2
Poniedziałek, 14 listopada7.45
Gedser leżało nad ciemnymi wodami Bałtyku. Maleńkie miasteczko liczyło sobie ośmiuset mieszkańców, większość utrzymywała się z promu, który przez cały dzień kursował do Rostocku i z powrotem. W czasach gdy Niemcy były podzielone na Wschodnie i Zachodnie, przemyt ograniczał się zasadniczo do uchodźców politycznych zza żelaznej kurtyny. W dwudziestym pierwszym wieku przemytnicy zrobili się bardziej przedsiębiorczy, przewozili narkotyki, twarde i miękkie, ludzi z Bliskiego Wschodu i odleglejszych regionów. Natura kontrabandy się zmieniła, a władze mogły tylko mieć nadzieję, że trochę wstrzymają ten zalew.
Sarah Lund, w swoim granatowym mundurze pograniczniczki, z długimi ciemnymi włosami związanymi pod regulaminową czapką, nie straciła ani krztyny z ogromnej wyobraźni i dociekliwości. Po katastrofie, którą zakończyła się sprawa Nanny Birk Larsen, gdy między innymi postrzelony został jej partner Jan Meyer, wyrzucono ją z kopenhaskiej policji. Zaproponowano jej tę skromną, kiepsko płatną posadę w zaścianku, gdzie nie znała nikogo ani nikt nie znał jej.
Przyjęła ją skwapliwie, rozgościła się w maleńkim drewnianym domku, w którym przez dwa lata wciąż nie zdążyła rozłożyć swoich rzeczy oprócz kilku sztuk praktycznych ubrań i zdjęć Marka, obecnie czternastoletniego syna mieszkającego z ojcem pod Kopenhagą. Jej życie trwało w stanie zawieszenia, utknęło w martwym punkcie, ale tu przynajmniej uwolniła się - do pewnego stopnia - od dręczącego poczucia winy, które nie dawało jej spokoju w stolicy.
To przez nią sprawa Nanny Birk Larsen zakończyła się takim chaosem. Przez nią Meyer, taki aktywny, szczęśliwy człowiek bez pamięci rozkochany w swojej rodzinie, resztę życia spędzi na wózku.
Tak więc pracowała w Gedser i patrzyła, jak ciężarówki zjeżdżają z promów, a potem przyglądała się kierowcom i szybko nabrała biegłości w wyławianiu tych o nerwowym spojrzeniu.
W poprzednim roku nikt nie złapał tylu nielegalnych imigrantów, co ona. Wprawdzie na nikim też nie robiło to wrażenia. Jakie to miało znaczenie? Wyzwaniem było pokonanie wąskiej cieśniny pomiędzy Rostockiem a Gedser, jeśli już ktoś sobie z tym poradził, trafiał na duńską ziemię, skąd deportowano niewielu imigrantów, czy to legalnych, czy nie.
Tak więc Sarah Lund wykonywała swoją pracę jak najlepiej. A pomiędzy nadejściem a wypłynięciem promu czytała i pisała dziwny list do Kopenhagi.
Tydzień przed czterdziestymi urodzinami urządziła sobie samotne święto. Trzy puszki piwa i list do matki, Vibeke, opowiadający o nieistniejącym przyjęciu z nieistniejącymi nowymi przyjaciółmi. I kupiła sobie radyjko.
Teraz, o ósmej, gdy siedziała sama w niewielkiej budce pograniczników, deszcz lał się z posępnego nieba, a ona słuchała w słuchawkach porannych wiadomości.
"Przyszłość rządowego pakietu antyterrorystycznego stoi pod znakiem zapytania..." - mówił spiker.
Uważne oczy Lund podążyły za odpływającym promem, który właśnie manewrował przy wyjściu z portu i ociężale kierował się na otwarte morze.
"...ponieważ minister sprawiedliwości Frode Monberg trafił do szpitala po ataku serca. Jego obecny stan jest nieznany. Parlament miał dzisiaj omawiać nową ustawę antyterrorystyczną. Premier, Gert Grue Eriksen, twierdzi, że nieobecność Monberga nie zaszkodzi negocjacjom z partnerami koalicyjnymi rządzącej Partii Centrum..."
- Politycy - mruknęła Lund, wspominając wydarzenia sprzed dwóch lat. Nannie Birk Larsen nie okazali żadnych względów, dbali tylko o siebie.
Uszy Sary wypełnił przesadnie uprzejmy głos premiera. Grue Eriksen od tak dawna funkcjonował na szczytach duńskiej polityki, że na sam dźwięk tego głosu zobaczyła jego wizerunek: srebrzyste włosy, promienna, miła twarz. Człowiek godzien zaufania. Chluba narodu.
"Pakiet antyterrorystyczny jest w obecnej sytuacji niezbędny" - powiedział Grue Eriksen wyważonym, pewnym głosem. "Prowadzimy wojnę z okrutnym wrogiem tak tchórzliwym, że nie pokazuje swojego oblicza. Walka z terroryzmem trwa, i tutaj, i w Afganistanie".
Nielegalni imigranci złapani przez Lund nie wyglądali jej na terrorystów. Zwykli, smutni, biedni obcokrajowcy, którzy dali się nabrać, że Zachód jest miłą i szczodrą ziemią, która ich powita z otwartymi ramionami.
Kolejny serwis informacyjny.
"Podejrzany o dokonanie morderstwa w Parku Pamięci nadal przebywa w areszcie. Szef Wydziału Zabójstw Lennart Brix ujawnił niewiele informacji od chwili popełnienia zbrodni dziesięć dni temu. Źródła zbliżone do Politig?rden sugerują, że aresztowana osoba, podobno mąż ofiary, wkrótce zostanie zwolniona, o ile policja nie dokona jakiegoś przełomowego odkrycia..."
Gwałtownym ruchem wyciągnęła słuchawki z uszu. W kolejce do następnego promu stanęła ciężarówka. To dlatego. Z żadnego innego powodu.
Nieważne, że jej dyżur właśnie się kończył ani że w stronę budki szedł już jej zmiennik.
Kopenhaga należała do przeszłości. I praca w policji również. Lund się z tego nie cieszyła. Ani nie czuła rozczarowania. Tak po prostu się stało.
Wyszła więc na spotkanie zmiennikowi, porozmawiała o grafikach i raportach. O tym, co mogą dla nich oznaczać nowe przepisy antyterrorystyczne. Pewnie więcej roboty papierkowej i nic poza tym.
Ruszyła do biura zakończyć dziesięciogodzinną zmianę, zastanawiając się, czy zdoła pospać, kiedy wreszcie wróci do swojego domku na skraju tego ponurego miasteczka.
Przy drzwiach zobaczyła czarnego Forda. Plakietka parkingowa na przedniej szybie wyglądała znajomo: Politig?rden. Obok samochodu stał mężczyzna w jej wieku. Wyższy od Jana Meyera, bardziej umięśniony. Ale w takich samych ciuchach: czarna skórzana kurtka i dżinsy. Ta sama zniszczona, blada twarz, krótko ostrzyżone włosy i kilkudniowy zarost.
Jan Meyer miał wyłupiaste oczy i wielkie uszy. Ten mężczyzna nie. Był przystojny w dyskretny, niemal nieśmiały sposób. Uważny za tą zawodową, zdystansowaną maską, do której noszenia zmuszała go praca.
Glina do szpiku kości, pomyślała Lund. Równie dobrze mógłby nosić odznakę na piersi.
- Cześć - zagaił żywo, podążając za nią do biura.
Lund wyłączyła swoje walkie-talkie, wsadziła je do szuflady. Wzięła kubek z kawą.
On stał w drzwiach.
- Sarah Lund?
Kawa jak zwykle wydawała się w smaku zbyt mocna.
- Ulrik Strange. Dzwoniłem do ciebie mnóstwo razy. Zostawiałem wiadomości. Pewnie ich nie odebrałaś.
Zdjęła czapkę, uwolniła długie ciemne włosy. On nie odrywał od niej wzroku. Lund zastanawiała się, czy jest podziwiana. W Gedser to się nieczęsto zdarzało.
- W termosie jest kawa, jeśli masz tyle odwagi - powiedziała i wypełniła nocny raport: dwie linijki, nic do zgłoszenia.
- Jestem podkomisarzem policji...
Szczegóły, pomyślała Lund. Zawsze się liczyły.
- Podkomisarzem policji kryminalnej, chciałeś powiedzieć?
Zaśmiał się. I wyglądał przy tym życzliwie.
- Nie. W ciągu dwóch lat sporo się zmieniło. Wprowadzono mnóstwo reform. Już nie można palić w budynku, mamy nowe stopnie. Wyrzucili słowo "kryminalnej". Pewnie było uważane za trochę... - Podrapał się po krótkich włosach. - Sam nie wiem. - Wzniósł toast kubkiem.
Lund sprawdziła wpis w dzienniku i go zamknęła.
- Chcielibyśmy omówić z tobą pewną sprawę.
Wyszła do szatni, Strange podążył za nią.
- Dziesięć dni temu zamordowano kobietę. W bardzo dziwnych okolicznościach.
Lund wzięła swoją cywilną kurtkę, granatowy sweter i dżinsy.
- Zaczekam, aż się przebierzesz.
- Mów dalej. - Przecisnęła się za szafki i ściągnęła zimny, wilgotny mundur.
- Pewnie o tym czytałaś. Mindelunden. Kobieta zamordowana w Parku Pamięci. Chcielibyśmy, żebyś przejrzała akta sprawy, bo może coś nam umknęło.
- My? - spytała Lund zza szafek.
- Brix o to prosił. Potrzebne nam świeże spojrzenie. Uważa, że ty możesz nam je zapewnić.
Sarah usiadła na krześle i wciągnęła długie skórzane buty.
- Mogę tu zostać do południa - zaproponował Strange. - Zreferować ci dotychczasowe ustalenia, jeśli chcesz.
- Pracuję w straży granicznej. Nie zajmuję się dochodzeniami w sprawie morderstwa.
- Jesteśmy prawie pewni, że mamy sprawcę. Mąż ofiary siedzi w areszcie. Możemy go trzymać najwyżej do jutra, a potem musimy mu postawić zarzuty. Zapłacimy ci za przepracowany czas. Twoi tutejsi przełożeni się zgadzają.
Wstała, nie patrząc na niego.
- Powiedz mu, że nie jestem zainteresowana.
Dalej stał w drzwiach, ani drgnął.
- Dlaczego?
Lund wbiła wzrok w jego klatkę piersiową, aż się ruszył, po czym go minęła i chwyciła kurtkę.
- Brix uprzedził mnie, że odmówisz. Mówił, że powinienem podkreślić, jakie to ważne. Że potrzebujemy twojej pomocy.
- No... - Lund odwróciła się, by na niego spojrzeć. - Już to zrobiłeś, prawda?
Strange ściskał swój kubek, zastanawiając się, co teraz powiedzieć.
- Jak będziesz wychodził, sprawdź, czy zamknąłeś dobrze drzwi - dodała i zniknęła.
Gdy zadzwonił telefon, Thomas Buch siedział sam w swoim biurze poselskim w Folketinget, siedzibie parlamentu, odbijając od ściany gumową piłeczkę. Taki miał nawyk od dzieciństwa. Nawyk ten drażnił ludzi. Buch też.
Niektórzy uważali go za intruza, który dostał się do duńskiego parlamentu na plecach kogoś lepszego, w tym wypadku człowieka, którego śmierć była stratą dla całego narodu. Buch miał trzydzieści osiem lat, był jednym z dyrektorów w przedsiębiorstwie rolnym w swojej rodzinnej Jutlandii, w pracy odnosił sukcesy, prowadził firmę, którą jego rodzina tworzyła przez długie lata, a która tak się rozrosła, że zatrudniała ponad czterysta osób.
Potem nadeszła druga wojna w Iraku. Jeppe, starszy brat Thomasa, w rodzinie ten bystry, szczupły, przystojny, elokwentny, gwiazda mediów, która wkrótce miała wkroczyć w świat polityki, postanowił wrócić do wojska.
Jeppe był chodzącym ideałem, a wydawał się jeszcze wspanialszy, odkąd zamordowali go rebelianci, którzy zaatakowali jego oddział, dostarczający pomoc medyczną do szpitala na przedmieściach Bagdadu.
Thomas Buch w zasadzie sam nie do końca rozumiał, dlaczego zgodził się walczyć o miejsce, które obiecano w parlamencie jego bratu, i zamienić zawiłości Wspólnej Polityki Rolnej na niuanse duńskiego prawa parlamentarnego. Okazało się, że wbrew pozorom ta zmiana nie jest radykalna, a on świetnie sobie radzi w środkowych ławach Partii Centrum. Większość go tolerowała, niektórzy traktowali podejrzliwie, a dla wszystkich był, jak mu się zdawało, grubym młodszym bratem Jeppego.
Tęsknił za swoją żoną Marie, która została w domu w Jutlandii z dwójką ich dzieci, nie znosił cynicznej miejskiej atmosfery stolicy. Ale obowiązek to obowiązek, a rodzinna firma została w dobrych rękach.
Nawet mu nie przychodziło do głowy, że mógłby awansować i wejść w skład rządu. Otyły, z łagodną twarzą morsa i rzadką rudą brodą, nigdy nie należał do ulubieńców mediów. W głębi serca miał nadzieję, że kiedy obecna kadencja parlamentu dobiegnie końca, cichaczem powróci do spokojnych pól ojczystych stron i znowu stanie się anonimowy. Tymczasem zamierzał zajmować się każdą ustawą, która się nawinie, potrzebami wyborców i codziennymi obowiązkami parlamentarnymi.
I uderzeniem gumowej piłeczki o ścianę gabinetu. Zawsze próbował przewidzieć, jaki efekt wywoła choćby najlżejsza zmiana kąta. Obserwowanie piłeczki pomagało mu się skupić, a po telefonie, który niedawno odebrał, zaiste miał na czym. Wzywano go, ale nie wiedział, czy czeka go egzekucja, czy awans.
Kazano mu włożyć marynarkę i krawat. Odbił więc piłeczkę po raz ostatni, ocenił bezbłędnie, którędy do niego wróci, wsadził ją do kieszeni, zdjął bluzę i z małej szafy przy oknie wyciągnął najlepsze ubrania, jakie miał.
Na krawacie zobaczył żółtko. Na jedynej białej koszuli też. Zeskrobał je, ale została żółta plama. Sięgnął więc po czarne polo i wyszedł na zimny listopadowy dzień. Przeciął brukowany plac, który oddzielał siedzibę parlamentu od pałacu Christiansborg, wspiął się długimi czerwonymi schodami i dotarł do gabinetu Gerta Gruego Eriksena, premiera Danii.
W domku zawsze panował przenikliwy ziąb, choćby nie wiadomo jak Lund podkręcała żałosne ogrzewanie. Wiedziała, że nie zaśnie. Usmażyła więc bekon, spaliła kilka tostów i sprawdziła rozkład jazdy pociągów.
Autobusem do Nyk?bing Falster, potem pociągiem. Dwie i pół godziny. Kursował regularnie.
Od czasu sprawy Birk Larsen rzadko bywała w domu. Nie miasto ją odstraszało, lecz wspomnienia. Poczucie winy. W Gedser jej życie sprowadzało się do szarego Bałtyku, nudnej, rutynowej pracy w porcie, samotnych godzin w pustym domku, oglądania telewizji, błąkania się po sieci, czytania, spania.
W mieście wyglądało to inaczej. Nie była już panią swojego losu, o jej życiu decydowały wydarzenia poza jej kontrolą, pełne ciemnych ulic, do których tęskniła.
Chodziło o miejsce, nie o nią.
"Ściągnęłaś Meyera do tego budynku. Wygnałaś ze swojego życia Bengta Roslinga. Odpychałaś Marka i jego ojca. Dokonałaś tych wszystkich fatalnych wyborów, próbując dociec, kto zabił Nannę Birk Larsen".
Od jakiegoś czasu nie słyszała już tego głosu.
Fotografię Marka miała na lodówce. Nie widziała go od pięciu miesięcy. Pewnie jest jeszcze wyższy.
Na urodziny kupiła mu bluzę w Netto. Tani prezent, ale przy swoich mizernych zarobkach nie mogła sobie pozwolić na inny.
Powinna czasami spotkać się z matką. Z powodów, których sama nie rozumiała, zażarta wojna pomiędzy nimi ustała, odkąd Sarę zwolniono z Politig?rden. Niewykluczone, że Vibeke znalazła w sobie ślad współczucia, nawet litości, którego jej córka nigdy wcześniej nie zauważyła. Albo obie się po prostu starzały i brakowało im energii, by toczyć wieloletnie sprzeczki, które dzieliły je, odkąd Lund sięgała pamięcią.
Zerknęła na kalendarz. Trzy dni wolne od pracy. I żadnego pomysłu na zabicie czasu.
Sięgnęła po laptop, zajrzała do serwisów informacyjnych. Przeczytała to, co powiedzieli o morderstwie w Mindelunden, bo coś musieli powiedzieć. Nie było tego dużo. Lennart Brix doszedł do wprawy w zamykaniu ust dziennikarzom, a w każdym razie był w tym teraz lepszy niż dwa lata temu, gdy połowa polityków w kopenhaskim Ratuszu próbowała wyjść cało ze sprawy Birk Larsen.
Brix.
Nie był złym człowiekiem. Jedynie ambitnym. Nie zwolnił jej od razu. Zaproponował wyjście, dzięki któremu zostałaby w policji, gdyby tylko zechciała schować dumę do kieszeni, powiedzieć, że kłamstwa są prawdą, ukryć rzeczy, na które powinno paść ostre niemiłosierne światło.
Nie zrobi tego dla Brixa. I na pewno nie da się zauroczyć temu przystojnemu posłańcowi. Może zrobi to ze względu na Marka. Albo nawet ze względu na matkę.
Ale przede wszystkim dla siebie. Bo sama tego chce.
Telefon błysnął, gdy uruchomiło się przypomnienie. Dzisiaj urodziny Marka.
- Cholera - zaklęła, pędząc po tanią bluzę. Stwierdziła, że ma w domu tylko papier do pakowania w renifery.
Pakując prezent, zadzwoniła do domu. Vibeke nie było. Ostatnio zwykle jej nie było, nie wiedzieć czemu.
"Cześć, mamo" - nagrała się Lund. "Przyjeżdżam na Marka urodziny, tak jak obiecałam. Tylko na jeden dzień, do jutra. Do zobaczenia".
Potem wzięła zniszczoną torbę, włożyła do niej jakieś pierwsze z brzegu ciuchy i ruszyła na autobus.
Kiedyś był to gabinet króla, a w każdym razie tak powiedziała na przywitanie sekretarka. Okazałe krzesła i wielkie biurko, słynne duńskie lampy. Z okna roztaczał się widok na plac do jazdy konnej, gdzie samotny trener krążył niestrudzenie po błocie z dwoma spośród koni królowej. Duńskim państwem kierowano głównie z budynków na wysepce Slotsholmen, dawnym grodzie warownym, w którym zamykała się niegdyś cała Kopenhaga. Pałac Christiansborg, Folketinget, siedziby rozmaitych ministerstw... wszystko to tłoczyło się w kilku budynkach wzniesionych na szczątkach zamku walecznego biskupa Absalona, połączonych ogólnodostępnymi ulicami i uliczkami, co przypominało o liberalnej naturze nowoczesnego państwa.
Buchowi zasadniczo się tu podobało, chociaż wolałaby, żeby częściej odwiedzała go Marie z dziewczynkami.
Miał w kieszeni swoją gumową piłeczkę i chwilę się zastanawiał, jak by to było odbić ją od wyłożonych boazerią ścian królewskiego gabinetu. Nagle jednak wszedł Gert Grue Eriksen i na widok jego miny Buch porzucił te pokusy. Minister leżał w szpitalu ciężko chory. Rozgrzebana ustawa antyterrorystyczna ugrzęzła w labiryncie polityki koalicyjnej. Grue Eriksen był dowódcą okrętu i musiał nawigować jednostką, której stery dzierżyło wiele rąk. Niski, energiczny mężczyzna w wieku pięćdziesięciu ośmiu lat, o srebrnych włosach i dostojnej, przyjacielskiej twarzy. Znajdował się na szczytach duńskiej polityki, odkąd Buch pamiętał. Od tak dawna, że człowiek z Jutlandii ciągle czuł przed nim niejaki respekt, niczym dziecko przed dyrektorem.
Grue Eriksen nie marnował czasu na próżne gadki.
Krótkie powitanie, zwyczajowe pytanie o rodzinę, uścisk ręki.
- Słyszał pan o Monbergu? - spytał.
- Jakieś nowe wieści?
- Mówią, że będzie żył. - Premier gestem skierował gościa do krzesła stojącego przed jego biurkiem, po czym sam zajął wielki skórzany fotel naprzeciwko. - Nie wraca do pracy. Nie w tej chwili. I później też nie.
- Przykro mi - powiedział Buch ze szczerym współczuciem.
Grue Eriksen westchnął.
- Fatalny moment. Potrzebujemy pakietu antyterrorystycznego, a teraz utknęliśmy pomiędzy prawicą a lewicą. Z jednej strony tak zwani patrioci Krabbego z Partii Narodowej, z drugiej krwawiące serce Birgitte Agger i Postępowych. Jeśli oni wszyscy nie odpuszczą, ustawa przepadnie. Monberg miał to załatwić. - Utkwił w rozmówcy wyczekujące spojrzenie. - A więc, Thomasie? Co zrobimy?
Buch się roześmiał.
- Schlebia mi, że pyta pan mnie, ale...
Nie był tępy. Jego umysł pracował całą drogę po długich schodach do gabinetu Grue Eriksena.
- Ale dlaczego? - dokończył pytanie.
- Bo kiedy wyjdzie pan z tego pokoju, uda się na spotkanie z królową. Królowa musi poznać nowego ministra sprawiedliwości. - Grue Eriksen ponownie się uśmiechnął. - Załatwimy panu koszulę i krawat. I proszę w jej obecności nie bawić się tą cholerną piłeczką. Potem znajdziemy jakiś sposób, by nasz pakiet antyterrorystyczny przeszedł. Musimy w przyszłym tygodniu zrobić głosowanie, a w tej chwili mamy tu istny cyrk. Krabbe ciągle żąda kolejnych ustępstw, Postępowcy wykorzystają każdy pretekst...
- Przykro mi - przerwał mu Buch. - Ale muszę coś powiedzieć.
Grue Eriksen czekał.
- To dla mnie zaszczyt. Naprawdę. Ale ja jestem biznesmenem, rolnikiem. To nie ja... - Spojrzał za okno, na budynek parlamentu. - Czekaliście tu na Jeppego, nie na mnie.
- To prawda - przyznał premier.
- Ja zapewne nie...
- Mamy tu pana, nie Jeppego. Przyglądam się panu od lat. Zauważyłem pański spokój i prawość. Oddanie. Sporadyczne - wskazał na czarne polo - problemy z protokołem.
- Nie jestem prawnikiem.
- A ja nie jestem premierem. W tej roli obsadziło mnie życie i próbuję wykonywać tę pracę jak najlepiej. Będzie pan miał najlepszych w kraju urzędników. I moje pełne wsparcie. Jeśli...
- Muszę odmówić - przerwał mu Buch.
- Dlaczego?
- Bo nie jestem gotowy. Za mało wiem. Może za kilka lat, kiedy pobędę tu dłużej. Nie jestem swoim bratem.
- Nie. Nie jest pan. Dlatego składam tę propozycję. Jeppe był gwiazdą, świecił aż za jasno. Był lekkomyślny i porywczy. Nigdy bym mu nie złożył takiej propozycji.
Buch gwałtownie wciągnął powietrze i spojrzał za okno na dwa konie krążące po błotnistym placu do jazdy konnej, na mężczyznę z pejczem w dłoni. Trzymał go tak delikatnie, nie używał. A jednak go miał.
- Na ten pakiet antyterrorystyczny postawiłem moją reputację, fotel premiera - ciągnął Grue Eriksen. - Pan lepiej niż ktokolwiek inny wie, jak bardzo ten projekt jest potrzebny. Niech pan przywoła do porządku tych tam na korytarzach po drugiej stronie placu. Niech zrozumieją, że to ma sens.
- Ale...
- To wojna, Thomasie! Tu trzeba odwagi, nie skromności. Oni pana posłuchają, i to tak, jak nigdy nie słuchali Monberga. On był czeladnikiem, umiejętnym działaczem partyjnym. Nie wnosił znaczenia moralnego. - Grue Eriksen ruchem głowy wskazał rozmówcę. - Pan wnosi. Nikt lepszy nie przychodzi mi na myśl.
- Panie pre...
- Ma pan kompetencje. Nie wątpię w to. Naprawdę brakuje panu woli? Poczucia obowiązku?
Obowiązek.
Obok tego słowa ciężko było przejść obojętnie.
Premier wstał i podszedł do długiego okna. Buch do niego dołączył. Patrzyli na deszczowy dzień, konie i dwukółkę brnącą przez błoto na placu.
- Mogłem wyznaczyć kogoś innego - powiedział Grue Eriksen - ale to równałoby się zagrożeniu dla prac nad ustawą. Myśli pan, że to leży w interesie Danii?
- Nie - odrzekł Buch. - Oczywiście, że nie. Ten pakiet jest konieczny...
- Więc proszę doprowadzić go do końca. Dla mnie. Pytam pana ostatni raz: zostanie pan naszym nowym ministrem sprawiedliwości?
Buch nie odpowiedział.
- Biała koszula, klasyczny krawat. - Grue Eriksen wezwał tymi słowami sekretarkę. - Coś panu znajdziemy. Lepiej niech pan pośle po zapas oficjalnych strojów, panie ministrze. Koniec z koszulkami polo.
Herstedvester, placówka łącząca funkcję więzienia i szpitala psychiatrycznego, leżało dwadzieścia kilometrów na zachód od Kopenhagi. Oznaczało to długą, nudną podróż, której Louise Raben już trochę miała dość.
Znała obrządek. Torba przejeżdża przez skaner. Obszukanie. Przepustka.
Potem strażnicy wprowadzali ją do środka i dalej, do pokojów widzeń, a ona zastanawiała się, gdzie jest jej mąż i co robi.
Dwa lata osadzenia, każda prośba o zwolnienie warunkowe odrzucona. Jens Peter Raben był żołnierzem, ojcem, mężem. Człowiekiem, który służył państwu duńskiemu przez niemal połowę swojego trzydziestosiedmioletniego życia.
Teraz został zdegradowany do roli więźnia w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym, odizolowany jako groźny dla siebie i dla społeczeństwa, któremu kiedyś, zdawałoby się, służył.
Dwa lata. Nic nie zapowiadało końca udręki. Gdyby był skazany za proste przestępstwo - rabunek, rozbój - już by wrócił do domu. Może do wojska, a może - to było jej tajemne życzenie, którego co prawda nie wypowiadała w obecności ojca - szukałby pracy jako cywil. Ale stan umysłu Rabena po tym, gdy ranny wrócił z Afganistanu, nie dawał nadziei na wolność, do której mieli prawo zwyczajni przestępcy. Odkupienie nie przysługiwało tym, których uznano za nie w pełni władz umysłowych.
Coraz częściej przychodziła jej do głowy straszliwa myśl. A jeśli nigdy go nie wypuszczą? Jeśli jej mąż, ojciec Jonasa, zostanie w Herstedvester na zawsze?
Mały właśnie skończył cztery lata. Potrzebował obecności mężczyzny. Zresztą ona również. Była młoda, brakowało jej przyjaźni męża, a także fizycznej bliskości, ciepła, dotyku. Na samo wyobrażenie, że może on nigdy nie wróci, w jej głowie budziły się myśli absolutnie niedopuszczalne.
Gdyby tak się stało... co z lojalnością? Wiernością?
Louise Raben pochodziła z żołnierskiej rodziny, wychowała się w koszarach, gdy jej ojciec dosługiwał się jednej rangi po drugiej. Niektóre kobiety czekały, a inne korzystały z okazji, by zdobyć kontrolę nad własnym życiem. Ona nie chciała dokonywać tego wyboru.
Strażnik wprowadził ją na blok dla odwiedzających. Na zewnątrz widziała skrzydło więzienne i dalej szpital, w osobnym budynku. Wszędzie wysokie mury. Druty kolczaste. Mężczyźni z walkie-talkie i bronią. Potem wpuścili ją do pokoju zarezerwowanego na wizyty małżeńskie. Tania tapeta, zwykły stół, pod ścianą tapczan. I mężczyzna, który coraz częściej wydawał się daleki, choćby nie wiadomo jak się starała.
- Jonas? - spytał.
Podeszła i go uściskała. Ciągle miał na sobie te same stęchłe ubrania, czarny sweter, wytarte płócienne spodnie. Broda mu siwiała, twarz stała się szczuplejsza. Choć nie był muskularny, niezmiennie zdumiewała ją jego siła, widoczna w szaroniebieskich oczach, zawsze czujnych.
Jens Peter Raben był sierżantem w batalionie jej ojca. Kimś, komu ludzie ufali i kogo czasami się bali. Mieszały się w nim zaciekłość i gniew, które chyba nigdy nie słabły, w każdym razie ona takie odnosiła wrażenie.
- W przedszkolu był bal - powiedziała, kładąc dłoń na jego zarośniętym policzku. - Koledzy go zaczepiali...
- Jasne. Rozumiem.
- Odzywał się do ciebie Myg?
Pokręcił głową. Na dźwięk tego imienia jakby się zmartwił. Allan Myg Poulsen należał do jego oddziału w Afganistanie, a teraz intensywnie działał w klubie weteranów, dbając o byłych żołnierzy. Poprzedniego ranka Louise zadzwoniła do niego z prośbą, by znalazł jakąś pracę dla jej męża.
- Myg mówi, że mógłby ci załatwić jakąś robotę. Na budowie... Ciesielkę. Pomógłby nam też w szukaniu mieszkania.
Uśmiechnął się.
- Może gdybyś miał jakąś propozycję pracy...
- Może.
Przy każdym spotkaniu wydawał jej się taki spokojny. Trudno było zrozumieć, dlaczego każdy jego wniosek o zwolnienie warunkowe odrzucano, bo rzekomo stanowił takie zagrożenie, że nie można go wypuścić.
Przyniosła kilka rysunków Jonasa, rozłożyła je teraz na stole. Bajki i smoki. Zamki na niebie.
- Tata kupił mu miecz i tarczę. Jonas o nie prosił.
Raben kiwnął głową, nic nie mówiąc. Tylko patrzył na żonę swoimi zagubionymi oczami.
Czegokolwiek w tej chwili chciał, nie mogła mu tego dać. Więc wbiła wzrok w mur za oknem i powiedziała:
- Niewiele się w sumie dzieje. Gdyby nie to przedszkole... Mieszkanie w koszarach... to nie jest... - Zawsze ona musiała zapytać. Wstała i wskazała tapczan. - Chcesz...?
- Zaczekajmy chwilę.
Ostatnio zawsze tak mówił.
Louise już nie usiadła. I postanowiła, że nie będzie płakać.
- Kiedy będziesz miał informacje o warunkowym?
- Niedługo. Adwokat uważa, że mam spore szanse. Dyrektorka kliniki mówi, że zrobiłem duże postępy.
Ponownie wpatrzyła się w mur.
- Tym razem nie mogą mi odrzucić. Nie odrzucą.
Znowu zaczęło padać. Za oknem biegali inni więźniowie, w kapturach, z twarzami smaganymi mroźnym wiatrem, znudzeni, tak jak on. Próbowali wypełnić czymś czas.
- Nie odrzucą, Louise. Co się dzieje?
Siadła, wzięła go za rękę i próbowała mu spojrzeć w oczy. Zawsze było tam coś, do czego nie mogła dotrzeć.
- Jonas nie za bardzo chce już tu przychodzić.
Twarz mu pociemniała.
- Wiem, że uwielbiasz się z nim spotykać. Ma cztery lata... Byłeś za granicą, gdy się urodził. Połowę jego życia spędziłeś tutaj. On wie, że jesteś jego ojcem, ale... - Te myśli nie dawały jej spokoju i były takie wyraźne. - To tylko słowo. Nie uczucie. Nie ma... - Wyciągnęła rękę i dotknęła jego klatki piersiowej. - Nie ma tego tutaj. Musisz wrócić do domu. Potrzebuję cię. Oboje cię potrzebujemy.
Nagły gniew zniknął, a jego miejsce zajęła odrobina wstydu.
- Nie zmuszaj go - powiedział.
- Nie zmuszam. - Popłynęły jej łzy. Została żoną wojskowego, chociaż nigdy tego nie chciała. To było złe. - Nie zmuszam, Jens! Ale on już nie jest niemowlęciem. Nie chce nawet o tobie rozmawiać. Niektóre dzieciaki w przedszkolu mu dokuczają. Coś słyszały. - Na widok wyrazu jego twarzy - rozdarcia pomiędzy żalem a bezsilną wściekłością - jeszcze bardziej chciało się jej płakać. - Przepraszam. - Wyciągnęła rękę i na chwilę dotknęła jego szczeciniastych policzków. - Naprawię to. Nie martw się.
- Razem to naprawimy.
Nie mogła tak po prostu patrzeć mu w oczy. Wiedział o tym, więc wziął jej ręce i czekał, aż spojrzy.
- Wyjdę stąd, Louise. Nie mają już powodu mnie trzymać. Wyjdę i będziemy rodziną. Znajdę pracę, załatwimy mieszkanie... Będzie dobrze, obiecuję.
Próbowała się uśmiechnąć.
- A ja dotrzymuję obietnic - dodał. - Będziemy razem tak bardzo, że szybko się wam przejem. Zatęsknisz za czasami, kiedy byliście tylko we dwoje.
Zamknęła oczy. Łzy płynęły.
- Znienawidzisz moje chrapanie - ciągnął z uśmiechem, nieustępliwy. - Moje cmokanie i to, że wszędzie brudzę pastą do zębów.
Roześmiała się i sama nie wiedziała, czy to szczery śmiech, czy nie.
- Wracam do domu - powiedział, a jedyna reakcja, która jej przyszła do głowy, to przypieczętowanie jego słów i obietnic nagłym pocałunkiem.
Położyła mu dłoń na głowie i zerknęła wymownie na łóżko, które tu wstawiano na wizyty małżeńskie.
- Proszę, Jens. Muszę...
- Nie tutaj. Nie w tym przeklętym miejscu. - Trzymał jej dłonie.
Ten sam mężczyzna, którego poznała przed laty, gdy była córką oficera, rozpaczliwie próbującą się wyrwać z ciasnego kręgu wojskowego życia, pewną, że nigdy nie zakocha się w żołnierzu.
- Kiedy będziemy wolni... - Przytulił ją mocno, szeptał obietnice w jej ucho, aż znowu się uśmiechnęła.
Nagle rozległo się pukanie do drzwi, tak szybko. Znowu skończył im się czas.
Zanim się obejrzała, stała przed Herstedvester w deszczu, patrząc na wysokie mury i drut kolczasty, zastanawiając się, ile warta jest obietnica złożona w więzieniu.
Brix analizował ostatnie przesłuchania Stiga Dragsholma, męża zabitej kobiety, gdy jego posłaniec wrócił z Gedser. Szef podniósł wzrok znak akt.
- Przykro mi - powiedział Strange. - Lund odmówiła. Chyba się tam w miarę zadomowiła.
- Zadomowiła? - powtórzył zdumiony Brix. - Lund?
- Ty ją znasz, nie ja. Moim zdaniem wyglądała nieźle. Jak idzie?
Brix się skrzywił. Zadzwoniła komórka Strangego.
- Nie - powiedział do słuchawki. - Szef jest zajęty. W czym mogę pomóc? - Swobodny, pewny siebie uśmiech. - Lund? Zmieniłaś zdanie. Widzisz, jestem jasnowidzem.
Brix strzelił palcami i przechwycił telefon.
- Jeśli nadal uważasz, że jestem w stanie pomóc - powiedziała - przyjeżdżam dzisiaj na urodziny syna. I tylko z tego powodu. Mogę podejść po jakieś akta, jeśli naprawdę chcesz.
- Nie prosiłbym, gdybym cię nie potrzebował.
Długa cisza.
- Dlaczego tak? - spytała.
Nic się nie zmieniła. Spokojny, monotonny głos pełen niezręcznych pytań.
- Przyjdź, to pogadamy.
Gdzieś w tle usłyszał dźwięk klaksonu. A potem "Muszę kończyć".
I połączenie przerwano.
Strange patrzył na szefa.
- Przyjeżdża czy nie?
- Na własnych warunkach. Czyli jak zawsze. Z mężem stoimy w martwym punkcie. Nie wiem, czy w ogóle... - Urwał. Spojrzał w długi korytarz, na ściany wyłożone czarnym marmurem i lampy z brązu o kształcie pochodni.
W ich stronę szła Lund. Tym samym pewnym krokiem co zawsze, jak mężczyzna, mężczyzna, który wie, dokąd zmierza.
Dwa lata. W biurze wszystko się zmieniło. Zniknął mały bunkier, w którym musiała się pomieścić z Meyerem. Teraz królowała tu otwarta przestrzeń. Mnóstwo ludzi. A ci, którzy pozostali, pewnie nie darzyli jej najcieplejszymi uczuciami, sądząc po spojrzeniach, które przyciągała, gdy tak szła przez salę Wydziału Zabójstw.
Wreszcie stanęła przed nim, kobieta, którą zesłał do Gedser. Strangego jakby tu w ogóle nie było.
- Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł - powiedziała.
- Przeczytaj tylko akta, dobra? Co ci szkodzi? Zapłacę ci. Za każdą godzinę, którą tu spędzisz. Będziemy potrzebować...
Robiła to, co zawsze. Rozglądała się. Zauważała wszystko. Odnotowywała zmiany.
- Wcześniej było tu lepiej.
- Nie prosiłem o poradę wnętrzarską.
Brix odwrócił się do Strangego, wskazując open space.
- Oprowadź ją. Daj jej akta. - Spojrzał na Lund. - Przeczytaj je dokładnie.
Sprawiała wrażenie zadowolonej.
- Potem - kontynuował - chcę ci coś pokazać.
- Powiedziałam, że przeczytam akta. Nic poza tym.
- Muszę...
- Jeden dzień. Jutro wracam do Gedser.
- Zamordowano kobietę, Lund. Zamordowano brutalnie. Jest w tym coś dziwnego. Coś, czego w ogóle nie mogę zrozumieć.
Jej wielkie jasne oczy otworzyły się szeroko z oburzenia.
- Za mało masz tu ludzi? Co jest we mnie tak wyjątkowego, że swojego chłopca na posyłki fatygowałeś aż do Gedser?
Strange zasłonił dłonią usta, tłumiąc śmiech.
- Przyjechałaś zobaczyć się z rodziną, tak? - W bladym uśmiechu Brixa błysnęła ironia.
Lund usiłowała znaleźć jakąkolwiek odpowiedź.
- Nieważne - dodał Brix. - Zajrzyj tylko do akt. A potem Strange zabierze cię na przejażdżkę.
Ministerstwo sprawiedliwości zajmowało budynek po północno-wschodniej stronie Slotsholmen, nieopodal mostu Knippelsbro. Buch wrócił tam po oficjalnej audiencji u królowej w pałacu Amalienborg i ani trochę się nie zdziwił, że jako pierwsza zadzwoniła doń żona.
- Tak, tak, uścisnęła mi dłoń. Teraz jestem w ministerstwie. To... eee...
Biuro, pomyślał, jak biuro.
- Czyim ministerstwie? - spytała Marie.
- Moim, zdaje się. Muszę kończyć.
Następnie, wciąż mając na sobie koszulę i krawat dostarczone przez premiera, został oprowadzony po departamencie, przedstawiony personelowi wyższego i niższego szczebla, a wreszcie zabrany do sali bankietowej, gdzie podano szampana i koreczki.
Chyba śnię, pomyślał. I chwała Bogu, zaraz się obudzę.
Po budynku oprowadziła go młoda blondynka, Karina J?rgensen.
Gdy prezentacje dobiegły końca, z kieliszkiem w dłoni wskazała mu drogę do niewielkiego gabinetu z biurkiem i komputerem. Buch siadł ochoczo na krześle i uśmiechnął się promiennie do niej i otaczających go urzędników uśmiechających się z kolei pobłażliwie.
W radiu powiedziano, że jego nominacja była nieoczekiwana. Ci ludzie najwyraźniej podzielali to zdanie.
- Podoba mi się - oznajmił Buch pogodnie, po czym wziął pióro z blatu, gotów ruszyć do pracy.
- To moje miejsce, panie ministrze - zwróciła uwagę blondynka. Ściągnęła brwi, gdy pochyliła się nad nim, by poruszyć myszką. - Co to jest?
Na ekranie widniał dziwny mejl. Bez tematu. Tylko link do strony. I wiadomość: "Próbuj dalej".
Kliknęła na link.
- Jakiś kretyn ciągle nam przysyła tę durną wiadomość. Nie wiem, jak się tego pozbyć. Ten link donikąd nie prowadzi. Przepraszam...
Blondynka podeszła do dwuskrzydłowych drzwi i je otworzyła. Za nimi znajdowało się pomieszczenie, które przywodziło na myśl gabinet dżentelmena z wiejskiej posiadłości w rodzaju tych, do których Thomas Buch raczej nie był zapraszany.
Na ścianach wisiały portrety jego poprzedników, poczynając od dziewiętnastego wieku, na meble składał się stół konferencyjny i lśniące mahoniowe biurko. Pachniało tu świeżością i nowością, jakby sprzątaczki usunęły najdrobniejszy ślad po Frodem Monbergu.
Buch podszedł do okna. Widział stąd pojazdy pędzące po Inner Harbour, słyszał syreny statków, czuł puls miasta. Dokładnie naprzeciwko miał B?rsen, starą giełdę, z dziwną iglicą z czterema smokami o splecionych ogonach i otwartych paszczach.
- Musimy jeszcze wymienić kilka rzeczy - powiedziała Karina. I zaraz niepewnym tonem dodała: - Do pańskiej decyzji pozostaje, czy sprowadzi pan swoją asystentkę. Proszę się mną nie przejmować. Sekretariat wyznaczy...
- Umie się pani tu poruszać? - spytał Buch, pochłonięty widokiem portretów na ścianach, walczących smoków, zapachem nowego miejsca.
- Pracuję tu od trzech lat.
- A więc moją pierwszą decyzją na nowym stanowisku będzie ta, że pani zostaje. Jeśli to pani odpowiada...
Miała owalną, uroczą twarz, bardzo ładną, zwłaszcza gdy się uśmiechała.
- Te rzeczy... - Buch uderzył w stos dokumentów na biurku - to pewnie Monberga.
- Nie. - Do gabinetu wszedł wysoki mężczyzna około pięćdziesiątki, o krótkich przyprószonych siwizną włosach i poważnych okularach w ciemnych oprawkach. - To dokumentacja procesu negocjacyjnego w sprawie pakietu antyterrorystycznego. Carsten Plough, stały sekretarz.
Pewny uścisk dłoni. Buch pomyślał, że Plough to kwintesencja urzędnika służby cywilnej. Tak szary, że aż niewidoczny, grzeczny, owszem, skory do uśmiechu, ale przede wszystkim rzeczowy.
- Na czym stoimy? - spytał Buch.
- Musimy zawrzeć umowę z Krabbem i Partią Ludową. Opozycja nas nie poprze. To wszystko może pan jednak wyczytać z dokumentów.
- Wyczytam, ale najpierw musi pan poznać moje zdanie. Prowadzimy wojnę. Czy nam się to podoba, czy nie, musimy osiągnąć porozumienie, z Krabbem, a także z Postępowcami. Chcę wypracować szeroki, globalny kompromis. Wojna to nie czas na politykę partyjną.
Plough westchnął.
- To dobre zapatrywanie, Monberg też tak myślał. Niestety...
- Nie jestem Monbergiem.
Buch przerwał wertowanie papierów na biurku. W teczce znajdował się plik zdjęć, krwawych i drastycznych, aż pomyślał, że ten dzień przerodził się ze snu w koszmar.
Kobieta w niebieskim szlafroku przywiązana do słupa, zakrwawiona, zasinione rany na jej szyi i klatce piersiowej. Zbliżenie bladej twarzy, martwej, a i tak pełnej strachu i szoku.
Plough przysunął się do ministra i szybko zakrył usta dłonią.
- Przepraszam - powiedział skruszony. - Przekazałem panu akta Monberga, a nie sprawdziłem, co w nich jest.
- Kobieta z Mindelunden. - Buch przypomniał sobie artykuły prasowe. - To ona?
- Monberg interesował się tym osobiście. Prosił, żeby mu dostarczać bieżące informacje.
- Nie wiedziałam o tym - wtrąciła Karina. - Nie mówił mi...
- Prosił, żeby mu dostarczać bieżące informacje - powtórzył Plough, trochę zły. - Przepraszam. Mogę panu później zreferować...
- Jeśli Monberg musiał o tym wszystko wiedzieć, to ja też muszę - orzekł Buch.
Nie wstrząsnął nim widok krwi. Buch w głębi serca był rolnikiem, człowiekiem praktycznym, nie unikał okrutnych realiów.
- Później - obiecał Plough, po czym spakował zdjęcia do teczki.
Raben spędził cały dzień w warsztacie więziennym, robiąc karmniki dla sklepów ogrodniczych. Jeden wzór, powtarzalne czynności. Nabierał w tym wprawy. Może był już na tyle dobry, by zdobyć gdzieś pracę stolarza.
Po południu miał dostać wiadomość o losach ostatniego wniosku o zwolnienie warunkowe. Czekał więc do czwartej, znudzony, niecierpliwiąc się, aż wymknął się bocznymi drzwiami i podszedł do ogrodzenia oddzielającego szpital od więzienia.
Po drugiej stronie dyrektorka Toft, blada blondynka, lodowa piękność świadoma swej urody, szła ścieżką w kierunku parkingu.
Raben zbliżył się siatki, wsadził palce między druty, czekał, aż kobieta się zatrzyma.
Zobaczył go jeden ze strażników i krzyknął. Toft się uśmiechnęła i zapewniła, że wszystko w porządku.
Rabenowi stanęło serce. Życzliwość zwykle towarzyszyła złym wieściom.
- Jak pani sądzi, jak idzie? - spytał, gdy strażnik się wycofał.
- Nie mogę panu powiedzieć. Powinien pan porozmawiać ze swoim adwokatem.
- On przyjdzie dopiero w przyszłym tygodniu.
Wzruszyła ramionami.
- Więc musi pan zaczekać. - Ruszyła do samochodu.
- To nie chodzi o mnie! - krzyknął, podążając za nią po swojej stronie płotu. - Moja żona się martwi. Muszę do niej zadzwonić. Nie wiem, co powiedzieć.
- Niech pan powie prawdę: że nic pan jeszcze nie wie.
- Mogę znaleźć pracę przez klub weteranów. I mieszkanie.
- Szkoda, że pan wcześniej o tym nie wspomniał.
- Jeśli coś się dzieje, niech mi pani powie, na miłość boską.
Toft się zatrzymała. Raben starał się uspokoić. Ta kobieta rozkoszowała się władzą, którą miała nad osadzonymi. Lubiła, jeśli o tym wiedzieli.
- Jeśli chodzi o personel medyczny, dostał pan ocenę pozytywną. Ale to nie koniec. Ostateczna decyzja należy do komisji. Do władz. Więc nic nie jest pewne.
- A jeśli odmówią?
- To zaczeka pan pół roku i znowu złoży wniosek...
Raben próbował zajrzeć w jej zimne niebieskie oczy, nawiązać z nią jakiś osobisty kontakt przez siatkę ogrodzenia.
- Za pół roku to ja nie będę miał żony. Ani syna. Ona postawi na mnie krzyżyk.
- Musi pan być cierpliwy, Raben.
- Siedzę tu od dwóch lat. Nic mi nie jest, sama pani tak powiedziała.
Toft się uśmiechnęła, odwróciła i odeszła.
Strażnik znowu zaczął krzyczeć, każąc mu wrócić do warsztatu.
- Nic mi nie jest! - warknął Raben, gdy oddalała się w stronę parkingu bloku psychiatrycznego.
- Raben! - Sądząc po głosie, strażnik niezbyt się złościł. - Masz gościa. Chodź tu.
Wsadził ręce do kieszeni i wrócił do drzwi.
- Moja żona?
- Mówi, że jest kolegą z wojska. Myg Poulsen. Chcesz się z nim spotkać czy nie?
Raben patrzył, jak dyrektorka Toft wsiada do swojego szpanerskiego małego sportowego wozu i odjeżdża przez bramy.
Allan Myg Poulsen. Chudy, nieduży dzielny człowiek. Raben nie mógł sobie przypomnieć, co się wydarzyło w tamtym zapylonym, zimnym domu w Helmand. Miał w głowie tylko dźwięk broni, krzyki, wrzaski umierających, zapach krwi. Ale i Myg tam był. On też należał do ocalonych, do rannych.
- Spotkam się z nim - powiedział Raben.
Lund przeczytała akta, a potem, już o zmierzchu, Strange zawiózł ją do domu zamordowanej kobiety. Anne Dragsholm mieszkała w willi na końcu ślepej ulicy dziesięć minut samochodem od Mindelunden.
Krążyła z dokumentami w dłoni, mówiąc głównie do siebie.
- A więc mąż zeznał, że przyjechał do domu i stwierdził, że wszędzie jest pełno krwi. Przestraszył się i odjechał?
W otoczonym taśmą policyjną domu panował chłód, wokół widać było znajome ślady techników. Minęły dwa lata, odkąd Lund widziała miejsce zbrodni. A jakby stało się to wczoraj.
- Cieszę się, że zmieniłaś zdanie - zagaił Strange. - Naprawdę się cieszę. Jesteś trochę... - Szukał właściwego słowa. - Taką jakby legendą.
Był nieśmiały, niemal po dziecięcemu. Zupełnie niepodobny do Jana Meyera.
- Tak się teraz na to mówi? - spytała, próbując go rozgryźć.
- Starałem się być miły.
- Nie fatyguj się. Nie zmieniłam zdania. I tak jechałam do Kopenhagi. Nie powinniśmy zaczekać na Brixa?
- Spóźni się. Chciał, żebym cię oprowadził. - Włożył lateksowe rękawiczki, a drugie podał jej.
Poczuła się, jakby wkładała stary mundur.
- Rozwodzili się - podjął Strange. - On miał romans ze swoją sekretarką i miesiąc temu żona kazała mu się wyprowadzić. Nie rozmawiała z nim. Nie odbierała, jak dzwonił.
Podążyła za nim korytarzem. Na ścianie wisiała fotografia. Zdjęcie ślubne. Ładna kobieta o długich blond włosach pod ramię z promiennym mężczyzną w eleganckim garniturze. Uśmiechali się profesjonalnie jak prawnicy, prosto do obiektywu. I późniejsze zdjęcie, z małym dzieckiem.
- Gdzie dziecko?
- Córka, jest u dziadków.
Wąska kuchnia. Ściany przy pokoju pokryte dziecięcymi rysunkami. Na kuchence stała brudna patelnia. Brudny talerz otoczony narysowanym kółkiem.
- O dziewiętnastej czterdzieści jeden skorzystała tu z laptopa, żeby się połączyć z internetem - podjął Strange. - Otworzyła wino, zerknęła na kilka stron pośrednictwa nieruchomości i wzięła kąpiel.
Lund wczytywała się w raport z autopsji.
- Czy to była jej codzienna rutyna? Późno wracała do domu, brała kąpiel? Jadła sama?
- Skąd mamy wiedzieć?
- Moglibyście spytać męża.
- Mąż mówi niewiele. Została zaatakowana, zanim siadła do jedzenia. Tutaj. Potem napastnik zawlókł ją do jadalni.
Przeszli dalej. Sięgające na całą wysokość okna wychodziły na niskie drzewa ledwie widoczne w świetle dalekich latarni. Na zakrwawionym dywanie leżał skórzany fotel biurowy niedaleko podnóżka z tej samej skóry. Z boku stała wysoka lampa podłogowa.
- Ugodzono ją dwadzieścia jeden razy - powiedział Strange, stukając palcem w raport. - Raz w serce i ta rana okazała się śmiertelna. Nie wiemy, jakiego narzędzia użył sprawca.
- Noża? - spytała. Nie była pewna, czy docenił jej sugestię.
- Raczej jakiegoś ostrego narzędzia. - Podszedł do lampy przy oknie, stopą wcisnął włącznik w jej podstawie.
Teraz pojawiły się detale. Obraz na ścianie był przekrzywiony. Na drewnianej podłodze leżało szkło z jakichś stłuczonych ozdób.
Strange obszedł mebel, by stanąć przy oknie.
- Na fotelu posadzono ją siłą. Wskazuje na to ilość krwi.
Lund patrzyła na zdjęcia. Obok ciała leżał kawałek celofanu.
- On palił? Znaleźliście popiół?
- Ten celofan nie pasuje do paczki papierosów. Nie wiemy, co to jest.
- Guma do żucia?
- Nie wiemy, co to jest - powtórzył. - Mąż mówi, że zadzwonił koło północy. Chciał porozmawiać o sprzedaży domu. Twierdzi, że był po paru drinkach. Sądząc po badaniach krwi, musiało ich być więcej.
- Był pijany?
- Cuchnął.
- Gdzie był wcześniej?
- Ze swoją dziewczyną. Zmieściłby się w czasie.
- Co się stało, według jego zeznań?
- Nie otworzyła drzwi. Zobaczył, że okno piwniczne jest otwarte, zaniepokoił się i wszedł tamtędy.
- Nie miał klucza?
- Ona parę tygodni temu zmieniła zamki. I zamontowała nowy alarm.
Lund podeszła do okna, włączyła światło na zewnątrz. Ogród ciągnął się do zarośniętego krzakami terenu. Usłyszała przejeżdżający pociąg - jedna z linii prowadzących przez ?sterbro. Może ta sama, co przebiegała przez Mindelunden, gdzie znaleziono Anne Dragsholm.
Ktoś zapukał do drzwi. Przyjechał Brix.
- Dragsholm musiała się go bardzo bać - powiedział. - Zwolniła firmę ochroniarską, wynajęła nową, bardzo drogą. Zamówili nowe czujniki do ogrodu.
Lund kiwnęła głową.
- Czegoś na pewno się bała.
- Miło cię widzieć - dodał Brix. - Przepraszam. Na komendzie nigdy nie ma czasu, żeby to powiedzieć. - Westchnął głęboko, jak człowiek, który ma podjąć trudną decyzję. - Jeśli tu już skończyłaś, to może obejrzymy miejsce, w którym ją znaleźliśmy?
...
Ciąg dalszy w pełnej wersji książki.