The Killing. Tom 2. Odcinek 2 - David Hewson

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (27,84 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

7

So­bota, 19 li­sto­pada9.03

Erik König wy­glą­dał na czło­wieka pod­da­nego co­raz bar­dziej nie­zno­śnej pre­sji. A także - zda­niem Brixa - na ko­goś skry­wa­ją­cego ta­jem­nice.

- Ra­ben po­rzu­cił sa­mo­chód du­chow­nego dwa ki­lo­me­try od Ha­re­sko­ven. Nie­da­leko stam­tąd ukradł stare Vo­lvo. Zna­leź­li­śmy go około dru­giej w nocy. I ob­ser­wu­jemy.

- Ob­ser­wu­jemy? - spy­tał Brix.

- Mie­li­śmy szczę­ście, że go za­uwa­ży­li­śmy. Jest zmę­czony, zde­spe­ro­wany, prze­stał być czujny. Do­bry żoł­nierz J?ger­korp­set ni­gdy by so­bie...

- Ale on nie był j?ge­rem, prawda? - spy­tał Brix ła­god­nie i roz­ko­szo­wał się zmie­sza­niem czło­wieka z PET.

König od po­czątku utrzy­my­wał ich w nie­wie­dzy. Brix chciał mu dać ja­sno do zro­zu­mie­nia, że ten etap nie­od­wra­cal­nie się skoń­czył.

- No ale pra­wie. Trzy go­dziny spał w za­toczce par­kin­go­wej. Te­raz znaj­duje się nie­opo­dal ko­szar Ry­van­gen, w bocz­nej uliczce na osie­dlu miesz­ka­nio­wym.

- Jak go zgar­nie­cie, przy­wieź­cie go tu­taj.

Ruth He­deby wpa­try­wała się w gład­kie szare biurko i mil­czała.

- Tylko Ra­ben zo­stał z tego od­działu - od­parł König. - Wiemy, gdzie jest. Mo­żemy go po­wstrzy­mać, gdyby chciał jesz­cze ko­muś zro­bić krzywdę.

- Przy­wieź­cie go! - po­wtó­rzył Brix.

- Nie. - König zdjął swoje oku­lary bez opra­wek. - Je­śli is­la­mi­ści tro­pią żoł­nie­rzy z tego od­działu, Ra­ben jest ostat­nią po­ten­cjalną ofiarą. Po­zo­staje na wol­no­ści, pod ob­ser­wa­cją.

- Jako przy­nęta? - spy­tał Brix.

Czło­wiek z PET opadł na opar­cie i się skrzy­wił.

- Nie mo­żemy aresz­to­wać nie wia­domo ilu sza­leń­ców re­li­gij­nych. Prę­dzej czy póź­niej któ­ryś z nich się wy­chyli.

- Mo­żemy po­móc przy ob­ser­wa­cji - za­su­ge­ro­wała He­deby.

König od­po­wie­dział naj­zim­niej­szym i naj­ob­łud­niej­szym z uśmie­chów.

- My je­ste­śmy le­piej wy­po­sa­żeni do tej pracy. No i po tej far­sie z Lund...

- To już za­ła­twione - od­parła z we­rwą He­deby.

- Pan mi­ni­ster na pewno z ra­do­ścią przyj­mie tę in­for­ma­cję. Szu­kają ko­zła ofiar­nego. Chciał­bym, że­by­ście na to spoj­rzeli... - Wy­jął z ak­tówki plik fo­to­gra­fii oraz do­ku­men­tów toż­sa­mo­ści i rzu­cił je na stół. - To są uchodźcy z Hel­mand miesz­ka­jący w Da­nii w ostat­nich kilku la­tach. Nie­wy­klu­czone, że szu­kają ze­msty.

He­deby po­dała plik Bri­xowi.

- Chcę, żeby ich ob­ser­wo­wano - do­dał König. - A kilku prze­słu­chano. - Iro­niczny śmiech. - Ni­kogo nie trzeba eks­hu­mo­wać.

Brix nie spoj­rzał na zdję­cia.

- Jak uchodźca z Hel­mand miałby się wła­mać do ko­szar Ry­van­gen i ukraść ma­te­riały wy­bu­chowe, ko­rzy­sta­jąc z ak­tu­al­nego kodu bez­pie­czeń­stwa? - spy­tał. - Ja­kim spo­so­bem zdo­byłby do­stęp do woj­sko­wej bazy da­nych?

- Len­nart. - W gło­sie czło­wieka z PET po­ja­wił się ostry, besz­ta­jący ton, który uci­szył szefa Wy­działu Za­bójstw.

- Zna­le­zie­nie od­po­wie­dzi na te py­ta­nia zo­sta­wiam wam - od­rzekł König. Zer­k­nął na ze­ga­rek. - Mam spo­tka­nie w mi­ni­ster­stwie. - I wy­szedł.

He­deby spoj­rzała na Brixa zza stołu.

- Nie mogę cię chro­nić przed sa­mym sobą - po­wie­działa ci­cho. - Ktoś musi za to za­pła­cić. Tak czy ina­czej.

- König miota się po omacku, usi­łu­jąc oca­lić wła­sną skórę.

- Bez po­wodu eks­hu­mo­wa­łeś ciało po­le­głego żoł­nie­rza. Wal­czę, żeby nikt poza Lund nie mu­siał za to od­po­wia­dać. Spró­buj mi po­móc, do­bra?

W są­sied­nim po­koju Strange prze­słu­chi­wał Gun­nara Tor­pego. Brix opie­rał się o szafkę z ak­tami i słu­chał. Lund ni­gdy nie po­wie­działa, że Strange jest sła­bym po­li­cjan­tem. Nie mu­siała. Brix wi­dział znie­cier­pli­wie­nie, które cza­sami po­ja­wiało się w jej oczach.

- Dla­czego Ra­ben wy­wiózł pana do lasu? - spy­tał Strange.

Torpe sie­dział na krze­śle blady i zmę­czony.

- Jak mam na to od­po­wie­dzieć? Może dla­tego, że jest chory. Tu... - Po­stu­kał się w czoło. - Sza­lony. Ma uro­je­nia.

- Mu­siał mieć ja­kiś po­wód.

- Wa­riaci nie po­trze­bują po­wo­dów. Pró­bo­wa­łem prze­mó­wić mu do roz­sądku. Prze­ko­nać, żeby po­my­ślał o żo­nie i synku.

- I co po­wie­dział?

- Ja­kieś... - Torpe wzru­szył ra­mio­nami. - Ja­kieś wa­riac­twa. Wojna robi z ludźmi dziwne rze­czy. Cza­sami już nie umieją od­róż­nić, co jest do­bre, a co złe. Co rze­czy­wi­ste, a co nie.

Strange po­ło­żył coś na stole.

- Zna­leź­li­śmy to w biu­rze pań­skiego ko­ścioła. Wi­zy­tówkę Anne Drag­sholm. Co ona tam ro­biła?

- Ra­ben mu­siał ją upu­ścić.

- Pan ją znał?

Ka­płan wier­cił się na krze­śle.

- Ra­ben też mnie o to py­tał - wy­pa­lił wresz­cie. - Nie zna­łem jej. Ni­gdy wcze­śniej nie wi­dzia­łem tej wi­zy­tówki. Mogę już iść? Mam spo­tka­nie rady pa­ra­fial­nej.

Brix wstrzy­mał od­dech. Wpa­try­wał się w szczu­płego ofi­cera sie­dzą­cego przed prze­słu­chi­wa­nym. Cze­kał.

- Do­bra - rzekł Strange. - Pew­nie bę­dziemy mu­sieli jesz­cze do tego wró­cić.

- PET na­mie­rzyło Ra­bena - po­wie­dział Brix po wyj­ściu du­chow­nego. - Ob­ser­wują go.

Strange po­dra­pał się po ostrzy­żo­nej gło­wie.

- Ob­ser­wują? Mu­szą go tu przy­wieźć.

- Ro­bimy, co nam każą. - Brix po­dał mu na­zwi­ska i zdję­cia, które König prze­ka­zał Ruth He­deby. - Chcę, żeby je wszyst­kie, co do jed­nego, spraw­dzono. Przy­wieź każ­dego, któ­rego na­zwi­sko ozna­czono. Nie­któ­rzy są spoza mia­sta. Weź ko­goś, żeby je­chał przed tobą.

- Lund uwa­żała, że mu­simy spraw­dzić pa­stora, więc...

- Lund już tu nie ma. - Brix po­stu­kał w pa­piery.

Strange się skrzy­wił.

- Co mamy mó­wić, je­śli ktoś za­dzwoni i bę­dzie chciał z nią roz­ma­wiać?

- Prawdę. Po­je­chała na ślub - od­rzekł Brix.

Męż­czyźni i po­jazdy. Po­le­ce­nia za­ła­dunku i roz­pi­ski. Tor­sten Jar­nvig miał po­czu­cie, że ogląda ten ry­tuał przez całe swoje do­ro­słe ży­cie. Wy­pra­wia­jąc lu­dzi na nie­pewny los do Bo­śni, na Bli­ski Wschód i te­raz w po­sępne i da­le­kie pro­win­cje Afga­ni­stanu.

Więk­szość wra­cała.

Cała i zdrowa.

Nie wszy­scy.

Chri­stian S?ga­ard udał się z wi­zytą do matki M?l­lera. Z wła­snej ini­cja­tywy, Jar­nvig o to nie pro­sił.

- Jest wście­kła - po­wie­dział. - I trudno się dzi­wić. Mówi, że po­zwie po­li­cję za na­ru­sze­nie dóbr oso­bi­stych. Za ból i cier­pie­nie.

Szli z głów­nego bu­dynku na par­king. Gdy się zbli­żyli, pod­niósł się szla­ban, za­sa­lu­to­wali im męż­czyźni w mun­du­rach po­lo­wych.

- Roz­ma­wia­łem z Gun­na­rem Tor­pem - do­dał S?ga­ard. - Jest bar­dzo zde­ner­wo­wany.

- Mia­łeś dużo za­jęć.

- Pan miał na gło­wie po­li­cję. Uzna­łem, że le­piej panu tego nie do­rzu­cać. To na­leży do mo­ich obo­wiąz­ków.

Jar­nvig uniósł brew.

- Na­prawdę?

- Co Ra­ben te­raz zrobi? - spy­tał S?ga­ard, uni­ka­jąc od­po­wie­dzi na po­przed­nie py­ta­nie. - Chyba jest zde­spe­ro­wany. Mó­wi­łem wszyst­kim, żeby mieli oczy i uszy otwarte, gdy opusz­czają ko­szary. - Za­wa­hał się. - To do­ty­czy wszyst­kich - za­zna­czył. - Ile wie Lo­uise?

- Tyle, ile trzeba - od­parł Jar­nvig, pa­trząc na prze­jeż­dża­jący ciąg sa­mo­cho­dów. - Przed tymi wy­da­rze­niami my­śla­łem, że to je­den z naj­lep­szych żoł­nie­rzy, ja­kich mia­łem w ży­ciu. Od­ważny, in­te­li­gentny, zdolny. - Wci­snął pię­ści głę­boko w kie­sze­nie spodni. - Nie za bar­dzo go lu­bi­łem. Ale wszy­scy inni się pod­da­wali, a on ni­gdy.

- Szkoda, że nie zniósł pre­sji - po­wie­dział S?ga­ard. - Za­wsze są­dzi­łem, że jest w nim coś kru­chego. Coś, co może pęk­nąć.

Jar­nvig za­trzy­mał się i spoj­rzał na S?ga­arda.

- Bar­dzo to spo­strze­gaw­cze, te­raz, po fak­cie. Zba­da­li­śmy wni­kli­wie tę jego sprawę?

- Cho­ler­nie wni­kli­wie - od­rzekł S?ga­ard bez wa­ha­nia.

- Je­steś pe­wien?

- Na sto pro­cent. Zmy­ślił to. Sta­rał się za­tu­szo­wać wła­sne błędy. Dla­czego?

Jar­nvig nie od­po­wie­dział.

- Kiedy ta­kie sprawy stają się oso­bi­ste, robi się trudno - do­dał młod­szy ofi­cer. - Ostat­nie dni nie były ła­twe. Mógł­bym pana od­cią­żyć. A pan mógłby z Lo­uise i Jo­na­sem...

- Co? Po­je­chać na wa­ka­cje? Nie wi­dzę ta­kiej ko­niecz­no­ści. - Jar­nvig ob­rzu­cił wzro­kiem ko­sza­rowe bu­dynki z czer­wo­nej ce­gły. - To miej­sce mi wy­star­cza. Lo­uise wy­cho­wała się z woj­skiem. Jej też wy­star­cza.

- Mia­łem na my­śli...

- Nie - prze­rwał mu Jar­nvig i od­szedł.

Sztuczna plaża na­le­żąca do Ama­ger Strand­park w li­sto­pa­dzie. Po­pla­miony be­ton lśniący od zi­mo­wego desz­czu. Kil­koro dzieci za­pa­ko­wa­nych w grube kurtki wal­czy z wia­trem, cho­wa­jąc twa­rze w na­cią­gnię­tych głę­boko kap­tu­rach.

Lo­uise Ra­ben pa­trzy, jak jej syn krąży na ma­łej hu­laj­no­dze po­mię­dzy po­nu­rymi pły­tami nad sza­rym mo­rzem, pod sza­rym nie­bem, bez śladu uśmie­chu, z ka­mienną twa­rzą.

Po­woli pod­je­chał do niej. Wpa­try­wali się w pu­stą plażę.

- Je­steś głodny? - spy­tała.

Za mało jadł. W ogóle wszyst­kiego ro­bił za mało, wciąż tylko ba­wił się swo­imi żoł­nie­rzy­kami, za­bi­ja­jąc wy­ima­gi­no­wa­nych wro­gów.

Zjadł ka­napkę, a po­tem pa­trzyła, jak pcha swoją małą hu­laj­nogę w stronę grupy dzieci, które wcze­śniej go igno­ro­wały i te­raz też na pewno to zro­bią.

Dzieci mają swoje za­sady, osobną wraż­li­wość. Każdy, kto się wy­róż­nia, jest dla nich po­dej­rzany. Jo­nas, w swo­jej sa­mot­no­ści i nie­szczę­ściu, na pewno.

Po­je­chał w stronę dep­taka, a ona ru­szyła po­woli jego śla­dem. W tym mo­men­cie z me­ta­lo­wej wiaty wy­ło­niła się ja­kaś po­stać i na nią ski­nęła.

Zie­lona kurtka, bla­do­szary kap­tur. Broda i czujne oczy.

Serce jej sta­nęło. Chciała uciec i ucie­kłaby, gdyby nie wie­działa do­sko­nale, że on ją do­goni.

- Mamy tylko kilka mi­nut - szep­nął Ra­ben, cią­gnąc ją pod wiatę.

- Jens...

- Po­słu­chaj mnie!

W jego gło­sie usły­szała sła­bość i roz­bi­cie. Tak sza­lo­nych oczu jesz­cze u niego nie wi­działa. Za­sta­na­wiała się, czy ma się bać. O sie­bie, o Jo­nasa.

- Mu­si­cie opu­ścić ko­szary - oświad­czył, ści­ska­jąc ją zim­nymi pal­cami.

- Śle­dzi­łeś mnie?

- To nie­ważne.

- Co z tobą? Dla­czego gro­zi­łeś bro­nią Tor­pemu?

- Nic mu nie zro­bi­łem! - Wy­soki za­ła­mu­jący się głos od­bił się echem w mroku wiaty. - Oni cię okła­mują.

- Ude­rzy­łeś go. Mój oj­ciec po­wie­dział...

- On też kła­mie.

Cof­nęła się o krok. Kap­tur mu się zsu­nął. Wy­glą­dał na ura­żo­nego i bez­bron­nego.

- Nie - od­parła Lo­uise. - Mó­wił mi, co się wy­da­rzyło w Hel­mand. Że mia­łeś wy­rzuty su­mie­nia.

Po­krę­cił głową.

- To nie tak.

- Więc jak?

- Oni kryją coś, co zro­bił pe­wien ofi­cer.

- Kto?

- Nie wiem. Nie pa­mię­tam. Nic nie pa­mię­tam. Może S?ga­ard... Może inni. - Nie od­ry­wał od niej oczu; miały taki wy­raz, któ­rego już nie­na­wi­dziła. Wy­raz oczu żoł­nie­rza ści­ga­ją­cego swoją ofiarę. - Może twój oj­ciec.

- Mój oj­ciec jest po­rząd­nym czło­wie­kiem. Pró­bo­wał ci po­móc...

Do­biegł ich ostry dźwięk z ze­wnątrz. Ja­kieś dziecko prze­cho­dziło, ko­piąc puszkę. Ra­ben od­su­nął się, przy­lgnął do ściany, się­gnął ręką do pasa. Lo­uise zo­ba­czyła tam broń, doj­rzała strach i na­pię­cie w jego oczach. Stwier­dziła, że w tej chwili je­dy­nym uczu­ciem, ja­kie do niego żywi, jest po­garda.

- Nie wie­rzę w to - po­wie­działa, pa­trząc na niego groź­nie. - Cze­ka­łam dwa lata. Dwa lata trosz­czy­łam się o two­jego syna. I spójrz na sie­bie. Kry­jesz się jak zło­dziej...

Dziecko z puszką było da­lej na ze­wnątrz, ko­pało nią o ścianę, po­wo­du­jąc straszny ha­łas.

- Skon­tak­tuj się z tą ko­bietą z po­li­cji - po­le­cił. - Na­zywa się Sa­rah Lund. Dzwo­ni­łem do Po­li­ti­g?r­den. Ona jest na we­selu swo­jej matki. Mu­sisz tam pójść. Po­wiedz jej, żeby spraw­dziła...

- To prawda, że się zgło­si­łeś na ochot­nika na mi­sję? Kiedy Jo­nas się uro­dził?

Jego ob­li­cze zmie­niło się w jed­nej chwili. Z twar­dej, bez­dusz­nej twa­rzy wo­jow­nika na chło­pięco ła­godną, którą kie­dyś ko­chała.

- Kto ci o tym po­wie­dział?

Przy­su­nęła się do niego o krok, spoj­rzała w jego zbo­lałą bladą twarz. Mu­siała to usły­szeć.

- To prawda?

Mo­ment wa­ha­nia. Jego oczy pa­trzyły bła­gal­nie.

- Nie wi­dzisz, co oni chcą zro­bić? Chcą nas roz­dzie­lić. Chcą cię na za­wsze za­mknąć w tych ko­sza­rach.

Od­wró­ciła się od niego, pa­trzyła, jak dziecko z puszką po­woli się od­dala.

- To nie jest tak, jak my­ślisz - cią­gnął Jens, obej­mu­jąc ją.

Przy­szło jej do głowy, że świat zu­peł­nie stra­cił ko­lory. Przy­naj­mniej dla niej. I dla Jo­nasa. Za­słu­gi­wali na coś lep­szego. Każde po­świę­ce­nie ma swoje gra­nice.

- Je­stem żoł­nie­rzem, od­kąd skoń­czy­łem osiem­na­ście lat - pod­jął, wciąż tu­ląc się do jej ra­mion. - Nie znam in­nego ży­cia. To wszystko, co wi­dzia­łem, co ro­bi­łem.

- Mój oj­ciec jest żoł­nie­rzem. Po­rząd­nym czło­wie­kiem. Zwy­czaj­nym, jak cała reszta...

- Nie by­łem jak on. Nie­któ­rych rze­czy nie po­win­naś wie­dzieć. - Do­tknął rzad­kich, prze­tłusz­czo­nych wło­sów. - Tych rze­czy, tu­taj. Nie za­słu­ży­łem na Jo­nasa. Nie za­słu­ży­łem na cie­bie. On był taki czy­sty. Ja nie. My­śla­łem, że je­śli zo­stanę, za­truję was oboje...

- Puść mnie - po­wie­działa, ale on moc­niej chwy­cił jej kurtkę.

- Zmie­ni­łem się. - Jego palce da­lej ją trzy­mały. - Je­dyne, czego pra­gnę, to wró­cić do domu i być z wami. Na­uczyć się, jak być do­brym oj­cem. Do­brym mę­żem.

Krew w niej za­wrzała. On już jej nie obej­mo­wał. Ra­czej ją trzy­mał, jakby na­le­żała do niego. Jakby ją po­chwy­cił.

- Za dużo na­słu­cha­łam się tych bzdur. I na czym te­raz sto­imy? Ile nas czeka lat two­jego wię­zie­nia? Ile wi­zyt mam zło­żyć co ty­dzień, a i tak nie za­cią­gnę cię do łóżka w tym cuch­ną­cym po­ko­iku? Pier­dolę...

- Lo­uise...

Pół roz­kaz, pół prośba. Moc­niej za­ci­snął ob­ję­cia.

Przez wej­ście wpa­dła ma­leńka po­stać, mio­ta­jąc prze­kleń­stwa, któ­rych nie po­winna jesz­cze znać. Jo­nas do­padł ich i ma­łymi rę­koma ude­rzał nogi Ra­bena, ko­pał ma­leń­kimi sto­pami.

- Puść mamę! Puść mamę!

Ra­ben się cof­nął, padł na kra­tow­nicę i oło­wiane świa­tło na ze­wnątrz.

Przy­kuc­nął, spoj­rzał na dziecko, na młodą twarz prze­peł­nioną wście­kło­ścią, na oczy wy­peł­nione łzami.

- Je­steś już duży, Jo­nas - po­wie­dział. - To ja. Ta­tuś. - Uśmiech­nął się.

Jo­nas nie.

Ręka Ra­bena się­gnęła po żoł­nie­rzyka wy­sta­ją­cego z kie­szeni kurtki chłopca. Wy­jął go. Wo­jow­nik z tar­czą wzno­szący miecz nad głową.

- Jak się na­zywa?

- Ma­mu­siu - Jo­nas prze­su­nął hu­laj­nogę do Lo­uise - chcę iść.

Wzięła synka za rękę i po­pro­wa­dziła go do drzwi. Tam się za­trzy­mała. Ro­zej­rzała się. La­tem to miej­sce wy­peł­niały ra­do­sne głosy, dzieci ba­wiły się tu z ro­dzi­cami, bie­gały, śmiały się, czuły się żywe. Jo­nas ni­gdy tego nie za­znał. Ona też nie. Ra­ben uciekł od nich przez ja­kiś we­wnętrzny strach, któ­rego ona nie była w sta­nie z nim dzie­lić. I te­raz za to też go nie­na­wi­dziła.

- Na­wet nie pró­buj się z nami wię­cej spo­ty­kać - po­wie­działa, świa­doma, że jej głos prze­siąk­nięty jest mściwą wście­kło­ścią. - Nie żar­tuję...

- Lo­uise...?

Kiedy chciał, umiał użyć swo­jego uroku, jak dziecko przy­ła­pane na nie­po­słu­szeń­stwie. Ale ona już tyle razy zo­stała wy­sta­wiona na próbę.

- Ni­gdy wię­cej - po­wtó­rzyła i wy­szła na pierw­sze kro­ple zi­mo­wego desz­czu ze śnie­giem, który wła­śnie za­czął pa­dać z cięż­kiego nieba.

Jo­nas szarp­nął ją za rękę. Wska­zy­wał męż­czy­znę kry­ją­cego się w wej­ściu. W dłoni Ra­bena zo­stał żoł­nie­rzyk z unie­sioną tar­czą i mie­czem w go­to­wo­ści.

- Ku­pię ci no­wego - po­wie­działa syn­kowi i za­cią­gnęła go do sa­mo­chodu.

Trzeba było użyć wielu prze­ko­nu­ją­cych ar­gu­men­tów, żeby wy­wal­czyć ze­zwo­le­nie na od­wie­dziny w se­pa­ratce Mon­berga w Rig­sho­spi­ta­let. Ale Ka­rina osta­tecz­nie zwy­cię­żyła i oto je­chała z Bu­chem sa­mo­cho­dem służ­bo­wym.

Za­trzy­mali się na ko­ry­ta­rzu przed se­pa­ratką.

- Nie mu­sisz wcho­dzić, je­śli nie chcesz - po­wie­dział Buch. - Je­śli to dla cie­bie krę­pu­jące.

Ta uwaga wy­raź­nie ją zdu­miała.

- Krę­pu­jące? Dla­czego?

- No... - Bu­chowi za­bra­kło słów.

- Wcho­dzimy? - spy­tała i ru­szyła przo­dem.

Frode Mon­berg le­żał w łóżku pod oknem. Nie­ogo­lony. Zmę­czony i blady. Jako sze­re­gowy de­pu­to­wany Buch ni­gdy nie miał za dużo do czy­nie­nia z mi­ni­strami. Te­raz mógł zo­ba­czyć, że Mon­berg jest przy­stoj­nym męż­czy­zną, o wą­skiej, po­god­nej, mi­łej twa­rzy, ze strze­chą nie­sfor­nych brą­zo­wych wło­sów i o ży­wych, nie­spo­koj­nych oczach.

Buch pod­szedł do łóżka i po­ło­żył na nim pu­dełko dro­gich cze­ko­la­dek.

- Ka­rino - po­wie­dział Mon­berg ostroż­nie. - Mój na­stępca... Gra­tu­la­cje, Tho­ma­sie. Mam na­dzieję, że praca się panu po­doba.

- Cie­szę się, że pana wi­dzę. Jak się pan czuje?

Żad­nych kro­pló­wek ani prze­wo­dów. Mo­ni­tory przy łóżku były wy­łą­czone. Ten czło­wiek wra­cał do zdro­wia. W za­sa­dzie wcale nie był chory. Ale za po­godną fa­sadą kryło się coś mrocz­nego i roz­pacz­li­wego. Uśmiech znik­nął z jego twa­rzy zde­cy­do­wa­nie za szybko.

- Do­brze. - Jego me­lan­cho­lijne brą­zowe oczy prze­bie­gły po ogrom­nej syl­wetce Bu­cha. - Po­dobno nie­złe piwo się wa­rzy, od­kąd tu je­stem. - Spoj­rzał na Ka­rinę. - Co u cie­bie?

Kiw­nęła głową, nic nie mó­wiąc.

- Do­brze, że przy­jął pan tę funk­cję - do­dał Mon­berg, zwra­ca­jąc się do Bu­cha. - Pew­nie za­cho­dził pan w głowę, jak pre­mier wpadł na taki po­mysł. A ja... - po­kle­pał się po klatce pier­sio­wej - ...mogę się te­raz za­trosz­czyć o swoje stare serce. - Prze­ło­żył cze­ko­ladki na szafkę przy łóżku. - Nie są­dzę, że­bym w naj­bliż­szym cza­sie mógł so­bie po­zwo­lić na ta­kie rze­czy. Le­ka­rze...

Ka­rina skrzy­żo­wała ra­miona. Buch mil­czał. Na twarz Mon­berga wró­ciła skwa­szona mina.

- No tak. Chyba się roz­nio­sło.

- Ob­ją­łem pań­ską funk­cję - wy­ja­śnił Buch. - Mu­sieli mi po­wie­dzieć. To nie jest wie­dza po­wszechna. I nie bę­dzie, pro­szę się nie mar­twić.

- Nie mar­twić? - Jego głos wy­da­wał się te­raz kru­chy i stary. - Ła­two panu mó­wić. Cho­ro­wa­łem od lat. Nikt tego nie za­uwa­żał. Ni­kogo to nie ob­cho­dziło. Czło­wiek tkwi w tym cho­ler­nym ga­bi­ne­cie, dzień po dniu. No­cami też. No i wła­śnie. - Zer­k­nął na ele­gancko ubraną blon­dynkę przy jego łóżku. - To wszystko po pew­nym cza­sie staje się nie­rze­czy­wi­ste. Na­gle się oka­zuje, że ro­bisz rze­czy, o któ­rych ni­gdy nie śni­łeś. Nie chcę, by moja ro­dzina da­lej cier­piała. Sły­szy pan?

- Oczy­wi­ście - od­rzekł Buch. - Gwa­ran­tuję to panu. Chcemy tylko po­roz­ma­wiać o sta­rej spra­wie woj­sko­wej. Tej, którą się pan za­jął. Za­nim... - kiw­nię­ciem głowy wska­zał łóżko - za­nim... no wie pan. O Anne Drag­sholm.

- Nie ma o czym mó­wić - rzu­cił Mon­berg za szybko. - Anne przy­szła do mnie z tą dziwną hi­sto­rią. Chciała, że­bym jej się przyj­rzał. To miała być taka przy­sługa po sta­rej zna­jo­mo­ści.

- I? - po­na­glił go Buch.

- Spo­tka­li­śmy się. Po­ga­da­li­śmy o prze­szło­ści. Ona się roz­wo­dziła. My­ślę, że tro­chę... że wpa­dła w ob­se­sję. Na od­chod­nym dała mi teczkę. Ta sprawa chyba wiele dla niej zna­czyła. Bóg ra­czy wie­dzieć dla­czego. Oczy­wi­ście ni­gdy się tym nie za­ją­łem.

Buch wziął głę­boki od­dech, skrzy­żo­wał ra­miona i mil­czał.

- Dla­czego za­daje mi pan te py­ta­nia, Tho­ma­sie?

- Pan znał tę sprawę, za­nim Anne Drag­sholm do pana przy­szła. Nie bez po­wodu wy­słał pan tę ko­pertę na nie­ist­nie­jący ad­res. Pro­szę, niech pan spró­buje to wy­ja­śnić. Mi­ni­ster obrony zwo­łał spo­tka­nie na te­mat żoł­nie­rza...

Ka­rina wy­jęła z torby do­ku­menty. Buch po­ka­zał je męż­czyź­nie w łóżku.

- ...nie­ja­kiego Jensa Pe­tera Ra­bena.

Mon­berg wziął pa­piery i le­d­wie na nie zer­k­nął.

- O nie­któ­rych rze­czach mam mgli­ste po­ję­cie.

- Może by­śmy się obyli bez tych bzdur - znie­cier­pli­wił się Buch, świa­dom, że mówi co­raz gło­śniej. - Niech mi pan tylko po­wie, o czym roz­ma­wia­li­ście z Ros­sin­giem na tym spo­tka­niu. To ważne.

Mon­berg wzru­szył ra­mio­nami, wziął ze sto­lika oku­lary i przej­rzał do­ku­menty.

- To było wieki temu.

- Za­taił pan in­for­ma­cję o po­waż­nym do­cho­dze­niu woj­sko­wym! Mil­czał pan o niej przed po­li­cją, przed PET, przed wła­snym per­so­ne­lem. - Chwy­cił krze­sło i przy­su­nął się do łóżka. - Dla­czego? Co ukry­wa­cie z Ros­sin­giem?

Mon­berg od­wró­cił się do Ka­riny. Bła­gał o po­moc. Nie ode­zwała się ani sło­wem.

- Dla­czego spo­tka­li­ście się w spra­wie Ra­bena? - Buch nie ustę­po­wał. - Co po­wie­dział panu Ros­sing? Dla­czego spo­tka­nia nie pro­to­ko­ło­wano?

- O co cho­dzi, Buch? O czym pan mówi?

- Spo­tyka się pan z Ros­sin­giem. Po­tem Drag­sholm przed­sta­wia panu sprawę. Ale pan ni­komu o niej nie mówi. Ani po­li­cji ani PET, na­wet kiedy Drag­sholm za­mor­do­wano. Mu­szę wie­dzieć...

- Je­śli przy­szedł pan zwa­lać na mnie winę za swoje nie­po­wo­dze­nia - wark­nął Mon­berg - może się pan od razu wy­nieść.

- Co Ros­sing po­wie­dział na tym spo­tka­niu?

Ha­łas przy drzwiach. Ko­bieta w gra­na­to­wym ko­stiu­mie. Obok niej le­karz. Żona Mon­berga. Buch ski­nął jej głową.

- Znowu go­ście, Frode? - spy­tała, spie­sząc do boku cho­rego. Po­ca­ło­wała męża w czoło, a on skrzy­wił się jak małe dziecko. - Tak nie może być. - Spoj­rzała groź­nie na Bu­cha. - Do­ce­niam pań­ską tro­skę, ale le­ka­rze mu­szą zba­dać mo­jego męża.

Mon­berg pod­niósł z łóżka pa­piery. Ka­rina wzięła je i po­de­szła do okna, gdzie za­częła prze­glą­dać kartki z ży­cze­niami po­wrotu do zdro­wia.

- Ta­kie na­ci­ski mu nie służą - do­dała żona.

- Mam od­po­czy­wać - przy­znał Mon­berg.

Ka­rina trą­ciła Bu­cha. Jedna z kar­tek po­cho­dziła od Flem­minga Ros­singa. Na ob­razku wid­niał bu­kiet róż. W środku znaj­do­wały się dru­ko­wane ży­cze­nia i do­pi­sane od­ręcz­nie słowa: "Cie­szę się, że wi­dzę Cię w lep­szym zdro­wiu, Frode. Przy­ja­ciele do gro­bo­wej de­ski".

Buch prze­czy­tał to i kiw­nął głową.

- Mi­ni­ster wła­śnie wy­cho­dzi - za­uwa­żył Mon­berg.

- Tak - po­twier­dził Buch. - Ży­czę panu szyb­kiego po­wrotu do zdro­wia. - Na po­ściel przy ko­la­nach Mon­berga rzu­cił kartkę Ros­singa. - Wszy­scy przy­ja­ciele na to cze­kają.

Na ko­ry­ta­rzu, wdy­cha­jąc szpi­talny za­pach, słu­cha­jąc pik­nięć i ter­kotu ma­szy­ne­rii w sa­lach do­koła, Buch cze­kał, aż Ka­rina do­goni go swoim wście­kłym kro­kiem.

- Ros­sing był tu przed nami, prawda? - wark­nął, gdy do niego do­tarła.

- Wie­dział, o co bę­dzie pan py­tał. I wie­dział, co po­wie­dzieć.

- Cho­lera - mruk­nął. Nie mógł ode­rwać od niej wzroku. - Jaki jest Mon­berg? Tak na­prawdę?

- Dow­cipny. Za­bawny. Uro­czy. - Na­my­ślała się chwilę. - Słaby.

- Po­trzebne nam inne moż­li­wo­ści - orzekł Buch i pró­bo­wał so­bie wy­obra­zić, jak mia­łyby one wy­glą­dać.

- Mam po­mysł - oznaj­miła Ka­rina, gdy sie­dli na tyl­nej ka­na­pie mi­ni­ste­rial­nej li­mu­zyny, która na­tych­miast utknęła w korku. - Może wy­sto­su­jemy prze­pro­siny za eks­hu­ma­cję żoł­nie­rza?

Buch burk­nął coś nie­ar­ty­ku­ło­wa­nego i spoj­rzał za okno na tłumy lu­dzi wę­dru­ją­cych od sklepu do sklepu. Zwy­czajni lu­dzie wio­dący zwy­czajne ży­cie. Za­zdro­ścił im.

- Tho­ma­sie... - Te­raz, gdy zo­sta­wali sami, Ka­rina co­raz czę­ściej mó­wiła do niego po imie­niu. Po­do­bało mu się to. - To roz­ła­duje tro­chę na­pię­cie. Krabbe się nie­cier­pliwi. Nęka Plo­ugh o pilne spo­tka­nie.

- Plo­ugh może po­wie­dzieć Krab­bemu, że je­śli chce, niech sią­dzie pod ga­bi­ne­tem pre­miera i prosi o au­dien­cję.

- Prze­pro­siny do­brze by zro­biły.

W ma­łej szafce w sa­mo­cho­dzie, tam gdzie inni trzy­mali al­ko­hole, Buch prze­cho­wy­wał kilka pa­czek cze­ko­la­do­wych cia­ste­czek. Otwo­rzył pierw­sze z brzegu, po­czę­sto­wał Ka­rinę i wziął dwa, gdy ona po­krę­ciła głową.

- Jak mam prze­pra­szać za coś, o czym w ogóle nie wie­dzia­łem?

- Jest pan mi­ni­strem. To nor­malne.

- To nie zna­czy, że mi się to po­doba. Swoją drogą kto wpadł na po­mysł, żeby wy­ko­pać tego bie­daka?

- Po­li­cjantka. Zo­stała zwol­niona.

- Szybka re­ak­cja.

- To nie był jej pierw­szy wy­bryk. Pa­mięta pan... Pa­mię­tasz sprawę Birk Lar­sen sprzed paru lat?

Buch się wzdry­gnął.

- To było straszne.

- Ona ją roz­wią­zała. I wtedy też zo­stała zwol­niona.

Buch spoj­rzał na Ka­rinę za­in­try­go­wany.

- Wtedy praw­do­po­dob­nie w sprawę było wplą­ta­nych kilku lo­kal­nych po­li­ty­ków - cią­gnęła Ka­rina. - Ona nie od­pu­ściła. Gdy­byś wy­dał oświad­cze­nie, mógł­byś wspo­mnieć, że ta po­li­cjantka nie po raz pierw­szy na­ru­szyła re­gu­la­min. Do­dać coś w ro­dzaju, że ocze­ku­jemy od wszyst­kich funk­cjo­na­riu­szy, że będą pod­trzy­my­wać świetne tra­dy­cje służby.

Buch wy­trzesz­czył oczy.

- Do­bra - ska­pi­tu­lo­wała Ka­rina. - To nie w twoim stylu. Do­bór słów zo­sta­wiam to­bie.

- Jak ona się na­zywa?

- Sa­rah Lund.

- Chcę z nią po­roz­ma­wiać.

Ka­rina wy­buch­nęła śmie­chem. Myśl, że zdo­łał uba­wić tę by­strą, in­te­li­gentną ko­bietę, go ucie­szyła.

- Nie mo­żesz z nią roz­ma­wiać! Ona wła­śnie zo­stała wy­lana z po­li­cji.

- Je­stem mi­ni­strem spra­wie­dli­wo­ści. Mogę roz­ma­wiać, z kim chcę. Je­śli ta Lund roz­wią­zała sprawę Birk Lar­sen, na pewno nie jest głu­pia. Może coś wie.

Znowu po­czę­sto­wał Ka­rinę cia­stecz­kami. Tym ra­zem sko­rzy­stała.

- Je­śli to zro­bisz, po­gor­szysz swoje re­la­cje z po­li­cją.

- A czy oni są roz­mowni? Nie. Je­śli Mon­berg nam nic nie po­wie, bę­dziemy mu­sieli zna­leźć ja­kieś inne wyj­ście. Znajdź mi Sarę Lund, pro­szę.

- Tho­ma­sie - przy­brała ton matki ła­ja­ją­cej dziecko. - Je­śli to wyj­dzie na jaw, bę­dziesz miał wiel­kie kło­poty.

- Och, na mi­łość bo­ską. Je­śli nie roz­gryzę tej sprawy, i tak wy­lecę na pysk. Nie uda­wajmy, że bę­dzie ina­czej, do­bra? - Po­stu­kał jej torbę. - Świet­nie so­bie ra­dzisz z te­le­fo­nem. Znajdź mi Sarę Lund, pro­szę. Od razu do niej po­je­dziemy.

Ślub przed­sta­wi­cieli duń­skiej klasy ro­bot­ni­czej. Sala ban­kie­towa w ho­telu pełna przy­ja­ciół i krew­nych. Szczę­śliwa para. Ci­cha mu­zyka. Urzęd­nik wy­po­wia­da­jący zna­jomy re­fren: "Ogła­szam was mę­żem i żoną. Może pan po­ca­ło­wać pannę młodą".

Bj?rn, roz­bry­kany nie­duży męż­czy­zna, we­soły i fi­glarny, uśmiech­nął się jak psotny skrzat i ro­bił, co mu ka­zano.

Lund cie­szyła się, że jej cia­sto nie za­truło go za bar­dzo. Był miły, a jej matka, po tylu la­tach gorz­kiej sa­mot­no­ści, wresz­cie wy­glą­dała na szczę­śliwą.

Sa­rah Lund stała więc te­raz w swo­jej naj­lep­szej su­kience z fio­le­to­wego je­dwa­biu, kla­skała im obojgu i uśmie­chała się do Marka u jej boku, wy­so­kiego i przy­stoj­nego.

Cały świat szedł na­przód. Wszystko się zmie­niało. Tylko nie ona. Ona znaj­do­wała się w tym sa­mym miej­scu, co dwa lata temu po czar­nej nocy, gdy Meyer zo­stał po­strze­lony, a w jej ży­cie le­gło w gru­zach. Dla­tego wła­śnie czer­pała tyle nie­zręcz­nego, peł­nego skru­chy po­cie­sze­nia z wi­doku matki po­chło­nię­tej przez dła­wiącą szczę­śli­wość, przez za­do­wo­le­nie, które można po­czuć tylko wtedy, gdy bez­in­te­re­sow­nie daje się ko­muś swoje ży­cie, po­święca się in­dy­wi­du­al­ność w imię wza­jem­nej mi­ło­ści, która wy­szep­cze wie­czy­ste kłam­stwo: "Te­raz je­steś bez­pieczny na wieki".

Na ta­kie po­świę­ce­nie Lund ni­gdy nie by­łaby go­towa i ci, któ­rzy ją znali, świet­nie to ro­zu­mieli. Mark nie był już opry­skli­wym na­sto­lat­kiem, który wark­nął kie­dyś: "Cie­bie in­te­re­sują tylko mar­twi lu­dzie".

Do­my­ślała się, że syn na­dal tak uważa. Tylko jest za grzeczny, by to po­wie­dzieć.

Ele­gancka hala ban­kie­towa w ?ster­bro. Mar­mu­rowe ściany i za­pach zbyt wielu bu­kie­tów. Kiedy okla­ski przy­ga­sły, Bj?rn sam kla­snął w dło­nie i za­de­kla­ro­wał:

- A te­raz może coś zjemy i się na­pi­jemy. A po­tem znowu się na­pi­jemy! I znowu!

Jej matka miała na so­bie zie­loną je­dwabną suk­nię, którą sama uszyła. Wy­glą­dała tak do­sko­nale, że Lund po­czuła, jak łzy zbie­rają jej się pod po­wie­kami.

- Wi­dać, że Bj?rn był kie­dyś w obro­nie te­ry­to­rial­nej - za­chi­cho­tał Mark u jej boku.

- O tak - po­wie­działa, pa­trząc, jak kilku męż­czyzn w blu­zach mun­du­ro­wych zbliża się, by uści­skać kom­pana i po­kle­pać go po ple­cach.

Vi­beke po­de­szła do nich, przy­tu­liła, uca­ło­wała w po­li­czek, wzięła jedno pod prawe, dru­gie pod lewe ra­mię.

- Ten po­mysł, że­bym ja wznio­sła to­ast... - za­częła Lund.

- Nie ma o czym mó­wić - od­parła szybko Vi­beke. - Parę słów z oka­zji ślubu two­jej matki. Bę­dziesz miała mnie z głowy nie­wiel­kim kosz­tem.

- Ni­gdy nie ra­dzi­łam so­bie z prze­ma­wia­niem.

- To ko­lejny po­wód, by mó­wić krótko. Musi być czas na tańce. Za­raz mi po­wiesz, że z tań­cze­niem też so­bie nie ra­dzisz. A ja wiem, że to nie­prawda. - Na chwilę ra­do­sna twarz Vi­beke spo­waż­niała. - Pa­mię­tam, jak by­łaś w wieku Marka. Wiem, że umiesz tań­czyć, Saro.

- Gdzie moja żona?! - Pi­skliwy głos Bj?rna wzniósł się po­nad wrzawę. - Czas na zdję­cia.

Na­dal się nie ru­szała. Stały w miej­scu, matka i córka. Mark od­da­lił się, jakby coś zo­ba­czył.

- Ale nie zmu­szę cię - po­wie­działa ci­cho Vi­beke. - Ca­łymi la­tami tak bar­dzo się sta­ra­łam zmu­sić cię do tego, byś była kimś, kim nie je­steś. Prze­pra­szam. Chcia­łam tylko...

Lund ob­jęła matkę ra­mio­nami, mu­snęła ustami jej cie­pły upu­dro­wany po­li­czek.

- Je­steś, kim je­steś, i taką cię ko­cham - wy­szep­tała jej matka do ucha, po czym ucie­kła w tłum, jakby prze­ra­żona tym na­głym wy­bu­chem szcze­ro­ści.

Pod­szedł do nich pra­cow­nik ho­telu z dzwo­necz­kiem w dłoni.

- Tego się używa, żeby przy­cią­gnąć uwagę - po­wie­dział, jakby Sa­rah ni­gdy wcze­śniej nie była na we­selu. - Aha, i przy­słano dla pani bu­kiet.

- Kto mi przy­słał bu­kiet?

- Skąd mam wie­dzieć? - od­rzekł, wska­zu­jąc wy­róż­nia­jącą się wią­zankę.

Trzy czer­wone różne w ce­lo­fa­nie po­śród sto­sów jar­marcz­nych pu­deł.

- Uwaga, wszy­scy! - za­wo­łał fo­to­graf. - Pro­szę za­jąć swoje miej­sca.

Bj?rn po­środku, Vi­beke i Lund po bo­kach. Sa­rah Lund przy­po­mniała so­bie wła­sny ślub, na­wet przy po­zo­wa­niu do zdjęć nie da­wało jej spo­koju py­ta­nie: "Czy ten zwią­zek ma szanse prze­trwać?".

Tym­cza­sem zwią­zek jej matki ta­kie szanse miał. Ob­wiesz­czono po­kój. Dłu­gie i smutne lata sa­mot­no­ści Vi­beke, jakby wojna, do­bie­gły końca.

Przed nimi przy­kuc­nął Mark. Lund stwier­dziła na­gle, że trzyma dłoń na jego mięk­kich wło­sach, głasz­cze je, cie­szy się, że on się uśmie­cha, a nie wy­kręca się jak kie­dyś.

Po dzie­się­ciu mi­nu­tach wszy­scy sie­dzieli przy stole, pa­trzyli, jak z kuchni przy­bywa pierw­sze da­nie. Za­częły się śpiewy. We­selne pie­śni o śmiesz­nych tek­stach, pół nu­cone, pół wy­krzy­ki­wane z ar­ku­szy z tek­stami, które uło­żono obok menu. Ser­wo­wano białe wino, cie­pławe. Roz­myśl­nie usa­dzono ją obok ku­zyna Bj?rna, ka­wa­lera, księ­go­wego z Ro­skilde. Głów­nym te­ma­tem pro­wa­dzo­nych przez niego roz­mów, po­mię­dzy przy­śpiew­kami, była przy­szłość po­dwój­nej księ­go­wo­ści.

Lund nie tknęła al­ko­holu. Już i tak miała wra­że­nie, że zbyt wiele ude­rzyło jej do głowy.

Są­siad oka­zał się na tyle przy­tomny, że za­uwa­żył, iż te­mat ją nu­dzi.

- Je­steś po­li­cjantką? - spy­tał.

- Tak jakby.

- Sły­sza­łem, że eks­hu­mo­wali po­le­głego żoł­nie­rza. Ga­zety o tym pi­sały.

Lund zmie­niła zda­nie - łyk­nęła haust za słod­kiego bia­łego wina.

- Na­prawdę? - zdzi­wiła się.

Na­gle, za­nim są­siad zdo­łał wy­po­wie­dzieć ko­lejne słowo, ode­zwał się dzwo­ne­czek.

Vi­beke wstała ze swo­jego miej­sca. Czło­wiek z ob­sługi znowu po­ja­wił się przy Lund.

- Prze­pra­szam - po­wie­dział. - Ktoś chce się z pa­nią zo­ba­czyć. Mówi, że to ważne.

Za­raz za drzwiami stała blon­dynka w ele­ganc­kiej gar­sonce. Gdy Lund na nią spoj­rzała, kiw­nęła głową.

- Nie mo­głam się do­cze­kać tej prze­mowy - oznaj­miła Vi­beke. - Więc...

Lund od­su­nęła krze­sło i wstała od stołu.

Ko­bieta przy drzwiach przed­sta­wiła się jako Ka­rina J?r­gen­sen z Mi­ni­ster­stwa Spra­wie­dli­wo­ści.

- To­ast! - im­pro­wi­zo­wała Vi­beke za Lund. - Na zdro­wie!

Lund prze­szła z blon­dynką do baru.

- Do tej roz­mowy do­szło przy­pad­kowo - mó­wiła ko­bieta. - Nie zo­sta­nie ni­g­dzie od­no­to­wana. Nie po­wia­domi pani o niej ni­kogo w Po­li­ti­g?r­den.

Ze­szły na dół. Ko­ry­ta­rze wy­ło­żone bia­łymi płyt­kami. Za­pa­chy i od­głosy po­bli­skiej kuchni.

Na końcu stał wielki męż­czy­zna, tuż obok ko­biety skła­da­ją­cej ob­rusy. W jed­nej ręce trzy­mał te­le­fon, w dru­giej nóżkę kur­czaka. Gdy Lund się zbli­żyła, nie­do­koń­czona nóżka tra­fiła do śmiet­nika. A te­le­fon do kie­szeni.

Wy­tarł dło­nie ser­wetką le­żącą w po­bliżu, po czym prawą rękę po­dał Lund.

- Tho­mas Buch, mi­ni­ster spra­wie­dli­wo­ści. W każ­dym ra­zie w tej chwili.

Lund nic nie po­wie­działa.

- Ka­rina mówi, że spo­tka­li­śmy się tu­taj przy­pad­kiem. - Miał przy­ja­zną twarz i po­tar­ganą brą­zową brodę. - A to ci przy­pa­dek, co?

- Na gó­rze wła­śnie od­bywa się we­sele mo­jej mamy.

- Wiem. Prawda wy­gląda tak, że bar­dzo po­trze­buję paru od­po­wie­dzi. I my­ślę...

- Pro­szę po­słu­chać. Je­śli cho­dzi o eks­hu­ma­cję, to na­prawdę strasz­nie mi przy­kro. To mój błąd. Pro­szę nie wi­nić Brixa ani Stran­gego...

Za­cze­kał, aż kel­nerka się od­dali.

- Wie pani o za­rzu­tach cią­żą­cych na duń­skich żoł­nier­zach w Hel­mand?

- Tro­chę.

- Za­uwa­żyła pani, by coś wska­zy­wało, że nasi żoł­nie­rze mo­gli za­mor­do­wać cy­wi­lów? Co­kol­wiek...

- Po­wi­nien pan się skon­tak­to­wać z Len­nar­tem Bri­xem albo Ruth He­deby. Oni te­raz pro­wa­dzą...

- Wła­śnie nie je­stem pe­wien. A je­stem mi­ni­strem spra­wie­dli­wo­ści. Po­ja­wiła się su­ge­stia, że w zbrod­nię był wplą­tany ja­kiś ofi­cer. Pani o tym wie? Czy ze­tknęła się pani z ja­ki­miś do­wo­dami, które pró­bo­wano ukryć?

Lund po­krę­ciła głową.

- Tę hi­sto­rię opo­wia­dał żoł­nierz, który ma za­bu­rze­nia psy­chiczne. Praw­do­po­dob­nie nie było żad­nego ofi­cera.

Wielki męż­czy­zna we­pchnął pię­ści do kie­szeni spodni i stał nie­po­ru­sze­nie.

- Dla­czego więc chciała pani eks­hu­mo­wać tego żoł­nie­rza?

- Bo skre­wi­łam. Nic nie wiem. Mu­szę wró­cić na we­sele, prze­pra­szam.

- A co z do­wódcą od­działu, Jen­sem Pe­te­rem Ra­be­nem?

- My­śla­łam, że on coś wie o... Ale on jest chory psy­chicz­nie. Miał po­wód do ucieczki. Wła­śnie od­rzu­cono jego wnio­sek o zwol­nie­nie wa­run­kowe.

- Kto od­rzu­cił?

- Służba Wię­zienna. Jego le­karz orzekł, że Ra­ben jest zdrowy, ale...

Buch zer­k­nął na blon­dynkę.

- Her­ste­dve­ster orze­kło, że może wyjść? - spy­tał. - A Służba Wię­zienna od­rzu­ciła jego wnio­sek?

- Zga­dza się. A on bar­dzo chciał wyjść, był wręcz zde­spe­ro­wany. Roz­pada się jego mał­żeń­stwo. Praw­do­po­dob­nie już się roz­pa­dło.

Buch przy­ło­żył pa­lec do ust i my­ślał.

- Niech pani okaże mi jesz­cze tro­chę cier­pli­wo­ści. - Od­wró­cił się do blon­dynki. - Mon­berg pra­co­wał nad ustawą o służ­bie wię­zien­nej, prawda? Kiedy za­rzu­cił te prace?

Za­sta­na­wiała się chwilę.

- Za­raz po spo­tka­niu z mi­ni­strem obrony.

- Wła­śnie. Za­dzwoń do Plo­ugh.

Sze­roki uśmiech i znowu wielka dłoń. Lund od­po­wie­działa uści­skiem.

- Dzię­kuję - rzekł mi­ni­ster. - I pro­szę prze­ka­zać ma­mie gra­tu­la­cje.

- A o co wła­ści­wie cho­dzi?

Pa­lec znowu po­wę­dro­wał do bro­da­tej twa­rzy. I znowu po­ja­wił się na niej krzywy uśmiech. Po czym mi­ni­ster mru­gnął okiem.

- Mi­łego dnia, Saro Lund - rzekł i po­ma­chał jej ręką na po­że­gna­nie.

Gdy wró­ciła na we­sele, prze­ma­wiał wła­śnie Bj?rn.

- Vi­beke - po­wie­dział, sto­jąc obok żony. Czy­tał z no­ta­tek. - Uszczę­śli­wi­łaś mnie. Cały czas chcę tylko śpie­wać, tań­czyć i wy­gła­szać mowy.

Lund po­de­szła do swo­jego miej­sca, mo­dląc się w du­chu, by do tego nie do­szło.

Po­my­ślała o męż­czyź­nie, z któ­rym wła­śnie roz­ma­wiała. Tho­mas Buch był mi­ni­strem spra­wie­dli­wo­ści. I po­dob­nie jak ona po­ru­szał się po omacku.

- Cza­sami - cią­gnął Bj?rn - ża­łuję, że los nie ze­tknął nas wcze­śniej. Ale wtedy nie by­li­by­śmy na sie­bie go­towi. Cie­szę się więc, że w tam­ten ma­jowy wto­rek wsze­dłem do se­cond-handu. Wy­sze­dłem z niego z ko­bietą, która zo­stała moją żoną.

Lund zi­gno­ro­wała wąt­pliwe żarty są­siada, a wpa­try­wała się w pre­zenty i trzy czer­wone róże.

Nikt nie przy­syła kwia­tów sa­mot­nej ko­bie­cie na we­sele jej matki.

Go­ście wsta­wali. Dło­nie wzno­siły kie­liszki. Bj?rn wy­gła­szał to­ast.

- Sto lat dla panny mło­dej!

Gdy Bj?rn po­chy­lił się, by po­ca­ło­wać Vi­beke, Lund prze­szła przez salę, zna­la­zła swoją wią­zankę i wy­jęła przy­cze­pioną do niego białą ko­pertę.

Wie­działa, że za­pa­dła ci­sza, że wszy­scy na nią pa­trzą.

Mi­nął ją czło­wiek z ob­sługi nio­sący nową bu­telkę wina.

- Kto przy­niósł te kwiaty? - spy­tała.

- Po­sła­niec - od­rzekł tym sa­mym apa­tycz­nym to­nem co wcze­śniej.

W środku zna­la­zła wia­do­mość. "Tjek hun­de­te­gnet - Ra­ben". Sprawdź nie­śmier­tel­nik.

Vi­beke ob­ser­wo­wała córkę z uśmie­chem, ale spięta. Po­stu­kała no­żem w kie­li­szek i wstała.

- Skoro się tu wszy­scy ze­bra­li­śmy, chcia­ła­bym wy­gło­sić swoją kwe­stię. Za­nim Sa­rah...

Lund się­gnęła po dzwo­ne­czek mi­strza ce­re­mo­nii.

- Ko­chany Bj?r­nie - za­częła Vi­beke i urwała, pa­trząc na zbli­ża­jącą się córkę.

Lund za­trzy­mała się przed nią. Miały za sobą tyle lat kon­flik­tów. Tyle kłótni i zło­ści. A te­raz miała za­wieść matkę po raz ko­lejny, na jej wła­snym ślu­bie.

Twarz Vi­beke na­gle się zmie­niła. Uśmiech­nęła się. Lund po­sta­wiła dzwo­ne­czek przy jej ta­le­rzu, ob­jęła ją, uca­ło­wała w oba po­liczki, a matka zro­biła to samo.

- O co cho­dzi? - spy­tał Bj?rn z lekką nutą gniewu w gło­sie. - Nie mo­żesz wyjść w trak­cie prze­mowy matki! Go­ście nie wy­cho­dzą, za­nim we­sele się za­cznie!

Lund otarła oczy.

- A moja córka wła­śnie wy­cho­dzi, Bj?rn - od­parła Vi­beke to­nem nie­malże na­gany. - I w po­rządku.

- W po­rządku? - spy­tał, sze­roko otwie­ra­jąc oczy.

Lund nic nie po­wie­działa, tylko ru­szyła do wyj­ścia.

- Tak! - do­dała Vi­beke bar­dzo lekko. - Jak naj­bar­dziej w po­rządku. Ko­biety w tej ro­dzi­nie są pra­co­wite i mają swoje sprawy. - Po­kle­pała go po ple­cach. - Przy­zwy­cza­jaj się, chło­pie. I sta­raj się na­dą­żać.

Lund dziar­skim kro­kiem opu­ściła salę. Za sobą usły­szała śmiech. Może ner­wowy. Ale śmiech.

I głos matki, silny i prze­ko­nu­jący:

- No, ko­chany Bj?r­nie. Na czym to sta­nę­li­śmy?

Już nie słu­chała. Ze­szła ze scho­dów, wie­dząc do­kład­nie, do­kąd iść.

Hanne M?l­ler sprzą­tała ga­raż. W rę­kach trzy­mała fo­to­gra­fię, pa­trzyła na nią smutno.

We­szła Lund. Na fio­le­tową su­kienkę miała na­ło­żoną znisz­czoną gra­na­tową kurtkę.

- Przy­szłam pa­nią prze­pro­sić. Wiem, że po­li­cja też pa­nią prze­pra­szała. To za mało. Chcia­łam, żeby usły­szała to pani ode mnie.

Spoj­rzała na zdję­cie. Przy­stojny młody męż­czy­zna w woj­sko­wym be­re­cie, uśmie­cha­jący się do stan­dar­do­wego por­tretu. Hanne M?l­ler odło­żyła fo­to­gra­fię do kar­tonu.

- Zdaję so­bie sprawę, że nie mogę tego na­pra­wić - cią­gnęła Lund.

- Nie - od­parła ko­bieta ci­cho i z go­ry­czą. - Nie może pani.

- Chcę, żeby pani zro­zu­miała. - Je­den krok do przodu. Nie wyj­dzie, do­póki to nie zo­sta­nie po­wie­dziane. - Mu­sia­łam mieć pew­ność.

- A ma pani?

Pod­nio­sła ja­kieś ubra­nia syna i wsa­dziła je do czar­nego worka na śmieci.

- Je­stem pewna, że on nie żyje. Przy­kro mi. Ale jesz­cze cze­goś nie wiemy...

- Niech pani so­bie idzie.

Lund ro­zej­rzała się po ga­rażu. Za­sta­na­wiała się.

- Musi mnie pani wy­słu­chać.

- Dla­czego pani ni­gdy nie od­cho­dzi, kiedy o to pro­szę? - Głos Hanne M?l­ler wzniósł się, pe­łen bólu i gniewu. - I dla­czego pani cią­gle wraca? Prze­śla­duje mnie pani?

- Bo dzieje się coś złego. My­ślę, że pani też o tym wie.

- Wiem? - Trzy­mała swe­ter. Woj­skowy, z gra­na­to­wej włóczki. Albo część mun­durka szkol­nego. Wy­glą­dały tak po­dob­nie.

- Cho­dzi o nie­śmier­tel­nik pani syna. Łań­cu­szek, który dało mu woj­sko, z taką przy­wieszką. - Lund stwier­dziła, że opi­su­jąc przed­miot, nie­zręcz­nie ma­cha rę­koma.

Są­dząc po wy­ra­zie twa­rzy Hanne M?l­ler, ta ge­sty­ku­la­cja nie była po­trzebna.

- Wie pani, gdzie on jest?

- Dla­czego ka­wa­łek me­talu jest taki ważny?

- Nie­śmier­tel­nik prze­ka­zuje się naj­bliż­szym krew­nym. Do­stała go pani?

- Py­ta­łam - od­parła ko­bieta, krę­cąc głową. - Nie zna­le­ziono go.

- Ale ma pani resztę jego rze­czy?

Ko­bieta wska­zała pu­dło.

- Nie. To wszystko zo­sta­wił w domu. Nie mamy nic. Tylko ciało, któ­rego nie po­zwo­lono nam zo­ba­czyć. Dla­czego za­daje pani te py­ta­nia?

Lund za­sta­na­wiała się, co po­wie­dzieć. Ale Hanne M?l­ler po ka­ta­stro­fie na cmen­ta­rzu na­le­żały się wy­ja­śnie­nia.

- My­ślę, że ktoś zna­lazł nie­śmier­tel­nik pani syna. My­ślę, że wy­ko­rzy­stał go, by użyć toż­sa­mo­ści Pera. I żeby póź­niej za­tu­szo­wać swoje zbrod­nie.

- Per był do­brym chłop­cem - po­wie­działa jego matka ła­god­nym, zbo­la­łym gło­sem. - Nie chcia­łam, żeby wstę­po­wał do woj­ska. Kiedy był mały, nie było wo­jen. My­śla­łam, że zo­sta­nie na­uczy­cie­lem. Albo le­ka­rzem. Ale po­tem do­rósł, a świat się zmie­nił. - Wpa­try­wała się w Lund. - Wy­da­wało się, że to po pro­stu taki inny wy­bór. Taki jak iść do pracy w szkole. Po­je­chać do in­nego kraju, o któ­rym czło­wiek nie­wiele sły­szał, i wal­czyć w woj­nie, któ­rej nikt z nas nie ro­zu­mie. Do­my­ślam się, że po­trze­bu­jemy żoł­nie­rzy. Ale nie Pera. On był na to za de­li­katny.

Lund mil­czała, w gło­wie ma­jąc Marka.

- Czło­wiek my­śli, że może swoje dzieci po­kie­ro­wać, by ro­biły coś do­brego - do­dała Hanne M?l­ler tym sa­mym ła­god­nym, zbo­la­łym szep­tem. - Ale ni­gdy nie wia­domo, co je czeka. Tak na­prawdę nie wia­domo.

- Przy­kro mi, że spra­wi­łam pani tyle bólu. Po­stą­pi­łam głu­pio. Nie będę już pani nie­po­koić. - Lund ru­szyła do drzwi.

- Pro­szę za­cze­kać - po­wie­działa ko­bieta. - Mu­szę pani coś po­ka­zać. - Po­szła do kąta i wy­cią­gnęła inne pu­dło. - My­śla­łam, że to po­myłka. Może tak jest. Ale i tak nie daje mi to spo­koju.

- Co ta­kiego?

- Od czasu do czasu coś się po­ja­wiało. Jakby Per cią­gle żył. Pro­szę... - Wy­cią­gnęła plik otwar­tych ko­pert. - Li­sty. Ostatni sprzed kilku ty­go­dni. Pro­szę po­pa­trzeć.

Lund wzięła pa­kiet.

- Kiedy się za­czę­łam nad tym za­sta­na­wiać... Wy­obra­ża­łam so­bie, że może on na­dal żyje - szep­tała Hanne M?l­ler. - Ale nie żyje, prawda? A po­tem po­ja­wiła się ta ko­bieta. I pani...

Głów­nie ra­chunki. Per K. M?l­ler zgi­nął w Hel­mand, w wy­niku eks­plo­zji czy sa­mo­bój­stwa, po­nad dwa lata temu. Wszyst­kie do­ku­menty miały daty póź­niej­sze.

- To po­myłka, prawda? - spy­tała ko­bieta.

- Praw­do­po­dob­nie - od­parła Lund. - Mogę to za­trzy­mać?

Tuż przed osiem­na­stą Buch wró­cił do Rig­sho­spi­ta­let, go­towy na dru­gie star­cie z Fro­dem Mon­ber­giem.

Ni­kogo nie wi­dział w re­cep­cji, więc wszedł do środka. Za­stał Mon­berga w bia­łej pi­ża­mie, sie­dzą­cego na skraju łóżka i po­chło­nię­tego lek­turą ga­zety.

- Je­śli już mu­siał pan przy­cho­dzić - ode­zwał się pa­cjent - na­le­żało spy­tać o po­zwo­le­nie i ro­bić to w go­dzi­nach od­wie­dzin. - Na­stęp­nie wstał, pod­szedł do okna, wło­żył szla­frok. Cią­gle był nie­ogo­lony. Wy­da­wał się wy­mi­ze­ro­wany i stro­skany. - Nie mam panu nic wię­cej do po­wie­dze­nia, Buch.

- Nie­wiele wię­cej mu­szę usły­szeć. Już to wiem.

Mon­berg od­wró­cił się i wy­szcze­rzył zęby w uśmie­chu. To nie był miły wi­dok.

- Do­prawdy?

- Pra­wie. Przy­go­to­wy­wał pan ustawę, obie­cał pan zre­du­ko­wać koszty służby wię­zien­nej. To się zna­la­zło w orę­dziu.

- Za­kłady karne były prze­peł­nione. A ja­kie to ma zna­cze­nie?

- Chciał pan też zmniej­szyć liczbę pa­cjen­tów w za­mknię­tych za­kła­dach psy­chia­trycz­nych, prawda?

Chudy męż­czy­zna pa­trzył groź­nie na Tho­masa Bu­cha i mil­czał.

- Wnio­sko­wał pan, by każdą sprawę po­now­nie prze­ana­li­zo­wano i by zwol­niono wszyst­kich, któ­rzy nie sta­no­wią za­gro­że­nia dla spo­łe­czeń­stwa.

- Prze­ko­py­wa­nie sta­rych akt to ro­bota dla urzęd­ni­ków, nie dla mi­ni­strów.

- Jed­nym z tych, któ­rzy mieli wyjść na wol­ność, był Jens Pe­ter Ra­ben. Żoł­nierz. Czło­wiek, który twier­dził, że na wła­sne oczy wi­dział zbrod­nię wo­jenną po­peł­nioną przez in­nego żoł­nie­rza na­szych wojsk w Afga­ni­sta­nie.

- Nie pa­mię­tam...

Buch po­sta­wił krok w jego stronę.

- Niech mnie pan nie okła­muje. Ros­sing oma­wiał z pa­nem sprawę Ra­bena. A po­tem, nie wia­domo z ja­kiego po­wodu, cał­ko­wi­cie zre­zy­gno­wał pan ze swo­jego pro­jektu. Nic z niego nie wy­szło.

Mon­berg kiw­nął głową.

- To prawda. Były po temu inne po­wody.

- Nie będę pana już nie­po­koił - oznaj­mił Buch i skie­ro­wał się do drzwi. - Te­raz to sprawa dla Plo­ugh i ze­społu praw­nego...

- Buch!

Mi­ni­ster sta­nął.

- Na mi­łość bo­ską, może mnie pan wy­słu­chać? - po­pro­sił Mon­berg.

Buch wró­cił i spoj­rzał na chu­dego, do­tknię­tego nie­szczę­ściem czło­wieka przy łóżku. Chciał po­czuć wy­rzuty su­mie­nia, że tak go nęka. Ale to było trudne.

- Co pan za­mie­rza? - spy­tał Mon­berg.

- To za­leży od pana. Nie chcę ni­kogo ka­rać, chcę tylko po­znać prawdę.

- Ros­sing upie­rał się, że Ra­ben nie po­wi­nien wy­cho­dzić na wol­ność. Wszyst­kie ra­porty ze szpi­tala mó­wiły, że ten męż­czy­zna jest zdrowy, ale Ros­sing po­strze­gał to jako kwe­stię bez­pie­czeń­stwa pań­stwo­wego. Po­wie­dział, że wy­pusz­cze­nie tego czło­wieka jest sprzeczne z in­te­re­sem na­ro­do­wym. Że musi zo­stać w Her­ste­dve­ster.

Buch pra­wie się ro­ze­śmiał.

- In­te­re­sem na­ro­do­wym? Co to zna­czy? Nie za­my­kamy swo­ich wro­gów, je­żeli nie da­dzą nam do tego po­wodu. Dla­czego mie­li­by­śmy to ro­bić wła­snym żoł­nie­rzom, któ­rzy wal­czą za nas, za nasz kraj?

- Ros­sing nie wda­wał się w szcze­góły, a ja nie py­ta­łem.

Buch pod­niósł pa­lec i wy­mie­rzył go w sła­bego męż­czy­znę przed sobą.

- Jens Pe­ter Ra­ben zda­wał so­bie sprawę, że w Afga­ni­sta­nie wy­da­rzyło się coś strasz­nego. Ros­sing chciał, by Ra­ben sie­dział pod klu­czem, bo oba­wiał się po­li­tycz­nych re­per­ku­sji, gdyby to wy­da­rze­nie prze­do­stało się do wia­do­mo­ści pu­blicz­nej. To nie jest in­te­res na­ro­dowy.

- Ja o ni­czym nie wiem! Ros­sing po­pro­sił mnie o po­moc. Po­wie­dział mi, co mam ro­bić.

- A po­tem Anne Drag­sholm chciała wzno­wie­nia sprawy.

Mon­berg skrzy­wił się nie­za­do­wo­lony, pod­szedł do łóżka, wpa­try­wał się w upo­rząd­ko­waną po­ściel, od­wró­cony ple­cami do wiel­kiego męż­czy­zny za­rzu­ca­ją­cego go py­ta­niami.

- Co po­wie­działa Drag­sholm? Co od­kryła?

- Nie mogę się wda­wać w szcze­góły... - burk­nął Mon­berg i za­czął po­pra­wiać po­duszki.

Buch stra­cił cier­pli­wość.

- Do dia­bła! - ryk­nął. - My­śli pan, że może się tu ukryć na za­wsze? - Gwał­tow­nym ru­chem wska­zał drzwi. - Tam umie­rają lu­dzie! A pan... - Wy­ce­lo­wał pa­lec w wy­mi­ze­ro­waną twarz Mon­berga. - To pana wy­brali na ko­zła ofiar­nego. Nie Ros­singa. Uznają pana za sza­leńca, tak jak zro­bili z Ra­be­nem. Nie ro­zu­mie pan tego?

Frode Mon­berg chwy­cił się skraju łóżka. Od­dy­chał z tru­dem. I z tru­dem mo­bi­li­zo­wał resztki od­wagi.

- Za­ją­łem się po­li­tyką, by coś zdzia­łać. By słu­żyć.

- Więc pro­szę mi po­wie­dzieć - bła­gał Buch.

Chudy męż­czy­zna za­wa­hał się, wziął głę­boki od­dech.

- Mó­wiła, że zna­la­zła do­wód, że żoł­nie­rze mó­wili prawdę. Tam do­szło do ma­sa­kry. Do­pu­ścił się jej duń­ski ofi­cer. To, że Ra­bena uwię­ziono, było jawną nie­spra­wie­dli­wo­ścią.

- Jak się tego do­wie­działa? - spy­tał Buch.

Mon­berg za­mknął oczy, wy­glą­dał jak czło­wiek na skraju wy­trzy­ma­ło­ści.

- Zna­la­zła go.

- Kogo?

- Tego, kto to zro­bił. Wie­działa, kim jest. Nie po­wie­działa mi. Za bar­dzo się bała. By­łem w rzą­dzie, prawda? Nie są­dzę, żeby do końca mi ufała.

Buch nie przy­znał tego, co wy­da­wało się oczy­wi­ste: Drag­sholm miała ra­cję.

- To wszystko, co wiem - do­dał Mon­berg. Sto­jąc ty­łem do Bu­cha, pa­trzył za okno. - Co ja mam, do cho­lery, zro­bić? Jest co­raz go­rzej.

- Musi pan po­wie­dzieć prawdę, Frode. I tyle. - Po­ło­żył dłoń na ra­mie­niu Mon­berga i prze­ra­żony stwier­dził, że składa się z resz­tek mię­śni i ko­ści. - Po­wie­dzieć prawdę, i wszystko bę­dzie do­brze. Obie­cuję. Pre­mier cały czas mnie wspiera. Pro­sił, bym wy­ja­śnił sprawę. Nie zo­sta­wimy pana, obie­cuję.

Frode Mon­berg od­wró­cił się i spoj­rzał groź­nie na Bu­cha, nic nie mó­wiąc.

Roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi. Ka­rina.

- Prze­pra­szam - po­wie­działa. - Mu­szę z pa­nem po­roz­ma­wiać. To ważne.

- Dwie mi­nuty - rzu­cił do Mon­berga Buch - i usta­limy, co ro­bić.

Słaby męż­czy­zna wpa­try­wał się w niego groź­nie.

- Jest pan dziec­kiem, Buch. Ros­sing nie po­wie ani słowa.

Ka­rina cią­gle bia­do­liła.

- Dwie mi­nuty - po­wtó­rzył Buch.

Na ko­ry­ta­rzu Ka­rina od­cią­gnęła Bu­cha od se­pa­ratki Mon­berga. Mi­ni­ster czuł, że w końcu osią­gnął ja­kiś prze­łom.

- Tho­ma­sie...

- Zmu­si­łem go do roz­mowy. Po­twier­dził na­sze do­my­sły. Mu­simy za­raz ścią­gnąć tu PET.

- Wy­słu­chasz mnie? - Za­pro­wa­dziła go do ja­kiejś wnęki. - Te­raz masz pro­blem nie z Mon­ber­giem, tylko z Krab­bem.

Buch głę­boko ode­tchnął.

- A czego znowu chce ten har­ce­rzyk?

- Do­maga się two­jej re­zy­gna­cji.

- No lu­dzie...

Wy­glą­dała ża­ło­śnie, a to było do niej nie­po­dobne.

- Krabbe sta­wia pre­mie­rowi ul­ti­ma­tum. Albo ty odej­dziesz, albo on wy­cofa swoje po­par­cie dla rządu. Chce two­jej głowy albo do­pro­wa­dzi do upadku ga­bi­netu.

- Nie, nie, nie. - Buch nie mógł prze­stać my­śleć o roz­mo­wie, którą wła­śnie od­był. - Po­słu­chaj. Mon­berg po­twier­dził, że roz­ma­wiał z Ros­sin­giem. Że za­trzy­mał duń­skiego żoł­nie­rza w Her­ste­dve­ster na prośbę Ros­singa. To jest te­raz ważne.

Skrzy­żo­wała ra­miona i wbiła w niego wzrok.

- Dojdźmy prawdy, a wtedy wszystko bę­dzie do­brze - upie­rał się Buch. - Zwy­kle tak jest. Chodź... - Po­pro­wa­dził ją z po­wro­tem ko­ry­ta­rzem.

- Sama mo­żesz tego po­słu­chać.

- To po­ważne - od­parła, po­dą­ża­jąc za nim.

- Wszystko jest po­ważne. To tylko kwe­stia skali.

Sta­now­czym kro­kiem wszedł do se­pa­ratki Mon­berga. Pie­lę­gniarka zmie­niała po­ściel. Łóżko było pu­ste.

Buch spoj­rzał na pie­lę­gniarkę.

- Po­wie­dział, że chce się przejść - wy­ja­śniła, wzru­sza­jąc ra­mio­nami.

- A pani go pu­ściła?

Żach­nęła się.

- To szpi­tal, nie wię­zie­nie.

Buch za­klął, wy­szedł na ko­ry­tarz. Mon­berg mu­siał skrę­cić w lewo. Gdyby udał się w drugą stronę, zo­ba­czy­liby go.

- Tho­ma­sie... - jęk­nęła Ka­rina.

- Nie te­raz.

Nie był czło­wie­kiem ner­wo­wym. Nie­po­kój nie le­żał w jego na­tu­rze.

- Tho­mas! Mu­sisz za­dzwo­nić do pre­miera.

- Nie! - krzyk­nął na nią i za­raz tego po­ża­ło­wał. - Mu­simy zna­leźć Mon­berga. Nie ro­zu­miesz?

- To mnie oświeć. - Skrzy­żo­wała ra­miona.

- Przy­ci­sną­łem go, Ka­rino - od­rzekł Buch ci­cho, jakby do sie­bie. - Przy­ci­sną­łem go, bar­dzo mocno.

Pa­trzyła, słu­chała, po czym ru­szyła przo­dem i za­glą­dała do po­miesz­czeń po pra­wej i le­wej.

- Frode? - krzyk­nęła.

Nikt nie od­po­wia­dał.

Dom Jar­nviga w ko­sza­rach Ry­van­gen. Su­te­rena była pra­wie go­towa. Po­ma­lo­wana przez Chri­stiana S?ga­arda. Ściany no­wego po­koju Jo­nasa przy­kryła ja­sna ta­peta. Tap­cza­nik, żółte krze­sełko, sto­jąca lampa, biu­reczko. Po raz pierw­szy w ży­ciu miał wła­sny kąt. Lo­uise pa­trzyła, jak jej syn stoi przy dziadku, który wie­sza nad łóż­kiem pla­kat z ko­smicz­nymi wo­jow­ni­kami.

- Jest równo, Jo­na­sie? - spy­tał.

- Tak, dziadku. Po­doba mi się.

Jar­nvig od­wró­cił się i uśmiech­nął sze­roko do wnuka, po czym wy­jął z kie­szeni pi­nezki i przy­cze­pił pla­kat.

- No to do­brze - rzekł, po­kle­pu­jąc chłopca po gło­wie. - Wy­gląda fan­ta­stycz­nie, co? Te­raz masz cały po­kój dla sie­bie.

- Mu­sisz za­pu­kać, za­nim wej­dziesz - po­uczył go wnuk.

- Tak jest! - Puł­kow­nik za­sa­lu­to­wał i strze­lił ob­ca­sami.

Jo­nas zro­bił to samo. Obaj się ro­ze­śmiali. Lo­uise Ra­ben na ten wi­dok po­czuła za­ra­zem ra­dość i smu­tek. Po czym od­da­liła się do kuchni i za­częła sprzą­tać.

Oj­ciec przy­szedł w ślad za nią.

- Zo­sta­wiam cię z tym te­raz - stwier­dził. - Ład­nie tu wy­gląda. Wcze­śniej to za­wsze była taka ka­wa­lerka. A te­raz... - nie­mą­dry uśmiech - ...te­raz wy­gląda tak, jak­bym znowu miał ro­dzinę.

- Dzięki za po­moc, tato.

- Coś jesz­cze mogę zro­bić? Wczo­raj po­wie­dzia­łem różne głu­pie rze­czy. Prze­pra­szam. Mnie też to oczy­wi­ście po­ru­sza. Nie mogę... nie mogę pa­trzeć na cie­bie w tym sta­nie.

Zdjęła rę­ka­wice gu­mowe, po­de­szła do ojca i do­tknęła jego po­liczka.

- W po­rządku. By­łam idiotką, co nie? Wy­da­wało mi się, że na za­wsze ozna­cza na za­wsze. A to tekst tylko dla dzieci, prawda?

- Cza­sami tak - przy­znał. - Chodź ze mną na bal ka­de­tów. Bę­dzie mi bar­dzo miło. Mo­gła­byś być moim go­ściem.

Przy­po­mniała so­bie bale ka­de­tów z cza­sów, gdy była na­sto­latką. Wszy­scy mło­dzi żoł­nie­rze go­rąco pra­gnęli za­tań­czyć z córką ofi­cera.

- Na bale ka­de­tów to ja je­stem za stara i za gruba.

- Bzdura. Jedno i dru­gie to bzdura. Do­brze by ci to zro­biło.

- Po­win­nam być z Jo­na­sem.

- Jo­na­sowi nic nie do­lega. Mogę za­ła­twić ko­goś do opieki. To o cie­bie się mar­twię. Daj spo­kój...

Prze­je­chała ście­reczką do­koła zlewu. Jej złota ob­rączka ślubna le­żała obok kranu ra­zem z ze­gar­kiem. Za­wsze zdej­mo­wała ją do zmy­wa­nia.

Na za­wsze.

Mrzonki dla dzieci. Wy­trzy­mała przy Jen­sie wię­cej, niż znio­słaby nie­jedna ko­bieta. A co do­stała w za­mian? Tchó­rza, który uciekł na Bli­ski Wschód, gdy tylko ona uro­dziła dziecko. Prze­stępcę ukry­wa­ją­cego się przed wszyst­kimi.

- Cho­ciaż na chwilkę - pro­sił oj­ciec. - Wró­cimy od razu, kiedy bę­dziesz chciała.

Nie mo­gła ode­rwać wzroku od ob­rączki. Kie­dyś wy­da­wała jej się taka ważna. Sta­no­wiła sym­bol cze­goś, co ich łą­czyło. Te­raz była re­lik­tem prze­szło­ści, gorz­kim przy­po­mnie­niem wszyst­kiego, co stra­ciła.

- Oczy­wi­ście - po­wie­dział Jar­nvig. - Ro­zu­miem. To za­leży od cie­bie. - Ro­ze­śmiał się. - Ale za­wsze uwiel­bia­łem pa­trzeć, jak tań­czysz. My­śla­łaś, że nie je­steś w tym do­bra. Nie mia­łaś po­ję­cia...

Lo­uise skrzy­żo­wała ra­miona.

- No to o któ­rej idziesz?

Jar­nvig kla­snął w dło­nie, a na jego twa­rzy po­ja­wiła się taka ra­dość, ja­kiej nie wi­działa w ostat­nich la­tach.

- Gdy tylko wy­bie­rzesz su­kienkę. Czyli dia­bli wie­dzą...

Go­dzinę póź­niej, za ogro­dze­niem ko­szar, Ra­ben sie­dział w dru­gim już ukra­dzio­nym tego dnia sa­mo­cho­dzie, scho­wany ni­sko za kie­row­nicą, z twa­rzą skrytą za kap­tu­rem. Drzwi miał otwarte, go­tów do ucieczki przy naj­mniej­szym za­gro­że­niu.

Do­bre miej­sce. Do­sko­nały wi­dok na dom Jar­nviga. Świa­tła włą­czone, w oknie na dole dało się do­strzec za­bawki. Spoj­rzał na nie i za­bo­lało go serce. Tyle stra­cił. Tyle mu­siał od­zy­skać.

Otwo­rzyły się drzwi wej­ściowe. Wy­szedł Tor­sten Jar­nvig w mun­du­rze ga­lo­wym. Czarna kurtka i złote epo­lety. Biała ko­szula i muszka. Na ze­wnątrz cze­kała długa li­mu­zyna.

Ra­ben znał ten ob­rzą­dek. Od­by­wał się bal dla no­wego na­boru ka­de­tów w wy­na­ję­tej sali nie­opo­dal Ka­stel­let. Ta­kim jak Ra­ben nie wolno było się zbli­żyć do tej im­prezy. Mu­sieli so­bie tylko wy­obra­żać mu­zykę, śmie­chy, oso­bliwe pi­jac­kie dow­cipy. Zgrzy­tać zę­bami i mieć na­dzieję, że ci su­rowi, nie­wy­szko­leni ka­deci nie prze­szko­dzą w walce, nie na­rażą ich na śmierć, gdy od­dział trafi na trudny te­ren Hel­mand.

Ofi­ce­ro­wie zaj­mo­wali wy­soką po­zy­cję. Ale to sze­re­gowcy, zwy­czajni żoł­nie­rze, po­bo­rowi, mi­zerni, je­śli cho­dzi o wy­kształ­ce­nie i po­cho­dze­nie spo­łeczne, de­cy­do­wali, czy bi­twa za­koń­czy się zwy­cię­stwem. Ich krew bar­dziej niż in­nych była roz­le­wana na su­chej ob­cej ziemi.

Pa­trzył, jak Jar­nvig do­cho­dzi do dłu­giej li­mu­zyny, wy­rzuca pa­pie­rosa, roz­gląda się. Za­sta­na­wiał się, co my­śli ten czło­wiek. Do­wódca. I oj­ciec Lo­uise. Ra­ben ni­gdy nie ro­zu­miał, czy jest dla niego ro­dziną, czy tylko ko­lej­nym żoł­nie­rzem cze­ka­ją­cym na jego roz­kazy. Nie­wy­klu­czone, że Jar­nvig sam tego nie poj­mo­wał.

Drzwi domu otwo­rzyły się po­now­nie i Ra­ben prze­stał od­dy­chać. Lo­uise. Fu­trzana etola, szkar­łatna je­dwabna suk­nia. Do­sko­nałe włosy. Blada twarz z ma­ki­ja­żem. Go­towa na bal ka­de­tów córka ofi­cera, o któ­rej ma­rzyli wszy­scy mło­dzieńcy.

Tym­cza­sem ona zi­gno­ro­wała wszyst­kich, a wy­brała jego.

Ze­szła po­woli po stop­niach. Ra­ben od­niósł wra­że­nie, że z wa­ha­niem. Jakby za­pa­dły ja­kieś de­cy­zje.

Jar­nvig cze­kał przy otwar­tych drzwiach li­mu­zyny. Za kie­row­nicą sie­dział sztywny jak struna żoł­nierz w mun­du­rze. Lo­uise wsia­dła, cały czas pa­trząc pro­sto przed sie­bie. Wró­ciła nie­po­strze­że­nie do tam­tego świata. A on nie, ni­gdy tego nie zrobi.

Ra­ben pa­trzył, jak li­mu­zyna nie­śpiesz­nie su­nie w stronę war­towni, jak war­tow­nicy sa­lu­tują, a Jar­nvig i jego córka opusz­czają Ry­van­gen.

Po­tem po­woli, ostroż­nie wy­je­chał kra­dzio­nym Peu­ge­otem na drogę za nimi, za­cho­wu­jąc bez­pieczną od­le­głość i za­sta­na­wia­jąc się, co zro­bić, gdy do­trą na miej­sce.

Z tak­sówki, którą je­chała do mia­sta z domu pani M?l­ler, Lund za­dzwo­niła do Stran­gego.

- Coś mi się nie wy­daje, że­byś była na we­selu - po­wie­dział.

- Mu­sisz coś spraw­dzić.

- Zo­sta­łaś od­su­nięta od sprawy.

- Mu­sisz coś spraw­dzić - po­wtó­rzyła, te­raz już nie­cier­pli­wie.

- Je­stem w Hel­sin­g?r.

Czter­dzie­ści mi­nut sa­mo­cho­dem na pół­noc od Ko­pen­hagi.

- A co tam ro­bisz?

- PET chce, że­by­śmy zna­leźli każ­dego Afgań­czyka w Da­nii. Wła­śnie je­stem z tłu­ma­czem w ośrodku dla uchodź­ców. Strata czasu. Cze­kaj, wyjdę na ze­wnątrz...

Za­cze­kała. Tak­sówka zwol­niła w du­żym ru­chu. W ta­kich wa­run­kach do miesz­ka­nia matki zo­stało jej z pół go­dziny.

- No to co się dzieje? - spy­tał po chwili Strange.

- Ktoś sko­rzy­stał z toż­sa­mo­ści Pera K. M?l­lera. Jego nie­śmier­tel­nik za­gi­nął.

- Oni tam pro­wa­dzą wojnę, Lund. Różne rze­czy giną.

- To nie tak. Ktoś ro­bił za­kupy na jego na­zwi­sko. W ciągu ostat­nich kilku mie­sięcy. Matka do­sta­wała fak­tury.

- Ach.

- Mu­sisz jesz­cze raz po­roz­ma­wiać z Ka­pe­la­nem. I z S?ga­ar­dem. Wrzu­cić na­zwi­sko M?l­lera do sys­temu biura in­for­ma­cji go­spo­dar­czej, może coś się znaj­dzie.

- Je­stem w Hel­sin­g?r, pa­mię­tasz? Roz­ma­wiam z ludźmi, któ­rzy mnie nie­na­wi­dzą.

- Świet­nie. Wsia­daj do auta i wra­caj. Jak do­ci­śniesz gaz, mo­żesz tu być za pół go­dziny.

- Mam ro­botę! To po­trwa jesz­cze parę go­dzin. - Za­milkł na chwilę. - Mó­wi­łaś już o tym Bri­xowi?

- Jesz­cze nie - przy­znała. - Po­wiem. Słowo ho­noru.

Znowu ta długa ci­sza.

- Pro­szę, obie­caj mi, że nie zro­bisz nic głu­piego.

- Na przy­kład?

- Na przy­kład... sam nie wiem. Ni­g­dzie nie po­je­dziesz sama. To ni­gdy nie koń­czy się do­brze, prawda?

A co cię to ob­cho­dzi?, po­my­ślała. Je­steś tylko jesz­cze jed­nym gli­nia­rzem, któ­rego mi przy­dzie­lono. Nie­zbyt do­brym w swoim fa­chu. Pod wie­loma wzglę­dami zbyt mi­łym.

- Nie zro­bię nic głu­piego - po­wie­działa i zdała so­bie sprawę, że nie chce zra­nić jego uczuć. - Ale i tak dzię­kuję.

I tyle. Te­raz pa­dał deszcz. Sa­mo­chody przed nimi po­ru­szały się po­woli.

- Chcę po­je­chać w inne miej­sce - ode­zwała się do tak­sów­ka­rza. - Do Ve­ster­bro. Ile to zaj­mie?

Ro­ze­śmiał się i wzru­szył ra­mio­nami.

- Skąd mam wie­dzieć? - od­rzekł, chi­cho­cząc. - Jest pani pewna?

- Tak, je­stem pewna.

Prze­ciąw­szy In­dre By, cen­trum mia­sta, tak­sówka skrę­ciła w wą­ską uliczkę i po­trą­ciła ro­we­rzy­stę. Wy­wią­zała się nie­unik­niona kłót­nia. Ro­we­rzy­sta, wielki fa­cet wy­peł­niony pi­wem, się­gnął do wnę­trza tak­sówki i za­brał klu­czyki.

Lund od­cze­kała kilka mi­nut, pa­trząc, jak męż­czyźni ska­czą so­bie do oczu. Po­tem zo­sta­wiła na de­sce roz­dziel­czej swoją wi­zy­tówkę i po­wie­działa kie­rowcy, że może ze­zna­wać, gdyby na­prawdę chciał, by ktoś po­świad­czył, jak fa­tal­nie jeź­dzi.

Od dworca N?r­re­port dzie­lił ją krótki spa­cer. Stam­tąd od­jeż­dżały po­ciągi we wszyst­kich kie­run­kach. W ciągu kilku mi­nut mo­gła do­trzeć do miesz­ka­nia Vi­beke, skąd za­dzwo­ni­łaby do matki i choć tro­chę wy­na­gro­dziła jej wyj­ście z we­sela. Albo mo­gła się udać do Ve­ster­bro i od­szu­kać Gun­nara Tor­pego.

Nor­mal­nie byłby to ła­twy wy­bór. Ale ostat­nie słowa Stran­gego nie da­wały jej spo­koju. Go­ni­twa za rze­czami, któ­rych nie ro­zu­miała, nie była głu­pia. Ona tak po pro­stu ro­biła. Ta­kim była czło­wie­kiem. A poza tym... co on o tym wie­dział? Po­rządny, śred­nio kom­pe­tentny funk­cjo­na­riusz, który, zdaje się, do po­li­cji tra­fił przy­pad­kiem, bo miał już dość służby woj­sko­wej. Ulrik Strange nie wy­glą­dał za bar­dzo na czło­wieka, któ­remu jest pi­sana ka­riera za­wo­dowa. Ro­bił, co mu ka­zano, a w jej przy­padku to nie wcho­dziło w ra­chubę.

Lund we­szła do ka­wiarni na­prze­ciwko dworca, ku­piła cap­puc­cino i ka­napkę.

Strange w ni­czym nie przy­po­mi­nał Jana Mey­era, czło­wieka, który był za­bawny i jed­no­cze­śnie do­pro­wa­dzał ją do szału. W nim była ja­kaś po­waga. Po­czu­cie po­świę­ce­nia i obo­wiązku, a do tego zna­ko­mita sa­mo­świa­do­mość. Wie­dział, że ta sprawa go prze­ra­sta. Dla­tego się jej trzy­mał, słu­chał jej, ro­bił, co ka­zała, cho­ciaż byli so­bie równi rangą, do­póki Brix znowu jej nie wy­wa­lił.

Po­woli po­pi­jała kawę, nie spie­szyła się z ka­napką. Zer­k­nęła na ze­ga­rek. Do­cho­dziła dwu­dzie­sta. Je­śli Strange zro­bił, o co pro­siła, to wró­cił już do Po­li­ti­g?r­den i szu­kał śla­dów, które pod­su­nęła. Mo­gła za­dzwo­nić. Ale to ozna­cza­łoby spraw­dza­nie. Zi­ry­to­wa­łaby go, a tego nie chciała.

Do­piła więc kawę, ru­szyła do me­tra, ze­szła po scho­dach, spoj­rzała na pe­rony - je­den pro­wa­dził do domu, drugi do Ve­ster­bro i Gun­nara Tor­pego.

Wła­ści­wie nie był to ża­den wy­bór.

Pół go­dziny póź­niej we­szła do ko­ścioła. Wy­glą­dało na to, że w środku ni­kogo nie ma. Je­dyne świa­tła pa­liły się na oł­ta­rzu. Trzy złote lich­ta­rze na bia­łym ob­ru­sie przed ob­ra­zem przed­sta­wia­ją­cym Ma­rię pła­czącą nad Je­zu­sem.

Lund prze­szła mię­dzy ław­kami, ro­zej­rzała się. Zza otwar­tych drzwi po pra­wej do­biegł ją ja­kiś dźwięk. I do­cho­dziło stam­tąd blade świa­tło.

- Halo?! - za­wo­łała i na­gle od­nio­sła wra­że­nie, że sły­szy nie wia­domo skąd głos Jana Mey­era. Tam­ten chro­pawy, prze­pa­lony pa­pie­ro­sami, zna­jomy głos: "Nie wej­dziesz tam znowu sama, co, Lund? I to bez broni?".

Cza­sami ro­zum pła­tał różne fi­gle. Po­de­szła do drzwi.

- Jest tam kto? - krzyk­nęła.

Nikt nie od­po­wie­dział. Pchnęła drzwi.

- Halo?

Od­bity od pu­stych ścian po­miesz­cze­nia głos Lund za­brzmiał jak mu­zyka. W środku było ciemno. Zna­la­zła kon­takt, włą­czyła świa­tło - sa­motną ża­rówkę. Od­sko­czyła wstrzą­śnięta, bo pierw­sze, co zo­ba­czyła, to wy­ło­żony płyt­kami zlew opry­skany krwią.

Się­gnęła do kie­szeni. Ale miała w niej tylko te­le­fon.

- Cho­lera - szep­nęła i zro­biła to, co było we­dług niej na­tu­ralne. Po­szła da­lej.

Dru­gie po­miesz­cze­nie. Tym ra­zem w pół­mroku, bo było tu okno, przez które wpa­dało blade świa­tło la­tarni.

Na środku zo­ba­czyła zna­jomy kształt, ohydny i święty jed­no­cze­śnie. Po­stać z ra­mio­nami roz­cią­gnię­tymi na boki jak u ukrzy­żo­wa­nego, przy­wią­zana do że­la­znej belki przy­mo­co­wa­nej do dwóch wy­so­kich drew­nia­nych lich­ta­rzy.

Gun­nar Torpe, z za­krwa­wioną twa­rzą, w kurtce woj­sko­wej, z czarną ta­śmą na ustach.

Lund po­de­szła do niego, ode­rwała ta­śmę. Z ust du­chow­nego buch­nęła krew. Głowa mu opa­dła. Oczy się za­mknęły.

Do­sko­czyła do niego, jedną ręką od­wią­zała pęta, drugą pod­trzy­mała ciało. Naj­pierw prawe ra­mię, po­tem lewe. Ciężki czło­wiek. Z wiel­kim wy­sił­kiem, po­woli opu­ściła jego ciało na twardą be­to­nową po­sadzkę.

Od­dy­chał. Słabo.

Te­le­fon.

Za­dzwo­niła na cen­tralę.

- Sa­rah Lund. Wy­ślij­cie ka­retkę do ko­ścioła Świę­tego Szy­mona w Ve­ster­bro. Za­wia­dom­cie Brixa. Wła­śnie zna­la­złam pa­stora. Jesz­cze od­dy­cha, ale...

Coś bły­snęło przy ciele Tor­pego. Spoj­rzała. Nie­śmier­tel­nik prze­cięty na pół, krew na ostrej, po­szar­pa­nej stro­nie.

- Mu­si­cie się spie­szyć. Po­wiedz­cie...

Dźwięk w po­bliżu. Kroki w głębi po­miesz­cze­nia.

Lund zer­k­nęła na Tor­pego. Na krew. Świeżą. Na rany. Tak liczne, tak żywe.

Po­stać. Męż­czy­zna w kap­tu­rze, z po­chy­loną głową prze­mknął na tle okna i pę­dem ru­szył w głąb świą­tyni.

- Prze­każ­cie Bri­xowi, że ści­gam sprawcę - do­dała, po czym zo­sta­wiła krwa­wią­cego ka­płana i po­gnała do drzwi.

Szu­kali go­dzinę. Zmar­no­wali go­dzinę. To­wa­rzy­szyła im ad­mi­ni­stra­torka szpi­tala, bar­dzo zi­ry­to­wana.

- Jak mo­gli­ście zgu­bić pa­cjenta? - py­tał Buch.

- Jak pan może tu wcho­dzić i go nę­kać? - py­tała ad­mi­ni­stra­torka. - To obu­rza­jące. Nie ob­cho­dzi mnie, kim pan jest. To nie­ważne...

Za­dzwo­nił jej te­le­fon.

Byli na trze­cim pię­trze. In­ten­sywna opieka me­dyczna. Ani śladu Mon­berga. Nikt go ni­g­dzie nie wi­dział.

Buch pa­trzył, jak twarz ad­mi­ni­stra­torki się zmie­nia. Na­uczył się już roz­po­zna­wać, kiedy nad­cho­dzą złe wia­do­mo­ści. Tyle ich było ostat­nio.

- Co się dzieje? - spy­tał, gdy wsu­nęła te­le­fon do kie­szeni.

- Chyba mu­simy we­zwać po­li­cję

- Je­stem mi­ni­strem spra­wie­dli­wo­ści! - wrza­snął Buch. - Po­li­cja mi pod­lega.

- Świet­nie - burk­nęła i po­pro­wa­dziła ich na ko­niec ko­ry­ta­rza, przez oko­licę, która wy­glą­dała na prze­strzeń ma­ga­zy­nową. Żad­nych po­ko­jów. Żad­nych sal. Tylko sprzęt i kar­tony.

- Pa­cjenci nie mają tu wstępu - po­wie­działa. - W żad­nych oko­licz­no­ściach...

Wsie­dli do windy tech­nicz­nej. Przy ciel­sku Bu­cha i z nimi dwiema, Ka­riną i ad­mi­ni­stra­torką, pra­wie wy­peł­nili li­mit. Ad­mi­ni­stra­torka wdu­siła gu­zik par­teru. I już się nie ode­zwała.

Po chwili drzwi się otwo­rzyły. Trzech męż­czyzn w sza­rych kom­bi­ne­zo­nach po­chy­lało się nad czymś.

Buch prze­pchnął się mię­dzy nimi.

Mon­berg le­żał na pod­ło­dze, twa­rzą w dół. Spod jego wy­nędz­nia­łej twa­rzy wy­pły­wała ka­łuża szkar­łat­nej krwi. Obok roz­trza­skane oku­lary. Czer­wień po­pla­miła białą pi­żamę. Jego otwarte oczy pa­trzyły zdu­mione. Pod pew­nym okrut­nym wzglę­dem były bar­dziej czujne niż za ży­cia.

- Przed chwilą sko­czył z trze­ciego pię­tra - po­wie­dział je­den z męż­czyzn.

- Pa­cjen­tom nie wolno... - za­częła ad­mi­ni­stra­torka.

Ka­rina od­wró­ciła się do ściany i za­częła szlo­chać.

- Prze­pro­wa­dzimy po­stę­po­wa­nie - do­dała ko­bieta.

- Je­ste­ście pewni, że sko­czył? - spy­tał Buch.

Nikt nie od­po­wie­dział.

Wstał, chwy­cił za ra­miona jed­nego z męż­czyzn. Tam­ten tylko spoj­rzał pa­skud­nie.

- Je­ste­ście pewni, że sko­czył? - po­wtó­rzył Buch.

- Ja za­mia­ta­łem tu na dole - od­wark­nął męż­czy­zna. - Wi­dzia­łem, jak tam stał. Pa­lił pa­pie­rosa. I na­gle mnie zo­ba­czył. Wszedł na po­ręcz. - Wska­zał krętą klatkę scho­dową. - Sły­sza­łem, jak krzy­czał, cały czas aż na dół.

- Jest pan pe­wien? - spy­tał Buch znowu, ale już ci­szej.

- Chyba ni­gdy tego nie za­po­mnę. A pan by za­po­mniał?

Dwu­dzie­sta pierw­sza dzie­sięć. K?d­byen bu­dziło się do ży­cia. W tu­tej­szych ma­sar­niach, prze­twór­niach ryb, hur­tow­niach i pie­kar­niach roz­rzu­co­nych po roz­le­głym re­jo­nie wci­śnię­tym po­mię­dzy tory ko­le­jowe a Ve­ster­bro za­opa­try­wała się w żyw­ność więk­szość Ko­pen­hagi. Te­raz, wie­czo­rem, dziel­nica od­sła­niała swoje inne ob­li­cze. Lo­kale na pię­trach, nie­które na par­te­rze, chło­nące nocny tłum, bary i re­stau­ra­cyjki, gdzie tło­czyli się ko­lo­rowi im­pre­zo­wi­cze, by zjeść i wy­pić w po­bliżu rzę­dów tu­szy by­dlę­cych i tac świeżo wy­pa­tro­szo­nego ło­so­sia.

Lund go­niła za­kap­tu­rzoną po­stać od ko­ścioła Gun­nara Tor­pego. Zo­ba­czyła, jak uska­kuje w lewo pod szyl­dem Bosch nad modną knajpką or­ga­niczną.

Po­li­cjantka bie­gła i bie­gła, pra­cu­jąc mia­rowo rę­koma, z od­de­chem skró­co­nym do ryt­micz­nych sap­nięć. Brix mógł się za­jąć pa­sto­rem. Lund miała zbiega w za­sięgu wzroku i nic in­nego się nie li­czyło.

Skrę­ciła przy szyl­dzie Bosch, obej­rzała plac przed sobą. Ma­ga­zyny i skle­piki. Za­ła­do­wy­wane cię­ża­rówki. Tak­sówki nad­cią­ga­jące z ko­bie­tami w tan­det­nych suk­niach, wy­ru­sza­ją­cymi na pod­bój nocy.

Za­kap­tu­rzona po­stać znik­nęła w bu­dynku w da­le­kim pra­wym rogu. Lund prze­bie­gła w ślad za nim przez uchy­lone drzwi.

Pu­sta hala za­ła­dun­kowa. Pod­no­śniki za­par­ko­wane na noc. Para uno­sząca się z kra­tek w sza­rej be­to­no­wej pod­ło­dze. Że­la­zne schodki wspi­na­jące się spi­ral­nie pod drew­niany su­fit.

Na­gły ha­łas. Lund pod­sko­czyła. To był grzmot z sys­temu na­gła­śnia­ją­cego pię­tro wy­żej. Gło­śna, ryt­miczna mu­zyka di­sco. Śmiech, pi­ski ucie­chy.

Przed Lund jedne otwarte drzwi. Po­gnała da­lej. Tra­fiła znowu na ze­wnątrz, w zimną noc. Po­dwórko pełne czar­nych wor­ków na śmieci i go­łębi sku­bią­cych od­padki.

Ani ży­wej du­szy.

Za­dzwo­niła do Brixa. Ode­brał z cięż­kim wes­tchnie­niem.

- Lund. Je­stem za­jęty. Od­dzwo­nię.

- Pa­stor...

- Co z nim?

- Nie do­sta­łeś wia­do­mo­ści?

- Mó­wi­łem już, je­stem za­jęty.

- Zna­la­złam go pół­ży­wego w ko­ściele. Dzwo­ni­łam na cen­tralę. Po­wie­dzia­łam, żeby we­zwali tam ka­retkę. Żeby ci prze­ka­zali...

- Co ty wy­ra­biasz, na mi­łość bo­ską? - wrza­snął. - Po­win­naś być na we­selu.

- Kiedy do­tar­łam do ko­ścioła, ktoś stam­tąd uciekł. Pró­buję go do­paść. Jest w K?d­byen.

Ro­zej­rzała się. Tyle bu­dyn­ków. Ale po­mię­dzy nimi wielka otwarta prze­strzeń. Gdyby miała szczę­ście...

- Nie może być da­leko. Przy­ślij mi tyle wspar­cia, ile mo­żesz. Mo­żemy oto­czyć te­ren...

- Zo­stań na miej­scu - roz­ka­zał Brix.

Sły­szała, jak strzela pal­cami, pew­nie na ja­kie­goś funk­cjo­na­riu­sza. Wręcz wi­działa, jak to robi.

- Je­dziemy. Je­steś nie­uzbro­jona. Nie chcę, że­byś się zbliża...

- Po­roz­ma­wiaj z pa­sto­rem. Do­wiedz się, kto to był. On go wi­dział.

- Lund?! - Brix znowu wrza­snął. - Ile razy mu­szę ci to po­wta­rzać? Zo­sta­łaś od­su­nięta od sprawy. Nie chcę, że­byś tam była.

- Ale tu je­stem. A cie­bie tu nie ma.

Ką­tem oka do­strze­gła nie­wy­raźny kształt. Za­kap­tu­rzona po­stać wy­pa­dła z pu­stej za­toki za­ła­dun­ko­wej w stronę bu­dynku na­prze­ciwko.

- Rusz się, do­bra? - po­wie­działa i wsa­dziła te­le­fon do kie­szeni.

Zo­ba­czyła, jak ten ktoś prze­cho­dzi przez za­słonę z pla­sti­ko­wych pa­sków, ta­kich ja­kich używa się przy ram­pach za­ła­dun­ko­wych. Lund po­szła w tamtą stronę, po­czuła su­rowy, ostry za­pach świe­żej krwi i ziąb chłodni.

Prze­szła da­lej. W na­stęp­nym po­miesz­cze­niu pa­no­wał mrok. Jej palce błą­dziły po ce­gla­nej ścia­nie, w końcu zna­la­zła włącz­niki. Roz­ja­śniły się ja­skrawe świe­tlówki, strze­la­jąc, bły­ska­jąc do­koła nie­bie­ska­wo­bia­łym świa­tłem.

Prze­szła przez na­stępną za­słonę z pa­sków. Po pra­wej na ha­kach wi­siały po­łcie krwi­sto­czer­wo­nej wo­ło­winy. Po le­wej - ogo­lone mar­twe świ­nie, na­gie i ró­żowe jak gi­gan­tyczne nie­mow­lęta, ry­jami do su­fitu, z za­mknię­tymi oczami.

Rząd za rzę­dem mar­twych zwie­rząt roz­wie­szo­nych na tle wy­ło­żo­nych bia­łymi ka­flami ścian. Lund do­strze­gła swoje od­bi­cie w lśnią­cych sta­lo­wych drzwiach. Czarna ku­fajka, fio­le­towa su­kienka. Na klatce pier­sio­wej krew Gun­nara Tor­pego.

Szła da­lej.

Te­raz prze­cho­dziła przez po­miesz­cze­nie, w któ­rym cięto pół­tu­sze. Stoły jak w kost­nicy, czy­ste i lśniące. Piły i noże elek­tryczne. Odór krwi i in­nych tka­nek.

Szła po­woli, od­su­wa­jąc z drogi stoły rzeź­nic­kie na kół­kach.

Pa­trzyła. Słu­chała.

Przed nią na­stępne po­miesz­cze­nie. Ob­ra­ca­jący się uchwyt. Lund do­tarła do ko­lej­nej pla­sti­ko­wej za­słony i wtedy go zo­ba­czyła. Pe­łen wor­ków na śmieci i kar­to­nów wó­zek mknął przez szary pla­stik pro­sto na nią.

Chwy­ciła sta­lową ramę, za­nim ta w nią ude­rzyła, przy­jęła ude­rze­nie, po­to­czyła się z wóz­kiem, prze­wró­ciła do tyłu, pra­wie wpa­dła do krwi­stego ka­nału od­pły­wo­wego cuch­ną­cego środ­kami de­zyn­fe­ku­ją­cymi, ob­ró­ciła się, by spraw­dzić, czy ści­gany idzie na nią.

Tylko wó­zek.

Wstała i ru­szyła bie­giem. Ko­ry­tarz. Na tyle długi, że go zo­ba­czyła. Męż­czy­zna. Ani duży, ani mały. Ani gruby, ani chudy.

Prze­ciętny. Nie­wy­róż­nia­jący się.

Czyli jak zwy­kle.

Usko­czył w prawo, roz­rzu­ca­jąc po­jem­niki i pa­lety, pcha­jąc w jej stronę kra­tow­nice na kół­kach.

Bie­gła za szybko, po­śli­znęła się na brud­nej pod­ło­dze, wpa­dła na śmiet­nik, ude­rzyła głową o me­ta­lową ścianę. Za­to­czyła się, od­zy­skała rów­no­wagę i po­bie­gła da­lej.

Klatka scho­dowa pro­wa­dziła w stronę świa­tła i od­gło­sów lu­dzi.

Noc w K?d­byen, dziel­nicy mięsa. Nikt tu nie przy­cho­dził, by ku­pić mar­twą krowę czy świeżą rybę. Przy­szli na im­prezę, a Lund z tru­dem prze­dzie­rała się mię­dzy nimi, roz­glą­da­jąc się go­rącz­kowo.

Mło­dzież i jej durna mu­zyka. Nie­ustę­pliwy kre­tyń­ski rytm. Krzy­czeli, gdy Lund roz­le­wała ich warte setki ko­ron kok­tajle, mil­kli na wi­dok za­krwa­wio­nej wście­kłej ko­biety, która, prze­py­cha­jąc się, chwy­tała ich za ele­ganc­kie su­kienki i di­zaj­ner­skie dżinsy.

Jest.

Po­stać da­leko przed nią. Je­dyna osoba w kap­tu­rze.

Lund po­gnała przez psy­cho­de­liczne fio­le­towe świa­tło, ośle­pła na chwilę, od­zy­skała wzrok i zo­ba­czyła, jak męż­czy­zna ucieka przez drzwi w głębi lo­kalu.

Nagi, wą­ski ko­ry­tarz. Pu­sty i słabo oświe­tlony. Może biura. Za­mknięte na noc.

Mu­siał być wy­czer­pany. Ona była.

Na końcu jedne drzwi. Otwo­rzyła je i zimna wil­gotna noc dmuch­nęła jej w twarz.

Dach. Pię­tro wy­żej. Gdzieś nie­da­leko za­wo­dze­nie sy­ren.

I nic.

Nic.

Lund już miała się ob­ró­cić. Zo­ba­czyła cień szy­bu­jący w po­wie­trzu. Po­czuła, że coś twar­dego bo­le­śnie ru­nęło jej na kark, a ona za­ta­cza się w stronę kra­wę­dzi da­chu i prze­la­tuje przez nią, stopy skrę­cają, gdy wpada w pu­stą prze­strzeń, leci jak ka­mień na ja­kiś pla­sti­kowy da­szek.

Głowa jej szy­buje w po­wie­trzu, a my­śli sza­leją. Nie spa­dła na sam dół. Na pewno nie. Żyła, była przy­tomna, mo­gła my­śleć. To mu­siała być inna część tej kon­struk­cji. Ze­pchnął ją tu­taj, nie na zie­mię, bo wtedy z pew­no­ścią by zgi­nęła.

Le­żała na daszku, z ob­ró­coną głową, krew ście­kała jej do oczu. Nie mo­gła się ru­szyć. Le­d­wie mo­gła od­dy­chać.

Dźwięk. Kroki na sta­lo­wych stop­niach. Po­wolne i roz­ważne. Co­raz bliż­sze.

- Jesz­cze nie - wy­szep­tała, pra­gnąc, by jej nie­ru­chome członki się ock­nęły.

Sza­lone wspo­mnie­nie. Jej matka na we­selu. Głu­pie pio­senki. Mark się śmieje, za­cho­wuje się jak od­po­wie­dzialny, uważny do­ro­sły, któ­rym ona ni­gdy nie była i nie bę­dzie.

I tak ci­cho, że tylko ona to sły­szała, szep­nęła:

- Nie te­raz.

Był tam i ona o tym wie­działa. Wie­działa też, że gdyby miała siłę, od­wró­ci­łaby się i spoj­rzała mu w twarz.

Ko­lejny dźwięk, zbyt zna­jomy. Za­mek pi­sto­letu sa­mo­pow­ta­rzal­nego wsu­wa­jący pierw­szy po­cisk do ko­mory.

Jedno ostat­nie zda­nie w jej gło­wie.

Chcę cię zo­ba­czyć.

Ale nie miała siły, by to zro­bić. Ani nie miała jak.

W tej chwili po­ru­szać się mo­gły tylko jej oczy. Nie za­my­kała ich więc i pa­trzyła przed sie­bie. Na czarną ko­pen­ha­ską noc, na ja­skra­wo­czer­wony neon Bosch re­stau­ra­cji na rogu.

Cze­kała.

Biura na Slot­shol­men, w te­le­wi­zji wie­czorne wia­do­mo­ści. Gu­mowa pi­łeczka raz za ra­zem od­bi­ja­jąca się od ściany.

Mó­wili tylko o śmierci Mon­berga, o ni­czym wię­cej. Plo­ugh cho­dził po po­koju, z roz­wią­za­nym kra­wa­tem wy­glą­dał jak obłą­kany. Ka­rina snuła się z kąta w kąt z nie­szczę­śliwą miną, jakby też po­no­siła od­po­wie­dzial­ność za to, co się wy­da­rzyło.

Buch znowu rzu­cił pi­łeczką, błęd­nie oce­nił jej tor i pa­trzył, jak znika za ka­napą.

Wy­pro­wa­dził Ka­rinę z błędu dość szybko. To on za­sy­pał Mon­berga py­ta­niami. Nikt inny. A te­raz wia­do­mo­ści też o tym wie­działy. Do­no­siły, że nie­długo przed sa­mo­bój­czą śmier­cią od­wie­dził Mon­berga jego na­stępca i do­szło do kon­fron­ta­cji.

Ka­rina z pod­ka­sa­nymi rę­ka­wami i spo­co­nym czo­łem po­de­szła do te­le­wi­zora i go ści­szyła.

- Pre­mier zwo­łał spo­tka­nie z Krab­bem i Ros­sin­giem. Pana nie za­pro­szono.

Buch pod­szedł do swo­jego biurka, wy­cią­gnął drugą pi­łeczkę, od­bił ją od ściany. W te­le­wi­zji po­ka­zy­wali zdję­cie Mon­berga. Kiedy jesz­cze był mi­ni­strem. Przy­stojny, pewny sie­bie po­li­tyk. Ani tro­chę nie­po­dobny do swo­jego na­stępcy. Frode Mon­berg lu­bił wszyst­kim opo­wia­dać, jak to ja­dał w naj­lep­szych lo­ka­lach, w No­mie po dru­giej stro­nie portu, w S?re­nie K, w Bi­blio­tece Black Dia­mond, która stała nad wo­dami Slot­shol­men. Tho­mas Buch naj­bar­dziej lu­bił usiąść nie­da­leko S?rena K, w ogro­dzie przy Mu­zeum Ży­dow­skim, bli­sko po­sągu Kier­ke­ga­arda, duń­skiego fi­lo­zofa, od któ­rego re­stau­ra­cja wzięła swoją na­zwę. Żad­nych kosz­tow­nych po­traw. Ka­napka. Hot dog. Wtedy był szczę­śliwy. Na­prawdę byłby za­do­wo­lony, gdyby do wcze­snej eme­ry­tury po­zo­stał sze­re­go­wym po­li­ty­kiem.

Na­gle jed­nak za­dzwo­nił Grue Erik­sen, w po­przedni po­nie­dzia­łek, tak nie­dawno. I wszystko się zmie­niło.

- Tho­mas! - zga­niła go Ka­rina to­nem god­nym ma­trony. - Mógł­byś prze­stać? Gdy­byś nie przy­ci­snął Mon­berga, on by się w ży­ciu do ni­czego nie przy­znał.

- Gdy­bym go nie przy­ci­snął, cią­gle by żył.

- Tego nie wiesz. Już raz pró­bo­wał się za­bić. Przed tobą był tam Flem­ming Ros­sing. Skąd wiesz, że to on cze­goś nie po­wie­dział?

Buch mil­czał.

- Jak mocno go pan przy­ci­snął? - spy­tał Plo­ugh.

- Zro­bił, co było ko­nieczne - od­parła Ka­rina.

- Tego nie wiesz. - Plo­ugh nie ustę­po­wał. - Co się stało? Do­kład­nie?

Piłka po­szy­bo­wała do ściany i wró­ciła. Gruby męż­czy­zna o twa­rzy morsa mil­czał.

- Ten baj­zel to wina Mon­berga - upie­rała się Ka­rina.

Plo­ugh ścią­gnął kra­wat i rzu­cił go na biurko. W jego wy­padku był to akt buntu.

- Ty nie ro­zu­miesz tej po­li­tyki. Tego, jak wszystko się ze sobą łą­czy.

- Ro­zu­miem, że mu­simy się sku­pić na spo­tka­niu z Gruem Erik­se­nem!

Buch da­lej rzu­cał pi­łeczką. Te­raz rów­nie go­rąco jak oni nie cier­piał tego dur­nego na­wyku. Ale trudno mu było prze­stać.

Za­dzwo­nił te­le­fon. Plo­ugh ode­brał.

Ka­rina po­de­szła do Bu­cha i sta­nęła obok niego.

- Z tego, co zro­zu­mia­łam, Krabbe i mi­ni­ster obrony przejmą od­po­wie­dzial­ność za pa­kiet an­ty­ter­ro­ry­styczny. Cał­ko­wi­cie nas od­suną. Ni­gdy nie roz­wią­żemy tej sprawy. Bę­dziesz za­blo­ko­wany. Albo zwol­niony. Tho­mas, do cho­lery! Mo­żesz cho­ciaż coś po­wie­dzieć?!

Na ko­mórkę za­dzwo­niła jego żona Ma­rie. Nie miał serca ode­brać.

- Za­częło się spo­tka­nie - prze­ka­zał Plo­ugh, roz­łą­cza­jąc się. - Po­win­ni­śmy za­cze­kać i do­wie­dzieć się, co mają do po­wie­dze­nia.

Ka­rina zgro­miła go wzro­kiem.

- Mu­simy to prze­rwać! Pre­mier nie ma po­ję­cia o gier­kach, które pro­wa­dzi Ros­sing.

W ką­cie szem­rał te­le­wi­zor. Zna­jomy głos. Buch zo­sta­wił pi­łeczkę i pod­krę­cił gło­śność. To Ros­sing w ele­ganc­kim gar­ni­tu­rze, w bia­łej ko­szuli udzie­lał wy­wiadu na tle Mi­ni­ster­stwa Obrony przed spo­tka­niem z Gruem Erik­se­nem.

- Śmierć bli­skiego ko­legi bar­dzo mną wstrzą­snęła - mó­wił z ka­mienną twa­rzą do ka­mery. - Frode był po­li­ty­kiem wiel­kiego for­matu. Czło­wie­kiem, który zło­żył Da­nii wielką oso­bi­stą ofiarę. A przede wszyst­kim był wspa­nia­łym przy­ja­cie­lem.

Buch zro­bił gło­śniej, by znowu nie do­szło do kłótni mię­dzy Ka­riną a Plo­ugh.

- To wielka strata - cią­gnął Ros­sing. - Zwłasz­cza w ta­kiej chwili, gdy nasz kraj stoi wo­bec po­waż­nych pro­ble­mów.

For­tel nie po­skut­ko­wał. Plo­ugh znowu na­tarł na Ka­rinę.

- Nie broń Mon­berga! - krzyk­nęła na niego. - On na to nie za­słu­guje.

- Chcę wie­dzieć, co się stało - wark­nął tam­ten. - Po­win­ni­ście byli to prze­wi­dzieć. Gdy­by­ście wzięli pod uwagę...

- Co się stało?! - Wal­nęła pię­ścią w stół. - Stało się to, że ten cho­lerny tchórz się za­bił, bo nie był w sta­nie po­nieść kon­se­kwen­cji swo­ich czy­nów. Dy­mi­sji. Wstydu. Nie zwa­laj winy na mnie. Ani się waż zwa­lać ją na Bu­cha. Winę po­nosi wy­łącz­nie Mon­berg. - Wska­zała te­le­wi­zor. - I jesz­cze Ros­sing. Jego od­ci­ski pal­ców są wszę­dzie. Na mi­łość bo­ską, Plo­ugh. Prze­pra­szam, że ura­zi­łam twoją pu­ry­tań­ską wraż­li­wość, idąc do łóżka z tym czło­wie­kiem. Te­raz jest mi z tego po­wodu w dwój­na­sób przy­kro. Ale nie nada­waj temu więk­szego zna­cze­nia, niż miało dla mnie i dla niego. To się stało i już. Tak się cza­sami dzieje mię­dzy ludźmi. Mię­dzy ta­kimi ro­bo­tami jak ty może nie.

Blady urzęd­nik onie­miał. Za­bra­kło mu słów. W ogóle nie za­re­ago­wał.

Buch od­rzu­cił pi­łeczkę, wy­łą­czył te­le­wi­zor i po­wie­dział do współ­pra­cow­ni­ków:

- Zwo­łaj­cie kon­fe­ren­cję pra­sową. Na­tych­miast.

- Kon­fe­ren­cję pra­sową? - wy­krztu­sił Plo­ugh. - Pro­szę po­wie­dzieć, że to żart.

- Niech pan to zrobi i ko­niec - roz­ka­zał mi­ni­ster.

Za­słony były za­cią­gnięte, żeby w po­miesz­cze­niu pa­no­wał mrok. Znaj­do­wali się w nim tylko pre­mier, Flem­ming Ros­sing i Er­ling Krabbe. Ża­den urzęd­nik nie pro­to­ko­ło­wał. Na stole nie le­żały żadne dłu­go­pisy ani no­tat­niki.

- Prawda wy­gląda tak - za­czął Krabbe - że ma­cie o wiele lep­szych kan­dy­da­tów niż Buch. On przede wszyst­kim ni­gdy nie po­wi­nien był za­jąć tego sta­no­wi­ska.

- To uczciwy czło­wiek - za­uwa­żył Grue Erik­sen. - In­te­li­gentny i pra­co­wity. Bra­kuje mu do­świad­cze­nia, ale... - Uśmiech­nął się do szczu­płego sro­giego męż­czy­zny po dru­giej stro­nie stołu. - Nikt z nas go nie ma, do­póki mu się ta­kie rze­czy nie zda­rzą.

- On się nie na­daje do tej pracy - nie ustę­po­wał Krabbe. - A te­raz cała ta afera z Mon­ber­giem. Do­kąd to zmie­rza, u dia­bła?

- Pro­szę nie włą­czać w to Mon­berga - od­parł Grue Erik­sen. - Buch jest moim mi­ni­strem. Niech pan się od niego od­czepi.

Krabbe się żach­nął.

- Je­śli chce pan mo­jego wspar­cia, musi mnie pan wy­słu­chać.

- Wy­słu­chamy - włą­czył się Ros­sing. - Już panu mó­wi­łem, mo­żemy w pa­kie­cie an­ty­ter­ro­ry­stycz­nym wpro­wa­dzić zmiany zgodne z ży­cze­niami Par­tii Lu­do­wej. Za­ka­żemy dzia­łal­no­ści or­ga­ni­za­cji, które wska­zu­je­cie...

- Buch musi odejść - upie­rał się Krabbe.

- Może pan cho­ciaż raz po­słu­chać? - wark­nął Grue Erik­sen. - Ja de­cy­duję o mi­ni­strach w tym rzą­dzie, nie pan. Buch od razu zo­stał rzu­cony na głę­boką wodę. Ze strony Mon­berga do­szło do pew­nych uchy­bień, o któ­rych nie wie­dział ani Buch, ani nikt z nas.

- Ja­kich uchy­bień? - spy­tał Krabbe.

- Nie musi pan wie­dzieć. Te­raz on nie żyje...

Flem­ming Ros­sing za­ka­słał, zer­k­nął na pre­miera i rzekł:

- Frode nie do końca pa­no­wał nad sy­tu­acją. I tak to zo­stawmy.

Krabbe w roz­pa­czy wy­rzu­cił w górę swoje chude ra­miona.

- Co­dzien­nie coś no­wego. Kiedy to się skoń­czy? Naj­pierw plotki. Je­den z wa­szych mi­ni­strów się za­bija. Ten tłu­ścioch Buch miota się jak idiota...

Wszedł męż­czy­zna w sza­rym gar­ni­tu­rze i szep­nął coś do ucha Gru­emu Erik­se­nowi.

- A te­raz - ma­rudny głos Krab­bego nie­mal prze­szedł w fal­set - jesz­cze ga­da­cie o ja­kiejś sta­rej spra­wie woj­sko­wej. O co cho­dzi, do cho­lery? Zro­bili to is­la­mi­ści czy nie?

Grue Erik­sen wstał i włą­czył te­le­wi­zor.

- Do­pnijmy ugodę w spra­wie pa­kietu an­ty­ter­ro­ry­stycz­nego - cią­gnął Ros­sing. - Za­mknijmy ten te­mat. Zbliży się pan do rządu. Może się pan od nas uczyć. Sprawy się unor­mują. Gwa­ran­tuję panu.

Le­ciały wia­do­mo­ści, na pa­sku wid­niał na­pis: "Na żywo z Fol­ke­tin­get". Na ekra­nie po­ja­wił się Buch, w nie­bie­skiej ko­szuli roz­pię­tej pod szyją. Wy­glą­dał na zmę­czo­nego, ale zde­cy­do­wa­nego. Li­nia mi­kro­fo­nów aż prze­sła­niała mu twarz.

- Mu­simy od­po­wie­dzieć na bar­dzo ważne py­ta­nia - mó­wił. - Do­ma­gam się od mi­ni­stra obrony spra­woz­da­nia do­ty­czą­cego sprawy woj­sko­wej, która może być po­wią­zana z ostat­nimi mor­der­stwami.

- Kurwa! - wark­nął Flem­ming Ros­sing.

- Wy­gląda na to - cią­gnął Buch - że mi­ni­ster obrony za­taił przed po­li­cją ważne in­for­ma­cje, by za­tu­szo­wać wła­sne za­nie­dba­nia. Mój po­przed­nik Frode Mon­berg przed śmier­cią po­twier­dził moje po­dej­rze­nia. To wszystko, co w tej chwili mam do po­wie­dze­nia.

Z nie­wi­docz­nych twa­rzy sto­ją­cych przed nim lu­dzi wy­lała się rzeka py­tań.

Grue Erik­sen pa­trzył, jak im­pro­wi­zo­wana kon­fe­ren­cja pra­sowa koń­czy się cha­osem.

- To miał pan na my­śli, mó­wiąc o unor­mo­wa­niu? - ode­zwał się Er­ling Krabbe.

Mad­sen je­chał w pierw­szym ra­dio­wo­zie zdą­ża­ją­cym do K?d­byen. Przed­sta­wiał Bri­xowi sy­tu­ację, gdy szli przez nocny klub ura­żo­nych, zdu­mio­nych lu­dzi i da­lej na dach.

- Lund go­niła go przez ma­ga­zyny, po­tem przez ten klub i tu­taj - wy­ja­śnił. - Na­wet nie miała broni. Głu­pia krowa.

Za­trzy­mali się przy me­ta­lo­wych stop­niach pro­wa­dzą­cych na po­ziom po­ni­żej da­chu.

- Praw­do­po­dob­nie scho­wał się za drzwiami i przy­wa­lił jej, gdy wy­szła.

Brix pa­trzył w dół.

- Gun­nar Torpe coś po­wie­dział? - spy­tał.

- Kiedy tam do­je­cha­li­śmy, był nie­przy­tomny. Mocno po­cięty, tak jak po­zo­stali. Nie­śmier­tel­ni­kiem, są­dząc na pierw­szy rzut oka. - Mad­sen zer­k­nął na tłumy klien­tów wy­pę­dza­nych z bu­dynku. - Zmarł w ka­retce, nie od­zy­skaw­szy przy­tom­no­ści.

Ekipa tech­niczna zbie­rała ślady ze schod­ków, szu­kała, ro­biła fo­to­gra­fie.

- Co po­wie­działa Lund?

- Nie wi­działa jego twa­rzy. Chciała, że­by­śmy szu­kali nie­śmier­tel­nika na­le­żą­cego do żoł­nie­rza, któ­rego eks­hu­mo­wała. Za­gi­nął. - Mad­sen wzru­szył ra­mio­nami. - Mnie się to wy­daje chore.

- Jak zwy­kle. Jak ona się czuje?

- Nie wiem, jak się czuje, ale na pewno jest uparta.

Prze­ło­żony zgro­mił go wzro­kiem.

- Jest nie do zdar­cia. Chciała sama iść do ka­retki. My­ślę, że no­sze są... po­ni­żej jej god­no­ści. - Mad­sen po­dra­pał się po gło­wie. - Miała ja­kiś sza­lony po­mysł, że ten fa­cet mógł ją za­strze­lić, ale zmie­nił zda­nie.

To Brixa za­in­te­re­so­wało.

- Wąt­pię w to - cią­gnął Mad­sen. - Wtedy już lu­dzie wy­cho­dzili z klubu. Zro­zu­mieli, że coś się dzieje. On po pro­stu zwiał.

- A za­gi­niony nie­śmier­tel­nik M?l­lera?

Mad­sen wy­trzesz­czył oczy na szefa.

- Co z nim? Mamy ko­lejne mor­der­stwo. Mamy po­li­cjantkę, która omal nie zgi­nęła.

- Przyj­rzyj się temu, do­bra? - roz­ka­zał Brix.

Na po­dwórko w dole wje­chał czarny sa­mo­chód, bły­ska­jąc nie­bie­skim świa­tłem. W chwili gdy sta­nął, z drzwi od strony kie­rowcy wy­ło­nił się Strange.

- Gdzie Lund?! - krzyk­nął.

- W dro­dze ze szpi­tala do Po­li­ti­g?r­den - od­krzyk­nął Brix.

- Nic jej nie jest?

- Nic - po­twier­dził Brix. - Jest w szoku, ale...

Strange nie słu­chał. Wsiadł za kie­row­nicę, gwał­tow­nie skrę­cił na mo­krym be­to­nie i znik­nął.

Brix po­pa­trzył za nim i kiw­nął na Mad­sena, by kon­ty­nu­ował prace.

Sam za­dzwo­nił do Ruth He­deby.

- Mu­simy po­ga­dać - oznaj­mił.

Pół go­dziny na od­dziale, a po­tem z po­wro­tem do po­koju prze­słu­chań na ko­men­dzie. Rana nad pra­wym okiem. Si­niaki. Ciężka głowa. Py­ta­nia. Mnó­stwo py­tań, a młody śled­czy, który z nią sie­dział, nie wpadł na po­mysł, by któ­re­kol­wiek z nich za­dać.

- Na pewno nie wi­dzia­łaś jego twa­rzy?

Wes­tchnęła.

- Gdy­bym wi­działa, po­wie­dzia­ła­bym ci chyba, co?

- Mu­siało być w nim coś cha­rak­te­ry­stycz­nego. Spo­sób ubra­nia...

- Czarna kurtka z kap­tu­rem. Nie masz lep­szego ze­stawu py­tań?

- Uczy­łem się od cie­bie, Lund! - krzyk­nął tro­chę ura­żony.

Spoj­rzała na niego. Był to słu­chacz szkoły po­li­cyj­nej, któ­rego uczyła przed paru laty.

- Za­wsze mó­wi­łaś, żeby w kółko py­tać.

- Mó­wi­łam - przy­znała - i masz py­tać. Ale cza­sami nie ma nic do po­wie­dze­nia.

- Uczy­łaś mnie - do­dał, wy­mie­rza­jąc w nią oskar­ży­ciel­ski pa­lec - że mam być czę­ścią ze­społu.

Kiw­nęła głową.

- Je­steś.

- A ty nie?

Za­nim zdą­żyła coś od­po­wie­dzieć, drzwi się otwo­rzyły i szyb­kim kro­kiem wszedł Strange. Blady i chyba zmar­twiony.

- Nic ci nie jest?

Lund wstała. Się­gnęła ręką do rany nad okiem.

- Nie.

Strange ru­chem głowy dał znak po­li­cjan­towi, który od razu wy­szedł. Lund wró­ciła na krze­sło, ci­cho prze­kli­na­jąc si­niaki i ból.

- OK - oznaj­mił Ulrik Strange. - Nie po­win­naś tu być. Od­wiozę cię do domu. Mam do ko­goś za­dzwo­nić?

Upiła łyk cie­pła­wej kawy, którą jej przy­nie­siono.

- Nie. Nie jadę do domu.

- Na mi­łość bo­ską! Prze­sta­niesz zgry­wać bo­ha­terkę?

- Nie zgry­wam! Moja matka wy­szła za mąż. Nie­któ­rzy go­ście we­selni no­cują w jej miesz­ka­niu. Nie chcę, żeby wi­dzieli mnie w tym sta­nie. - Po­ło­żyła głowę na stole i za­mknęła oczy. - Prze­śpię się tu w któ­rymś po­koju. Sko­łuj mi łóżko. Mo­żesz mi zna­leźć celę. Dla mnie to nie pierw­szy­zna.

- Je­steś strasz­nie upier­dliwa. - Wstał. De­li­kat­nie po­ło­żył dłoń na jej ra­mie­niu. - Chodź, je­dziemy.

Z głową na stole, uchy­lo­nymi po­wie­kami, spoj­rzała na niego spode łba.

- Jak dzieci tak ze mną po­gry­wają, prze­rzu­cam je przez ra­mię - cią­gnął Strange. - Nie pró­buj. Nie wy­grasz.

- Spać mi się chce - wy­szep­tała.

- Nie zo­sta­niesz w tym cho­ler­nym miej­scu. Choć­bym miał cię stąd wy­nieść.

Lund ani drgnęła.

Po­chy­lił się i szep­tał jej do ucha. Jego od­dech był cie­pły i pach­niał lu­kre­cją.

- Choć­bym miał cię wy­nieść - po­wtó­rzył.

Za­nim Brix do­tarł na ko­mendę, Mad­sen skon­tak­to­wał się z matką M?l­lera. Je­den z mun­du­ro­wych zo­sta­wił mu wia­do­mość na biurku: ktoś wy­ko­rzy­sty­wał toż­sa­mość jej syna.

- A także... - cią­gnął Mad­sen.

Ruth He­deby szła ko­ry­ta­rzem na­prze­ciwko i wy­glą­dało na to, że pró­bo­wała go unik­nąć.

- Póź­niej - rzu­cił Brix i po­dą­żył za nią. - Ruth - po­wie­dział, gdy do­tarli do jej ga­bi­netu.

Od­wró­ciła się i wy­ce­lo­wała pa­lec w jego twarz.

- Co, do cho­lery, Lund ro­biła w ko­ściele? Je­śli się do­wiem, że za mo­imi ple­cami...

- Nie mia­łem po­ję­cia, że ona tam jest. Za­wia­do­miła Stran­gego. Chciała, żeby tam przy­je­chał, a on był w Hel­sin­g?r...

- Ta ko­bieta to jedno wiel­kie utra­pie­nie. - Ode­szła do swo­jego biurka.

Brix chwy­cił ją za ra­mię.

- Lund jako je­dyna od po­czątku wi­dzi to, co trzeba. Te mor­der­stwa nie mają nic wspól­nego z ter­ro­ry­zmem. Mu­simy tu ścią­gnąć Königa i wy­ci­snąć z niego, co na­prawdę wie.

Usia­dła. Brix za­jął miej­sce na­prze­ciwko niej.

- Mu­simy za­cząć od nowa...

- König ma wła­sne pro­blemy - prze­rwała mu. - Dzi­siaj wie­czo­rem mi­ni­ster spra­wie­dli­wo­ści zwo­łał kon­fe­ren­cję pra­sową. Rzuca oskar­że­nia na mi­ni­stra obrony i do­maga się, by PET je zba­dała. Tym­cza­sem Ra­ben za­par­ko­wał przed salą w ?ster­bro, gdzie ka­deci z Ry­van­gen mają bal. Czu­jesz się w tym wszyst­kim jak widz?

- Ruth...

- PET zde­cy­duje, co ro­bić. My tylko sie­dzimy, słu­chamy i przyj­mu­jemy roz­kazy. - Jej ostre, ciemne oczy nie od­ry­wały się od niego. - To do­ty­czy cie­bie. I mnie. I Lund też. - Wstała, przy­su­nęła się do drzwi.

- Nie mo­żemy tak da­lej.

To ją roz­draż­niło.

- Jest wy­raźne roz­gra­ni­cze­nie, Len­nart. Po­mię­dzy pracą a przy­jem­no­ścią. Uzgod­ni­li­śmy to na sa­mym po­czątku. Nie uda­waj, że jest ina­czej.

- Nie to mia­łem na my­śli.

- A co?

- Je­śli mi już nie ufasz... - za­wa­hał się, upew­nił, że go ro­zu­mie. - Po tym wszyst­kim, co ra­zem zro­bi­li­śmy...

Ruth He­deby roz­dzia­wiła usta. Wy­glą­dała mło­dziej. Spra­wiała wra­że­nie bez­bron­nej i Brix po czę­ści wie­dział, że nie po­wi­nien po­su­wać się do ta­kich sztu­czek.

- W ta­kim ra­zie - do­dał - po co to?

- Jak mo­żesz to wy­ko­rzy­sty­wać prze­ciwko mnie?

- Nie wy­ko­rzy­stuję. - Po­ło­żył nogi na jej biurku, roz­siadł się wy­god­nie i udał, że ziewa. - Mogę obejść Königa. Nie mu­simy tu sie­dzieć jak pie­ski po­ko­jowe i cze­kać na smycz.

- Słu­chaj...

- Przez Königa bie­gamy po ca­łej Da­nii, ści­ga­jąc imi­gran­tów, któ­rzy nie mają po­ję­cia o tych mor­der­stwach. Co nim kie­ruje oprócz nie­kom­pe­ten­cji? Czy on ma ja­kiś po­wód? Nie pro­szę cię, byś za­cho­wała się nie­wła­ści­wie. Do­ma­gam się, byś wy­ko­ny­wała swoje obo­wiązki. By­śmy my je wy­ko­ny­wali.

Wa­hała się. Roz­darta.

- Chcę, by Lund wró­ciła i miała wolną rękę - po­wie­dział.

- Je­steś łaj­da­kiem.

Uśmiech­nął się.

- Cza­sami. Ale nie w tej chwili. Pa­stwią się nad nami. Wiem, że to­bie się to nie po­doba rów­nie mocno jak mnie. Więc...

- Daj mi po­my­śleć.

- Ruth...

- Dość. Masz chyba ro­botę, co?

Bal ka­de­tów od­by­wał się w po­ma­lo­wa­nej na biało sali nie­opo­dal twier­dzy Ka­stel­let, nad wodą. Świa­tła we wszyst­kich oknach, kwar­tet smycz­kowy, mło­dzi męż­czyźni w ele­ganc­kich mun­du­rach, z part­ner­kami u boku.

Tor­sten Jar­nvig miał nie­spo­dzie­wa­nego go­ścia: Jana Arilda. Kie­dyś jak on był po­rucz­ni­kiem w J?ger­korp­set w Aal­borgu, te­raz ge­ne­ra­łem w kwa­te­rze głów­nej. Ni­ski, przy­sa­dzi­sty męż­czy­zna o chy­trej twa­rzy, kilka lat star­szy od Jar­nviga. Ze swo­imi de­li­kat­nymi ru­dymi wło­sami, ru­mianą cerą i ostrymi ry­sami już wtedy za­słu­żył so­bie na przy­do­mek Lis. Zda­niem Jar­nviga - trafny. Słu­żyli ra­zem, nie­kiedy w trud­nych cza­sach. Arild był twardy. Te­raz nad­zwy­czaj ważny, w ga­lo­wym mun­du­rze po­kry­tym ba­ret­kami od­zna­czeń. To jemu pod­le­gały ko­szary Ry­van­gen. Na­le­żało za­bie­gać o jego względy. I ni­gdy nie na­le­żało na­zy­wać go Li­sem.

Tor­sten Jar­nvig uśmie­chał się więc i uda­wał, że ba­wią go kiep­skie dow­cipy ge­ne­rała. Nie na­rze­kał, gdy ten pa­lił przy stole, cho­ciaż nie było to ak­cep­to­wane. Nie wspo­mi­nał o jego fa­tal­nych ma­nie­rach, gdy wul­gar­nie gwiz­dał i rzu­cał gru­biań­skie uwagi o prze­cho­dzą­cych ko­bie­tach.

Pa­trzył tylko na swoją córkę i pod­no­sił brew. Chciał, żeby wie­działa, że on też czuje się tym ura­żony. Chciał, żeby wie­działa, że to je­den z cię­ża­rów by­cia puł­kow­ni­kiem w Ry­van­gen.

- Mógł­bym ci opo­wie­dzieć nie­jedną hi­sto­ryjkę o mnie i twoim sta­ruszku - po­wie­dział Arild, sztur­cha­jąc łok­ciem Lo­uise. Nie za­uwa­żył, że się od niego od­su­nęła. - W ja­kich to za­ka­za­nych miej­scach by­wa­li­śmy. I jak ro­bi­li­śmy rze­czy, o któ­rych w Ge­ne­wie nie chcie­liby sły­szeć...

- Ja­nie... - za­czął Jar­nvig.

- Pa­trz­cie no! Cią­gle je­stem Jan. - Po­chy­lił się do przodu. - Tu­taj to aku­rat nie­wska­zane, sam ro­zu­miesz.

- Pa­nie ge­ne­rale - po­pra­wił się Jar­nvig z wes­tchnie­niem.

- O nie­któ­rych rze­czach ni­gdy się nie mówi - po­wtó­rzył Arild. - Tak to jest w woj­sku.

Arild po­dzi­wiał pary na par­kie­cie. Gwizd­nął prze­cią­gle na wi­dok ko­biety w wy­de­kol­to­wa­nej czer­wo­nej sukni.

- Ro­zu­miem, że je­dyny oca­lały czło­wiek tego two­jego zbun­to­wa­nego od­działu to twój zięć - po­wie­dział, cią­gle tak­su­jąc wzro­kiem tan­cerkę. Zdu­sił pa­pie­rosa w wę­dzo­nym ło­so­siu na swoim ta­le­rzu i zer­k­nął na Lo­uise. - Poza służbą sze­re­gowcy i ofi­ce­ro­wie po­winni się trzy­mać osobno. Oni znają swoje miej­sce, my znamy swoje. Zda­niem po­li­cji o co mu cho­dzi?

- Na­prawdę nie­wiele wiem na ten te­mat - od­parł Jar­nvig. - Mamy waż­niej­sze rze­czy na gło­wie. Jak tam... se­zon ło­wiecki?

Arild skrzy­wił się nie­za­do­wo­lony.

- Nie mam na to czasu. Skoro Ra­ben za­ata­ko­wał pa­stora, mu­siał zu­peł­nie zwa­rio­wać, nie są­dzisz? Sza­le­niec.

Lo­uise wpa­try­wała się w niego strasz­nym wzro­kiem.

- Co? - spy­tał ge­ne­rał. - Po­wie­dzia­łem coś nie tak?

Już miała się ode­zwać, gdy przy ich stole sta­nął S?ga­ard. Na twa­rzy Arilda roz­kwitł po­godny uśmiech. Wstał i z we­rwą uści­snął dłoń blond ofi­cera.

- Ma­jor Chri­stian S?ga­ard! - krzyk­nął. - Oto przy­szłość.

- Mam na­dzieję - wtrą­ciła się Lo­uise. - Ma­jor S?ga­ard miał mnie po­pro­sić do tańca. - Wstała, wzięła S?ga­arda pod ra­mię i tro­chę go za­cią­gnęła, a tro­chę wy­pchnęła na par­kiet.

Arild zer­k­nął nie­po­cie­szony na Jar­nviga.

- Ogni­sta młoda ko­bieta. My­ślisz, że tak samo by się czuła, gdyby wie­działa o na­szych ma­łych gier­kach sprzed lat?

- Ro­bi­łem, co mi ka­zano, i ty też.

- Czło­wiek po­wi­nien znać swoją po­win­ność - zgo­dził się Arild i za­pa­lił ko­lej­nego pa­pie­rosa. - Jesz­cze le­piej, gdyby nie trzeba mu było mó­wić, co ma ro­bić. PET ma zgar­nąć tego two­jego bun­tow­nika. Śle­dzą go od ja­kie­goś czasu. - Po­stu­kał się po wą­skim no­sie. - To po­ufne. Za­trzy­maj to dla sie­bie.

- Na co cze­kają?

- Mają na­dzieję, że zła­pią za­bój­ców, oczy­wi­ście. Je­śli on jest na tyle głupi, że PET go wy­śle­dziła, to dla­czego mia­łaby z tym mieć pro­blem banda mu­zuł­ma­nów?

Za­dzwo­nił te­le­fon Jar­nviga. Mu­zyka grała za gło­śno. Puł­kow­nik opu­ścił salę, prze­szedł ka­wa­łek ko­ry­ta­rzem, aż zna­lazł pu­ste po­miesz­cze­nie. Białe ściany, po­ły­sku­jący ży­ran­dol ze szkła Mu­rano.

Dzwo­nił Bi­lal, który peł­nił służbę. Za­mor­do­wano Gun­nara Tor­pego. Na­pad­nięto po­li­cjantkę.

Jar­nvig oparł się o ścianę i za­mknął oczy.

- Co ci po­wie­działa po­li­cja?

- Nie­wiele.

- Zo­staw to mnie. - Wsa­dził te­le­fon do kie­szeni i za­czął się za­sta­na­wiać, co ro­bić.

Gdy pod­niósł wzrok, tuż przy za­sło­nach do­strzegł Jensa Pe­tersa Ra­bena. Zięć wy­glą­dał pa­skud­nie, jak bez­domny. W le­wej ręce trzy­mał pi­sto­let skie­ro­wany lufą w dół.

- Rób, co każę. Po­wiedz prawdę - roz­ka­zał. - To wszystko, o co pro­szę. Po­tem mo­żesz wró­cić na bal i znowu we­pchnąć moją żonę w ra­miona S?ga­arda.

- Jak się tu do­sta­łeś, do cho­lery?

- Tak, jak mnie uczono. Wa­sza ochrona jest do dupy.

- Wła­śnie się do­wie­dzia­łem, że Gun­nar Torpe nie żyje. Dzi­siaj wie­czo­rem go zna­le­ziono. Zo­stał za­mor­do­wany. I ktoś na­padł na tę po­li­cjantkę Lund.

Jar­nvig mu się przy­glą­dał. Umiał oce­niać stan żoł­nie­rza. Wi­dział, kiedy jest prze­ra­żony i kła­mie. Wie­dział, kiedy jest tylko prze­ra­żony.

- To nie ja - po­wie­dział Ra­ben.

- Może nie. Wiem, że nie ty to za­czą­łeś, ale na mi­łość bo­ską, nie po­ma­gasz ani Lo­uise, ani so­bie.

- Po­zo­staję przy ży­ciu - od­wark­nął tam­ten. - I tylko mnie się to udało. Mu­szę zaj­rzeć do akt.

- To bal ka­de­tów. - Jar­nvig roz­ło­żył sze­roko ra­miona. - Te­raz ar­chiwa trzy­mają w Hol­men, w ka­drach.

- Mu­szę...

- PET wie, że tu je­steś. Cały czas cię śle­dzą.

- Bzdura.

- Nie, to prawda - na­le­gał Jar­nvig. - Nie zwi­jają cię, bo mają na­dzieję, że wy­cią­gniesz ter­ro­ry­stów z ukry­cia.

- Ja­kich ter­ro­ry­stów? Nie wie­rzysz...

- Wy­świadcz wszyst­kim przy­sługę i się pod­daj.

- Po­trzebne mi te akta.

- Czy ty mnie słu­chasz? PET tu jest. Wie­dzą, że wsze­dłeś do środka. Je­śli do­tar­łeś tak da­leko, to dla­tego, że oni ci na to po­zwo­lili. Choć raz wy­każ się roz­sąd­kiem.

Ra­ben spraw­dził broń, ma­ga­zy­nek.

- Och, na mi­łość bo­ską - krzyk­nął Jar­nvig. - Nie po­gar­szaj sy­tu­acji. Pójdę z tobą. Mogę się za tobą ująć...

- Ująć się za mną? - krzyk­nął Ra­ben, a pi­sto­let po­de­rwał się odro­binę w górę.

- Je­śli dasz mi szansę.

- Taką szansę, jaką ja mia­łem?

Nie­chlujny męż­czy­zna z nie­chlujną brodą, w nie­chluj­nym ubra­niu, z nie­chluj­nymi wło­sami wy­da­wał się da­leki od nie­ska­la­nego żoł­nie­rza, który pro­wa­dził Lo­uise przez ko­ściół. Tam­tego dnia Tor­sten Jar­nvig był dumny, na­wet je­śli miał złe prze­czu­cia.

- Je­cha­łem do domu - po­wie­dział Ra­ben ci­cho, z go­ry­czą. - Zo­stały mi dwa ty­go­dnie do końca służby. Po­tem mia­łem być z po­wro­tem z Lo­uise i z ma­łym Jo­na­sem. Już nie w woj­sku. Nowe ży­cie, nowy dom. A te­raz... - Pi­sto­let drżał w jego pal­cach. - Mam za sobą dwa lata pie­kła, które się ni­gdy nie skoń­czy, prawda? Wtedy mo­głeś dać mi szansę. Mo­głeś prze­pro­wa­dzić do­cho­dze­nie w spra­wie Perka...

- Nie było żad­nego Perka, Jens. Wszystko znisz­czy­łeś. Sie­bie, Lo­uise i Jo­nasa.

- Po­wie­dzia­łem prawdę! Ka­pe­lan też to wie­dział. Dla­czego miałby kła­mać? Albo po­zo­stali? Pró­bo­wa­łem go po­wstrzy­mać.

- Kogo?

- Perka! Miał na ra­mie­niu ta­tuaż szkoły ofi­cer­skiej. - Wolną ręką Ra­ben po­stu­kał się w głowę. - Wi­dzę go jesz­cze te­raz.

- Mó­wi­łeś, że czło­wiek, któ­rego za­ata­ko­wa­łeś na po­czątku, to Perk...

- Wiem, co się stało! Wiem, co wi­dzia­łem. - Pa­trzył na Jar­nviga pło­ną­cymi oczyma. - By­łeś moim do­wódcą. Po­wi­nie­neś mi uwie­rzyć. Mnie, nie PET. Czy ko­mu­kol­wiek, kto opo­wia­dał ja­kieś ba­jeczki. Do dia­bła z... - Pod­szedł do drzwi.

- Cze­kaj.

Ra­ben już trzy­mał dłoń na klamce.

- Szu­kają cię, Jens, mó­wi­łem. Wyjdź tędy. - Wska­zał boczne wyj­ście. - Tam jest ko­ry­tarz, który pro­wa­dzi do ogrodu. I po­chyl się.

Męż­czy­zna w brud­nym ubra­niu wpa­try­wał się w niego sze­roko otwar­tymi oczyma.

- Zrób to, co mó­wię, do­bra? - pro­sił Jar­nvig.

Ra­ben wy­szedł, po­włó­cząc no­gami. Tor­sten Jar­nvig drżą­cymi pal­cami za­pa­lił pa­pie­rosa, spoj­rzał na swoje od­bi­cie w lu­strze i się za­cią­gnął.

Na­gle wszedł męż­czy­zna. Ciemny gar­ni­tur. Słu­chawka w uchu. PET. Na pewno. Za nim szedł Said Bi­lal.

- To­a­lety są na końcu ko­ry­ta­rza - wska­zał Jar­nvig. - Bi­lal, po­każ panu drogę.

Męż­czy­zna otak­so­wał puł­kow­nika wzro­kiem, po­pa­trzył do­koła, na za­słony, na po­kój i wy­szedł.

Tor­sten Jar­nvig do­pa­lił pa­pie­rosa i wró­cił na bal.

Jan Arild sie­dział sam, wście­kły, a jego li­sia twarz błysz­czała od go­rzały i gniewu.

- Długa roz­mowa - rzekł. - Coś no­wego?

- Nie - od­parł Jar­nvig. - To sprawy oso­bi­ste.

Arild skrzy­żo­wał ra­miona i przy­glą­dał się, jak Lo­uise tań­czy z Chri­stia­nem S?ga­ar­dem.

- No, to jest para jak się pa­trzy - po­wie­dział.

Tho­mas Buch znał już aż za do­brze la­bi­rynt ko­ry­ta­rzy pro­wa­dzą­cych z jego biura na­prze­ciwko sple­cio­nych smo­ków do ga­bi­netu Gru­ego Erik­sena. Kiedy więc zo­stał we­zwany, zre­zy­gno­wał z przy­zwy­cza­je­nia, wziął płaszcz, wy­szedł na ze­wnątrz, ob­szedł wła­sne mi­ni­ster­stwo po nie­wiel­kim placu, gdzie ja­dał ka­napki przy po­mniku S?rena Kier­ke­ga­arda, i przez zimną wil­gotną noc spo­koj­nym kro­kiem po­dą­żył do pa­łacu Chri­stians­borg.

Po dro­dze za­dzwo­nił do domu. Po­brali się z Ma­rie, gdy mieli po dzie­więt­na­ście lat, a on pra­co­wał jesz­cze w go­spo­dar­stwie, ucząc się fa­chu. Wy­da­wało się, że będą ra­zem na za­wsze, ale tej nocy, w lo­do­wa­tej ko­pen­ha­skiej mżawce, ona wy­dała mu się da­leka. Nie zno­siła mia­sta, ha­łasu, rwe­tesu. On już tego nie za­uwa­żał. Były inne, waż­niej­sze sprawy. Roz­mowa zro­biła się trudna i ba­nalna, na co Ma­rie nie za­słu­gi­wała. W pe­wien spo­sób ją po­rzu­cił, a przez pilne py­ta­nia, które Mon­berg po­ukry­wał w swo­ich do­ku­men­tach, Tho­mas Buch nie miał na­wet czasu na żal.

Po­łą­cze­nie do­bie­gło końca przed oka­załą fa­sadą pa­łacu. Buch wszedł i ru­szył na górę. Pre­mier nie wy­glą­dał na szcze­gól­nie wście­kłego. Ale był wście­kły.

- Nie mia­łem wy­boru - po­wie­dział Buch, zaj­mu­jąc miej­sce na­prze­ciwko srebr­no­wło­sego męż­czy­zny za wiel­kim lśnią­cym biur­kiem, skąd prze­wo­dził na­ro­dowi. - Chcia­łem za­po­biec...

- Za­milk­nij, Tho­ma­sie, i po­słu­chaj mnie przez chwilę. - Grue Erik­sen opadł na opar­cie i złą­czył dło­nie. - Nie wa­ha­łem się, gdy wy­zna­cza­łem cię na ten urząd. Nic w two­jej prze­szło­ści nie su­ge­ro­wało, że bę­dziesz na tyle nie­roz­ważny, by wła­snemu rzą­dowi wbi­jać nóż w plecy.

- Nie wy­słu­chał mnie pan... - za­czął Buch.

- Bez mo­jej wie­dzy zwo­ła­łeś kon­fe­ren­cję pra­sową. Jed­nego ze swo­ich ko­le­gów oskar­ży­łeś o czyny prze­stęp­cze. Tych oskar­żeń nie można wy­co­fać...

Buch po­krę­cił ener­gicz­nie głową.

- Nie chcę ich wy­co­fy­wać. Fakty...

- Pra­cuję z Ros­sin­giem, od­kąd wszedł do po­li­tyki. Znam go. Ufam mu.

- Pro­szę więc po­zwo­lić mi na za­da­nie mu kilku py­tań przed Ko­mi­te­tem do spraw Bez­pie­czeń­stwa. Tylko tyle.

- Przy­par­łeś mnie do muru, prawda?

- Mu­simy wy­ja­śnić tę sprawę! To ważne.

Pre­mier, roz­party na swoim krze­śle, za­klął pod no­sem.

- A ja my­śla­łem, że wy­no­szę na męża stanu pro­stego chło­paka ze wsi. Uczysz się za­dzi­wia­jąco szybko. I opa­no­wa­łeś kilka sztu­czek, któ­rych ja nie znam. Je­steś świa­domy, co roz­pę­ta­łeś?

- Pro­szę mi po­wie­dzieć - od­parł Buch ża­ło­śnie.

- Po­lo­wa­nie na cza­row­nice, które te­raz będę zmu­szony ro­ze­grać pu­blicz­nie. Je­śli coś jest nie po­rządku, trzeba to wy­do­być na świa­tło dzienne. Na wi­dok pu­bliczny, bez względu na koszty.

- Mnie wła­śnie cho­dzi o jaw­ność.

- Ale to są tylko plotki i spe­ku­la­cje - do­dał Grue Erik­sen to­nem zim­nym i nie­na­wist­nym, z pod­nie­sio­nym pal­cem i pło­ną­cymi oczyma. - Ode­ślę cię do Ju­tlan­dii, że­byś przez resztę ży­cia sprzą­tał kro­wie placki. - Pre­mier zer­k­nął na ze­ga­rek. - Mo­żesz odejść.

W biu­rze Plo­ugh i Ka­rina roz­pra­wiali się z naj­now­szymi in­for­ma­cjami z Po­li­ti­g?r­den.

- Ciężko ran­nego pa­stora zna­leźli w jego ko­ściele w Ve­ster­bro - po­wie­dział Plo­ugh. Kra­wat znik­nął, ma­ry­narka też

Zmie­nia się, po­my­ślał Buch. Może oni wszy­scy się zmie­niali.

- Gun­nar Torpe - re­la­cjo­no­wał Plo­ugh. - Umarł w ka­retce. Były ka­pe­lan przy­dzie­lony do żoł­nie­rzy z Ry­van­gen. Słu­żył w Hel­mand w tym sa­mym cza­sie co Ra­ben. To zna­czy, że mamy już pięć ofiar. Sześć, je­śli do­li­czyć Mon­berga.

- Mon­berg za­bił się sam - wark­nął Buch. - Por­tier w szpi­talu wi­dział, jak ska­kał. Pa­stor miał nie­śmier­tel­nik?

- Tak. - Ka­rina sie­działa na skraju biurka Bu­cha. Ubrana była w dżinsy i zwy­czajną bluzkę. Wy­glą­dała na zmę­czoną. I po raz pierw­szy była tro­chę roz­czo­chrana. - Wszystko wska­zuje na to, że Lund prze­szko­dziła mor­dercy.

Buch zmru­żył oczy.

- Ta ko­bieta, z którą spo­tka­li­śmy się na we­selu?

- Tak. Pa­stor był na mi­sji z ba­ta­lio­nem ?gir. Znał pierw­szą ofiarę, Drag­sholm. Od­wie­dziła go. Może wszyst­kie ofiary wie­działy, co się stało w Afga­ni­sta­nie.

Plo­ugh ener­gicz­nie po­krę­cił głową.

- Wiemy, co się stało. Nic. Woj­sko ba­dało sprawę. Prze­pro­wa­dzono ofi­cjalne do­cho­dze­nie. Usta­lono, że wer­sja Ra­bena to non­sens. Że chciał zrzu­cić na ko­goś swoją winę. - Po­ło­żył ra­port przed Bu­chem. - Niech pan sam to prze­czyta. Nic nie wska­zuje na za­bój­stwo cy­wi­lów.

- Cza­sami pewne sprawy się tu­szuje, prawda? - spy­tał Buch. - Je­śli do­szło do zbrodni wo­jen­nych, to do­bry po­wód do ukry­cia prawdy.

Plo­ugh szarp­nął za swoją roz­piętą ko­szulę, jakby ciężko mu było pod­jąć de­cy­zję.

- W Mi­ni­ster­stwie Obrony musi być ktoś, kto chowa urazę do Ros­singa. - Spoj­rzał na Ka­rinę. - Przy­cho­dzi ci do głowy ktoś, kogo by ostat­nio zwol­nił?

Za­sko­czony Buch uśmiech­nął się sze­roko.

- I o to cho­dzi! - rzekł.

- No wła­śnie nie wiem. - Plo­ugh chyba po­czuł się ura­żony. - To ma­łost­kowe i nie­go­dziwe.

- Mu­simy wy­cią­gnąć z po­li­cji wszystko, czego oni się do­wie­dzieli o tym ofi­ce­rze - do­dał Buch.

Ka­rina zmarsz­czyła brwi.

- To nie­ła­twe. Lund od­su­nięto od sprawy, te­raz pro­wa­dzi ją PET.

- A co oni mó­wią?

- Oni cią­gle spraw­dzają to, co im po­wie­dzie­li­śmy o Mon­bergu. König uważa, że to nie ma związku z do­cho­dze­niem. Ich zda­niem... - Nie miała chęci tego mó­wić.

- Ich zda­niem roz­wią­żemy tę sprawę, za­my­ka­jąc każ­dego mu­zuł­ma­nina, ja­kiego zdo­łamy zna­leźć? - spy­tał Buch.

- Mniej wię­cej.

- I te bła­zny pro­wa­dzą show? Bo Lund zwol­niono?

- König jest bar­dzo do­świad­czo­nym funk­cjo­na­riu­szem - za­uwa­żył Plo­ugh ostroż­nie. - Jest bar­dzo...

- Bar­dzo co?

- Bar­dzo usto­sun­ko­wany.

- Chyba mu­simy po­dzwo­nić - orzekł Tho­mas Buch, wska­zu­jąc te­le­fony. - Bierzmy się do ro­boty.

Trzy­dzie­ści mi­nut póź­niej Erik König znowu sie­dział w po­koju prze­słu­chań w Po­li­ti­g?r­den. Brix miał wra­że­nie, że wy­pada to tro­chę ofi­cjal­nie, i bar­dzo mu się to po­do­bało.

- Nie są­dzisz, że to dziwne, że ni­gdy nie zna­le­ziono nie­śmier­tel­nika M?l­lera? - spy­tał.

König się ro­ze­śmiał.

- Nie bar­dzo. Tego czło­wieka ro­ze­rwało na ka­wałki. Jak są­dzisz, ile mo­gli tych ka­wał­ków ze­brać?

- Od wielu dni ka­żesz nam ści­gać is­la­mi­stów, Eriku. Po ca­łym kraju. Ale nic, ab­so­lut­nie nic nie wska­zuje na to, by za tymi za­bój­stwami stali fun­da­men­ta­li­ści.

- Tylko wi­deo i ma­te­riały, które zna­leź­li­śmy u Kod­ma­niego.

- Brat w Wie­rze mu je pod­rzu­cił. A nie mamy po­ję­cia, kim on jest.

- Spe­ku­la­cje...

- Dla­czego nie spraw­dzamy woj­ska i ba­ta­lionu ?gir? - spy­tał Brix. - Czy oni mają ja­kiś im­mu­ni­tet?

- Prze­stań. Nie od­po­wiem ci. PET ni­gdy nie od­po­wiada na py­ta­nia.

- Chcę, żeby Ra­ben tra­fił tu na prze­słu­cha­nie. Je­śli wie­cie, gdzie on jest, spro­wadź­cie go tu na­tych­miast.

Czło­wiek z PET zdjął di­zaj­ner­skie oku­lary bez opra­wek, sta­ran­nie wy­czy­ścił je chu­s­teczką i na po­wrót za­ło­żył.

- To nie jest moż­liwe. Wy­mknął się nam.

- Zgu­bi­li­ście go?! - ryk­nął Brix. - Gdy­byś był moim pod­wład­nym...

- Nie je­stem. Szu­kamy go. I znaj­dziemy. A wtedy... - König roz­siadł się na twar­dym krze­śle w po­koju prze­słu­chań - ...dam ci znać.

Brix w de­spe­ra­cji wy­rzu­cił ręce w po­wie­trze.

- Len­nart... - König po­chy­lił się nad sto­łem i spoj­rzał Bri­xowi w twarz. - Na­prawdę są­dzisz, że gdy­bym wie­dział, że w tych ko­sza­rach jest coś do ukry­cia, to­bym tu sie­dział i cię okła­my­wał?

Brix nie od­po­wie­dział. We­szła He­deby.

- Wła­śnie ode­bra­łam te­le­fon z Mi­ni­ster­stwa Spra­wie­dli­wo­ści - oznaj­miła. - Mon­berg przy­znał się Bu­chowi, że znał pierw­szą ofiarę, Anne Drag­sholm. Ona zna­la­zła ofi­cera, o któ­rym mó­wił Ra­ben. Tego od­po­wie­dzial­nego za ma­sa­krę. Do­ma­gają się prze­pro­wa­dze­nia wni­kli­wego do­cho­dze­nia. My mamy je prze­pro­wa­dzić. - Usia­dła obok Königa, bar­dzo bli­sko, i zaj­rzała w jego szare obo­jętne oczy. - My - po­wtó­rzyła. - A je­śli ktoś pró­bo­wałby nam prze­szko­dzić, mamy ich po­wia­do­mić.

- Do­prawdy? - Czło­wiek z PET wstał, wło­żył płaszcz i wy­szedł.

Ruth He­deby w mil­cze­niu od­pro­wa­dziła go wzro­kiem. To wy­ma­gało od­wagi, po­my­ślał Brix.

- Dzięki - po­wie­dział.

- Nie dzię­kuj mnie, tylko mi­ni­strowi. Na PET są jesz­cze bar­dziej wku­rzeni niż na nas.

- Jest kwe­stia ob­sady...

- Nie chcę po­wrotu Lund. Stą­pamy po cien­kim lo­dzie. Od­po­wiedź brzmi: nie.

Znowu za­dzwo­nił jej te­le­fon. Zer­k­nęła na nu­mer.

- Cho­lera! Czy ci lu­dzie w mi­ni­ster­stwie w ogóle nie sy­piają?

Brix pa­trzył, jak He­deby od­biera te­le­fon, ob­ser­wo­wał wy­raz jej twa­rzy.

- Pa­nie mi­ni­strze - od­parła spo­koj­nie - nie jest przy­jęte, żeby po­li­tycy in­ge­ro­wali w sprawy per­so­nalne Po­li­ti­g?r­den.

Od­po­wiedź była tak gło­śna i wście­kła, że Ruth He­deby mu­siała od­su­nąć te­le­fon od ucha.

- Zo­ba­czę, co da się zro­bić - rzu­ciła na ko­niec.

Brix siadł i cze­kał. Po­nie­waż ona mil­czała, za­gaił:

- Czyli po­wie­dzia­łaś im, że Lund nie wraca?

- Nie - od­parła wy­nio­śle. - Ale oni i tak się do­wie­dzieli. - Zgro­miła go wzro­kiem. - Cie­kawe jak.

Zer­k­nął na ze­ga­rek.

- Nie mam po­ję­cia - rzekł. - Jadę do domu. Rano mo­żemy wszystko pod­su­mo­wać.

- Len­nart!

Za­trzy­mał się przed drzwiami.

- Na mi­łość bo­ską, pil­nuj jej tym ra­zem. Je­śli mo­żesz. Ona mnie śmier­tel­nie prze­raża.

- Za­wia­do­mię ją.

- Nie. - He­deby wstała i owi­nęła się płasz­czem. - Nie mu­sisz.

Lund nie pro­te­sto­wała, gdy Strange za­wiózł ją do swo­jego miesz­ka­nia. Ostat­nia rzecz, na którą miała ochotę, to wpaść na bandę szczę­śli­wych, pi­ja­nych go­ści we­sel­nych.

Miesz­ka­nie było skąpo ume­blo­wane, w spo­sób ulu­biony przez duń­skich ka­wa­le­rów. Dwie sy­pial­nie, przy czym jedna z dwoma po­je­dyn­czymi łóż­kami - dla dzieci, gdy od­wie­dzały tatę.

Sie­dli obok sie­bie na ni­skiej ka­na­pie, na­prze­ciwko jed­nego z tych gi­gan­tycz­nych te­le­wi­zo­rów, któ­rych Lund tak szcze­rze nie zno­siła. Strange po­dał jej menu piz­ze­rii za ro­giem.

- Trzy­dzie­ści osiem - zde­cy­do­wała.

On już do nich dzwo­nił.

- Po­pro­simy trzy­dzie­ści osiem - mó­wił spo­koj­nym, sym­pa­tycz­nym gło­sem.

- Z do­dat­ko­wym se­rem - do­rzu­ciła.

Wes­tchnął.

- Z do­dat­ko­wym se­rem. Dla mnie to samo. Bez sera.

W szpi­talu dali jej coś do prze­my­wa­nia rany. Wy­le­wała wła­śnie ten płyn na ka­wa­łek gazy.

- Jak tam głowa? - spy­tał.

- Wzię­łam ja­kieś proszki. - Pró­bo­wała przy­ło­żyć ga­zik do rany, ale nie tra­fiła.

- Ja to zro­bię - za­pro­po­no­wał Strange i chciał za­brać od niej gazę.

- Nie je­stem in­wa­lidką.

- Ale nie wi­dzisz, co ro­bisz. To ta­kie trudne przy­jąć czy­jąś po­moc?

Dała so­bie po­móc i sie­działa jak dziecko, gdy on od­gar­nął jej włosy i spoj­rzał z tro­ską na jej twarz.

- Nie naj­go­rzej to wy­gląda. Na­wet nie bę­dziesz miała bli­zny.

- Cu­dow­nie.

- Je­steś twardą babą.

- Dzię­kuję za kom­ple­ment.

Do­tknął rany ga­zi­kiem. Lund gwał­tow­nie wcią­gnęła po­wie­trze.

- Wiem. Szczy­pie.

- Co ja tu ro­bię? Po­win­nam zo­stać w Po­li­ti­g?r­den.

- Mo­gła­byś też pójść do ho­stelu. - Ro­zej­rzał się po po­koju. - Ale nie jest naj­go­rzej, co? Na pod­ło­dze nie leży brudna bie­li­zna. Ani świersz­czyki. A nie spo­dzie­wa­łem się cie­bie. Daj spo­kój.

Na ni­skim sto­liku przy ka­na­pie stało zdję­cie. Czarno-białe i stare. Wy­soki, wy­pro­sto­wany męż­czy­zna w mun­du­rze.

- Twój oj­ciec był żoł­nie­rzem?

Twarz mu spo­chmur­niała, a Lund nie miała po­ję­cia dla­czego.

- W mo­jej ro­dzi­nie jest pełno mun­du­rów. Więk­szość woj­sko­wych, ale nie tylko. To mój dzia­dek. Był po­li­cjan­tem. To stary mun­dur. Nie mó­wi­łem ci?

- Nie.

- No więc był po­li­cjan­tem. Pra­co­wał w Po­li­ti­g?r­den w cza­sie wojny. - Strange znie­ru­cho­miał i spoj­rzał na Lund. - Dzia­łał w Ru­chu Oporu. Niemcy się do­wie­dzieli. Ktoś do­niósł na niego, ja­kiś stikke. Oj­ciec mó­wił, że dzia­dek zgi­nął ra­zem z in­nymi bo­ha­te­rami w Min­de­lun­den. Pew­nie przy­wią­zany do tam­tych słu­pów. Nie wiem, dla­czego trzy­mam aku­rat tę fo­to­gra­fię. To było tak dawno. Te­raz i tak dzieje się tyle złego, że nie ma co my­śleć o prze­szło­ści.

Od­su­nęła się od niego, wzięła do ręki ko­lejne zdję­cie męż­czy­zny w mun­du­rze, tym ra­zem woj­sko­wym, też stare, choć nie tak jak tamto.

- To twój oj­ciec? Wy­gląda jak ty.

- Wi­dzisz sama, żoł­nie­rze. Mamy to we krwi. Na­szym prze­zna­cze­niem jest służba. - Ro­ze­śmiał się i w tej chwili wy­glą­dał bez­bron­nie. - Nie je­stem taki jak ty. Naj­le­piej się spraw­dzam, kiedy pra­cuję w ze­spole i ktoś mi mówi, co mam ro­bić. Pew­nie odzie­dzi­czy­łem to...

- Co się z nim stało? Z twoim oj­cem?

Strange spoj­rzał na nią zdu­miony.

- A kto mówi, że coś się z nim stało?

- To stare zdję­cie. Gdyby nic mu się nie stało, miał­byś now­sze.

- Do­bry Boże. Ty ni­gdy nie prze­sta­jesz pra­co­wać?

- Wła­ści­wie nie. Je­śli nie chcesz mi po­wie­dzieć...

- Wy­stą­pił z woj­ska. Mama su­szyła mu głowę, żeby to zro­bił. Z od­prawy opła­cił fran­czyzę, żeby otwo­rzyć agen­cję ja­kieś dur­nej ubez­pie­czalni. To się nie mo­gło udać. Pa­mię­tasz, co mó­wi­łem? Na­szym prze­zna­cze­niem jest służba. Nie smycz.

Na jego twa­rzy po­ja­wiło się coś ta­kiego, że Lund po­ża­ło­wała swo­jego py­ta­nia.

- Nie wie­dzie­li­śmy, że pije. Nie je­stem na­wet pe­wien, czy to miało ja­kieś zna­cze­nie. Mia­łem do­piero dzie­więt­na­ście lat. Tam­tego lata pra­co­wa­łem w Po­li­ti­g?r­den. Kiedy są­dzi­łem, że mun­dur po­li­cyjny to coś dla mnie.

- Długo bę­dziemy cze­kać na pizzę?

Spoj­rzał na nią nie­chęt­nie.

- Sama py­ta­łaś. Te­raz mu­sisz mnie wy­słu­chać. Choćby przez grzecz­ność.

- Strange...

- Któ­re­goś dnia przy­sze­dłem do domu i coś tam ro­bi­łem w ga­rażu. Pa­mię­tam, że naj­pierw zo­ba­czy­łem buty.

- Przy­kro mi. Nie po­win­nam się była od­zy­wać.

Strange po­dra­pał się po za­ro­śnię­tym po­liczku.

- Nie mo­żesz się po­wstrzy­mać. Poza tym czemu nie? Skąd mia­łaś wie­dzieć? Znie­na­wi­dzi­łem go za to. Na całe lata. Po­tem, gdy za­czą­łem się za­sta­na­wiać nad wy­stą­pie­niem z woj­ska, żona za­częła na­po­my­kać o tym sa­mym. Pew­nie się do­my­ślasz. Otwórz swoją firmę. Zaj­mij się za­rzą­dza­niem. Bądź wła­snym sze­fem. - Przy­tknął ga­zik do jej twa­rzy i znowu mu­snął ranę. - To mi wy­star­czyło, żeby się z po­wro­tem za­cią­gnąć. Wiem, kim je­stem. Lu­bię, kiedy mi się mówi, co mam ro­bić. Ty. Brix. To mi od­po­wiada. Je­steś ode mnie mą­drzej­sza i wiem o tym.

- Ni­gdy tego nie po­wie­dzia­łam.

Ro­ze­śmiał się.

- A my­ślisz, że mu­sisz? W two­jej twa­rzy można czy­tać jak w otwar­tej książce.

- Mam twarz jak piłka fut­bo­lowa.

- I tak miło na nią po­pa­trzeć.

Dużo czasu mi­nęło, od­kąd po raz ostatni tak z kimś roz­ma­wiała.

- Nie ro­zu­miem - od­parła.

- Czego?

Wró­cił do pracy nad jej si­nia­kami i ra­nami.

- Dla­czego on nie po­cią­gnął za spust?

Od­jął ga­zik.

- Saro, nie wiesz, co się stało. Nie przej­muj się tym.

- Wiem. Sły­sza­łam. Pi­sto­let...

- Tam byli lu­dzie.

- Miał czas. Pod­jął de­cy­zję. Czu­łam to.

- OK. - Odło­żył bu­telkę i ga­zik. - Po­słu­chaj. To się już ni­gdy nie wy­da­rzy. Nie uciek­niesz mi...

- By­łeś w Hel­sin­g?r!

- Mo­głaś po­cze­kać.

- No ale nie po­cze­ka­łam.

- Na­stęp­nym ra­zem cię zmu­szę. Obie­cuję.

Te­raz ona się ro­ze­śmiała.

- Obie­cu­jesz? Kim ja dla cie­bie je­stem? Wa­riatką, którą przy­wio­złeś z Ged­ser, bo Brix ci po­wie­dział...

Po­ło­żył dłoń na jej ra­mie­niu. Po­tem jego palce po­wę­dro­wały na po­li­czek, mu­snęły włosy, de­li­katne prze­su­nęły się po war­gach.

Nie wie­działa, co ro­bić. Głowa cią­gle ją bo­lała. Wszystko ją bo­lało.

Przy­su­nął się do niej. Ona się cof­nęła, ale tylko odro­binę. Nie usta­wał więc, spró­bo­wał raz jesz­cze, naj­ła­god­niej, jak umiał, cmok­nął ją w po­li­czek, na tyle, na ile po­zwo­liła.

- Miał w cho­lerę czasu, żeby do mnie strze­lić - wy­szep­tała.

- Gdzie nie boli?

Był tak bli­sko, taki spo­kojny i tro­skliwy. Na­prawdę nią za­in­te­re­so­wany. Lund po­chy­liła się ku niemu, pró­bu­jąc so­bie przy­po­mnieć, kiedy po raz ostatni ca­ło­wała się z męż­czy­zną.

Za­dzwo­nił dzwo­nek u drzwi.

- Cho­lera - mruk­nął Strange. - Szybko się uwi­nęli.

Wstał, a jej tro­chę ulżyło.

- Do cie­bie.

Przed drzwiami stała Ruth He­deby w cięż­kim weł­nia­nym płasz­czu. Wy­glą­dała, jakby wo­lała być gdzie in­dziej.

- Prze­pra­szam za naj­ście, Lund. Nie zajmę pani dużo czasu. - W ręku trzy­mała ko­pertę. Otwo­rzyła ją. W środku znaj­do­wała się od­znaka Lund. - Len­nart... Brix wpro­wa­dzi pa­nią w szcze­góły. Chyba się tro­chę po­spie­szy­li­śmy. - He­deby po­dała jej od­znakę, plik no­wych ra­por­tów z PET i Po­li­ti­g?r­den. - W do­cho­dze­niu mamy pe­wien po­stęp, a Mi­ni­ster­stwo Spra­wie­dli­wo­ści zmie­niło na­sta­wie­nie. - Zer­k­nęła na Stran­gego. - Ju­tro wi­dzimy się wszy­scy - do­dała i ru­szyła do windy.

- Pro­szę za­cze­kać - za­wo­łała ją Lund.

He­deby sta­nęła.

- Chcę od pani gwa­ran­cji, że zo­stanę aż do za­mknię­cia sprawy.

- Mo­jej gwa­ran­cji?

- Tak. To moja sprawa. Pra­cuję ze Stran­gem. Zaj­mu­jemy się tym oboje, do­bra?

- Je­śli się do­ga­du­je­cie...

- Nie chcę żad­nych ogra­ni­czeń. Nie chcę, żeby PET czy kto­kol­wiek inny mó­wił mi, co mam ro­bić. Mu­simy prze­słu­chać wszyst­kich ofi­ce­rów zwią­za­nych z ba­ta­lio­nem ?gir. I może...

- Może co?

- Może coś, co mi jesz­cze nie przy­szło do głowy.

He­deby wró­ciła i spoj­rzała Lund pro­sto w twarz.

- Po­zwolę so­bie wy­ja­śnić: to nie jest moja de­cy­zja. Mi­ni­ster chce, by pani wró­ciła do do­cho­dze­nia. Nie wiem czemu. Nie chcę wie­dzieć. Ale je­śli pani po­wie, że coś ma zo­stać zro­bione, niech bę­dzie. Nie ja za to wszystko za­płacę.

- Do­brze. I prze­stań­cie śle­dzić Ra­bena. Chcę go prze­słu­chać.

- PET go zgu­biła. Nie mamy po­ję­cia, gdzie jest.

Lund po­trzą­snęła głową.

- Nie ma­cie...

- Przy­kro mi. König dał ciała. W wielu in­nych spra­wach rów­nież. Mi­ni­ster­stwo pa­trzy nam na ręce. Do­pil­nujmy, żeby nie do­brali nam się do tyłka, ok?

Nad­je­chała winda. He­deby wsia­dała do niej i ru­szyła w dół.

- Gdzie mam spać? - spy­tała Lund.

- W któ­rymś łóżku dzieci. Nie chcesz naj­pierw pizzy?

- Zo­staw mi na ju­tro.

Mach­nęła pli­kiem do­ku­men­tów, po czym prze­szła do ma­łej sy­pialni, za­mknęła za sobą drzwi i za­częła czy­tać.