krzyk­nął, ob­cho­dząc rdze­wie­jące tru­chło gar­busa. - Cała ręka!

Ekipą prze­cze­su­jącą te­ren do­wo­dził Mad­sen. Zer­k­nął na Lund i wes­tchnął. As­bj?rn po­ja­wił się w Po­li­ti­g?r­den pro­sto z pro­win­cji dzi­siaj rano, z przy­dzia­łem do Wy­działu Za­bójstw. Kwa­drans póź­niej, gdy Lund pół­u­chem słu­chała wia­do­mo­ści - o kry­zy­sie fi­nan­so­wym i zbli­ża­ją­cych się znów wy­bo­rach par­la­men­tar­nych - za­dzwo­nili ze zło­mo­wi­ska, że zna­leźli ciało. A w za­sa­dzie czę­ści ciała roz­rzu­cone po ca­łym te­re­nie. Praw­do­po­dob­nie to ja­kiś me­nel z po­bli­skiego obo­zo­wi­ska na nie­czyn­nym na­brzeżu. Sfor­so­wał ogro­dze­nie, by coś ukraść, a po­tem za­snął w sa­mo­cho­dzie. Zgi­nął, gdy wrak tra­fił do chwy­taka jed­nego z wiel­kich żu­rawi.

- Cie­kawe miej­sce na drzemkę - za­uwa­żył Mad­sen z prze­ką­sem. - Chwy­tak prze­ciął go na pół. Po­tem naj­wy­raź­niej zo­stał po­cięty tro­chę drob­niej. Ope­ra­tor żu­ra­wia pew­nie za­krztu­sił się kawą, wi­dząc, co się dzieje.

Je­sień po­woli opusz­czała Ko­pen­hagę, po­ga­niana przez nie­cier­pliwą zimę. Szare niebo. Szara zie­mia. Szara woda z sza­rym stat­kiem sto­ją­cym nie­ru­chomo kil­ka­set me­trów od brzegu.

Lund nie zno­siła tego miej­sca. Kie­dyś, przy oka­zji sprawy Birk Lar­sen, przy­je­chała tu­taj szu­kać ma­ga­zynu na­le­żą­cego do ojca za­mor­do­wa­nej dziew­czyny. Te­raz Theis Birk Lar­sen wła­śnie wy­szedł z wię­zie­nia, po wy­roku za za­bi­cie czło­wieka, który jego zda­niem za­mor­do­wał mu córkę. Lund sły­szała, że wraca do prze­pro­wa­dzek. Jan Meyer, jej były part­ner po­strze­lony w cza­sie do­cho­dze­nia, jeź­dził na wózku; pra­co­wał dla or­ga­ni­za­cji do­bro­czyn­nej osób z nie­peł­no­spraw­no­ściami. Nie zbli­żała się do niego ani do Birk Lar­se­nów, cho­ciaż tamta sprawa wciąż nie da­wała jej spo­koju.

Spoj­rzała po­nad po­nurą wodą na sto­jący na ko­twicy sta­tek. Nie­ustan­nie krą­żyły wo­kół niej du­chy, cza­sami coś po­szep­tu­jąc. Te­raz też je sły­szała.

- Nie za­mie­rzasz chyba przy­jąć tej po­sady w OPA, co? - spy­tał Mad­sen.

Po­li­ti­g?r­den za­wsze trzę­sła się od plo­tek. W su­mie wia­domo było, że to wy­ciek­nie.

- Dzi­siaj do­staję me­dal za dwa­dzie­ścia pięć lat służby. Nie da się spę­dzić ca­łego ży­cia na mro­zie, pa­trząc na po­ćwiar­to­wane zwłoki.

- Brix nie chce cię stra­cić. Nikt nie chce, choć cza­sami je­steś po­twor­nie upier­dliwa. Lund...

- Co? - pi­snął Junc­ker, gra­mo­ląc się przez wraki. - Bę­dziesz ca­łymi dniami li­czyła spi­na­cze?

OPA - Wy­dział Ope­ra­cji, Pla­no­wa­nia i Ana­liz - zaj­mo­wał się nie tylko li­cze­niem spi­na­czy, ale Lund nie chciało się tego tłu­ma­czyć. Coś w Junc­ke­rze przy­po­mi­nało jej Mey­era. Tu­pet. Od­sta­jące uszy. I oso­bliwa, ura­żona nie­win­ność.

- Po­wie­dziano mi, że będę pra­co­wać z kimś do­brym... - za­czął młody po­li­cjant.

- Za­mknij się, As­bj?rn - prze­rwał mu Mad­sen. - Wła­śnie pra­cu­jesz.

- I chciał­bym, żeby mó­wiono do mnie Junc­ker, nie As­bj?rn. Wszy­scy tu zwra­ca­cie się do sie­bie po na­zwi­sku.

Tra­fili do­tąd na sześć czę­ści ciała męż­czy­zny w śred­nim wieku. Ta przy­nie­siona przez Junc­kera była siódma. Nie zna­leźli żad­nego ubra­nia.

Obok Volks­wa­gena stała stara taczka. Lund spy­tała szefa zło­mo­wi­ska o jej cenę. Tro­chę za­sko­czony szybko jej ja­kąś po­dał. Wrę­czyła mu kilka bank­no­tów i po­pro­siła Junc­kera, by wsa­dził za­kup do ba­gaż­nika jej auta.

Wziął się pod boki.

- Spoj­rzy ktoś na moją rękę czy nie?

Draż­liwy mło­dzie­niec. Lund po­woli się do niego przy­zwy­cza­jała. Dzi­siaj wie­czo­rem na ko­la­cję miał przyjść Mark ze swoją dziew­czyną. Pierw­sza wi­zyta w jej no­wym domu, ma­leń­kiej drew­nia­nej chatce na obrze­żach mia­sta. Za­sta­na­wiała się, czy jej syn rze­czy­wi­ście do­trze, czy znaj­dzie ko­lejną wy­mówkę.

Junc­ker ski­nął na fo­to­grafa ro­bią­cego te­raz zdję­cia w po­przed­nim miej­scu, po czym pod­niósł w górę pa­lec jak chło­piec wy­li­cza­jący ko­lejne punkty z li­sty.

- Nie ma do­ku­men­tów. Ale ma złotą ob­rączkę i kilka ta­tu­aży. A także po­marsz­czoną skórę, jakby le­żał w wo­dzie. - Wska­zał bez­barwny, apa­tyczny port. - Tam.

Lund spoj­rzała na czło­wieka od złomu, po­tem na opusz­czony te­ren za po­bli­skim mu­rem.

- To były kie­dyś ma­ga­zyny - po­wie­działa. - A te­raz co tam jest?

Miał smutną, in­te­li­gentną twarz. Za­ska­ku­jącą u czło­wieka pra­cu­ją­cego w ta­kim miej­scu.

- To był je­den z głów­nych ter­mi­nali Ze­elanda. Ma­ga­zyny były tylko ukło­nem w stronę ma­lucz­kich. - Wzru­szył ra­mio­nami. - Nie­wielu już ma­lucz­kich. I mało kon­te­ne­rów tu tra­fia. Więk­szość za­mknęli, gdy przy­szedł kry­zys. Z dnia na dzień tra­fiło na bruk pra­wie ty­siąc lu­dzi. Kie­dyś kie­ro­wa­łem za­ła­dun­kiem. Pra­co­wa­łem tam, od­kąd skoń­czy­łem szkołę... - Nie chciał o tym mó­wić. Pod­je­chał więc taczką do sa­mo­chodu Lund, otwo­rzył ba­gaż­nik i po­ło­żył ją obok kilku krze­wów ró­ża­nych w do­ni­cach.

- Le­żał w wo­dzie. Ma ta­tu­aże - po­wtó­rzył Junc­ker. - A na ra­mie­niu ślady jak po nożu.

Na po­bli­skim par­kingu sta­rej stoczni po­wstało obo­zo­wi­sko bez­dom­nych - ja­kieś bez­ładne kon­struk­cje z bla­chy fa­li­stej, rdze­wie­jące cię­ża­rówki i przy­czepy kem­pin­gowe. Nie było go tu w cza­sach, gdy tro­piła mor­dercę Nanny Birk Lar­sen.

- To włó­częga, który się tu przy­szwen­dał, szu­ka­jąc ła­twego łupu - wtrą­cił Mad­sen. - Zro­bimy zdję­cia. Mo­żesz spró­bo­wać na­pi­sać ra­port, je­śli chcesz. Spraw­dzę go.

To się Junc­ke­rowi zu­peł­nie nie po­do­bało.

- Będą kło­poty, je­śli ktoś uzna, że się tu obi­jamy - rzekł.

- Dla­czego? - spy­tała Lund.

- Po­li­tycy nad­cią­gają. - Ru­chem głowy wska­zał kie­row­nika zło­mo­wi­ska, który przy­glą­dał się bacz­nie ro­śli­nom Lund, na po­zór nie­wzru­szony. - On mi po­wie­dział. Mają se­sję zdję­ciową z tymi wszyst­kimi bez­dom­nymi.

- Bez­do­mni nie mają praw wy­bor­czych - burk­nął Mad­sen.

- Nie mają też zło­tych ob­rą­czek - za­uwa­żył Junc­ker. - Sły­sze­li­ście, co mó­wi­łem? Grube ryby jadą po­ga­dać z sie­ro­tami po stoczni. Ma być na­wet Tro­els Hart­mann. Za go­dzinę.

Du­chy.

Wła­śnie przy­po­mniał o so­bie na­stępny. Hart­mann - po­dej­rzany w spra­wie Birk Lar­sen, czło­wiek, który przez am­bi­cję i aro­gan­cję nie­mal znisz­czył so­bie ka­rierę. Meyer mó­wił o nim "cho­dzący ideał". Te­flo­nowy przy­stoj­niak ko­pen­ha­skiej po­li­tyki. Gdy tylko zo­stał oczysz­czony z po­dej­rzeń, od­niósł nie­wia­ry­godne zwy­cię­stwo w wy­bo­rach na bur­mi­strza. Dwa i pół roku póź­niej, po kam­pa­nii zdo­mi­no­wa­nej przez gorz­kie słowa o upa­da­ją­cej go­spo­darce, oka­zał się zwy­cięzcą w wy­bo­rach par­la­men­tar­nych, zo­stał pre­mie­rem z ra­mie­nia Stron­nic­twa Li­be­ral­nego i sze­fem no­wej ko­ali­cji.

- Hart­mann brał udział w tej two­jej wiel­kiej spra­wie - do­dał Junc­ker. - Pa­mię­tam.

Można by po­my­śleć, że to było wczo­raj.

- Pra­co­wa­łeś już wtedy? - spy­tała bez na­my­słu.

As­bj?rn Junc­ker ro­ze­śmiał się gło­śno.

- Pra­co­wa­łem? To było wieki temu. Czy­ta­łem o tym w szkole. Jak są­dzisz, dla­czego wstą­pi­łem do po­li­cji? To chyba...

- Sześć lat - wtrą­cił Mad­sen. - Do­kład­nie sześć lat.

Dłu­gich lat, po­my­ślała Lund. Nie­długo bę­dzie ob­cho­dzić czter­dzie­ste piąte uro­dziny. Miała wła­sne, nie­wiel­kie cztery kąty. Nudne, pro­ste, klasz­torne ży­cie. Mu­siała od­bu­do­wać re­la­cje z sy­nem. Nie po­trze­bo­wała gorz­kich wspo­mnień z prze­szło­ści. Ani świe­żych kosz­ma­rów na przy­szłość.

Po­wie­działa Mad­se­nowi, żeby da­lej szu­kał i do­pil­no­wał, by nic nie prze­cie­kło do me­diów ani nad­cią­ga­ją­cego cyrku po­li­ty­ków. Na­stęp­nie po­je­chała do Po­li­ti­g?r­den z ma­łym waw­rzy­nem pod­ska­ku­ją­cym na pod­ło­dze przed fo­te­lem pa­sa­żera, prze­brała się w mun­dur, nie­bie­ską ko­szulę, gra­na­tową kurtkę, i pa­trzyła na in­nych, któ­rzy po­dob­nie jak ona przy­by­wali tu po me­dale za wie­lo­let­nią służbę. Wy­da­wali się Lund o wiele starsi od niej.

Przy­szedł Brix, by po­glę­dzić o jej po­sa­dzie w OPA.

- Je­steś mi po­trzebna tu­taj. - Szef Wy­działu Za­bójstw, wy­soki męż­czy­zna o po­waż­nej, szczu­płej twa­rzy, zmie­rzył ją spoj­rze­niem. - Nie wy­glą­dasz do­brze w tym stroju.

- Mój strój, moja sprawa. Dasz mi do­bre re­fe­ren­cje? - Bar­dzo ją to nie­po­ko­iło. - Wiem, że nie­które sprawy z prze­szło­ści im się nie spodo­bają. Nie mu­sisz się nad nimi roz­wo­dzić.

- OPA to miej­sce, gdzie można w spo­koju do­cze­kać eme­ry­tury. Dla tych, któ­rzy już so­bie od­pu­ścili. Ty ni­gdy...

- Tak. Wiem.

Mruk­nął coś, czego Lund nie do­sły­szała. A gło­śniej do­dał:

- Masz źle za­wią­zany kra­wat.

Lund za­częła po­pra­wiać wę­zeł. Brix był jak za­wsze w nie­ska­zi­tel­nym mar­ko­wym gar­ni­tu­rze i świeżo wy­pra­so­wa­nej ko­szuli - cho­dząca do­sko­na­łość. Im bar­dziej się jej przy­glą­dał, tym bar­dziej kra­wat nie chciał do­brze le­żeć.

- Cze­kaj - po­wie­dział i w końcu zro­bił to za nią. - Po­ga­dam z nimi. Po­peł­niasz błąd, wiesz o tym?

Drak­kar - po­sępny za­mek z czer­wo­nej ce­gły - był kie­dyś pa­ła­cy­kiem my­śliw­skim mniej zna­czą­cych człon­ków ro­dziny kró­lew­skiej. Po­tem ku­pił go dzia­dek Ro­berta Zeu­thena, po­więk­szył i nadał swo­jemu dziełu na­zwę na cześć smo­czo­dzio­bych wi­kiń­skich lang­ski­pów. Jako czło­wiek od­dany idei za­ło­że­nia dy­na­stii uwiel­biał swoją twier­dzę w głębi lasu, jej prze­ry­so­wane blanki i roz­le­głe wy­pie­lę­gno­wane te­reny cią­gnące się hen po dzi­kie le­śne ostępy i mo­rze. Od strony wody za­mon­to­wał wy­myślny rzy­gacz - w kształ­cie zwy­cię­skiego smoka, sym­bolu firmy, pod którą po­ło­żył pod­wa­liny.

Mo­rze za­wsze było bli­skie twórcy Ze­elanda, nie­wiel­kiej ro­dzin­nej firmy prze­wo­zo­wej, którą prze­obra­ził po­tem w mię­dzy­na­ro­dowe im­pe­rium z flo­tyllą li­czącą ty­siące stat­ków. Hans, oj­ciec Ro­berta, gdy odzie­dzi­czył in­te­res, też sta­wiał na roz­wój i eks­pan­sję. Fi­nanse i firmy in­for­ma­tyczne, do­radz­two, ho­tele i biura po­dróży, na­wet ogól­no­kra­jowa sieć do­mów to­wa­ro­wych zło­żyły się na logo Ze­elanda: trzy fale pod smo­kiem Drak­kara.

Za­nim Hans Zeu­then umarł, a było to nie­długo przed ob­ję­ciem przez Tro­elsa Hart­manna urzędu pre­miera, jego ro­dzina stała się nie­od­łącz­nym ele­men­tem duń­skiego ży­cia spo­łecz­nego, go­spo­dar­czego i po­li­tycz­nego. Aż na­gle firma tra­fiła w ręce jego syna, głów­nego wła­ści­ciela i prze­wod­ni­czą­cego rady nad­zor­czej kor­po­ra­cji.

Ro­bert, wnuk za­ło­ży­ciela, był ule­piony z zu­peł­nie in­nej gliny. Spo­kojny, in­tro­wer­tyczny czter­dzie­sto­la­tek cho­dził wła­śnie po le­sie oka­la­ją­cym ro­dzinną po­sia­dłość, szu­ka­jąc swo­jej dzie­wię­cio­let­niej córki Emi­lie.

Gę­sty las, nagi zimą. Zeu­then dziar­skim kro­kiem szedł mię­dzy drze­wami po dy­wa­nie brą­zo­wych je­sien­nych li­ści, wo­ła­jąc dziew­czynkę. Gło­śno, ale bez zło­ści. Ob­ję­cie tronu Ze­elanda miało swoją cenę. Pół­tora roku temu ode­szła od Ro­berta żona, Maja.

Te­raz wła­śnie się roz­wo­dzili. Od ja­kie­goś czasu miesz­kała z le­ka­rzem z naj­więk­szego szpi­tala w mie­ście, a Zeu­then od­gry­wał rolę sa­mot­nego ojca, zaj­mu­jąc się Emi­lie i sze­ścio­let­nim Car­lem - na tyle, na ile po­zwa­lały mu umowa se­pa­ra­cyjna i nie­ustanna wy­ma­ga­jąca praca.

Hans Zeu­then dzia­łał w okre­sie wzro­stu go­spo­dar­czego i pro­spe­rity. Jego syn nie do­świad­czył ani jed­nego, ani dru­giego. Re­ce­sja i po­rażki biz­ne­sowe mocno osła­biły kon­dy­cję Ze­elanda. Firma od czte­rech lat zwal­niała pra­cow­ni­ków i na­dal nic nie za­po­wia­dało po­prawy. Sprze­dano kilka spółek za­leż­nych, inne po pro­stu za­mknięto. Rada nad­zor­cza się nie­po­ko­iła. In­we­sto­rzy wprost wy­ra­żali wąt­pli­wość, czy aby na pewno losy przed­się­bior­stwa po­wie­rzono wła­ści­wej oso­bie.

Ro­bert Zeu­then za­sta­na­wiał się, czego jesz­cze ocze­kują. Krwi? Za kry­zys za­pła­cił mał­żeń­stwem. Bez­cenną wię­zią ro­dzinną. Nic in­nego już od­dać nie mógł.

- Emi­lie? - krzyk­nął znowu.

- Tato. - Carl pod­szedł do niego ci­cho, cią­gnąc swo­jego di­no­za­ura. - Dla­czego Di­nuś już nie mówi?

Zeu­then skrzy­żo­wał ra­miona na piersi i po­pa­trzył na syna.

- Może dla­tego, że wy­rzu­ci­łeś go z okna swo­jego po­koju? Żeby spraw­dzić, czy umie la­tać?

- Nie umie - skwi­to­wał Carl z nie­winną miną.

Oj­ciec zmierz­wił mal­cowi włosy i po­ki­wał głową. Po­tem jesz­cze raz za­wo­łał córkę. Jesz­cze je­den dzień i dzieci wrócą do matki. Znowu bę­dzie mu­siał po­że­gnać wszystko, co miał naj­lep­szego. Rów­nież Maję.

Spo­mię­dzy drzew wy­pa­dła roz­pę­dzona po­stać. Nie­bie­ski płasz­czyk, ró­żowe ka­lo­sze, nogi fru­nęły w po­wie­trzu, po­dob­nie jak blond włosy. Emi­lie Zeu­then pę­dziła ku niemu ile sił, z sze­roko roz­ło­żo­nymi rę­kami, aż rzu­ciła mu się na szyję z ro­ze­śmianą śliczną bu­zią.

Tak jak za­wsze nie­mal od chwili, gdy na­uczyła się cho­dzić.

Czyli: złap mnie, ta­tu­siu. Złap mnie.

I zła­pał.

Kiedy prze­stał się śmiać, po­ca­ło­wał jej zimny po­li­czek i po­wie­dział:

- Pew­nego dnia cię nie zła­pię, có­reczko, zo­ba­czysz.

- Nie­prawda, zła­piesz mnie za­wsze.

Miała taki ja­sny, prze­ni­kliwy głos. By­stre dziecko. Doj­rzałe po­nad wiek. Emi­lie przy­spa­rzała Car­lowi kło­po­tów, po­dob­nie jak ca­łej służ­bie Drak­kara, co nie zna­czy, że mniej ją z tego po­wodu ko­chali.

- Zła­piesz, zła­piesz - po­wtó­rzył Carl i wziął di­no­za­ura, by dla za­bawy ugryźć go w nogę.

- Kiedy będę miała kotka? - spy­tała Emi­lie, obej­mu­jąc tatę za szyję i wpa­tru­jąc się w niego in­ten­syw­nie nie­bie­skimi oczyma.

- Gdzie by­łaś?

- Na spa­ce­rze. Obie­ca­łeś.

- Po­wie­dzia­łem, że bę­dziesz mo­gła mieć zwie­rzątko. Każde, tylko nie kotka. Mu­szę po­roz­ma­wiać o tym z mamą. Mię­dzy nami...

Twarz jej zmar­kot­niała. Car­lowi też. Zeu­then ni­gdy so­bie nie wy­obra­żał, że straci Maję... i ich dwoje tro­chę też. Nie miał po­ję­cia, co im po­wie­dzieć na po­cie­sze­nie. Nie przy­cho­dziły mu do głowy żadne słowa.

Wziął więc dzieci za rękę i po­woli po­szli ra­zem do domu - Carl po jego le­wej stro­nie, Emi­lie po pra­wej.

Niels Re­in­hardt cze­kał na pod­jeź­dzie w swoim czar­nym Mer­ce­de­sie. Jesz­cze jedna spu­ści­zna po zmar­łym ojcu. Re­in­hardt był asy­sten­tem ro­dziny, łącz­ni­kiem po­mię­dzy Zeu­the­nami a radą nad­zor­czą; od za­wsze, czyli jesz­cze w cza­sach, gdy Ro­bert sam był dziec­kiem, za­ła­twiał wiele spraw, na­wet nad­zwy­czaj trud­nych i wy­ma­ga­ją­cych kon­tak­tów to­wa­rzy­skich. Te­raz miał sześć­dzie­siąt cztery lata; był wy­soki i sym­pa­tyczny, stale pod kra­wa­tem, nie­ustan­nie go­towy do służby.

W ręku trzy­mał ga­zetę. Zeu­then już wi­dział ar­ty­kuł. Pi­sali, że Ze­eland nie do­trzyma obiet­nic zło­żo­nych rzą­dowi Hart­manna i wy­nie­sie się z Da­nii.

- Skąd wzięli te kłam­stwa? - spy­tał Zeu­then.

- Nie wiem - od­parł Re­in­hardt. - Po­in­for­mo­wa­łem radę nad­zor­czą, że chcesz zwo­łać ze­bra­nie w try­bie na­tych­mia­sto­wym. Lu­dzie Hart­manna sza­leją. Oczy­wi­ście do­stają za­py­ta­nia od prasy.

Ro­bert do­strzegł Maję sto­jącą na scho­dach pro­wa­dzą­cych do domu. W zie­lo­nym ska­fan­drze i dżin­sach. Po­znali się na stu­diach. Za­ko­chali pra­wie na­tych­miast, tak ja­koś na­tu­ral­nie. Nie wie­działa wcze­śniej, kim jest, a gdy się do­wie­działa, nie bar­dzo się tym prze­jęła. Był sztyw­nym i nie­śmia­łym bo­ga­tym chłop­cem, a ona piękną blon­dynką, córką uro­czych hi­pi­sów, któ­rzy pro­wa­dzili go­spo­dar­stwo eko­lo­giczne na Fio­nii.

W za­sa­dzie ni­gdy się nie kłó­cili; do­piero gdy on po śmierci ojca mu­siał prze­jąć stery Ze­elanda...

Maja ze­szła po scho­dach. Twarz, którą kie­dyś po­ko­chał, prze­sło­niły gniew i uraza.

Re­in­hardt, ob­da­rzony świet­nym wy­czu­ciem, wziął dzieci za rękę, po­wie­dział coś o szu­ka­niu su­chych bu­tów i wpro­wa­dził oboje do domu.

- Co to jest? - spy­tała, wy­cią­ga­jąc z kie­szeni kurtki zło­żoną kartkę.

Były na niej zdję­cia prę­go­wa­nego ko­ciaka. Czy­jeś rączki głasz­czące jego fu­terko. Na jed­nym zdję­ciu Emi­lie przy­tu­lała stwo­rzonko do brzu­cha, pro­mien­nie uśmie­cha­jąc się do obiek­tywu.

Zeu­then po­krę­cił głową.

- By­łam w szkole, Ro­ber­cie! Ona w ze­szłym ty­go­dniu za­cho­wy­wała się bar­dzo dziw­nie. Nie roz­ma­wiała ze mną. Jakby miała ja­kiś se­kret.

- Ja bym po­wie­dział, że nic jej nie jest.

- Skąd wiesz? Ile czasu z nią spę­dzasz, gdy jest u cie­bie?

- Tyle, ile mogę - od­parł i nie kła­mał. - Wy­ja­śni­łem jej, że nie może mieć kota...

- Więc skąd go wzięła? Ma aler­gię na koty.

- Kiedy dzieci są ze mną, każdą go­dzinę spę­dzają pod nad­zo­rem, bez względu na to, czy je­stem obecny, czy nie. Wiesz prze­cież. Może spy­tasz swoją matkę? Nie mu­sia­łaś tu przy­jeż­dżać z tą sprawą. Mo­głaś za­dzwo­nić.

- Przy­je­cha­łam, żeby je za­brać.

- Nie - od­rzekł Zeu­then. - Mamy har­mo­no­gram opieki. Do cie­bie po­jadą ju­tro. I ja je od­wiozę.

Wró­cił Re­in­hardt z dziećmi. Wy­glą­dał, jakby miał coś waż­nego do prze­ka­za­nia. Zeu­then pod­szedł do niego czym prę­dzej. Lu­dzie Hart­manna do­ma­gali się oświad­cze­nia, rada nad­zor­cza miała się ze­brać w ciągu go­dziny.

- W do­kach, nie­opo­dal na­szego obiektu, zna­le­ziono ciało - do­dał.

- Ktoś z na­szych lu­dzi?

- Nic na to nie wska­zuje, Ro­ber­cie.

To się stało tak szybko, że Zeu­then nic nie zdą­żył zro­bić. Maja mi­nęła go, po­de­szła do córki i wzięła ją za ręce.

- Po­wiedz mi wszystko o tym ko­cie - za­żą­dała sta­now­czo.

Dziew­czynka pró­bo­wała się cof­nąć.

- Emi­lie! - wrza­snęła Maja. - To ważne!

Zeu­then po­chy­lił się i zwró­cił się do córki ła­god­nie:

- Mama musi wie­dzieć. Ja też. Czyj to kot? No po­wiedz...

Na­gle ubyło jej lat. Znowu stała się nie­pew­nym, ner­wo­wym dziec­kiem. Nic nie po­wie­działa. Si­ło­wała się z matką, gdy ta pod­cią­gała rę­kawy jej nie­bie­skiego płasz­czyka.

Czer­wona skóra, obrzmiała i spuch­nięta.

Maja pod­nio­sła dziew­czynce swe­ter. Na brzu­chu zo­ba­czyła rów­nie wy­raźne ślady.

- Tu jest kot - wark­nęła. - W co ty, do dia­bła, grasz? Za­bie­ram ją do szpi­tala.

Do­póki w ich mał­żeń­stwie nie za­częło się psuć, nie miał oka­zji po­znać jej wy­bu­cho­wego uspo­so­bie­nia. A te­raz pro­szę, znowu się pre­zen­to­wało w ca­łej oka­za­ło­ści: była gło­śna i na­pa­stliwa.

Carl za­sło­nił uszy rącz­kami. Emi­lie stała sztywna i mil­cząca, z po­czu­ciem winy. Re­in­hardt po­wie­dział coś o prze­ło­że­niu spo­tka­nia rady nad­zor­czej, ale Zeu­then go nie słu­chał.

Obo­wiązki. One ni­gdy nie od­pusz­czały.

Zeu­then przy­kuc­nął, spoj­rzał córce w oczy.

- Gdzie jest ten kot, Emi­lie? - spy­tał. - Po­wiedz, pro­szę...

- To już chyba nie­istotne, prawda? - krzyk­nęła Maja. - Póź­niej to za­ła­twię. Te­raz je­dziemy do szpi­tala...

Emi­lie Zeu­then za­częła pła­kać.

Tro­els Hart­mann lu­bił okres kam­pa­nii wy­bor­czej. Zwłasz­cza je­śli za prze­ciw­nika miał le­wi­co­wego ga­dułę w ro­dzaju An­dersa Ussinga. Świat duń­skiej po­li­tyki był ko­tłu­jącą się mie­sza­niną ma­łych par­tii wal­czą­cych o prawo do za­wie­ra­nia so­ju­szu z prze­ciw­ni­kami, by wy­szar­pać dla sie­bie ja­kiś ochłap wła­dzy. W obec­nym ukła­dzie je­dy­nie li­be­ra­ło­wie Hart­manna i so­cja­li­ści Ussinga mieli szansę zdo­być liczbę gło­sów nie­zbędną do ob­sa­dze­nia stołka pre­miera.

W son­da­żach szli łeb w łeb. Jedno po­tknię­cie mo­gło bez trudu pod­bić wy­nik prze­ciw­nika. Po­tknię­cia jed­nak, zda­niem Hart­manna, można się było spo­dzie­wać ra­czej po krzy­ka­czu Ussingu niż po sta­ran­nie do­bra­nych współ­pra­cow­ni­kach li­dera li­be­ra­łów. Mor­ten We­ber, prze­bie­gły szef kam­pa­nii, który kie­dyś za­pew­nił Hart­man­nowi sto­łek bur­mi­strza Ko­pen­hagi, po­dą­żył za nim do Chri­stians­borgu. Skap­to­wał Ka­ren Ne­bel, zręczną do­rad­czy­nię do spraw me­diów, która wcze­śniej zaj­mo­wała się te­ma­tami po­li­tycz­nymi w jed­nej z pań­stwo­wych sta­cji te­le­wi­zyj­nych. Tak do­brej ekipy Hart­mann nie miał jesz­cze ni­gdy. A w do­datku w rę­ka­wie cho­wał kilka asów, cho­ciaż słu­cha­jąc Ussinga pró­bu­ją­cego pod­bu­rzyć uczest­ni­ków wiecu w za­pusz­czo­nym ter­mi­nalu Ze­elanda, za­sta­na­wiał się, czy w ogóle będą mu po­trzebne.

Jak na każ­dym ze­bra­niu w za­kła­dzie prze­my­sło­wym: pa­nie z biura, grupka krzep­kich do­ke­rów w ka­skach, paru ma­ry­na­rzy - nie­wielu na­prawdę za­in­te­re­so­wa­nych po­li­tyką, ale za­wsze chęt­nych do prze­rwy w pracy. Po­dium za­in­sta­lo­wano na pace pi­kapa, obok dwóch lśnią­cych be­czek w otwar­tym han­ga­rze pod prze­rdze­wia­łym da­chem. Ekipy te­le­wi­zyjne usta­wiono z przodu, za nimi łu­kiem usa­dzono re­por­te­rów wia­do­mo­ści.

Ussing po­wta­rzał starą śpiewkę, którą wał­ko­wał od po­czątku swej kam­pa­nii.

- Ten rząd ska­zuje na śmierć gło­dową zwy­czaj­nych oby­wa­teli Da­nii, by na­peł­nić kie­sze­nie bo­ga­czy, któ­rzy go fi­nan­sują.

Hart­mann pa­trzył pro­sto w ka­mery te­le­wi­zyjne, uśmie­chał się i krę­cił głową.

- A dzi­siaj - grzmiał Ussing, jak przy­stało na szefa związ­ków za­wo­do­wych, któ­rym kie­dyś był - zo­ba­czymy, co za­wdzię­czamy sła­bo­ści Hart­manna. - Pod­niósł w górę po­ranną ga­zetę z na­głów­kiem o Ze­elan­dzie po­rzu­ca­ją­cym oj­czy­znę, by pła­cić niż­sze po­datki na Da­le­kim Wscho­dzie. - Do eks­o­dusu do­łą­cza wła­śnie je­den z na­szych naj­więk­szych pra­co­daw­ców. Pod­czas gdy Hart­mann wci­ska nam ustawę, oni prze­no­szą miej­sca pracy do Azji.

Po­mruk apro­baty. Po­ru­sze­nie wśród bia­łych ka­sków. Hart­mann zła­pał mi­kro­fon.

- Roz­sądna po­li­tyka prze­my­słowa jest do­bra dla wszyst­kich, An­ders. Je­śli Ze­eland bę­dzie za­do­wo­lony, za­trudni wię­cej Duń­czy­ków...

- Już nie! - wrza­snął Ussing, trza­ska­jąc ga­zetą. - Przy­my­ka­łeś oczy na ich mo­no­pole. Pod­li­zy­wa­łeś się im ulgami po­dat­ko­wymi i do­ta­cjami naf­to­wymi...

Do ro­boty ru­szyli pod­że­ga­cze. Roz­le­gły się wi­waty i po­je­dyn­cze okla­ski.

- Je­dyne pod­li­zy­wa­nie, ja­kie tu wi­dzę, to twoje - prze­rwał Hart­mann. - Gład­kie słówka. Nie­od­po­wie­dzialne. Mamy ci uwie­rzyć, że pro­blem znik­nie, bo ko­muś po­sło­dzisz, gdy tym­cza­sem bę­dziesz ci­cha­czem się­gał do kie­szeni zwy­czaj­nych Duń­czy­ków i po­zba­wiał ich resz­tek pie­nię­dzy? - Hart­mann po­to­czył wzro­kiem po ze­bra­nych.

Stali ci­cho. Słu­chali.

- Wiem, że to trudne. Zbyt długo czy­tamy o zwol­nie­niach i ban­kruc­twach. O ulat­nia­ją­cych się bez śladu oso­bi­stych oszczęd­no­ściach. - Prze­cią­ga­jąca się chwila ci­szy. Cze­kali. - Gdy­bym miał cza­ro­dziej­ską różdżkę, my­śli­cie, że bym jej nie użył? Taka jest rze­czy­wi­stość. Nie tylko w Da­nii. Wszę­dzie. Wy­bór, któ­rego ma­cie do­ko­nać, jest pro­sty. Czy roz­wią­zu­jemy te pro­blemy te­raz, czy prze­ka­zu­jemy ten ba­ła­gan swoim dzie­ciom? - Wska­zał sto­ją­cego obok mocno zbu­do­wa­nego ru­dego męż­czy­znę. - Je­śli chce­cie się uchy­lić od od­po­wie­dzial­no­ści, gło­suj­cie na An­dersa Ussinga. Je­śli ma­cie od­wagę ją dźwi­gnąć, wy­bierz­cie mnie.

Spodo­bało im się. Te­raz mi­kro­fon prze­jął Ussing.

- Za­tem kiedy Ze­eland bia­doli w ga­ze­tach, że musi się prze­nieść, ty dasz im wię­cej pie­nię­dzy? Tak, Tro­els? Tak to wi­dzisz? Ko­lejna ła­pówka dla two­ich kum­pli...

- Je­śli za­pew­nimy przed­się­bior­stwom od­po­wied­nie wa­runki roz­woju, sprzy­ja­jący kli­mat, miej­sca pracy zo­staną w kraju - od­parł sta­now­czo Hart­mann. - Na­sza po­li­tyka prze­my­słowa jest na­sta­wiona na roz­wój. Ale są pewne ogra­ni­cze­nia. Sie­dzimy w tym ra­zem. Każdy musi coś wnieść, bo każ­dego do­ty­czą te pro­blemy. Rów­nież Ze­elanda. - Po­ło­żył rękę na sercu i po­wtó­rzył ostat­nie słowa: - Rów­nież Ze­elanda.

Gdy wy­cho­dził, ze­brani kla­skali. Ka­ren Ne­bel była ewi­dent­nie nie­za­do­wo­lona.

- Pro­si­łam wy­raź­nie - wy­ce­dziła, gdy szli do sa­mo­chodu - że­byś trzy­mał się z dala od sprawy Ze­elanda.

- Co mia­łem zro­bić? Przy­ci­snął mnie. Nie mogę igno­ro­wać ta­kich py­tań. Ze­eland musi zło­żyć oświad­cze­nie, zde­men­to­wać do­nie­sie­nia tego ar­ty­kułu.

Ka­ren Ne­bel była wy­soką blon­dynką o wło­sach za­cze­sa­nych do tyłu i na­pię­tej, po­marsz­czo­nej twa­rzy, ra­czej su­ro­wej. Cza­sami snuła in­trygi, ale ra­dził so­bie z tym.

- Złożą oświad­cze­nie, prawda, Ka­ren?

- Cią­gle zo­sta­wiam wia­do­mo­ści, tyle że nikt nie od­dzwa­nia. My­ślę, że coś jest na rze­czy.

- Wy­cią­gnij to z nich - roz­ka­zał. - Mamy wła­śnie klep­nąć umowę z ludźmi Rosy Le­bech. Nie chcę, by co­kol­wiek sta­nęło nam na dro­dze.

Skrzy­wiła się na wzmiankę o prze­wod­ni­czą­cej Par­tii Cen­trum.

- Tu obok jest obo­zo­wi­sko bez­dom­nych - po­wie­działa. - Umó­wi­łam tam spo­tka­nie.

- Je­śli mogę z kimś po­ga­dać, to OK. Sama se­sja zdję­ciowa mnie nie in­te­re­suje.

Do­tarli do sa­mo­chodu. Ona otwo­rzyła mu drzwi.

- Tro­els, to są bez­do­mni. Zdję­cia to je­dyny po­wód, dla któ­rego tu je­ste­śmy.

Za­dzwo­nił te­le­fon, Hart­mann zer­k­nął więc na nu­mer i od­szedł, by po­roz­ma­wiać bez świad­ków.

- Wła­śnie wi­dzia­łam cię w te­le­wi­zji, skar­bie. Gdy­bym nie prze­wo­dziła in­nej par­tii, miał­byś mój głos.

- I tak po­pro­szę - od­parł Hart­mann. - Mu­simy do­piąć umowę, Roso. A po­tem ko­niecz­nie chcę się z tobą spo­tkać. W ja­kimś ustron­nym miej­scu. - Ro­zej­rzał się dla pew­no­ści, że nikt go nie sły­szy. - Z wiel­kim mo­sięż­nym łóż­kiem.

- O rany. I z two­imi pły­tami Dy­lana.

- Naj­pierw umowa.

- Po­przemy twoją kan­dy­da­turę na sta­no­wi­sko pre­miera. Ale mu­simy wie­dzieć, że pa­nu­jesz nad Ze­elan­dem.

Ro­ze­śmiał się.

- Chyba nie wie­rzysz w słowa Ussinga, co? Ani w to, co dzi­siaj na­pi­sał ten durny szma­tła­wiec?

- Póź­niej o tym po­ga­damy - od­parła Rosa Le­bech. I się roz­łą­czyła.

Nim zdą­żył upo­rząd­ko­wać my­śli, po­de­szła Ka­ren Ne­bel z in­for­ma­cją, że od­wo­łała wi­zytę w obo­zo­wi­sku bez­dom­nych. To­wa­rzy­szył jej czło­wiek z ochrony. Po­wie­dział, że tuż obok zna­le­ziono zwłoki.

- Zda­niem PET może wy­stą­pić ja­kieś za­gro­że­nie. Za­wiódł sys­tem za­bez­pie­czeń czy coś. Uwa­żają, że...

- Nie do­star­czę Ussin­gowi do­dat­ko­wej amu­ni­cji - prze­rwał jej Hart­mann. - Uwzględ­nij to w dzi­siej­szym pla­nie dnia, tylko póź­niej. Chyba że PET znaj­dzie coś kon­kret­nego.

- Kto dzwo­nił?

Za­sta­no­wił się nad od­po­wie­dzią.

- Mój sto­ma­to­log - od­parł. - Za­po­mnia­łem o wi­zy­cie. - Wzru­szył ra­mio­nami i za­pre­zen­to­wał uro­czy uśmiech Hart­manna. - Ach, te wy­bory, cią­gle w czymś prze­szka­dzają.

W kra­wa­cie było jej nie­wy­god­nie. Ko­szula pa­mię­tała lep­sze czasy. Brix zor­ga­ni­zo­wał całą ce­re­mo­nię i nie wie­dzieć po co ścią­gnął po­li­cyjną or­kie­strę dętą. Stali w ką­cie, dy­sząc i dmu­cha­jąc w trąbki; ha­ła­so­wali ni­czym banda pi­ja­nych słoni.

Pró­bo­wała grzecz­nie słu­chać kom­ba­tanc­kich opo­wie­ści snu­tych przez sta­rego po­li­cjanta z pro­win­cji, cze­kała, aż za­cznie się ce­re­mo­nia. Na­gle za­dzwo­niła jej ko­mórka.

Ode­szła ode­brać.

- Mówi Junc­ker. Cią­gle je­stem w por­cie.

- Cześć, As­bj?rn.

Mil­czał chwilę.

- Tech­nicy rzu­cili okiem na szczątki - rzekł wresz­cie. - Są pewni, że to za­bój­stwo. Ten czło­wiek nie żył w chwili, gdy tra­fił do chwy­taka. Za­tłu­czono go młot­kiem do wy­cią­ga­nia gwoź­dzi. Wy­gląda na to, że fa­cet zszedł ze statku i ko­leś do­padł go na zło­mo­wi­sku. Po­tem we­pchnął go do tego wraku. Roz­ma­wia­li­śmy z tu­tej­szymi bez­dom­nymi, o ni­czym nie mają po­ję­cia. W Ze­elan­dzie też nie wie­dzą o żad­nym za­gi­nię­ciu.

- I tyle?

- Ktoś wi­dział w po­bliżu śli­zgacz, ale uznał, że goni fokę.

- Po co ktoś by miał go­nić fokę? - spy­tała, pod­cho­dząc do okna i wy­glą­da­jąc na ze­wnątrz.

- Straż przy­brzeżna ode­brała po­łą­cze­nie około dru­giej trzy­dzie­ści w nocy, ale je prze­rwano. Nie wie­dzą, kto dzwo­nił. Ja­kiś czas póź­niej nie­da­leko zło­mo­wi­ska krą­żyła ta wy­ści­gówka.

Lund za­dała oczy­wi­ste py­ta­nie:

- Czy ze sto­ją­cych w po­bliżu stat­ków wpły­nęło zgło­sze­nie o za­gi­nię­ciu ma­ry­na­rza?

Junc­ker od­rzekł, że nie.

- Pew­nie już wy­szedł z portu - po­wie­działa. - Mu­sisz ze­brać dane o ru­chu stat­ków.

- Ja­kim ru­chu? Tę część portu Ze­eland w za­sa­dzie za­mknął. I jesz­cze jedno... - urwał na chwilę, jakby szu­kał ustron­nego miej­sca - ...ko­le­sie z PET tu wę­szą. Co oni mają wspól­nego z tą sprawą?

- Wszystko w po­rządku, As­bj?rn, to też istoty ludz­kie.

- Ni­gdy nie bę­dziesz do mnie mó­wić Junc­ker, co?

- Po­ga­daj z Mad­se­nem. Zrób, co ci każe. Ja je­stem za­jęta...

- Je­den fa­cet z PET chce z tobą za­mie­nić słowo. Nie­jaki Borch. Od­nio­słem wra­że­nie, że cię zna. Już pod­cho­dzi.

Lund nic nie po­wie­działa.

- Halo?! - spy­tał Junc­ker po dru­giej stro­nie. - Je­steś tam?

- Po­ga­daj z Mad­se­nem - po­wtó­rzyła Lund, skoń­czyła roz­mowę, po­pa­trzyła na długi ko­ry­tarz, za­sta­no­wiła się, ile jesz­cze du­chów wy­peł­znie z mroku.

Nie miała po­ję­cia, czym Ma­thias Borch się ak­tu­al­nie zaj­muje. Do­my­ślała się, że czymś waż­nym. Był by­stry, udo­wod­nił to, kiedy się po­znali, po­nad dwa­dzie­ścia lat temu, jesz­cze w szkole po­li­cyj­nej. Te­raz wy­glą­dał na nieco pod­ła­ma­nego i zmę­czo­nego. Ale wciąż nie wy­ły­siał, włosy miał jak zwy­kle nie­ucze­sane, twarz po­marsz­czoną, jak u mło­dego bok­serka.

Pie­se­czek.

Tak się do niego kie­dyś zwra­cała. Na to wspo­mnie­nie mu­siała się oczy­wi­ście za­ru­mie­nić aku­rat w chwili, gdy pod­szedł, nie uśmie­cha­jąc się, a na­wet nie pa­trząc jej w oczy.

- Saro... - po­wie­dział. - Mu­simy po­ga­dać. O zwło­kach w por­cie. Ten młody od was mówi...

- Ci­cho. - Lund pod­nio­sła dłoń. Na­stęp­nie wska­zała drzwi. Brix wła­śnie za­czy­nał prze­mowę. Sły­szała, jak pod­kre­śla siłę kor­pusu i to, że jego in­te­gral­ność leży u pod­staw sys­temu spra­wie­dli­wo­ści i bez­pie­czeń­stwa.

- Mi­lion razy to wszystko sły­sza­łem - burk­nął Ma­thias. - Mam ważną...

Lund za­klęła pod no­sem i za­brała go do kuchni.

- Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam ci w ta­kim dniu - po­wie­dział. - To zna­czy wiesz... gra­tu­la­cje i tak da­lej.

- Nie prze­sa­dzaj.

- Do­brze wy­glą­dasz. Na­prawdę. A jak się czu­jesz?

- Czego chcesz?

- Je­stem za­an­ga­żo­wany w tę sprawę. Mu­szę wie­dzieć, co zna­leź­li­ście.

- Nic. Nie mamy nic ab­so­lut­nie.

- A prze­szu­ka­li­ście doki? I statki?

- Spraw­dzamy. Jest tylko je­den sta­tek. Junc­ker na­wią­zał z nimi kon­takt przez ra­dio. Nic nie wi­dzieli.

Ścią­gnął brwi. Te­raz wy­glą­dał na swoje lata.

- Spo­dzie­wa­łem się cze­goś wię­cej...

- Słu­chaj! Od lat z tobą nie roz­ma­wia­łam. Na­gle się tu zja­wiasz, kiedy wła­śnie mam ode­brać me­dal za wie­lo­let­nią służbę, i za­sy­pu­jesz mnie py­ta­niami. Wra­cam do sali...

- Pra­cuję w PET. Nie wie­dzia­łaś?

- A skąd mia­ła­bym wie­dzieć?

- Na­szym zda­niem jest w tym coś wię­cej. Dwa ty­go­dnie temu w por­cie do­ko­nano wła­ma­nia. Wy­glą­dało na zwy­kłą kra­dzież, znik­nął kom­pu­ter, ja­kieś dro­bia­zgi. Szcze­góły sys­temu za­bez­pie­czeń Ze­elanda...

- Czy to aby nie ich pro­blem?

Wpa­try­wał się w nią. To nie było za mą­dre py­ta­nie. Ze­eland był wiel­kim mię­dzy­na­ro­do­wym kon­cer­nem. Miał po­wią­za­nia z wła­dzą, wpływy w rzą­dzie i nie tylko.

- Co to ma wspól­nego z na­szym czło­wie­kiem w ka­wał­kach? - spy­tała.

- Z ostat­niej nocy bra­kuje na­grań mo­ni­to­ringu. Dwie mi­nuty po tym nie­do­szłym we­zwa­niu straży przy­brzeż­nej wy­łą­czyły się wszyst­kie ka­mery, co do jed­nej. Ktoś wła­mał się do sys­temu, mo­ni­to­ring po­ka­zy­wał wciąż stare na­gra­nie, a po­tem, przed świ­tem, znowu się włą­czył. - Borch wziął ka­na­pkę z tacy prze­ką­sek przy­go­to­wa­nych na spo­tka­nie i ugryzł ka­wa­łek.

Brix umilkł. Nie­długo zo­staną wrę­czone od­zna­cze­nia i dy­plomy.

- Zo­staw mi swój nu­mer - po­wie­działa. - Bę­dziemy w kon­tak­cie.

Za­trzy­mał ją, gdy pró­bo­wała odejść.

- Ktoś wy­łą­czył je­den z naj­ge­nial­niej­szych sys­te­mów bez­pie­czeń­stwa w kraju, a kiedy go z po­wro­tem włą­czył, w por­cie le­żał mar­twy czło­wiek. Tego sa­mego dnia w po­bliżu miał prze­by­wać pre­mier. Kry­zys fi­nan­sowy. Afga­ni­stan... - Ro­ze­śmiał się. - Wście­kli, za­zdro­śni mę­żo­wie. Hart­manna tyle samo lu­dzi ko­cha, ilu nie­na­wi­dzi.

- Prze­każę to.

- Nie chcę, że­byś to prze­ka­zy­wała. Chcę, że­byś pro­wa­dziła sprawę. Brix już się zgo­dził...

- Nie wąt­pię.

- Je­steś za do­bra do OPA.

- Słu­chaj, nikt nie zgło­sił za­gi­nię­cia. Ist­nieje moż­li­wość, że to cu­dzo­zie­miec, ja­kiś ma­ry­narz z za­gra­nicz­nego statku, który opu­ścił już na­sze wody te­ry­to­rialne.

- I tak chcę, że­byś pro­wa­dziła tę sprawę. Brix też tego chce.

Z sali obok do­bie­gły okla­ski i śmiech. Ce­re­mo­nia się roz­po­częła. Nie mo­gła się tak zwy­czaj­nie tam te­raz wpa­ko­wać.

- Na­prawdę do­brze wy­glą­dasz - po­wie­dział, jakby tro­chę za­kło­po­tany. - Ja... - Wzru­szył ra­mio­nami, a ona przy­po­mniała so­bie, jak wy­glą­dał w aka­de­mii, z tym swoim czar­nym hu­mo­rem i ża­ło­snymi dow­ci­pami. - Ja się po pro­stu ze­sta­rza­łem.

Chciała na niego wrza­snąć. Wy­krzy­czeć coś.

- Nie mogę po­bru­dzić ga­lo­wego mun­duru - po­wie­działa. - Póź­niej mam roz­mowę kwa­li­fi­ka­cyjną.

Sie­dziba Ze­elanda znaj­do­wała się nad wodą nie­opo­dal portu. No­wo­cze­sny mo­no­lit z czar­nego szkła z fir­mo­wym smo­kiem roz­po­star­tym na sze­ściu gór­nych kon­dy­gna­cjach ota­czały place bu­dowy - port zmie­niano w dziel­nicę ta­nich miesz­kań. Te, jak nic in­nego, wciąż szły jak woda.

Ro­bert Zeu­then za­par­ko­wał swo­jego lśnią­cego no­wo­ścią Range Ro­vera przed bu­dyn­kiem. Re­in­hardt cze­kał w holu z in­for­ma­cją o zwło­kach w por­cie. Te­raz wia­domo już było, że do­szło do mor­der­stwa, ale nic nie wska­zy­wało, by Ze­eland miał ja­kie­kol­wiek po­wią­za­nia ze sprawą. Pra­co­wała nad nią PET wraz z po­li­cją. Ich za­an­ga­żo­wa­nie było nie­unik­nione, skoro w oko­licy prze­by­wał Tro­els Hart­mann.

- Skąd się wziął ten kot? - spy­tał Zeu­then.

- Nie z domu - od­parł Re­in­hardt sta­now­czo. - Jesz­cze spraw­dzam. Ta afera w por­cie wy­gląda pa­skud­nie. Praw­do­po­dob­nie wła­mano się do na­szego sys­temu bez­pie­czeń­stwa. Po­wo­ła­li­śmy już ze­spół, który ma to zba­dać. - Skrzy­wił się. - Hart­manna bar­dziej mar­twi ten ar­ty­kuł w ga­ze­cie. Czeka na na­sze oświad­cze­nie.

- Chcę, że­byś był przy tym, jak PET bę­dzie roz­ma­wiać z ochroną. Je­śli do­szło do wła­ma­nia, to nie­wy­klu­czone, że nie był to jed­no­ra­zowy wy­pa­dek.

- Po­wi­nie­nem ci to­wa­rzy­szyć w cza­sie po­sie­dze­nia rady - za­su­ge­ro­wał Re­in­hardt.

Zeu­then ru­szył do windy, krę­cąc głową.

- Po­ra­dzę so­bie. Do­wiedz się, co się dzieje z PET. I szu­kaj kota Emi­lie. Maja mnie za to za­bije. Wie­dzie­li­śmy, że Emi­lie ma aler­gię na koty.

- Ro­ber­cie - Re­in­hardt po­ło­żył mu dłoń na ra­mie­niu - nie bez po­wodu przy­pusz­czam, że po­sie­dze­nie rady bę­dzie trudne. Mo­żesz mnie po­trze­bo­wać.

Zeu­then się uśmiech­nął.

- Nie tym ra­zem, przy­ja­cielu.

W ga­bi­ne­cie pre­miera w Chri­stians­borgu Ka­ren Ne­bel nie mo­gła so­bie zna­leźć miej­sca.

- Lu­dzie już ga­dają - uty­ski­wała. - Nie ro­zu­mieją, dla­czego Ze­eland nie zde­men­to­wał jesz­cze do­nie­sień ga­zety. - Za­dzwo­niła jej ko­mórka. - Może to...

Hart­mann od­pro­wa­dził ją wzro­kiem, gdy wy­cho­dziła na ko­ry­tarz.

- Mamy re­ago­wać jak wa­riat za każ­dym ra­zem, gdy w pra­sie opu­bli­kują ja­kieś kłam­stwo? - burk­nął.

Mor­ten We­ber, sie­dzący na krze­śle przy oknie, skrzy­żo­wał ra­miona na piersi i od­chy­lił się na opar­cie.

- Cza­sami.

We­ber stał przy Hart­man­nie przez całą jego ka­rierę po­li­tyczną. Drobny, skromny, nieco nie­chlujny czło­wiek z nie­sfor­nymi krę­co­nymi ciem­nymi wło­sami, kie­dyś na prze­kór wszyst­kiemu do­pro­wa­dził do tego, że młody po­li­tyk za­jął fo­tel bur­mi­strza Ko­pen­hagi. Ja­kiś czas póź­niej do­pil­no­wał, by tra­fiła do niego teka pre­miera. Dys­po­no­wał nie­zrów­naną wie­dzą o duń­skim świe­cie po­li­tycz­nym i cza­sami dzia­łał z ci­chą, nie­kwe­stio­no­waną bez­względ­no­ścią. Nikt nie miał śmia­ło­ści mó­wić do Hart­manna tak jak on. A i tak do­cho­dziło do ostrych spięć.

- Pa­nu­jemy nad sy­tu­acją z Ze­elan­dem - po­wie­dział Hart­mann. - Ka­ren tego pil­nuje.

- Świet­nie. Od­wo­ła­łem tę chorą wi­zytę w por­cie. Lu­dziom z PET bar­dzo się nie po­doba to, co tam się dzieje. I nie chcą, że­by­śmy o tym z kim­kol­wiek roz­ma­wiali.

- Od­wo­łaj to od­wo­ła­nie - na­ka­zał Hart­mann. - Ussing po­wie, że nie ob­cho­dzą mnie bez­do­mni.

- Pie­przyć Ussinga.

- Je­ste­śmy w de­fen­sy­wie, Mor­ten! Ussing za po­mocą Ze­elanda chce wy­ka­zać, że okra­dam bied­nych, by da­wać bo­ga­tym.

- Tro­els...

- Jadę i ko­niec. Choć­bym mu­siał szu­kać au­to­busu. Ja­sne?

Wró­ciła Ne­bel, ści­ska­jąc w dłoni ko­mórkę.

- Nie do­sta­niemy tego de­menti.

We­ber po­pra­wił cięż­kie oku­lary.

- Chcesz po­wie­dzieć, że w ar­ty­kule na­pi­sano prawdę?

- Rada nad­zor­cza ma ta­kie plany. Pró­bują obejść Ro­berta Zeu­thena. Uwa­żają, że jest słaby. Zwy­czaj­nie...

- Słu­chaj... - prze­rwał jej Hart­mann. - Oj­ciec Zeu­thena obie­cał, że je­śli do­sta­nie pań­stwową po­moc, ni­gdy nie prze­nie­sie firmy za gra­nicę. Ro­bert za­pew­niał, że do­trzyma tej obiet­nicy. Je­śli oni te­raz nie do­peł­nią wa­run­ków umowy, znisz­czę ich...

- Nie znisz­czysz - wtrą­cił We­ber. - Nie masz ta­kich moż­li­wo­ści.

Hart­mann z tru­dem trzy­mał nerwy na wo­dzy. W ta­kich chwi­lach jak te We­ber oka­zy­wał się naj­bar­dziej nie­oce­niony. I naj­bar­dziej iry­tu­jący.

- Więc co ro­bić?

- Je­śli ustą­pisz i za­pro­po­nu­jesz Ze­elan­dowi wię­cej mar­che­wek, stra­cisz Rosę Le­bech. Je­śli nie ustą­pisz, za­czną spi­sko­wać nasi lu­dzie. - We­ber zmarsz­czył swój mię­si­sty nos. - Jako pierw­sza za­pewne Bir­git Eg­gert. Mi­ni­ster­stwo Fi­nan­sów ewi­dent­nie nie za­spo­kaja jej am­bi­cji.

- Je­śli usuną Zeu­thena, bę­dziemy mu­sieli im coś dać - po­wie­działa Ne­bel. - Po­ga­dam z mi­ni­strem skarbu pań­stwa. To nie musi być nic wiel­kiego.

- Jezu! - wrza­snął We­ber. - Może już te­raz damy Ussin­gowi klu­cze do ga­bi­netu? Nie wi­dzisz pla­ka­tów wy­bor­czych? Je­śli je­steś bo­gaty, gło­suj na Hart­manna. Je­śli nie...

- Nie zro­bimy nic, do­póki nie po­znamy sta­no­wi­ska Rosy Le­bech - zde­cy­do­wał Hart­mann. - Mogę ją tu ścią­gnąć. Prze­każ­cie PET, że jadę do obo­zo­wi­ska bez­dom­nych, bez względu na opi­nię agen­cji. I... - Pod­szedł do szafy, wy­jął czy­stą ko­szulę i gar­ni­tur. - I tyle.

Ne­bel spoj­rzała groź­nie na We­bera, gdy Hart­mann zde­cy­do­wa­nym kro­kiem wy­szedł do ła­zienki się prze­brać.

- Nie lu­bię prze­gry­wać, Mor­ten.

- A kto lubi?

- Dla­czego on nas nie słu­cha?

We­ber się ro­ze­śmiał.

- Bo jest po­li­ty­kiem. Tro­els po­trze­buje do szczę­ścia ży­cia na kra­wę­dzi. Lubi pęd. Dreszcz. Nie­bez­pie­czeń­stwo. - Wstał i pu­ścił do niej oko. - Ale czyż nie wszy­scy tacy je­ste­śmy?

Brix za­dzwo­nił, gdy tylko wró­ciła do portu. Py­tał, czego chcieli lu­dzie z PET.

- Chyba ich zda­niem w trak­cie wi­zyty Hart­manna może dojść do in­cy­den­tów. Nie moja wina, że omi­nęła mnie ce­re­mo­nia, to ty po­wie­dzia­łeś Bor­chowi, że pro­wa­dzę sprawę.

- To prawda.

- Wy­ja­śnisz więc lu­dziom z OPA, dla­czego mnie nie było?

- Jak tylko się z nimi spo­tkam. Zga­dzaj się na wszystko, czego chce PET.

A to ci od­miana, po­my­ślała i się roz­łą­czyła.

Borch i As­bj?rn Junc­ker krą­żyli po te­re­nie, każdy trzy­mał w ręku ja­kieś pa­piery.

- Trzeba prze­szu­kać wszyst­kie statki w oko­licy - po­wie­dział czło­wiek z PET.

- Stąd wy­szedł tylko je­den - od­parł Junc­ker. - I już go prze­szu­ka­li­śmy.

Po­dał Sa­rze plik zdjęć, a ona za­częła wer­to­wać je uważ­nie. Mar­twy męż­czy­zna. Przy­sa­dzi­sty. W śred­nim wieku. Na jed­nym z ta­tu­aży od­szy­fro­wano imię żeń­skie, zda­niem tech­ni­ków wschod­nio­eu­ro­pej­skie. Inny ta­tuaż, na pra­wym ra­mie­niu, był nie­czy­telny. Środ­kowe li­tery znik­nęły za sprawą rany, praw­do­po­dob­nie od noża.

Pod­je­chał czarny Mer­ce­des, z któ­rego wy­siadł wy­soki, wy­pro­sto­wany męż­czy­zna, ły­sie­jący, ze sta­ran­nie ostrzy­żo­nymi si­wymi wło­sami. Przed­sta­wił się jako Niels Re­in­hardt, z firmy Ze­eland, przy­dzie­lony do kon­taktu z nimi.

- Ro­bert Zeu­then jest oso­bi­ście za­in­te­re­so­wany sprawą - oznaj­mił sta­now­czym, spo­koj­nym, grzecz­nym to­nem. - Pro­sił, bym pań­stwa za­pew­nił, że zrobi wszystko, co w jego mocy, by po­móc.

- Sys­tem bez­pie­czeń­stwa już działa? - spy­tał Borch.

- Tak nam się wy­daje. - Re­in­hardt po­pa­trzył nie­pew­nie. - Od­po­wiada za niego jedna z na­szych firm IT. Zaj­mują się wszyst­kim, ca­łym mo­ni­to­rin­giem, od biur po po­sia­dło­ści pry­watne.

Lund za­dała stan­dar­dowe py­ta­nia. Re­in­hardt prze­ko­ny­wał, że od ostat­nich zwol­nień nie mieli żad­nych pro­ble­mów z pra­cow­ni­kami. I nie od­no­to­wali żad­nych nie­ty­po­wych ru­chów stat­ków.

- Mu­sieli się tu po­ja­wić, za­nim wy­łą­czyli sys­tem - stwier­dził Junc­ker.

- Nie. Za­uwa­ży­li­by­śmy in­tru­zów - upie­rał się Re­in­hardt. Spoj­rzał na na­brzeże, na opusz­czony te­ren w od­dali. - Chyba że we­szli przez dawne te­reny Stub­bena. Tam od lat nic się nie dzieje.

- Mu­szę wró­cić... - za­częła Lund, ale Borch już wska­zy­wał swój sa­mo­chód.

Od celu dzie­liło ich kilka mi­nut. Opu­sto­szały plac, gruz i po­rzu­cone kon­te­nery przy brud­nym na­brzeżu.

- Za­mie­rza­li­śmy zbu­do­wać tu ho­tel - pod­jął Re­in­hardt, do­łą­cza­jąc do nich. - Te­raz nie ma na to fun­du­szy...

- Kto tu za­gląda? - spy­tał Borch, gdy Lund cho­dziła po żwi­ro­wym trak­cie z rę­koma w kie­sze­niach, z prze­krzy­wio­nym kra­wa­tem, ko­piąc ka­myki i śmieci.

- Ry­bacy - od­rzekł Re­in­hardt. - Ob­ser­wa­to­rzy pta­ków. - Mil­czał chwilę, nim do­dał: - I pew­nie ja­cyś nie­cier­pliwi ko­chan­ko­wie.

- Po­wie­dział pan, że nie ma tu stat­ków. - Junc­ker lu­stro­wał wzro­kiem szary ho­ry­zont. W od­dali ma­ja­czył stary rdze­wie­jący ka­dłub; wy­glą­dał, jakby nie ru­szał się od lat.

Czło­wiek z Ze­elanda zmarsz­czył brwi.

- Mia­łem na my­śli czynne statki. To Me­dea. Je­den z na­szych sta­rych frach­tow­ców. Jest prze­zna­czona na ży­letki. Sprze­da­li­śmy ją ło­tew­skiemu part­ne­rowi, ale zban­kru­to­wał.

Borch wziął lor­netkę od Junc­kera. Jed­nostka znaj­do­wała się do­bre pół ki­lo­me­tra od brzegu. Przyj­rzał jej się i po­dał lor­netkę Lund. Po­krę­ciła głową.

- Tam ktoś jest? - spy­tała.

- Prawo tego wy­maga - wy­ja­śnił od razu Re­in­hardt. - Na­wet stary hulk taki jak ten po­trze­buje mi­ni­mum trzy­oso­bo­wej za­łogi. Roz­ma­wia­li­śmy z nimi w nocy. I dzi­siaj rano. Mó­wili, że nic nie wi­dzieli. - Ro­zej­rzał się po sen­nym akwe­nie Sundu. - Tu nic by nie zo­ba­czyli, prawda?

Lund po­de­szła nad samą wodę, za­klęła, gdy wyj­ścio­wymi bu­tami wdep­nęła w błot­ni­stą maź. Na ziemi le­żał nie­do­pa­łek. Świeży. Nie­zmo­czony desz­czem.

Borch roz­ma­wiał przez te­le­fon.

- Je­śli chce­cie tam po­pły­nąć - po­wie­dział Re­in­hardt - we­zwę łódź.

As­bj?rn Junc­ker chciał ru­szać na­tych­miast, Borch skoń­czył roz­mowę.

- Straż przy­brzeżna mówi, że ze­szłej nocy prze­pły­wał tędy ro­syj­ski ka­bo­ta­żo­wiec. Pły­nie do Pe­ters­burga. Po­ga­damy z tam­tej­szym ka­pi­ta­na­tem.

- Dzię­kuję za pro­po­zy­cję - zwró­ciła się Lund do czło­wieka Ze­elanda. - Ale nie sko­rzy­stamy.

Junc­ker za­czął ję­czeć, ona ru­szyła do auta, a Borch i młody za nią.

- Mu­simy tam po­pły­nąć i się ro­zej­rzeć - na­le­gał Ma­thias.

- To płyń.

- Ja nie mam czasu! Hart­mann tu je­dzie. Mu­simy za­bez­pie­czyć...

- A ja nie mu­szę tam pły­nąć - prze­rwała mu. - As­bj?rn... wsia­dasz? Wra­camy.

Za­wa­hał się chwilę czy dwie, ale wsiadł.

Borch przy­kuc­nął przy oknie od strony kie­rowcy. Już nie wy­glą­dał jak pie­se­czek.

- Mam na­dzieję, że ta ro­bota jest tego warta - po­wie­dział.

Ro­bert Zeu­then odzie­dzi­czył lu­dzi, któ­rzy kie­ro­wali Ze­elan­dem. Wy­bra­nych przez jego ojca. Lo­jal­nych, do­póki był dawny szef.

Kor­ne­rup, kor­pu­lentny sześć­dzie­się­cio­la­tek o by­strych oczach prze­sło­nię­tych okrą­głymi oku­la­rami i twa­rzy nie­ska­la­nej uśmie­chem, od nie­mal dwu­dzie­stu lat na­le­żał do ści­słego kie­row­nic­twa firmy. Po­sie­dze­nie za­czął od no­wej wer­sji pre­zen­ta­cji, którą przed­sta­wiał, od­kąd tylko Zeu­then ob­jął sta­no­wi­sko pre­zesa.

- Prze­nie­sie­nie stoczni na wschód zre­du­kuje koszty o co naj­mniej czter­dzie­ści pro­cent. Żeby sfi­nan­so­wać tę ope­ra­cję, mo­żemy po­ma­new­ro­wać kur­sem wa­lut. Je­śli za­czniemy pla­no­wać dzi­siaj, mo­gli­by­śmy ją roz­po­cząć na­wet w ciągu roku. Dla pod­li­cze­nia...

- To nic no­wego - prze­rwał Zeu­then. - Znamy ar­gu­menty. Zga­dzamy się, że za dzie­sięć, pięt­na­ście lat to może być wła­ściwy krok.

Je­de­na­stu męż­czyzn wo­kół stołu, jedna ko­bieta. Zeu­then był naj­więk­szym udzia­łow­cem. Ale nie miał ab­so­lut­nej więk­szo­ści.

- Świat pę­dzi szyb­ciej, niż nam się wy­daje - nie ustę­po­wał Kor­ne­rup. - Tę de­cy­zję musi pod­jąć rada. Je­śli Hart­mann prze­gra wy­bory, do wła­dzy dojdą czer­woni ze swoim pre­mie­rem, który nas nie­na­wi­dzi. Pusz­czą nas z tor­bami.

- Dla­tego wła­śnie po­pie­ramy Hart­manna - od­parł Zeu­then. - I dla­tego osła­bia­nie go nie leży w na­szym in­te­re­sie.

- Je­śli zgo­dzi się na ja­kiś nowy układ, nie ma sprawy.

Ze­brani kiw­nęli gło­wami na znak, że zga­dzają się z Kor­ne­ru­pem.

- Ale nie oszu­kujmy się - kon­ty­nu­ował - świat nie bę­dzie cze­kał, aż się prze­bu­dzimy. Wiem, że to trudne. Tę firmę stwo­rzył pań­ski oj­ciec, ale gdyby był tu dziś...

- Bro­niłby pracy dla Duń­czy­ków do ostat­niego miej­sca - prze­rwał mu Zeu­then.

- Może ty i ja zna­li­śmy różne jego ob­li­cza. Może...

- Nie. Już dość.

Kor­ne­rup spoj­rzał groź­nie.

- Mamy jesz­cze dużo do omó­wie­nia, Ro­ber­cie.

- Nie będę już z tobą nic oma­wiał. - Zeu­then ski­nął na swoją asy­stentkę, a ona obe­szła stół, roz­da­jąc przy­go­to­wane wcze­śniej przez niego ze­stawy do­ku­men­tów. - Kor­ne­rup po­świę­cił dużo czasu na po­szu­ki­wa­nie drogi wyj­ścia z Da­nii. Do zdrady już się tak sta­ran­nie nie przy­ło­żył.

Przez salę po­niósł się po­mruk. Zeu­then po­to­czył wzro­kiem po ze­bra­nych.

- Nasz dy­rek­tor chyba za­po­mniał na­to­miast, że w ga­ze­cie, która pusz­cza te bzdury, moja ro­dzina ma trzy­dzie­ści pro­cent udzia­łów. A także - lekki uśmiech - że jej na­czelny ze mną stu­dio­wał. Na­prawdę nie­trudno więc było zdo­być mejle, które wy­sła­łeś do szefa ich działu go­spo­dar­czego.

Kor­ne­ru­powi po raz pierw­szy chyba za­bra­kło słów.

- Pod­su­ną­łeś im te kłam­stwa, aby przy­ci­snąć radę do pod­ję­cia de­cy­zji o prze­pro­wadzce - cią­gnął Zeu­then. - Ja­kie­kol­wiek zy­ski wiążą się z prze­nie­sie­niem na Da­leki Wschód, a chęt­nie to omó­wię w od­po­wied­nim mo­men­cie w przy­szło­ści, ta­kiej nie­lo­jal­no­ści nie mogę to­le­ro­wać. Na­ru­szy­łeś wa­runki umowy, Kor­ne­rup, i na pewno masz tego świa­do­mość. Praw­do­po­dob­nie po­dej­miemy kroki prawne. - Kiw­nął głową na asy­stentkę.

Ko­bieta otwo­rzyła drzwi i wpu­ściła dwóch ochro­nia­rzy.

- Pa­no­wie od­pro­wa­dzą cię do wyj­ścia. Wszyst­kie rze­czy oso­bi­ste ode­ślemy ci, jak tylko spraw­dzimy, co jesz­cze knu­łeś. - Znowu po­to­czył wzro­kiem po ze­bra­nych. - Chyba że rada po­sta­nowi zi­gno­ro­wać prze­ciek po­uf­nych do­ku­men­tów do me­diów. I Bóg wie co jesz­cze.

Ci­sza. Wska­zał ręką drzwi.

- Wszystko, co zro­bi­łem - po­wie­dział Kor­ne­rup, wsta­jąc - zro­bi­łem dla do­bra Ze­elanda. Ta firma stoi nad prze­pa­ścią, Ro­ber­cie. Ze­pchniesz ją do niej i na­wet tego nie za­uwa­żysz. Przej­rzysz na oczy do­piero wtedy, gdy za­mkną to wszystko na głu­cho.

W mil­cze­niu pa­trzyli, jak wy­cho­dzi. Zeu­then upo­rząd­ko­wał do­ku­menty i wło­żył je do ak­tówki.

- Prze­pra­szam. Moja córka po­je­chała do szpi­tala, mu­szę wyjść. - Po chwili do­dał: - Chyba że są jesz­cze ja­kieś sprawy?

Za­cze­kał. Nikt się nie ode­zwał.

- Świet­nie - rzekł Zeu­then i opu­ścił po­miesz­cze­nie.

Hart­mann we­zwał kie­rowcę, by za­wiózł go do szkoły we Fre­de­riks­bergu, gdzie od­by­wało się spo­tka­nie przed­wy­bor­cze Rosy Le­bech. Sześć lat młod­sza od niego. Za­nim za­częła ka­rierę w po­li­tyce, była praw­niczką. Wciąż ubie­rała się jak praw­niczka: kre­mowa bluzka, ciemne spodnie, ciemne włosy ucze­sane sta­ran­nie. Ude­rza­jąco piękna ko­bieta, piękna i kon­kretna za­ra­zem. Po­znał ją jesz­cze jako bur­mistrz, gdy za­bie­gał o głosy ko­ali­cjanta.

Wtedy była mę­żatką.

Ne­bel nie od razu zro­zu­miała, że na­leży zo­sta­wić ich sa­mych. Te­raz do tego funk­cjo­na­riusz PET przy­glą­dał się im obo­jęt­nie.

- Nie mo­żemy się tak da­lej spo­ty­kać - za­żar­to­wał Hart­mann.

- Jak?

- Jak po­li­tycy.

- Chcesz po­wie­dzieć, że po­win­ni­śmy zna­leźć ja­kiś ma­te­rac i świeczki? Twoja ob­stawa pil­no­wa­łaby drzwi.

Po­twier­dził ski­nie­niem głowy.

- Po­doba mi się ten po­mysł.

- Ty bez­czelny łaj­daku. Dla­czego ja się w to wszystko pa­kuję?

Hart­mann od­wró­cił się do funk­cjo­na­riu­sza i dał mu znak, a męż­czy­zna od­da­lił się ko­ry­ta­rzem.

- To wła­śnie mam na my­śli. Tro­els...

Chwy­cił ją w ta­lii, po­ca­ło­wał mocno i tak długo prze­bie­rał pal­cami w fał­dach jej bluzki, aż do­tknął skóry.

Le­bech od­su­nęła się ze śmie­chem.

- Ostry seks z pre­mie­rem Da­nii. Nie że­bym miała coś lep­szego do ro­boty.

Jego palce zma­gały się z bluzką.

- Żar­to­wa­łam! - krzyk­nęła. - Prze­stań.

Prze­rwał, ale wy­glą­dał jak chłop­czyk, któ­remu za­brano ulu­bioną za­bawkę.

Wes­tchnął.

- O co cho­dzi? - spy­tała.

- Wy­gląda na to, że plotki o Ze­elan­dzie to prawda. Ro­bert Zeu­then jest po na­szej stro­nie, ale reszta rady nad­zor­czej nie. - Skrzy­wił się drwiąco. - Może będę mu­siał coś im rzu­cić.

Usia­dła. Znowu była po­li­tyczką.

- Ile?

- Tyle, żeby się za­sta­no­wili. Ale też nie za dużo, bo jesz­cze byś za­koń­czyła nasz ro­mans. - Sze­roki, bez­czelny uśmiech. - W uję­ciu me­ta­fo­rycz­nym. Wiem, że je­śli cho­dzi o do­słowne ro­zu­mie­nie tego wy­ra­że­nia, nie mam po­wodu do zmar­twień.

Nie śmiała się.

- Nie na­ci­skaj mnie za mocno. My­ślisz, że moi lu­dzie łykną po­mysł, za który za­płacą wszy­scy oprócz Ze­elanda? Je­stem sze­fową par­tii, nie jej wła­ści­cielką. Na­wet nie będę ich py­tać. Nie ma sensu, znam od­po­wiedź.

- Może by po­słu­chali, gdyby wie­dzieli, że obej­miesz wy­so­kie sta­no­wi­sko. Mi­ni­ste­rialne. Coś, co by ci się spodo­bało.

- Teka pre­miera? - spy­tała. - Bo taka ro­bota by mi się po­do­bała.

Skrzy­żo­wał ra­miona, pa­trzył na nią i cze­kał.

- Mam zwią­zane ręce, Tro­els. Nie mogę moc­niej na­ci­skać swo­ich lu­dzi, wy­klu­czone. Nie­któ­rzy z nich uwa­żają, że le­piej sta­wiać na Ussinga. Je­śli Ze­eland się pa­kuje, to wy­je­dzie. Choć­byś ich prze­ku­pił nie wia­domo czym... - Urwała.

Do sali we­szła Ka­ren Ne­bel, po­stu­ku­jąc pal­cem w ze­ga­rek.

- Prze­myśl to - po­pro­sił.

- Już prze­my­śla­łam. Przy­kro mi. - Się­gnęła dło­nią do jego ko­lana. - Ale to po­li­tyka. Tylko po­li­tyka. Nie za­po­mi­naj.

Hart­mann po­stu­kał się po no­sie, dys­kret­nie ści­snął jej palce i kiw­nął głową.

Po­tem wstał i na uży­tek jed­no­oso­bo­wej wi­do­wni po­dał jej rękę i ży­czył uda­nej kam­pa­nii.

- Jesz­cze po­roz­ma­wiamy - obie­cał.

Car­sten Las­sen, part­ner Mai, był le­ka­rzem, pra­co­wał w szpi­talu uni­wer­sy­tec­kim. Zeu­then do­my­ślał się, że Emi­lie za­wie­ziono wła­śnie tam. I rze­czy­wi­ście Las­sen cze­kał tam na niego w sa­mo­cho­dzie, ra­zem z Mają i dziećmi.

- Co się dzieje? - spy­tał Zeu­then.

- To re­ak­cja aler­giczna na kota, któ­rego nie po­winna w ogóle do­ty­kać - wark­nął Las­sen. Miał na so­bie le­kar­ski far­tuch, na twa­rzy opry­skliwą minę, którą przy­bie­rał za­wsze w obec­no­ści Zeu­thena. - Znik­nie za kilka dni, je­śli bę­dzie przyj­mo­wać leki. I trzy­mać się z dala od ko­tów.

Carl za­czął war­czeć zza swo­jego di­no­za­ura w chwili, gdy po­ja­wił się jego tato. Emi­lie uśmiech­nęła się i mu po­ma­chała. Zeu­then otwo­rzył tylne drzwi sa­mo­chodu i ka­zał dzie­ciom prze­siąść się do Range Ro­vera.

- Nie. - Maja za­trza­snęła drzwi. - Mu­simy po­ga­dać.

Dawno się nie kłó­cili o po­rzą­dek spo­tkań z dziećmi. Ro­bert nie chciał wra­cać do tych spo­rów.

- Je­śli są­dzisz, że dzięki temu przej­miesz opiekę nad nimi...

- Ona ma wy­sypkę na ca­łym ciele! Co się dzieje, do cho­lery?

- Nie wiem. A ty?

- Albo kła­miesz, albo się nią nie zaj­mu­jesz.

- Nie. - Z tru­dem za­cho­wy­wał spo­kój.

Dzieci to ob­ser­wo­wały i ta kłót­nia na pewno fa­tal­nie na nie wpły­wała.

- Wiem, co ro­bią, kiedy są ze mną. W domu ni­g­dzie nie ma żad­nego kota. Prze­cież to nie jest śmier­telna...

Las­sen usły­szał te słowa i się wtrą­cił:

- To może być po­ważne. Je­śli zlek­ce­waży się re­ak­cję aler­giczną...

- Nie twoja sprawa - wy­tknął mu Zeu­then. - To nie są twoje dzieci.

Za­trzy­mała się przy nich biała fur­go­netka. Przez chwilę Zeu­the­nowi się wy­da­wało, że Emi­lie ko­muś po­ma­chała. Ale to było nie­moż­liwe. Je­śli na­wet się uśmiech­nęła, to prze­lot­nie. Oboje z bra­tem, wy­raź­nie zmę­czeni, wy­glą­dali ża­ło­śnie, gdy spór na par­kingu się prze­cią­gał.

- Mamy usta­lony są­dow­nie gra­fik spo­tkań z dziećmi - pod­jął. - Nie mo­żesz tak po pro­stu mi ich za­brać, kiedy ci się spodoba.

- Są­dow­nie! - wrza­snęła Maja. - Te­raz bę­dziesz mi gro­ził są­dami? Na­ślesz na nas ca­łego Ze­elanda? Wtedy się po­czu­jesz jak fa­cet?

W ma­łym Volks­wa­ge­nie otwo­rzyły się drzwi. Emi­lie po­de­szła, sta­nęła mię­dzy ro­dzi­cami i spoj­rzała na każde z nich z wy­rzu­tem. Las­sen wy­co­fał się do szpi­tala.

- Wi­dzia­łam kotka, jak ba­wi­łam się u Idy. I już. - Skie­ro­wała wzrok na matkę. - Nie chcę miesz­kać z tobą i Car­ste­nem. Carl też nie. Chcemy być z tatą. - Dziew­czynka po­de­szła do Range Ro­vera.

Carl już tam stał. Maja pod­bie­gła do dzieci, głos jej się za­ła­mał i to strasz­nie za­bo­lało Zeu­thena.

Dzieci wsia­dły na tył i za­częły za­pi­nać pasy.

- Po­słu­chaj - po­wie­dział do Mai, si­ląc się na spo­kój. - Nie po­win­ni­śmy się tak kłó­cić. Nie w ich obec­no­ści. Mam coś do za­ła­twie­nia. Mo­żesz po­je­chać z nimi do Drak­kara. Zo­stać do mo­jego po­wrotu. - Wzru­szył ra­mio­nami. - Nie wiem, kiedy wrócę. Jak chcesz, mogę cię uprze­dzić, za­dzwo­nię z sa­mo­chodu. Że­byś wie­działa, kiedy wyjść.

Od pół roku Lund miesz­kała w dwu­po­ko­jo­wym drew­nia­nym domku na przed­mie­ściu. Stał przy wą­skiej ulicy na pa­górku, z któ­rego roz­ta­czał się wi­dok na mia­sto. Miała tam też pu­sty ogró­dek, który sta­rała się oży­wić.

Słu­chała ra­dia, zmy­wa­jąc na­czy­nia dla Marka i jego go­ścia. Głów­nym te­ma­tem wia­do­mo­ści znowu był Hart­mann - miał wy­dać oświad­cze­nie na te­mat Ze­elanda, kiedy od­wie­dzał obo­zo­wi­sko bez­dom­nych, przed czym wy­jąt­kowo prze­strze­gała go PET. Za­wsze ro­bił, co mu się po­do­bało. Ni­gdy nie współ­pra­co­wał z po­li­cją, na­wet je­śli za­mie­rzał wy­grać wy­bory.

Co prawda te wy­bory nie za­po­wia­dały się do­brze. Ussing pod­że­gał lu­dzi, ostrze­ga­jąc przed no­wymi ustęp­stwami wo­bec bo­ga­czy. Par­tia Cen­trum, któ­rej po­par­cie naj­pew­niej zde­cy­duje o wy­gra­nej, się wa­hała.

Lund zaj­rzała do pie­kar­nika, stwier­dziła, że nie zdjęła fo­lii ze skle­po­wej la­sa­gne, wy­jęła więc szybko całe da­nie i za po­mocą no­ży­czek po­zbyła się brą­zo­wego pla­stiku. Na­stęp­nie je od­sta­wiła i wy­tarła dło­nie o dżinsy.

Za­dzwo­nił te­le­fon. Mark.

- Cześć, mamo...

- Nie­ła­two tu tra­fić. Przy żół­tym bu­dynku mu­si­cie skrę­cić w lewo na końcu...

- Nie przy­je­dziemy. Eva jest chora. In­nym ra­zem...

Spoj­rzała na stół. Bu­telka do­brego Chianti. Nowe kie­liszki do wina, ku­piła je na tę oka­zję. Świece. Brix po­de­słał jej dy­plom za wie­lo­let­nią służbę i bu­telkę szam­pana. I jesz­cze ko­perta z OPA.

- To coś po­waż­nego?

- Nie. Prze­zię­bie­nie. Zo­ba­czymy się in­nym ra­zem.

Nie mógł się do­cze­kać końca roz­mowy. Sły­szała to w jego gło­sie.

- Mark... - po­wie­działa ja­koś roz­pacz­li­wie.

- Tak?

- Wiem... wiem, że nie za­wsze mo­głeś na mnie li­czyć. Ni­gdy nie wy­cho­dziło mi... - "mó­wie­nie tych rze­czy", do­koń­czyła w my­ślach. - Ro­bię ze sobą po­rzą­dek. Masz ab­so­lutne prawo być na mnie zły.

Ci­sza.

- Mark?

- Tak?

- Chcia­ła­bym cię cza­sami zo­ba­czyć.

- Je­stem mocno za­jęty.

- A ju­tro?

- Ju­tro nie za bar­dzo.

Usia­dła. Na stole le­żały zdję­cia od Junc­kera. Od­cięta głowa. Wy­krzy­wione mar­twe usta. Ręka z ta­tu­ażami. Pew­nie z ja­kimś ko­bie­cym imie­niem. Coś jesz­cze, krót­kie słowo, środ­ko­wych li­ter bra­ko­wało - w ich miej­scu wid­niała krwawa rana.

- No to może po­ju­trze. Ty zde­cy­duj kiedy.

- Nie wiem...

Pierw­szą li­terą znisz­czo­nego ta­tu­ażu było wiel­kie M. Za­pi­sane go­ty­kiem.

- Mu­simy się umó­wić kiedy in­dziej - do­dał Mark.

Ostat­nią li­terą było małe a. Całe słowo li­czyło z pięć, sześć li­ter. Nie wię­cej.

- Mamo? Halo?

Wzięła do ręki dłu­go­pis i po­chy­liła się nad zdję­ciem.

- Kiedy in­dziej, mamo. Je­steś tam?

- Tak. Kiedy in­dziej. Do­bra. Tylko daj mi znać.

Roz­łą­czył się, a ona od­two­rzyła bra­ku­jące li­tery. I od­czy­tała cały wy­raz.

Za­dzwo­niła do Brixa.

- Cześć, Lund. Do­sta­łaś szam­pana i pi­smo z OPA? Chcą, że­byś za­częła w przy­szłym ty­go­dniu. Nie mu­sisz prze­cho­dzić przez roz­mowę kwa­li­fi­ka­cyjną. Chyba ci gra­tu­luję.

- Mamy jesz­cze lu­dzi w por­cie?

- Ka­za­łaś im się zwi­nąć. Pa­mię­tasz?

- No to we­zwij ich z po­wro­tem. Stoi tam sta­tek, Me­dea, chcę go obej­rzeć.

- Po­wie­dzia­łaś, że to nie­ważne.

- I wy­ślij ekipę na te­ren Stub­bena. Już jadę.

Miała świetną wy­mówkę, żeby prze­kra­czać pręd­kość. Na­wet nie za­wra­cała so­bie głowy wy­sta­wia­niem ko­guta. W por­cie cze­kała za­łoga ło­dzi. I Ma­thias Borch. Po­wie­dział, że Hart­mann z ekipą są w obo­zo­wi­sku bez­dom­nych ki­lo­metr da­lej.

- Każ mu się stam­tąd zwi­jać - po­le­ciła.

- Pró­bo­wa­łem. Je­steś pewna? Na ile pro­cent?

Po­dała mu zdję­cie, na któ­rym na­pi­sała "Me­dea".

- Kiedy straż przy­brzeżna skon­tak­to­wała się rano ze stat­kiem, nie roz­ma­wiała z za­łogą. Po­pro­si­łam, żeby te­raz znowu na­wią­zali łącz­ność. Nikt nie ode­brał.

Borch pa­trzył na nią wście­kły.

- Gdy­bym wie­dział, za­trzy­mał­bym Hart­manna!

Lund wzru­szyła ra­mio­nami, wsia­dła do pon­tonu z Junc­ke­rem i dwoma funk­cjo­na­riu­szami.

- No to za­trzy­maj go te­raz - od­parła, gdy ru­szyli na wody portu.

Tro­els Hart­mann po­da­wał ta­le­rze gu­la­szu nie­chluj­nym, ci­chym męż­czy­znom usa­do­wio­nym przy roz­kła­da­nych sto­łach w pro­wi­zo­rycz­nych na­mio­tach. Cuch­nęło tu ta­nim je­dze­niem i ście­kami. Dzien­ni­ka­rze mie­szali się z eki­pami te­le­wi­zyj­nymi, po­dą­ża­jąc za nim od jed­nej por­cji do dru­giej i za­da­jąc py­ta­nia, na które on nie od­po­wia­dał.

Gdy tylko ka­mera ro­biła zbli­że­nie, pre­mier się uśmie­chał. Ka­ren Ne­bel pa­trzyła na to bez uśmie­chu. Chciała, żeby wró­cił do Slot­shol­men na kon­fe­ren­cję pra­sową.

Po­tem Mor­ten We­ber wpro­wa­dził kilku męż­czyzn nio­są­cych skrzynki piwa. Roz­le­gły się wi­waty. Część bez­dom­nych chwy­ciła bu­telki, wstała i wznio­sła to­ast za Hart­manna.

Uśmiech­nął się sze­roko i wy­szedł.

Cią­gle się uśmie­chał, gdy od­wró­cił się do We­bera i rzekł:

- Roz­da­wa­nie go­rzały al­ko­ho­li­kom, Mor­ten. Bar­dzo sprytne.

We­ber się ro­ze­śmiał.

- Zdu­mie­wasz mnie, Tro­els. Pod wie­loma wzglę­dami taki sztyw­niak i pu­ry­ta­nin, a jed­nak... - Cze­kał na od­po­wiedź, ale żad­nej nie usły­szał. - PET chce, że­by­śmy się na­tych­miast stąd zwi­jali. Ich zda­niem wy­stę­puje bez­po­śred­nie za­gro­że­nie.

- Mu­simy się na­tych­miast udać na kon­fe­ren­cję pra­sową - do­dała Ne­bel.

Hart­mann po­krę­cił głową.

- Wszyst­kie pi­smaki są tu­taj, po co im do­kła­dać ro­boty? - Pod­szedł zde­cy­do­wa­nym kro­kiem do sa­mo­chodu, siadł na ma­sce, uśmiech­nął się pro­mien­nie do ka­mer, po­ma­chał.

Na­wet dzien­ni­ka­rze byli za­sko­czeni.

Do­koła zbie­rali się męż­czyźni w cie­płych kurt­kach. Każdy miał w uchu słu­chawkę, od któ­rej przez szyję biegł krę­cony ka­be­lek, każdy miał za­tro­skany wy­raz twa­rzy.

- No do­bra - po­wie­dział Hart­mann ra­do­śnie. - Nie mar­nujmy czasu, co? Ma­cie ja­kieś py­ta­nia? No to słu­cham.

- Cho­lera - wark­nęła Ka­ren Ne­bel.

We­ber roz­ma­wiał z naj­gło­śniej­szym spo­śród funk­cjo­na­riu­szy PET, czło­wie­kiem, który przed­sta­wił się jako Ma­thias Borch. Ne­bel po­de­szła pod­słu­chać. Wy­miana zdań sta­wała się co­raz go­ręt­sza.

- Mó­wi­łem, że ma­cie go stąd za­brać - pe­ro­ro­wał Borch. - Może to zro­bi­cie, co?

- Tro­els jest pre­mie­rem Da­nii - od­parł We­ber, wzru­sza­jąc ra­mio­nami. - Może sam pan chce spró­bo­wać?

- Jesz­cze tylko kilka mi­nut - do­dała Ka­ren Ne­bel, pró­bu­jąc uspo­koić at­mos­ferę.

- Dzi­siaj rano tuż obok zna­le­ziono ciało - po­wtó­rzył Borch i z su­rową miną wy­jął te­le­fon. Co chwila wy­bie­rał ten sam nu­mer.

Lund.

Sa­rah.

Nie od­bie­rała. Ale Ka­ren Ne­bel za­uwa­żyła wy­raz twa­rzy Mor­tena We­bera, wy­raz, któ­rego nie wi­działa ni­gdy wcze­śniej. Mor­ten był blady, wstrzą­śnięty. Prze­stra­szony.

- Po­mo­żemy wszyst­kim, komu się da - mó­wił Hart­mann gło­śno na im­pro­wi­zo­wa­nej kon­fe­ren­cji pra­so­wej. - Ale zdo­łamy to zro­bić wy­łącz­nie wtedy, gdy każdy wnie­sie swój wkład. Do­ty­czy to rów­nież Ze­elanda. Nie do­staną żad­nych spe­cjal­nych przy­wi­le­jów. Po­wta­rzam. Żad­nych wię­cej przy­wi­le­jów.

Nie lu­biła stat­ków. W spra­wie Birk Lar­sen też był sta­tek. Czło­wiek po­wie­szony na li­nie. Jesz­cze je­den nie­wła­ściwy ruch w mroku.

Dwaj męż­czyźni z za­łogi ło­dzi ob­cho­dzili po­kład Me­dei, Junc­ker po­dą­żył za Lund do środka. Wnę­trze frach­towca przy­po­mi­nało ogromną, mar­twą ka­te­drę ze stali i cuch­nęło jak wszyst­kie statki. Sta­ro­ścią i ropą. Prze­ni­kliwe zimno w dłu­gich, głu­chych ko­ry­ta­rzach. Nie było żad­nych śla­dów, do­póki nie do­tarli w po­bliże mostku. Lund pod­nio­sła dłoń, by za­trzy­mać ko­legę, i wska­zała coś przed sobą.

Długa plama na pod­ło­dze. Roz­ma­zana krew. I na ścia­nie. Mu­siał tu upaść ktoś po­waż­nie ranny.

Pró­bo­wał uciec, po­my­ślała. Wi­działa te ob­razy przed oczami, miała je w gło­wie - za­wsze tak się działo, choćby Lund nie wia­domo jak się bro­niła.

Męż­czy­znę za­ata­ko­wano, ja­koś się uwol­nił, wsko­czył do lo­do­wa­tej wody i pró­bo­wał ra­to­wać ży­cie ucieczką wpław.

Czyli mu­siał być bar­dzo prze­ra­żony.

Po­tworny ja­zgot prze­ciął ciem­no­ści. O mało nie do­stała za­wału. As­bj?rn Junc­ker nie­po­rad­nie wal­czył z te­le­fo­nem; jako dzwo­nek miał usta­wioną ja­kąś okropną roc­kową so­lówkę na gi­ta­rze. Lund wy­rwała mu te­le­fon i wy­ci­szyła - tak jak za­wsze swój. Do niej też ktoś pró­bo­wał się do­dzwo­nić, od­kąd do­tarli do Me­dei. Czuła, jak te­le­fon wi­bruje jej w kie­szeni. To mo­gło po­cze­kać.

Pod­nio­sła wy­soko la­tarkę w pra­wej ręce. Ze­szli na dół scho­dami. Zbior­niki pa­liwa. Z boku roz­ma­zana krew. W ką­cie mar­twy męż­czy­zna, pra­wie nagi, tylko w brud­nych sli­pach, na klatce pier­sio­wej wiele ran po nożu. Nad­garstki spę­tane dru­tem, kostki też.

- Lund - szep­nął Junc­ker idący z la­tarką w jed­nej i pi­sto­le­tem w dru­giej dłoni, cały czas ce­lu­jąc i szpe­ra­jąc świa­tłem to po le­wej, to po pra­wej stro­nie.

Spoj­rzała. Ko­lejne ciało. W ta­kim sa­mym sta­nie. Rany od noża. Drut. Męż­czyźni byli tor­tu­ro­wani.

- Broń ci nie­po­trzebna, As­bj?rn.

- Straż por­towa mó­wiła, że jest ich trzech.

- Tak. Trze­ciego zna­leź­li­śmy rano w ka­wał­kach. A ten, kto to zro­bił, znik­nął. Za sprytny był, żeby tu zo­stać.

Je­dy­nym źró­dłem świa­tła na mostku były włą­czone mo­ni­tory na pul­pi­cie. Obok koła ste­ro­wego stał lap­top. Z otwar­tym pli­kiem. Wy­glą­dało to na sche­mat sys­temu bez­pie­czeń­stwa Ze­elanda.

Lund spraw­dziła, czy ma za­sięg, i ka­zała Junc­ke­rowi za­dzwo­nić do Brixa, ścią­gnąć ekipę. Po­tem sama za­dzwo­niła do Bor­cha.

- Nie wiem, co tu się dzieje... - za­częła i po­wie­działa mu o cia­łach i wła­ma­niu do sys­temu bez­pie­czeń­stwa Ze­elanda.

Słu­chał, nic nie mó­wił. W aka­de­mii po­li­cyj­nej Ma­thias Borch był pry­mu­sem. By­stry i od­dany. Ale ni­gdy nie my­ślał szybko.

- Hart­manna już tam nie ma, co? - za­koń­czyła Sa­rah.

- Udziela się na im­pro­wi­zo­wa­nej kon­fe­ren­cji pra­so­wej. Dla­czego nie od­bie­ra­łaś?

- By­łam w ła­do­wni tego cho­ler­nego statku. Kim­kol­wiek są ci wła­my­wa­cze, tu mieli bazę. - Ru­szyła przez ciem­no­ści z la­tarką w ręku. Pa­trzyła.

Na ścia­nie w głębi zdję­cia. Mnó­stwo, mnó­stwo zdjęć po­kry­wa­ją­cych ma­lo­waną stal.

Za­trzy­mała się. Po­li­tycy i prze­my­słowcy. Twarz obok wy­cin­ków pra­so­wych: Aldo Moro. Były pre­mier Włoch po­rwany przez Czer­wone Bry­gady. Prze­trzy­my­wali go przez pięć­dzie­siąt pięć dni, a po­tem za­strze­lili i po­rzu­cili ciało w sa­mo­cho­dzie na ulicy. Obok wi­siał ar­ty­kuł o Tho­ma­sie Nie­der­may­erze, nie­miec­kim prze­my­słowcu po­rwa­nym przez Pro­vi­sio­nal IRA, ska­to­wa­nym, za­mor­do­wa­nym i po­grze­ba­nym na wy­sy­pi­sku pod Bel­fa­stem. Ten ar­ty­kuł był o wiele śwież­szy, Lund nie mo­gła się od niego ode­rwać. Dzie­sięć lat po zna­le­zie­niu ciała nie­miec­kiego prze­my­słowca wdowa po nim wró­ciła do Ir­lan­dii, we­szła do oce­anu i uto­nęła. Po­tem sa­mo­bój­stwo po­peł­niły dwie ich córki. Nie­prze­rwany ciąg nie­szczęść w na­stęp­stwie jed­nego bru­tal­nego czynu...

- Pa­trzę tu na zdję­cia po­rwa­nych po­li­ty­ków - po­wie­działa Lund, nie wie­dząc na­wet, czy Borch słu­cha. - Mar­twych. Mu­sisz na­tych­miast za­brać stam­tąd Hart­manna.

Lu­dzie z PET wdarli się w tłum pi­sma­ków, nie­mal zdjęli Hart­manna z ma­ski sa­mo­chodu i wsa­dzili go do fur­go­netki wraz z We­be­rem i Ka­ren Ne­bel.

Bły­ska­jące świa­tła. Sy­reny. Cała trójka sie­działa na ławce na­prze­ciwko dwóch uzbro­jo­nych funk­cjo­na­riu­szy, gdy sa­mo­chód pę­dem opu­ścił port i po­gnał do mia­sta.

- Nie mogą mnie tak trak­to­wać - na­rze­kał Hart­mann. - Nie po­zwolę na to.

- Po­li­cja zna­la­zła dwa ciała na statku w por­cie - po­wie­dział We­ber. - A rano jesz­cze jedno. Zdję­cia po­rwa­nych po­li­ty­ków. Ow­szem, mogą cię tak trak­to­wać.

Szef po­słał mu wście­kłe, mściwe spoj­rze­nie.

- Sprawę pro­wa­dzi Lund - do­dał We­ber.

Obaj za­mil­kli.

- Kim jest Lund? - spy­tała Ne­bel.

- Dużo by mó­wić - od­parł Hart­mann. A do We­bera do­dał: - Po­ga­daj z Po­li­ti­g?r­den. Nie z Bri­xem. Obejdź go, uderz do ko­goś nad nim. Nie chcę jej wi­dzieć.

- Czy ktoś po­wie mi, o co cho­dzi? - do­po­mniała się Ne­bel.

- Kie­dyś już po­peł­niła wielki błąd - wy­ja­śnił We­ber. - Mało przez nią nie prze­gra­li­śmy wy­bo­rów. To się wię­cej nie po­wtó­rzy.

Za­dzwo­nił jego te­le­fon. Fur­go­netka pod­sko­czyła na nie­rów­no­ści, a po chwili wresz­cie do­tarła do ja­kiejś po­rząd­nej drogi.

Ne­bel od­wró­ciła się do Hart­manna.

- Nie po­wi­nie­neś skła­dać tych obiet­nic. Nie mo­żesz z mar­szu two­rzyć po­li­tyki. Nie wiesz, jaka bę­dzie od­po­wiedź Ze­elanda. Mu­sisz mi po­zwo­lić to ogar­nąć. Nie je­stem od pa­trze­nia, jak so­bie strze­lasz sa­mo­bóje.

To go chyba tro­chę uba­wiło.

- A to wła­śnie ro­bię?

- Nie każ mi dzia­łać po omacku. Wiem, że pra­cu­jesz z Mor­te­nem wiele lat, ale ze mną nie. Chcę być ze wszyst­kim na bie­żąco.

Hart­mann uda­wał zdu­mio­nego.

- Co do­kład­nie chcesz wie­dzieć?

- Pie­przysz Rosę Le­bech?

Opadł na opar­cie. Nie pa­trzył na nią.

Mor­ten We­ber za­koń­czył swoją roz­mowę.

- Ze­eland wła­śnie opu­bli­ko­wał de­menti. Zdaje się, że za­wie­sili dy­rek­tora. Ro­bert Zeu­then oznaj­mił pu­blicz­nie, że on oso­bi­ście, a także Ze­eland jako firma w pełni wspie­rają plan na­praw­czy rządu.

Na ze­wnątrz świa­tła. Wjeż­dżali do cen­trum. Slot­shol­men. Nie­długo znowu za­siądą w cie­płych biu­rach Chri­stians­borgu.

Hart­mann się ro­ze­śmiał. Pro­mie­niał. We­ber nie pa­trzył na Ka­ren Ne­bel.

- Obaj wie­dzie­li­ście, że to na­stąpi, prawda? - spy­tała.

- Mor­ten ma wszę­dzie przy­ja­ciół - od­rzekł Hart­mann. - Może mały pta­szek zdra­dził mu, że ga­zeta za­mie­rza do­pie­przyć Kor­ne­ru­powi. - Klep­nął We­bera w ko­lano. - Nie że­bym chciał wie­dzieć.

Fur­go­netka wje­chała na dzie­dzi­niec przed pa­ła­cem. Dwóch funk­cjo­na­riu­szy po­de­szło do niej i otwo­rzyło drzwi. Hart­mann nie drgnął.

- Mu­simy wy­dać oświad­cze­nie dla prasy, Ka­ren. Ty je tak świet­nie for­mu­łu­jesz, tak pięk­nie. Chciał­bym tak umieć.

Cień uśmie­chu.

- Ale naj­pierw mi je po­każ, do­bra? - do­dał. - Po­tem pod­rzuć ko­pię Ussin­gowi, z naj­ser­decz­niej­szymi po­zdro­wie­niami ode mnie.

Ka­ren Ne­bel pierw­sza ru­szyła do bu­dynku. We­ber za­trzy­mał Hart­manna na scho­dach, za­cze­kał, aż ochro­nia­rze od­dalą się na tyle, by ich nie sły­szeć.

- Ona ma ra­cję? Ob­ra­casz Rosę Le­bech?

Twarz Hart­manna spo­waż­niała.

- Nie mam na to czasu - od­parł i po­szedł przed sie­bie.

We­ber chwy­cił go za ra­mię.

- Już za­pi­na­łem ci roz­po­rek przy tych głu­po­tach z Birk Lar­sen. Mie­li­śmy szczę­ście jak cho­lera, że się z tego wy­wi­nę­li­śmy. Nie proś mnie o to znowu.

- Je­stem sin­glem, wdow­cem. Każdą go­dzinę prze­pra­co­wuję na rzecz tego kraju. Mam prawo do ży­cia pry­wat­nego. I mam prawo być ko­chany. - Po chwili na­my­słu do­dał: - Nie mia­łem z tamtą dziew­czyną nic wspól­nego.

- Ach... - Ski­nął głową We­ber. - To mi­łość, tak? - Za­cze­kał. Zero od­po­wie­dzi. - W sa­mym środku kam­pa­nii wy­bor­czej? Którą i tak mo­żemy prze­grać? Z ca­łym tym gów­nem zwią­za­nym z Ze­elan­dem, z Lund cza­jącą się za ro­giem... ty po­su­wasz sze­fową par­tii, któ­rej po­trze­bu­jemy, by oca­liła nam skórę.

Hart­mann jęk­nął.

- Okaż mi tro­chę za­ufa­nia, Mor­ten. Pa­nuję nad tym. Rosa za­pewni mi głosy Par­tii Cen­trum. Po­prą moją kan­dy­da­turę na sta­no­wi­sko pre­miera. Sprawa z Ze­elan­dem jest już wy­pro­sto­wana, a ty masz do­pil­no­wać, żeby Lund się do nas nie zbli­żyła. - Po­ło­żył rękę na ple­cach We­bera i po­pro­wa­dził go w stronę pa­łacu. - I do­pil­nu­jesz, prawda?

Maja Zeu­then ni­gdy nie lu­biła Drak­kara. Przed śmier­cią ojca Ro­berta miesz­kali w daw­nym domku ogrod­nika na te­re­nie po­sia­dło­ści, cie­szyli się wy­cho­wy­wa­niem dwójki swo­ich pięk­nych dzieci w ma­leń­kim, schlud­nym bu­dy­neczku, który kie­dyś słu­żył szczę­śli­wemu czło­wie­kowi.

Tam bar­dzo się ko­chali.

Po­tem na bar­kach jej męża spo­częło brze­mię pro­wa­dze­nia firmy, a jed­no­cze­śnie na­ra­stał kry­zys. Nie tylko w Ze­elan­dzie. Na ca­łym świe­cie.

Wpro­wa­dzili się do Drak­kara. Miesz­kali pod smo­kiem. Za­gu­bili się w jego roz­le­głych pię­trach i ogrom­nych, pu­stych po­miesz­cze­niach.

Rola szefa Ze­elanda prze­ra­stała Ro­berta, w do­datku nie po­zwa­lał so­bie po­móc. Pro­po­no­wała. Prze­grała. Ich mi­łość ga­sła. Za­częły się kłót­nie. Ona się od­da­lała, on co­raz wię­cej czasu spę­dzał skryty za czar­nymi szy­bami biura w por­cie, a kiedy po­ja­wiał się w domu, kłó­cili się. Dwie małe twa­rzyczki cza­sami przy­glą­dały się temu już od progu.

Do­cho­dziła dwu­dzie­sta. Służba po­dała ko­la­cję. Maja zja­dła z Emi­lie i Car­lem, pró­bu­jąc pro­wa­dzić nie­zo­bo­wią­zu­jącą roz­mowę. Za­uwa­żyła, jak oboje mil­kli, gdy pró­bo­wała po­ru­szyć te­mat Car­stena.

Był od niej młod­szy. Ciężko pra­co­wał, miał ja­kieś pro­blemy w szpi­talu, a jak po­wie­dział Ro­bert, to nie były jego dzieci, i cza­sami dało się to po­znać po jego chło­dzie i złym hu­mo­rze.

Sami po­sprzą­tali po so­bie ze stołu. Po­wie­działa Re­in­hard­towi, żeby po­je­chał do sie­bie. Miał żonę, do­ro­słe dzieci. Dom nad wodą, nie­opo­dal sie­dziby Ze­elanda. Ale i tak zo­stał w pa­łacu, ob­ser­wo­wał i się mar­twił. Ro­bert, kiedy był chłop­cem, trak­to­wał go jak ro­dzinę, jak za­wsze obec­nego wujka.

Emi­lie i Carl po­szli na górę. Grać. Oglą­dać te­le­wi­zję. Po­ba­wić się.

Maja sie­działa sama na wiel­kiej ka­na­pie, wpa­tru­jąc się w ob­raz na ścia­nie: szare, ża­ło­sne płótno przed­sta­wia­jące ocean w cza­sie strasz­li­wego sztormu. Kiedy się roz­sta­wali, ich córka po­wie­działa, że nie­na­wi­dzi tego ob­razu. I że ko­ja­rzy jej się ze śmier­cią dziadka. Gdyby Maja się nie wy­pro­wa­dziła, już dawno by stąd znikł.

Na scho­dach po­ja­wiła się Emi­lie w nie­bie­skim płasz­czyku, ró­żo­wych ka­lo­szach i z ple­cacz­kiem, na któ­rego bo­kach wid­niały ku­cyki.

- Do­kąd idziesz?

Dziew­czynka nie­ru­cho­mym wzro­kiem pa­trzyła matce pro­sto w oczy.

- Na­kar­mić jeża.

- Jeża? O tej po­rze?

- Tata mówi, że mogę.

- Taty nie ma.

- Za­raz wrócę.

- Pójdę po Carla - po­wie­działa Maja. - I ra­zem pój­dziemy do jeża.

Mała usia­dła na scho­dach. Kiedy Maja wró­ciła z chłop­cem, już jej nie było.

- Emi­lie! - Sta­rała się, żeby w jej gło­sie nie było zbyt dużo zło­ści.

Za­dzwo­nił Ro­bert.

- Emi­lie gdzieś znik­nęła. Po­wie­działa, że idzie na­kar­mić jeża.

Ro­ze­śmiał się. Lu­biła jego śmiech.

- Ostat­nio karmi go co noc. Mu­simy usta­lić, ja­kie dać jej zwie­rzątko. Nie są­dzę, żeby się za­do­wo­liła pa­ty­cza­kiem.

- Też nie są­dzę.

Czy za­uwa­żył, że udało mu się ją roz­śmie­szyć? Czy dla niej to coś zna­czyło?

- Re­in­hardt roz­py­tał o kota - po­wie­działa. - Ogrod­nik mó­wił, że wi­dział ja­kie­goś za ogro­dze­niem. Gdzieś nad stru­mie­niem. Emi­lie się tam cza­sem wa­łę­sała.

- Za ogro­dze­niem? - W jego gło­sie po­ja­wiło się lek­kie na­pię­cie.

- Tak. To nic po­waż­nego, Ro­ber­cie. Car­sten mówi, że je­śli bę­dziemy ją sma­ro­wać ma­ścią, za kilka dni wy­do­brzeje. Prze­pra­szam, że tak się wście­kłam.

- Nie po­winna sama wy­cho­dzić. Nie bez po­wodu mamy ochronę.

Chwila ci­szy.

- Jadę do domu - po­wie­dział na­gle.

Maja po­de­szła do drzwi wej­ścio­wych i za­sta­no­wiła się, jak długo tym ra­zem bę­dzie mu­siała cze­kać. W wy­so­kiej, ele­ganc­kiej sieni je­dy­nym brzyd­kim ele­men­tem wy­stroju były nie­bie­skie pul­su­jące świa­tła i nie­wiel­kie ekrany mo­ni­to­ringu, który strzegł pa­łacu i ca­łego te­renu.

Na więk­szo­ści tych ekra­nów wi­dać było te­raz drzewa ko­ły­szące się w zi­mo­wym wie­trze, na­gie ga­łę­zie po­ru­sza­jące się nie­stru­dze­nie.

Pa­trzyła na nie bez­radna, gdy na­gle ob­raz na jed­nym z mo­ni­to­rów znikł; zo­stał tylko nie­bie­ski ko­mu­ni­kat o braku sy­gnału. Po chwili wy­łą­czył się drugi. A po­tem cała reszta.

Zdję­cia. Dzie­siątki zdjęć. Na ścia­nach. Na pod­ło­dze.

Czarno-białe twa­rze, któ­rych Lund nie znała. Lu­strzanka Ca­nona z te­le­obiek­ty­wem. Do­ku­menty na te­mat ru­chu stat­ków. Coś, co wy­glą­dało na sche­mat za­bez­pie­czeń Ze­elanda, róż­nych jego bu­dyn­ków, za­kła­dów, biur. I pry­wat­nych po­sia­dło­ści.

- Nie ro­zu­miem - ode­zwał się Junc­ker, świe­cąc la­tarką na apa­rat. - Po co ktoś miałby się tu ukry­wać? I za­bi­jać trzech ma­ry­na­rzy tylko po to, żeby do­ko­pać ja­kie­muś po­li­ty­kowi?

Lund le­d­wie go słu­chała. Na biurku w ką­cie zna­la­zła plik ko­lo­ro­wych wy­dru­ków. Na nie­któ­rych zdję­cia lot­ni­cze z in­ter­netu. Traw­niki i drzewa. Wi­dok z sa­te­lity na ja­kąś wielką po­sia­dłość.

Zwy­czaj­nie wy­glą­da­jący męż­czy­zna obok lśnią­cego Range Ro­vera. Koło czter­dziestki, w gar­ni­tu­rze. Spra­wiał wra­że­nie bar­dzo nie­szczę­śli­wego.

- To Ro­bert Zeu­then - po­wie­dział Junc­ker. - Ten ko­leś od Ze­elanda.

Prze­ło­żyła wy­druk, spoj­rzała na na­stępny. Zeu­then idący do sa­mo­chodu, w środku dwie małe po­sta­cie. Na wy­druku wid­niała data i go­dzina. Szes­na­sta trzy­dzie­ści. Dzi­siaj.

- Nie ro­zu­miem...

- Już to mó­wi­łeś, As­bj?rn.

Za­milkł.

Lund spoj­rzała na dru­karkę. Bły­skało na niej czer­wone świa­tełko. Za­bra­kło pa­pieru, nim skoń­czyło się dru­ko­wa­nie. Wzięła z biurka kilka kar­tek i wło­żyła do po­daj­nika.

Urzą­dze­nie za­grze­cho­tało, za­fur­czało i na po­wrót za­częło dru­ko­wać.

Wy­cho­dziły po­woli, zdję­cie po zdję­ciu.

Każde przed­sta­wiało dziew­czynkę w nie­bie­skich dżin­sach i kurtce. Blon­d­włosą. Z ka­mienną twa­rzą, z wy­jąt­kiem chwili, gdy zo­ba­czyła ojca i uznała, że po­trzebny mu jej uśmiech.

I ostat­nie. Zbli­że­nie. Nie z te­le­obiek­tywu. Dziew­czynka śmiała się do osoby, która trzy­mała apa­rat. W ra­mio­nach trzy­mała kotka.

- Tu nie cho­dzi o Hart­manna - po­wie­działa Lund i chwy­ciła te­le­fon.

Zeu­then za­trzy­mał swój wielki sa­mo­chód na żwi­rze tak ostro, że aż go za­rzu­ciło, nie za­trza­snął na­wet drzwi i po­biegł do domu. W progu stała Maja, dy­go­tała w kurtce.

Oczy sze­roko otwarte, prze­ra­żona, zra­niona.

- Dzwo­niła po­li­cja - szep­nęła. - Ka­zali nie wy­cho­dzić z domu. Wy­sy­łają...

- Gdzie dzieci?

- Carl na gó­rze. Emi­lie...

Jej twarz po­wie­działa mu wszystko.

Zeu­then wpadł do środka, chwy­cił la­tarkę, wy­biegł przed dom i ru­szył w mrok, świe­cąc do­okoła.

Maja do niego do­łą­czyła.

- Jak długo jej nie ma? - spy­tał.

- Po­wie­działa, że idzie na­kar­mić jeża. I że jej po­zwa­lasz.

- Jak długo jej nie ma? - po­wtó­rzył.

- Czter­dzie­ści mi­nut. Go­dzinę.

Drak­kar ota­czały wy­myślne ogrody, stawy, je­ziora, kort te­ni­sowy, pole do kry­kieta i te­ren pik­ni­kowy. Da­lej ro­sły lasy cią­gnące się aż do mo­rza.

Wo­kół bie­gło wy­so­kie ogro­dze­nie pod­łą­czone do po­tęż­nego naj­no­wo­cze­śniej­szego sys­temu bez­pie­czeń­stwa, za­wia­dy­wa­nego z biur Ze­elanda w por­cie.

Coś mu wpa­dło do głowy.

Wszedł z po­wro­tem do holu i za­czął wpa­try­wać się w pu­ste ekrany na ścia­nie.

Wró­cił na pod­jazd. Je­den z ogrod­ni­ków za­trzy­mał się nie­opo­dal, zdzi­wiony za­mie­sza­niem. Zeu­then chwy­cił go, spy­tał o dziurę w ogro­dze­niu, tę nie­da­leko po­toku. Ja­kiego po­toku? Po­to­ków było kilka.

Męż­czy­zna nie umiał od­po­wie­dzieć. Zeu­then był co­raz bar­dziej zroz­pa­czony. Dzie­wię­cio­latka za­gu­biona w roz­le­głych ogro­dach i le­sie wo­kół domu. Tyle że tak się to­czyła więk­szość ba­jek, przy­naj­mniej przez ja­kiś czas.

Nie­bie­skie świa­tła zbli­ża­jące się pod­jaz­dem. Sy­reny. Pa­trzyli, jak obok jego Range Ro­vera gwał­tow­nie za­trzy­muje się ra­dio­wóz. I za­raz na­stępne.

Ko­bieta wy­cią­gnęła le­gi­ty­ma­cję. Ko­lejny biały sa­mo­chód z na­pi­sem "Po­liti" na boku staje w po­bliżu, po­tem jesz­cze je­den. Wszystko za­głu­szał mia­rowy ło­skot nie­wi­docz­nego śmi­głowca, jego wir­nik roz­dzie­rał noc na ka­wałki.

- Po­li­cja, Sa­rah Lund - przed­sta­wiła się ko­bieta. - Gdzie jest pań­stwa córka?

Ro­bert Zeu­then od­wró­cił się w stronę gę­stego lasu, na próżno szu­ka­jąc słów.

Tam ostat­nio cho­dziła, nie wia­domo dla­czego. Po­wi­nien zwró­cić na to uwagę.

Przez ciemny las, w któ­rym bez­listne drzewa nie da­wały żad­nego schro­nie­nia, Lund szła i szła. Ka­zała funk­cjo­na­riu­szom prze­szu­ki­wać nie­prze­byty ciemny te­ren do­koła po­sia­dło­ści, po­kie­ro­wała nimi. Zo­sta­wiła Junc­kera, by prze­ka­zał in­for­ma­cje resz­cie ekipy przy­by­wa­ją­cej z Po­li­ti­g?r­den. Zeu­the­no­wie nie byli zwy­czajną ro­dziną. Kto sta­no­wił dla nich za­gro­że­nie, rzu­cał wy­zwa­nie ca­łemu pań­stwu.

Pró­bo­wała po­wie­dzieć Ro­ber­towi Zeu­the­nowi, co ro­bić. Na próżno. Męż­czy­zna jej nie słu­chał, krzy­czał i bie­gał, omia­ta­jąc wszystko świa­tłem la­tarki.

Lund po­szła za nim, wy­cią­gnęła go z ni­skiego rowu, który na­zy­wał po­to­kiem, a do któ­rego wła­śnie się wto­czył. Pró­bo­wała roz­ma­wiać. Prze­ko­ny­wać. I pa­trzyła.

Po ja­kimś cza­sie do­tarli do wy­so­kiego, so­lid­nego ogro­dze­nia. Za nim roz­cią­gały się otwarte prze­strze­nie, dzi­kie te­reny. Tu zna­leźli wy­ciętą dziurę, na tyle dużą, by prze­szło przez nią dziecko.

Rzu­cił się na siatkę, roz­darł dziurę jesz­cze bar­dziej.

- Co tu się działo, pa­nie Ro­ber­cie? - spy­tała. - Musi mi pan po­wie­dzieć.

- Za­wsze robi, co chce.

- Mu­szę wie­dzieć!

Wtedy to z sie­bie wy­rzu­cił. Że ktoś wi­dział ją, jak karmi kota. Że mo­ni­to­ring się wy­łą­czył, cho­ciaż ta­kiej dziury i tak by nie wy­ła­pał.

Po­tem padł na ko­lana i na czwo­ra­kach prze­lazł przez otwór w siatce. Ubło­cony gar­ni­tur, dro­gie buty, uwa­lane ręce.

Lund po­dą­żyła za nim. Gdzieś za sobą sły­szała zna­jomy głę­boki głos, który ka­zał się jej za­trzy­mać, za­cze­kać.

Za ogro­dze­niem w wy­so­kiej tra­wie do­strze­gła ta­le­rzyk i kar­ton mleka.

Już nie pró­bo­wała roz­ma­wiać z Zeu­the­nem. Na­gie drzewa, zimna, ciemna noc. Pu­ste, obo­jętne oko­lice. Wszystko to już znała.

Po ja­kimś cza­sie się za­trzy­mał, wy­dał zbo­lały okrzyk. Do­go­niła go i zo­ba­czyła, co trzyma w rę­kach: ró­żowy ka­losz, dzie­cięcy.

- Pro­szę, niech pan to odłoży. Niech pan ni­czego nie do­tyka.

Nie mu­siała py­tać, czy to ka­losz Emi­lie. Od­po­wiedź była oczy­wi­sta.

Ko­lejne świa­tła. Brix cią­gle po­krzy­ki­wał, żeby się za­trzy­mała, żeby za­cze­kała.

Gdy pa­trzyła, jak Zeu­then na­tra­fia na swoje zna­le­zi­sko, za­sta­na­wiała się, ile już razy to sły­szała. I ile jesz­cze razy usły­szy.

- Musi nam pan to zo­sta­wić.

To na­sza ro­bota, po­my­ślała. Je­dyne, co mo­żemy zro­bić.

Śmi­gło­wiec le­ciał gdzieś bli­sko. Obej­rzała się. Zbli­żała się do nich sze­roka ty­ra­liera po­li­cjan­tów z la­tar­kami. Na przo­dzie wy­soka po­stać. To mógł być tylko Brix. Wrzesz­czał.

Na­gle na coś wpa­dła. Przez chwilę nie ro­zu­miała, co się dzieje.

To był Zeu­then. Za­trzy­mał się przed ni­skim cier­ni­stym krze­wem, oświe­tlił la­tarką na­gie ga­łę­zie. Wi­siał na nich dzie­cięcy ple­ca­czek, z ku­cy­kami na bo­kach. Zeu­then po niego się­gnął.

Dość. Sta­now­czym gło­sem ka­zała mu się cof­nąć, chwy­ciła go za ło­kieć i od­cią­gnęła, a gdy jej nie po­słu­chał, wło­żyła la­tek­sowe rę­ka­wiczki, się­gnęła po ple­ca­czek i zdjęła go z krzaka.

To chwilę za­jęło. Ktoś go tam rzu­cił roz­myśl­nie. Za­nim go zdjęła, do­go­nił ich Brix.

- Wie­cie, gdzie może być dziew­czynka? - spy­tał.

Zeu­then nie był w sta­nie wy­do­być z sie­bie głosu. Nad­bie­gła jego żona. Za­dy­szana, bez­sku­tecz­nie pró­bo­wała coś po­wie­dzieć.

Przy­biegł Junc­ker i za­mel­do­wał, że na dro­dze grun­to­wej po dru­giej stro­nie łąki zna­leźli ślady opon.

- I jesz­cze to... - Wy­cią­gnął rękę z to­rebką do­wo­dową, oświe­tlił la­tarką jej za­war­tość. Mała srebrna bran­so­letka. - Jest na niej jej imię.

Maja Zeu­then mil­czała. Jej mąż wpa­try­wał się w przed­miot w dłoni mło­dego po­li­cjanta.

Gdzieś za­szcze­kał pies.

Do Zeu­the­nów pod­szedł Brix.

- Do po­szu­ki­wań włą­cza się woj­sko. Mamy w re­jo­nie śmi­gło­wiec.

- Sły­szę go - szep­nęła Lund, usi­łu­jąc otwo­rzyć za­mek ple­caczka.

- Ro­bimy wszystko, co w na­szej...

Ko­bieta za­częła łkać. Zeu­then wy­cią­gnął do niej ręce. Od­su­nęła się.

Lund wresz­cie otwo­rzyła ple­ca­czek. Zaj­rzała do środka. Znaj­do­wał się tam tylko tani smart­fon. Wy­jęła go ostroż­nie.

Ekran na­tych­miast się roz­świe­tlił. Do­my­śliła się, że ma usta­wione po­łą­cze­nie wi­deo. Wi­działa je­dy­nie wnę­trze fur­go­netki: ja­sne, pu­ste ściany. Na­gle z le­wej strony po­ja­wiła się ja­kaś po­stać i Lund od razu od­ga­dła, że pa­trzy na nią. Czarny kap­tur. Otwory na oczy.

- Chcę roz­ma­wiać z osobą pro­wa­dzącą do­cho­dze­nie - po­wie­dział kul­tu­ral­nym, wy­wa­żo­nym to­nem.

Tło­czyli się do­koła, pa­trzyli, słu­chali.

- Kto mówi? - spy­tała Lund.

- Pani na­zwi­sko i ranga, po­pro­szę.

- Sa­rah Lund, pod­ko­mi­sarka po­li­cji kry­mi­nal­nej.

- Dziew­czynce nic nie jest.

- Chcę ją zo­ba­czyć.

Ob­raz znik­nął. Męż­czy­zna przy­ło­żył te­le­fon do ucha.

- Nie­stety, to nie­moż­liwe.

- Czego chcesz?

- Nic nad­zwy­czaj­nego. Wiem, że czasy są cięż­kie. Ale długi trzeba spła­cać. Chciał­bym do­stać to, co mi się na­leży.

- Długi? - krzyk­nęła Maja Zeu­then. - O czym on mówi, do cho­lery?

Męż­czy­zna się ro­ze­śmiał.

- Mamy słu­cha­czy. Świet­nie. Za­przy­jaź­nijmy się. Py­ta­nie, na które mu­si­cie od­po­wie­dzieć, jest pro­ste. Ile jest warte ży­cie dziew­czynki? Ile da­cie, żeby ją od­zy­skać?

- Po­wiedz, ile chcesz - po­wtó­rzyła Lund.

Chwila mil­cze­nia.

- Wła­śnie po­wie­dzia­łem, prawda? Słu­chasz mnie? Za­dzwo­nię ju­tro po po­łu­dniu. Na ten nu­mer. Będę roz­ma­wiał tylko z tobą, Lund, z ni­kim in­nym. I cze­kam na twoją pro­po­zy­cję.

- Tak, tak - od­parła szybko. - Daj mi po­roz­ma­wiać z Emi­lie, to ważne. Mu­simy...

Klik­nię­cie. I to wszystko. Spoj­rzała na te­le­fon. Roz­łą­czył się.

Ostry wiatr sza­lał wśród bez­list­nych drzew, mio­tał swój lo­do­waty od­dech na nagą zie­mię.

Maja Zeu­then, z oczami peł­nymi stra­chu i wście­kło­ści, za­drżała, od­rzu­ciła do tyłu dłu­gie ja­sne włosy i za­częła wyć.