The Killing. Tom 2. Odcinek 1 - David Hewson

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (27,84 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Czwar­tek, 3 li­sto­pada23.42

Aby przejść z ru­chli­wej Tu­bor­gvej do parku pa­mięci z ci­chymi gro­bami i nie­zmien­nie gorz­kimi wspo­mnie­niami, trzeba było po­ko­nać trzy­dzie­ści dzie­więć stopni. Len­nart Brix, szef Wy­działu Za­bójstw ko­pen­ha­skiej po­li­cji, miał wra­że­nie, że te stop­nie prze­wi­jają się przez całe jego ży­cie.

Pod da­chem osła­nia­ją­cym bramę przed mar­z­ną­cym desz­czem mi­mo­wol­nie wspo­mniał tamtą pierw­szą wi­zytę sprzed nie­mal pięć­dzie­się­ciu lat. Pię­cio­letni chło­piec ści­ska­jący rękę ojca na­wet so­bie nie wy­obra­żał, co za­raz zo­ba­czy.

Dla dziecka śmierć była czymś nie­rze­czy­wi­stym, ra­czej kosz­mar­nym snem. Ale tu, w tym od­lud­nym parku w ?ster­bro, uwię­zio­nym po­mię­dzy ru­chliwą ulicą a li­nią ko­le­jową, można było od­nieść wra­że­nie, że czai się ni­czym zgłod­niała zjawa, kry­jąc się w cie­niach za na­grob­kami i po­są­gami, szep­cząc na­zwi­ska wy­cięte w zim­nych ka­mien­nych pły­tach pod ścia­nami.

Brix, wy­soki i po­ważny męż­czy­zna, nie­skłonny do fan­ta­zjo­wa­nia, wy­tarł twarz rę­ka­wem płasz­cza. W parku pa­mięci roz­gry­wał się już zna­jomy ry­tuał Wy­działu Za­bójstw. Funk­cjo­na­riu­sze w czar­nych mun­du­rach cięż­kimi kro­kami prze­mie­rzali be­to­nowe ścieżki, roz­sta­wia­jąc lampy i po­zo­stały sprzęt, jakby szy­ko­wano tu ja­kieś przed­sta­wie­nie. Trzesz­czały krót­ko­fa­lówki, lu­dzie za­da­wali prze­wi­dy­walne py­ta­nia, na które on udzie­lał prze­wi­dy­wal­nych od­po­wie­dzi, nie­cier­pli­wie ma­cha­jąc dło­nią.

Min­de­lun­den. Park pa­mięci.

Drę­czące wspo­mnie­nie, do­kucz­liwy strach, który od tam­tego czasu ni­gdy go nie opu­ścił.

- Sze­fie?

Mad­sen. Do­bry gli­niarz. Nie­zbyt bły­sko­tliwy, ale młody i pe­łen za­pału.

- Gdzie ona jest? - spy­tał Brix.

- W naj­gor­szym miej­scu. Chce pan...?

Brix ru­szył w górę, do­tarł do szczytu scho­dów, wy­szedł na wietrzną ciemną noc. Długa li­nia płyt pa­miąt­ko­wych po le­wej stro­nie zda­wała się cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność, jedno na­zwi­sko po dru­gim, sto pięć­dzie­siąt je­den, tylko część par­ty­zan­tów za­mor­do­wa­nych pod­czas pię­cio­let­niej oku­pa­cji na­zi­stow­skiej. Było ich o wiele wię­cej, po­wie­dział jego oj­ciec w tam­ten sło­neczny dzień, 5 maja, pół wieku temu, gdy w każ­dym domu i miesz­ka­niu za­pa­lano w oknie świeczkę dla upa­mięt­nie­nia tych, któ­rzy zgi­nęli.

Przed oczyma Brixa znowu sta­nął zimny spo­kojny po­ra­nek sprzed lat. Z czapką w ręku mały Len­nart szedł do po­sągu ko­biety trzy­ma­ją­cej mar­twego syna, cho­ciaż wi­dział nie­wiele oprócz gro­bów na przo­dzie, ko­lejne rzędy rów­nych ka­mien­nych mo­gił, każda z pa­miąt­ko­wym wa­zo­nem, a wszyst­kie pięk­nie utrzy­mane. I tak miało być za­wsze, za­po­wia­dał oj­ciec.

Tam­tego dnia mały Len­nart po raz pierw­szy spo­tkał się z mrocz­nym po­two­rem zwa­nym śmier­tel­no­ścią i zro­zu­miał, że bę­dzie mu on to­wa­rzy­szyć już za­wsze. Cią­gle tu był - w nie­wi­dzą­cych ka­mien­nych oczach ko­biety tu­lą­cej utra­co­nego syna. W na­zwi­skach wy­cię­tych w ka­mien­nych pły­tach. Czaił się jak dzi­kie zwie­rzę, ku­lił się w cie­niach la­sku za schlud­nymi, rów­nymi gro­bami, cze­ka­jąc na spo­sob­ność, by wy­mknąć się na mia­sto.

- Sze­fie?

Mad­sen się nie­cier­pli­wił. Nic dziw­nego. Len­nart Brix wie­dział, gdzie jest naj­gor­sze miej­sce, a po tych wszyst­kich la­tach w Wy­dziale Za­bójstw i tak nie chciał tam pójść.

- Mamy jej męża. Pa­trol za­trzy­mał go w sa­mo­cho­dzie na mo­ście do Malmö. Jest cały za­krwa­wiony i beł­ko­cze jak sza­le­niec.

Na­zi­ści za­jęli Min­de­lun­den wraz z są­sied­nimi ko­sza­rami Ry­van­gen w 1943 roku, gdy za­ostrzyli po­li­tykę wo­bec oku­po­wa­nego duń­skiego na­rodu. W bu­dyn­kach woj­sko­wych po dru­giej stro­nie li­nii ko­le­jo­wej usta­no­wili cen­trum do­wo­dze­nia. Tu, na pła­skim te­re­nie kie­dyś słu­żą­cym do pa­rad i ćwi­czeń woj­sko­wych, pro­wa­dzili schwy­ta­nych par­ty­zan­tów na strzel­nicę, by ich za­mor­do­wać.

Mad­sen prze­stę­po­wał z nogi na nogę, tu­pa­jąc na bruku i chu­chał na ręce.

- To pew­nie ozna­cza, że po­łowę ro­boty mamy za sobą.

Brix spoj­rzał na niego bez emo­cji.

- Mąż - wy­ja­śnił nie­cier­pli­wie młody funk­cjo­na­riusz. - Jest cały za­krwa­wiony.

Dwa lata temu Brix opro­wa­dził po Min­de­lun­den swoją żonę. Co­raz bli­żej było im już do roz­wodu. Na próżno sta­rał się za­in­te­re­so­wać ją swoim mia­stem ro­dzin­nym, byle nie do­pu­ścić do jej wy­jazdu. Po­cho­dziła z Lon­dynu, nie miała szans po­jąć, co ogląda, do tego trzeba było być Duń­czy­kiem, obo­wiąz­kowo przy­pro­wa­dzo­nym tu w dzie­ciń­stwie przez zdję­tego po­wagą ro­dzica.

An­glicy wie­dzieli, co to wojna, ale o oku­pa­cji nie mieli po­ję­cia. Dla nich, a także dla Ame­ry­ka­nów kon­flikty zbrojne roz­gry­wały się gdzieś tam, da­leko, wy­bu­chały jak po­żary w ja­kimś kraju, ga­szono je i na ob­cej ziemi zo­sta­wały pro­chy i po­pioły. Z Duń­czy­kami sprawa się miała ina­czej, a Brix nie umiał wy­tłu­ma­czyć, na czym po­lega ta róż­nica. Wal­czyli naj­le­piej, jak umieli, kiedy Niemcy wkro­czyli do Ju­tlan­dii w 1940 roku. Po­tem na ja­kiś czas po­kor­nie ska­pi­tu­lo­wali w za­mian za na­miastkę nor­mal­no­ści, po­zo­rów nie­pod­le­gło­ści w roz­dar­tej wojną Eu­ro­pie, okrut­nej sce­ne­rii, w któ­rej pa­no­wa­nie na­zi­stów wy­da­wało się prze­są­dzone.

Na­sta­wie­nie Duń­czy­ków zmie­niało się, za­nim za­częli zni­kać Ży­dzi, a ruch oporu śmia­łymi ak­cjami prze­bu­dził su­mie­nie ro­da­ków. Nie­któ­rzy wal­czyli i pła­cili naj­wyż­szą cenę - tor­tu­ro­wano ich w lo­chach Po­li­ti­g?r­den, kwa­tery głów­nej po­li­cji, obec­nym miej­scu pracy Brixa, po­tem prze­wo­żono do Min­de­lun­den i przy­wią­zy­wano do słu­pów na tle tra­wia­stego szańca, gdzie w za­mie­rze­niu ni­gdy nie miały sta­nąć ludz­kie cele.

Cią­gle sły­szał, jak oj­ciec opi­suje scenę z maja 1945 roku, kiedy na­de­szło wy­zwo­le­nie. W tych ostat­nich mie­sią­cach Niemcy sta­rali się wy­mor­do­wać jak naj­wię­cej więź­niów. Ska­to­wane, gni­jące ciała le­żały na na­gich po­lach le­d­wie przy­sy­pane zie­mią.

Ich straszna śmierć do­łą­czyła do trud­nych oku­pa­cyj­nych do­świad­czeń ca­łego na­rodu i za­pi­sała się na za­wsze w pa­mięci Duń­czy­ków. Po­zo­stał gniew, żal i skry­wane po­czu­cie wstydu. Jako dziecko drżące przed tymi trzema słu­pami za­cho­wa­nymi w cha­rak­te­rze po­mni­ków przed ścianą strzel­nicy Len­nart Brix za­sta­na­wiał się, czy on by miał tyle od­wagi. Czy też od­wró­ciłby się ple­cami i żył jak gdyby ni­gdy nic?

To py­ta­nie mieli za­da­wać so­bie wszy­scy, któ­rzy żyli po woj­nie. Ale rzadko na głos.

Szcze­ka­nie psa wy­rwało Brixa z za­my­śle­nia. Zer­k­nął na tech­ni­ków w bia­łych kom­bi­ne­zo­nach, w czep­kach, su­ną­cych z po­nu­rymi mi­nami mię­dzy rzę­dami gro­bów w stronę miej­sca, gdzie zbie­rała się reszta ze­społu.

Po­my­ślał, że może tamta chwila przed pięć­dzie­się­ciu laty zde­cy­do­wała, że zo­stał śled­czym. Kimś, kto szuka sensu tam, gdzie go z po­zoru nie ma.

- Sze­fie?

Twarz Mad­sena była pełna cho­ro­bli­wego za­pału, któ­rego Brix ocze­ki­wał od swo­ich lu­dzi. Mu­sieli czuć głód, po­trzebę po­ścigu. Każdy śled­czy mu­siał być my­śli­wym, lep­szym czy gor­szym, ale my­śli­wym. Naj­wyż­szy po­ziom osią­gnęła w tym ko­bieta, która te­raz mar­no­wała ży­cie i zdol­no­ści w mun­du­rze po­gra­nicz­niczki w za­bi­tej de­chami dziu­rze w Ze­lan­dii.

Brix nie od­po­wie­dział. Ru­szył przed sie­bie, wie­dząc, że musi temu sta­wić czoło.

Pła­ski pro­sto­kąt trawy, zdep­tany i ubło­cony przez po­li­cyjne buty, z trzech stron oto­czony był ścia­nami, przy czym ta na końcu wspi­nała się naj­wy­żej.

Lampy świe­ciły tak ostro, jakby księ­życ w pełni ja­śniał nad gło­wami funk­cjo­na­riu­szy. Poza ich za­się­giem prze­szu­ki­wali mo­zol­nie te­ren, wy­soko trzy­ma­jąc la­tarki.

Trzy sę­kate słupy, te­raz już tylko re­pliki, bo ory­gi­nały stały w nie­wiel­kim mu­zeum Ru­chu Oporu, Fri­hed­smu­seet. Ofiarę przy­wią­zano do środ­ko­wego, z rę­koma na ple­cach, ciężką liną prze­pa­su­jąc jej pierś. Blond włosy prze­sią­kły desz­czem i krwią. Z głową zwie­szoną, pod­bród­kiem na piersi wy­glą­dała, jakby przy­cup­nęła nie­zgrab­nie na ko­la­nach.

Rana na jej szyi przy­po­mi­nała upiorny drugi uśmiech. Ko­bieta miała na so­bie nie­bie­ski szla­frok po­cięty miej­scami aż do pasa, a tam, gdzie tra­fiło osza­lałe ostrze, wy­zie­rało po­ra­nione ciało. Twarz miała po­si­nia­czoną i brudną. Krew po­lała się z jej nosa, za­schła po bo­kach ust i przy­po­mi­nała ma­ki­jaż tra­gicz­nego klowna.

- Kil­ka­na­ście ran na szyi i klatce pier­sio­wej - re­fe­ro­wał Mad­sen. - Nie za­bito jej tu­taj. Za­dzwo­nił do nas mąż i po­wie­dział, że wszedł do domu i stwier­dził, że wszę­dzie jest pełno krwi. I ani śladu po żo­nie. Po­tem od­je­chał sa­mo­cho­dem.

Przy­su­nął się, by po­pa­trzeć z bli­ska.

- A więc tak wy­glą­dają zbrod­nie na­mięt­no­ści.

Pies tym­cza­sem wpadł w szał.

- Czy ktoś może uci­szyć to zwie­rzę? - spy­tał Brix.

- Sze­fie?

- Za­bierz­cie męża na prze­słu­cha­nie. Zo­ba­czymy, co ma do po­wie­dze­nia.

Mad­sen prze­stę­po­wał z nogi na nogę.

- Chyba nie jest pan prze­ko­nany.

- Ona jest praw­niczką. On też. Zga­dza się?

- Tak.

Brix wpa­try­wał się w ska­to­wane ciało pod słu­pem.

- Tu­taj? - Po­krę­cił głową. - Aku­rat tu­taj? To nie ma sensu.

- W ogóle za­bi­ja­nie lu­dzie nie ma sensu, prawda?

Wła­śnie że ma, po­my­ślał Brix. Cza­sami. Na tym po­le­gała ro­bota śled­czego: by wśród krwi do­strzec lo­gikę.

Myśl o utra­co­nej funk­cjo­na­riuszce Sa­rze Lund nie da­wała mu spo­koju. Że tak trwoni swój czas w Ged­ser. Za­sta­na­wiał się, co ona by wy­wnio­sko­wała z ta­kiej sceny. Ja­kie za­da­łaby py­ta­nia, na co by spoj­rzała. To, co wi­dział tu przed pięć­dzie­się­ciu laty, miało i jemu dać ten straszny dar. I dało, tro­chę, nie miał jed­nak ta­kiego ta­lentu jak Lund. On umiał mó­wić do zmar­łych, wy­obra­żać so­bie ich od­po­wie­dzi.

Ona...

Wy­soki, po­ważny szef Wy­działu Za­bójstw ko­pen­ha­skiej po­li­cji bar­dzo chciał opu­ścić to miej­sce. Nie mógł tu ja­sno my­śleć.

Ni­gdy nie po­jął, ja­kim cu­dem Lund sły­szy, co mó­wią zmarli.

- Co mam zro­bić? - spy­tał znowu Mad­sen.

- Już po­wie­dzia­łem, przy­wieź go na ko­mendę.

Wró­cił wą­ską, błot­ni­stą ścieżką, przez pole na­grob­ków, mi­ja­jąc na­zwi­ska na mu­rze, po­sąg matki tu­lą­cej za­mor­do­wa­nego syna, ta­blicę pa­miąt­kową z pa­trio­tycz­nymi wer­se­tami kło­po­tli­wego pa­stora Kaja Munka, dawno temu za­mor­do­wa­nego przez ge­stapo pew­nej ciem­nej stycz­nio­wej nocy w po­bliżu Sil­ke­borg w Ju­tlan­dii.

Zszedł be­to­no­wymi scho­dami, ostroż­nie, tak jak szedł jako pię­cio­la­tek opusz­cza­jący to miej­sce z za­wro­tami głowy i mdło­ściami, gdy uświa­do­mił so­bie, że świat jed­nak nie jest bez­pieczny i szczę­śliwy, a pew­nego dnia, tak jak wszyst­kich, czeka go mrok.

U stóp scho­dów Len­nart Brix spoj­rzał w prawo, po­tem w lewo, upew­nia­jąc się, że nikt go nie wi­dzi. Od­szedł na bok i zro­bił to, co kil­ka­dzie­siąt lat temu: zwy­mio­to­wał w brudne krzaki, za­rzu­cone śmie­ciami, bu­tel­kami i nie­do­pał­kami.

Po­tem siadł mil­czący i ża­ło­sny w nie­ozna­ko­wa­nym ra­dio­wo­zie, pod ob­ra­ca­ją­cym się nie­bie­skim świa­tłem, przy wtó­rze sy­ren i roz­mów w po­li­cyj­nym ra­diu, i ża­ło­wał, że z braku wiary nie może się po­mo­dlić, by Mad­sen miał ra­cję. By się oka­zało, że to wy­jąt­kowo gwał­towna zbrod­nia ro­dzinna, która zo­sta­nie szybko i jed­no­znacz­nie roz­wią­zana.

Zbrod­nia na­mięt­no­ści, i tyle.

2

Po­nie­dzia­łek, 14 li­sto­pada7.45

Ged­ser le­żało nad ciem­nymi wo­dami Bał­tyku. Ma­leń­kie mia­steczko li­czyło so­bie ośmiu­set miesz­kań­ców, więk­szość utrzy­my­wała się z promu, który przez cały dzień kur­so­wał do Ros­to­cku i z po­wro­tem. W cza­sach gdy Niemcy były po­dzie­lone na Wschod­nie i Za­chod­nie, prze­myt ogra­ni­czał się za­sad­ni­czo do uchodź­ców po­li­tycz­nych zza że­la­znej kur­tyny. W dwu­dzie­stym pierw­szym wieku prze­myt­nicy zro­bili się bar­dziej przed­się­bior­czy, prze­wo­zili nar­ko­tyki, twarde i mięk­kie, lu­dzi z Bli­skiego Wschodu i od­le­glej­szych re­gio­nów. Na­tura kon­tra­bandy się zmie­niła, a wła­dze mo­gły tylko mieć na­dzieję, że tro­chę wstrzy­mają ten za­lew.

Sa­rah Lund, w swoim gra­na­to­wym mun­du­rze po­gra­nicz­niczki, z dłu­gimi ciem­nymi wło­sami zwią­za­nymi pod re­gu­la­mi­nową czapką, nie stra­ciła ani krztyny z ogrom­nej wy­ob­raźni i do­cie­kli­wo­ści. Po ka­ta­stro­fie, którą za­koń­czyła się sprawa Nanny Birk Lar­sen, gdy mię­dzy in­nymi po­strze­lony zo­stał jej part­ner Jan Meyer, wy­rzu­cono ją z ko­pen­ha­skiej po­li­cji. Za­pro­po­no­wano jej tę skromną, kiep­sko płatną po­sadę w za­ścianku, gdzie nie znała ni­kogo ani nikt nie znał jej.

Przy­jęła ją skwa­pli­wie, roz­go­ściła się w ma­leń­kim drew­nia­nym domku, w któ­rym przez dwa lata wciąż nie zdą­żyła roz­ło­żyć swo­ich rze­czy oprócz kilku sztuk prak­tycz­nych ubrań i zdjęć Marka, obec­nie czter­na­sto­let­niego syna miesz­ka­ją­cego z oj­cem pod Ko­pen­hagą. Jej ży­cie trwało w sta­nie za­wie­sze­nia, utknęło w mar­twym punk­cie, ale tu przy­naj­mniej uwol­niła się - do pew­nego stop­nia - od drę­czą­cego po­czu­cia winy, które nie da­wało jej spo­koju w sto­licy.

To przez nią sprawa Nanny Birk Lar­sen za­koń­czyła się ta­kim cha­osem. Przez nią Meyer, taki ak­tywny, szczę­śliwy czło­wiek bez pa­mięci roz­ko­chany w swo­jej ro­dzi­nie, resztę ży­cia spę­dzi na wózku.

Tak więc pra­co­wała w Ged­ser i pa­trzyła, jak cię­ża­rówki zjeż­dżają z pro­mów, a po­tem przy­glą­dała się kie­row­com i szybko na­brała bie­gło­ści w wy­ła­wia­niu tych o ner­wo­wym spoj­rze­niu.

W po­przed­nim roku nikt nie zła­pał tylu nie­le­gal­nych imi­gran­tów, co ona. Wpraw­dzie na ni­kim też nie ro­biło to wra­że­nia. Ja­kie to miało zna­cze­nie? Wy­zwa­niem było po­ko­na­nie wą­skiej cie­śniny po­mię­dzy Ros­to­ckiem a Ged­ser, je­śli już ktoś so­bie z tym po­ra­dził, tra­fiał na duń­ską zie­mię, skąd de­por­to­wano nie­wielu imi­gran­tów, czy to le­gal­nych, czy nie.

Tak więc Sa­rah Lund wy­ko­ny­wała swoją pracę jak naj­le­piej. A po­mię­dzy na­dej­ściem a wy­pły­nię­ciem promu czy­tała i pi­sała dziwny list do Ko­pen­hagi.

Ty­dzień przed czter­dzie­stymi uro­dzi­nami urzą­dziła so­bie sa­motne święto. Trzy puszki piwa i list do matki, Vi­beke, opo­wia­da­jący o nie­ist­nie­ją­cym przy­ję­ciu z nie­ist­nie­ją­cymi no­wymi przy­ja­ciółmi. I ku­piła so­bie ra­dyjko.

Te­raz, o ósmej, gdy sie­działa sama w nie­wiel­kiej budce po­gra­nicz­ni­ków, deszcz lał się z po­sęp­nego nieba, a ona słu­chała w słu­chaw­kach po­ran­nych wia­do­mo­ści.

"Przy­szłość rzą­do­wego pa­kietu an­ty­ter­ro­ry­stycz­nego stoi pod zna­kiem za­py­ta­nia..." - mó­wił spi­ker.

Uważne oczy Lund po­dą­żyły za od­pły­wa­ją­cym pro­mem, który wła­śnie ma­new­ro­wał przy wyj­ściu z portu i ocię­żale kie­ro­wał się na otwarte mo­rze.

"...po­nie­waż mi­ni­ster spra­wie­dli­wo­ści Frode Mon­berg tra­fił do szpi­tala po ataku serca. Jego obecny stan jest nie­znany. Par­la­ment miał dzi­siaj oma­wiać nową ustawę an­ty­ter­ro­ry­styczną. Pre­mier, Gert Grue Erik­sen, twier­dzi, że nie­obec­ność Mon­berga nie za­szko­dzi ne­go­cja­cjom z part­ne­rami ko­ali­cyj­nymi rzą­dzą­cej Par­tii Cen­trum..."

- Po­li­tycy - mruk­nęła Lund, wspo­mi­na­jąc wy­da­rze­nia sprzed dwóch lat. Nan­nie Birk Lar­sen nie oka­zali żad­nych wzglę­dów, dbali tylko o sie­bie.

Uszy Sary wy­peł­nił prze­sad­nie uprzejmy głos pre­miera. Grue Erik­sen od tak dawna funk­cjo­no­wał na szczy­tach duń­skiej po­li­tyki, że na sam dźwięk tego głosu zo­ba­czyła jego wi­ze­ru­nek: sre­brzy­ste włosy, pro­mienna, miła twarz. Czło­wiek go­dzien za­ufa­nia. Chluba na­rodu.

"Pa­kiet an­ty­ter­ro­ry­styczny jest w obec­nej sy­tu­acji nie­zbędny" - po­wie­dział Grue Erik­sen wy­wa­żo­nym, pew­nym gło­sem. "Pro­wa­dzimy wojnę z okrut­nym wro­giem tak tchórz­li­wym, że nie po­ka­zuje swo­jego ob­li­cza. Walka z ter­ro­ry­zmem trwa, i tu­taj, i w Afga­ni­sta­nie".

Nie­le­galni imi­granci zła­pani przez Lund nie wy­glą­dali jej na ter­ro­ry­stów. Zwy­kli, smutni, biedni ob­co­kra­jowcy, któ­rzy dali się na­brać, że Za­chód jest miłą i szczo­drą zie­mią, która ich po­wita z otwar­tymi ra­mio­nami.

Ko­lejny ser­wis in­for­ma­cyjny.

"Po­dej­rzany o do­ko­na­nie mor­der­stwa w Parku Pa­mięci na­dal prze­bywa w aresz­cie. Szef Wy­działu Za­bójstw Len­nart Brix ujaw­nił nie­wiele in­for­ma­cji od chwili po­peł­nie­nia zbrodni dzie­sięć dni temu. Źró­dła zbli­żone do Po­li­ti­g?r­den su­ge­rują, że aresz­to­wana osoba, po­do­bno mąż ofiary, wkrótce zo­sta­nie zwol­niona, o ile po­li­cja nie do­kona ja­kie­goś prze­ło­mo­wego od­kry­cia..."

Gwał­tow­nym ru­chem wy­cią­gnęła słu­chawki z uszu. W ko­lejce do na­stęp­nego promu sta­nęła cię­ża­rówka. To dla­tego. Z żad­nego in­nego po­wodu.

Nie­ważne, że jej dy­żur wła­śnie się koń­czył ani że w stronę budki szedł już jej zmien­nik.

Ko­pen­haga na­le­żała do prze­szło­ści. I praca w po­li­cji rów­nież. Lund się z tego nie cie­szyła. Ani nie czuła roz­cza­ro­wa­nia. Tak po pro­stu się stało.

Wy­szła więc na spo­tka­nie zmien­ni­kowi, po­roz­ma­wiała o gra­fi­kach i ra­por­tach. O tym, co mogą dla nich ozna­czać nowe prze­pisy an­ty­ter­ro­ry­styczne. Pew­nie wię­cej ro­boty pa­pier­ko­wej i nic poza tym.

Ru­szyła do biura za­koń­czyć dzie­się­cio­go­dzinną zmianę, za­sta­na­wia­jąc się, czy zdoła po­spać, kiedy wresz­cie wróci do swo­jego domku na skraju tego po­nu­rego mia­steczka.

Przy drzwiach zo­ba­czyła czar­nego Forda. Pla­kietka par­kin­gowa na przed­niej szy­bie wy­glą­dała zna­jomo: Po­li­ti­g?r­den. Obok sa­mo­chodu stał męż­czy­zna w jej wieku. Wyż­szy od Jana Mey­era, bar­dziej umię­śniony. Ale w ta­kich sa­mych ciu­chach: czarna skó­rzana kurtka i dżinsy. Ta sama znisz­czona, blada twarz, krótko ostrzy­żone włosy i kil­ku­dniowy za­rost.

Jan Meyer miał wy­łu­pia­ste oczy i wiel­kie uszy. Ten męż­czy­zna nie. Był przy­stojny w dys­kretny, nie­mal nie­śmiały spo­sób. Uważny za tą za­wo­dową, zdy­stan­so­waną ma­ską, do któ­rej no­sze­nia zmu­szała go praca.

Glina do szpiku ko­ści, po­my­ślała Lund. Rów­nie do­brze mógłby no­sić od­znakę na piersi.

- Cześć - za­gaił żywo, po­dą­ża­jąc za nią do biura.

Lund wy­łą­czyła swoje wal­kie-tal­kie, wsa­dziła je do szu­flady. Wzięła ku­bek z kawą.

On stał w drzwiach.

- Sa­rah Lund?

Kawa jak zwy­kle wy­da­wała się w smaku zbyt mocna.

- Ulrik Strange. Dzwo­ni­łem do cie­bie mnó­stwo razy. Zo­sta­wia­łem wia­do­mo­ści. Pew­nie ich nie ode­bra­łaś.

Zdjęła czapkę, uwol­niła dłu­gie ciemne włosy. On nie od­ry­wał od niej wzroku. Lund za­sta­na­wiała się, czy jest po­dzi­wiana. W Ged­ser to się nie­czę­sto zda­rzało.

- W ter­mo­sie jest kawa, je­śli masz tyle od­wagi - po­wie­działa i wy­peł­niła nocny ra­port: dwie li­nijki, nic do zgło­sze­nia.

- Je­stem pod­ko­mi­sa­rzem po­li­cji...

Szcze­góły, po­my­ślała Lund. Za­wsze się li­czyły.

- Pod­ko­mi­sa­rzem po­li­cji kry­mi­nal­nej, chcia­łeś po­wie­dzieć?

Za­śmiał się. I wy­glą­dał przy tym życz­li­wie.

- Nie. W ciągu dwóch lat sporo się zmie­niło. Wpro­wa­dzono mnó­stwo re­form. Już nie można pa­lić w bu­dynku, mamy nowe stop­nie. Wy­rzu­cili słowo "kry­mi­nal­nej". Pew­nie było uwa­żane za tro­chę... - Po­dra­pał się po krót­kich wło­sach. - Sam nie wiem. - Wzniósł to­ast kub­kiem.

Lund spraw­dziła wpis w dzien­niku i go za­mknęła.

- Chcie­li­by­śmy omó­wić z tobą pewną sprawę.

Wy­szła do szatni, Strange po­dą­żył za nią.

- Dzie­sięć dni temu za­mor­do­wano ko­bietę. W bar­dzo dziw­nych oko­licz­no­ściach.

Lund wzięła swoją cy­wilną kurtkę, gra­na­towy swe­ter i dżinsy.

- Za­cze­kam, aż się prze­bie­rzesz.

- Mów da­lej. - Prze­ci­snęła się za szafki i ścią­gnęła zimny, wil­gotny mun­dur.

- Pew­nie o tym czy­ta­łaś. Min­de­lun­den. Ko­bieta za­mor­do­wana w Parku Pa­mięci. Chcie­li­by­śmy, że­byś przej­rzała akta sprawy, bo może coś nam umknęło.

- My? - spy­tała Lund zza sza­fek.

- Brix o to pro­sił. Po­trzebne nam świeże spoj­rze­nie. Uważa, że ty mo­żesz nam je za­pew­nić.

Sa­rah usia­dła na krze­śle i wcią­gnęła dłu­gie skó­rzane buty.

- Mogę tu zo­stać do po­łu­dnia - za­pro­po­no­wał Strange. - Zre­fe­ro­wać ci do­tych­cza­sowe usta­le­nia, je­śli chcesz.

- Pra­cuję w straży gra­nicz­nej. Nie zaj­muję się do­cho­dze­niami w spra­wie mor­der­stwa.

- Je­ste­śmy pra­wie pewni, że mamy sprawcę. Mąż ofiary sie­dzi w aresz­cie. Mo­żemy go trzy­mać naj­wy­żej do ju­tra, a po­tem mu­simy mu po­sta­wić za­rzuty. Za­pła­cimy ci za prze­pra­co­wany czas. Twoi tu­tejsi prze­ło­żeni się zga­dzają.

Wstała, nie pa­trząc na niego.

- Po­wiedz mu, że nie je­stem za­in­te­re­so­wana.

Da­lej stał w drzwiach, ani drgnął.

- Dla­czego?

Lund wbiła wzrok w jego klatkę pier­siową, aż się ru­szył, po czym go mi­nęła i chwy­ciła kurtkę.

- Brix uprze­dził mnie, że od­mó­wisz. Mó­wił, że po­wi­nie­nem pod­kre­ślić, ja­kie to ważne. Że po­trze­bu­jemy two­jej po­mocy.

- No... - Lund od­wró­ciła się, by na niego spoj­rzeć. - Już to zro­bi­łeś, prawda?

Strange ści­skał swój ku­bek, za­sta­na­wia­jąc się, co te­raz po­wie­dzieć.

- Jak bę­dziesz wy­cho­dził, sprawdź, czy za­mkną­łeś do­brze drzwi - do­dała i znik­nęła.

Gdy za­dzwo­nił te­le­fon, Tho­mas Buch sie­dział sam w swoim biu­rze po­sel­skim w Fol­ke­tin­get, sie­dzi­bie par­la­mentu, od­bi­ja­jąc od ściany gu­mową pi­łeczkę. Taki miał na­wyk od dzie­ciń­stwa. Na­wyk ten draż­nił lu­dzi. Buch też.

Nie­któ­rzy uwa­żali go za in­truza, który do­stał się do duń­skiego par­la­mentu na ple­cach ko­goś lep­szego, w tym wy­padku czło­wieka, któ­rego śmierć była stratą dla ca­łego na­rodu. Buch miał trzy­dzie­ści osiem lat, był jed­nym z dy­rek­to­rów w przed­się­bior­stwie rol­nym w swo­jej ro­dzin­nej Ju­tlan­dii, w pracy od­no­sił suk­cesy, pro­wa­dził firmę, którą jego ro­dzina two­rzyła przez dłu­gie lata, a która tak się roz­ro­sła, że za­trud­niała po­nad czte­ry­sta osób.

Po­tem na­de­szła druga wojna w Iraku. Jeppe, star­szy brat Tho­masa, w ro­dzi­nie ten by­stry, szczu­pły, przy­stojny, elo­kwentny, gwiazda me­diów, która wkrótce miała wkro­czyć w świat po­li­tyki, po­sta­no­wił wró­cić do woj­ska.

Jeppe był cho­dzą­cym ide­ałem, a wy­da­wał się jesz­cze wspa­nial­szy, od­kąd za­mor­do­wali go re­be­lianci, któ­rzy za­ata­ko­wali jego od­dział, do­star­cza­jący po­moc me­dyczną do szpi­tala na przed­mie­ściach Bag­dadu.

Tho­mas Buch w za­sa­dzie sam nie do końca ro­zu­miał, dla­czego zgo­dził się wal­czyć o miej­sce, które obie­cano w par­la­men­cie jego bratu, i za­mie­nić za­wi­ło­ści Wspól­nej Po­li­tyki Rol­nej na niu­anse duń­skiego prawa par­la­men­tar­nego. Oka­zało się, że wbrew po­zo­rom ta zmiana nie jest ra­dy­kalna, a on świet­nie so­bie ra­dzi w środ­ko­wych ła­wach Par­tii Cen­trum. Więk­szość go to­le­ro­wała, nie­któ­rzy trak­to­wali po­dejrz­li­wie, a dla wszyst­kich był, jak mu się zda­wało, gru­bym młod­szym bra­tem Jep­pego.

Tę­sk­nił za swoją żoną Ma­rie, która zo­stała w domu w Ju­tlan­dii z dwójką ich dzieci, nie zno­sił cy­nicz­nej miej­skiej at­mos­fery sto­licy. Ale obo­wią­zek to obo­wią­zek, a ro­dzinna firma zo­stała w do­brych rę­kach.

Na­wet mu nie przy­cho­dziło do głowy, że mógłby awan­so­wać i wejść w skład rządu. Otyły, z ła­godną twa­rzą morsa i rzadką rudą brodą, ni­gdy nie na­le­żał do ulu­bień­ców me­diów. W głębi serca miał na­dzieję, że kiedy obecna ka­den­cja par­la­mentu do­bie­gnie końca, ci­cha­czem po­wróci do spo­koj­nych pól oj­czy­stych stron i znowu sta­nie się ano­ni­mowy. Tym­cza­sem za­mie­rzał zaj­mo­wać się każdą ustawą, która się na­wi­nie, po­trze­bami wy­bor­ców i co­dzien­nymi obo­wiąz­kami par­la­men­tar­nymi.

I ude­rze­niem gu­mo­wej pi­łeczki o ścianę ga­bi­netu. Za­wsze pró­bo­wał prze­wi­dzieć, jaki efekt wy­woła choćby naj­lżej­sza zmiana kąta. Ob­ser­wo­wa­nie pi­łeczki po­ma­gało mu się sku­pić, a po te­le­fo­nie, który nie­dawno ode­brał, za­iste miał na czym. Wzy­wano go, ale nie wie­dział, czy czeka go eg­ze­ku­cja, czy awans.

Ka­zano mu wło­żyć ma­ry­narkę i kra­wat. Od­bił więc pi­łeczkę po raz ostatni, oce­nił bez­błęd­nie, któ­rędy do niego wróci, wsa­dził ją do kie­szeni, zdjął bluzę i z ma­łej szafy przy oknie wy­cią­gnął naj­lep­sze ubra­nia, ja­kie miał.

Na kra­wa­cie zo­ba­czył żółtko. Na je­dy­nej bia­łej ko­szuli też. Ze­skro­bał je, ale zo­stała żółta plama. Się­gnął więc po czarne polo i wy­szedł na zimny li­sto­pa­dowy dzień. Prze­ciął bru­ko­wany plac, który od­dzie­lał sie­dzibę par­la­mentu od pa­łacu Chri­stians­borg, wspiął się dłu­gimi czer­wo­nymi scho­dami i do­tarł do ga­bi­netu Gerta Gru­ego Erik­sena, pre­miera Da­nii.

W domku za­wsze pa­no­wał prze­ni­kliwy ziąb, choćby nie wia­domo jak Lund pod­krę­cała ża­ło­sne ogrze­wa­nie. Wie­działa, że nie za­śnie. Usma­żyła więc be­kon, spa­liła kilka to­stów i spraw­dziła roz­kład jazdy po­cią­gów.

Au­to­bu­sem do Ny­k?bing Fal­ster, po­tem po­cią­giem. Dwie i pół go­dziny. Kur­so­wał re­gu­lar­nie.

Od czasu sprawy Birk Lar­sen rzadko by­wała w domu. Nie mia­sto ją od­stra­szało, lecz wspo­mnie­nia. Po­czu­cie winy. W Ged­ser jej ży­cie spro­wa­dzało się do sza­rego Bał­tyku, nud­nej, ru­ty­no­wej pracy w por­cie, sa­mot­nych go­dzin w pu­stym domku, oglą­da­nia te­le­wi­zji, błą­ka­nia się po sieci, czy­ta­nia, spa­nia.

W mie­ście wy­glą­dało to ina­czej. Nie była już pa­nią swo­jego losu, o jej ży­ciu de­cy­do­wały wy­da­rze­nia poza jej kon­trolą, pełne ciem­nych ulic, do któ­rych tę­sk­niła.

Cho­dziło o miej­sce, nie o nią.

"Ścią­gnę­łaś Mey­era do tego bu­dynku. Wy­gna­łaś ze swo­jego ży­cia Bengta Ro­slinga. Od­py­cha­łaś Marka i jego ojca. Do­ko­na­łaś tych wszyst­kich fa­tal­nych wy­bo­rów, pró­bu­jąc do­ciec, kto za­bił Nannę Birk Lar­sen".

Od ja­kie­goś czasu nie sły­szała już tego głosu.

Fo­to­gra­fię Marka miała na lo­dówce. Nie wi­działa go od pię­ciu mie­sięcy. Pew­nie jest jesz­cze wyż­szy.

Na uro­dziny ku­piła mu bluzę w Netto. Tani pre­zent, ale przy swo­ich mi­zer­nych za­rob­kach nie mo­gła so­bie po­zwo­lić na inny.

Po­winna cza­sami spo­tkać się z matką. Z po­wo­dów, któ­rych sama nie ro­zu­miała, za­żarta wojna po­mię­dzy nimi ustała, od­kąd Sarę zwol­niono z Po­li­ti­g?r­den. Nie­wy­klu­czone, że Vi­beke zna­la­zła w so­bie ślad współ­czu­cia, na­wet li­to­ści, któ­rego jej córka ni­gdy wcze­śniej nie za­uwa­żyła. Albo obie się po pro­stu sta­rzały i bra­ko­wało im ener­gii, by to­czyć wie­lo­let­nie sprzeczki, które dzie­liły je, od­kąd Lund się­gała pa­mię­cią.

Zer­k­nęła na ka­len­darz. Trzy dni wolne od pracy. I żad­nego po­my­słu na za­bi­cie czasu.

Się­gnęła po lap­top, zaj­rzała do ser­wi­sów in­for­ma­cyj­nych. Prze­czy­tała to, co po­wie­dzieli o mor­der­stwie w Min­de­lun­den, bo coś mu­sieli po­wie­dzieć. Nie było tego dużo. Len­nart Brix do­szedł do wprawy w za­my­ka­niu ust dzien­ni­ka­rzom, a w każ­dym ra­zie był w tym te­raz lep­szy niż dwa lata temu, gdy po­łowa po­li­ty­ków w ko­pen­ha­skim Ra­tu­szu pró­bo­wała wyjść cało ze sprawy Birk Lar­sen.

Brix.

Nie był złym czło­wie­kiem. Je­dy­nie am­bit­nym. Nie zwol­nił jej od razu. Za­pro­po­no­wał wyj­ście, dzięki któ­remu zo­sta­łaby w po­li­cji, gdyby tylko ze­chciała scho­wać dumę do kie­szeni, po­wie­dzieć, że kłam­stwa są prawdą, ukryć rze­czy, na które po­winno paść ostre nie­mi­ło­sierne świa­tło.

Nie zrobi tego dla Brixa. I na pewno nie da się za­uro­czyć temu przy­stoj­nemu po­słań­cowi. Może zrobi to ze względu na Marka. Albo na­wet ze względu na matkę.

Ale przede wszyst­kim dla sie­bie. Bo sama tego chce.

Te­le­fon bły­snął, gdy uru­cho­miło się przy­po­mnie­nie. Dzi­siaj uro­dziny Marka.

- Cho­lera - za­klęła, pę­dząc po ta­nią bluzę. Stwier­dziła, że ma w domu tylko pa­pier do pa­ko­wa­nia w re­ni­fery.

Pa­ku­jąc pre­zent, za­dzwo­niła do domu. Vi­beke nie było. Ostat­nio zwy­kle jej nie było, nie wie­dzieć czemu.

"Cześć, mamo" - na­grała się Lund. "Przy­jeż­dżam na Marka uro­dziny, tak jak obie­ca­łam. Tylko na je­den dzień, do ju­tra. Do zo­ba­cze­nia".

Po­tem wzięła znisz­czoną torbę, wło­żyła do niej ja­kieś pierw­sze z brzegu ciu­chy i ru­szyła na au­to­bus.

Kie­dyś był to ga­bi­net króla, a w każ­dym ra­zie tak po­wie­działa na przy­wi­ta­nie se­kre­tarka. Oka­załe krze­sła i wiel­kie biurko, słynne duń­skie lampy. Z okna roz­ta­czał się wi­dok na plac do jazdy kon­nej, gdzie sa­motny tre­ner krą­żył nie­stru­dze­nie po bło­cie z dwoma spo­śród koni kró­lo­wej. Duń­skim pań­stwem kie­ro­wano głów­nie z bu­dyn­ków na wy­sepce Slot­shol­men, daw­nym gro­dzie wa­row­nym, w któ­rym za­my­kała się nie­gdyś cała Ko­pen­haga. Pa­łac Chri­stians­borg, Fol­ke­tin­get, sie­dziby roz­ma­itych mi­ni­sterstw... wszystko to tło­czyło się w kilku bu­dyn­kach wznie­sio­nych na szcząt­kach zamku wa­lecz­nego bi­skupa Ab­sa­lona, po­łą­czo­nych ogól­no­do­stęp­nymi uli­cami i ulicz­kami, co przy­po­mi­nało o li­be­ral­nej na­tu­rze no­wo­cze­snego pań­stwa.

Bu­chowi za­sad­ni­czo się tu po­do­bało, cho­ciaż wo­la­łaby, żeby czę­ściej od­wie­dzała go Ma­rie z dziew­czyn­kami.

Miał w kie­szeni swoją gu­mową pi­łeczkę i chwilę się za­sta­na­wiał, jak by to było od­bić ją od wy­ło­żo­nych bo­aze­rią ścian kró­lew­skiego ga­bi­netu. Na­gle jed­nak wszedł Gert Grue Erik­sen i na wi­dok jego miny Buch po­rzu­cił te po­kusy. Mi­ni­ster le­żał w szpi­talu ciężko chory. Roz­grze­bana ustawa an­ty­ter­ro­ry­styczna ugrzę­zła w la­bi­ryn­cie po­li­tyki ko­ali­cyj­nej. Grue Erik­sen był do­wódcą okrętu i mu­siał na­wi­go­wać jed­nostką, któ­rej stery dzier­żyło wiele rąk. Ni­ski, ener­giczny męż­czy­zna w wieku pięć­dzie­się­ciu ośmiu lat, o srebr­nych wło­sach i do­stoj­nej, przy­ja­ciel­skiej twa­rzy. Znaj­do­wał się na szczy­tach duń­skiej po­li­tyki, od­kąd Buch pa­mię­tał. Od tak dawna, że czło­wiek z Ju­tlan­dii cią­gle czuł przed nim nie­jaki re­spekt, ni­czym dziecko przed dy­rek­to­rem.

Grue Erik­sen nie mar­no­wał czasu na próżne gadki.

Krót­kie po­wi­ta­nie, zwy­cza­jowe py­ta­nie o ro­dzinę, uścisk ręki.

- Sły­szał pan o Mon­bergu? - spy­tał.

- Ja­kieś nowe wie­ści?

- Mó­wią, że bę­dzie żył. - Pre­mier ge­stem skie­ro­wał go­ścia do krze­sła sto­ją­cego przed jego biur­kiem, po czym sam za­jął wielki skó­rzany fo­tel na­prze­ciwko. - Nie wraca do pracy. Nie w tej chwili. I póź­niej też nie.

- Przy­kro mi - po­wie­dział Buch ze szcze­rym współ­czu­ciem.

Grue Erik­sen wes­tchnął.

- Fa­talny mo­ment. Po­trze­bu­jemy pa­kietu an­ty­ter­ro­ry­stycz­nego, a te­raz utknę­li­śmy po­mię­dzy pra­wicą a le­wicą. Z jed­nej strony tak zwani pa­trioci Krab­bego z Par­tii Na­ro­do­wej, z dru­giej krwa­wiące serce Bir­gitte Ag­ger i Po­stę­po­wych. Je­śli oni wszy­scy nie od­pusz­czą, ustawa prze­pad­nie. Mon­berg miał to za­ła­twić. - Utkwił w roz­mówcy wy­cze­ku­jące spoj­rze­nie. - A więc, Tho­ma­sie? Co zro­bimy?

Buch się ro­ze­śmiał.

- Schle­bia mi, że pyta pan mnie, ale...

Nie był tępy. Jego umysł pra­co­wał całą drogę po dłu­gich scho­dach do ga­bi­netu Grue Erik­sena.

- Ale dla­czego? - do­koń­czył py­ta­nie.

- Bo kiedy wyj­dzie pan z tego po­koju, uda się na spo­tka­nie z kró­lową. Kró­lowa musi po­znać no­wego mi­ni­stra spra­wie­dli­wo­ści. - Grue Erik­sen po­now­nie się uśmiech­nął. - Za­ła­twimy panu ko­szulę i kra­wat. I pro­szę w jej obec­no­ści nie ba­wić się tą cho­lerną pi­łeczką. Po­tem znaj­dziemy ja­kiś spo­sób, by nasz pa­kiet an­ty­ter­ro­ry­styczny prze­szedł. Mu­simy w przy­szłym ty­go­dniu zro­bić gło­so­wa­nie, a w tej chwili mamy tu istny cyrk. Krabbe cią­gle żąda ko­lej­nych ustępstw, Po­stę­po­wcy wy­ko­rzy­stają każdy pre­tekst...

- Przy­kro mi - prze­rwał mu Buch. - Ale mu­szę coś po­wie­dzieć.

Grue Erik­sen cze­kał.

- To dla mnie za­szczyt. Na­prawdę. Ale ja je­stem biz­nes­me­nem, rol­ni­kiem. To nie ja... - Spoj­rzał za okno, na bu­dy­nek par­la­mentu. - Cze­ka­li­ście tu na Jep­pego, nie na mnie.

- To prawda - przy­znał pre­mier.

- Ja za­pewne nie...

- Mamy tu pana, nie Jep­pego. Przy­glą­dam się panu od lat. Za­uwa­ży­łem pań­ski spo­kój i pra­wość. Od­da­nie. Spo­ra­dyczne - wska­zał na czarne polo - pro­blemy z pro­to­ko­łem.

- Nie je­stem praw­ni­kiem.

- A ja nie je­stem pre­mie­rem. W tej roli ob­sa­dziło mnie ży­cie i pró­buję wy­ko­ny­wać tę pracę jak naj­le­piej. Bę­dzie pan miał naj­lep­szych w kraju urzęd­ni­ków. I moje pełne wspar­cie. Je­śli...

- Mu­szę od­mó­wić - prze­rwał mu Buch.

- Dla­czego?

- Bo nie je­stem go­towy. Za mało wiem. Może za kilka lat, kiedy po­będę tu dłu­żej. Nie je­stem swoim bra­tem.

- Nie. Nie jest pan. Dla­tego skła­dam tę pro­po­zy­cję. Jeppe był gwiazdą, świe­cił aż za ja­sno. Był lek­ko­myślny i po­ryw­czy. Ni­gdy bym mu nie zło­żył ta­kiej pro­po­zy­cji.

Buch gwał­tow­nie wcią­gnął po­wie­trze i spoj­rzał za okno na dwa ko­nie krą­żące po błot­ni­stym placu do jazdy kon­nej, na męż­czy­znę z pej­czem w dłoni. Trzy­mał go tak de­li­kat­nie, nie uży­wał. A jed­nak go miał.

- Na ten pa­kiet an­ty­ter­ro­ry­styczny po­sta­wi­łem moją re­pu­ta­cję, fo­tel pre­miera - cią­gnął Grue Erik­sen. - Pan le­piej niż kto­kol­wiek inny wie, jak bar­dzo ten pro­jekt jest po­trzebny. Niech pan przy­woła do po­rządku tych tam na ko­ry­ta­rzach po dru­giej stro­nie placu. Niech zro­zu­mieją, że to ma sens.

- Ale...

- To wojna, Tho­ma­sie! Tu trzeba od­wagi, nie skrom­no­ści. Oni pana po­słu­chają, i to tak, jak ni­gdy nie słu­chali Mon­berga. On był cze­lad­ni­kiem, umie­jęt­nym dzia­ła­czem par­tyj­nym. Nie wno­sił zna­cze­nia mo­ral­nego. - Grue Erik­sen ru­chem głowy wska­zał roz­mówcę. - Pan wnosi. Nikt lep­szy nie przy­cho­dzi mi na myśl.

- Pa­nie pre...

- Ma pan kom­pe­ten­cje. Nie wąt­pię w to. Na­prawdę bra­kuje panu woli? Po­czu­cia obo­wiązku?

Obo­wią­zek.

Obok tego słowa ciężko było przejść obo­jęt­nie.

Pre­mier wstał i pod­szedł do dłu­giego okna. Buch do niego do­łą­czył. Pa­trzyli na desz­czowy dzień, ko­nie i dwu­kółkę brnącą przez błoto na placu.

- Mo­głem wy­zna­czyć ko­goś in­nego - po­wie­dział Grue Erik­sen - ale to rów­na­łoby się za­gro­że­niu dla prac nad ustawą. My­śli pan, że to leży w in­te­re­sie Da­nii?

- Nie - od­rzekł Buch. - Oczy­wi­ście, że nie. Ten pa­kiet jest ko­nie­czny...

- Więc pro­szę do­pro­wa­dzić go do końca. Dla mnie. Py­tam pana ostatni raz: zo­sta­nie pan na­szym no­wym mi­ni­strem spra­wie­dli­wo­ści?

Buch nie od­po­wie­dział.

- Biała ko­szula, kla­syczny kra­wat. - Grue Erik­sen we­zwał tymi sło­wami se­kre­tarkę. - Coś panu znaj­dziemy. Le­piej niech pan po­śle po za­pas ofi­cjal­nych stro­jów, pa­nie mi­ni­strze. Ko­niec z ko­szul­kami polo.

Her­ste­dve­ster, pla­cówka łą­cząca funk­cję wię­zie­nia i szpi­tala psy­chia­trycz­nego, le­żało dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów na za­chód od Ko­pen­hagi. Ozna­czało to długą, nudną po­dróż, któ­rej Lo­uise Ra­ben już tro­chę miała dość.

Znała ob­rzą­dek. Torba prze­jeż­dża przez ska­ner. Ob­szu­ka­nie. Prze­pustka.

Po­tem straż­nicy wpro­wa­dzali ją do środka i da­lej, do po­ko­jów wi­dzeń, a ona za­sta­na­wiała się, gdzie jest jej mąż i co robi.

Dwa lata osa­dze­nia, każda prośba o zwol­nie­nie wa­run­kowe od­rzu­cona. Jens Pe­ter Ra­ben był żoł­nie­rzem, oj­cem, mę­żem. Czło­wie­kiem, który słu­żył pań­stwu duń­skiemu przez nie­mal po­łowę swo­jego trzy­dzie­sto­sied­mio­let­niego ży­cia.

Te­raz zo­stał zde­gra­do­wany do roli więź­nia w za­mknię­tym za­kła­dzie psy­chia­trycz­nym, od­izo­lo­wany jako groźny dla sie­bie i dla spo­łe­czeń­stwa, któ­remu kie­dyś, zda­wa­łoby się, słu­żył.

Dwa lata. Nic nie za­po­wia­dało końca udręki. Gdyby był ska­zany za pro­ste prze­stęp­stwo - ra­bu­nek, roz­bój - już by wró­cił do domu. Może do woj­ska, a może - to było jej ta­jemne ży­cze­nie, któ­rego co prawda nie wy­po­wia­dała w obec­no­ści ojca - szu­kałby pracy jako cy­wil. Ale stan umy­słu Ra­bena po tym, gdy ranny wró­cił z Afga­ni­stanu, nie da­wał na­dziei na wol­ność, do któ­rej mieli prawo zwy­czajni prze­stępcy. Od­ku­pie­nie nie przy­słu­gi­wało tym, któ­rych uznano za nie w pełni władz umy­sło­wych.

Co­raz czę­ściej przy­cho­dziła jej do głowy strasz­liwa myśl. A je­śli ni­gdy go nie wy­pusz­czą? Je­śli jej mąż, oj­ciec Jo­nasa, zo­sta­nie w Her­ste­dve­ster na za­wsze?

Mały wła­śnie skoń­czył cztery lata. Po­trze­bo­wał obec­no­ści męż­czy­zny. Zresztą ona rów­nież. Była młoda, bra­ko­wało jej przy­jaźni męża, a także fi­zycz­nej bli­sko­ści, cie­pła, do­tyku. Na samo wy­obra­że­nie, że może on ni­gdy nie wróci, w jej gło­wie bu­dziły się my­śli ab­so­lut­nie nie­do­pusz­czalne.

Gdyby tak się stało... co z lo­jal­no­ścią? Wier­no­ścią?

Lo­uise Ra­ben po­cho­dziła z żoł­nier­skiej ro­dziny, wy­cho­wała się w ko­sza­rach, gdy jej oj­ciec do­słu­gi­wał się jed­nej rangi po dru­giej. Nie­które ko­biety cze­kały, a inne ko­rzy­stały z oka­zji, by zdo­być kon­trolę nad wła­snym ży­ciem. Ona nie chciała do­ko­ny­wać tego wy­boru.

Straż­nik wpro­wa­dził ją na blok dla od­wie­dza­ją­cych. Na ze­wnątrz wi­działa skrzy­dło wię­zienne i da­lej szpi­tal, w osob­nym bu­dynku. Wszę­dzie wy­so­kie mury. Druty kol­cza­ste. Męż­czyźni z wal­kie-tal­kie i bro­nią. Po­tem wpu­ścili ją do po­koju za­re­zer­wo­wa­nego na wi­zyty mał­żeń­skie. Ta­nia ta­peta, zwy­kły stół, pod ścianą tap­czan. I męż­czy­zna, który co­raz czę­ściej wy­da­wał się da­leki, choćby nie wia­domo jak się sta­rała.

- Jo­nas? - spy­tał.

Po­de­szła i go uści­skała. Cią­gle miał na so­bie te same stę­chłe ubra­nia, czarny swe­ter, wy­tarte płó­cienne spodnie. Broda mu si­wiała, twarz stała się szczu­plej­sza. Choć nie był mu­sku­larny, nie­zmien­nie zdu­mie­wała ją jego siła, wi­do­czna w sza­ro­nie­bie­skich oczach, za­wsze czuj­nych.

Jens Pe­ter Ra­ben był sier­żan­tem w ba­ta­lio­nie jej ojca. Kimś, komu lu­dzie ufali i kogo cza­sami się bali. Mie­szały się w nim za­cie­kłość i gniew, które chyba ni­gdy nie sła­bły, w każ­dym ra­zie ona ta­kie od­no­siła wra­że­nie.

- W przed­szkolu był bal - po­wie­działa, kła­dąc dłoń na jego za­ro­śnię­tym po­liczku. - Ko­le­dzy go za­cze­piali...

- Ja­sne. Ro­zu­miem.

- Od­zy­wał się do cie­bie Myg?

Po­krę­cił głową. Na dźwięk tego imie­nia jakby się zmar­twił. Al­lan Myg Po­ul­sen na­le­żał do jego od­działu w Afga­ni­sta­nie, a te­raz in­ten­syw­nie dzia­łał w klu­bie we­te­ra­nów, dba­jąc o by­łych żoł­nie­rzy. Po­przed­niego ranka Lo­uise za­dzwo­niła do niego z prośbą, by zna­lazł ja­kąś pracę dla jej męża.

- Myg mówi, że mógłby ci za­ła­twić ja­kąś ro­botę. Na bu­do­wie... Cie­sielkę. Po­mógłby nam też w szu­ka­niu miesz­ka­nia.

Uśmiech­nął się.

- Może gdy­byś miał ja­kąś pro­po­zy­cję pracy...

- Może.

Przy każ­dym spo­tka­niu wy­da­wał jej się taki spo­kojny. Trudno było zro­zu­mieć, dla­czego każdy jego wnio­sek o zwol­nie­nie wa­run­kowe od­rzu­cano, bo rze­komo sta­no­wił ta­kie za­gro­że­nie, że nie można go wy­pu­ścić.

Przy­nio­sła kilka ry­sun­ków Jo­nasa, roz­ło­żyła je te­raz na stole. Bajki i smoki. Zamki na nie­bie.

- Tata ku­pił mu miecz i tar­czę. Jo­nas o nie pro­sił.

Ra­ben kiw­nął głową, nic nie mó­wiąc. Tylko pa­trzył na żonę swo­imi za­gu­bio­nymi oczami.

Cze­go­kol­wiek w tej chwili chciał, nie mo­gła mu tego dać. Więc wbiła wzrok w mur za oknem i po­wie­działa:

- Nie­wiele się w su­mie dzieje. Gdyby nie to przed­szkole... Miesz­ka­nie w ko­sza­rach... to nie jest... - Za­wsze ona mu­siała za­py­tać. Wstała i wska­zała tap­czan. - Chcesz...?

- Za­cze­kajmy chwilę.

Ostat­nio za­wsze tak mó­wił.

Lo­uise już nie usia­dła. I po­sta­no­wiła, że nie bę­dzie pła­kać.

- Kiedy bę­dziesz miał in­for­ma­cje o wa­run­ko­wym?

- Nie­długo. Ad­wo­kat uważa, że mam spore szanse. Dy­rek­torka kli­niki mówi, że zro­bi­łem duże po­stępy.

Po­now­nie wpa­trzyła się w mur.

- Tym ra­zem nie mogą mi od­rzu­cić. Nie od­rzucą.

Znowu za­częło pa­dać. Za oknem bie­gali inni więź­nio­wie, w kap­tu­rach, z twa­rzami sma­ga­nymi mroź­nym wia­trem, znu­dzeni, tak jak on. Pró­bo­wali wy­peł­nić czymś czas.

- Nie od­rzucą, Lo­uise. Co się dzieje?

Sia­dła, wzięła go za rękę i pró­bo­wała mu spoj­rzeć w oczy. Za­wsze było tam coś, do czego nie mo­gła do­trzeć.

- Jo­nas nie za bar­dzo chce już tu przy­cho­dzić.

Twarz mu po­ciem­niała.

- Wiem, że uwiel­biasz się z nim spo­ty­kać. Ma cztery lata... By­łeś za gra­nicą, gdy się uro­dził. Po­łowę jego ży­cia spę­dzi­łeś tu­taj. On wie, że je­steś jego oj­cem, ale... - Te my­śli nie da­wały jej spo­koju i były ta­kie wy­raźne. - To tylko słowo. Nie uczu­cie. Nie ma... - Wy­cią­gnęła rękę i do­tknęła jego klatki pier­sio­wej. - Nie ma tego tu­taj. Mu­sisz wró­cić do domu. Po­trze­buję cię. Oboje cię po­trze­bu­jemy.

Na­gły gniew znik­nął, a jego miej­sce za­jęła odro­bina wstydu.

- Nie zmu­szaj go - po­wie­dział.

- Nie zmu­szam. - Po­pły­nęły jej łzy. Zo­stała żoną woj­sko­wego, cho­ciaż ni­gdy tego nie chciała. To było złe. - Nie zmu­szam, Jens! Ale on już nie jest nie­mow­lę­ciem. Nie chce na­wet o to­bie roz­ma­wiać. Nie­które dzie­ciaki w przed­szkolu mu do­ku­czają. Coś sły­szały. - Na wi­dok wy­razu jego twa­rzy - roz­dar­cia po­mię­dzy ża­lem a bez­silną wście­kło­ścią - jesz­cze bar­dziej chciało się jej pła­kać. - Prze­pra­szam. - Wy­cią­gnęła rękę i na chwilę do­tknęła jego szcze­ci­nia­stych po­licz­ków. - Na­pra­wię to. Nie martw się.

- Ra­zem to na­pra­wimy.

Nie mo­gła tak po pro­stu pa­trzeć mu w oczy. Wie­dział o tym, więc wziął jej ręce i cze­kał, aż spoj­rzy.

- Wyjdę stąd, Lo­uise. Nie mają już po­wodu mnie trzy­mać. Wyjdę i bę­dziemy ro­dziną. Znajdę pracę, za­ła­twimy miesz­ka­nie... Bę­dzie do­brze, obie­cuję.

Pró­bo­wała się uśmiech­nąć.

- A ja do­trzy­muję obiet­nic - do­dał. - Bę­dziemy ra­zem tak bar­dzo, że szybko się wam prze­jem. Za­tę­sk­nisz za cza­sami, kiedy by­li­ście tylko we dwoje.

Za­mknęła oczy. Łzy pły­nęły.

- Znie­na­wi­dzisz moje chra­pa­nie - cią­gnął z uśmie­chem, nie­ustę­pliwy. - Moje cmo­ka­nie i to, że wszę­dzie bru­dzę pa­stą do zę­bów.

Ro­ze­śmiała się i sama nie wie­działa, czy to szczery śmiech, czy nie.

- Wra­cam do domu - po­wie­dział, a je­dyna re­ak­cja, która jej przy­szła do głowy, to przy­pie­czę­to­wa­nie jego słów i obiet­nic na­głym po­ca­łun­kiem.

Po­ło­żyła mu dłoń na gło­wie i zer­k­nęła wy­mow­nie na łóżko, które tu wsta­wiano na wi­zyty mał­żeń­skie.

- Pro­szę, Jens. Mu­szę...

- Nie tu­taj. Nie w tym prze­klę­tym miej­scu. - Trzy­mał jej dło­nie.

Ten sam męż­czy­zna, któ­rego po­znała przed laty, gdy była córką ofi­cera, roz­pacz­li­wie pró­bu­jącą się wy­rwać z cia­snego kręgu woj­sko­wego ży­cia, pewną, że ni­gdy nie za­ko­cha się w żoł­nie­rzu.

- Kiedy bę­dziemy wolni... - Przy­tu­lił ją mocno, szep­tał obiet­nice w jej ucho, aż znowu się uśmiech­nęła.

Na­gle roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi, tak szybko. Znowu skoń­czył im się czas.

Za­nim się obej­rzała, stała przed Her­ste­dve­ster w desz­czu, pa­trząc na wy­so­kie mury i drut kol­cza­sty, za­sta­na­wia­jąc się, ile warta jest obiet­nica zło­żona w wię­zie­niu.

Brix ana­li­zo­wał ostat­nie prze­słu­cha­nia Stiga Drag­sholma, męża za­bi­tej ko­biety, gdy jego po­sła­niec wró­cił z Ged­ser. Szef pod­niósł wzrok znak akt.

- Przy­kro mi - po­wie­dział Strange. - Lund od­mó­wiła. Chyba się tam w miarę za­do­mo­wiła.

- Za­do­mo­wiła? - po­wtó­rzył zdu­miony Brix. - Lund?

- Ty ją znasz, nie ja. Moim zda­niem wy­glą­dała nie­źle. Jak idzie?

Brix się skrzy­wił. Za­dzwo­niła ko­mórka Stran­gego.

- Nie - po­wie­dział do słu­chawki. - Szef jest za­jęty. W czym mogę po­móc? - Swo­bodny, pewny sie­bie uśmiech. - Lund? Zmie­ni­łaś zda­nie. Wi­dzisz, je­stem ja­sno­wi­dzem.

Brix strze­lił pal­cami i prze­chwy­cił te­le­fon.

- Je­śli na­dal uwa­żasz, że je­stem w sta­nie po­móc - po­wie­działa - przy­jeż­dżam dzi­siaj na uro­dziny syna. I tylko z tego po­wodu. Mogę po­dejść po ja­kieś akta, je­śli na­prawdę chcesz.

- Nie pro­sił­bym, gdy­bym cię nie po­trze­bo­wał.

Długa ci­sza.

- Dla­czego tak? - spy­tała.

Nic się nie zmie­niła. Spo­kojny, mo­no­tonny głos pe­łen nie­zręcz­nych py­tań.

- Przyjdź, to po­ga­damy.

Gdzieś w tle usły­szał dźwięk klak­sonu. A po­tem "Mu­szę koń­czyć".

I po­łą­cze­nie prze­rwano.

Strange pa­trzył na szefa.

- Przy­jeż­dża czy nie?

- Na wła­snych wa­run­kach. Czyli jak za­wsze. Z mę­żem sto­imy w mar­twym punk­cie. Nie wiem, czy w ogóle... - Urwał. Spoj­rzał w długi ko­ry­tarz, na ściany wy­ło­żone czar­nym mar­mu­rem i lampy z brązu o kształ­cie po­chodni.

W ich stronę szła Lund. Tym sa­mym pew­nym kro­kiem co za­wsze, jak męż­czy­zna, męż­czy­zna, który wie, do­kąd zmie­rza.

Dwa lata. W biu­rze wszystko się zmie­niło. Znik­nął mały bun­kier, w któ­rym mu­siała się po­mie­ścić z Mey­erem. Te­raz kró­lo­wała tu otwarta prze­strzeń. Mnó­stwo lu­dzi. A ci, któ­rzy po­zo­stali, pew­nie nie da­rzyli jej naj­cie­plej­szymi uczu­ciami, są­dząc po spoj­rze­niach, które przy­cią­gała, gdy tak szła przez salę Wy­działu Za­bójstw.

Wresz­cie sta­nęła przed nim, ko­bieta, którą ze­słał do Ged­ser. Stran­gego jakby tu w ogóle nie było.

- Nie je­stem pewna, czy to do­bry po­mysł - po­wie­działa.

- Prze­czy­taj tylko akta, do­bra? Co ci szko­dzi? Za­płacę ci. Za każdą go­dzinę, którą tu spę­dzisz. Bę­dziemy po­trze­bo­wać...

Ro­biła to, co za­wsze. Roz­glą­dała się. Za­uwa­żała wszystko. Od­no­to­wy­wała zmiany.

- Wcze­śniej było tu le­piej.

- Nie pro­si­łem o po­radę wnę­trzar­ską.

Brix od­wró­cił się do Stran­gego, wska­zu­jąc open space.

- Opro­wadź ją. Daj jej akta. - Spoj­rzał na Lund. - Prze­czy­taj je do­kład­nie.

Spra­wiała wra­że­nie za­do­wo­lo­nej.

- Po­tem - kon­ty­nu­ował - chcę ci coś po­ka­zać.

- Po­wie­dzia­łam, że prze­czy­tam akta. Nic poza tym.

- Mu­szę...

- Je­den dzień. Ju­tro wra­cam do Ged­ser.

- Za­mor­do­wano ko­bietę, Lund. Za­mor­do­wano bru­tal­nie. Jest w tym coś dziw­nego. Coś, czego w ogóle nie mogę zro­zu­mieć.

Jej wiel­kie ja­sne oczy otwo­rzyły się sze­roko z obu­rze­nia.

- Za mało masz tu lu­dzi? Co jest we mnie tak wy­jąt­ko­wego, że swo­jego chłopca na po­syłki fa­ty­go­wa­łeś aż do Ged­ser?

Strange za­sło­nił dło­nią usta, tłu­miąc śmiech.

- Przy­je­cha­łaś zo­ba­czyć się z ro­dziną, tak? - W bla­dym uśmie­chu Brixa bły­snęła iro­nia.

Lund usi­ło­wała zna­leźć ja­ką­kol­wiek od­po­wiedź.

- Nie­ważne - do­dał Brix. - Zaj­rzyj tylko do akt. A po­tem Strange za­bie­rze cię na prze­jażdżkę.

Mi­ni­ster­stwo spra­wie­dli­wo­ści zaj­mo­wało bu­dy­nek po pół­nocno-wschod­niej stro­nie Slot­shol­men, nie­opo­dal mo­stu Knip­pels­bro. Buch wró­cił tam po ofi­cjal­nej au­dien­cji u kró­lo­wej w pa­łacu Ama­lien­borg i ani tro­chę się nie zdzi­wił, że jako pierw­sza za­dzwo­niła doń żona.

- Tak, tak, uści­snęła mi dłoń. Te­raz je­stem w mi­ni­ster­stwie. To... eee...

Biuro, po­my­ślał, jak biuro.

- Czyim mi­ni­ster­stwie? - spy­tała Ma­rie.

- Moim, zdaje się. Mu­szę koń­czyć.

Na­stęp­nie, wciąż ma­jąc na so­bie ko­szulę i kra­wat do­star­czone przez pre­miera, zo­stał opro­wa­dzony po de­par­ta­men­cie, przed­sta­wiony per­so­ne­lowi wyż­szego i niż­szego szcze­bla, a wresz­cie za­brany do sali ban­kie­to­wej, gdzie po­dano szam­pana i ko­reczki.

Chyba śnię, po­my­ślał. I chwała Bogu, za­raz się obu­dzę.

Po bu­dynku opro­wa­dziła go młoda blon­dynka, Ka­rina J?r­gen­sen.

Gdy pre­zen­ta­cje do­bie­gły końca, z kie­lisz­kiem w dłoni wska­zała mu drogę do nie­wiel­kiego ga­bi­netu z biur­kiem i kom­pu­te­rem. Buch siadł ocho­czo na krze­śle i uśmiech­nął się pro­mien­nie do niej i ota­cza­ją­cych go urzęd­ni­ków uśmie­cha­ją­cych się z ko­lei po­błaż­li­wie.

W ra­diu po­wie­dziano, że jego no­mi­na­cja była nie­ocze­ki­wana. Ci lu­dzie naj­wy­raź­niej po­dzie­lali to zda­nie.

- Po­doba mi się - oznaj­mił Buch po­god­nie, po czym wziął pióro z blatu, go­tów ru­szyć do pracy.

- To moje miej­sce, pa­nie mi­ni­strze - zwró­ciła uwagę blon­dynka. Ścią­gnęła brwi, gdy po­chy­liła się nad nim, by po­ru­szyć myszką. - Co to jest?

Na ekra­nie wid­niał dziwny mejl. Bez te­matu. Tylko link do strony. I wia­do­mość: "Pró­buj da­lej".

Klik­nęła na link.

- Ja­kiś kre­tyn cią­gle nam przy­syła tę durną wia­do­mość. Nie wiem, jak się tego po­zbyć. Ten link do­ni­kąd nie pro­wa­dzi. Prze­pra­szam...

Blon­dynka po­de­szła do dwu­skrzy­dło­wych drzwi i je otwo­rzyła. Za nimi znaj­do­wało się po­miesz­cze­nie, które przy­wo­dziło na myśl ga­bi­net dżen­tel­mena z wiej­skiej po­sia­dło­ści w ro­dzaju tych, do któ­rych Tho­mas Buch ra­czej nie był za­pra­szany.

Na ścia­nach wi­siały por­trety jego po­przed­ni­ków, po­czy­na­jąc od dzie­więt­na­stego wieku, na me­ble skła­dał się stół kon­fe­ren­cyjny i lśniące ma­ho­niowe biurko. Pach­niało tu świe­żo­ścią i no­wo­ścią, jakby sprzą­taczki usu­nęły naj­drob­niej­szy ślad po Fro­dem Mon­bergu.

Buch pod­szedł do okna. Wi­dział stąd po­jazdy pę­dzące po In­ner Har­bour, sły­szał sy­reny stat­ków, czuł puls mia­sta. Do­kład­nie na­prze­ciwko miał B?r­sen, starą giełdę, z dziwną iglicą z czte­rema smo­kami o sple­cio­nych ogo­nach i otwar­tych pasz­czach.

- Mu­simy jesz­cze wy­mie­nić kilka rze­czy - po­wie­działa Ka­rina. I za­raz nie­pew­nym to­nem do­dała: - Do pań­skiej de­cy­zji po­zo­staje, czy spro­wa­dzi pan swoją asy­stentkę. Pro­szę się mną nie przej­mo­wać. Se­kre­ta­riat wy­zna­czy...

- Umie się pani tu po­ru­szać? - spy­tał Buch, po­chło­nięty wi­do­kiem por­tre­tów na ścia­nach, wal­czą­cych smo­ków, za­pa­chem no­wego miej­sca.

- Pra­cuję tu od trzech lat.

- A więc moją pierw­szą de­cy­zją na no­wym sta­no­wi­sku bę­dzie ta, że pani zo­staje. Je­śli to pani od­po­wiada...

Miała owalną, uro­czą twarz, bar­dzo ładną, zwłasz­cza gdy się uśmie­chała.

- Te rze­czy... - Buch ude­rzył w stos do­ku­men­tów na biurku - to pew­nie Mon­berga.

- Nie. - Do ga­bi­netu wszedł wy­soki męż­czy­zna około pięć­dzie­siątki, o krót­kich przy­pró­szo­nych si­wi­zną wło­sach i po­waż­nych oku­la­rach w ciem­nych opraw­kach. - To do­ku­men­ta­cja pro­cesu ne­go­cja­cyj­nego w spra­wie pa­kietu an­ty­ter­ro­ry­stycz­nego. Car­sten Plo­ugh, stały se­kre­tarz.

Pewny uścisk dłoni. Buch po­my­ślał, że Plo­ugh to kwin­te­sen­cja urzęd­nika służby cy­wil­nej. Tak szary, że aż nie­wi­do­czny, grzeczny, ow­szem, skory do uśmie­chu, ale przede wszyst­kim rze­czowy.

- Na czym sto­imy? - spy­tał Buch.

- Mu­simy za­wrzeć umowę z Krab­bem i Par­tią Lu­dową. Opo­zy­cja nas nie po­prze. To wszystko może pan jed­nak wy­czy­tać z do­ku­men­tów.

- Wy­czy­tam, ale naj­pierw musi pan po­znać moje zda­nie. Pro­wa­dzimy wojnę. Czy nam się to po­doba, czy nie, mu­simy osią­gnąć po­ro­zu­mie­nie, z Krab­bem, a także z Po­stę­pow­cami. Chcę wy­pra­co­wać sze­roki, glo­balny kom­pro­mis. Wojna to nie czas na po­li­tykę par­tyjną.

Plo­ugh wes­tchnął.

- To do­bre za­pa­try­wa­nie, Mon­berg też tak my­ślał. Nie­stety...

- Nie je­stem Mon­ber­giem.

Buch prze­rwał wer­to­wa­nie pa­pie­rów na biurku. W teczce znaj­do­wał się plik zdjęć, krwa­wych i dra­stycz­nych, aż po­my­ślał, że ten dzień prze­ro­dził się ze snu w kosz­mar.

Ko­bieta w nie­bie­skim szla­froku przy­wią­zana do słupa, za­krwa­wiona, za­si­nione rany na jej szyi i klatce pier­sio­wej. Zbli­że­nie bla­dej twa­rzy, mar­twej, a i tak peł­nej stra­chu i szoku.

Plo­ugh przy­su­nął się do mi­ni­stra i szybko za­krył usta dło­nią.

- Prze­pra­szam - po­wie­dział skru­szony. - Prze­ka­za­łem panu akta Mon­berga, a nie spraw­dzi­łem, co w nich jest.

- Ko­bieta z Min­de­lun­den. - Buch przy­po­mniał so­bie ar­ty­kuły pra­sowe. - To ona?

- Mon­berg in­te­re­so­wał się tym oso­bi­ście. Pro­sił, żeby mu do­star­czać bie­żące in­for­ma­cje.

- Nie wie­dzia­łam o tym - wtrą­ciła Ka­rina. - Nie mó­wił mi...

- Pro­sił, żeby mu do­star­czać bie­żące in­for­ma­cje - po­wtó­rzył Plo­ugh, tro­chę zły. - Prze­pra­szam. Mogę panu póź­niej zre­fe­ro­wać...

- Je­śli Mon­berg mu­siał o tym wszystko wie­dzieć, to ja też mu­szę - orzekł Buch.

Nie wstrzą­snął nim wi­dok krwi. Buch w głębi serca był rol­ni­kiem, czło­wie­kiem prak­tycz­nym, nie uni­kał okrut­nych re­aliów.

- Póź­niej - obie­cał Plo­ugh, po czym spa­ko­wał zdję­cia do teczki.

Ra­ben spę­dził cały dzień w warsz­ta­cie wię­zien­nym, ro­biąc karm­niki dla skle­pów ogrod­ni­czych. Je­den wzór, po­wta­rzalne czyn­no­ści. Na­bie­rał w tym wprawy. Może był już na tyle do­bry, by zdo­być gdzieś pracę sto­la­rza.

Po po­łu­dniu miał do­stać wia­do­mość o lo­sach ostat­niego wnio­sku o zwol­nie­nie wa­run­kowe. Cze­kał więc do czwar­tej, znu­dzony, nie­cier­pli­wiąc się, aż wy­mknął się bocz­nymi drzwiami i pod­szedł do ogro­dze­nia od­dzie­la­ją­cego szpi­tal od wię­zie­nia.

Po dru­giej stro­nie dy­rek­torka Toft, blada blon­dynka, lo­dowa pięk­ność świa­doma swej urody, szła ścieżką w kie­runku par­kingu.

Ra­ben zbli­żył się siatki, wsa­dził palce mię­dzy druty, cze­kał, aż ko­bieta się za­trzyma.

Zo­ba­czył go je­den ze straż­ni­ków i krzyk­nął. Toft się uśmiech­nęła i za­pew­niła, że wszystko w po­rządku.

Ra­be­nowi sta­nęło serce. Życz­li­wość zwy­kle to­wa­rzy­szyła złym wie­ściom.

- Jak pani są­dzi, jak idzie? - spy­tał, gdy straż­nik się wy­co­fał.

- Nie mogę panu po­wie­dzieć. Po­wi­nien pan po­roz­ma­wiać ze swoim ad­wo­ka­tem.

- On przyj­dzie do­piero w przy­szłym ty­go­dniu.

Wzru­szyła ra­mio­nami.

- Więc musi pan za­cze­kać. - Ru­szyła do sa­mo­chodu.

- To nie cho­dzi o mnie! - krzyk­nął, po­dą­ża­jąc za nią po swo­jej stro­nie płotu. - Moja żona się mar­twi. Mu­szę do niej za­dzwo­nić. Nie wiem, co po­wie­dzieć.

- Niech pan po­wie prawdę: że nic pan jesz­cze nie wie.

- Mogę zna­leźć pracę przez klub we­te­ra­nów. I miesz­ka­nie.

- Szkoda, że pan wcze­śniej o tym nie wspo­mniał.

- Je­śli coś się dzieje, niech mi pani po­wie, na mi­łość bo­ską.

Toft się za­trzy­mała. Ra­ben sta­rał się uspo­koić. Ta ko­bieta roz­ko­szo­wała się wła­dzą, którą miała nad osa­dzo­nymi. Lu­biła, je­śli o tym wie­dzieli.

- Je­śli cho­dzi o per­so­nel me­dyczny, do­stał pan ocenę po­zy­tywną. Ale to nie ko­niec. Osta­teczna de­cy­zja na­leży do ko­mi­sji. Do władz. Więc nic nie jest pewne.

- A je­śli od­mó­wią?

- To za­czeka pan pół roku i znowu złoży wnio­sek...

Ra­ben pró­bo­wał zaj­rzeć w jej zimne nie­bie­skie oczy, na­wią­zać z nią ja­kiś oso­bi­sty kon­takt przez siatkę ogro­dze­nia.

- Za pół roku to ja nie będę miał żony. Ani syna. Ona po­stawi na mnie krzy­żyk.

- Musi pan być cier­pliwy, Ra­ben.

- Sie­dzę tu od dwóch lat. Nic mi nie jest, sama pani tak po­wie­działa.

Toft się uśmiech­nęła, od­wró­ciła i ode­szła.

Straż­nik znowu za­czął krzy­czeć, ka­żąc mu wró­cić do warsz­tatu.

- Nic mi nie jest! - wark­nął Ra­ben, gdy od­da­lała się w stronę par­kingu bloku psy­chia­trycz­nego.

- Ra­ben! - Są­dząc po gło­sie, straż­nik nie­zbyt się zło­ścił. - Masz go­ścia. Chodź tu.

Wsa­dził ręce do kie­szeni i wró­cił do drzwi.

- Moja żona?

- Mówi, że jest ko­legą z woj­ska. Myg Po­ul­sen. Chcesz się z nim spo­tkać czy nie?

Ra­ben pa­trzył, jak dy­rek­torka Toft wsiada do swo­jego szpa­ner­skiego ma­łego spor­to­wego wozu i od­jeż­dża przez bramy.

Al­lan Myg Po­ul­sen. Chudy, nie­duży dzielny czło­wiek. Ra­ben nie mógł so­bie przy­po­mnieć, co się wy­da­rzyło w tam­tym za­py­lo­nym, zim­nym domu w Hel­mand. Miał w gło­wie tylko dźwięk broni, krzyki, wrza­ski umie­ra­ją­cych, za­pach krwi. Ale i Myg tam był. On też na­le­żał do oca­lo­nych, do ran­nych.

- Spo­tkam się z nim - po­wie­dział Ra­ben.

Lund prze­czy­tała akta, a po­tem, już o zmierz­chu, Strange za­wiózł ją do domu za­mor­do­wa­nej ko­biety. Anne Drag­sholm miesz­kała w willi na końcu śle­pej ulicy dzie­sięć mi­nut sa­mo­cho­dem od Min­de­lun­den.

Krą­żyła z do­ku­men­tami w dłoni, mó­wiąc głów­nie do sie­bie.

- A więc mąż ze­znał, że przy­je­chał do domu i stwier­dził, że wszę­dzie jest pełno krwi. Prze­stra­szył się i od­je­chał?

W oto­czo­nym ta­śmą po­li­cyjną domu pa­no­wał chłód, wo­kół wi­dać było zna­jome ślady tech­ni­ków. Mi­nęły dwa lata, od­kąd Lund wi­działa miej­sce zbrodni. A jakby stało się to wczo­raj.

- Cie­szę się, że zmie­ni­łaś zda­nie - za­gaił Strange. - Na­prawdę się cie­szę. Je­steś tro­chę... - Szu­kał wła­ści­wego słowa. - Taką jakby le­gendą.

Był nie­śmiały, nie­mal po dzie­cię­cemu. Zu­peł­nie nie­po­do­bny do Jana Mey­era.

- Tak się te­raz na to mówi? - spy­tała, pró­bu­jąc go roz­gryźć.

- Sta­ra­łem się być miły.

- Nie fa­ty­guj się. Nie zmie­ni­łam zda­nia. I tak je­cha­łam do Ko­pen­hagi. Nie po­win­ni­śmy za­cze­kać na Brixa?

- Spóźni się. Chciał, że­bym cię opro­wa­dził. - Wło­żył la­tek­sowe rę­ka­wiczki, a dru­gie po­dał jej.

Po­czuła się, jakby wkła­dała stary mun­dur.

- Roz­wo­dzili się - pod­jął Strange. - On miał ro­mans ze swoją se­kre­tarką i mie­siąc temu żona ka­zała mu się wy­pro­wa­dzić. Nie roz­ma­wiała z nim. Nie od­bie­rała, jak dzwo­nił.

Po­dą­żyła za nim ko­ry­ta­rzem. Na ścia­nie wi­siała fo­to­gra­fia. Zdję­cie ślubne. Ładna ko­bieta o dłu­gich blond wło­sach pod ra­mię z pro­mien­nym męż­czy­zną w ele­ganc­kim gar­ni­tu­rze. Uśmie­chali się pro­fe­sjo­nal­nie jak praw­nicy, pro­sto do obiek­tywu. I póź­niej­sze zdję­cie, z ma­łym dziec­kiem.

- Gdzie dziecko?

- Córka, jest u dziad­ków.

Wą­ska kuch­nia. Ściany przy po­koju po­kryte dzie­cię­cymi ry­sun­kami. Na ku­chence stała brudna pa­tel­nia. Brudny ta­lerz oto­czony na­ry­so­wa­nym kół­kiem.

- O dzie­więt­na­stej czter­dzie­ści je­den sko­rzy­stała tu z lap­topa, żeby się po­łą­czyć z in­ter­ne­tem - pod­jął Strange. - Otwo­rzyła wino, zer­k­nęła na kilka stron po­śred­nic­twa nie­ru­cho­mo­ści i wzięła ką­piel.

Lund wczy­ty­wała się w ra­port z au­top­sji.

- Czy to była jej co­dzienna ru­tyna? Późno wra­cała do domu, brała ką­piel? Ja­dła sama?

- Skąd mamy wie­dzieć?

- Mo­gli­by­ście spy­tać męża.

- Mąż mówi nie­wiele. Zo­stała za­ata­ko­wana, za­nim sia­dła do je­dze­nia. Tu­taj. Po­tem na­past­nik za­wlókł ją do ja­dalni.

Prze­szli da­lej. Się­ga­jące na całą wy­so­kość okna wy­cho­dziły na ni­skie drzewa le­d­wie wi­do­czne w świe­tle da­le­kich la­tarni. Na za­krwa­wio­nym dy­wa­nie le­żał skó­rzany fo­tel biu­rowy nie­da­leko pod­nóżka z tej sa­mej skóry. Z boku stała wy­soka lampa pod­ło­gowa.

- Ugo­dzono ją dwa­dzie­ścia je­den razy - po­wie­dział Strange, stu­ka­jąc pal­cem w ra­port. - Raz w serce i ta rana oka­zała się śmier­telna. Nie wiemy, ja­kiego na­rzę­dzia użył sprawca.

- Noża? - spy­tała. Nie była pewna, czy do­ce­nił jej su­ge­stię.

- Ra­czej ja­kie­goś ostrego na­rzę­dzia. - Pod­szedł do lampy przy oknie, stopą wci­snął włącz­nik w jej pod­sta­wie.

Te­raz po­ja­wiły się de­tale. Ob­raz na ścia­nie był prze­krzy­wiony. Na drew­nia­nej pod­ło­dze le­żało szkło z ja­kichś stłu­czo­nych ozdób.

Strange ob­szedł me­bel, by sta­nąć przy oknie.

- Na fo­telu po­sa­dzono ją siłą. Wska­zuje na to ilość krwi.

Lund pa­trzyła na zdję­cia. Obok ciała le­żał ka­wa­łek ce­lo­fanu.

- On pa­lił? Zna­leź­li­ście po­piół?

- Ten ce­lo­fan nie pa­suje do paczki pa­pie­ro­sów. Nie wiemy, co to jest.

- Guma do żu­cia?

- Nie wiemy, co to jest - po­wtó­rzył. - Mąż mówi, że za­dzwo­nił koło pół­nocy. Chciał po­roz­ma­wiać o sprze­daży domu. Twier­dzi, że był po paru drin­kach. Są­dząc po ba­da­niach krwi, mu­siało ich być wię­cej.

- Był pi­jany?

- Cuch­nął.

- Gdzie był wcze­śniej?

- Ze swoją dziew­czyną. Zmie­ściłby się w cza­sie.

- Co się stało, we­dług jego ze­znań?

- Nie otwo­rzyła drzwi. Zo­ba­czył, że okno piw­niczne jest otwarte, za­nie­po­koił się i wszedł tam­tędy.

- Nie miał klu­cza?

- Ona parę ty­go­dni temu zmie­niła zamki. I za­mon­to­wała nowy alarm.

Lund po­de­szła do okna, włą­czyła świa­tło na ze­wnątrz. Ogród cią­gnął się do za­ro­śnię­tego krza­kami te­renu. Usły­szała prze­jeż­dża­jący po­ciąg - jedna z li­nii pro­wa­dzą­cych przez ?ster­bro. Może ta sama, co prze­bie­gała przez Min­de­lun­den, gdzie zna­le­ziono Anne Drag­sholm.

Ktoś za­pu­kał do drzwi. Przy­je­chał Brix.

- Drag­sholm mu­siała się go bar­dzo bać - po­wie­dział. - Zwol­niła firmę ochro­niar­ską, wy­na­jęła nową, bar­dzo drogą. Za­mó­wili nowe czuj­niki do ogrodu.

Lund kiw­nęła głową.

- Cze­goś na pewno się bała.

- Miło cię wi­dzieć - do­dał Brix. - Prze­pra­szam. Na ko­men­dzie ni­gdy nie ma czasu, żeby to po­wie­dzieć. - Wes­tchnął głę­boko, jak czło­wiek, który ma pod­jąć trudną de­cy­zję. - Je­śli tu już skoń­czy­łaś, to może obej­rzymy miej­sce, w któ­rym ją zna­leź­li­śmy?

...

Ciąg dal­szy w peł­nej wer­sji książki.

Główni bo­ha­te­ro­wie

Po­li­cja ko­pen­ha­ska

Sa­rah Lund - pod­ko­mi­sarka po­li­cji, Wy­dział Za­bójstw

Len­nart Brix - szef Wy­działu Za­bójstw

Ulrik Strange - pod­ko­mi­sarz po­li­cji, Wy­dział Za­bójstw

Ruth He­deby - za­stęp­czyni ko­men­danta po­li­cji

Mad­sen - śled­czy Wy­działu Za­bójstw

Svend­sen - śled­czy Wy­działu Za­bójstw

Erik König - szef Po­li­tiets Efter­ret­ning­stje­ne­ste (PET), duń­skich służb spe­cjal­nych od­po­wie­dzial­nych za kontr­wy­wiad i bez­pie­czeń­stwo we­wnętrzne

Fol­ke­tin­get, duń­ski par­la­ment

Tho­mas Buch - nowy mi­ni­ster spra­wie­dli­wo­ści

Ka­rina J?r­gen­sen - oso­bi­sta se­kre­tarka Bu­cha

Car­sten Plo­ugh - stały se­kre­tarz mi­ni­stra spra­wie­dli­wo­ści, star­szy urzęd­nik służby cy­wil­nej

Er­ling Krabbe - szef Par­tii Lu­do­wej

Bir­gitte Ag­ger - sze­fowa Par­tii Po­stępu

Flem­ming Ros­sing - mi­ni­ster obrony

Gert Grue Erik­sen - pre­mier

Frode Mon­berg - były mi­ni­ster spra­wie­dli­wo­ści

Duń­skie Siły Zbrojne

Jens Pe­ter Ra­ben - były sier­żant

Lo­uise Ra­ben - żona Jensa, pie­lę­gniarka w szpi­talu woj­sko­wym

puł­kow­nik Tor­sten Jar­nvig - oj­ciec Lo­uise

ma­jor Chri­stian S?ga­ard

Al­lan Myg Po­ul­sen - były to­wa­rzysz broni Ra­bena

Lis­beth Thom­sen - była to­wa­rzyszka broni Ra­bena

Da­vid Grüner - były to­wa­rzysz broni Ra­bena

ge­ne­rał Jan Arild - za­stępca szefa sztabu z kwa­tery głów­nej

"Pa­stor" Gun­nar Torpe - były ka­pe­lan woj­skowy, obec­nie pa­stor cy­wilny

Tor­ben Sk?ning - były ka­pi­tan

Fre­de­rik Holst - le­karz woj­skowy

Pe­ter L?n­kholm - były po­rucz­nik

Inni

Anne Drag­sholm - praw­niczka i ak­ty­wistka

Stig Drag­sholm - mąż Anne

Ab­del Hus­sein Kod­mani - ra­dy­ka­li­sta is­lam­ski

Con­nie Vem­mer - dzien­ni­karka, była rzecz­niczka pra­sowa Mi­ni­ster­stwa Obrony Na­ro­do­wej