7
Sobota, 19 listopada9.03
Erik König wyglądał na człowieka poddanego coraz bardziej nieznośnej presji. A także - zdaniem Brixa - na kogoś skrywającego tajemnice.
- Raben porzucił samochód duchownego dwa kilometry od Hareskoven. Niedaleko stamtąd ukradł stare Volvo. Znaleźliśmy go około drugiej w nocy. I obserwujemy.
- Obserwujemy? - spytał Brix.
- Mieliśmy szczęście, że go zauważyliśmy. Jest zmęczony, zdesperowany, przestał być czujny. Dobry żołnierz J?gerkorpset nigdy by sobie...
- Ale on nie był j?gerem, prawda? - spytał Brix łagodnie i rozkoszował się zmieszaniem człowieka z PET.
König od początku utrzymywał ich w niewiedzy. Brix chciał mu dać jasno do zrozumienia, że ten etap nieodwracalnie się skończył.
- No ale prawie. Trzy godziny spał w zatoczce parkingowej. Teraz znajduje się nieopodal koszar Ryvangen, w bocznej uliczce na osiedlu mieszkaniowym.
- Jak go zgarniecie, przywieźcie go tutaj.
Ruth Hedeby wpatrywała się w gładkie szare biurko i milczała.
- Tylko Raben został z tego oddziału - odparł König. - Wiemy, gdzie jest. Możemy go powstrzymać, gdyby chciał jeszcze komuś zrobić krzywdę.
- Przywieźcie go! - powtórzył Brix.
- Nie. - König zdjął swoje okulary bez oprawek. - Jeśli islamiści tropią żołnierzy z tego oddziału, Raben jest ostatnią potencjalną ofiarą. Pozostaje na wolności, pod obserwacją.
- Jako przynęta? - spytał Brix.
Człowiek z PET opadł na oparcie i się skrzywił.
- Nie możemy aresztować nie wiadomo ilu szaleńców religijnych. Prędzej czy później któryś z nich się wychyli.
- Możemy pomóc przy obserwacji - zasugerowała Hedeby.
König odpowiedział najzimniejszym i najobłudniejszym z uśmiechów.
- My jesteśmy lepiej wyposażeni do tej pracy. No i po tej farsie z Lund...
- To już załatwione - odparła z werwą Hedeby.
- Pan minister na pewno z radością przyjmie tę informację. Szukają kozła ofiarnego. Chciałbym, żebyście na to spojrzeli... - Wyjął z aktówki plik fotografii oraz dokumentów tożsamości i rzucił je na stół. - To są uchodźcy z Helmand mieszkający w Danii w ostatnich kilku latach. Niewykluczone, że szukają zemsty.
Hedeby podała plik Brixowi.
- Chcę, żeby ich obserwowano - dodał König. - A kilku przesłuchano. - Ironiczny śmiech. - Nikogo nie trzeba ekshumować.
Brix nie spojrzał na zdjęcia.
- Jak uchodźca z Helmand miałby się włamać do koszar Ryvangen i ukraść materiały wybuchowe, korzystając z aktualnego kodu bezpieczeństwa? - spytał. - Jakim sposobem zdobyłby dostęp do wojskowej bazy danych?
- Lennart. - W głosie człowieka z PET pojawił się ostry, besztający ton, który uciszył szefa Wydziału Zabójstw.
- Znalezienie odpowiedzi na te pytania zostawiam wam - odrzekł König. Zerknął na zegarek. - Mam spotkanie w ministerstwie. - I wyszedł.
Hedeby spojrzała na Brixa zza stołu.
- Nie mogę cię chronić przed samym sobą - powiedziała cicho. - Ktoś musi za to zapłacić. Tak czy inaczej.
- König miota się po omacku, usiłując ocalić własną skórę.
- Bez powodu ekshumowałeś ciało poległego żołnierza. Walczę, żeby nikt poza Lund nie musiał za to odpowiadać. Spróbuj mi pomóc, dobra?
W sąsiednim pokoju Strange przesłuchiwał Gunnara Torpego. Brix opierał się o szafkę z aktami i słuchał. Lund nigdy nie powiedziała, że Strange jest słabym policjantem. Nie musiała. Brix widział zniecierpliwienie, które czasami pojawiało się w jej oczach.
- Dlaczego Raben wywiózł pana do lasu? - spytał Strange.
Torpe siedział na krześle blady i zmęczony.
- Jak mam na to odpowiedzieć? Może dlatego, że jest chory. Tu... - Postukał się w czoło. - Szalony. Ma urojenia.
- Musiał mieć jakiś powód.
- Wariaci nie potrzebują powodów. Próbowałem przemówić mu do rozsądku. Przekonać, żeby pomyślał o żonie i synku.
- I co powiedział?
- Jakieś... - Torpe wzruszył ramionami. - Jakieś wariactwa. Wojna robi z ludźmi dziwne rzeczy. Czasami już nie umieją odróżnić, co jest dobre, a co złe. Co rzeczywiste, a co nie.
Strange położył coś na stole.
- Znaleźliśmy to w biurze pańskiego kościoła. Wizytówkę Anne Dragsholm. Co ona tam robiła?
- Raben musiał ją upuścić.
- Pan ją znał?
Kapłan wiercił się na krześle.
- Raben też mnie o to pytał - wypalił wreszcie. - Nie znałem jej. Nigdy wcześniej nie widziałem tej wizytówki. Mogę już iść? Mam spotkanie rady parafialnej.
Brix wstrzymał oddech. Wpatrywał się w szczupłego oficera siedzącego przed przesłuchiwanym. Czekał.
- Dobra - rzekł Strange. - Pewnie będziemy musieli jeszcze do tego wrócić.
- PET namierzyło Rabena - powiedział Brix po wyjściu duchownego. - Obserwują go.
Strange podrapał się po ostrzyżonej głowie.
- Obserwują? Muszą go tu przywieźć.
- Robimy, co nam każą. - Brix podał mu nazwiska i zdjęcia, które König przekazał Ruth Hedeby. - Chcę, żeby je wszystkie, co do jednego, sprawdzono. Przywieź każdego, którego nazwisko oznaczono. Niektórzy są spoza miasta. Weź kogoś, żeby jechał przed tobą.
- Lund uważała, że musimy sprawdzić pastora, więc...
- Lund już tu nie ma. - Brix postukał w papiery.
Strange się skrzywił.
- Co mamy mówić, jeśli ktoś zadzwoni i będzie chciał z nią rozmawiać?
- Prawdę. Pojechała na ślub - odrzekł Brix.
Mężczyźni i pojazdy. Polecenia załadunku i rozpiski. Torsten Jarnvig miał poczucie, że ogląda ten rytuał przez całe swoje dorosłe życie. Wyprawiając ludzi na niepewny los do Bośni, na Bliski Wschód i teraz w posępne i dalekie prowincje Afganistanu.
Większość wracała.
Cała i zdrowa.
Nie wszyscy.
Christian S?gaard udał się z wizytą do matki M?llera. Z własnej inicjatywy, Jarnvig o to nie prosił.
- Jest wściekła - powiedział. - I trudno się dziwić. Mówi, że pozwie policję za naruszenie dóbr osobistych. Za ból i cierpienie.
Szli z głównego budynku na parking. Gdy się zbliżyli, podniósł się szlaban, zasalutowali im mężczyźni w mundurach polowych.
- Rozmawiałem z Gunnarem Torpem - dodał S?gaard. - Jest bardzo zdenerwowany.
- Miałeś dużo zajęć.
- Pan miał na głowie policję. Uznałem, że lepiej panu tego nie dorzucać. To należy do moich obowiązków.
Jarnvig uniósł brew.
- Naprawdę?
- Co Raben teraz zrobi? - spytał S?gaard, unikając odpowiedzi na poprzednie pytanie. - Chyba jest zdesperowany. Mówiłem wszystkim, żeby mieli oczy i uszy otwarte, gdy opuszczają koszary. - Zawahał się. - To dotyczy wszystkich - zaznaczył. - Ile wie Louise?
- Tyle, ile trzeba - odparł Jarnvig, patrząc na przejeżdżający ciąg samochodów. - Przed tymi wydarzeniami myślałem, że to jeden z najlepszych żołnierzy, jakich miałem w życiu. Odważny, inteligentny, zdolny. - Wcisnął pięści głęboko w kieszenie spodni. - Nie za bardzo go lubiłem. Ale wszyscy inni się poddawali, a on nigdy.
- Szkoda, że nie zniósł presji - powiedział S?gaard. - Zawsze sądziłem, że jest w nim coś kruchego. Coś, co może pęknąć.
Jarnvig zatrzymał się i spojrzał na S?gaarda.
- Bardzo to spostrzegawcze, teraz, po fakcie. Zbadaliśmy wnikliwie tę jego sprawę?
- Cholernie wnikliwie - odrzekł S?gaard bez wahania.
- Jesteś pewien?
- Na sto procent. Zmyślił to. Starał się zatuszować własne błędy. Dlaczego?
Jarnvig nie odpowiedział.
- Kiedy takie sprawy stają się osobiste, robi się trudno - dodał młodszy oficer. - Ostatnie dni nie były łatwe. Mógłbym pana odciążyć. A pan mógłby z Louise i Jonasem...
- Co? Pojechać na wakacje? Nie widzę takiej konieczności. - Jarnvig obrzucił wzrokiem koszarowe budynki z czerwonej cegły. - To miejsce mi wystarcza. Louise wychowała się z wojskiem. Jej też wystarcza.
- Miałem na myśli...
- Nie - przerwał mu Jarnvig i odszedł.
Sztuczna plaża należąca do Amager Strandpark w listopadzie. Poplamiony beton lśniący od zimowego deszczu. Kilkoro dzieci zapakowanych w grube kurtki walczy z wiatrem, chowając twarze w naciągniętych głęboko kapturach.
Louise Raben patrzy, jak jej syn krąży na małej hulajnodze pomiędzy ponurymi płytami nad szarym morzem, pod szarym niebem, bez śladu uśmiechu, z kamienną twarzą.
Powoli podjechał do niej. Wpatrywali się w pustą plażę.
- Jesteś głodny? - spytała.
Za mało jadł. W ogóle wszystkiego robił za mało, wciąż tylko bawił się swoimi żołnierzykami, zabijając wyimaginowanych wrogów.
Zjadł kanapkę, a potem patrzyła, jak pcha swoją małą hulajnogę w stronę grupy dzieci, które wcześniej go ignorowały i teraz też na pewno to zrobią.
Dzieci mają swoje zasady, osobną wrażliwość. Każdy, kto się wyróżnia, jest dla nich podejrzany. Jonas, w swojej samotności i nieszczęściu, na pewno.
Pojechał w stronę deptaka, a ona ruszyła powoli jego śladem. W tym momencie z metalowej wiaty wyłoniła się jakaś postać i na nią skinęła.
Zielona kurtka, bladoszary kaptur. Broda i czujne oczy.
Serce jej stanęło. Chciała uciec i uciekłaby, gdyby nie wiedziała doskonale, że on ją dogoni.
- Mamy tylko kilka minut - szepnął Raben, ciągnąc ją pod wiatę.
- Jens...
- Posłuchaj mnie!
W jego głosie usłyszała słabość i rozbicie. Tak szalonych oczu jeszcze u niego nie widziała. Zastanawiała się, czy ma się bać. O siebie, o Jonasa.
- Musicie opuścić koszary - oświadczył, ściskając ją zimnymi palcami.
- Śledziłeś mnie?
- To nieważne.
- Co z tobą? Dlaczego groziłeś bronią Torpemu?
- Nic mu nie zrobiłem! - Wysoki załamujący się głos odbił się echem w mroku wiaty. - Oni cię okłamują.
- Uderzyłeś go. Mój ojciec powiedział...
- On też kłamie.
Cofnęła się o krok. Kaptur mu się zsunął. Wyglądał na urażonego i bezbronnego.
- Nie - odparła Louise. - Mówił mi, co się wydarzyło w Helmand. Że miałeś wyrzuty sumienia.
Pokręcił głową.
- To nie tak.
- Więc jak?
- Oni kryją coś, co zrobił pewien oficer.
- Kto?
- Nie wiem. Nie pamiętam. Nic nie pamiętam. Może S?gaard... Może inni. - Nie odrywał od niej oczu; miały taki wyraz, którego już nienawidziła. Wyraz oczu żołnierza ścigającego swoją ofiarę. - Może twój ojciec.
- Mój ojciec jest porządnym człowiekiem. Próbował ci pomóc...
Dobiegł ich ostry dźwięk z zewnątrz. Jakieś dziecko przechodziło, kopiąc puszkę. Raben odsunął się, przylgnął do ściany, sięgnął ręką do pasa. Louise zobaczyła tam broń, dojrzała strach i napięcie w jego oczach. Stwierdziła, że w tej chwili jedynym uczuciem, jakie do niego żywi, jest pogarda.
- Nie wierzę w to - powiedziała, patrząc na niego groźnie. - Czekałam dwa lata. Dwa lata troszczyłam się o twojego syna. I spójrz na siebie. Kryjesz się jak złodziej...
Dziecko z puszką było dalej na zewnątrz, kopało nią o ścianę, powodując straszny hałas.
- Skontaktuj się z tą kobietą z policji - polecił. - Nazywa się Sarah Lund. Dzwoniłem do Politig?rden. Ona jest na weselu swojej matki. Musisz tam pójść. Powiedz jej, żeby sprawdziła...
- To prawda, że się zgłosiłeś na ochotnika na misję? Kiedy Jonas się urodził?
Jego oblicze zmieniło się w jednej chwili. Z twardej, bezdusznej twarzy wojownika na chłopięco łagodną, którą kiedyś kochała.
- Kto ci o tym powiedział?
Przysunęła się do niego o krok, spojrzała w jego zbolałą bladą twarz. Musiała to usłyszeć.
- To prawda?
Moment wahania. Jego oczy patrzyły błagalnie.
- Nie widzisz, co oni chcą zrobić? Chcą nas rozdzielić. Chcą cię na zawsze zamknąć w tych koszarach.
Odwróciła się od niego, patrzyła, jak dziecko z puszką powoli się oddala.
- To nie jest tak, jak myślisz - ciągnął Jens, obejmując ją.
Przyszło jej do głowy, że świat zupełnie stracił kolory. Przynajmniej dla niej. I dla Jonasa. Zasługiwali na coś lepszego. Każde poświęcenie ma swoje granice.
- Jestem żołnierzem, odkąd skończyłem osiemnaście lat - podjął, wciąż tuląc się do jej ramion. - Nie znam innego życia. To wszystko, co widziałem, co robiłem.
- Mój ojciec jest żołnierzem. Porządnym człowiekiem. Zwyczajnym, jak cała reszta...
- Nie byłem jak on. Niektórych rzeczy nie powinnaś wiedzieć. - Dotknął rzadkich, przetłuszczonych włosów. - Tych rzeczy, tutaj. Nie zasłużyłem na Jonasa. Nie zasłużyłem na ciebie. On był taki czysty. Ja nie. Myślałem, że jeśli zostanę, zatruję was oboje...
- Puść mnie - powiedziała, ale on mocniej chwycił jej kurtkę.
- Zmieniłem się. - Jego palce dalej ją trzymały. - Jedyne, czego pragnę, to wrócić do domu i być z wami. Nauczyć się, jak być dobrym ojcem. Dobrym mężem.
Krew w niej zawrzała. On już jej nie obejmował. Raczej ją trzymał, jakby należała do niego. Jakby ją pochwycił.
- Za dużo nasłuchałam się tych bzdur. I na czym teraz stoimy? Ile nas czeka lat twojego więzienia? Ile wizyt mam złożyć co tydzień, a i tak nie zaciągnę cię do łóżka w tym cuchnącym pokoiku? Pierdolę...
- Louise...
Pół rozkaz, pół prośba. Mocniej zacisnął objęcia.
Przez wejście wpadła maleńka postać, miotając przekleństwa, których nie powinna jeszcze znać. Jonas dopadł ich i małymi rękoma uderzał nogi Rabena, kopał maleńkimi stopami.
- Puść mamę! Puść mamę!
Raben się cofnął, padł na kratownicę i ołowiane światło na zewnątrz.
Przykucnął, spojrzał na dziecko, na młodą twarz przepełnioną wściekłością, na oczy wypełnione łzami.
- Jesteś już duży, Jonas - powiedział. - To ja. Tatuś. - Uśmiechnął się.
Jonas nie.
Ręka Rabena sięgnęła po żołnierzyka wystającego z kieszeni kurtki chłopca. Wyjął go. Wojownik z tarczą wznoszący miecz nad głową.
- Jak się nazywa?
- Mamusiu - Jonas przesunął hulajnogę do Louise - chcę iść.
Wzięła synka za rękę i poprowadziła go do drzwi. Tam się zatrzymała. Rozejrzała się. Latem to miejsce wypełniały radosne głosy, dzieci bawiły się tu z rodzicami, biegały, śmiały się, czuły się żywe. Jonas nigdy tego nie zaznał. Ona też nie. Raben uciekł od nich przez jakiś wewnętrzny strach, którego ona nie była w stanie z nim dzielić. I teraz za to też go nienawidziła.
- Nawet nie próbuj się z nami więcej spotykać - powiedziała, świadoma, że jej głos przesiąknięty jest mściwą wściekłością. - Nie żartuję...
- Louise...?
Kiedy chciał, umiał użyć swojego uroku, jak dziecko przyłapane na nieposłuszeństwie. Ale ona już tyle razy została wystawiona na próbę.
- Nigdy więcej - powtórzyła i wyszła na pierwsze krople zimowego deszczu ze śniegiem, który właśnie zaczął padać z ciężkiego nieba.
Jonas szarpnął ją za rękę. Wskazywał mężczyznę kryjącego się w wejściu. W dłoni Rabena został żołnierzyk z uniesioną tarczą i mieczem w gotowości.
- Kupię ci nowego - powiedziała synkowi i zaciągnęła go do samochodu.
Trzeba było użyć wielu przekonujących argumentów, żeby wywalczyć zezwolenie na odwiedziny w separatce Monberga w Rigshospitalet. Ale Karina ostatecznie zwyciężyła i oto jechała z Buchem samochodem służbowym.
Zatrzymali się na korytarzu przed separatką.
- Nie musisz wchodzić, jeśli nie chcesz - powiedział Buch. - Jeśli to dla ciebie krępujące.
Ta uwaga wyraźnie ją zdumiała.
- Krępujące? Dlaczego?
- No... - Buchowi zabrakło słów.
- Wchodzimy? - spytała i ruszyła przodem.
Frode Monberg leżał w łóżku pod oknem. Nieogolony. Zmęczony i blady. Jako szeregowy deputowany Buch nigdy nie miał za dużo do czynienia z ministrami. Teraz mógł zobaczyć, że Monberg jest przystojnym mężczyzną, o wąskiej, pogodnej, miłej twarzy, ze strzechą niesfornych brązowych włosów i o żywych, niespokojnych oczach.
Buch podszedł do łóżka i położył na nim pudełko drogich czekoladek.
- Karino - powiedział Monberg ostrożnie. - Mój następca... Gratulacje, Thomasie. Mam nadzieję, że praca się panu podoba.
- Cieszę się, że pana widzę. Jak się pan czuje?
Żadnych kroplówek ani przewodów. Monitory przy łóżku były wyłączone. Ten człowiek wracał do zdrowia. W zasadzie wcale nie był chory. Ale za pogodną fasadą kryło się coś mrocznego i rozpaczliwego. Uśmiech zniknął z jego twarzy zdecydowanie za szybko.
- Dobrze. - Jego melancholijne brązowe oczy przebiegły po ogromnej sylwetce Bucha. - Podobno niezłe piwo się warzy, odkąd tu jestem. - Spojrzał na Karinę. - Co u ciebie?
Kiwnęła głową, nic nie mówiąc.
- Dobrze, że przyjął pan tę funkcję - dodał Monberg, zwracając się do Bucha. - Pewnie zachodził pan w głowę, jak premier wpadł na taki pomysł. A ja... - poklepał się po klatce piersiowej - ...mogę się teraz zatroszczyć o swoje stare serce. - Przełożył czekoladki na szafkę przy łóżku. - Nie sądzę, żebym w najbliższym czasie mógł sobie pozwolić na takie rzeczy. Lekarze...
Karina skrzyżowała ramiona. Buch milczał. Na twarz Monberga wróciła skwaszona mina.
- No tak. Chyba się rozniosło.
- Objąłem pańską funkcję - wyjaśnił Buch. - Musieli mi powiedzieć. To nie jest wiedza powszechna. I nie będzie, proszę się nie martwić.
- Nie martwić? - Jego głos wydawał się teraz kruchy i stary. - Łatwo panu mówić. Chorowałem od lat. Nikt tego nie zauważał. Nikogo to nie obchodziło. Człowiek tkwi w tym cholernym gabinecie, dzień po dniu. Nocami też. No i właśnie. - Zerknął na elegancko ubraną blondynkę przy jego łóżku. - To wszystko po pewnym czasie staje się nierzeczywiste. Nagle się okazuje, że robisz rzeczy, o których nigdy nie śniłeś. Nie chcę, by moja rodzina dalej cierpiała. Słyszy pan?
- Oczywiście - odrzekł Buch. - Gwarantuję to panu. Chcemy tylko porozmawiać o starej sprawie wojskowej. Tej, którą się pan zajął. Zanim... - kiwnięciem głowy wskazał łóżko - zanim... no wie pan. O Anne Dragsholm.
- Nie ma o czym mówić - rzucił Monberg za szybko. - Anne przyszła do mnie z tą dziwną historią. Chciała, żebym jej się przyjrzał. To miała być taka przysługa po starej znajomości.
- I? - ponaglił go Buch.
- Spotkaliśmy się. Pogadaliśmy o przeszłości. Ona się rozwodziła. Myślę, że trochę... że wpadła w obsesję. Na odchodnym dała mi teczkę. Ta sprawa chyba wiele dla niej znaczyła. Bóg raczy wiedzieć dlaczego. Oczywiście nigdy się tym nie zająłem.
Buch wziął głęboki oddech, skrzyżował ramiona i milczał.
- Dlaczego zadaje mi pan te pytania, Thomasie?
- Pan znał tę sprawę, zanim Anne Dragsholm do pana przyszła. Nie bez powodu wysłał pan tę kopertę na nieistniejący adres. Proszę, niech pan spróbuje to wyjaśnić. Minister obrony zwołał spotkanie na temat żołnierza...
Karina wyjęła z torby dokumenty. Buch pokazał je mężczyźnie w łóżku.
- ...niejakiego Jensa Petera Rabena.
Monberg wziął papiery i ledwie na nie zerknął.
- O niektórych rzeczach mam mgliste pojęcie.
- Może byśmy się obyli bez tych bzdur - zniecierpliwił się Buch, świadom, że mówi coraz głośniej. - Niech mi pan tylko powie, o czym rozmawialiście z Rossingiem na tym spotkaniu. To ważne.
Monberg wzruszył ramionami, wziął ze stolika okulary i przejrzał dokumenty.
- To było wieki temu.
- Zataił pan informację o poważnym dochodzeniu wojskowym! Milczał pan o niej przed policją, przed PET, przed własnym personelem. - Chwycił krzesło i przysunął się do łóżka. - Dlaczego? Co ukrywacie z Rossingiem?
Monberg odwrócił się do Kariny. Błagał o pomoc. Nie odezwała się ani słowem.
- Dlaczego spotkaliście się w sprawie Rabena? - Buch nie ustępował. - Co powiedział panu Rossing? Dlaczego spotkania nie protokołowano?
- O co chodzi, Buch? O czym pan mówi?
- Spotyka się pan z Rossingiem. Potem Dragsholm przedstawia panu sprawę. Ale pan nikomu o niej nie mówi. Ani policji ani PET, nawet kiedy Dragsholm zamordowano. Muszę wiedzieć...
- Jeśli przyszedł pan zwalać na mnie winę za swoje niepowodzenia - warknął Monberg - może się pan od razu wynieść.
- Co Rossing powiedział na tym spotkaniu?
Hałas przy drzwiach. Kobieta w granatowym kostiumie. Obok niej lekarz. Żona Monberga. Buch skinął jej głową.
- Znowu goście, Frode? - spytała, spiesząc do boku chorego. Pocałowała męża w czoło, a on skrzywił się jak małe dziecko. - Tak nie może być. - Spojrzała groźnie na Bucha. - Doceniam pańską troskę, ale lekarze muszą zbadać mojego męża.
Monberg podniósł z łóżka papiery. Karina wzięła je i podeszła do okna, gdzie zaczęła przeglądać kartki z życzeniami powrotu do zdrowia.
- Takie naciski mu nie służą - dodała żona.
- Mam odpoczywać - przyznał Monberg.
Karina trąciła Bucha. Jedna z kartek pochodziła od Flemminga Rossinga. Na obrazku widniał bukiet róż. W środku znajdowały się drukowane życzenia i dopisane odręcznie słowa: "Cieszę się, że widzę Cię w lepszym zdrowiu, Frode. Przyjaciele do grobowej deski".
Buch przeczytał to i kiwnął głową.
- Minister właśnie wychodzi - zauważył Monberg.
- Tak - potwierdził Buch. - Życzę panu szybkiego powrotu do zdrowia. - Na pościel przy kolanach Monberga rzucił kartkę Rossinga. - Wszyscy przyjaciele na to czekają.
Na korytarzu, wdychając szpitalny zapach, słuchając piknięć i terkotu maszynerii w salach dokoła, Buch czekał, aż Karina dogoni go swoim wściekłym krokiem.
- Rossing był tu przed nami, prawda? - warknął, gdy do niego dotarła.
- Wiedział, o co będzie pan pytał. I wiedział, co powiedzieć.
- Cholera - mruknął. Nie mógł oderwać od niej wzroku. - Jaki jest Monberg? Tak naprawdę?
- Dowcipny. Zabawny. Uroczy. - Namyślała się chwilę. - Słaby.
- Potrzebne nam inne możliwości - orzekł Buch i próbował sobie wyobrazić, jak miałyby one wyglądać.
- Mam pomysł - oznajmiła Karina, gdy siedli na tylnej kanapie ministerialnej limuzyny, która natychmiast utknęła w korku. - Może wystosujemy przeprosiny za ekshumację żołnierza?
Buch burknął coś nieartykułowanego i spojrzał za okno na tłumy ludzi wędrujących od sklepu do sklepu. Zwyczajni ludzie wiodący zwyczajne życie. Zazdrościł im.
- Thomasie... - Teraz, gdy zostawali sami, Karina coraz częściej mówiła do niego po imieniu. Podobało mu się to. - To rozładuje trochę napięcie. Krabbe się niecierpliwi. Nęka Plough o pilne spotkanie.
- Plough może powiedzieć Krabbemu, że jeśli chce, niech siądzie pod gabinetem premiera i prosi o audiencję.
- Przeprosiny dobrze by zrobiły.
W małej szafce w samochodzie, tam gdzie inni trzymali alkohole, Buch przechowywał kilka paczek czekoladowych ciasteczek. Otworzył pierwsze z brzegu, poczęstował Karinę i wziął dwa, gdy ona pokręciła głową.
- Jak mam przepraszać za coś, o czym w ogóle nie wiedziałem?
- Jest pan ministrem. To normalne.
- To nie znaczy, że mi się to podoba. Swoją drogą kto wpadł na pomysł, żeby wykopać tego biedaka?
- Policjantka. Została zwolniona.
- Szybka reakcja.
- To nie był jej pierwszy wybryk. Pamięta pan... Pamiętasz sprawę Birk Larsen sprzed paru lat?
Buch się wzdrygnął.
- To było straszne.
- Ona ją rozwiązała. I wtedy też została zwolniona.
Buch spojrzał na Karinę zaintrygowany.
- Wtedy prawdopodobnie w sprawę było wplątanych kilku lokalnych polityków - ciągnęła Karina. - Ona nie odpuściła. Gdybyś wydał oświadczenie, mógłbyś wspomnieć, że ta policjantka nie po raz pierwszy naruszyła regulamin. Dodać coś w rodzaju, że oczekujemy od wszystkich funkcjonariuszy, że będą podtrzymywać świetne tradycje służby.
Buch wytrzeszczył oczy.
- Dobra - skapitulowała Karina. - To nie w twoim stylu. Dobór słów zostawiam tobie.
- Jak ona się nazywa?
- Sarah Lund.
- Chcę z nią porozmawiać.
Karina wybuchnęła śmiechem. Myśl, że zdołał ubawić tę bystrą, inteligentną kobietę, go ucieszyła.
- Nie możesz z nią rozmawiać! Ona właśnie została wylana z policji.
- Jestem ministrem sprawiedliwości. Mogę rozmawiać, z kim chcę. Jeśli ta Lund rozwiązała sprawę Birk Larsen, na pewno nie jest głupia. Może coś wie.
Znowu poczęstował Karinę ciasteczkami. Tym razem skorzystała.
- Jeśli to zrobisz, pogorszysz swoje relacje z policją.
- A czy oni są rozmowni? Nie. Jeśli Monberg nam nic nie powie, będziemy musieli znaleźć jakieś inne wyjście. Znajdź mi Sarę Lund, proszę.
- Thomasie - przybrała ton matki łajającej dziecko. - Jeśli to wyjdzie na jaw, będziesz miał wielkie kłopoty.
- Och, na miłość boską. Jeśli nie rozgryzę tej sprawy, i tak wylecę na pysk. Nie udawajmy, że będzie inaczej, dobra? - Postukał jej torbę. - Świetnie sobie radzisz z telefonem. Znajdź mi Sarę Lund, proszę. Od razu do niej pojedziemy.
Ślub przedstawicieli duńskiej klasy robotniczej. Sala bankietowa w hotelu pełna przyjaciół i krewnych. Szczęśliwa para. Cicha muzyka. Urzędnik wypowiadający znajomy refren: "Ogłaszam was mężem i żoną. Może pan pocałować pannę młodą".
Bj?rn, rozbrykany nieduży mężczyzna, wesoły i figlarny, uśmiechnął się jak psotny skrzat i robił, co mu kazano.
Lund cieszyła się, że jej ciasto nie zatruło go za bardzo. Był miły, a jej matka, po tylu latach gorzkiej samotności, wreszcie wyglądała na szczęśliwą.
Sarah Lund stała więc teraz w swojej najlepszej sukience z fioletowego jedwabiu, klaskała im obojgu i uśmiechała się do Marka u jej boku, wysokiego i przystojnego.
Cały świat szedł naprzód. Wszystko się zmieniało. Tylko nie ona. Ona znajdowała się w tym samym miejscu, co dwa lata temu po czarnej nocy, gdy Meyer został postrzelony, a w jej życie legło w gruzach. Dlatego właśnie czerpała tyle niezręcznego, pełnego skruchy pocieszenia z widoku matki pochłoniętej przez dławiącą szczęśliwość, przez zadowolenie, które można poczuć tylko wtedy, gdy bezinteresownie daje się komuś swoje życie, poświęca się indywidualność w imię wzajemnej miłości, która wyszepcze wieczyste kłamstwo: "Teraz jesteś bezpieczny na wieki".
Na takie poświęcenie Lund nigdy nie byłaby gotowa i ci, którzy ją znali, świetnie to rozumieli. Mark nie był już opryskliwym nastolatkiem, który warknął kiedyś: "Ciebie interesują tylko martwi ludzie".
Domyślała się, że syn nadal tak uważa. Tylko jest za grzeczny, by to powiedzieć.
Elegancka hala bankietowa w ?sterbro. Marmurowe ściany i zapach zbyt wielu bukietów. Kiedy oklaski przygasły, Bj?rn sam klasnął w dłonie i zadeklarował:
- A teraz może coś zjemy i się napijemy. A potem znowu się napijemy! I znowu!
Jej matka miała na sobie zieloną jedwabną suknię, którą sama uszyła. Wyglądała tak doskonale, że Lund poczuła, jak łzy zbierają jej się pod powiekami.
- Widać, że Bj?rn był kiedyś w obronie terytorialnej - zachichotał Mark u jej boku.
- O tak - powiedziała, patrząc, jak kilku mężczyzn w bluzach mundurowych zbliża się, by uściskać kompana i poklepać go po plecach.
Vibeke podeszła do nich, przytuliła, ucałowała w policzek, wzięła jedno pod prawe, drugie pod lewe ramię.
- Ten pomysł, żebym ja wzniosła toast... - zaczęła Lund.
- Nie ma o czym mówić - odparła szybko Vibeke. - Parę słów z okazji ślubu twojej matki. Będziesz miała mnie z głowy niewielkim kosztem.
- Nigdy nie radziłam sobie z przemawianiem.
- To kolejny powód, by mówić krótko. Musi być czas na tańce. Zaraz mi powiesz, że z tańczeniem też sobie nie radzisz. A ja wiem, że to nieprawda. - Na chwilę radosna twarz Vibeke spoważniała. - Pamiętam, jak byłaś w wieku Marka. Wiem, że umiesz tańczyć, Saro.
- Gdzie moja żona?! - Piskliwy głos Bj?rna wzniósł się ponad wrzawę. - Czas na zdjęcia.
Nadal się nie ruszała. Stały w miejscu, matka i córka. Mark oddalił się, jakby coś zobaczył.
- Ale nie zmuszę cię - powiedziała cicho Vibeke. - Całymi latami tak bardzo się starałam zmusić cię do tego, byś była kimś, kim nie jesteś. Przepraszam. Chciałam tylko...
Lund objęła matkę ramionami, musnęła ustami jej ciepły upudrowany policzek.
- Jesteś, kim jesteś, i taką cię kocham - wyszeptała jej matka do ucha, po czym uciekła w tłum, jakby przerażona tym nagłym wybuchem szczerości.
Podszedł do nich pracownik hotelu z dzwoneczkiem w dłoni.
- Tego się używa, żeby przyciągnąć uwagę - powiedział, jakby Sarah nigdy wcześniej nie była na weselu. - Aha, i przysłano dla pani bukiet.
- Kto mi przysłał bukiet?
- Skąd mam wiedzieć? - odrzekł, wskazując wyróżniającą się wiązankę.
Trzy czerwone różne w celofanie pośród stosów jarmarcznych pudeł.
- Uwaga, wszyscy! - zawołał fotograf. - Proszę zająć swoje miejsca.
Bj?rn pośrodku, Vibeke i Lund po bokach. Sarah Lund przypomniała sobie własny ślub, nawet przy pozowaniu do zdjęć nie dawało jej spokoju pytanie: "Czy ten związek ma szanse przetrwać?".
Tymczasem związek jej matki takie szanse miał. Obwieszczono pokój. Długie i smutne lata samotności Vibeke, jakby wojna, dobiegły końca.
Przed nimi przykucnął Mark. Lund stwierdziła nagle, że trzyma dłoń na jego miękkich włosach, głaszcze je, cieszy się, że on się uśmiecha, a nie wykręca się jak kiedyś.
Po dziesięciu minutach wszyscy siedzieli przy stole, patrzyli, jak z kuchni przybywa pierwsze danie. Zaczęły się śpiewy. Weselne pieśni o śmiesznych tekstach, pół nucone, pół wykrzykiwane z arkuszy z tekstami, które ułożono obok menu. Serwowano białe wino, ciepławe. Rozmyślnie usadzono ją obok kuzyna Bj?rna, kawalera, księgowego z Roskilde. Głównym tematem prowadzonych przez niego rozmów, pomiędzy przyśpiewkami, była przyszłość podwójnej księgowości.
Lund nie tknęła alkoholu. Już i tak miała wrażenie, że zbyt wiele uderzyło jej do głowy.
Sąsiad okazał się na tyle przytomny, że zauważył, iż temat ją nudzi.
- Jesteś policjantką? - spytał.
- Tak jakby.
- Słyszałem, że ekshumowali poległego żołnierza. Gazety o tym pisały.
Lund zmieniła zdanie - łyknęła haust za słodkiego białego wina.
- Naprawdę? - zdziwiła się.
Nagle, zanim sąsiad zdołał wypowiedzieć kolejne słowo, odezwał się dzwoneczek.
Vibeke wstała ze swojego miejsca. Człowiek z obsługi znowu pojawił się przy Lund.
- Przepraszam - powiedział. - Ktoś chce się z panią zobaczyć. Mówi, że to ważne.
Zaraz za drzwiami stała blondynka w eleganckiej garsonce. Gdy Lund na nią spojrzała, kiwnęła głową.
- Nie mogłam się doczekać tej przemowy - oznajmiła Vibeke. - Więc...
Lund odsunęła krzesło i wstała od stołu.
Kobieta przy drzwiach przedstawiła się jako Karina J?rgensen z Ministerstwa Sprawiedliwości.
- Toast! - improwizowała Vibeke za Lund. - Na zdrowie!
Lund przeszła z blondynką do baru.
- Do tej rozmowy doszło przypadkowo - mówiła kobieta. - Nie zostanie nigdzie odnotowana. Nie powiadomi pani o niej nikogo w Politig?rden.
Zeszły na dół. Korytarze wyłożone białymi płytkami. Zapachy i odgłosy pobliskiej kuchni.
Na końcu stał wielki mężczyzna, tuż obok kobiety składającej obrusy. W jednej ręce trzymał telefon, w drugiej nóżkę kurczaka. Gdy Lund się zbliżyła, niedokończona nóżka trafiła do śmietnika. A telefon do kieszeni.
Wytarł dłonie serwetką leżącą w pobliżu, po czym prawą rękę podał Lund.
- Thomas Buch, minister sprawiedliwości. W każdym razie w tej chwili.
Lund nic nie powiedziała.
- Karina mówi, że spotkaliśmy się tutaj przypadkiem. - Miał przyjazną twarz i potarganą brązową brodę. - A to ci przypadek, co?
- Na górze właśnie odbywa się wesele mojej mamy.
- Wiem. Prawda wygląda tak, że bardzo potrzebuję paru odpowiedzi. I myślę...
- Proszę posłuchać. Jeśli chodzi o ekshumację, to naprawdę strasznie mi przykro. To mój błąd. Proszę nie winić Brixa ani Strangego...
Zaczekał, aż kelnerka się oddali.
- Wie pani o zarzutach ciążących na duńskich żołnierzach w Helmand?
- Trochę.
- Zauważyła pani, by coś wskazywało, że nasi żołnierze mogli zamordować cywilów? Cokolwiek...
- Powinien pan się skontaktować z Lennartem Brixem albo Ruth Hedeby. Oni teraz prowadzą...
- Właśnie nie jestem pewien. A jestem ministrem sprawiedliwości. Pojawiła się sugestia, że w zbrodnię był wplątany jakiś oficer. Pani o tym wie? Czy zetknęła się pani z jakimiś dowodami, które próbowano ukryć?
Lund pokręciła głową.
- Tę historię opowiadał żołnierz, który ma zaburzenia psychiczne. Prawdopodobnie nie było żadnego oficera.
Wielki mężczyzna wepchnął pięści do kieszeni spodni i stał nieporuszenie.
- Dlaczego więc chciała pani ekshumować tego żołnierza?
- Bo skrewiłam. Nic nie wiem. Muszę wrócić na wesele, przepraszam.
- A co z dowódcą oddziału, Jensem Peterem Rabenem?
- Myślałam, że on coś wie o... Ale on jest chory psychicznie. Miał powód do ucieczki. Właśnie odrzucono jego wniosek o zwolnienie warunkowe.
- Kto odrzucił?
- Służba Więzienna. Jego lekarz orzekł, że Raben jest zdrowy, ale...
Buch zerknął na blondynkę.
- Herstedvester orzekło, że może wyjść? - spytał. - A Służba Więzienna odrzuciła jego wniosek?
- Zgadza się. A on bardzo chciał wyjść, był wręcz zdesperowany. Rozpada się jego małżeństwo. Prawdopodobnie już się rozpadło.
Buch przyłożył palec do ust i myślał.
- Niech pani okaże mi jeszcze trochę cierpliwości. - Odwrócił się do blondynki. - Monberg pracował nad ustawą o służbie więziennej, prawda? Kiedy zarzucił te prace?
Zastanawiała się chwilę.
- Zaraz po spotkaniu z ministrem obrony.
- Właśnie. Zadzwoń do Plough.
Szeroki uśmiech i znowu wielka dłoń. Lund odpowiedziała uściskiem.
- Dziękuję - rzekł minister. - I proszę przekazać mamie gratulacje.
- A o co właściwie chodzi?
Palec znowu powędrował do brodatej twarzy. I znowu pojawił się na niej krzywy uśmiech. Po czym minister mrugnął okiem.
- Miłego dnia, Saro Lund - rzekł i pomachał jej ręką na pożegnanie.
Gdy wróciła na wesele, przemawiał właśnie Bj?rn.
- Vibeke - powiedział, stojąc obok żony. Czytał z notatek. - Uszczęśliwiłaś mnie. Cały czas chcę tylko śpiewać, tańczyć i wygłaszać mowy.
Lund podeszła do swojego miejsca, modląc się w duchu, by do tego nie doszło.
Pomyślała o mężczyźnie, z którym właśnie rozmawiała. Thomas Buch był ministrem sprawiedliwości. I podobnie jak ona poruszał się po omacku.
- Czasami - ciągnął Bj?rn - żałuję, że los nie zetknął nas wcześniej. Ale wtedy nie bylibyśmy na siebie gotowi. Cieszę się więc, że w tamten majowy wtorek wszedłem do second-handu. Wyszedłem z niego z kobietą, która została moją żoną.
Lund zignorowała wątpliwe żarty sąsiada, a wpatrywała się w prezenty i trzy czerwone róże.
Nikt nie przysyła kwiatów samotnej kobiecie na wesele jej matki.
Goście wstawali. Dłonie wznosiły kieliszki. Bj?rn wygłaszał toast.
- Sto lat dla panny młodej!
Gdy Bj?rn pochylił się, by pocałować Vibeke, Lund przeszła przez salę, znalazła swoją wiązankę i wyjęła przyczepioną do niego białą kopertę.
Wiedziała, że zapadła cisza, że wszyscy na nią patrzą.
Minął ją człowiek z obsługi niosący nową butelkę wina.
- Kto przyniósł te kwiaty? - spytała.
- Posłaniec - odrzekł tym samym apatycznym tonem co wcześniej.
W środku znalazła wiadomość. "Tjek hundetegnet - Raben". Sprawdź nieśmiertelnik.
Vibeke obserwowała córkę z uśmiechem, ale spięta. Postukała nożem w kieliszek i wstała.
- Skoro się tu wszyscy zebraliśmy, chciałabym wygłosić swoją kwestię. Zanim Sarah...
Lund sięgnęła po dzwoneczek mistrza ceremonii.
- Kochany Bj?rnie - zaczęła Vibeke i urwała, patrząc na zbliżającą się córkę.
Lund zatrzymała się przed nią. Miały za sobą tyle lat konfliktów. Tyle kłótni i złości. A teraz miała zawieść matkę po raz kolejny, na jej własnym ślubie.
Twarz Vibeke nagle się zmieniła. Uśmiechnęła się. Lund postawiła dzwoneczek przy jej talerzu, objęła ją, ucałowała w oba policzki, a matka zrobiła to samo.
- O co chodzi? - spytał Bj?rn z lekką nutą gniewu w głosie. - Nie możesz wyjść w trakcie przemowy matki! Goście nie wychodzą, zanim wesele się zacznie!
Lund otarła oczy.
- A moja córka właśnie wychodzi, Bj?rn - odparła Vibeke tonem niemalże nagany. - I w porządku.
- W porządku? - spytał, szeroko otwierając oczy.
Lund nic nie powiedziała, tylko ruszyła do wyjścia.
- Tak! - dodała Vibeke bardzo lekko. - Jak najbardziej w porządku. Kobiety w tej rodzinie są pracowite i mają swoje sprawy. - Poklepała go po plecach. - Przyzwyczajaj się, chłopie. I staraj się nadążać.
Lund dziarskim krokiem opuściła salę. Za sobą usłyszała śmiech. Może nerwowy. Ale śmiech.
I głos matki, silny i przekonujący:
- No, kochany Bj?rnie. Na czym to stanęliśmy?
Już nie słuchała. Zeszła ze schodów, wiedząc dokładnie, dokąd iść.
Hanne M?ller sprzątała garaż. W rękach trzymała fotografię, patrzyła na nią smutno.
Weszła Lund. Na fioletową sukienkę miała nałożoną zniszczoną granatową kurtkę.
- Przyszłam panią przeprosić. Wiem, że policja też panią przepraszała. To za mało. Chciałam, żeby usłyszała to pani ode mnie.
Spojrzała na zdjęcie. Przystojny młody mężczyzna w wojskowym berecie, uśmiechający się do standardowego portretu. Hanne M?ller odłożyła fotografię do kartonu.
- Zdaję sobie sprawę, że nie mogę tego naprawić - ciągnęła Lund.
- Nie - odparła kobieta cicho i z goryczą. - Nie może pani.
- Chcę, żeby pani zrozumiała. - Jeden krok do przodu. Nie wyjdzie, dopóki to nie zostanie powiedziane. - Musiałam mieć pewność.
- A ma pani?
Podniosła jakieś ubrania syna i wsadziła je do czarnego worka na śmieci.
- Jestem pewna, że on nie żyje. Przykro mi. Ale jeszcze czegoś nie wiemy...
- Niech pani sobie idzie.
Lund rozejrzała się po garażu. Zastanawiała się.
- Musi mnie pani wysłuchać.
- Dlaczego pani nigdy nie odchodzi, kiedy o to proszę? - Głos Hanne M?ller wzniósł się, pełen bólu i gniewu. - I dlaczego pani ciągle wraca? Prześladuje mnie pani?
- Bo dzieje się coś złego. Myślę, że pani też o tym wie.
- Wiem? - Trzymała sweter. Wojskowy, z granatowej włóczki. Albo część mundurka szkolnego. Wyglądały tak podobnie.
- Chodzi o nieśmiertelnik pani syna. Łańcuszek, który dało mu wojsko, z taką przywieszką. - Lund stwierdziła, że opisując przedmiot, niezręcznie macha rękoma.
Sądząc po wyrazie twarzy Hanne M?ller, ta gestykulacja nie była potrzebna.
- Wie pani, gdzie on jest?
- Dlaczego kawałek metalu jest taki ważny?
- Nieśmiertelnik przekazuje się najbliższym krewnym. Dostała go pani?
- Pytałam - odparła kobieta, kręcąc głową. - Nie znaleziono go.
- Ale ma pani resztę jego rzeczy?
Kobieta wskazała pudło.
- Nie. To wszystko zostawił w domu. Nie mamy nic. Tylko ciało, którego nie pozwolono nam zobaczyć. Dlaczego zadaje pani te pytania?
Lund zastanawiała się, co powiedzieć. Ale Hanne M?ller po katastrofie na cmentarzu należały się wyjaśnienia.
- Myślę, że ktoś znalazł nieśmiertelnik pani syna. Myślę, że wykorzystał go, by użyć tożsamości Pera. I żeby później zatuszować swoje zbrodnie.
- Per był dobrym chłopcem - powiedziała jego matka łagodnym, zbolałym głosem. - Nie chciałam, żeby wstępował do wojska. Kiedy był mały, nie było wojen. Myślałam, że zostanie nauczycielem. Albo lekarzem. Ale potem dorósł, a świat się zmienił. - Wpatrywała się w Lund. - Wydawało się, że to po prostu taki inny wybór. Taki jak iść do pracy w szkole. Pojechać do innego kraju, o którym człowiek niewiele słyszał, i walczyć w wojnie, której nikt z nas nie rozumie. Domyślam się, że potrzebujemy żołnierzy. Ale nie Pera. On był na to za delikatny.
Lund milczała, w głowie mając Marka.
- Człowiek myśli, że może swoje dzieci pokierować, by robiły coś dobrego - dodała Hanne M?ller tym samym łagodnym, zbolałym szeptem. - Ale nigdy nie wiadomo, co je czeka. Tak naprawdę nie wiadomo.
- Przykro mi, że sprawiłam pani tyle bólu. Postąpiłam głupio. Nie będę już pani niepokoić. - Lund ruszyła do drzwi.
- Proszę zaczekać - powiedziała kobieta. - Muszę pani coś pokazać. - Poszła do kąta i wyciągnęła inne pudło. - Myślałam, że to pomyłka. Może tak jest. Ale i tak nie daje mi to spokoju.
- Co takiego?
- Od czasu do czasu coś się pojawiało. Jakby Per ciągle żył. Proszę... - Wyciągnęła plik otwartych kopert. - Listy. Ostatni sprzed kilku tygodni. Proszę popatrzeć.
Lund wzięła pakiet.
- Kiedy się zaczęłam nad tym zastanawiać... Wyobrażałam sobie, że może on nadal żyje - szeptała Hanne M?ller. - Ale nie żyje, prawda? A potem pojawiła się ta kobieta. I pani...
Głównie rachunki. Per K. M?ller zginął w Helmand, w wyniku eksplozji czy samobójstwa, ponad dwa lata temu. Wszystkie dokumenty miały daty późniejsze.
- To pomyłka, prawda? - spytała kobieta.
- Prawdopodobnie - odparła Lund. - Mogę to zatrzymać?
Tuż przed osiemnastą Buch wrócił do Rigshospitalet, gotowy na drugie starcie z Frodem Monbergiem.
Nikogo nie widział w recepcji, więc wszedł do środka. Zastał Monberga w białej piżamie, siedzącego na skraju łóżka i pochłoniętego lekturą gazety.
- Jeśli już musiał pan przychodzić - odezwał się pacjent - należało spytać o pozwolenie i robić to w godzinach odwiedzin. - Następnie wstał, podszedł do okna, włożył szlafrok. Ciągle był nieogolony. Wydawał się wymizerowany i stroskany. - Nie mam panu nic więcej do powiedzenia, Buch.
- Niewiele więcej muszę usłyszeć. Już to wiem.
Monberg odwrócił się i wyszczerzył zęby w uśmiechu. To nie był miły widok.
- Doprawdy?
- Prawie. Przygotowywał pan ustawę, obiecał pan zredukować koszty służby więziennej. To się znalazło w orędziu.
- Zakłady karne były przepełnione. A jakie to ma znaczenie?
- Chciał pan też zmniejszyć liczbę pacjentów w zamkniętych zakładach psychiatrycznych, prawda?
Chudy mężczyzna patrzył groźnie na Thomasa Bucha i milczał.
- Wnioskował pan, by każdą sprawę ponownie przeanalizowano i by zwolniono wszystkich, którzy nie stanowią zagrożenia dla społeczeństwa.
- Przekopywanie starych akt to robota dla urzędników, nie dla ministrów.
- Jednym z tych, którzy mieli wyjść na wolność, był Jens Peter Raben. Żołnierz. Człowiek, który twierdził, że na własne oczy widział zbrodnię wojenną popełnioną przez innego żołnierza naszych wojsk w Afganistanie.
- Nie pamiętam...
Buch postawił krok w jego stronę.
- Niech mnie pan nie okłamuje. Rossing omawiał z panem sprawę Rabena. A potem, nie wiadomo z jakiego powodu, całkowicie zrezygnował pan ze swojego projektu. Nic z niego nie wyszło.
Monberg kiwnął głową.
- To prawda. Były po temu inne powody.
- Nie będę pana już niepokoił - oznajmił Buch i skierował się do drzwi. - Teraz to sprawa dla Plough i zespołu prawnego...
- Buch!
Minister stanął.
- Na miłość boską, może mnie pan wysłuchać? - poprosił Monberg.
Buch wrócił i spojrzał na chudego, dotkniętego nieszczęściem człowieka przy łóżku. Chciał poczuć wyrzuty sumienia, że tak go nęka. Ale to było trudne.
- Co pan zamierza? - spytał Monberg.
- To zależy od pana. Nie chcę nikogo karać, chcę tylko poznać prawdę.
- Rossing upierał się, że Raben nie powinien wychodzić na wolność. Wszystkie raporty ze szpitala mówiły, że ten mężczyzna jest zdrowy, ale Rossing postrzegał to jako kwestię bezpieczeństwa państwowego. Powiedział, że wypuszczenie tego człowieka jest sprzeczne z interesem narodowym. Że musi zostać w Herstedvester.
Buch prawie się roześmiał.
- Interesem narodowym? Co to znaczy? Nie zamykamy swoich wrogów, jeżeli nie dadzą nam do tego powodu. Dlaczego mielibyśmy to robić własnym żołnierzom, którzy walczą za nas, za nasz kraj?
- Rossing nie wdawał się w szczegóły, a ja nie pytałem.
Buch podniósł palec i wymierzył go w słabego mężczyznę przed sobą.
- Jens Peter Raben zdawał sobie sprawę, że w Afganistanie wydarzyło się coś strasznego. Rossing chciał, by Raben siedział pod kluczem, bo obawiał się politycznych reperkusji, gdyby to wydarzenie przedostało się do wiadomości publicznej. To nie jest interes narodowy.
- Ja o niczym nie wiem! Rossing poprosił mnie o pomoc. Powiedział mi, co mam robić.
- A potem Anne Dragsholm chciała wznowienia sprawy.
Monberg skrzywił się niezadowolony, podszedł do łóżka, wpatrywał się w uporządkowaną pościel, odwrócony plecami do wielkiego mężczyzny zarzucającego go pytaniami.
- Co powiedziała Dragsholm? Co odkryła?
- Nie mogę się wdawać w szczegóły... - burknął Monberg i zaczął poprawiać poduszki.
Buch stracił cierpliwość.
- Do diabła! - ryknął. - Myśli pan, że może się tu ukryć na zawsze? - Gwałtownym ruchem wskazał drzwi. - Tam umierają ludzie! A pan... - Wycelował palec w wymizerowaną twarz Monberga. - To pana wybrali na kozła ofiarnego. Nie Rossinga. Uznają pana za szaleńca, tak jak zrobili z Rabenem. Nie rozumie pan tego?
Frode Monberg chwycił się skraju łóżka. Oddychał z trudem. I z trudem mobilizował resztki odwagi.
- Zająłem się polityką, by coś zdziałać. By służyć.
- Więc proszę mi powiedzieć - błagał Buch.
Chudy mężczyzna zawahał się, wziął głęboki oddech.
- Mówiła, że znalazła dowód, że żołnierze mówili prawdę. Tam doszło do masakry. Dopuścił się jej duński oficer. To, że Rabena uwięziono, było jawną niesprawiedliwością.
- Jak się tego dowiedziała? - spytał Buch.
Monberg zamknął oczy, wyglądał jak człowiek na skraju wytrzymałości.
- Znalazła go.
- Kogo?
- Tego, kto to zrobił. Wiedziała, kim jest. Nie powiedziała mi. Za bardzo się bała. Byłem w rządzie, prawda? Nie sądzę, żeby do końca mi ufała.
Buch nie przyznał tego, co wydawało się oczywiste: Dragsholm miała rację.
- To wszystko, co wiem - dodał Monberg. Stojąc tyłem do Bucha, patrzył za okno. - Co ja mam, do cholery, zrobić? Jest coraz gorzej.
- Musi pan powiedzieć prawdę, Frode. I tyle. - Położył dłoń na ramieniu Monberga i przerażony stwierdził, że składa się z resztek mięśni i kości. - Powiedzieć prawdę, i wszystko będzie dobrze. Obiecuję. Premier cały czas mnie wspiera. Prosił, bym wyjaśnił sprawę. Nie zostawimy pana, obiecuję.
Frode Monberg odwrócił się i spojrzał groźnie na Bucha, nic nie mówiąc.
Rozległo się pukanie do drzwi. Karina.
- Przepraszam - powiedziała. - Muszę z panem porozmawiać. To ważne.
- Dwie minuty - rzucił do Monberga Buch - i ustalimy, co robić.
Słaby mężczyzna wpatrywał się w niego groźnie.
- Jest pan dzieckiem, Buch. Rossing nie powie ani słowa.
Karina ciągle biadoliła.
- Dwie minuty - powtórzył Buch.
Na korytarzu Karina odciągnęła Bucha od separatki Monberga. Minister czuł, że w końcu osiągnął jakiś przełom.
- Thomasie...
- Zmusiłem go do rozmowy. Potwierdził nasze domysły. Musimy zaraz ściągnąć tu PET.
- Wysłuchasz mnie? - Zaprowadziła go do jakiejś wnęki. - Teraz masz problem nie z Monbergiem, tylko z Krabbem.
Buch głęboko odetchnął.
- A czego znowu chce ten harcerzyk?
- Domaga się twojej rezygnacji.
- No ludzie...
Wyglądała żałośnie, a to było do niej niepodobne.
- Krabbe stawia premierowi ultimatum. Albo ty odejdziesz, albo on wycofa swoje poparcie dla rządu. Chce twojej głowy albo doprowadzi do upadku gabinetu.
- Nie, nie, nie. - Buch nie mógł przestać myśleć o rozmowie, którą właśnie odbył. - Posłuchaj. Monberg potwierdził, że rozmawiał z Rossingiem. Że zatrzymał duńskiego żołnierza w Herstedvester na prośbę Rossinga. To jest teraz ważne.
Skrzyżowała ramiona i wbiła w niego wzrok.
- Dojdźmy prawdy, a wtedy wszystko będzie dobrze - upierał się Buch. - Zwykle tak jest. Chodź... - Poprowadził ją z powrotem korytarzem.
- Sama możesz tego posłuchać.
- To poważne - odparła, podążając za nim.
- Wszystko jest poważne. To tylko kwestia skali.
Stanowczym krokiem wszedł do separatki Monberga. Pielęgniarka zmieniała pościel. Łóżko było puste.
Buch spojrzał na pielęgniarkę.
- Powiedział, że chce się przejść - wyjaśniła, wzruszając ramionami.
- A pani go puściła?
Żachnęła się.
- To szpital, nie więzienie.
Buch zaklął, wyszedł na korytarz. Monberg musiał skręcić w lewo. Gdyby udał się w drugą stronę, zobaczyliby go.
- Thomasie... - jęknęła Karina.
- Nie teraz.
Nie był człowiekiem nerwowym. Niepokój nie leżał w jego naturze.
- Thomas! Musisz zadzwonić do premiera.
- Nie! - krzyknął na nią i zaraz tego pożałował. - Musimy znaleźć Monberga. Nie rozumiesz?
- To mnie oświeć. - Skrzyżowała ramiona.
- Przycisnąłem go, Karino - odrzekł Buch cicho, jakby do siebie. - Przycisnąłem go, bardzo mocno.
Patrzyła, słuchała, po czym ruszyła przodem i zaglądała do pomieszczeń po prawej i lewej.
- Frode? - krzyknęła.
Nikt nie odpowiadał.
Dom Jarnviga w koszarach Ryvangen. Suterena była prawie gotowa. Pomalowana przez Christiana S?gaarda. Ściany nowego pokoju Jonasa przykryła jasna tapeta. Tapczanik, żółte krzesełko, stojąca lampa, biureczko. Po raz pierwszy w życiu miał własny kąt. Louise patrzyła, jak jej syn stoi przy dziadku, który wiesza nad łóżkiem plakat z kosmicznymi wojownikami.
- Jest równo, Jonasie? - spytał.
- Tak, dziadku. Podoba mi się.
Jarnvig odwrócił się i uśmiechnął szeroko do wnuka, po czym wyjął z kieszeni pinezki i przyczepił plakat.
- No to dobrze - rzekł, poklepując chłopca po głowie. - Wygląda fantastycznie, co? Teraz masz cały pokój dla siebie.
- Musisz zapukać, zanim wejdziesz - pouczył go wnuk.
- Tak jest! - Pułkownik zasalutował i strzelił obcasami.
Jonas zrobił to samo. Obaj się roześmiali. Louise Raben na ten widok poczuła zarazem radość i smutek. Po czym oddaliła się do kuchni i zaczęła sprzątać.
Ojciec przyszedł w ślad za nią.
- Zostawiam cię z tym teraz - stwierdził. - Ładnie tu wygląda. Wcześniej to zawsze była taka kawalerka. A teraz... - niemądry uśmiech - ...teraz wygląda tak, jakbym znowu miał rodzinę.
- Dzięki za pomoc, tato.
- Coś jeszcze mogę zrobić? Wczoraj powiedziałem różne głupie rzeczy. Przepraszam. Mnie też to oczywiście porusza. Nie mogę... nie mogę patrzeć na ciebie w tym stanie.
Zdjęła rękawice gumowe, podeszła do ojca i dotknęła jego policzka.
- W porządku. Byłam idiotką, co nie? Wydawało mi się, że na zawsze oznacza na zawsze. A to tekst tylko dla dzieci, prawda?
- Czasami tak - przyznał. - Chodź ze mną na bal kadetów. Będzie mi bardzo miło. Mogłabyś być moim gościem.
Przypomniała sobie bale kadetów z czasów, gdy była nastolatką. Wszyscy młodzi żołnierze gorąco pragnęli zatańczyć z córką oficera.
- Na bale kadetów to ja jestem za stara i za gruba.
- Bzdura. Jedno i drugie to bzdura. Dobrze by ci to zrobiło.
- Powinnam być z Jonasem.
- Jonasowi nic nie dolega. Mogę załatwić kogoś do opieki. To o ciebie się martwię. Daj spokój...
Przejechała ściereczką dokoła zlewu. Jej złota obrączka ślubna leżała obok kranu razem z zegarkiem. Zawsze zdejmowała ją do zmywania.
Na zawsze.
Mrzonki dla dzieci. Wytrzymała przy Jensie więcej, niż zniosłaby niejedna kobieta. A co dostała w zamian? Tchórza, który uciekł na Bliski Wschód, gdy tylko ona urodziła dziecko. Przestępcę ukrywającego się przed wszystkimi.
- Chociaż na chwilkę - prosił ojciec. - Wrócimy od razu, kiedy będziesz chciała.
Nie mogła oderwać wzroku od obrączki. Kiedyś wydawała jej się taka ważna. Stanowiła symbol czegoś, co ich łączyło. Teraz była reliktem przeszłości, gorzkim przypomnieniem wszystkiego, co straciła.
- Oczywiście - powiedział Jarnvig. - Rozumiem. To zależy od ciebie. - Roześmiał się. - Ale zawsze uwielbiałem patrzeć, jak tańczysz. Myślałaś, że nie jesteś w tym dobra. Nie miałaś pojęcia...
Louise skrzyżowała ramiona.
- No to o której idziesz?
Jarnvig klasnął w dłonie, a na jego twarzy pojawiła się taka radość, jakiej nie widziała w ostatnich latach.
- Gdy tylko wybierzesz sukienkę. Czyli diabli wiedzą...
Godzinę później, za ogrodzeniem koszar, Raben siedział w drugim już ukradzionym tego dnia samochodzie, schowany nisko za kierownicą, z twarzą skrytą za kapturem. Drzwi miał otwarte, gotów do ucieczki przy najmniejszym zagrożeniu.
Dobre miejsce. Doskonały widok na dom Jarnviga. Światła włączone, w oknie na dole dało się dostrzec zabawki. Spojrzał na nie i zabolało go serce. Tyle stracił. Tyle musiał odzyskać.
Otworzyły się drzwi wejściowe. Wyszedł Torsten Jarnvig w mundurze galowym. Czarna kurtka i złote epolety. Biała koszula i muszka. Na zewnątrz czekała długa limuzyna.
Raben znał ten obrządek. Odbywał się bal dla nowego naboru kadetów w wynajętej sali nieopodal Kastellet. Takim jak Raben nie wolno było się zbliżyć do tej imprezy. Musieli sobie tylko wyobrażać muzykę, śmiechy, osobliwe pijackie dowcipy. Zgrzytać zębami i mieć nadzieję, że ci surowi, niewyszkoleni kadeci nie przeszkodzą w walce, nie narażą ich na śmierć, gdy oddział trafi na trudny teren Helmand.
Oficerowie zajmowali wysoką pozycję. Ale to szeregowcy, zwyczajni żołnierze, poborowi, mizerni, jeśli chodzi o wykształcenie i pochodzenie społeczne, decydowali, czy bitwa zakończy się zwycięstwem. Ich krew bardziej niż innych była rozlewana na suchej obcej ziemi.
Patrzył, jak Jarnvig dochodzi do długiej limuzyny, wyrzuca papierosa, rozgląda się. Zastanawiał się, co myśli ten człowiek. Dowódca. I ojciec Louise. Raben nigdy nie rozumiał, czy jest dla niego rodziną, czy tylko kolejnym żołnierzem czekającym na jego rozkazy. Niewykluczone, że Jarnvig sam tego nie pojmował.
Drzwi domu otworzyły się ponownie i Raben przestał oddychać. Louise. Futrzana etola, szkarłatna jedwabna suknia. Doskonałe włosy. Blada twarz z makijażem. Gotowa na bal kadetów córka oficera, o której marzyli wszyscy młodzieńcy.
Tymczasem ona zignorowała wszystkich, a wybrała jego.
Zeszła powoli po stopniach. Raben odniósł wrażenie, że z wahaniem. Jakby zapadły jakieś decyzje.
Jarnvig czekał przy otwartych drzwiach limuzyny. Za kierownicą siedział sztywny jak struna żołnierz w mundurze. Louise wsiadła, cały czas patrząc prosto przed siebie. Wróciła niepostrzeżenie do tamtego świata. A on nie, nigdy tego nie zrobi.
Raben patrzył, jak limuzyna nieśpiesznie sunie w stronę wartowni, jak wartownicy salutują, a Jarnvig i jego córka opuszczają Ryvangen.
Potem powoli, ostrożnie wyjechał kradzionym Peugeotem na drogę za nimi, zachowując bezpieczną odległość i zastanawiając się, co zrobić, gdy dotrą na miejsce.
Z taksówki, którą jechała do miasta z domu pani M?ller, Lund zadzwoniła do Strangego.
- Coś mi się nie wydaje, żebyś była na weselu - powiedział.
- Musisz coś sprawdzić.
- Zostałaś odsunięta od sprawy.
- Musisz coś sprawdzić - powtórzyła, teraz już niecierpliwie.
- Jestem w Helsing?r.
Czterdzieści minut samochodem na północ od Kopenhagi.
- A co tam robisz?
- PET chce, żebyśmy znaleźli każdego Afgańczyka w Danii. Właśnie jestem z tłumaczem w ośrodku dla uchodźców. Strata czasu. Czekaj, wyjdę na zewnątrz...
Zaczekała. Taksówka zwolniła w dużym ruchu. W takich warunkach do mieszkania matki zostało jej z pół godziny.
- No to co się dzieje? - spytał po chwili Strange.
- Ktoś skorzystał z tożsamości Pera K. M?llera. Jego nieśmiertelnik zaginął.
- Oni tam prowadzą wojnę, Lund. Różne rzeczy giną.
- To nie tak. Ktoś robił zakupy na jego nazwisko. W ciągu ostatnich kilku miesięcy. Matka dostawała faktury.
- Ach.
- Musisz jeszcze raz porozmawiać z Kapelanem. I z S?gaardem. Wrzucić nazwisko M?llera do systemu biura informacji gospodarczej, może coś się znajdzie.
- Jestem w Helsing?r, pamiętasz? Rozmawiam z ludźmi, którzy mnie nienawidzą.
- Świetnie. Wsiadaj do auta i wracaj. Jak dociśniesz gaz, możesz tu być za pół godziny.
- Mam robotę! To potrwa jeszcze parę godzin. - Zamilkł na chwilę. - Mówiłaś już o tym Brixowi?
- Jeszcze nie - przyznała. - Powiem. Słowo honoru.
Znowu ta długa cisza.
- Proszę, obiecaj mi, że nie zrobisz nic głupiego.
- Na przykład?
- Na przykład... sam nie wiem. Nigdzie nie pojedziesz sama. To nigdy nie kończy się dobrze, prawda?
A co cię to obchodzi?, pomyślała. Jesteś tylko jeszcze jednym gliniarzem, którego mi przydzielono. Niezbyt dobrym w swoim fachu. Pod wieloma względami zbyt miłym.
- Nie zrobię nic głupiego - powiedziała i zdała sobie sprawę, że nie chce zranić jego uczuć. - Ale i tak dziękuję.
I tyle. Teraz padał deszcz. Samochody przed nimi poruszały się powoli.
- Chcę pojechać w inne miejsce - odezwała się do taksówkarza. - Do Vesterbro. Ile to zajmie?
Roześmiał się i wzruszył ramionami.
- Skąd mam wiedzieć? - odrzekł, chichocząc. - Jest pani pewna?
- Tak, jestem pewna.
Przeciąwszy Indre By, centrum miasta, taksówka skręciła w wąską uliczkę i potrąciła rowerzystę. Wywiązała się nieunikniona kłótnia. Rowerzysta, wielki facet wypełniony piwem, sięgnął do wnętrza taksówki i zabrał kluczyki.
Lund odczekała kilka minut, patrząc, jak mężczyźni skaczą sobie do oczu. Potem zostawiła na desce rozdzielczej swoją wizytówkę i powiedziała kierowcy, że może zeznawać, gdyby naprawdę chciał, by ktoś poświadczył, jak fatalnie jeździ.
Od dworca N?rreport dzielił ją krótki spacer. Stamtąd odjeżdżały pociągi we wszystkich kierunkach. W ciągu kilku minut mogła dotrzeć do mieszkania Vibeke, skąd zadzwoniłaby do matki i choć trochę wynagrodziła jej wyjście z wesela. Albo mogła się udać do Vesterbro i odszukać Gunnara Torpego.
Normalnie byłby to łatwy wybór. Ale ostatnie słowa Strangego nie dawały jej spokoju. Gonitwa za rzeczami, których nie rozumiała, nie była głupia. Ona tak po prostu robiła. Takim była człowiekiem. A poza tym... co on o tym wiedział? Porządny, średnio kompetentny funkcjonariusz, który, zdaje się, do policji trafił przypadkiem, bo miał już dość służby wojskowej. Ulrik Strange nie wyglądał za bardzo na człowieka, któremu jest pisana kariera zawodowa. Robił, co mu kazano, a w jej przypadku to nie wchodziło w rachubę.
Lund weszła do kawiarni naprzeciwko dworca, kupiła cappuccino i kanapkę.
Strange w niczym nie przypominał Jana Meyera, człowieka, który był zabawny i jednocześnie doprowadzał ją do szału. W nim była jakaś powaga. Poczucie poświęcenia i obowiązku, a do tego znakomita samoświadomość. Wiedział, że ta sprawa go przerasta. Dlatego się jej trzymał, słuchał jej, robił, co kazała, chociaż byli sobie równi rangą, dopóki Brix znowu jej nie wywalił.
Powoli popijała kawę, nie spieszyła się z kanapką. Zerknęła na zegarek. Dochodziła dwudziesta. Jeśli Strange zrobił, o co prosiła, to wrócił już do Politig?rden i szukał śladów, które podsunęła. Mogła zadzwonić. Ale to oznaczałoby sprawdzanie. Zirytowałaby go, a tego nie chciała.
Dopiła więc kawę, ruszyła do metra, zeszła po schodach, spojrzała na perony - jeden prowadził do domu, drugi do Vesterbro i Gunnara Torpego.
Właściwie nie był to żaden wybór.
Pół godziny później weszła do kościoła. Wyglądało na to, że w środku nikogo nie ma. Jedyne światła paliły się na ołtarzu. Trzy złote lichtarze na białym obrusie przed obrazem przedstawiającym Marię płaczącą nad Jezusem.
Lund przeszła między ławkami, rozejrzała się. Zza otwartych drzwi po prawej dobiegł ją jakiś dźwięk. I dochodziło stamtąd blade światło.
- Halo?! - zawołała i nagle odniosła wrażenie, że słyszy nie wiadomo skąd głos Jana Meyera. Tamten chropawy, przepalony papierosami, znajomy głos: "Nie wejdziesz tam znowu sama, co, Lund? I to bez broni?".
Czasami rozum płatał różne figle. Podeszła do drzwi.
- Jest tam kto? - krzyknęła.
Nikt nie odpowiedział. Pchnęła drzwi.
- Halo?
Odbity od pustych ścian pomieszczenia głos Lund zabrzmiał jak muzyka. W środku było ciemno. Znalazła kontakt, włączyła światło - samotną żarówkę. Odskoczyła wstrząśnięta, bo pierwsze, co zobaczyła, to wyłożony płytkami zlew opryskany krwią.
Sięgnęła do kieszeni. Ale miała w niej tylko telefon.
- Cholera - szepnęła i zrobiła to, co było według niej naturalne. Poszła dalej.
Drugie pomieszczenie. Tym razem w półmroku, bo było tu okno, przez które wpadało blade światło latarni.
Na środku zobaczyła znajomy kształt, ohydny i święty jednocześnie. Postać z ramionami rozciągniętymi na boki jak u ukrzyżowanego, przywiązana do żelaznej belki przymocowanej do dwóch wysokich drewnianych lichtarzy.
Gunnar Torpe, z zakrwawioną twarzą, w kurtce wojskowej, z czarną taśmą na ustach.
Lund podeszła do niego, oderwała taśmę. Z ust duchownego buchnęła krew. Głowa mu opadła. Oczy się zamknęły.
Doskoczyła do niego, jedną ręką odwiązała pęta, drugą podtrzymała ciało. Najpierw prawe ramię, potem lewe. Ciężki człowiek. Z wielkim wysiłkiem, powoli opuściła jego ciało na twardą betonową posadzkę.
Oddychał. Słabo.
Telefon.
Zadzwoniła na centralę.
- Sarah Lund. Wyślijcie karetkę do kościoła Świętego Szymona w Vesterbro. Zawiadomcie Brixa. Właśnie znalazłam pastora. Jeszcze oddycha, ale...
Coś błysnęło przy ciele Torpego. Spojrzała. Nieśmiertelnik przecięty na pół, krew na ostrej, poszarpanej stronie.
- Musicie się spieszyć. Powiedzcie...
Dźwięk w pobliżu. Kroki w głębi pomieszczenia.
Lund zerknęła na Torpego. Na krew. Świeżą. Na rany. Tak liczne, tak żywe.
Postać. Mężczyzna w kapturze, z pochyloną głową przemknął na tle okna i pędem ruszył w głąb świątyni.
- Przekażcie Brixowi, że ścigam sprawcę - dodała, po czym zostawiła krwawiącego kapłana i pognała do drzwi.
Szukali godzinę. Zmarnowali godzinę. Towarzyszyła im administratorka szpitala, bardzo zirytowana.
- Jak mogliście zgubić pacjenta? - pytał Buch.
- Jak pan może tu wchodzić i go nękać? - pytała administratorka. - To oburzające. Nie obchodzi mnie, kim pan jest. To nieważne...
Zadzwonił jej telefon.
Byli na trzecim piętrze. Intensywna opieka medyczna. Ani śladu Monberga. Nikt go nigdzie nie widział.
Buch patrzył, jak twarz administratorki się zmienia. Nauczył się już rozpoznawać, kiedy nadchodzą złe wiadomości. Tyle ich było ostatnio.
- Co się dzieje? - spytał, gdy wsunęła telefon do kieszeni.
- Chyba musimy wezwać policję
- Jestem ministrem sprawiedliwości! - wrzasnął Buch. - Policja mi podlega.
- Świetnie - burknęła i poprowadziła ich na koniec korytarza, przez okolicę, która wyglądała na przestrzeń magazynową. Żadnych pokojów. Żadnych sal. Tylko sprzęt i kartony.
- Pacjenci nie mają tu wstępu - powiedziała. - W żadnych okolicznościach...
Wsiedli do windy technicznej. Przy cielsku Bucha i z nimi dwiema, Kariną i administratorką, prawie wypełnili limit. Administratorka wdusiła guzik parteru. I już się nie odezwała.
Po chwili drzwi się otworzyły. Trzech mężczyzn w szarych kombinezonach pochylało się nad czymś.
Buch przepchnął się między nimi.
Monberg leżał na podłodze, twarzą w dół. Spod jego wynędzniałej twarzy wypływała kałuża szkarłatnej krwi. Obok roztrzaskane okulary. Czerwień poplamiła białą piżamę. Jego otwarte oczy patrzyły zdumione. Pod pewnym okrutnym względem były bardziej czujne niż za życia.
- Przed chwilą skoczył z trzeciego piętra - powiedział jeden z mężczyzn.
- Pacjentom nie wolno... - zaczęła administratorka.
Karina odwróciła się do ściany i zaczęła szlochać.
- Przeprowadzimy postępowanie - dodała kobieta.
- Jesteście pewni, że skoczył? - spytał Buch.
Nikt nie odpowiedział.
Wstał, chwycił za ramiona jednego z mężczyzn. Tamten tylko spojrzał paskudnie.
- Jesteście pewni, że skoczył? - powtórzył Buch.
- Ja zamiatałem tu na dole - odwarknął mężczyzna. - Widziałem, jak tam stał. Palił papierosa. I nagle mnie zobaczył. Wszedł na poręcz. - Wskazał krętą klatkę schodową. - Słyszałem, jak krzyczał, cały czas aż na dół.
- Jest pan pewien? - spytał Buch znowu, ale już ciszej.
- Chyba nigdy tego nie zapomnę. A pan by zapomniał?
Dwudziesta pierwsza dziesięć. K?dbyen budziło się do życia. W tutejszych masarniach, przetwórniach ryb, hurtowniach i piekarniach rozrzuconych po rozległym rejonie wciśniętym pomiędzy tory kolejowe a Vesterbro zaopatrywała się w żywność większość Kopenhagi. Teraz, wieczorem, dzielnica odsłaniała swoje inne oblicze. Lokale na piętrach, niektóre na parterze, chłonące nocny tłum, bary i restauracyjki, gdzie tłoczyli się kolorowi imprezowicze, by zjeść i wypić w pobliżu rzędów tuszy bydlęcych i tac świeżo wypatroszonego łososia.
Lund goniła zakapturzoną postać od kościoła Gunnara Torpego. Zobaczyła, jak uskakuje w lewo pod szyldem Bosch nad modną knajpką organiczną.
Policjantka biegła i biegła, pracując miarowo rękoma, z oddechem skróconym do rytmicznych sapnięć. Brix mógł się zająć pastorem. Lund miała zbiega w zasięgu wzroku i nic innego się nie liczyło.
Skręciła przy szyldzie Bosch, obejrzała plac przed sobą. Magazyny i sklepiki. Załadowywane ciężarówki. Taksówki nadciągające z kobietami w tandetnych sukniach, wyruszającymi na podbój nocy.
Zakapturzona postać zniknęła w budynku w dalekim prawym rogu. Lund przebiegła w ślad za nim przez uchylone drzwi.
Pusta hala załadunkowa. Podnośniki zaparkowane na noc. Para unosząca się z kratek w szarej betonowej podłodze. Żelazne schodki wspinające się spiralnie pod drewniany sufit.
Nagły hałas. Lund podskoczyła. To był grzmot z systemu nagłaśniającego piętro wyżej. Głośna, rytmiczna muzyka disco. Śmiech, piski uciechy.
Przed Lund jedne otwarte drzwi. Pognała dalej. Trafiła znowu na zewnątrz, w zimną noc. Podwórko pełne czarnych worków na śmieci i gołębi skubiących odpadki.
Ani żywej duszy.
Zadzwoniła do Brixa. Odebrał z ciężkim westchnieniem.
- Lund. Jestem zajęty. Oddzwonię.
- Pastor...
- Co z nim?
- Nie dostałeś wiadomości?
- Mówiłem już, jestem zajęty.
- Znalazłam go półżywego w kościele. Dzwoniłam na centralę. Powiedziałam, żeby wezwali tam karetkę. Żeby ci przekazali...
- Co ty wyrabiasz, na miłość boską? - wrzasnął. - Powinnaś być na weselu.
- Kiedy dotarłam do kościoła, ktoś stamtąd uciekł. Próbuję go dopaść. Jest w K?dbyen.
Rozejrzała się. Tyle budynków. Ale pomiędzy nimi wielka otwarta przestrzeń. Gdyby miała szczęście...
- Nie może być daleko. Przyślij mi tyle wsparcia, ile możesz. Możemy otoczyć teren...
- Zostań na miejscu - rozkazał Brix.
Słyszała, jak strzela palcami, pewnie na jakiegoś funkcjonariusza. Wręcz widziała, jak to robi.
- Jedziemy. Jesteś nieuzbrojona. Nie chcę, żebyś się zbliża...
- Porozmawiaj z pastorem. Dowiedz się, kto to był. On go widział.
- Lund?! - Brix znowu wrzasnął. - Ile razy muszę ci to powtarzać? Zostałaś odsunięta od sprawy. Nie chcę, żebyś tam była.
- Ale tu jestem. A ciebie tu nie ma.
Kątem oka dostrzegła niewyraźny kształt. Zakapturzona postać wypadła z pustej zatoki załadunkowej w stronę budynku naprzeciwko.
- Rusz się, dobra? - powiedziała i wsadziła telefon do kieszeni.
Zobaczyła, jak ten ktoś przechodzi przez zasłonę z plastikowych pasków, takich jakich używa się przy rampach załadunkowych. Lund poszła w tamtą stronę, poczuła surowy, ostry zapach świeżej krwi i ziąb chłodni.
Przeszła dalej. W następnym pomieszczeniu panował mrok. Jej palce błądziły po ceglanej ścianie, w końcu znalazła włączniki. Rozjaśniły się jaskrawe świetlówki, strzelając, błyskając dokoła niebieskawobiałym światłem.
Przeszła przez następną zasłonę z pasków. Po prawej na hakach wisiały połcie krwistoczerwonej wołowiny. Po lewej - ogolone martwe świnie, nagie i różowe jak gigantyczne niemowlęta, ryjami do sufitu, z zamkniętymi oczami.
Rząd za rzędem martwych zwierząt rozwieszonych na tle wyłożonych białymi kaflami ścian. Lund dostrzegła swoje odbicie w lśniących stalowych drzwiach. Czarna kufajka, fioletowa sukienka. Na klatce piersiowej krew Gunnara Torpego.
Szła dalej.
Teraz przechodziła przez pomieszczenie, w którym cięto półtusze. Stoły jak w kostnicy, czyste i lśniące. Piły i noże elektryczne. Odór krwi i innych tkanek.
Szła powoli, odsuwając z drogi stoły rzeźnickie na kółkach.
Patrzyła. Słuchała.
Przed nią następne pomieszczenie. Obracający się uchwyt. Lund dotarła do kolejnej plastikowej zasłony i wtedy go zobaczyła. Pełen worków na śmieci i kartonów wózek mknął przez szary plastik prosto na nią.
Chwyciła stalową ramę, zanim ta w nią uderzyła, przyjęła uderzenie, potoczyła się z wózkiem, przewróciła do tyłu, prawie wpadła do krwistego kanału odpływowego cuchnącego środkami dezynfekującymi, obróciła się, by sprawdzić, czy ścigany idzie na nią.
Tylko wózek.
Wstała i ruszyła biegiem. Korytarz. Na tyle długi, że go zobaczyła. Mężczyzna. Ani duży, ani mały. Ani gruby, ani chudy.
Przeciętny. Niewyróżniający się.
Czyli jak zwykle.
Uskoczył w prawo, rozrzucając pojemniki i palety, pchając w jej stronę kratownice na kółkach.
Biegła za szybko, pośliznęła się na brudnej podłodze, wpadła na śmietnik, uderzyła głową o metalową ścianę. Zatoczyła się, odzyskała równowagę i pobiegła dalej.
Klatka schodowa prowadziła w stronę światła i odgłosów ludzi.
Noc w K?dbyen, dzielnicy mięsa. Nikt tu nie przychodził, by kupić martwą krowę czy świeżą rybę. Przyszli na imprezę, a Lund z trudem przedzierała się między nimi, rozglądając się gorączkowo.
Młodzież i jej durna muzyka. Nieustępliwy kretyński rytm. Krzyczeli, gdy Lund rozlewała ich warte setki koron koktajle, milkli na widok zakrwawionej wściekłej kobiety, która, przepychając się, chwytała ich za eleganckie sukienki i dizajnerskie dżinsy.
Jest.
Postać daleko przed nią. Jedyna osoba w kapturze.
Lund pognała przez psychodeliczne fioletowe światło, oślepła na chwilę, odzyskała wzrok i zobaczyła, jak mężczyzna ucieka przez drzwi w głębi lokalu.
Nagi, wąski korytarz. Pusty i słabo oświetlony. Może biura. Zamknięte na noc.
Musiał być wyczerpany. Ona była.
Na końcu jedne drzwi. Otworzyła je i zimna wilgotna noc dmuchnęła jej w twarz.
Dach. Piętro wyżej. Gdzieś niedaleko zawodzenie syren.
I nic.
Nic.
Lund już miała się obrócić. Zobaczyła cień szybujący w powietrzu. Poczuła, że coś twardego boleśnie runęło jej na kark, a ona zatacza się w stronę krawędzi dachu i przelatuje przez nią, stopy skręcają, gdy wpada w pustą przestrzeń, leci jak kamień na jakiś plastikowy daszek.
Głowa jej szybuje w powietrzu, a myśli szaleją. Nie spadła na sam dół. Na pewno nie. Żyła, była przytomna, mogła myśleć. To musiała być inna część tej konstrukcji. Zepchnął ją tutaj, nie na ziemię, bo wtedy z pewnością by zginęła.
Leżała na daszku, z obróconą głową, krew ściekała jej do oczu. Nie mogła się ruszyć. Ledwie mogła oddychać.
Dźwięk. Kroki na stalowych stopniach. Powolne i rozważne. Coraz bliższe.
- Jeszcze nie - wyszeptała, pragnąc, by jej nieruchome członki się ocknęły.
Szalone wspomnienie. Jej matka na weselu. Głupie piosenki. Mark się śmieje, zachowuje się jak odpowiedzialny, uważny dorosły, którym ona nigdy nie była i nie będzie.
I tak cicho, że tylko ona to słyszała, szepnęła:
- Nie teraz.
Był tam i ona o tym wiedziała. Wiedziała też, że gdyby miała siłę, odwróciłaby się i spojrzała mu w twarz.
Kolejny dźwięk, zbyt znajomy. Zamek pistoletu samopowtarzalnego wsuwający pierwszy pocisk do komory.
Jedno ostatnie zdanie w jej głowie.
Chcę cię zobaczyć.
Ale nie miała siły, by to zrobić. Ani nie miała jak.
W tej chwili poruszać się mogły tylko jej oczy. Nie zamykała ich więc i patrzyła przed siebie. Na czarną kopenhaską noc, na jaskrawoczerwony neon Bosch restauracji na rogu.
Czekała.
Biura na Slotsholmen, w telewizji wieczorne wiadomości. Gumowa piłeczka raz za razem odbijająca się od ściany.
Mówili tylko o śmierci Monberga, o niczym więcej. Plough chodził po pokoju, z rozwiązanym krawatem wyglądał jak obłąkany. Karina snuła się z kąta w kąt z nieszczęśliwą miną, jakby też ponosiła odpowiedzialność za to, co się wydarzyło.
Buch znowu rzucił piłeczką, błędnie ocenił jej tor i patrzył, jak znika za kanapą.
Wyprowadził Karinę z błędu dość szybko. To on zasypał Monberga pytaniami. Nikt inny. A teraz wiadomości też o tym wiedziały. Donosiły, że niedługo przed samobójczą śmiercią odwiedził Monberga jego następca i doszło do konfrontacji.
Karina z podkasanymi rękawami i spoconym czołem podeszła do telewizora i go ściszyła.
- Premier zwołał spotkanie z Krabbem i Rossingiem. Pana nie zaproszono.
Buch podszedł do swojego biurka, wyciągnął drugą piłeczkę, odbił ją od ściany. W telewizji pokazywali zdjęcie Monberga. Kiedy jeszcze był ministrem. Przystojny, pewny siebie polityk. Ani trochę niepodobny do swojego następcy. Frode Monberg lubił wszystkim opowiadać, jak to jadał w najlepszych lokalach, w Nomie po drugiej stronie portu, w S?renie K, w Bibliotece Black Diamond, która stała nad wodami Slotsholmen. Thomas Buch najbardziej lubił usiąść niedaleko S?rena K, w ogrodzie przy Muzeum Żydowskim, blisko posągu Kierkegaarda, duńskiego filozofa, od którego restauracja wzięła swoją nazwę. Żadnych kosztownych potraw. Kanapka. Hot dog. Wtedy był szczęśliwy. Naprawdę byłby zadowolony, gdyby do wczesnej emerytury pozostał szeregowym politykiem.
Nagle jednak zadzwonił Grue Eriksen, w poprzedni poniedziałek, tak niedawno. I wszystko się zmieniło.
- Thomas! - zganiła go Karina tonem godnym matrony. - Mógłbyś przestać? Gdybyś nie przycisnął Monberga, on by się w życiu do niczego nie przyznał.
- Gdybym go nie przycisnął, ciągle by żył.
- Tego nie wiesz. Już raz próbował się zabić. Przed tobą był tam Flemming Rossing. Skąd wiesz, że to on czegoś nie powiedział?
Buch milczał.
- Jak mocno go pan przycisnął? - spytał Plough.
- Zrobił, co było konieczne - odparła Karina.
- Tego nie wiesz. - Plough nie ustępował. - Co się stało? Dokładnie?
Piłka poszybowała do ściany i wróciła. Gruby mężczyzna o twarzy morsa milczał.
- Ten bajzel to wina Monberga - upierała się Karina.
Plough ściągnął krawat i rzucił go na biurko. W jego wypadku był to akt buntu.
- Ty nie rozumiesz tej polityki. Tego, jak wszystko się ze sobą łączy.
- Rozumiem, że musimy się skupić na spotkaniu z Gruem Eriksenem!
Buch dalej rzucał piłeczką. Teraz równie gorąco jak oni nie cierpiał tego durnego nawyku. Ale trudno mu było przestać.
Zadzwonił telefon. Plough odebrał.
Karina podeszła do Bucha i stanęła obok niego.
- Z tego, co zrozumiałam, Krabbe i minister obrony przejmą odpowiedzialność za pakiet antyterrorystyczny. Całkowicie nas odsuną. Nigdy nie rozwiążemy tej sprawy. Będziesz zablokowany. Albo zwolniony. Thomas, do cholery! Możesz chociaż coś powiedzieć?!
Na komórkę zadzwoniła jego żona Marie. Nie miał serca odebrać.
- Zaczęło się spotkanie - przekazał Plough, rozłączając się. - Powinniśmy zaczekać i dowiedzieć się, co mają do powiedzenia.
Karina zgromiła go wzrokiem.
- Musimy to przerwać! Premier nie ma pojęcia o gierkach, które prowadzi Rossing.
W kącie szemrał telewizor. Znajomy głos. Buch zostawił piłeczkę i podkręcił głośność. To Rossing w eleganckim garniturze, w białej koszuli udzielał wywiadu na tle Ministerstwa Obrony przed spotkaniem z Gruem Eriksenem.
- Śmierć bliskiego kolegi bardzo mną wstrząsnęła - mówił z kamienną twarzą do kamery. - Frode był politykiem wielkiego formatu. Człowiekiem, który złożył Danii wielką osobistą ofiarę. A przede wszystkim był wspaniałym przyjacielem.
Buch zrobił głośniej, by znowu nie doszło do kłótni między Kariną a Plough.
- To wielka strata - ciągnął Rossing. - Zwłaszcza w takiej chwili, gdy nasz kraj stoi wobec poważnych problemów.
Fortel nie poskutkował. Plough znowu natarł na Karinę.
- Nie broń Monberga! - krzyknęła na niego. - On na to nie zasługuje.
- Chcę wiedzieć, co się stało - warknął tamten. - Powinniście byli to przewidzieć. Gdybyście wzięli pod uwagę...
- Co się stało?! - Walnęła pięścią w stół. - Stało się to, że ten cholerny tchórz się zabił, bo nie był w stanie ponieść konsekwencji swoich czynów. Dymisji. Wstydu. Nie zwalaj winy na mnie. Ani się waż zwalać ją na Bucha. Winę ponosi wyłącznie Monberg. - Wskazała telewizor. - I jeszcze Rossing. Jego odciski palców są wszędzie. Na miłość boską, Plough. Przepraszam, że uraziłam twoją purytańską wrażliwość, idąc do łóżka z tym człowiekiem. Teraz jest mi z tego powodu w dwójnasób przykro. Ale nie nadawaj temu większego znaczenia, niż miało dla mnie i dla niego. To się stało i już. Tak się czasami dzieje między ludźmi. Między takimi robotami jak ty może nie.
Blady urzędnik oniemiał. Zabrakło mu słów. W ogóle nie zareagował.
Buch odrzucił piłeczkę, wyłączył telewizor i powiedział do współpracowników:
- Zwołajcie konferencję prasową. Natychmiast.
- Konferencję prasową? - wykrztusił Plough. - Proszę powiedzieć, że to żart.
- Niech pan to zrobi i koniec - rozkazał minister.
Zasłony były zaciągnięte, żeby w pomieszczeniu panował mrok. Znajdowali się w nim tylko premier, Flemming Rossing i Erling Krabbe. Żaden urzędnik nie protokołował. Na stole nie leżały żadne długopisy ani notatniki.
- Prawda wygląda tak - zaczął Krabbe - że macie o wiele lepszych kandydatów niż Buch. On przede wszystkim nigdy nie powinien był zająć tego stanowiska.
- To uczciwy człowiek - zauważył Grue Eriksen. - Inteligentny i pracowity. Brakuje mu doświadczenia, ale... - Uśmiechnął się do szczupłego srogiego mężczyzny po drugiej stronie stołu. - Nikt z nas go nie ma, dopóki mu się takie rzeczy nie zdarzą.
- On się nie nadaje do tej pracy - nie ustępował Krabbe. - A teraz cała ta afera z Monbergiem. Dokąd to zmierza, u diabła?
- Proszę nie włączać w to Monberga - odparł Grue Eriksen. - Buch jest moim ministrem. Niech pan się od niego odczepi.
Krabbe się żachnął.
- Jeśli chce pan mojego wsparcia, musi mnie pan wysłuchać.
- Wysłuchamy - włączył się Rossing. - Już panu mówiłem, możemy w pakiecie antyterrorystycznym wprowadzić zmiany zgodne z życzeniami Partii Ludowej. Zakażemy działalności organizacji, które wskazujecie...
- Buch musi odejść - upierał się Krabbe.
- Może pan chociaż raz posłuchać? - warknął Grue Eriksen. - Ja decyduję o ministrach w tym rządzie, nie pan. Buch od razu został rzucony na głęboką wodę. Ze strony Monberga doszło do pewnych uchybień, o których nie wiedział ani Buch, ani nikt z nas.
- Jakich uchybień? - spytał Krabbe.
- Nie musi pan wiedzieć. Teraz on nie żyje...
Flemming Rossing zakasłał, zerknął na premiera i rzekł:
- Frode nie do końca panował nad sytuacją. I tak to zostawmy.
Krabbe w rozpaczy wyrzucił w górę swoje chude ramiona.
- Codziennie coś nowego. Kiedy to się skończy? Najpierw plotki. Jeden z waszych ministrów się zabija. Ten tłuścioch Buch miota się jak idiota...
Wszedł mężczyzna w szarym garniturze i szepnął coś do ucha Gruemu Eriksenowi.
- A teraz - marudny głos Krabbego niemal przeszedł w falset - jeszcze gadacie o jakiejś starej sprawie wojskowej. O co chodzi, do cholery? Zrobili to islamiści czy nie?
Grue Eriksen wstał i włączył telewizor.
- Dopnijmy ugodę w sprawie pakietu antyterrorystycznego - ciągnął Rossing. - Zamknijmy ten temat. Zbliży się pan do rządu. Może się pan od nas uczyć. Sprawy się unormują. Gwarantuję panu.
Leciały wiadomości, na pasku widniał napis: "Na żywo z Folketinget". Na ekranie pojawił się Buch, w niebieskiej koszuli rozpiętej pod szyją. Wyglądał na zmęczonego, ale zdecydowanego. Linia mikrofonów aż przesłaniała mu twarz.
- Musimy odpowiedzieć na bardzo ważne pytania - mówił. - Domagam się od ministra obrony sprawozdania dotyczącego sprawy wojskowej, która może być powiązana z ostatnimi morderstwami.
- Kurwa! - warknął Flemming Rossing.
- Wygląda na to - ciągnął Buch - że minister obrony zataił przed policją ważne informacje, by zatuszować własne zaniedbania. Mój poprzednik Frode Monberg przed śmiercią potwierdził moje podejrzenia. To wszystko, co w tej chwili mam do powiedzenia.
Z niewidocznych twarzy stojących przed nim ludzi wylała się rzeka pytań.
Grue Eriksen patrzył, jak improwizowana konferencja prasowa kończy się chaosem.
- To miał pan na myśli, mówiąc o unormowaniu? - odezwał się Erling Krabbe.
Madsen jechał w pierwszym radiowozie zdążającym do K?dbyen. Przedstawiał Brixowi sytuację, gdy szli przez nocny klub urażonych, zdumionych ludzi i dalej na dach.
- Lund goniła go przez magazyny, potem przez ten klub i tutaj - wyjaśnił. - Nawet nie miała broni. Głupia krowa.
Zatrzymali się przy metalowych stopniach prowadzących na poziom poniżej dachu.
- Prawdopodobnie schował się za drzwiami i przywalił jej, gdy wyszła.
Brix patrzył w dół.
- Gunnar Torpe coś powiedział? - spytał.
- Kiedy tam dojechaliśmy, był nieprzytomny. Mocno pocięty, tak jak pozostali. Nieśmiertelnikiem, sądząc na pierwszy rzut oka. - Madsen zerknął na tłumy klientów wypędzanych z budynku. - Zmarł w karetce, nie odzyskawszy przytomności.
Ekipa techniczna zbierała ślady ze schodków, szukała, robiła fotografie.
- Co powiedziała Lund?
- Nie widziała jego twarzy. Chciała, żebyśmy szukali nieśmiertelnika należącego do żołnierza, którego ekshumowała. Zaginął. - Madsen wzruszył ramionami. - Mnie się to wydaje chore.
- Jak zwykle. Jak ona się czuje?
- Nie wiem, jak się czuje, ale na pewno jest uparta.
Przełożony zgromił go wzrokiem.
- Jest nie do zdarcia. Chciała sama iść do karetki. Myślę, że nosze są... poniżej jej godności. - Madsen podrapał się po głowie. - Miała jakiś szalony pomysł, że ten facet mógł ją zastrzelić, ale zmienił zdanie.
To Brixa zainteresowało.
- Wątpię w to - ciągnął Madsen. - Wtedy już ludzie wychodzili z klubu. Zrozumieli, że coś się dzieje. On po prostu zwiał.
- A zaginiony nieśmiertelnik M?llera?
Madsen wytrzeszczył oczy na szefa.
- Co z nim? Mamy kolejne morderstwo. Mamy policjantkę, która omal nie zginęła.
- Przyjrzyj się temu, dobra? - rozkazał Brix.
Na podwórko w dole wjechał czarny samochód, błyskając niebieskim światłem. W chwili gdy stanął, z drzwi od strony kierowcy wyłonił się Strange.
- Gdzie Lund?! - krzyknął.
- W drodze ze szpitala do Politig?rden - odkrzyknął Brix.
- Nic jej nie jest?
- Nic - potwierdził Brix. - Jest w szoku, ale...
Strange nie słuchał. Wsiadł za kierownicę, gwałtownie skręcił na mokrym betonie i zniknął.
Brix popatrzył za nim i kiwnął na Madsena, by kontynuował prace.
Sam zadzwonił do Ruth Hedeby.
- Musimy pogadać - oznajmił.
Pół godziny na oddziale, a potem z powrotem do pokoju przesłuchań na komendzie. Rana nad prawym okiem. Siniaki. Ciężka głowa. Pytania. Mnóstwo pytań, a młody śledczy, który z nią siedział, nie wpadł na pomysł, by którekolwiek z nich zadać.
- Na pewno nie widziałaś jego twarzy?
Westchnęła.
- Gdybym widziała, powiedziałabym ci chyba, co?
- Musiało być w nim coś charakterystycznego. Sposób ubrania...
- Czarna kurtka z kapturem. Nie masz lepszego zestawu pytań?
- Uczyłem się od ciebie, Lund! - krzyknął trochę urażony.
Spojrzała na niego. Był to słuchacz szkoły policyjnej, którego uczyła przed paru laty.
- Zawsze mówiłaś, żeby w kółko pytać.
- Mówiłam - przyznała - i masz pytać. Ale czasami nie ma nic do powiedzenia.
- Uczyłaś mnie - dodał, wymierzając w nią oskarżycielski palec - że mam być częścią zespołu.
Kiwnęła głową.
- Jesteś.
- A ty nie?
Zanim zdążyła coś odpowiedzieć, drzwi się otworzyły i szybkim krokiem wszedł Strange. Blady i chyba zmartwiony.
- Nic ci nie jest?
Lund wstała. Sięgnęła ręką do rany nad okiem.
- Nie.
Strange ruchem głowy dał znak policjantowi, który od razu wyszedł. Lund wróciła na krzesło, cicho przeklinając siniaki i ból.
- OK - oznajmił Ulrik Strange. - Nie powinnaś tu być. Odwiozę cię do domu. Mam do kogoś zadzwonić?
Upiła łyk ciepławej kawy, którą jej przyniesiono.
- Nie. Nie jadę do domu.
- Na miłość boską! Przestaniesz zgrywać bohaterkę?
- Nie zgrywam! Moja matka wyszła za mąż. Niektórzy goście weselni nocują w jej mieszkaniu. Nie chcę, żeby widzieli mnie w tym stanie. - Położyła głowę na stole i zamknęła oczy. - Prześpię się tu w którymś pokoju. Skołuj mi łóżko. Możesz mi znaleźć celę. Dla mnie to nie pierwszyzna.
- Jesteś strasznie upierdliwa. - Wstał. Delikatnie położył dłoń na jej ramieniu. - Chodź, jedziemy.
Z głową na stole, uchylonymi powiekami, spojrzała na niego spode łba.
- Jak dzieci tak ze mną pogrywają, przerzucam je przez ramię - ciągnął Strange. - Nie próbuj. Nie wygrasz.
- Spać mi się chce - wyszeptała.
- Nie zostaniesz w tym cholernym miejscu. Choćbym miał cię stąd wynieść.
Lund ani drgnęła.
Pochylił się i szeptał jej do ucha. Jego oddech był ciepły i pachniał lukrecją.
- Choćbym miał cię wynieść - powtórzył.
Zanim Brix dotarł na komendę, Madsen skontaktował się z matką M?llera. Jeden z mundurowych zostawił mu wiadomość na biurku: ktoś wykorzystywał tożsamość jej syna.
- A także... - ciągnął Madsen.
Ruth Hedeby szła korytarzem naprzeciwko i wyglądało na to, że próbowała go uniknąć.
- Później - rzucił Brix i podążył za nią. - Ruth - powiedział, gdy dotarli do jej gabinetu.
Odwróciła się i wycelowała palec w jego twarz.
- Co, do cholery, Lund robiła w kościele? Jeśli się dowiem, że za moimi plecami...
- Nie miałem pojęcia, że ona tam jest. Zawiadomiła Strangego. Chciała, żeby tam przyjechał, a on był w Helsing?r...
- Ta kobieta to jedno wielkie utrapienie. - Odeszła do swojego biurka.
Brix chwycił ją za ramię.
- Lund jako jedyna od początku widzi to, co trzeba. Te morderstwa nie mają nic wspólnego z terroryzmem. Musimy tu ściągnąć Königa i wycisnąć z niego, co naprawdę wie.
Usiadła. Brix zajął miejsce naprzeciwko niej.
- Musimy zacząć od nowa...
- König ma własne problemy - przerwała mu. - Dzisiaj wieczorem minister sprawiedliwości zwołał konferencję prasową. Rzuca oskarżenia na ministra obrony i domaga się, by PET je zbadała. Tymczasem Raben zaparkował przed salą w ?sterbro, gdzie kadeci z Ryvangen mają bal. Czujesz się w tym wszystkim jak widz?
- Ruth...
- PET zdecyduje, co robić. My tylko siedzimy, słuchamy i przyjmujemy rozkazy. - Jej ostre, ciemne oczy nie odrywały się od niego. - To dotyczy ciebie. I mnie. I Lund też. - Wstała, przysunęła się do drzwi.
- Nie możemy tak dalej.
To ją rozdrażniło.
- Jest wyraźne rozgraniczenie, Lennart. Pomiędzy pracą a przyjemnością. Uzgodniliśmy to na samym początku. Nie udawaj, że jest inaczej.
- Nie to miałem na myśli.
- A co?
- Jeśli mi już nie ufasz... - zawahał się, upewnił, że go rozumie. - Po tym wszystkim, co razem zrobiliśmy...
Ruth Hedeby rozdziawiła usta. Wyglądała młodziej. Sprawiała wrażenie bezbronnej i Brix po części wiedział, że nie powinien posuwać się do takich sztuczek.
- W takim razie - dodał - po co to?
- Jak możesz to wykorzystywać przeciwko mnie?
- Nie wykorzystuję. - Położył nogi na jej biurku, rozsiadł się wygodnie i udał, że ziewa. - Mogę obejść Königa. Nie musimy tu siedzieć jak pieski pokojowe i czekać na smycz.
- Słuchaj...
- Przez Königa biegamy po całej Danii, ścigając imigrantów, którzy nie mają pojęcia o tych morderstwach. Co nim kieruje oprócz niekompetencji? Czy on ma jakiś powód? Nie proszę cię, byś zachowała się niewłaściwie. Domagam się, byś wykonywała swoje obowiązki. Byśmy my je wykonywali.
Wahała się. Rozdarta.
- Chcę, by Lund wróciła i miała wolną rękę - powiedział.
- Jesteś łajdakiem.
Uśmiechnął się.
- Czasami. Ale nie w tej chwili. Pastwią się nad nami. Wiem, że tobie się to nie podoba równie mocno jak mnie. Więc...
- Daj mi pomyśleć.
- Ruth...
- Dość. Masz chyba robotę, co?
Bal kadetów odbywał się w pomalowanej na biało sali nieopodal twierdzy Kastellet, nad wodą. Światła we wszystkich oknach, kwartet smyczkowy, młodzi mężczyźni w eleganckich mundurach, z partnerkami u boku.
Torsten Jarnvig miał niespodziewanego gościa: Jana Arilda. Kiedyś jak on był porucznikiem w J?gerkorpset w Aalborgu, teraz generałem w kwaterze głównej. Niski, przysadzisty mężczyzna o chytrej twarzy, kilka lat starszy od Jarnviga. Ze swoimi delikatnymi rudymi włosami, rumianą cerą i ostrymi rysami już wtedy zasłużył sobie na przydomek Lis. Zdaniem Jarnviga - trafny. Służyli razem, niekiedy w trudnych czasach. Arild był twardy. Teraz nadzwyczaj ważny, w galowym mundurze pokrytym baretkami odznaczeń. To jemu podlegały koszary Ryvangen. Należało zabiegać o jego względy. I nigdy nie należało nazywać go Lisem.
Torsten Jarnvig uśmiechał się więc i udawał, że bawią go kiepskie dowcipy generała. Nie narzekał, gdy ten palił przy stole, chociaż nie było to akceptowane. Nie wspominał o jego fatalnych manierach, gdy wulgarnie gwizdał i rzucał grubiańskie uwagi o przechodzących kobietach.
Patrzył tylko na swoją córkę i podnosił brew. Chciał, żeby wiedziała, że on też czuje się tym urażony. Chciał, żeby wiedziała, że to jeden z ciężarów bycia pułkownikiem w Ryvangen.
- Mógłbym ci opowiedzieć niejedną historyjkę o mnie i twoim staruszku - powiedział Arild, szturchając łokciem Louise. Nie zauważył, że się od niego odsunęła. - W jakich to zakazanych miejscach bywaliśmy. I jak robiliśmy rzeczy, o których w Genewie nie chcieliby słyszeć...
- Janie... - zaczął Jarnvig.
- Patrzcie no! Ciągle jestem Jan. - Pochylił się do przodu. - Tutaj to akurat niewskazane, sam rozumiesz.
- Panie generale - poprawił się Jarnvig z westchnieniem.
- O niektórych rzeczach nigdy się nie mówi - powtórzył Arild. - Tak to jest w wojsku.
Arild podziwiał pary na parkiecie. Gwizdnął przeciągle na widok kobiety w wydekoltowanej czerwonej sukni.
- Rozumiem, że jedyny ocalały człowiek tego twojego zbuntowanego oddziału to twój zięć - powiedział, ciągle taksując wzrokiem tancerkę. Zdusił papierosa w wędzonym łososiu na swoim talerzu i zerknął na Louise. - Poza służbą szeregowcy i oficerowie powinni się trzymać osobno. Oni znają swoje miejsce, my znamy swoje. Zdaniem policji o co mu chodzi?
- Naprawdę niewiele wiem na ten temat - odparł Jarnvig. - Mamy ważniejsze rzeczy na głowie. Jak tam... sezon łowiecki?
Arild skrzywił się niezadowolony.
- Nie mam na to czasu. Skoro Raben zaatakował pastora, musiał zupełnie zwariować, nie sądzisz? Szaleniec.
Louise wpatrywała się w niego strasznym wzrokiem.
- Co? - spytał generał. - Powiedziałem coś nie tak?
Już miała się odezwać, gdy przy ich stole stanął S?gaard. Na twarzy Arilda rozkwitł pogodny uśmiech. Wstał i z werwą uścisnął dłoń blond oficera.
- Major Christian S?gaard! - krzyknął. - Oto przyszłość.
- Mam nadzieję - wtrąciła się Louise. - Major S?gaard miał mnie poprosić do tańca. - Wstała, wzięła S?gaarda pod ramię i trochę go zaciągnęła, a trochę wypchnęła na parkiet.
Arild zerknął niepocieszony na Jarnviga.
- Ognista młoda kobieta. Myślisz, że tak samo by się czuła, gdyby wiedziała o naszych małych gierkach sprzed lat?
- Robiłem, co mi kazano, i ty też.
- Człowiek powinien znać swoją powinność - zgodził się Arild i zapalił kolejnego papierosa. - Jeszcze lepiej, gdyby nie trzeba mu było mówić, co ma robić. PET ma zgarnąć tego twojego buntownika. Śledzą go od jakiegoś czasu. - Postukał się po wąskim nosie. - To poufne. Zatrzymaj to dla siebie.
- Na co czekają?
- Mają nadzieję, że złapią zabójców, oczywiście. Jeśli on jest na tyle głupi, że PET go wyśledziła, to dlaczego miałaby z tym mieć problem banda muzułmanów?
Zadzwonił telefon Jarnviga. Muzyka grała za głośno. Pułkownik opuścił salę, przeszedł kawałek korytarzem, aż znalazł puste pomieszczenie. Białe ściany, połyskujący żyrandol ze szkła Murano.
Dzwonił Bilal, który pełnił służbę. Zamordowano Gunnara Torpego. Napadnięto policjantkę.
Jarnvig oparł się o ścianę i zamknął oczy.
- Co ci powiedziała policja?
- Niewiele.
- Zostaw to mnie. - Wsadził telefon do kieszeni i zaczął się zastanawiać, co robić.
Gdy podniósł wzrok, tuż przy zasłonach dostrzegł Jensa Petersa Rabena. Zięć wyglądał paskudnie, jak bezdomny. W lewej ręce trzymał pistolet skierowany lufą w dół.
- Rób, co każę. Powiedz prawdę - rozkazał. - To wszystko, o co proszę. Potem możesz wrócić na bal i znowu wepchnąć moją żonę w ramiona S?gaarda.
- Jak się tu dostałeś, do cholery?
- Tak, jak mnie uczono. Wasza ochrona jest do dupy.
- Właśnie się dowiedziałem, że Gunnar Torpe nie żyje. Dzisiaj wieczorem go znaleziono. Został zamordowany. I ktoś napadł na tę policjantkę Lund.
Jarnvig mu się przyglądał. Umiał oceniać stan żołnierza. Widział, kiedy jest przerażony i kłamie. Wiedział, kiedy jest tylko przerażony.
- To nie ja - powiedział Raben.
- Może nie. Wiem, że nie ty to zacząłeś, ale na miłość boską, nie pomagasz ani Louise, ani sobie.
- Pozostaję przy życiu - odwarknął tamten. - I tylko mnie się to udało. Muszę zajrzeć do akt.
- To bal kadetów. - Jarnvig rozłożył szeroko ramiona. - Teraz archiwa trzymają w Holmen, w kadrach.
- Muszę...
- PET wie, że tu jesteś. Cały czas cię śledzą.
- Bzdura.
- Nie, to prawda - nalegał Jarnvig. - Nie zwijają cię, bo mają nadzieję, że wyciągniesz terrorystów z ukrycia.
- Jakich terrorystów? Nie wierzysz...
- Wyświadcz wszystkim przysługę i się poddaj.
- Potrzebne mi te akta.
- Czy ty mnie słuchasz? PET tu jest. Wiedzą, że wszedłeś do środka. Jeśli dotarłeś tak daleko, to dlatego, że oni ci na to pozwolili. Choć raz wykaż się rozsądkiem.
Raben sprawdził broń, magazynek.
- Och, na miłość boską - krzyknął Jarnvig. - Nie pogarszaj sytuacji. Pójdę z tobą. Mogę się za tobą ująć...
- Ująć się za mną? - krzyknął Raben, a pistolet poderwał się odrobinę w górę.
- Jeśli dasz mi szansę.
- Taką szansę, jaką ja miałem?
Niechlujny mężczyzna z niechlujną brodą, w niechlujnym ubraniu, z niechlujnymi włosami wydawał się daleki od nieskalanego żołnierza, który prowadził Louise przez kościół. Tamtego dnia Torsten Jarnvig był dumny, nawet jeśli miał złe przeczucia.
- Jechałem do domu - powiedział Raben cicho, z goryczą. - Zostały mi dwa tygodnie do końca służby. Potem miałem być z powrotem z Louise i z małym Jonasem. Już nie w wojsku. Nowe życie, nowy dom. A teraz... - Pistolet drżał w jego palcach. - Mam za sobą dwa lata piekła, które się nigdy nie skończy, prawda? Wtedy mogłeś dać mi szansę. Mogłeś przeprowadzić dochodzenie w sprawie Perka...
- Nie było żadnego Perka, Jens. Wszystko zniszczyłeś. Siebie, Louise i Jonasa.
- Powiedziałem prawdę! Kapelan też to wiedział. Dlaczego miałby kłamać? Albo pozostali? Próbowałem go powstrzymać.
- Kogo?
- Perka! Miał na ramieniu tatuaż szkoły oficerskiej. - Wolną ręką Raben postukał się w głowę. - Widzę go jeszcze teraz.
- Mówiłeś, że człowiek, którego zaatakowałeś na początku, to Perk...
- Wiem, co się stało! Wiem, co widziałem. - Patrzył na Jarnviga płonącymi oczyma. - Byłeś moim dowódcą. Powinieneś mi uwierzyć. Mnie, nie PET. Czy komukolwiek, kto opowiadał jakieś bajeczki. Do diabła z... - Podszedł do drzwi.
- Czekaj.
Raben już trzymał dłoń na klamce.
- Szukają cię, Jens, mówiłem. Wyjdź tędy. - Wskazał boczne wyjście. - Tam jest korytarz, który prowadzi do ogrodu. I pochyl się.
Mężczyzna w brudnym ubraniu wpatrywał się w niego szeroko otwartymi oczyma.
- Zrób to, co mówię, dobra? - prosił Jarnvig.
Raben wyszedł, powłócząc nogami. Torsten Jarnvig drżącymi palcami zapalił papierosa, spojrzał na swoje odbicie w lustrze i się zaciągnął.
Nagle wszedł mężczyzna. Ciemny garnitur. Słuchawka w uchu. PET. Na pewno. Za nim szedł Said Bilal.
- Toalety są na końcu korytarza - wskazał Jarnvig. - Bilal, pokaż panu drogę.
Mężczyzna otaksował pułkownika wzrokiem, popatrzył dokoła, na zasłony, na pokój i wyszedł.
Torsten Jarnvig dopalił papierosa i wrócił na bal.
Jan Arild siedział sam, wściekły, a jego lisia twarz błyszczała od gorzały i gniewu.
- Długa rozmowa - rzekł. - Coś nowego?
- Nie - odparł Jarnvig. - To sprawy osobiste.
Arild skrzyżował ramiona i przyglądał się, jak Louise tańczy z Christianem S?gaardem.
- No, to jest para jak się patrzy - powiedział.
Thomas Buch znał już aż za dobrze labirynt korytarzy prowadzących z jego biura naprzeciwko splecionych smoków do gabinetu Gruego Eriksena. Kiedy więc został wezwany, zrezygnował z przyzwyczajenia, wziął płaszcz, wyszedł na zewnątrz, obszedł własne ministerstwo po niewielkim placu, gdzie jadał kanapki przy pomniku S?rena Kierkegaarda, i przez zimną wilgotną noc spokojnym krokiem podążył do pałacu Christiansborg.
Po drodze zadzwonił do domu. Pobrali się z Marie, gdy mieli po dziewiętnaście lat, a on pracował jeszcze w gospodarstwie, ucząc się fachu. Wydawało się, że będą razem na zawsze, ale tej nocy, w lodowatej kopenhaskiej mżawce, ona wydała mu się daleka. Nie znosiła miasta, hałasu, rwetesu. On już tego nie zauważał. Były inne, ważniejsze sprawy. Rozmowa zrobiła się trudna i banalna, na co Marie nie zasługiwała. W pewien sposób ją porzucił, a przez pilne pytania, które Monberg poukrywał w swoich dokumentach, Thomas Buch nie miał nawet czasu na żal.
Połączenie dobiegło końca przed okazałą fasadą pałacu. Buch wszedł i ruszył na górę. Premier nie wyglądał na szczególnie wściekłego. Ale był wściekły.
- Nie miałem wyboru - powiedział Buch, zajmując miejsce naprzeciwko srebrnowłosego mężczyzny za wielkim lśniącym biurkiem, skąd przewodził narodowi. - Chciałem zapobiec...
- Zamilknij, Thomasie, i posłuchaj mnie przez chwilę. - Grue Eriksen opadł na oparcie i złączył dłonie. - Nie wahałem się, gdy wyznaczałem cię na ten urząd. Nic w twojej przeszłości nie sugerowało, że będziesz na tyle nierozważny, by własnemu rządowi wbijać nóż w plecy.
- Nie wysłuchał mnie pan... - zaczął Buch.
- Bez mojej wiedzy zwołałeś konferencję prasową. Jednego ze swoich kolegów oskarżyłeś o czyny przestępcze. Tych oskarżeń nie można wycofać...
Buch pokręcił energicznie głową.
- Nie chcę ich wycofywać. Fakty...
- Pracuję z Rossingiem, odkąd wszedł do polityki. Znam go. Ufam mu.
- Proszę więc pozwolić mi na zadanie mu kilku pytań przed Komitetem do spraw Bezpieczeństwa. Tylko tyle.
- Przyparłeś mnie do muru, prawda?
- Musimy wyjaśnić tę sprawę! To ważne.
Premier, rozparty na swoim krześle, zaklął pod nosem.
- A ja myślałem, że wynoszę na męża stanu prostego chłopaka ze wsi. Uczysz się zadziwiająco szybko. I opanowałeś kilka sztuczek, których ja nie znam. Jesteś świadomy, co rozpętałeś?
- Proszę mi powiedzieć - odparł Buch żałośnie.
- Polowanie na czarownice, które teraz będę zmuszony rozegrać publicznie. Jeśli coś jest nie porządku, trzeba to wydobyć na światło dzienne. Na widok publiczny, bez względu na koszty.
- Mnie właśnie chodzi o jawność.
- Ale to są tylko plotki i spekulacje - dodał Grue Eriksen tonem zimnym i nienawistnym, z podniesionym palcem i płonącymi oczyma. - Odeślę cię do Jutlandii, żebyś przez resztę życia sprzątał krowie placki. - Premier zerknął na zegarek. - Możesz odejść.
W biurze Plough i Karina rozprawiali się z najnowszymi informacjami z Politig?rden.
- Ciężko rannego pastora znaleźli w jego kościele w Vesterbro - powiedział Plough. Krawat zniknął, marynarka też
Zmienia się, pomyślał Buch. Może oni wszyscy się zmieniali.
- Gunnar Torpe - relacjonował Plough. - Umarł w karetce. Były kapelan przydzielony do żołnierzy z Ryvangen. Służył w Helmand w tym samym czasie co Raben. To znaczy, że mamy już pięć ofiar. Sześć, jeśli doliczyć Monberga.
- Monberg zabił się sam - warknął Buch. - Portier w szpitalu widział, jak skakał. Pastor miał nieśmiertelnik?
- Tak. - Karina siedziała na skraju biurka Bucha. Ubrana była w dżinsy i zwyczajną bluzkę. Wyglądała na zmęczoną. I po raz pierwszy była trochę rozczochrana. - Wszystko wskazuje na to, że Lund przeszkodziła mordercy.
Buch zmrużył oczy.
- Ta kobieta, z którą spotkaliśmy się na weselu?
- Tak. Pastor był na misji z batalionem ?gir. Znał pierwszą ofiarę, Dragsholm. Odwiedziła go. Może wszystkie ofiary wiedziały, co się stało w Afganistanie.
Plough energicznie pokręcił głową.
- Wiemy, co się stało. Nic. Wojsko badało sprawę. Przeprowadzono oficjalne dochodzenie. Ustalono, że wersja Rabena to nonsens. Że chciał zrzucić na kogoś swoją winę. - Położył raport przed Buchem. - Niech pan sam to przeczyta. Nic nie wskazuje na zabójstwo cywilów.
- Czasami pewne sprawy się tuszuje, prawda? - spytał Buch. - Jeśli doszło do zbrodni wojennych, to dobry powód do ukrycia prawdy.
Plough szarpnął za swoją rozpiętą koszulę, jakby ciężko mu było podjąć decyzję.
- W Ministerstwie Obrony musi być ktoś, kto chowa urazę do Rossinga. - Spojrzał na Karinę. - Przychodzi ci do głowy ktoś, kogo by ostatnio zwolnił?
Zaskoczony Buch uśmiechnął się szeroko.
- I o to chodzi! - rzekł.
- No właśnie nie wiem. - Plough chyba poczuł się urażony. - To małostkowe i niegodziwe.
- Musimy wyciągnąć z policji wszystko, czego oni się dowiedzieli o tym oficerze - dodał Buch.
Karina zmarszczyła brwi.
- To niełatwe. Lund odsunięto od sprawy, teraz prowadzi ją PET.
- A co oni mówią?
- Oni ciągle sprawdzają to, co im powiedzieliśmy o Monbergu. König uważa, że to nie ma związku z dochodzeniem. Ich zdaniem... - Nie miała chęci tego mówić.
- Ich zdaniem rozwiążemy tę sprawę, zamykając każdego muzułmanina, jakiego zdołamy znaleźć? - spytał Buch.
- Mniej więcej.
- I te błazny prowadzą show? Bo Lund zwolniono?
- König jest bardzo doświadczonym funkcjonariuszem - zauważył Plough ostrożnie. - Jest bardzo...
- Bardzo co?
- Bardzo ustosunkowany.
- Chyba musimy podzwonić - orzekł Thomas Buch, wskazując telefony. - Bierzmy się do roboty.
Trzydzieści minut później Erik König znowu siedział w pokoju przesłuchań w Politig?rden. Brix miał wrażenie, że wypada to trochę oficjalnie, i bardzo mu się to podobało.
- Nie sądzisz, że to dziwne, że nigdy nie znaleziono nieśmiertelnika M?llera? - spytał.
König się roześmiał.
- Nie bardzo. Tego człowieka rozerwało na kawałki. Jak sądzisz, ile mogli tych kawałków zebrać?
- Od wielu dni każesz nam ścigać islamistów, Eriku. Po całym kraju. Ale nic, absolutnie nic nie wskazuje na to, by za tymi zabójstwami stali fundamentaliści.
- Tylko wideo i materiały, które znaleźliśmy u Kodmaniego.
- Brat w Wierze mu je podrzucił. A nie mamy pojęcia, kim on jest.
- Spekulacje...
- Dlaczego nie sprawdzamy wojska i batalionu ?gir? - spytał Brix. - Czy oni mają jakiś immunitet?
- Przestań. Nie odpowiem ci. PET nigdy nie odpowiada na pytania.
- Chcę, żeby Raben trafił tu na przesłuchanie. Jeśli wiecie, gdzie on jest, sprowadźcie go tu natychmiast.
Człowiek z PET zdjął dizajnerskie okulary bez oprawek, starannie wyczyścił je chusteczką i na powrót założył.
- To nie jest możliwe. Wymknął się nam.
- Zgubiliście go?! - ryknął Brix. - Gdybyś był moim podwładnym...
- Nie jestem. Szukamy go. I znajdziemy. A wtedy... - König rozsiadł się na twardym krześle w pokoju przesłuchań - ...dam ci znać.
Brix w desperacji wyrzucił ręce w powietrze.
- Lennart... - König pochylił się nad stołem i spojrzał Brixowi w twarz. - Naprawdę sądzisz, że gdybym wiedział, że w tych koszarach jest coś do ukrycia, tobym tu siedział i cię okłamywał?
Brix nie odpowiedział. Weszła Hedeby.
- Właśnie odebrałam telefon z Ministerstwa Sprawiedliwości - oznajmiła. - Monberg przyznał się Buchowi, że znał pierwszą ofiarę, Anne Dragsholm. Ona znalazła oficera, o którym mówił Raben. Tego odpowiedzialnego za masakrę. Domagają się przeprowadzenia wnikliwego dochodzenia. My mamy je przeprowadzić. - Usiadła obok Königa, bardzo blisko, i zajrzała w jego szare obojętne oczy. - My - powtórzyła. - A jeśli ktoś próbowałby nam przeszkodzić, mamy ich powiadomić.
- Doprawdy? - Człowiek z PET wstał, włożył płaszcz i wyszedł.
Ruth Hedeby w milczeniu odprowadziła go wzrokiem. To wymagało odwagi, pomyślał Brix.
- Dzięki - powiedział.
- Nie dziękuj mnie, tylko ministrowi. Na PET są jeszcze bardziej wkurzeni niż na nas.
- Jest kwestia obsady...
- Nie chcę powrotu Lund. Stąpamy po cienkim lodzie. Odpowiedź brzmi: nie.
Znowu zadzwonił jej telefon. Zerknęła na numer.
- Cholera! Czy ci ludzie w ministerstwie w ogóle nie sypiają?
Brix patrzył, jak Hedeby odbiera telefon, obserwował wyraz jej twarzy.
- Panie ministrze - odparła spokojnie - nie jest przyjęte, żeby politycy ingerowali w sprawy personalne Politig?rden.
Odpowiedź była tak głośna i wściekła, że Ruth Hedeby musiała odsunąć telefon od ucha.
- Zobaczę, co da się zrobić - rzuciła na koniec.
Brix siadł i czekał. Ponieważ ona milczała, zagaił:
- Czyli powiedziałaś im, że Lund nie wraca?
- Nie - odparła wyniośle. - Ale oni i tak się dowiedzieli. - Zgromiła go wzrokiem. - Ciekawe jak.
Zerknął na zegarek.
- Nie mam pojęcia - rzekł. - Jadę do domu. Rano możemy wszystko podsumować.
- Lennart!
Zatrzymał się przed drzwiami.
- Na miłość boską, pilnuj jej tym razem. Jeśli możesz. Ona mnie śmiertelnie przeraża.
- Zawiadomię ją.
- Nie. - Hedeby wstała i owinęła się płaszczem. - Nie musisz.
Lund nie protestowała, gdy Strange zawiózł ją do swojego mieszkania. Ostatnia rzecz, na którą miała ochotę, to wpaść na bandę szczęśliwych, pijanych gości weselnych.
Mieszkanie było skąpo umeblowane, w sposób ulubiony przez duńskich kawalerów. Dwie sypialnie, przy czym jedna z dwoma pojedynczymi łóżkami - dla dzieci, gdy odwiedzały tatę.
Siedli obok siebie na niskiej kanapie, naprzeciwko jednego z tych gigantycznych telewizorów, których Lund tak szczerze nie znosiła. Strange podał jej menu pizzerii za rogiem.
- Trzydzieści osiem - zdecydowała.
On już do nich dzwonił.
- Poprosimy trzydzieści osiem - mówił spokojnym, sympatycznym głosem.
- Z dodatkowym serem - dorzuciła.
Westchnął.
- Z dodatkowym serem. Dla mnie to samo. Bez sera.
W szpitalu dali jej coś do przemywania rany. Wylewała właśnie ten płyn na kawałek gazy.
- Jak tam głowa? - spytał.
- Wzięłam jakieś proszki. - Próbowała przyłożyć gazik do rany, ale nie trafiła.
- Ja to zrobię - zaproponował Strange i chciał zabrać od niej gazę.
- Nie jestem inwalidką.
- Ale nie widzisz, co robisz. To takie trudne przyjąć czyjąś pomoc?
Dała sobie pomóc i siedziała jak dziecko, gdy on odgarnął jej włosy i spojrzał z troską na jej twarz.
- Nie najgorzej to wygląda. Nawet nie będziesz miała blizny.
- Cudownie.
- Jesteś twardą babą.
- Dziękuję za komplement.
Dotknął rany gazikiem. Lund gwałtownie wciągnęła powietrze.
- Wiem. Szczypie.
- Co ja tu robię? Powinnam zostać w Politig?rden.
- Mogłabyś też pójść do hostelu. - Rozejrzał się po pokoju. - Ale nie jest najgorzej, co? Na podłodze nie leży brudna bielizna. Ani świerszczyki. A nie spodziewałem się ciebie. Daj spokój.
Na niskim stoliku przy kanapie stało zdjęcie. Czarno-białe i stare. Wysoki, wyprostowany mężczyzna w mundurze.
- Twój ojciec był żołnierzem?
Twarz mu spochmurniała, a Lund nie miała pojęcia dlaczego.
- W mojej rodzinie jest pełno mundurów. Większość wojskowych, ale nie tylko. To mój dziadek. Był policjantem. To stary mundur. Nie mówiłem ci?
- Nie.
- No więc był policjantem. Pracował w Politig?rden w czasie wojny. - Strange znieruchomiał i spojrzał na Lund. - Działał w Ruchu Oporu. Niemcy się dowiedzieli. Ktoś doniósł na niego, jakiś stikke. Ojciec mówił, że dziadek zginął razem z innymi bohaterami w Mindelunden. Pewnie przywiązany do tamtych słupów. Nie wiem, dlaczego trzymam akurat tę fotografię. To było tak dawno. Teraz i tak dzieje się tyle złego, że nie ma co myśleć o przeszłości.
Odsunęła się od niego, wzięła do ręki kolejne zdjęcie mężczyzny w mundurze, tym razem wojskowym, też stare, choć nie tak jak tamto.
- To twój ojciec? Wygląda jak ty.
- Widzisz sama, żołnierze. Mamy to we krwi. Naszym przeznaczeniem jest służba. - Roześmiał się i w tej chwili wyglądał bezbronnie. - Nie jestem taki jak ty. Najlepiej się sprawdzam, kiedy pracuję w zespole i ktoś mi mówi, co mam robić. Pewnie odziedziczyłem to...
- Co się z nim stało? Z twoim ojcem?
Strange spojrzał na nią zdumiony.
- A kto mówi, że coś się z nim stało?
- To stare zdjęcie. Gdyby nic mu się nie stało, miałbyś nowsze.
- Dobry Boże. Ty nigdy nie przestajesz pracować?
- Właściwie nie. Jeśli nie chcesz mi powiedzieć...
- Wystąpił z wojska. Mama suszyła mu głowę, żeby to zrobił. Z odprawy opłacił franczyzę, żeby otworzyć agencję jakieś durnej ubezpieczalni. To się nie mogło udać. Pamiętasz, co mówiłem? Naszym przeznaczeniem jest służba. Nie smycz.
Na jego twarzy pojawiło się coś takiego, że Lund pożałowała swojego pytania.
- Nie wiedzieliśmy, że pije. Nie jestem nawet pewien, czy to miało jakieś znaczenie. Miałem dopiero dziewiętnaście lat. Tamtego lata pracowałem w Politig?rden. Kiedy sądziłem, że mundur policyjny to coś dla mnie.
- Długo będziemy czekać na pizzę?
Spojrzał na nią niechętnie.
- Sama pytałaś. Teraz musisz mnie wysłuchać. Choćby przez grzeczność.
- Strange...
- Któregoś dnia przyszedłem do domu i coś tam robiłem w garażu. Pamiętam, że najpierw zobaczyłem buty.
- Przykro mi. Nie powinnam się była odzywać.
Strange podrapał się po zarośniętym policzku.
- Nie możesz się powstrzymać. Poza tym czemu nie? Skąd miałaś wiedzieć? Znienawidziłem go za to. Na całe lata. Potem, gdy zacząłem się zastanawiać nad wystąpieniem z wojska, żona zaczęła napomykać o tym samym. Pewnie się domyślasz. Otwórz swoją firmę. Zajmij się zarządzaniem. Bądź własnym szefem. - Przytknął gazik do jej twarzy i znowu musnął ranę. - To mi wystarczyło, żeby się z powrotem zaciągnąć. Wiem, kim jestem. Lubię, kiedy mi się mówi, co mam robić. Ty. Brix. To mi odpowiada. Jesteś ode mnie mądrzejsza i wiem o tym.
- Nigdy tego nie powiedziałam.
Roześmiał się.
- A myślisz, że musisz? W twojej twarzy można czytać jak w otwartej książce.
- Mam twarz jak piłka futbolowa.
- I tak miło na nią popatrzeć.
Dużo czasu minęło, odkąd po raz ostatni tak z kimś rozmawiała.
- Nie rozumiem - odparła.
- Czego?
Wrócił do pracy nad jej siniakami i ranami.
- Dlaczego on nie pociągnął za spust?
Odjął gazik.
- Saro, nie wiesz, co się stało. Nie przejmuj się tym.
- Wiem. Słyszałam. Pistolet...
- Tam byli ludzie.
- Miał czas. Podjął decyzję. Czułam to.
- OK. - Odłożył butelkę i gazik. - Posłuchaj. To się już nigdy nie wydarzy. Nie uciekniesz mi...
- Byłeś w Helsing?r!
- Mogłaś poczekać.
- No ale nie poczekałam.
- Następnym razem cię zmuszę. Obiecuję.
Teraz ona się roześmiała.
- Obiecujesz? Kim ja dla ciebie jestem? Wariatką, którą przywiozłeś z Gedser, bo Brix ci powiedział...
Położył dłoń na jej ramieniu. Potem jego palce powędrowały na policzek, musnęły włosy, delikatne przesunęły się po wargach.
Nie wiedziała, co robić. Głowa ciągle ją bolała. Wszystko ją bolało.
Przysunął się do niej. Ona się cofnęła, ale tylko odrobinę. Nie ustawał więc, spróbował raz jeszcze, najłagodniej, jak umiał, cmoknął ją w policzek, na tyle, na ile pozwoliła.
- Miał w cholerę czasu, żeby do mnie strzelić - wyszeptała.
- Gdzie nie boli?
Był tak blisko, taki spokojny i troskliwy. Naprawdę nią zainteresowany. Lund pochyliła się ku niemu, próbując sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni całowała się z mężczyzną.
Zadzwonił dzwonek u drzwi.
- Cholera - mruknął Strange. - Szybko się uwinęli.
Wstał, a jej trochę ulżyło.
- Do ciebie.
Przed drzwiami stała Ruth Hedeby w ciężkim wełnianym płaszczu. Wyglądała, jakby wolała być gdzie indziej.
- Przepraszam za najście, Lund. Nie zajmę pani dużo czasu. - W ręku trzymała kopertę. Otworzyła ją. W środku znajdowała się odznaka Lund. - Lennart... Brix wprowadzi panią w szczegóły. Chyba się trochę pospieszyliśmy. - Hedeby podała jej odznakę, plik nowych raportów z PET i Politig?rden. - W dochodzeniu mamy pewien postęp, a Ministerstwo Sprawiedliwości zmieniło nastawienie. - Zerknęła na Strangego. - Jutro widzimy się wszyscy - dodała i ruszyła do windy.
- Proszę zaczekać - zawołała ją Lund.
Hedeby stanęła.
- Chcę od pani gwarancji, że zostanę aż do zamknięcia sprawy.
- Mojej gwarancji?
- Tak. To moja sprawa. Pracuję ze Strangem. Zajmujemy się tym oboje, dobra?
- Jeśli się dogadujecie...
- Nie chcę żadnych ograniczeń. Nie chcę, żeby PET czy ktokolwiek inny mówił mi, co mam robić. Musimy przesłuchać wszystkich oficerów związanych z batalionem ?gir. I może...
- Może co?
- Może coś, co mi jeszcze nie przyszło do głowy.
Hedeby wróciła i spojrzała Lund prosto w twarz.
- Pozwolę sobie wyjaśnić: to nie jest moja decyzja. Minister chce, by pani wróciła do dochodzenia. Nie wiem czemu. Nie chcę wiedzieć. Ale jeśli pani powie, że coś ma zostać zrobione, niech będzie. Nie ja za to wszystko zapłacę.
- Dobrze. I przestańcie śledzić Rabena. Chcę go przesłuchać.
- PET go zgubiła. Nie mamy pojęcia, gdzie jest.
Lund potrząsnęła głową.
- Nie macie...
- Przykro mi. König dał ciała. W wielu innych sprawach również. Ministerstwo patrzy nam na ręce. Dopilnujmy, żeby nie dobrali nam się do tyłka, ok?
Nadjechała winda. Hedeby wsiadała do niej i ruszyła w dół.
- Gdzie mam spać? - spytała Lund.
- W którymś łóżku dzieci. Nie chcesz najpierw pizzy?
- Zostaw mi na jutro.
Machnęła plikiem dokumentów, po czym przeszła do małej sypialni, zamknęła za sobą drzwi i zaczęła czytać.