The Killing. Tom 1. Odcinek 3 - Dawid Hewson

Kup ebooka

29.90 zł
22.43 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

9

Nie­dziela, 16 li­sto­pada

Rano ko­mi­sja wy­bor­cza spo­tkała się na po­sie­dze­niu nad­zwy­czaj­nym i unie­waż­niła swoją de­cy­zję z po­przed­niego wie­czoru. Tro­els Hart­mann wró­cił do gry oczysz­czony z za­rzu­tów, uznany za ofiarę nie­for­tun­nego zbiegu oko­licz­no­ści. Nikt nie wie­dział o pró­bie sa­mo­bój­czej, na­wet Poul Bre­mer, a w każ­dym ra­zie taką Hart­mann miał na­dzieję.

Dwie go­dziny póź­niej w sie­dzi­bie li­be­ra­łów Mor­ten We­ber usi­ło­wał tchnąć na­dzieję w sze­re­go­wych bo­jow­ni­ków.

- Mamy ro­botę do wy­ko­na­nia. Mu­simy wy­ja­śnić wy­bor­com, że Tro­els jest nie­winny. My o tym wiemy, wie o tym po­li­cja, ale wy­borcy do­piero mu­szą to zro­zu­mieć.

Ośmioro człon­ków sztabu i Hart­mann.

- Wielu na­szych zwo­len­ni­ków wy­co­fało wspar­cie fi­nan­sowe - cią­gnął We­ber. - Bez pie­nię­dzy nie ma kam­pa­nii, mu­simy więc po­now­nie ich do sie­bie prze­ko­nać.

- A co z ko­ali­cją? - spy­tała Eli­sa­bet He­de­ga­ard.

- Za­po­mnij­cie o ko­ali­cji - od­rzekł Hart­mann. - Je­śli zdo­bę­dziemy głosy, ko­ali­cjanci sami do nas wrócą. Bo do­kąd pójdą?

He­de­ga­ard nie wy­glą­dała na prze­ko­naną.

- Wy­bory od wtorku za ty­dzień. Wszy­scy wiemy, co to ozna­cza. Do so­boty lu­dzie mu­szą pod­jąć de­cy­zję, nie mamy czasu.

Mor­ten skrzy­wił się i opu­ścił wzrok na stół.

Hart­mann wstał, spoj­rzał po ko­le­gach i ko­le­żan­kach z par­tii. Każ­dej oso­bie pa­trzył w oczy, tak aby wła­śnie ona po­czuła się wy­jąt­kowa.

- Eli­sa­bet ma ra­cję. Czas nie działa na na­szą ko­rzyść. Me­dia także nam nie sprzy­jają. Nie­wy­klu­czone, że Bre­mer chowa coś jesz­cze w rę­ka­wie. - Hart­mann wzru­szył ra­mio­nami. - Wiem tylko jedno: je­śli nie spró­bu­jemy, na pewno prze­gramy. Więc może le­piej iść na ca­łość? Wal­czyć, ma­rzyć? - Ro­ze­śmiał się. Po­do­bała mu się ta ka­me­ralna scena, ma­leńka pu­blicz­ność. - Nie po­le­cam celi w aresz­cie do roz­my­ślań o po­li­tyce, ale w pe­wien spo­sób ona też się przy­dała. Kiedy tam sie­dzia­łem... - Po­wę­dro­wał wzro­kiem gdzieś w dal. Wszy­scy, na­wet We­ber, byli pod wra­że­niem tej chwili. - W tym nie­bie­skim kom­bi­ne­zo­nie wię­zien­nym... za­sta­na­wia­łem się, kim je­ste­śmy. - Wska­zał ich ru­chem głowy. - Po­my­śla­łem o was. O co wal­czy­cie? Nic się w tej spra­wie nie zmie­niło. Na­sze ide­ały, am­bi­cje cały czas są ta­kie same. Czy dzi­siaj zna­czą dla nas mniej niż wczo­raj? - Ude­rzył pię­ścią w stół. - Nie. Dla mnie zna­czą wię­cej. Nie chcę, żeby Ra­tusz po­gry­wał so­bie z po­li­cją tylko dla­tego, że ko­muś tu­taj tak się po­doba.

W sali roz­legł się po­mruk apro­baty. Na­pię­cie się roz­ła­do­wało. I o to cho­dziło.

- Damy z sie­bie wszystko? Czy też Poul Bre­mer po­stawi na swoim i do­sta­nie ko­lejne cztery lata do zmar­no­wa­nia?

We­ber za­kla­skał. Eli­sa­bet He­de­ga­ard rów­nież. I po­tem reszta.

Hart­mann się uśmiech­nął, pa­trząc po ze­bra­nych. Przy­po­mi­nał so­bie ich na­zwi­ska. Jesz­cze przed mo­men­tem nie­mal wszy­scy byli go­towi po­sta­wić na nim krzy­żyk. Każ­demu z osobna po­dzię­kuje te­raz wy­lew­nie za oka­zane wspar­cie.

- A więc do dzieła. - Pa­trzył, jak wy­cho­dzą.

- Roz­ma­wia­łeś z Rie? - spy­tał We­ber. - Mamy dużo pracy.

- Wiem, wiem. Zo­sta­wi­łem jej setki wia­do­mo­ści. Nie od­dzwa­nia.

Ktoś za­stu­kał do drzwi. Poul Bre­mer, w zi­mo­wym płasz­czu, z czer­wo­nym sza­li­kiem i pro­mien­nym uśmie­chem. Wy­glą­dał, jakby szedł na roz­mowę kwa­li­fi­ka­cyjną, by sta­rać się o po­sadę świę­tego mi­ko­łaja.

- Tro­els! - za­krzyk­nął ra­do­śnie. - Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam. Mu­sia­łem przyjść i po­wie­dzieć... - Wszedł i zdjął sza­lik. Pięk­nie pach­niał.

Szcze­rość.

- Po­wie­dzieć "wi­taj".

- To bar­dzo miło z two­jej strony.

We­ber burk­nął coś gniew­nie i wy­co­fał się do swo­jego biurka. Bre­mer wszedł do ga­bi­netu Hart­manna, po­czę­sto­wał się kawą, po czym siadł na ka­na­pie, krę­cąc głową.

- Holck, Holck... Wieczny sa­mot­nik. Ale żeby aż tak... Nie ro­zu­miem. Dla­czego? Po­je­cha­li­śmy ra­zem na Ło­twę. Może był tro­chę mar­kotny, ale... - Po­czę­sto­wał się cia­stecz­kiem. - Kom­pe­tentny fa­cet, choć bez po­lotu. Umiar­ko­wa­nym w osta­tecz­nym roz­ra­chunku le­piej bę­dzie bez niego. Może na­stęp­nym ra­zem im się uda, bo je­śli o te wy­bory cho­dzi, są prze­grani. Po­dob­nie jak lu­dzie Kir­sten i te wszyst­kie pa­so­żyty, które że­rują na in­nych. - Znowu sze­roki uśmiech. - Tak czy ina­czej wszyst­kich ich roz­wa­li­łeś w drza­zgi. Te­raz zo­sta­li­śmy tylko ty i ja. Po­gra­tu­lo­wał­bym ci, gdy­bym są­dził, że to za­mie­rzone.

- Masz coś do po­wie­dze­nia?

Jesz­cze je­den łyk kawy i żywe szare oczy zwró­ciły się na Hart­manna.

- Mam. Przy­kro mi bar­dzo z po­wodu tego, co się stało. Na­prawdę. Wczo­raj wie­czo­rem my­śla­łem, że w tych oko­licz­no­ściach zro­bi­li­śmy to, co na­le­żało. Nasz ob­raz oko­licz­no­ści co prawda był błędny, ale nikt z nas o tym nie wie­dział.

Cze­kał. Hart­mann już roz­po­zna­wał tę po­li­tyczną tak­tykę.

- I ja prze­pra­szam, Poul, je­śli w zde­ner­wo­wa­niu nie­słusz­nie cię oskar­ży­łem.

Bre­mer wzru­szył ra­mio­nami.

- Nie ma za co. Nie za­przą­taj so­bie tym głowy. Tak jak ja. Te­raz mu­simy pa­trzeć w przy­szłość. Wszyst­kich nas to do­tknęło, nie tylko cie­bie.

Hart­mann za­jął krze­sło na­prze­ciwko bur­mi­strza.

- I?

- Osią­gnę­li­śmy kon­sen­sus. To rzad­kość. Roz­ma­wia­łem z resztą po tym, jak zmie­ni­li­śmy de­cy­zję o wy­klu­cze­niu cię z wy­bo­rów. A przy­szło nam to z ła­two­ścią, mu­szę do­dać. Wszy­scy się zgo­dzi­li­śmy, że to do­bry mo­ment, by za­po­mnieć o ani­mo­zjach i od­zy­skać sym­pa­tię spo­łe­czeń­stwa. Cy­nizm. Wstrząs. Wra­że­nie cha­osu. Wszystko to zro­zu­miałe, ale bar­dzo nie­ko­rzystne, jak do­sko­nale wiesz. Na­szym naj­waż­niej­szym ce­lem jest od­zy­ska­nie za­ufa­nia wy­bor­ców, na­pra­wie­nie szkód, które wy­rzą­dziła sprawa Jensa Holcka. Mu­simy od­no­wić swoją umowę ze spo­łe­czeń­stwem. Mu­simy prze­ko­nać lu­dzi o na­szej war­to­ści. Do­łą­czysz do mnie?

- Za­wsze by­łeś świet­nym mówcą.

- Nie cho­dzi o mnie ani o cie­bie, cho­dzi o... - ru­chem ręki wska­zał ele­ganc­kie po­miesz­cze­nie, mo­zaiki, rzeźby, ob­razy - ...o to miej­sce. Nasz za­mek, twier­dzę. Nasz dom. Ra­tusz. Dzi­siaj mamy kon­fe­ren­cję pra­sową. Ob­wiesz­czę, że wszyst­kie par­tie chcą zgod­nie pra­co­wać dla do­bra ogółu i po­sprzą­tać ba­ła­gan, który zo­sta­wił nam Holck. Do­łą­czysz do mnie?

- O czym ty mó­wisz?

- Uzna­li­śmy, że czas na ro­zejm. Koń­czymy z ata­kami per­so­nal­nymi. Za­ciętą de­batą, wro­gim kli­ma­tem. Niech te­raz obo­wią­zuje umowa dżen­tel­meń­ska. Prze­strze­gamy za­sad.

- Ro­zejm...

- Tak się już zda­rzało w nad­zwy­czaj­nych oko­licz­no­ściach. Trwają wy­bory, przy­wo­łu­jemy się po pro­stu do po­rządku. Ob­ni­żamy tem­pe­ra­turę. - Szare oczy nie od­ry­wały się od Hart­manna. - Roz­ma­wiajmy o po­li­tyce, nie o po­li­ty­kach. Je­stem pe­wien, że na to przy­sta­niesz. - Bre­mer wstał z ka­napy. - Tak to te­raz wy­gląda. Su­ge­ruję, że­byś też tro­chę od­pu­ścił. Je­stem wspa­nia­ło­myślny, Tro­els. To nie­zdrowo wal­czyć ze wszyst­kim. Nie w tej chwili. - Uśmiech­nął się, wy­cią­gnął rękę. - Mogę na cie­bie li­czyć?

Hart­mann się za­wa­hał.

- Mu­szę to prze­my­śleć.

- A o czym tu my­śleć? Jest kon­sen­sus. Dzwoń do nich, je­śli chcesz. Daję ci szansę po­wrotu na łono swo­ich. Je­śli zo­sta­niesz poza tym krę­giem, wyj­dziesz na głupca. Ale je­śli tego chcesz...

- Niech bę­dzie.

Poul Bre­mer spoj­rzał na Hart­manna spode łba.

- Przyj­muję to za od­po­wiedź twier­dzącą. O ósmej od­bę­dzie się wspólna kon­fe­ren­cja pra­sowa. Ocze­ku­jemy, że się na niej sta­wisz.

Do po­łu­dnia ze­spół Svend­sena ze­brał wy­ciągi z kont ban­ko­wych i kart kre­dy­to­wych Holcka. Wy­ka­zały one sze­reg za­ku­pów w dro­gich skle­pach odzie­żo­wych i z bi­żu­te­rią.

- Te­raz pew­nie usta­limy, skąd miała te buty - za­uwa­żył Meyer.

Len­nart Brix z ka­mien­nym wy­ra­zem twa­rzy pa­trzył na zdję­cia.

- Co z na­szyj­ni­kiem? - spy­tała Lund. - Tym czar­nym ser­dusz­kiem?

Meyer po­ło­żył przed Bri­xem zdję­cia z la­bo­ra­to­rium.

- Miała przy so­bie to ser­duszko, gdy ją zna­leź­li­śmy - wy­ja­śnił. - Za­kła­damy, że to on jej ka­zał je no­sić. Nanna ze­rwała je z szyi, gdy to­nęła.

Lund na­ci­skała.

- Holck jej ku­pił ten na­szyj­nik?

- Pew­nie tego nie znaj­dziemy w wy­cią­gach. Je­śli to on, ra­czej za­pła­cił za nie go­tówką na stra­ga­nie w Chri­stia­nii czy na in­nym tar­go­wi­sku.

- Czemu tak mó­wisz? - spy­tała.

Meyer po­pra­wił się na krze­śle. Wy­glą­dał blado. Rzadko się zda­rza, by ktoś zgi­nął z rąk duń­skiego po­li­cjanta, me­dia były za­fa­scy­no­wane. Po­stę­po­wa­nie wy­ja­śnia­jące wy­da­wało się nie­unik­nione.

- Po­nie­waż do­szli­śmy do wnio­sku, że ten na­szyj­nik jest stary. Że ma ze dwa­dzie­ścia lat. To ręczna ro­bota. Tani zło­cony łań­cu­szek. Szkiełko...

Wpa­try­wał się w nią i te­raz już znała to spoj­rze­nie. Mó­wiło: czemu nie od­pu­ścisz? Dla­czego nie przyj­miesz, że nie­któ­rych rze­czy ni­gdy się nie do­wiemy?

- Co ozna­cza czarne serce, Meyer?

- Hi­pi­sów w Chri­stia­nii... Kie­dyś było wśród nich modne. To była taka od­znaka gan­gów nar­ko­ty­ko­wych. A te­raz han­dluje się nimi na stra­ga­nach ze sta­rzy­zną.

- Nie mo­żemy mar­no­wać czasu na co­fa­nie się o dwa­dzie­ścia lat - ode­zwał się w końcu Brix.

Lund wy­cią­gnęła rękę i prze­szu­kała stos do­wo­dów. Pod­nio­sła to­re­beczkę z na­szyj­ni­kiem. Spoj­rzała na zło­cony łań­cu­szek. Nie­znisz­czony, na­wet nie­zma­to­wiały.

- Tego nie no­szono przez dwa­dzie­ścia lat. Je­śli Holck go ku­pił...

- Jens Holck - prze­rwał jej Meyer - prze­le­wał pie­nią­dze na konto Olava. Nie tylko te pięć ty­sięcy za po­śred­nic­twem księ­go­wo­ści Ra­tu­sza. Mu­siał być szan­ta­żo­wany. Jego od­ci­ski pal­ców też zna­leź­li­śmy na Store Kon­gens­gade. Zo­bacz, co od­kry­li­śmy u niego w domu. - Roz­ło­żył na stole zdję­cia.

Lund przy­su­nęła się z krze­słem. Holck i Nanna gdzieś na wsi. Szczę­śliwi, za­ko­chani. Holck się uśmie­chał. Aż trudno go było po­znać.

- To oczy­wi­ste, że mieli ro­mans. Jego żona to po­twier­dziła. Nie wie­działa, z kim się spo­tyka. Tylko że ma na jej punk­cie ob­se­sję. I że jest młoda. - Meyer po­dra­pał się po gło­wie. - Za­wsze się to pod­kre­śla, co nie? Pew­nie był dumny.

- I szczę­śliwy - do­dała Lund.

Brixa ewi­dent­nie znu­dziły ich roz­wa­ża­nia.

- Co wiemy o jego po­czy­na­niach w tam­ten pią­tek?

- Był na im­pre­zie pla­ka­to­wej. Póź­niej do ra­tu­sza przy­je­chała Nanna. Pew­nie po klu­cze, żeby wejść do miesz­ka­nia.

Lund wró­ciła do zdjęć Holcka. Inny ze­staw. Oboje mieli już na so­bie zi­mowe płasz­cze. Śmiali się. Nanna wy­glą­da­jąca zbyt doj­rzale. Holck - zu­peł­nie inny czło­wiek - przy­tula ją. Za­ko­chany. To było ta­kie oczy­wi­ste.

Wspo­mnie­nie z ostat­niej nocy.

"Tej plu­ga­wej ku­rewki".

- Czy ktoś w tam­ten week­end wi­dział Holcka? - spy­tał Brix.

- Nie. Była żona za­brała dzieci i nie do­pusz­czała go do nich. Nie­źle mu dała po­pa­lić. Nikt go nie wi­dział.

Brix kiw­nął głową.

- A sa­mo­chód, który zna­leź­li­śmy u Holcka?

- Nie ma wąt­pli­wo­ści - od­rzekł Meyer - że tym au­tem po­trą­cono Olava.

Lund da­lej prze­glą­dała zdję­cia. Holck i Nanna, para. Dwa­dzie­ścia lat róż­nicy. Szczę­śliwi.

- I jak my­ślisz, Lund?

Za­sko­czyło ją py­ta­nie Brixa. Rzu­ciła zdję­cia na stół.

- Brzmi to sen­sow­nie - mruk­nęła bez prze­ko­na­nia.

- Twój en­tu­zjazm mnie po­wala.

Zmil­czała.

- Do­bra ro­bota - uznał Brix. Wstał, po­kle­pał Mey­era po ra­mie­niu i wy­szedł.

Lund znowu pa­ko­wała swoje rze­czy. Te­raz był to ga­bi­net Mey­era.

Przy­glą­dał jej się. Stro­ska­nym wzro­kiem.

- Co zro­bisz?

- Nie wiem. Mu­szę po­ga­dać z Beng­tem. I z Mar­kiem. Coś uzgod­nimy.

Meyer po­ba­wił się chwilę ra­dio­wo­zi­kiem. Po­tem prze­szedł się po biu­rze z pa­pie­ro­sem w dłoni.

- A co z tobą? - spy­tała.

- Ze mną? Bę­dzie po­stę­po­wa­nie w spra­wie uży­cia broni. Po­trwa ty­go­dnie.

- Nie masz się czym mar­twić. Zro­bi­łeś, co trzeba...

- Czemu ten kre­tyn nie rzu­cił broni, do cho­lery? Na­prawdę się sta­ra­łem...

- Meyer...

- Co ja, u dia­bła, mia­łem zro­bić?

Był wstrzą­śnięty, prze­ra­żony i bez­bronny. I taki mło­dzień­czy, ze swo­imi wiel­kimi uszami i szczerą twa­rzą.

Lund prze­rwała pa­ko­wa­nie, po­de­szła do ko­legi.

- Nic in­nego nie mo­głeś zro­bić. Nie mia­łeś wy­boru.

Z bli­ska było wi­dać, że jego oczy błysz­czą. Za­sta­na­wiała się, czy to od łez.

Za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem, ro­zej­rzał ner­wowo po ga­bi­ne­cie.

Przy­po­mniała so­bie, jak zna­la­zła go na Dzie­dzińcu Pa­mięci, gdzie wpa­try­wał się w na­zwi­sko nie­ży­ją­cego ko­legi. Tamta śmierć od­ci­snęła na nim piętno, nie mógł się z tego otrzą­snąć.

- Ja się cie­szę, że to zro­bi­łeś. Prze­cież ura­to­wa­łeś mi ży­cie.

Znowu wziął do ręki sa­mo­cho­dzik, roz­pę­dził kółka o biurko. Nie śmiał się, gdy włą­czyło się nie­bie­skie świa­tełko.

- I co te­raz? - spy­tał. - Sprawa za­mknięta, tak?

Do kar­tonu Lund tra­fiła po­piel­niczka, po niej od­zna­cze­nie.

- Co masz na my­śli?

- Och, daj spo­kój. Wi­dzę, co so­bie my­ślisz. Te­raz już umiem cię roz­pra­co­wać.

- I co so­bie my­ślę?

- Ty mi po­wiedz.

- Je­stem po pro­stu zmę­czona. I tyle.

Wró­cił Brix. Wy­dział Prawny pod­jął de­cy­zję. Na pod­sta­wie zgro­ma­dzo­nych do­wo­dów można uznać, że to Holck za­mor­do­wał Nannę Birk Lar­sen. Meyer zgo­dził się po­wia­do­mić ro­dzi­ców.

- Co ze Szwe­cją, Lund? - spy­tał. - Wiesz coś?

Chwy­ciła kar­ton.

- Jesz­cze nie.

Brix po­dra­pał się po uchu, wy­raź­nie skrę­po­wany.

- Mam w po­koju flaszkę bar­dzo do­brej whi­sky. Po­win­ni­śmy to uczcić, z tobą i wszyst­kimi. To była długa i trudna droga. Zwłasz­cza dla wa­szej dwójki. Może... - Za­ka­słał. Spoj­rzał na nich. Uśmiech­nął się zu­peł­nie bez sar­ka­zmu. - Może cza­sami nie uła­twia­łem. Ży­cie za­wsze się kom­pli­kuje, kiedy w grę wcho­dzi po­li­tyka.

- Ja się na­piję - zde­cy­do­wał Meyer i opu­ścił po­kój.

- Ja za­raz do­łą­czę - po­wie­działa Lund.

Brix wy­szedł na ko­ry­tarz. Sły­szała tam śmiech. Nie roz­po­zna­wała żad­nych gło­sów.

Zo­stała sama. Wy­cią­gnęła teczkę z ak­tami za­gi­nio­nych ko­biet. Dzie­sięć lat. Garstka. Nic obie­cu­ją­cego. Po­li­cjant, który nad tym pra­co­wał, był już stary. Kie­dyś sprawny fi­zycz­nie, do­bry w te­re­nie, te­raz ska­zany na prze­glą­da­nie stę­chłych pa­pie­rów, szu­ka­nie za­po­mnia­nego skarbu.

Dzie­sięć lat oka­zało się za krót­kim okre­sem, więc co­fał się da­lej. Aż cof­nął się o dwa­dzie­ścia trzy lata, za­nim Brix ka­zał mu to zo­sta­wić.

Trzy­na­ście za­gi­nio­nych ko­biet. Mło­dych. Żad­nego po­wią­za­nia z Ra­tu­szem ani po­li­tyką. Nic, co by je wią­zało z Holc­kiem. Nic też, co by je po­wią­zało z kon­kret­nym se­ryj­nym mor­dercą. Nie ozna­czało to oczy­wi­ście, że taki mor­derca nie ist­niał.

Prze­szła do ostat­niej, naj­star­szej. Sprzed dwu­dzie­stu je­den lat.

Ko­lory na zdję­ciu wy­bla­kły. Mette Hauge. Stu­dentka. Dwa­dzie­ścia dwa lata, dłu­gie brą­zowe włosy, nie­obecny, przy­ja­zny uśmiech. Wiel­kie białe kol­czyki.

Lund spoj­rzała na teczki ze sta­rymi spra­wami i usia­dła.

Te­le­fon nie milkł ani na chwilę, a tylko Vagn Sk?r­b?k go od­bie­rał. Lotte krę­ciła się wo­kół niego w krót­kiej blu­zeczce z du­żym de­kol­tem. Wie­dział dla­czego.

- Gówno mnie ob­cho­dzi pań­ski ter­min! - wrza­snął i rzu­cił słu­chawką. - Je­bani dzien­ni­ka­rze. - Spoj­rzał na Lotte gniew­nie. - Nie zimno ci tak? - Wró­cił do grze­ba­nia w sil­niku.

- Mia­łeś wie­ści od The­isa? - spy­tała.

- Już tu je­dzie. Dia­bli wie­dzą, gdzie się po­dzie­wał.

Lotte uśmiech­nęła się do niego i za­trze­po­tała rzę­sami. Już się roz­pę­dził, żeby się na to na­brać.

- Vagn. Nie mu­simy mó­wić The­isowi o tym, co było wczo­raj. To w ni­czym nie po­może. Mo­żemy to za­cho­wać dla sie­bie.

- Te­raz mam jesz­cze kła­mać? Jezu! Pra­cuję w nie­dzielę, pró­buję ogar­nąć cię­ża­rówki. Cze­goś jesz­cze tu nie ro­bię?

Kroki na po­sadzce. Do ga­rażu wszedł Theis Birk Lar­sen. Z obitą twa­rzą i nie­chluj­nym za­ro­stem wy­glą­dał okrop­nie.

Lotte uśmiech­nęła się ner­wowo.

- Cześć, Theis. Sły­sza­łeś, że go zna­leźli? Po­li­cja ma tu przy­je­chać w ciągu go­dziny.

Na żadne z nich nie spoj­rzał. Wszedł do biura i za­czął prze­glą­dać roz­pi­skę na bie­żący ty­dzień.

- Sły­sza­łem. Gdzie Per­nille?

- A jak są­dzisz, do cho­lery? - wrza­snął Sk?r­b?k.

Lotte wbiła wzrok w pod­łogę. Birk Lar­sen skie­ro­wał swoje małe, zimne oczy na drob­nego męż­czy­znę w czer­wo­nym stroju, drżą­cego ner­wowo kilka kro­ków od niego.

- O co ci cho­dzi?

Sk?r­b?k prze­stał nad sobą pa­no­wać.

- Prze­stań, do dia­bła, pie­przyć! - Wska­zał pal­cem schody. - Jest tam, gdzie ty po­wi­nie­neś być. Tu­taj. Co z tobą?!

Birk Lar­sen od­wró­cił się do Sk?r­b?ka, prze­chy­lił na bok wielką głowę i wbił w niego nie­ru­chome spoj­rze­nie. Nic nie mó­wił.

- Na­wet nie przy­sze­dłeś na cmen­tarz! Nie zna­la­złeś czasu, co? Ty pi­ju­sie! My wszyst­kiego pil­nu­jemy. By­li­śmy tam z Per­nille i chłop­cami. A gdzie ty, kurwa, by­łeś?

Lotte cof­nęła się w ocze­ki­wa­niu na wy­buch.

Sk?r­b?k przy­su­nął się o krok, spoj­rzał na wiel­ko­luda w czar­nej kurtce.

- Spa­pra­łeś to, ty durny fiu­cie. Wszystko tu leży roz­pier­do­lone, a ja nie za­mie­rzam tego dla cie­bie zgar­niać. Już nie. - Zdjął rę­ka­wice i wal­nął nimi o sil­nik cię­ża­rówki. - Sam so­bie na­pra­wiaj ten szmelc. - Zgar­nął na­rzę­dzia i puszki ze stołu warsz­ta­to­wego i po­le­ciał da­lej, ko­piąc jesz­cze po dro­dze puszkę z ole­jem.

Birk Lar­sen pa­trzył za nim, po czym spoj­rzał na Lotte.

- Co się działo?

Mil­czała prze­stra­szona.

Po­ło­żył wielką dłoń na jej ra­mie­niu.

- Masz mi po­wie­dzieć, co się stało, Lotte. Na­tych­miast.

Zi­mowe słońce wpły­wało przez ku­chenne okna. Do­niczki z ro­śli­nami. Zdję­cia. Na ścia­nie plany za­jęć... Otwarte drzwi do po­koju Nanny. Wszystko po sta­remu.

Per­nille sie­działa przy stole, wpa­tru­jąc się w blat. Ty­łem do wej­ścia.

Pod­szedł do ku­chenki i na­lał so­bie kawy do kubka.

- Ze­szłej nocy by­łem w domu w Hum­leby - po­wie­dział, nie pa­trząc na nią. - Nie wy­gląda tam naj­go­rzej. Na­wet nie ogar­nia­łem, że już tyle jest zro­bione.

Na stole le­żała po­ranna ga­zeta. Na pierw­szej stro­nie wid­niało wiel­kie zdję­cie Jensa Holcka i mniej­sze Nanny.

Per­nille wy­glą­dała blado. Miała kaca. Może się wsty­dziła. Nie chciał o tym my­śleć. I nie bę­dzie my­ślał. Wziął do ręki ga­zetę.

Na fo­to­gra­fii Holck pre­zen­to­wał się jak ra­sowy po­li­tyk. Po­rządny, przy­ja­zny, so­lidny czło­wiek. Fi­lar ko­pen­ha­skiej spo­łecz­no­ści. Uwiel­biany, żona, dzieci.

- Po­dobno nie żyje - mruk­nął Birk Lar­sen.

Jesz­cze ni­gdy nie wi­dział, żeby miała tak sze­roko otwarte oczy. Te­raz po­ły­ski­wały wzbie­ra­ją­cymi łzami.

- Theis, mu­szę ci coś...

- Nie­ważne.

Na prawy po­li­czek spa­dła wielka łza. Wy­cią­gnął szorstką dłoń i ją otarł.

- W ogóle nie­ważne.

Ko­lejne łzy. Dla­czego nie umie pła­kać ra­zem z nią? Prze­cież ma uczu­cia. Dla­czego nie znaj­duje słów?

- Strasz­nie za tobą tę­sk­ni­łem - po­wie­dział. - Niby je­den dzień, a mia­łem wra­że­nie, że to cała wiecz­ność.

Wtedy się ro­ze­śmiała, a z oczu try­snęły dwa po­ły­skliwe stru­mie­nie, tak ob­fite, że nie mógł ich po­wstrzy­mać, choć bar­dzo chciał.

Per­nille wy­cią­gnęła rękę, do­tknęła jego twa­rzy, po­si­wia­łej ru­dej brody. Po­gła­dziła go po po­liczku, po ra­nach, si­nia­kach. Po­ca­ło­wała go.

Usta miała cie­płe i wil­gotne, skórę też. Po­nad sto­łem, po­nad mo­zaiką za­sty­głych twa­rzy on tu­lił ją, a ona jego.

Wresz­cie tak, jak być po­winno.

Hart­mann do­piero po po­łu­dniu po­wie­dział o ugo­dzie z Bre­me­rem. A i tak We­ber się wściekł.

- Ro­zejm? I ty się na to zgo­dzi­łeś, Tro­els? Nie do wiary. Na ro­zej­mie zy­skuje wy­łącz­nie Bre­mer. Chce cię w ten spo­sób uci­szyć. Trak­tuje nas jak nie­grzeczne dzieci. Je­śli weź­miesz udział w tym spo­tka­niu, już po nas.

Hart­mann trzy­mał w dłoni fi­li­żankę, wy­glą­dał za okno, ma­rzył o kilku dniach poza ma­łym, cia­snym świa­tem Ra­tu­sza. Z Rie. I tylko z nią.

- Nie mamy wy­boru.

- Och! Więc te­raz nam się po­doba, że Bre­mer zo­sta­nie na sta­no­wi­sku.

- Nie, nie po­doba się. Ale przy­parł nas do muru. - Za­klął pod no­sem. - Boże, ależ on ma wy­czu­cie. Je­śli zro­bię to, co chce, nie będę mógł go kry­ty­ko­wać. Je­śli nie zro­bię, wyjdę na wi­chrzy­ciela z kon­tro­wer­syjną prze­szło­ścią. Mamy prze­rą­bane, prawda? - Nie usły­szał od­po­wie­dzi. - Prawda, Mor­ten? Chyba że masz ja­kieś po­my­sły?

We­ber wcią­gnął po­wie­trze. Nie zdą­żył się ode­zwać, gdy drzwi się otwo­rzyły i we­szła Rie Sko­vga­ard z twa­rzą tak bladą i wście­kłą, że pę­dem wy­co­fał się do po­koju obok.

- Pró­bo­wa­łem się do cie­bie do­dzwo­nić - ode­zwał się Hart­mann. - Nie było cię w domu.

- Nie. - Rzu­ciła to­rebkę na biurko i usia­dła. - By­łam u ko­le­żanki.

- Prze­pra­szam, że ci nie po­wie­dzia­łem.

- A dla­czego mi nie po­wie­dzia­łeś?

- No... prze­pro­si­łem prze­cież.

Po­de­szła do niego.

- Trzy dni po swoim ta­jem­ni­czym week­en­dzie po­pro­si­łeś, że­bym się do cie­bie wpro­wa­dziła.

- Mó­wi­łem po­waż­nie.

- Więc dla­czego mi nie po­wie­dzia­łeś?

- Bo... bo by­łem pi­jany. To było głu­pie.

- Mor­te­nowi mo­głeś po­wie­dzieć, a mnie nie. To trafi do prasy?

- Nie. Brix dał mi słowo.

- To wiele zna­czy.

- My­ślę, że tym ra­zem tak. Gdyby to wy­pły­nęło, oni też wy­glą­da­liby nie naj­le­piej. Za­po­mnij o po­li­cji, Rie. Nie chcia­łem, żeby mię­dzy nami się po­psuło. Cza­sami... Nie wiem, czego ty chcesz. To ja mó­wię, że po­win­ni­śmy za­ło­żyć ro­dzinę... Mieć dzieci.

- Te­raz to moja wina?

- Nie to mia­łem na my­śli.

- Więc po co tak mó­wisz? A, do dia­bła z tym, i tak gówno mnie to ob­cho­dzi. - Wy­jęła ja­kieś do­ku­menty z teczki i za­częła je prze­glą­dać.

- Przy­naj­mniej daj mi szansę wy­ja­śnić.

- Nie chcę tego słu­chać. - Spoj­rzała na niego. Wzro­kiem bez wy­razu. Tak samo mo­głaby pa­trzeć na ze­bra­niu ko­mi­tetu. - Tro­els, to ko­niec. Kam­pa­nia trwa, wło­ży­łam w nią całe serce, nie odejdę te­raz. Po­wiedz mi prawdę. Rze­czy­wi­ście zgo­dzi­łeś się na ro­zejm z Bre­me­rem? Wiesz, co to ozna­cza?

- Po­wie­dzia­łem mu, że się po­sta­ram. Nie zo­sta­wił mi wy­boru.

- No to już go masz. Nie bę­dzie żad­nego ro­zejmu.

- To moja de­cy­zja. Nie twoja.

Rie Sko­vga­ard wzięła z biurka jego ka­len­darz.

- Kiedy ty wszyst­kich do­pro­wa­dza­łeś do szału i zgry­wa­łeś mę­czen­nika przed po­li­cją, ja pra­co­wa­łam. Masz dzi­siaj spo­tka­nie. I po tym spo­tka­niu po­wiesz mi, czy na­dal chcesz tań­czyć, jak ci Poul Bre­mer za­gra.

Oj­ciec Mette Hauge miesz­kał w go­spo­dar­stwie na obrze­żach mia­sta, nie­opo­dal K?ge. Lund po­je­chała tam sama. Ni­gdy nie wi­działa tak za­nie­dba­nego miej­sca. Szyby pu­stej szklarni po­pę­kały, nie­któ­rych bra­ko­wało. Nie do­strze­gła ni­g­dzie sa­mo­chodu, tylko tani mo­to­ro­wer za­par­ko­wany przy tyl­nym wej­ściu.

Jor­gen Hauge wy­szedł do­piero po chwili. Szczu­pły, siwy męż­czy­zna w gra­na­to­wym kom­bi­ne­zo­nie, miał chyba z sie­dem­dzie­siąt lat.

Wy­da­wał się zdzi­wiony, gdy po­ka­zała mu od­znakę i spy­tała o córkę.

- Czemu pani przy­je­chała? Po tylu la­tach?

- Mam tylko kilka py­tań - obie­cała Lund. - To nie po­trwa długo.

Hauge miesz­kał sam z kil­koma ku­rami i wie­ko­wym owczar­kiem. W domu było po­rząd­nie i czy­sto. Go­spo­darz spra­wiał wra­że­nie pe­dan­tycz­nego i uważ­nego.

Gdy ro­bił kawę, Lund się ro­zej­rzała. Zdję­cie dziew­czynki ba­wią­cej się na plaży. Po­tem póź­niej­sze o kilka lat - dziew­czyna na ka­na­pie. Na in­nym po­zuje z na­gro­dami za by­dło i trzodę.

- To było dwa­dzie­ścia je­den lat temu - po­wie­dział Hauge. - Znik­nęła siód­mego li­sto­pada. W środę. - Spoj­rzał na nią. - Pa­dało. Mar­twi­łem się, że stu­dzienki wy­biją. - Przy­niósł do stołu wię­cej zdjęć. - Wła­śnie się prze­pro­wa­dziła do Chri­stian­shavn. W ogóle pierw­szy raz wy­pro­wa­dziła się z domu. Po­dobno wra­cała z tre­ningu, z piłki ręcz­nej. Za­dzwo­ni­li­śmy na po­li­cję.

Wy­cinki pra­sowe z tam­tego czasu. Wszę­dzie to samo zdję­cie Mette. Śliczna.

- Dwa, trzy ty­go­dnie póź­niej nad sprawą pra­co­wało już tylko kilku po­li­cjan­tów. Ni­gdy jej nie zna­leźli.

Ko­lejny wy­ci­nek. Wieńce. Na­gro­bek.

- Więc po­cho­wa­li­śmy pu­stą trumnę.

- Czy to moż­liwe, że po­peł­niła sa­mo­bój­stwo?

Chyba go to py­ta­nie nie ob­ru­szyło.

- Mette cho­dziła cza­sami przy­gnę­biona. Była stu­dentką, tro­chę na­iwną. My­ślę, że przez pe­wien czas za­da­wała się z ja­ki­miś hi­pi­sami. Chri­stia­nia, te rze­czy. Nam o tym nie mó­wiła.

- Może zo­stał ja­kiś list?

- Nie. Mette się nie za­biła. Wiem... - Prze­su­nął pal­cem po wy­cin­kach. - Po­li­cja mó­wiła, że każdy oj­ciec za­wsze tak po­wie. Ale ona się nie za­biła.

- Miała chło­paka?

- My­śmy o żad­nym nie wie­dzieli. Jak wspo­mnia­łem, wła­śnie się wy­pro­wa­dziła do mia­sta. - Hauge ro­zej­rzał się po po­koju. - Dla mło­dego czło­wieka tu jest tro­chę nudno. To było dawno temu... nie pa­mię­tam. Miała swoje ży­cie...

- Czy coś pana wtedy za­sta­no­wiło?

Żach­nął się.

- O tak. Że jed­nego dnia czło­wiek ma córkę, którą ko­cha naj­bar­dziej na świe­cie, a na­stęp­nego dnia ona znika na za­wsze. To mnie za­sta­no­wiło.

Wstała.

- Prze­pra­szam, że za­wra­ca­łam panu głowę - po­wie­działa.

- Jesz­cze jedno. Jak to moż­liwe, że po tylu la­tach w jed­nym ty­go­dniu po­li­cja przy­cho­dzi do mnie dwa razy?

Lund się za­wa­hała.

- Co to zna­czy?

- Był tu je­den po­li­cjant i za­da­wał mi te same py­ta­nia.

- Jak się na­zy­wał?

- Gdzieś so­bie za­pi­sa­łem. Śmiesz­nie mó­wił. I chyba wcale mnie nie słu­chał. - Prze­trzą­snął ja­kieś pa­piery na sta­rym biurku pod oknem. - Może zo­sta­wi­łem w ja­dal­nym. Za­raz pani przy­niosę.

Po­dą­żyła za nim, roz­glą­da­jąc się po ścia­nach.

Wszę­dzie zdję­cia i ob­razy. Ro­dzina i pej­zaże.

I na­gle zdję­cie Mette z cza­sów stu­denc­kich. Czarno-białe. Włosy w nie­ła­dzie, tani T-shirt.

Na­szyj­nik z czar­nym ser­dusz­kiem.

Lund na chwilę prze­stała od­dy­chać.

Spoj­rzała jesz­cze raz.

Ręczna ro­bota hi­pi­sów z Chri­stia­nii, po­wie­dział Meyer. Dziś to rzadko spo­ty­kane przed­mioty. To był ten sam na­szyj­nik. Nie miała naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści.

Wró­cił Hauge.

- Skąd córka miała ten na­szyj­nik? - spy­tała.

- Nie wiem. Wtedy już miesz­kała w mie­ście. Może od ko­goś do­stała.

- Kto jej go dał?

- My­śli pani, że po­wie­dzia­łaby ojcu?

- A wi­dział go pan jesz­cze kie­dyś? W jej rze­czach, po śmierci?

- Nie są­dzę.

Po­dał jej na­zwi­sko męż­czy­zny, z któ­rym roz­ma­wiał. Za­sta­na­wiała się, czemu nie czuje się za­sko­czona.

- Mo­gła­bym wziąć to zdję­cie? - spy­tała Lund. - Zwrócę je, obie­cuję.

Meyer po­je­chał po­roz­ma­wiać z ro­dziną Birk Lar­se­nów. Siadł przy ich nie­ty­po­wym ku­chen­nym stole. Po­wie­dział, co wie. Holck po­znał Nannę przez por­tal rand­kowy, sko­rzy­stał z toż­sa­mo­ści Hart­manna, by za­tu­szo­wać swoje dzia­ła­nia. A po­tem ro­mans się skoń­czył.

- Dla­czego to zro­bił? - spy­tała Per­nille.

Trzy­mali się za ręce jak na­sto­latki.

- Wy­gląda na to, że był w niej za­ko­chany. Do sza­leń­stwa. Ona ze­rwała, Holck ją prze­ko­nał, by się z nim spo­tkała po raz ostatni w miesz­ka­niu li­be­ra­łów. Po­tem... w su­mie nie wiemy.

Birk Lar­sen nie od­ry­wał spoj­rze­nia od go­ścia.

- Jak do­kład­nie zgi­nął?

- Gro... Gro­ził śmier­cią ko­le­żance - pra­wie wy­ją­kał Meyer. - Nie mie­li­śmy wy­boru. Zo­stał za­strze­lony.

- Po­wie­dział coś? - spy­tała Per­nille.

- Nie. Nic.

- I je­ste­ście pewni, że to on?

- Tak.

Ich palce po­ru­szały się ra­zem, sple­cione. Spoj­rzeli po so­bie. Kiw­nęli gło­wami. Przez twa­rze prze­mknął im cień uśmie­chu.

- Chcie­li­by­śmy od­zy­skać rze­czy Nanny - po­wie­działa Per­nille.

- Oczy­wi­ście. Moja ko­le­żanka Sa­rah Lund już nie pro­wa­dzi tego do­cho­dze­nia, więc gdyby pań­stwo cze­goś po­trze­bo­wali, pro­szę dzwo­nić do mnie. - Po­ło­żył na stole wi­zy­tówkę. - W każ­dej chwili. W do­wol­nej spra­wie.

Wstał. Theis Birk Lar­sen też.

Wielki męż­czy­zna wy­cią­gnął rękę. Meyer ją uści­snął.

- Dzię­kuję - po­wie­dział Birk Lar­sen. - Zer­k­nął na żonę. - Oboje dzię­ku­jemy.

Bengt Ro­sling go­to­wał w kuchni, po­słu­gu­jąc się jedną ręką. Vi­beke pa­trzyła na to z uśmie­chem.

- Kiedy się stąd wy­pro­wa­dzimy, bę­dzie faj­nie - ode­zwał się.

Bu­telka ama­rone. Ma­ka­ron i sos.

Vi­beke wznio­sła to­ast.

- Chcia­ła­bym znowu sama miesz­kać. Sa­rah... - Otwo­rzyły się drzwi. Ści­szyła głos. - Jej ktoś musi pil­no­wać.

We­szła Lund. W kurtce prze­mo­czo­nej od mżawki. Włosy w nie­ła­dzie.

- Cześć! - Bengt się­gnął po trzeci kie­li­szek, by na­peł­nić go wi­nem.

- Mo­żemy po­ga­dać? - spy­tała.

- Te­raz? Ro­bimy lunch. Twoja mama mi po­maga.

Lund cze­kała w mil­cze­niu.

- Znowu to samo - stęk­nęła Vi­beke i wy­szła do sa­lonu, za­my­ka­jąc za sobą drzwi.

Lund wy­jęła z to­rebki teczkę. Rzu­ciła ją na stół. Pró­bo­wała nad sobą pa­no­wać, ale nie za bar­dzo.

- O co cho­dzi? - chciał wie­dzieć.

- Roz­ma­wia­łeś z oj­cem jed­nej z za­gi­nio­nych ko­biet.

Siadł i wziął łyk wina.

- Uda­wa­łeś ofi­cera po­li­cji. Mo­gła­bym cię za to wsa­dzić.

- Nie, nie mo­gła­byś.

- Czemu?

- Bo to twój szef Brix za­dzwo­nił do mnie trzy dni temu, sły­szał o mo­ich po­my­słach. Że może ten czło­wiek za­bił już wcze­śniej. - Wziął teczkę Mette Hauge i ją otwo­rzył.

Ładna dziew­czyna. Roz­czo­chrane włosy. To było zdję­cie z kar­to­teki. Lund spraw­dziła, że Mette udzie­lono po­ucze­nia za mięk­kie nar­ko­tyki.

- Po­wie­dzia­łem Bri­xowi, co są­dzę. Zlek­ce­wa­żył to. Jakby był zde­cy­do­wany udu­pić Hart­manna.

- Na­prawdę?

- Za­cho­wy­wał się wo­bec mnie bar­dzo aro­gancko. Zi­ry­to­wało mnie to.

- Nie mia­łam po­ję­cia, że masz ta­kie wraż­liwe ego.

- To było nie na miej­scu. Chcia­łem udo­wod­nić, że mam ra­cję. Te akta Hauge były stare, ale wy­glą­dały naj­bar­dziej obie­cu­jąco. Jej ro­wer zna­le­ziono nie­da­leko miej­sca śmierci Nanny. Więc po­je­cha­łem do ojca - znowu się na­pił - i tyle.

- I czego się do­wie­dzia­łeś?

Mil­czał.

- Czego się do­wie­dzia­łeś, Bengt?

Po­dał jej drugi kie­li­szek. Nie przy­jęła go.

- Wczo­raj wie­czo­rem po­wie­dzia­łeś, że się my­li­łeś. Że nie ma po­wią­za­nia z żadną z tych za­mknię­tych spraw. Ale wiesz, że to nie­prawda. Po­je­cha­łeś tam...

- To tylko jedna sprawa. Nie­pewna.

- Nie­pewna? - Wy­cią­gnęła z kie­szeni czarno-białe zdję­cie. - Spójrz mi w oczy i po­wiedz, że ni­gdy go nie wi­dzia­łeś. Chcę wie­dzieć, jak to jest, gdy kła­miesz. Jesz­cze ni­gdy nie mia­łam oka­zji się o tym prze­ko­nać.

Spoj­rzał na zdję­cie i się skrzy­wił.

- To pew­nie zbieg oko­licz­no­ści. Ta­kich na­szyj­ni­ków mo­gły być ty­siące.

- No. Te­raz już się prze­ko­na­łam. - Sta­nęła nad zle­wem, sta­ra­jąc się uspo­koić.

- Saro... - Sta­nął za nią. Do­tknął jej ra­mie­nia, ale za­raz cof­nął rękę. - Ko­cham cię. Mar­twię się o cie­bie. Nie chcia­łem, żeby to wiecz­nie nad nami wi­siało...

Od­wró­ciła się twa­rzą do niego.

- Co zro­bi­łeś po­tem?

- Spo­rzą­dzi­łem no­tatkę i da­łem te akta Bri­xowi.

Na chwilę za­mknęła oczy.

- Da­łeś je Bri­xowi? Nie mnie?

- Nie roz­ma­wia­li­śmy. By­łem na cie­bie wście­kły. Jak mo­głem dać je to­bie?

Lund kiw­nęła głową.

- Jak mo­głeś? - Wzięła teczkę i zdję­cie, wci­snęła je z po­wro­tem do to­rebki.

- Saro...

Zo­sta­wiła go bia­do­lą­cego w kuchni, z tym wi­nem i ma­ka­ro­nem, i ze swoją matką.

Oka­zało się, że Rie zor­ga­ni­zo­wała spo­tka­nie Hart­manna z Ger­tem Stok­kem, kie­row­ni­kiem działu u Holcka. I zo­stała po­słu­chać.

Stokke był wy­so­kim męż­czy­zną do­bie­ga­ją­cym sześć­dzie­siątki. Urzęd­ni­czy gar­ni­tur, de­li­katna, in­te­li­gentna twarz. Łysy jak ko­lano i szczwany.

Spoj­rzał naj­pierw na Sko­vga­ard, po­tem na Hart­manna i za­czął:

- Chciał­bym, żeby to zo­stało mię­dzy nami. Nie lu­bię przy­cho­dzić w nie­dziele. Lu­dzie ga­dają.

- Dzięki, że przy­sze­dłeś, Gert. - Sko­vga­ard za­pro­wa­dziła go do ka­napy.

- Zda­je­cie so­bie sprawę, jak bar­dzo ry­zy­kuję?

- Tak. - Zer­k­nęła na Hart­manna. - Zda­jemy. I do­ce­niamy to.

- Cóż...

Stokke pra­co­wał w Ra­tu­szu od po­nad dwu­dzie­stu lat. Trzy lata temu zo­stał kie­row­ni­kiem w de­par­ta­men­cie Holcka.

- Oczy­wi­ście mam do­stęp do wszyst­kich kont i bu­dże­tów - mó­wił. - To są pie­nią­dze pu­bliczne. Bar­dzo ważna praca, i bar­dzo nie­do­ce­nia­nia, po­zwolę so­bie za­uwa­żyć.

Hart­mann zer­k­nął na ze­ga­rek, a po­tem groź­nie na Sko­vga­ard.

- Spie­szy­cie się gdzieś? - zdzi­wił się Stokke.

- Opo­wiedz nam o Holcku - za­chę­ciła go.

- Zimny czło­wiek. La­tem się zmie­nił. Za­wsze był taki skru­pu­latny, nie­sym­pa­tyczny, ale z pracą za­wsze aku­ratny. - Wzru­szył ra­mio­nami. - Na­gle za­częły się po­ja­wiać za­nie­dba­nia.

- Ja­kie? - spy­tał Hart­mann.

- Wziął dzień wol­nego i po­wie­dział mi, że jest chory. Po­tem za­dzwo­niła jego żona i spy­tała, gdzie on jest. Lu­dzie mie­wają ro­manse, to nie moja sprawa.

- Po co ja tego wy­słu­chuję, Rie? - zi­ry­to­wał się Hart­mann. - To żadne no­wo­ści. Holck nie żyje. Mam kon­fe­ren­cję pra­sową. - Wstał.

- Gert - po­wie­działa Sko­vga­ard. - Wie­dzia­łeś, że Holck ma ro­mans i że ko­rzy­sta z na­szego miesz­ka­nia?

Hart­mann przy­sta­nął w dro­dze do drzwi.

- Wie­dzia­łem o ro­man­sie - przy­znał Stokke. - Co do miesz­ka­nia nie mia­łem pew­no­ści. Ta­kiej cał­ko­wi­tej. Sły­sza­łem na ten te­mat plotki. Raz chcia­łem mu prze­ka­zać ja­kieś do­ku­menty, a on po­wie­dział, że­bym je wy­słał tak­sówką na Store Kon­gens­gade.

- Jezu - jęk­nął Hart­mann.

- Mo­gło cho­dzić o spo­tka­nie z tobą.

- Wie­dzia­łeś, że Holck ko­rzy­sta z na­szego miesz­ka­nia? - Po­krę­cił głową. - Masz po­ję­cie, czego mo­głeś mi oszczę­dzić? Dla­czego, do cho­lery, nic nie po­wie­dzia­łeś? Wsa­dzili mnie do aresztu...

- Po­wie­dzia­łem Bre­me­rowi - wtrą­cił szybko Stokke. - On o wszyst­kim wie­dział. Jest bur­mi­strzem. Je­śli z kimś mia­łem roz­ma­wiać...

- Co?!

- Kilka mie­sięcy temu, jak tylko się do­wie­dzia­łem. Po­pro­si­łem o spo­tka­nie i Bre­mer za­pew­nił, że się tym zaj­mie. Wziął Holcka na słówko.

- Kiedy to się wszystko działo?

- W maju, czerwcu. To Bre­mer. Bur­mistrz! Je­śli on mówi, że się czymś zaj­mie, to co ja się będę kłó­cił? Nie patrz tak na mnie, Hart­mann. Przy­sze­dłem, prawda?

Za­mie­sza­nie w drzwiach. Wpadł Mor­ten We­ber.

- Tro­els. Spóź­niasz się na ka­stra­cję. Zbiera się kon­fe­ren­cja pra­sowa, Bre­mer chce się spo­tkać ze wszyst­kimi wcze­śniej. - Na­gle za­uwa­żył, że coś jest nie tak. - Gert? Co ty tu, u dia­bła, ro­bisz?

Jan Meyer sie­dział w biu­rze ze swoją żoną i dziećmi. Trzy dziew­czynki: sie­dem, pięć i dwa latka. Przy­nio­sły mu dwa nowe ra­dio­wo­ziki. Ro­biły nimi "brum, brum" po bla­cie.

- Wyjdźmy w nie­dzielę na obiad - mó­wiła żona.

Trzy­mał na ko­la­nach naj­star­szą córkę i obej­mo­wał ją w pa­sie.

- Naj­chęt­niej po­sie­dział­bym w domu, je­śli nie masz nic prze­ciwko temu.

- Do­bra - zgo­dziła się. - Niech bę­dzie w domu.

- W domu jest ja­kieś je­dze­nie, prawda? - Jego głos stał się do­no­śny i śmiały, jak u ol­brzyma z kre­skó­wek. - Mam ochotę na wiel­kie steki i mnó­stwo lo­dów. I cu­kierki, i colę. A po­tem... do­kładkę wiel­kich ste­ków!

- Mo­żemy za­mó­wić pizzę.

Za szybą po­ja­wiła się Lund z po­ważną twa­rzą, zde­ner­wo­wana. Za­trzy­mała się w drzwiach.

- Za­cze­kaj­cie - po­wie­dział Meyer. - Mu­szę po­ga­dać. To nie po­trwa długo. - Wy­szedł na ko­ry­tarz. - Co się dzieje, Lund?

- Nie wiem.

Do­tknęła głowy. Spoj­rzał na jej palce.

- Krwa­wisz. Le­karz mó­wił, że je­śli szwy pusz­czą, trzeba bę­dzie za­ło­żyć nowe.

- Mu­simy wró­cić do ka­na­łów. My­ślę, że tam jesz­cze coś jest.

- Lund...

Dzieci ma­chały mu z po­koju. Wy­ko­ny­wały ge­sty, jakby coś ja­dły. Żona nie wy­glą­dała na szczę­śliwą.

- Po­wiem ci po dro­dze.

- Nie. Po­wiedz mi te­raz.

- Nie zwa­rio­wa­łam, Meyer.

Mil­czał.

- Tam coś jest - upie­rała się. - Je­dziemy?

Lund pro­wa­dziła, Meyer czy­tał akta. W ra­diu le­ciały wia­do­mo­ści. Śmierć Holcka, po­li­cjantka jako za­kład­niczka. Brix mó­wił, że sprawa Nanny Birk Lar­sen jest za­mknięta. W Ra­tu­szu plot­ko­wano o ro­zej­mie, a po­li­tycy spu­ścili z tonu i pró­bo­wali prze­cze­kać chaos, który na­gle wtar­gnął do ich ży­cia.

Pa­trzył na zdję­cia na­szyj­nika. W ręku Nanny. Na szyi Mette Hauge dwa­dzie­ścia je­den lat wcze­śniej.

- To ten sam, nie są­dzisz? - spy­tała Lund.

- Tak wy­gląda. Czym się ta dziew­czyna wy­róż­nia?

- Zna­le­ziono jej ro­wer. To jest na końcu ra­portu.

Meyer się­gnął we wska­zane miej­sce.

- Frie­sland­svej?

- Na Ka­lve­bod F?l­led. Przy głów­nym ka­nale, bli­sko Lasu Zie­lo­no­świąt­ko­wego. Prze­ci­nasz ka­nał i je­steś w le­sie. Ro­wer le­żał ja­kieś sie­dem­set me­trów od miej­sca, w któ­rym zna­leź­li­śmy sa­mo­chód.

Fun­da­cja ochrony śro­do­wi­ska na­tu­ral­nego do­star­czyła mapkę, którą do­łą­czono do akt. Wła­śnie w nią wpa­try­wał się te­raz Meyer.

- Na ca­łym te­re­nie aż do mo­rza gę­sto tam od siatki ka­na­łów. Mo­żesz w nich uto­pić pół Ko­pen­hagi i nikt nic ni­gdy nie znaj­dzie.

- Holck stu­dio­wał w Sta­nach, gdy za­gi­nęła Mette Hauge. - Po­dała mu zdję­cie dy­plomu z Uni­wer­sy­tetu Ka­li­for­nij­skiego w Santa Cruz. - Nie przy­jeż­dżał przez cały rok. To nie mógł być on.

- Masz tylko na­szyj­nik.

- I ro­wer. Wiem, że to ten sam czło­wiek. Wiem na pewno.

- Już prze­szu­ki­wa­li­śmy ka­nał.

- Tego sa­mego miej­sca by nie wy­brał.

Meyer mach­nął ku niej mapką.

- To może po­trwać całe lata.

Mi­nęli sta­cję Ve­sta­ma­ger, ostatni przy­sta­nek me­tra. Da­lej droga bie­gła pro­sto na po­łu­dnie, do Sundu.

Ni­ski, pła­ski te­ren. Tylko po pra­wej wi­dać było li­nię mar­twych drzew.

- Mu­simy po pro­stu zna­leźć ko­goś do po­mocy - po­wie­działa Lund. - Nie martw się.

Prze­pom­pow­nia. Dwaj funk­cjo­na­riu­sze z noc­nej zmiany wraz z Lund i Mey­erem prze­szli przez drzwi, po­dą­żyli scho­dami w dół i da­lej w mroczne wnę­trze brzdą­ka­ją­cych pomp i in­nych ma­szyn. Przed­się­bior­stwo wodno-ka­na­li­za­cyjne przy­słało swo­jego in­ży­niera. Przy­zwy­cza­jony był do go­ści, lu­bił im opo­wia­dać o hi­sto­rii. Kiedy Niemcy oku­po­wali Da­nię, pod byle pre­tek­stem wy­wo­zili męż­czyzn do na­zi­stow­skich obo­zów pracy. Wła­dze Ko­pen­hagi wy­my­ślały więc lipne pro­jekty, żeby z ko­lei za­trzy­mać ich w domu. Do ta­kich pro­jek­tów na­le­żała re­kul­ty­wa­cja te­re­nów. Pro­jekt ten nie miał żad­nego sensu prak­tycz­nego, ale dzięki niemu przez ja­kiś czas w nie­miec­kie łapy nie wpa­dły setki Duń­czy­ków.

- A te­raz - po­wie­dział, prze­krzy­ku­jąc ha­łas ma­szy­ne­rii - cią­gle pom­pu­jemy. Osiem­dzie­siąt pro­cent oko­licz­nych te­re­nów leży po­ni­żej po­ziomu mo­rza. Gdy­by­śmy nie pom­po­wali, Sund dawno by się o nie upo­mniał.

Miał lep­szą mapę. Meyer spoj­rzał na nią i wes­tchnął. Sieć me­lio­ra­cji była jesz­cze bar­dziej zło­żona, niż się wy­da­wało na pierw­szy rzut oka, roz­cią­gała się na ca­łym te­re­nie ni­czym wodny sys­tem ner­wowy cha­otycz­nie bie­gnący do mo­rza.

- To mo­stek, przy któ­rym zna­leź­li­śmy Nannę. - Lund wska­zała punkt na ma­pie. - Do­kąd ten ka­nał bie­gnie?

- Wszyst­kie ka­nały od­pro­wa­dzają wodę do mo­rza. Po to tam są.

Prze­su­nęła pa­lec z po­wro­tem od miej­sca śmierci Nanny do rowu, przy któ­rym zna­le­ziono ro­wer Mette Hauge.

- To nie­wy­ko­nalne, Lund - uty­ski­wał Meyer. - Od czego mamy, do cho­lery, za­cząć?

Spoj­rzała na niego zdu­miona. To chyba było oczy­wi­ste.

- Za­czniemy od tego, że spró­bu­jemy my­śleć jak on. - Znowu po­ka­zała mapę in­ży­nie­rowi. - Co to jest?

- Spust, który wy­pły­wał na starą drogę.

- Jaką drogę?

- Starą. - Jego ton su­ge­ro­wał, że po­winna wi­dzieć. - Za­mknę­li­śmy ją ja­kieś dwa­dzie­ścia lat temu. Nie była nam po­trzebna, nikt tam­tędy nie jeź­dził. Bo i po co?

- Tam po­szu­kamy. - Lund po­stu­kała pal­cem w mapę. - Wpu­ścimy nur­ków do wszyst­kich ka­na­łów i spu­stów, które stąd od­cho­dzą. Mu­simy prze­szu­kać je­zioro.

- Oj, nie. - In­ży­nier za­śmiał się ner­wowo. - Nie mo­że­cie tego zro­bić. Je­śli lu­dzie się do­wie­dzą, że szu­ka­cie ciała, bę­dziemy mu­sieli wszystko po­za­my­kać.

- To naj­lep­sze wyj­ście - upie­rała się Lund. - Po­wiedzmy, że na czter­dzie­ści osiem go­dzin. - Spoj­rzała na lu­dzi z noc­nej zmiany. - Ścią­gnij­cie po­siłki.

- Nie mo­że­cie! To obej­mie pięć­dzie­siąt ty­sięcy go­spo­darstw do­mo­wych. Szpi­tale, domy star­ców.

- Po­sta­ramy się po­spie­szyć.

Za­brzę­czały sta­lowe schodki. Do­łą­czył do nich Brix.

Lund wy­szła mu na­prze­ciw.

- Ciała Mette Hauge ni­gdy nie od­na­le­ziono - wy­ja­śniła szybko. - Jej ro­wer le­żał bli­sko miej­sca, w któ­rym zna­leź­li­śmy ciało Nanny. Czarny na­szyj­nik na­le­żał do Mette. Mu­simy prze­szu­kać ka­nały. To ten sam czło­wiek.

- Do­bra - zde­cy­do­wał Brix. - Wy­ślij nur­ków.

Nie wie­rzyła, że tak ła­two po­szło.

- I wy­stą­pi­łem do sił po­wietrz­nych o kilka F16 - do­dał. - Po­wia­dom NATO. Co jesz­cze? Może spro­wa­dzimy okręt pod­wodny?

- Po­słu­chaj. Holcka nie było wtedy w kraju.

- Więc nie za­bił Mette Hauge, a to ci nie­spo­dzianka. Za­mor­do­wał jed­nak Nannę. I to jest ważne. Prze­czy­ta­łem no­tatkę two­jego chło­paka. To tylko teo­ria. Sprawa jest za­mknięta. Holck miał ro­mans z Nanną, jego od­ci­ski pal­ców są w ca­łym miesz­ka­niu.

- Mo­gły być stare. Do­kąd Holck ją za­brał? Na­dal nie wiemy. To nie był ten ma­ga­zyn, w któ­rym miesz­kał. Nic tam...

- Idź do domu, do­bra? Po­ga­daj ze swoim chło­pa­kiem. A po­tem wsiądź­cie w sa­mo­lot do Szwe­cji. Po­pro­szę. - Ru­szył do wyj­ścia.

Lund się wście­kła, choć pró­bo­wała się opa­no­wać.

- Tego wła­śnie chcesz, prawda? Że­bym się za­mknęła. O to też Bre­mer pro­sił? To część umowy?

Brix się od­wró­cił.

- Je­stem cier­pli­wym czło­wie­kiem, ale wszystko ma swoje gra­nice. Nie za­uwa­ży­łaś?

- Po­słu­chaj mnie, Brix.

Wy­cią­gnął rękę.

- Od­daj mi od­znakę.

Pró­bo­wała się spie­rać. Nie słu­chał. Od­dała od­znakę.

- I klu­czyki do sa­mo­chodu.

Pod­szedł do nich Meyer.

- Po­szu­kaj po­mocy, Lund - po­wie­dział Brix. - Dzięki Bogu, że nie je­steś już na li­ście płac wy­działu, bo nie mu­szę za to pła­cić. - Rzu­cił klu­czyki Mey­erowi. - Od­wo­łaj­cie wszyst­kie jej za­rzą­dze­nia. Niech kto inny się te­raz z nią użera.

Meyer od­wiózł ją do domu, sta­rał się po­cie­szyć po swo­jemu.

- Mo­gli­by­śmy się tam pier­dzie­lić do końca ży­cia, a i tak nic nie zna­leźć. Daj spo­kój.

Głowa znowu jej krwa­wiła. Otarła ją chu­s­teczką. Krwawy skra­wek zo­stał jej na po­ty­licy.

- A tak czy owak ten ko­leś od wody mó­wił, że co­dzien­nie spraw­dzają po­ziom bak­te­rii. Ten punkt, o któ­rym mó­wi­łaś, jest nie­opo­dal uję­cia wody pit­nej. Coś by wy­ła­pali.

- To było dwa­dzie­ścia je­den lat temu. Za­po­mnij te­raz o ka­nale. Dla­czego Nanna po­je­chała do miesz­ka­nia? Ona na coś cze­kała, pa­mię­tasz? Te jej zdję­cia w szkole... Była szczę­śliwa.

- Lu­biła Holcka. Dla­tego była szczę­śliwa.

Lund spoj­rzała na Mey­era i za­mru­gała.

- Do­bra, może to mało prze­ko­nu­jące - przy­znał. - Ale ni­gdy nie wia­domo.

- Dla­czego nie po­je­chali do miesz­ka­nia ra­zem?

- Bo on jest po­li­ty­kiem, nie po­ka­zuje się pu­blicz­nie z dzie­więt­na­sto­latką. A może...

- Och, na mi­łość bo­ską. Też my­ślisz, że zwa­rio­wa­łam?

- Oczy­wi­ście, że nie. Od­wożę cię do domu, prawda?

- Za­wsze żar­tu­jesz, jak się robi nie­zręcz­nie.

- Nie są­dzę, że zwa­rio­wa­łaś, Lund, ja­sne?

- Mu­sisz spraw­dzić akta Mette Hauge. To wtedy była wielka sprawa. Prze­pro­wa­dzili ty­siąc sie­dem­set prze­słu­chań. Musi być ktoś, ja­kiś trop, który pro­wa­dzi do Nanny.

Meyer jęk­nął.

- Mu­szę to ro­bić?

- Tak. Brix za­brał mi od­znakę, nie mogę wejść do ar­chi­wum. Zrób to dzi­siaj w nocy. Szu­kaj po­wta­rza­ją­cych się na­zwisk. Ad­re­sów.

- Nie.

- Zo­bacz, czy są ja­kieś...

- Nie! - wrza­snął Meyer.

Ci­sza.

- To się musi skoń­czyć - ode­zwał się po chwili. - Masz ob­se­sję na punk­cie tej sprawy.

Wyj­rzała za okno.

- Ro­zu­miem, że po­czu­jesz się źle, je­śli się okaże, że to nie Holck.

Zdjął ręce z kie­row­nicy. Za­kla­skał, a po­tem za­jął się na po­wrót pro­wa­dze­niem.

- Na wy­pa­dek gdy­byś nie za­uwa­żyła, za­strze­li­łem Holcka ze względu na cie­bie. Nie na Nannę. Ona już nie żyła.

Ci­sza.

- Dla­czego ty się tak przej­mu­jesz wszyst­kim do­okoła? A sobą nie? - Za­wa­hał się. - Ani swoją ro­dziną.

- Po­stą­pi­łeś wła­ści­wie, Meyer.

- Wiem, że po­stą­pi­łem wła­ści­wie, nie o to cho­dzi. Sprawa jest za­mknięta. Za­koń­czona.

Nie pa­trzyła na niego.

- Tylko ty jedna nie mo­żesz tego zro­zu­mieć. Mu­sisz po­ga­dać z psy­cho­lo­giem czy coś.

- Więc zwa­rio­wa­łam?

- Tak bym nie po­wie­dział.

- A jak?

- Noż na li­tość bo­ską...

Od­pięła pas i chwy­ciła swój płaszcz.

- Za­trzy­maj się. Wy­sadź mnie tu­taj.

- Nie bądź dziec­kiem.

Wsa­dziła teczki do torby. Po­ło­żyła dłoń na klamce, za­częła otwie­rać drzwi, cho­ciaż sa­mo­chód wciąż je­chał.

- Uspo­kój się! - krzyk­nął Meyer.

- Za­trzy­maj się i mnie wy­puść.

- A wiesz w ogóle, gdzie je­steś?

Lund spoj­rzała za okno. Gdzieś w po­bliżu Ve­ster­bro. Na dru­gim końcu mia­sta, je­śli wy­bie­rała się do miesz­ka­nia matki.

- Tak, wiem.

Hart­mann wszedł na kon­fe­ren­cję pra­sową ze Sko­vga­ard u boku.

- Po co w ogóle przy­szli­śmy? - spy­tała lo­do­wa­tym szep­tem. - Sły­sza­łeś, co po­wie­dział Stokke. Bre­mer mógł cię oczy­ścić...

Ko­lejny wy­ło­żony bo­aze­rią po­kój. Na ścia­nach ob­razy, stare i nowe. Dzien­ni­ka­rze już się scho­dzili, ka­me­rzy­ści usta­wiali sprzęt. Przy­wódcy par­tii ze­brali się na po­de­ście.

We­ber po­parł Sko­vga­ard bez wa­ha­nia.

- Nie mo­żesz igno­ro­wać fak­tów - po­wie­dział. - To ja­kaś pa­ro­dia.

Mai Juhl po­de­szła uści­snąć Hart­man­nowi dłoń.

- Do­brze, że je­steś, Tro­els. Po tym wszyst­kim, przez co prze­sze­dłeś.

- Po tym wszyst­kim, w co cię wro­biono - mruk­nął We­ber.

- Dzię­kuję, Mai - od­rzekł Hart­mann. - Po­świę­cisz mi chwilę?

Wła­śnie wszedł Poul Bre­mer, czy­ta­jąc ja­kieś do­ku­menty. Zo­ba­czył, że zbliża się do niego Hart­mann.

- Cie­szę się, że je­steś. Za­czy­najmy.

- Mu­simy po­ga­dać.

Dzien­ni­ka­rze zaj­mo­wali miej­sca.

- Nie, Tro­els, nie te­raz.

- Wie­dzia­łeś, że to Holck prze­ka­zał pie­nią­dze Ola­vowi Chri­sten­se­nowi.

Bre­mer wci­snął pię­ści do kie­szeni spodni, pa­trzył na niego spod zmru­żo­nych po­wiek, z roz­chy­lo­nymi ustami.

- Wie­dzia­łem? Kto tak twier­dzi?

Hart­mann mil­czał.

- Ach, niech no zgadnę. Któ­ryś z urzęd­ni­ków? - Bre­mer się uśmiech­nął. - To ma sens. Oni za­wsze przede wszyst­kim dbają o wła­sne tyłki.

- Wie­dzia­łeś. Nie pró­buj się wy­krę­cić.

- Oczy­wi­ście, że nie wie­dzia­łem! - Po­kle­pał Hart­manna po ra­mie­niu. - Tro­els... Wi­dać, że dużo prze­sze­dłeś. Mu­sisz się na­uczyć kon­tro­lo­wać emo­cje.

Hart­mann nie dał się spro­wo­ko­wać.

- Słu­chaj... - pod­jął Bre­mer. - Urzęd­nicy Holcka się ze sobą kłócą. Wie­dzą, że prze­pro­wa­dzę po­stę­po­wa­nie w spra­wie tego baj­zlu. Wy­my­ślą każdy non­sens, żeby się wy­krę­cić od od­po­wie­dzial­no­ści. - Uśmiech­nął się przy­jaź­nie. - Prze­sze­dłeś przez pie­kło. Ro­zu­miem, że masz po­wody do po­dejrz­li­wo­ści. Holck i może nie­któ­rzy z jego lu­dzi oszu­kali nas wszyst­kich. Mu­simy ra­zem po­sprzą­tać ten baj­zel. I po­sprzą­tamy. Zgoda?

Mil­cze­nie.

- Czy też wo­lisz wie­rzyć im niż mnie? - cią­gnął Bre­mer. Ko­lejne klep­nię­cie. Ko­lejny uśmiech. - No do­brze, za­czy­najmy.

W sali zbie­rali się za­pro­szeni dzien­ni­ka­rze. Bre­mer uśmie­chał się pro­mien­nie z po­de­stu. Wy­gło­sił per­fek­cyj­nie przy­go­to­waną mowę, jak to zde­ma­sko­wa­nie Holcka wstrzą­snęło wszyst­kimi. Jak to je­den z człon­ków rady mia­sta nie­spra­wie­dli­wie ucier­piał w tej spra­wie.

- Wszy­scy by­li­śmy świad­kami nie­uza­sad­nio­nych oskar­żeń, któ­rych ofiarą padł Tro­els Hart­mann - mó­wił Bre­mer, kła­dąc dłoń na ra­mie­niu ry­wala. - Ja nie wie­rzy­łem w nie ani przez chwilę, ale po­li­tycy mu­szą re­ago­wać na pewne wy­da­rze­nia i my­śmy tak zro­bili, w do­brej wie­rze, acz błęd­nie. Te­raz tu, w Ra­tu­szu, ob­wiesz­czamy ro­zejm. Za­po­mnimy o dzie­lą­cych nas róż­ni­cach, dla do­bra Ko­pen­hagi.

Hart­mann od­wró­cił się do niego i ode­zwał się na tyle gło­śno, by mi­kro­fon to wy­chwy­cił:

- Je­steś sze­fem ko­mi­sji fi­nan­so­wej.

Star­szy męż­czy­zna zgro­mił go wzro­kiem.

- Co? - spy­tał.

- Je­steś sze­fem ko­mi­sji fi­nan­so­wej.

Cie­pły uśmiech znik­nął bez śladu.

- Po­ga­damy o tym póź­niej - po­wie­dział ci­cho i sta­now­czo Bre­mer.

Hart­mann ani my­ślał za­milk­nąć.

- Jak to moż­liwe, że ko­mi­sja nie wie­działa, że to Holck za­twier­dzał wy­płaty, a nie ja? Jak? Okła­ma­łeś mnie...

Bre­mer za­czął się ją­kać, zła­pany w pu­łapkę na oczach tylu lu­dzi.

- Jak... jak już uzgod­ni­li­śmy...

Hart­mann za­brał mu mi­kro­fon.

- Li­be­ra­ło­wie nie we­zmą udziału w tej far­sie - oznaj­mił, pa­trząc, jak dzien­ni­ka­rze no­tują go­rącz­kowo. - Je­śli zro­bimy to, czego so­bie ży­czy Poul Bre­mer, ni­gdy nie po­znamy prawdy o dzia­ła­niach Holcka, nie do­wiemy się, kto jesz­cze ma­czał w tym palce.

- Co ma pan na my­śli, pa­nie Hart­mann?! - krzyk­nął je­den z dzien­ni­ka­rzy po­li­tycz­nych z te­le­wi­zji. - Pro­szę wy­ja­śnić.

- Mam na my­śli to, że pan bur­mistrz nie mówi nam o tej spra­wie wszyst­kiego, co wie. I nie tylko nam, po­li­cji rów­nież.

Bre­mer wście­kłym wzro­kiem pa­trzył to na Hart­manna, to na in­nych przy­wód­ców.

- W tej chwili nie mam nic do do­da­nia - do­rzu­cił Tro­els. - Z punktu wi­dze­nia li­be­ra­łów te wy­bory będą wy­glą­dały jak każde inne. Bę­dziemy wal­czyć o każdy man­dat i bę­dziemy wal­czyć o zwy­cię­stwo. - Zszedł z pod­wyż­sze­nia.

Dzien­ni­ka­rze się po­dzie­lili - po­łowa rzu­ciła się ku niemu, po­łowa ku Bre­me­rowi, do­ma­ga­jąc się od­po­wie­dzi.

Po po­wro­cie do biura Hart­mann ka­zał swo­jemu szta­bowi po­roz­ma­wiać raz jesz­cze ze wszyst­kimi spon­so­rami, któ­rzy się wy­co­fali. Za­po­znać ich z sy­tu­acją. Zna­leźć no­wych.

Sko­vga­ard wi­siała na te­le­fo­nie. We­ber rwał włosy z głowy.

- Tro­els, me­dia za­raz rzucą nam się do gar­deł, żą­da­jąc wy­ja­śnień. Co ja mam im mó­wić?

- Kiedy wy­ja­śnimy wszystko ze Stok­kem, wy­damy oświad­cze­nie. Umów spo­tka­nie z nim.

- Stokke jest urzęd­ni­kiem, nie bę­dzie się wy­chy­lał. Nie bę­dzie dla nas ry­zy­ko­wał swo­jej ka­riery.

- Ma obo­wią­zek mó­wić prawdę. Spo­tkam się z nim i znaj­dziemy do­bre roz­wią­za­nie. Na Boga, Mor­ten, nie rób ta­kiej miny. Prze­cież nie chcia­łeś tego ro­zejmu, prawda?

- Prawda. Ale ty się ni­czego nie uczysz, co? Rzuć w Bre­mera ka­mie­niem, to obe­rwiesz gła­zem w od­we­cie. Po­sta­ram się... - Wy­szedł do głów­nej sali.

Hart­mann zo­stał sam ze Sko­vga­ard. Ręce w kie­sze­niach. Za­po­mniał ję­zyka w gę­bie. Ona wła­śnie skoń­czyła roz­mowę.

- Czy ja ci w ogóle po­dzię­ko­wa­łem? - spy­tał. - Za całą twoją pracę?

- Pła­cisz mi za nią.

Miała zwią­zane włosy, a na jej pięk­nej zmę­czo­nej twa­rzy uwi­docz­niły się zmarszczki. Ale praca pod ci­śnie­niem jej słu­żyła. Rie lu­biła na­pię­cie, ry­wa­li­za­cję.

- Prze­pra­szam za wszystko, Rie.

- Ja też. - Nie ode­szła, choć mo­gła to zro­bić. Za­śmiała się. - Ależ to było im­po­nu­jące. Na oczach wszyst­kich ukra­dłeś mu show. Już za­po­mnia­łam, że tak po­tra­fisz.

- Co mia­łem ro­bić? Bre­mer wie­dział, miał to wy­pi­sane na twa­rzy. Wie­dział i chyba się na­wet nie przej­mo­wał, czy to wi­dzę. - Spoj­rzał za okno. Ko­pen­ha­ska noc. Nie­bie­ski neon ho­telu. - On na­prawdę uważa, że to wszystko na­leży do niego.

- Mor­ten ma ra­cję. To się ob­róci prze­ciwko nam.

Hart­mann po­sta­wił krok ku niej.

- My­ślisz, że jest szansa... Może by­śmy dzi­siaj wy­szli na ko­la­cję? Cią­gle usi­łuję zmyć z ust smak wię­zien­nego wiktu. - Uśmiech­nął się skru­szony. I wi­dać było, że nie ma nic prze­ciwko bła­ga­niom.

- Nie dzi­siaj. Za­cznę pi­sać oświad­cze­nie dla prasy.

- Może ju­tro...

- Na­prawdę mu­sisz się za­sta­no­wić, co po­wiesz Stok­kemu. Je­śli on nie do­łą­czy do gry, już po nas.

Theis Birk Lar­sen za­dzwo­nił w parę miejsc. Do lu­dzi, z któ­rymi od dawna nie roz­ma­wiał. Do lu­dzi, z któ­rymi już nie chciał mieć do czy­nie­nia. Ale ży­cie się zmie­niło. Po­wie­dział, co na­le­żało, i odło­żył słu­chawkę.

Siadł na­prze­ciwko niej. Per­nille wbiła wzrok w zdję­cie na pierw­szej stro­nie. Jens Holck.

- Po­dobno miał żonę i dzieci - ode­zwała się. - Był w na­szym wieku.

Od­su­nął ga­zetę na bok.

- Cie­szę się, że nie żyje. To pew­nie nie­do­brze, Theis, ale się cie­szę. Po­win­ni­śmy wy­ba­czać... - Spoj­rzała na niego, jakby szu­ka­jąc od­po­wie­dzi. - Jak można wy­ba­czyć? Jak? - Pauza. - Dla­czego?

Skrzy­wił się, przez chwilę wy­glą­dał przez okno.

- Po­dzwo­ni­łem tro­chę w spra­wie domu. W biu­rze nie­ru­cho­mo­ści mó­wią, że do­ku­menty mają pra­wie go­towe. Ju­tro się spo­tkam z agentką. - Za­pa­lił pa­pie­rosa i cze­kał.

Ona cią­gle pa­trzyła na ga­zetę. Wresz­cie po­ło­żyła mu dło­nie na ra­mie­niu i się uśmiech­nęła.

- Prze­pra­szam... Co mó­wi­łeś?

- Im szyb­ciej sprze­damy dom, tym le­piej.

- Może do świąt?

- Do­stanę do­brą cenę. Te łaj­daki z banku wi­szą nam u gar­deł.

Prze­su­nęła dło­nią po jego sil­nym ra­mie­niu. Przy­ło­żyła palce do za­ro­śnię­tego po­liczka.

- Bę­dzie do­brze - po­wie­dział. - Nie są­dzi­łaś, że wy­cho­dzisz za mi­lio­nera, co?

Ro­ze­śmiała się, po raz pierw­szy, od­kąd spa­dła na nich ciem­ność na Ka­lve­bod F?l­led, tam­tej desz­czo­wej nocy całe ży­cie temu.

- By­łam młoda. Ni­gdy nie wia­domo, za kogo się wy­da­jesz. - Znowu do­tknęła pal­cami jego skóry. - Wy­szłam za tego, za kogo chcia­łam.

Na stole le­żały do­ku­menty do­ty­czące domu. Spoj­rzała na plany. Trzy kon­dy­gna­cje. Ogród.

- Hum­leby - wes­tchnęła.

Theis Birk Lar­sen pa­trzył na nią, czuł, jak prze­pływa przez niego cie­pła fala na­dziei i mi­ło­ści.

Usły­szeli, jak na dole pod­no­szą się drzwi.

- Ja się tym zajmę - po­wie­dział.

Wy­da­wało się, że w ga­rażu ni­kogo nie ma. Tylko to­wary, które od­bie­rali i wo­zili. War­to­ściowe.

Birk Lar­sen za­wo­łał, ale nie do­cze­kał się od­po­wie­dzi. Po­my­ślał o wła­my­wa­czach i o tym, ile za­leży od tego ma­łego Sk?r­b?ka. Sta­rego przy­ja­ciela, któ­rego tyle razy tak źle trak­to­wał. Chwy­cił klucz na­stawny i skie­ro­wał się do biura. Włą­czył świa­tło.

Z ciem­no­ści wy­ło­niła się ja­kaś drobna po­stać. Młody Hin­dus, w oku­la­rach ku­jon­kach, z uro­czą okrą­głą bu­zią. Chyba był bli­ski pła­czu.

- Dzień do­bry - po­wie­dział i pod­szedł uści­snąć dłoń Birk Lar­se­nowi. - Drzwi były otwarte. Nie po­znaje mnie pan, prawda?

Birk Lar­sen wzru­szył ra­mio­nami.

- Nie po­znaję. Już późno, mamy za­mknięte. Mogę...

- Je­stem Amir. Amir El' Na­men. - Wska­zał drzwi. - Pa­mięta pan mo­jego tatę? Tego od re­stau­ra­cji?

Prze­błysk wspo­mnień, na­gły ból.

Dwójka dzieci, naj­wy­żej sze­ścio­let­nich, ja­dą­cych do szkoły ręka w rękę, ści­śnię­tych w czer­wo­nej skrzynce try­cy­kla Chri­stia­nia. Mała Nanna i jej hin­du­ski na­rze­czony, Per­nille na sio­dełku, szczę­śliwa i piękna. Va­gnowi się to nie po­do­bało. Birk Lar­sen też był nie do końca prze­ko­nany. Per­nille my­ślała, że to słod­kie, ta­kie słod­kie, że za­pra­sza Amira na przy­ję­cia, że ubiera go w za­chod­nie ubra­nia. Wo­ziła go z Nanną, a oni chi­cho­tali, gdy skrzynka pod­ska­ki­wała na bruku.

Taki ob­ra­zek wid­niał na jed­nym ze zdjęć uwiecz­nio­nych na stole.

Le­d­wie za­uwa­żyli, jak Amir z cu­dzo­ziemca, który nie mówi po duń­sku, za­mie­nia się w ty­powe miej­scowe dziecko. Z inną skórą, ale poza tym ta­kie samo.

No i Nanna go ko­chała, przy­po­mniał so­bie Theis. Amir był jej pierw­szym chłop­cem. Przez dwa lata, może trzy. A po­tem...

- Je­steś naj­młod­szym dziec­kiem Ka­rima - po­wie­dział i stwier­dził, że z tym wspo­mnie­niem wiąże się wię­cej uśmie­chów niż bólu, i oto je­den z nich po­ja­wił się na jego twa­rzy.

- Stu­dio­wa­łem w Lon­dy­nie.

- Pa­mię­tam, Ka­rim mi mó­wił. Że­nisz się, co?

Miał na ra­mie­niu torbę, modną kurtkę khaki. Ma­jętny stu­dent. Naj­wy­raź­niej nie był roz­mowy. Wy­da­wał się - i to było wręcz ab­sur­dalne - prze­ra­żony.

- Amir. Co mogę dla cie­bie zro­bić?

- Prze­wió­złby mi pan kilka rze­czy? Ju­tro?

- Co?

Chwila ci­szy.

- Rze­czy na ślub. Parę sto­łów i krze­seł.

- Ju­tro? Nie. Jest śro­dek nocy, nie­dziela. Nie mo­żemy tak na­gle wszyst­kiego rzu­cić. No wiesz...

Twarz Amira po­smut­niała. Wy­glą­dał na za­wsty­dzo­nego.

- Prze­pra­szam. Nie chcia­łem pana ob­ra­zić. Ja tylko... Do­brze, umó­wię się ina­czej.

Birk Lar­sen wes­tchnął głę­boko, pod­szedł do biurka, wziął do ręki roz­pi­skę.

- Słu­chaj, po­sta­ram się coś dla cie­bie zna­leźć.

- Pa­nie Birk Lar­sen...

- Tak?

Pod­szedł, z na­dzieją w oczach.

- Bar­dzo bym chciał, żeby to pan przy­je­chał.

- Ja? A co to za róż­nica?

- To musi być pan. Pro­szę.

Dwójka dzie­cia­ków w skrzynce chri­stia­nii. Pierw­szy chło­pak Nanny. Taki słodki, po­tulny, pe­łen po­wa­ża­nia. I taki po­zo­stał.

- Przy­jadę po cie­bie koło po­łu­dnia - obie­cał Birk Lar­sen. - O pierw­szej w re­stau­ra­cji. Bę­dziesz mu­siał mi po­móc.

- Oczy­wi­ście. - Wy­cią­gnął rękę. - Dzię­kuję panu.

Vi­beke sza­lała z wście­kło­ści, że Bengt wy­je­chał.

- Coś ty mu po­wie­działa, na mi­łość bo­ską?! Że tak na­gle uciekł.

Lund za­jęła biurko. Roz­ło­żyła na nim ra­porty za­brane z ko­mendy. Zdjęła z ma­ne­kina białą nie­do­koń­czoną suk­nię ślubną i przy­pięła do bez­gło­wej po­staci zdję­cia Nanny i Mette Hauge.

- Po­wie­dzia­łam, że musi się za­trzy­mać w ho­telu.

W te­le­wi­zo­rze le­ciały wia­do­mo­ści. Usły­szała na­zwi­sko Hart­manna. Nada­wali ma­te­riał o kon­flik­cie z Bre­me­rem i za­po­wiedź re­we­la­cji na te­mat Holcka.

Vi­beke, ubrana w gra­na­towy szla­frok, skrzy­żo­wała na piersi chude ra­miona i spo­glą­dała na córkę wzro­kiem su­ro­wego sę­dziego.

"Hart­mann za­rzu­cił Bre­me­rowi, że ten za­taił swoją wie­dzę na te­mat po­czy­nań Holcka" - in­for­mo­wał re­por­ter.

- Mó­wi­łaś, że sprawa jest za­mknięta.

Lund pa­trzyła z bli­ska na ekran, po­chło­nięta sło­wami Hart­manna.

- Mark wpro­wa­dził się do ojca, Saro. Wy­rzu­ci­łaś Bengta. Trak­tu­jesz mnie, jak­bym tu była tylko dla two­jej wy­gody.

Lund zro­biła gło­śniej.

- Wy­ja­śnij mi to! - krzyk­nęła Vi­beke. - Dla­czego?

- Bo to ważne, na mi­łość bo­ską! Ważne. Wiesz, co zna­czy to słowo?

Vi­beke po­słała córce su­rowe spoj­rze­nie ba­zy­liszka.

- Roz­ma­wia­łam z twoją ciotką Bir­git - po­wie­działa. - Po­jadę do niej na kilka dni.

Wia­do­mo­ści stały się mniej in­te­re­su­jące.

- Po­je­dziesz po­cią­giem? Bo po­trzebny mi twój sa­mo­chód.

Vi­beke za­mknęła oczy i od­chy­liła głowę.

Za­dzwo­nił dzwo­nek do drzwi. Matka ani drgnęła, więc Lund zo­sta­wiła te­le­wi­zor i pod­bie­gła otwo­rzyć.

Ni­kogo nie było. Wy­szła na ko­ry­tarz, spoj­rzała w górę scho­dów, w dół. Usły­szała trza­śnię­cie drzwi na dole.

Uciekł. A w tym cho­ler­nym domu, po­my­ślała od razu, nie ma mo­ni­to­ringu.

Za­wró­ciła do miesz­ka­nia, po­tknęła się o coś i po­pa­trzyła w dół. Na wy­cie­raczce le­żała ko­perta bą­bel­kowa. Bez na­zwi­ska. Pod­nio­sła ją, od razu roz­po­znała kształt za­war­to­ści. Ka­seta wi­deo.

Vi­beke po­szła do łóżka. Lund ostroż­nie roz­cięła ko­pertę. Nie miała rę­ka­wi­czek, dla­tego osło­niła palce skraw­kami sa­tyny.

Stara ta­śma, ze zdra­paną na­lepką. Tak jak ta­śmy u ochro­nia­rzy w ra­tu­szu.

Wrzu­ciła ją do od­twa­rza­cza i obej­rzała.

Się­gnęła po te­le­fon.

- Meyer?

Przy­je­chał pół go­dziny póź­niej, z wy­pie­kami na twa­rzy i mio­ta­jąc prze­kleń­stwa.

- Czy ty mnie kie­dyś zo­sta­wisz w spo­koju?

- Ale przy­je­cha­łeś, co? Sia­daj.

- To jest jak ro­mans z kosz­mar­nego snu. Wszyst­kie mi­nusy, a zero seksu.

Lund się­gnęła po pi­lota.

- Nie że­bym się do­po­mi­nał - za­pew­nił szybko.

- Ty w ży­ciu nie mia­łeś ro­mansu, Meyer. Nie wie­dział­byś, jak się do tego za­brać.

Usiadł jak po­słuszny chłop­czyk.

Włą­czyło się wi­deo.

- Więc po co tu je­stem?

- To za­gi­niona ta­śma. Z ka­mer w ra­tu­szu.

Na ekra­nie po­ja­wiła się dy­żurka ochro­nia­rzy. Lu­dzie wy­cho­dzili do domu.

Meyer po­cią­gnął się za prawe ucho.

- Skąd ją wzię­łaś, u dia­bła?

- Ktoś mi ją zo­sta­wił na wy­cie­raczce. - Po­dała mu ko­pertę. Te­raz za­pa­ko­waną w to­rebkę do mro­żo­nek.

Na­gle na ekra­nie uka­zała się Nanna, piękna na­wet na czarno-bia­łej ta­śmie. Włosy miała w lek­kim nie­ła­dzie. Nie wy­glą­dała na na­sto­latkę. Ani tro­chę. Uśmie­chała się. Ner­wowo, ale i czule.

Spoj­rzała w górę, na boki. Wy­raz jej twa­rzy był jed­no­znaczny: przy­szła się po­że­gnać.

Z le­wej strony wy­ło­nił się męż­czy­zna. Jens Holck. Wy­jął coś z kie­szeni. Chyba klu­cze. Nanna po­de­szła i się do niego przy­tu­liła.

Lund wy­jęła z listka ko­lejny ka­wa­łek ni­co­ti­nell i wrzu­ciła do ust.

- Wi­dziano Holcka, jak opusz­cza ra­tusz? - spy­tał Meyer.

- Pół go­dziny póź­niej.

- Tu nie ma nic dla nas no­wego.

- Mu­sisz się na­uczyć pa­trzeć, Meyer. Ile razy mam to po­wta­rzać? - Cof­nęła ta­śmę.

- Pa­trzy­łem! Wi­dzia­łem, jak dał jej klu­cze. Mają randkę. A po­tem ona idzie do miesz­ka­nia.

- Wiem, że nic nie po­ra­dzisz na fakt, że je­steś męż­czy­zną, ale bez prze­sady. Oni nie mają randki. Po­patrz!

Wy­łu­pia­ste oczy Mey­era utkwiły w ekra­nie.

- Nie wi­dzisz? Twarz Holcka. On nie jest szczę­śliwy. Je­śli Nanna do niego wró­ciła, to dla­czego ma taką ża­ło­sną minę?

Ostatni uścisk, po­ca­łu­nek - przy­ja­ciel­ski, nie na­miętny. Holck wy­glą­dał jak czło­wiek, który stra­cił wszystko. A Nanna jak szczę­śliwe dziecko, któ­rym już nie chciała być.

Meyer kiw­nął głową.

- Do­bra. To jesz­cze nie zna­czy, że nie spo­tkał się z nią w miesz­ka­niu. - Wstał i za­czął krą­żyć po po­koju. Spoj­rzał na ra­porty na biurku. Zdję­cia na ma­ne­ki­nie. - Gdzie twoja matka?

Lund za­trzy­mała ta­śmę.

- Meyer. Mu­sisz mi po­móc.

Nic.

- Je­śli masz choć cień wąt­pli­wo­ści... - za­częła.

Mach­nął to­rebką na mro­żonki.

- Nie po­doba mi się to. Ktoś pod­rzuca ta­śmę i znowu sie­dzimy w tym ra­tu­szo­wym gów­nie.

- Nie­ważne, czy to ra­tu­szowe, czy nie.

- Do­sta­jesz ta­kie rze­czy tylko wtedy, kiedy oni mają coś do ugra­nia.

- Cza­sami je­steś bar­dzo cy­niczny. Może chcą po pro­stu po­móc.

Meyer pa­trzył smęt­nie na stop­klatkę. Ża­ło­sny Holck ca­łuje ra­do­sną Nannę.

- Prze­srane - po­wie­dział.

Po­nie­dzia­łek, 17 li­sto­pada

Z sa­mego rana Hart­mann ścią­gnął do sie­bie Gerta Stok­kego. Nie ufał temu urzęd­ni­kowi.

- Pro­szę tylko, żeby po­wie­dział pan prawdę. Prze­cież mó­wił pan Bre­me­rowi, że Holck ko­rzy­sta z miesz­ka­nia.

- Skromne ma pan wy­ma­ga­nia, co? - Stokke miał długą, szarą twarz po­so­kowca i za­czer­wie­nione, wod­ni­ste oczy. - Nie mogę się an­ga­żo­wać w spór po­mię­dzy pa­nem a Bre­me­rem.

- Już się pan za­an­ga­żo­wał - za­uwa­żyła Rie Sko­vga­ard.

- My­ślisz, że za mil­cze­nie do­cze­kasz się na­grody, Gert? - włą­czył się Mor­ten We­ber. - Znasz go. Je­steś urzęd­ni­kiem. On już nie może się przy­pie­przać do Holcka, więc bę­dzie się cze­piał ca­łego wy­działu. Ty pój­dziesz pod nóż w pierw­szej ko­lej­no­ści.

Stokke pa­trzył na nich z nie­za­do­wo­loną miną. By­stry czło­wiek przy­party do muru.

- A wy je­ste­ście po mo­jej stro­nie? Na­gle je­ste­śmy przy­ja­ciółmi, co? A weź­cie się po­wy­rzy­naj­cie. Ale nie mie­szaj­cie mnie do tego.

- Je­śli Bre­mer się z tego wy­wi­nie, bę­dzie po to­bie - ostrzegł We­ber.

Urzęd­nik po­krę­cił głową.

- Bre­mer ni­gdy w ży­ciu nie przy­zna, że roz­ma­wia­li­śmy.

- Na pewno są pro­to­koły z tej roz­mowy - stwier­dziła Sko­vga­ard.

Chwila wa­ha­nia.

- Bre­mer nie chciał, żeby pro­to­ko­ło­wać - od­parł. - Po­wie­dział, że za­ła­twi to z Holc­kiem po ci­chu. I że na tym się skoń­czy.

We­ber za­klął i trza­snął o stół do­ku­men­tami.

- Przy­kro mi. Je­śli się wy­chylę, już po mnie. Za­wsze uwa­ża­łem, że bę­dzie z pana do­bry bur­mistrz, pa­nie Hart­mann. Może na­stęp­nym ra­zem.

- Nie bę­dzie na­stęp­nego razu - burk­nął Hart­mann. - Je­steś nam po­trzebny, Gert.

- Kto mnie za­trudni, je­śli za­cznę ga­dać? Mam pięć­dzie­siąt osiem lat. Co z moją eme­ry­turą?

Sko­vga­ard po­bla­dła z wście­kło­ści.

- Więc Tro­els ma za to za­pła­cić? Cho­ciaż nic nie zro­bił?

- Dajmy spo­kój - prze­rwał Hart­mann. - Nie na­ci­skajmy już Gerta. Je­śli nie chce, to nie. To jego de­cy­zja. - Wy­cią­gnął rękę.

Stokke ją uści­snął.

- Dzię­kuję, że pan przy­szedł - po­wie­dział Hart­mann i pa­trzył, jak urzęd­nik za­pina ma­ry­narkę i wy­cho­dzi.

We­ber miał ko­pię pro­to­kołu Stok­kego z pierw­szego spo­tka­nia.

- To tam jest? - spy­tał Hart­mann.

- Nie. Sam po­szu­kaj. - Po­dał mu kartki.

- Po­win­ni­śmy go byli bar­dziej do­ci­snąć - stwier­dziła Sko­vga­ard.

Mor­ten We­ber po­krę­cił głową.

- Bez sensu. On się strasz­li­wie boi Bre­mera. To by nic nie dało.

Hart­mann za­trzy­mał się na dru­giej stro­nie.

- Tu jest na­pi­sane, że ist­nieje za­łącz­nik. Gdzie on jest?

- To pew­nie ja­kaś do­ku­men­ta­cja tech­niczna - za­su­ge­ro­wał We­ber.

Hart­mann nie wy­glą­dał na prze­ko­na­nego.

- Stokke jest po­rząd­nym, skru­pu­lat­nym urzęd­ni­kiem. Nie wie­rzę, że cze­goś by nie od­no­to­wał. To nie­pra­wi­dło­wo­ści fi­nan­sowe, na mi­łość bo­ską. Nie ry­zy­ko­wałby.

- Boi się Bre­mera, mó­wi­łem ci.

- Może. Kum­plu­jemy się z kimś z wy­działu Holcka? Ta duża ko­bieta...

- Rita? - pod­rzu­ciła Sko­vga­ard.

- Je­śli tak ma na imię.

- Tak. Znam Ritę.

- Cóż. - Po­dał jej pro­to­kół. - Wiesz, co ro­bić.

Rie za­częła coś mó­wić na te­mat stra­te­gii me­dial­nej. Hart­mann nie słu­chał. We­ber znowu wi­siał na te­le­fo­nie. I wy­raź­nie się go­rącz­ko­wał.

- O co cho­dzi? - spy­tał Hart­mann, gdy We­ber skoń­czył roz­mowę.

- Bę­dziesz mu­siał znowu po­ga­dać z tą swoją ad­wo­katką, Tro­els.

- No, na mi­łość bo­ską. Tylko nie Lund.

- Nie Lund. Bre­mer chce cię po­zwać o znie­sła­wie­nie.

Vi­beke miała dzie­się­cio­let­niego zie­lo­nego gar­busa. Lund na­wet nie sta­rała się pro­wa­dzić go ostroż­nie.

Je­chała do pralni w re­jo­nie Is­lands Brygge. Ko­rzy­stała z niej już wcze­śniej, gdy po­li­cja nie mo­gła zna­leźć wła­ści­wej osoby.

Za­kład pracy chro­nio­nej do­fi­nan­so­wy­wany przez mia­sto. Część pra­cu­ją­cych tu osób nie sły­szała od uro­dze­nia.

Kie­row­nik ją pa­mię­tał.

- Dla­czego lu­dzie my­ślą, że jak ktoś jest głu­chy, to czyta z ru­chu warg? - jęk­nął na jej wi­dok. - To nie­prawda. Na­wet je­śli czy­tają, to naj­wy­żej jedną trze­cią tego, co się mówi.

Firma ob­słu­gi­wała mnó­stwo naj­więk­szych ko­pen­ha­skich ho­teli. Lund mi­nęła prze­my­słowe pralki, stosy po­ścieli i po­du­szek. Było tu go­rąco i wil­gotno, mdliło od za­pa­chu pra­so­wa­nia i de­ter­gen­tów.

- Jedna trze­cia mi wy­star­czy - po­wie­działa.

- Musi pani znać te­mat, kon­tekst.

- Po­ra­dzę so­bie.

Za­trzy­mał się.

- Nie wąt­pię. Je­śli ktoś może pani po­móc, to Ditte. To ka­wał spry­ciuli. Głu­cho­niema. I za­dzi­wia­jąco by­stra.

Wy­glą­dała na ja­kieś dwa­dzie­ścia lat. Dłu­gie ja­sne włosy i nie­ru­choma twarz. Pra­co­wała przy ma­glow­nicy, spo­koj­nie i z wprawą.

Lund mó­wiła, a kie­row­nik mi­gał. Dziew­czyna pa­trzyła głów­nie na Lund.

Za­dzi­wia­jąco by­stra.

Ditte za­mi­gała.

- Chce zo­ba­czyć pani od­znakę.

Lund prze­szu­kała kie­sze­nie. Dziew­czyna nie od­ry­wała od niej wzroku.

- Za­po­mnia­łam. Po­win­nam mieć dzi­siaj wolne. Mu­sia­łam ją zo­sta­wić w domu. - Uśmiech­nęła się do kie­row­nika. - Ale ja już tu by­łam. On mnie zna.

Zero re­ak­cji.

- Mam wi­zy­tówkę!

Wi­zy­tó­wek Brix nie za­brał.

Ditte uważ­nie prze­czy­tała wi­zy­tówkę, a po­tem po­szła z nimi usiąść w ma­ga­zy­nie.

Lund pu­ściła na­gra­nie na lap­to­pie, co­fa­jąc w ra­zie po­trzeby. Czyli nie­czę­sto.

Dziew­czyna mi­gała, a kie­row­nik mó­wił:

- Przy­szła, bo obie­cał dać jej klu­cze.

Nanna pa­trzyła na Jensa Holcka. Bła­gała go.

- Chce wziąć coś, czego za­po­mniała.

Palce Ditte pra­co­wały bez wy­tchnie­nia.

- Nie chce, żeby on po­szedł z nią.

Dziew­czyna urwała, wzrok utkwiła w mo­ni­to­rze.

- Co się dzieje? - spy­tała Lund.

Męż­czy­zna prze­ka­zał py­ta­nie. Ditte od­po­wie­działa. Po­woli.

- Ditte mówi, że to bar­dzo smutne. Dziew­czyna mówi, że prze­cież z nimi ko­niec.

- Mówi, czego za­po­mniała?

- Przy­szła po...

Ręce znie­ru­cho­miały.

- Po co?

Nic.

- Mam cof­nąć?

Ditte wy­dała ci­chy, nie­zro­zu­miały dźwięk, ni to sa­mo­gło­skę, ni spół­gło­skę.

- Mówi, że nie, niech leci.

- Wy­je­chali gdzieś na week­end.

Ditte kiw­nęła głową, z cze­goś za­do­wo­lona. Od­wró­ciła się i spoj­rzała na Lund. Palce mi­gały bar­dzo zde­cy­do­wa­nie.

- Mówi, że po­tem zo­sta­wiła pasz­port w szu­fla­dzie w miesz­ka­niu.

Lund gło­śno wcią­gnęła po­wie­trze.

- Swój pasz­port? Na pewno?

Ditte znowu nie od­ry­wała wzroku od mo­ni­tora.

- Jej sa­mo­lot od­la­tuje w nocy - po­wie­dział kie­row­nik.

- Jej sa­mo­lot? Do­kąd?

Dziew­czyna z pralni wy­glą­dała na zdu­mioną. Lund za­trzy­mała na­gra­nie. Po­zwo­liła jej ode­tchnąć.

- Po­woli, nie ma po­śpie­chu.

- Ona chce, żeby pani pu­ściła da­lej - wy­ja­śnił kie­row­nik.

Więc Lund pu­ściła.

- Męż­czy­zna ją pyta, do­kąd ona leci. Ale dziew­czyna tylko prosi o klu­cze. Mówi, że po­znała ko­goś in­nego. Ko­goś, kogo bar­dzo ko­cha. Z tym kimś wy­jeż­dża.

Dwie twa­rze na ekra­nie, mi­łość i nie­na­wiść jed­no­cze­śnie. Oboje już nie żyli.

- On znowu pyta do­kąd.

Lund za­mknęła oczy.

- A ona mówi, że do Pa­ryża. Ale Pa­ryż...

Ditte prze­rwała. Wy­glą­dała na roz­gnie­waną.

- Co z Pa­ry­żem?

Mi­ga­nie.

- To nie Pa­ryż. Ona kła­mie.

- Skąd wiesz?

Wska­zała na­gra­nie.

- Kiedy dziew­czyna mówi, nie pa­trzy mu w oczy.

Lund kiw­nęła głową. Ręce znowu się roz­bie­gały.

- Tak jak pani, kiedy po­wie­działa, że nie ma od­znaki, bo to pani wolny dzień.

Dziew­czyna sie­działa i uśmie­chała się do Lund. Dumna z sie­bie.

- Nie będę miał z tego po­wodu pro­ble­mów, prawda? - spy­tał kie­row­nik.

- Nie - od­parła. - Obie­cuję.

W dro­dze do cen­trum, sie­dząc na twar­dym fo­telu w gar­bu­sie Vi­beke, Lund za­dzwo­niła do Mey­era.

- Tam­tej nocy od­la­ty­wał sa­mo­lot Nanny. Skła­mała co do celu po­dróży.

Usły­szała, jak ktoś wali pa­pie­rami w biurko. Meyer prze­łą­czył roz­mowę na gło­śno­mó­wiący. Pew­nie te­raz wy­ko­ny­wał wul­garne ge­sty do te­le­fonu.

- Ni­gdy nie tra­fi­li­śmy na nic, co by wska­zy­wało, że wy­biera się w po­dróż.

- Po­że­gnała się z ro­dzi­cami. Po­że­gnała się z przy­ja­ciółmi w szkole. Z Ke­ma­lem, z Holc­kiem. Też to wi­dzia­łeś.

- Na­prawdę? Z kim wy­jeż­dżała?

- Zdo­bądź li­sty pa­sa­że­rów. Ob­dzwoń li­nie lot­ni­cze.

- Nie ma sprawy. Nie mam nic in­nego do ro­boty.

- Spraw­dza­łeś stare sprawy?

- Pa­trzę na nie w tej chwili. I nie wi­dzę żad­nego po­wią­za­nia. Poza ro­we­rem Mette Hauge i...

- Sprawdź od­loty i do­wiedz się, z kim po­dró­żo­wała. Hauge...

Usły­szała klik­nię­cie.

- Meyer? - po­wie­działa do mi­kro­fonu na szyi. - Meyer?

Po­kój Nanny znowu się zmie­nił. Per­nille ustą­piła. Wzięła kar­tony i za­częła ostroż­nie w nich skła­dać rze­czy swo­jej córki.

Na biurku Nanny stał glo­bus. Z gwiazd­kami na każ­dym mie­ście, które chciała kie­dyś od­wie­dzić. Lon­dyn i Rzym. Nowy Jork i Pe­kin.

Per­nille po­pa­trzyła na pla­sti­kową bryłę. Wsta­wiła ją do kar­tonu i wró­ciła do sa­lonu. Ro­zej­rzała się.

Było tu całe ich ży­cie. Cała mi­łość, wszyst­kie sprzeczki. Cały ból i ra­dość.

Na fra­mu­dze ko­lo­ro­wymi kre­skami za­zna­czali wzrost dzieci. Czer­woną Nanny, zie­loną An­tona, nie­bie­ską Emila. Wszyst­kie śmieci, które po­na­kle­jała po­li­cja, znik­nęły. Znowu miała przed oczyma swoje miesz­ka­nie i nie mu­siała so­bie przy­po­mi­nać o pły­ną­cym ży­ciu, świe­cie ze­wnętrz­nym ani wszyst­kim, co się w nim działo.

Ży­cie nie stało w miej­scu. Nie­ustan­nie się zmie­niało. Ina­czej nie by­łoby ży­ciem. Za­po­mniała o tym w tej strasz­li­wej ot­chłani, która ich wcią­gnęła. Może i za­po­mniała wcze­śniej, w wy­go­dzie za­gra­co­nego miesz­ka­nia nad brud­nym, tęt­nią­cym ży­ciem ma­ga­zy­nem. Wy­cho­wu­jąc dzieci. Kar­miąc The­isa. Cie­sząc się uści­skiem jego sil­nych ra­mion, gdy zo­sta­wali sami.

Ni­gdy w miej­scu. Albo pły­niesz do przodu, albo po­rwie cię prąd i unie­sie, do­kąd chce. Wy­rzuci cię na nagi, zimny pia­sek.

Ze­szła na dół. Sie­działa tu ko­bieta z agen­cji. Theis z nią roz­ma­wiał. Kłyk­cie go cią­gle bo­lały po wy­da­rze­niach sprzed dwóch nocy. Twarz miał po­nurą i mroczną.

Per­nille za­pu­kała do drzwi, we­szła, usia­dła.

- My­ślę, że po­winni pań­stwo przy­jąć tę ofertę - mó­wiła. - Wiem, że nie jest osza­ła­mia­jąca, ale ry­nek jest te­raz nie­ko­rzystny dla sprze­da­ją­cych. Przy pań­stwa sy­tu­acji fi­nan­so­wej, gdy bank ocze­kuje pie­nię­dzy...

- Bank - mruk­nął Theis.

Ko­bieta uśmiech­nęła się i zwró­ciła do Per­nille:

- Te­raz, kiedy jest po wszyst­kim, przyda się upo­rząd­ko­wać sprawy.

Per­nille za­marła.

- Źle się wy­ra­zi­łam, prze­pra­szam - do­dała szybko agentka - nie mia­łam na my­śli, że wszystko wró­ciło do...

- Kiedy oni by się wpro­wa­dzili? - spy­tał.

- Bar­dzo szybko. Pie­nią­dze...

- Chcie­li­by­śmy to jesz­cze omó­wić - prze­rwała jej Per­nille. - Mo­głaby pani za­cze­kać na ze­wnątrz?

Ko­bieta wy­szła, chyba zszo­ko­wana.

- Par­szywe banki - burk­nął Theis.

Plany le­żały na biurku. Kilka szki­ców. Zdję­cia agen­cji.

- Nie zdą­ży­łam go obej­rzeć.

- Nie...

- Jaki jest? Ładny? Jest tam ogró­dek?

- To Hum­leby. Dwa pię­tra...

- Chłop­com by się po­do­bało, Theis?

- Osobne po­koje? Mo­gliby mieć ko­lejkę. Pew­nie, że by im się po­do­bało.

- A szkoła jest nie­da­leko...

- Per­nille. - Spoj­rzał na ko­bietę za szybą. - Ta wiedźma wła­śnie po­wie­działa, że zna­la­zła kupca. Za marną cenę, ale...

Mil­czała.

- Ban­kowi się spodoba.

Prze­bie­gła pal­cami po zdję­ciach. Szara za­bu­dowa Hum­leby. Ogró­dek.

- Ale je­śli się na­my­śli­łaś...

- Nie, nie. Przyj­mij ofertę. - Po­pa­trzyła na niego. - Po­trze­bu­jemy pie­nię­dzy, prawda?

- Pie­nię­dzy... - po­wtó­rzył.

Lund zna­la­zła tak­sów­ka­rza, Le­ona Fre­verta, jak po­le­ro­wał swo­jego mer­ce­desa na po­stoju przy przy­stanku promu tu­ry­stycz­nego w Ny­havn.

Nie chciał roz­ma­wiać.

Bąk­nął coś kilka razy, nim wy­rzu­cił wresz­cie:

- Po­wie­dzia­łem wam wszystko, co wiem. Wzią­łem pa­sa­żerkę, za­wio­złem ją gdzieś. Co tu jesz­cze jest do ga­da­nia?

- Miała torbę?

Wbił wzrok w przed­nią szybę. Po­my­ślała o Ditte. Fre­vert nie spoj­rzałby jej w oczy.

- Pani żar­tuje? To było pra­wie trzy ty­go­dnie temu.

- Miała torbę?

Odło­żył ścierkę i po­pa­trzył na Lund.

- Może miała port­fel w tor­bie, nie wiem.

- Mia­łam na my­śli torbę po­dróżną. Wa­lizkę. Ple­cak.

- Nie, nie miała.

- Na pewno?

- Gdyby miała, wsa­dził­bym ją do ba­gaż­nika.

Sa­mo­chód z przodu od­je­chał. Fre­vert był te­raz drugi w ko­lejce. Na pewno naj­chęt­niej od­je­chałby przy pierw­szej moż­li­wej oka­zji.

- Mó­wiła panu, do­kąd udaje się póź­niej?

Wy­glą­dał te­raz na chud­szego niż po­przed­nio. Na bar­dziej znę­ka­nego.

- Jak już mó­wi­łem. Ra­tusz, a po­tem Gr?n­nin­gen. Nic wię­cej nie wiem.

Od­je­chał pierw­szy sa­mo­chód. Fre­vert był na­stępny.

- Nie wspo­mniała nic o lot­ni­sku?

- Na pewno nie. Za­wió­zł­bym ją. To do­bry kurs. - Po­dra­pał się po rzed­ną­cych wło­sach. - Ale jak tak pani te­raz spy­tała...

- Co?

- Pro­siła, że­bym po­cze­kał.

- Po­cze­kał?

- Tak, te­raz pa­mię­tam. Mó­wiła, że musi pójść za róg, a po­tem od razu wraca. Więc czy mógł­bym po­cze­kać. - Ro­ze­śmiał się. - W pią­tek wie­czo­rem? Miło było za­wieźć młodą do ra­tu­sza, ale ro­iło się od klien­tów. Nie mo­głem tam stać. - Spu­ścił głowę smętny i za­wsty­dzony. - Jezu. A gdy­bym za­cze­kał?

- Gdzie Nanna chciała je­chać po­tem?

Fre­vert się za­sta­no­wił.

- Chyba na Dwo­rzec Główny.

Dwo­rzec znaj­do­wał się na­prze­ciwko Ti­voli. Lund przy­cho­dził na myśl tylko je­den po­wód, dla któ­rego Nanna mia­łaby tu przy­jeż­dżać.

Skie­ro­wała się pro­sto do prze­cho­walni ba­gażu. Za ladą sie­dział usłużny mło­dzie­niec w gra­na­to­wym uni­for­mie. Wy­ja­śnił, że po trzech dniach wszyst­kie schowki są opróż­niane, a nie­ode­brane rze­czy tra­fiają do ma­ga­zynu.

- Je­śli da mi pani klu­czyk, znajdę ten ba­gaż - do­dał. - I trzeba bę­dzie uiścić opłatę.

- Nie mam klu­czyka.

- A jaki to był nu­mer?

- Nie znam nu­meru.

- W ta­kim ra­zie - od­parł po­god­nie - żad­nego ba­gażu pani nie od­bie­rze.

- To torba po­dróżna. Zo­sta­wiona w ostat­nich dniach paź­dzier­nika.

Wy­glą­dał na ja­kieś osiem­na­ście lat. W głębi za ladą wi­działa ma­ga­zyn. Całe rzędy to­reb.

- Czy ta torba przy­pad­kiem na­leży do pani?

- Je­śli mnie pan wpu­ści i po­wie, gdzie szu­kać, to ją znajdę.

Skrzy­żo­wał ra­miona.

- Jesz­cze ja­kieś ży­cze­nia? Dar­mowy bi­let, pierw­sza klasa do Hel­sin­g?r? Che­ese­bur­gera?

Wy­cią­gnęła wi­zy­tówkę i mu ją po­dała.

- Sa­rah Lund. Wzy­wano nas w spra­wie po­dej­rza­nej wa­lizki.

Wsa­dził wi­zy­tówkę do kie­szeni.

- Jesz­cze po­pro­szę do­wód toż­sa­mo­ści.

Już prze­ła­ziła przez sta­lową bramkę.

- Sama znajdę. - Mi­nęła go zde­cy­do­wa­nym kro­kiem, igno­ru­jąc jego okrzyki, prze­szła na tył, wy­cią­gnęła torbę z półki. Data nie­dawna. Torba Nanny mu­siała być gdzie in­dziej.

- Pro­szę prze­stać. Je­stem pra­cow­ni­kiem ko­lei!

- Sta­ram się po­móc - po­wie­działa Lund, bie­gnąc szybko wzdłuż pó­łek.

- Za­raz się wku­rzę. - Stał, krzy­żu­jąc chude ra­miona.

- Ty stra­cisz cier­pli­wość?! - wrza­snęła. - Ja przy­cho­dzę w wolny dzień, bo ktoś z trans­portu pro­sił mnie o przy­sługę. I tra­fiam na prysz­cza­tego na­sto­latka. Wy­pad mi z oczu, idź się po­bu­jać na huś­tawce, synku. Do­ro­śli mu­szą pra­co­wać.

Twarz mu po­czer­wie­niała, za­czął bia­do­lić i wy­ma­chi­wać rę­koma.

- Pani... och... pro­szę pani...

- Myszka Miki czeka - do­dała, wska­zu­jąc Ti­voli.

- Pro­szę się stąd nie ru­szać! - pi­snął. - Idę po szefa.

Lund przy­spie­szyła.

Tyle to­reb. Więk­szość czarna. Ta­kie ku­pują męż­czyźni.

Nanna była ładna i lu­biła ładne rze­czy.

Sły­szała, że ktoś się zbliża. Głosy przy­bie­rały na sile.

Lund pra­wie bie­gła, aż ją zo­ba­czyła. Ró­żowa i modna. Mar­kowa. Jens Holck mógłby taką ku­pić na koszt Ra­tu­sza.

Spoj­rzała na przy­wieszkę z na­zwi­skiem. Po jed­nej stro­nie Li­ceum Fre­de­rik­sholm. Po dru­giej Ve­ster­bro­gade 95, ad­res Lotte.

Oczy­wi­ście, że tam ją Nanna trzy­mała. Nie chciała, żeby Theis i Per­nille się do­wie­dzieli.

Lund chwy­ciła torbę i po­bie­gła z nią, igno­ru­jąc wy­ma­chu­ją­cego rę­koma, pisz­czą­cego na­sto­latka przy kon­tu­arze.

Meyer ode­brał jej te­le­fon.

- Masz li­sty pa­sa­że­rów? - spy­tała.

- Nie.

Od­nio­sła wra­że­nie, że sły­szy w jego gło­sie ja­kąś nie­chęć.

- Je­dziesz gdzieś, Meyer?

- SAS straj­kuje, jadę na lot­ni­sko, okej?

- Okej. Mam jej torbę. - Znowu sie­działa w zie­lo­nym gar­bu­sie, prze­trzą­sa­jąc rze­czy Nanny w tor­bie le­żą­cej na fo­telu pa­sa­żera.

- Masz ja­kieś wska­zówki, do­kąd je­chała? - spy­tał.

Szki­cow­nik. Te­ni­sówki. Ko­stium ką­pie­lowy. Cie­płe ubra­nia. Na więk­szo­ści metki. Wy­li­czała to wszystko Mey­erowi.

- A coś su­ge­ruje, z kim je­chała?

- Nie. - Lund wzięła z domu za­pa­sowe rę­ka­wiczki ochronne. Te­raz zę­bami otwo­rzyła paczkę i na­cią­gnęła je na dło­nie. - Jadę spy­tać Birk Lar­se­nów - rzu­ciła.

- Na mi­łość bo­ską, nie rób tego. Wczo­raj im po­wie­dzia­łem, że za­mknę­li­śmy sprawę. Oni mu­szą mieć tro­chę wy­tchnie­nia.

- Tak, rze­czy­wi­ście. No to coś wy­my­ślę.

- Lund!

Birk Lar­sen punk­tu­al­nie sta­wił się pod in­dyj­ską re­stau­ra­cją, gdy za­dzwo­niła Per­nille.

- Bank nam nie po­może, Theis.

- O czym mó­wisz?

- Nie po­mogą nam z do­mem. Może by­śmy wzięli po­życzkę na firmę?

- Na firmę mamy już pełno po­ży­czek. Sprze­da­jemy dom, prawda?

Wy­da­wała się spo­kojna. Pra­wie szczę­śliwa.

- Je­stem tu te­raz. W Hum­leby. Nie po­wie­si­łeś za­sło­nek.

- Za­sło­nek! Dla­czego ko­biety za­wsze my­ślą o za­słon­kach! Tam jest hy­drau­lika, elek­tryka i...

- Na­wet bez za­sło­nek wy­gląda pięk­nie.

Birk Lar­sen za­trzy­mał się na ulicy. Uśmiech­nął się sze­roko. Ro­ze­śmiał się w po­nure zi­mowe niebo.

- Ko­biety - wes­tchnął.

Sły­szał w słu­chawce jej szczę­śliwy głos. W my­ślach wi­dział jej twarz.

- Skar­bie?

Nie na­zy­wał jej tak od wie­ków.

- Skar­bie? - po­wtó­rzyła Per­nille. - Od kiedy mó­wisz do mnie "Skar­bie"?

- Kie­dyś mó­wi­łem i wszystko było w po­rządku. No do­bra, przede wszyst­kim za­dzwo­nię do agen­cji. Po­wiem, że nie sprze­da­jemy. I żeby w chudą dupę wsa­dzili so­bie pro­wi­zję.

Ci­sza.

- Je­śli tak bę­dzie okej.

Ci­sza.

- Je­śli - po­wtó­rzył - tak bę­dzie okej.

- To dom, Theis, ni­gdy nie mie­li­śmy domu. A co z pie­niędzmi?

- Znajdę ja­kiś spo­sób, żeby je zdo­być.

- Skąd weź­miemy pie­nią­dze?

- Ni­gdy o to nie py­ta­łaś. Czemu te­raz za­czy­nasz?

- Mogę dzi­siaj po po­łu­dniu przy­wieźć tu chłop­ców? Przy­je­dziesz? Po­ka­za­li­by­śmy im wszystko.

W oknie re­stau­ra­cji zo­ba­czył Amira, smut­nego i zde­ner­wo­wa­nego jak po­przed­niego wie­czoru. To­wa­rzy­szył mu oj­ciec, który nie wy­glą­dał ani tro­chę ra­do­śniej.

- No pew­nie - po­wie­dział Theis.

Wsa­dził te­le­fon do kie­szeni. Kla­snął w wiel­kie dło­nie. Uśmiech­nął się do cu­dzo­ziem­ców. Czuł się... czuł się do­brze.

Pie­nią­dze można za­ro­bić. Nie po raz pierw­szy wy­ru­szy na burz­liwe wody, by utrzy­mać się na po­wierzchni. Roz­mowy, które prze­pro­wa­dzał, tym bar­dziej się te­raz przy­da­dzą.

Po dru­giej stro­nie drogi Amir i jego oj­ciec stali przed re­stau­ra­cją, kłó­cąc się. Star­szy pan wy­ma­chi­wał oskar­ży­ciel­skim pal­cem, krzy­cząc tak gło­śno, że Birk Lar­sen go sły­szał. Nie­zro­zu­miały obcy ję­zyk.

Oj­ciec po­ło­żył Ami­rowi rękę na ra­mie­niu. Młody się wy­rwał, wście­kle prze­kli­na­jąc po duń­sku.

Dwójka dzie­cia­ków w skrzynce czer­wo­nej chri­stia­nii. W dro­dze do szkoły. Utrwa­leni na fo­to­gra­fii na stole.

Wszy­scy do­ro­śli. Wszy­scy do­kądś wy­ru­szyli, nie­któ­rzy w bez­kre­sną noc.

Amir prze­szedł przez jezd­nię i sta­nął przed Birk Lar­se­nem.

- Coś się stało? - spy­tał Theis.

- Za­bie­rajmy się stąd. - I po­ma­sze­ro­wał do czer­wo­nej cię­ża­rówki.

Sko­vga­ard te­le­fo­nicz­nie szu­kała za­gi­nio­nego do­ku­mentu z pro­to­kołu Stok­kego. Mor­ten We­ber spę­dził go­dzinę z ludźmi Bre­mera, pró­bu­jąc oczy­ścić at­mos­ferę. Mai Juhl cze­kała w biu­rze Hart­manna i się nie­cier­pli­wiła.

- Co on tam ma do po­wie­dze­nia?

- Bre­mer ma za­cząć po­stę­po­wa­nie w wy­dziale Holcka. Czeka na cie­bie. Albo wy­gło­sisz spro­sto­wa­nie i cof­niesz swoje słowa, albo cię po­zwie.

Hart­mann mach­nął ręką do Juhl. W od­po­wie­dzi uzy­skał cień uśmie­chu.

- Więc mam się wy­co­fać i wyjść na kre­tyna?

We­ber po­krę­cił głową.

- Za­wsze są ja­kieś roz­wią­za­nia po­lu­bowne, Tro­els. Mo­gli­by­śmy po­wie­dzieć, że dzia­ła­łeś w sta­nie sil­nego na­pię­cia po aresz­to­wa­niu. Bre­mer od­po­wie współ­czu­ją­cym prze­sła­niem, je­śli dasz mu, czego chce.

- Za­po­mnij.

Mai Juhl miała mniej wię­cej po­dobne po­my­sły. I te za­pewne też po­cho­dziły od Bre­mera.

- Nie za­pę­dzaj się w kozi róg, Tro­els.

- Bre­mer wie­dział, że je­stem nie­winny. Po­zwo­lił, że­bym sie­dział w wię­zie­niu oskar­żony o mor­der­stwo. Wy­star­czy­łoby, żeby pod­niósł słu­chawkę...

- Tak mó­wisz. A mo­żesz to udo­wod­nić?

- On uważa nas za swoją wła­sność, Mai. I może ma ra­cję.

- Bądź prag­ma­tyczny. Wszyst­kim nam przy­kro, że tak się stało. Ale po­trze­bu­jesz so­jusz­ni­ków, nie od­ci­naj się od...

- Co do­kład­nie miał­bym zro­bić?

We­szła Sko­vga­ard.

- Nie te­raz - rzu­cił Hart­mann, nie pa­trząc na nią.

- Ow­szem, te­raz. - Uśmie­chała się. W ręku miała ja­kieś wy­druki. Coś w jej oczach...

- Słu­cham, Mai.

- Je­śli zmie­nisz zda­nie, wy­co­famy po­zew o znie­sła­wie­nie.

Hart­mann wziął do­ku­menty i za­czął je czy­tać.

- Jest sze­ściu za­stęp­ców bur­mi­strza i on sam - cią­gnęła Juhl. - Nie zo­stawi ci edu­ka­cji. Chce, że­bym ja się za­jęła tym dzia­łem. Ale ty do­sta­niesz inny. Może... śro­do­wi­sko.

- Ostatni czło­wiek, który pia­sto­wał to sta­no­wi­sko, zro­bił osza­ła­mia­jącą ka­rierę, prawda? - wtrą­cił Hart­mann, cią­gle czy­ta­jąc.

- Sta­ram się po­móc. Nie­któ­rzy uwa­żają, że nie je­steś tego wart. Udo­wod­nij mi, że się nie mylę. Udo­wod­nij im, że oni się mylą. Zróbmy to jak na­leży. Na­pisz spro­sto­wa­nie, do­bra?

Po­ru­szył się pra­wie nie­do­strze­gal­nie. To nie było na­wet kiw­nię­cie głową.

Ale Mai Juhl się tego uchwy­ciła. Wzięła ża­kiet i po­wie­działa ra­do­śnie:

- Dzięki Bogu. Zo­ba­czymy się nie­długo. - I wy­szła.

Hart­mann pa­trzył na świat za oknem. My­ślał o moż­li­wo­ściach i kie­run­kach. O wy­bo­rach, któ­rych na­le­żało do­ko­nać.

- Tro­els?

Wszedł We­ber, a Hart­mann le­d­wie to za­uwa­żył.

- Nie­długo po­stę­po­wa­nie. Mu­simy skle­cić plan.

Żad­nej re­ak­cji.

- Halo! Zie­mia do Tro­elsa!

- Je­stem - ock­nął się Hart­mann. - Mam plan. Po­wiedz Bre­me­rowi, że po­tem wy­sto­su­jemy de­menti.

We­ber zer­k­nął po­dejrz­li­wie.

- Wy­co­fasz oskar­że­nie?

- Po­tem.

- Do­bra...

Lund prze­szła przez ga­raż, zi­gno­ro­wała cięż­kie spoj­rze­nia męż­czyzn w czer­wo­nych uni­for­mach, wspięła się po scho­dach i za­dzwo­niła.

- Dzień do­bry, Per­nille - po­wie­działa z uśmie­chem. Sta­rała się spra­wiać przy­ja­zne wra­że­nie. - Prze­szka­dzam?

- Wy­cho­dzimy. Idziemy obej­rzeć dom.

- Po­trze­bu­jemy paru do­wo­dów. To czy­sta for­mal­ność.

- Co mia­no­wi­cie?

Lund we­szła do środka i sta­nęła w kuchni. Tyle rze­czy. Wa­zony i ro­śliny, w oknie fi­gurki zwie­rząt, z boku na­czy­nia. Ona ni­gdy nie stwo­rzyła ta­kiego domu.

- Mu­szę jesz­cze raz przej­rzeć rze­czy Nanny. Ostatni raz, obie­cuję.

- Pan Meyer po­wie­dział, że sprawa jest za­mknięta.

- Ju­tro. To mój ostatni dzień w pracy. Nie wspo­mi­nał? - Nie wie­działa, czy Per­nille jej wie­rzy, czy nie. - Cho­dzi o dro­biazg. Przy­szłam nie w porę? Nie musi pani przy tym być. Je­śli chce pani wyjść...?

- Mu­szę wyjść, rze­czy­wi­ście. Więk­szość jej rze­czy jest w kar­to­nach. Za­mknie pani za sobą drzwi?

- Oczy­wi­ście. - Lund ro­zej­rzała się po uro­czej kuchni. - Nowe miesz­ka­nie jest więk­sze?

- To dom.

- Na pewno bę­dzie piękny.

Per­nille na nią po­pa­trzyła.

- Pro­szę pa­mię­tać, żeby za­mknąć drzwi na klucz - po­wie­działa i wy­szła.

Lund słu­chała jej od­da­la­ją­cych się kro­ków.

Zdjęła kurtkę i za­jęła się pierw­szym kar­to­nem. Na znisz­czony dy­wan wy­rzu­ciła pu­dełka świe­ci­de­łek, książki i ze­szyty.

Przej­rzała wszystko. W su­mie sześć kar­to­nów.

Pół­to­rej go­dziny póź­niej sie­działa sama w po­koju Nanny, po­śród roz­ło­żo­nych rze­czy. Wy­glą­dało tu jak po ataku szału wście­kłego dziecka. I nic. Ani śladu ta­jem­nej schadzki. Żad­nej wzmianki o po­dróży.

Lund scho­wała twarz w dło­niach. Chciało jej się krzy­czeć.

Po­tem pod­nio­sła wzrok, ro­zej­rzała się swo­imi wiel­kimi oczyma.

Myśl.

Myśl jak Nanna.

Patrz.

Wy­obra­żaj so­bie.

W rogu stał nie­bie­ski pla­sti­kowy glo­bus. Wi­działa go już wcze­śniej. Na słyn­nych mia­stach krzy­żyki. Miej­sca, które Nanna pew­nie chciała od­wie­dzić.

Glo­bus był za­ra­zem lampką. Z tyłu wy­cho­dził prze­wód elek­tryczny. Lund wy­jęła glo­bus z kar­tonu, po­sta­wiła na biurku, zna­la­zła gniazdko i wsu­nęło do niego wtyczkę. Ża­rówka pod­świe­tliła wszyst­kie barwy kra­jów i kon­ty­nen­tów. Lund po­woli ob­ra­cała go wo­kół osi. Ame­ryka, Au­stra­lia, Azja, Afryka...

Po­mię­dzy dwoma przy­ląd­kami na po­łu­dnio­wym Atlan­tyku, u pod­stawy, coś przy­ciem­niało błę­kit mo­rza.

Pa­pier. Li­sty. Do­ku­menty.

Skrytka dziecka, które chciało do­kądś po­je­chać.

Lund po­trzą­snęła glo­bu­sem.

Wy­jęła prze­wód, po­szu­kała doj­ścia. Nanna na pewno wie­działa, jak otwo­rzyć glo­bus i za­mknąć go z po­wro­tem, nie zo­sta­wia­jąc śladu. Ale ona miała dzie­więt­na­ście lat, zwin­niej­sze palce. Znie­cier­pli­wiona Lund pod­nio­sła glo­bus, roz­biła go o biurko, roz­trza­skała pod­stawę i oprawkę ża­rówki i roz­wa­liła je pię­ścią.

Pla­stik ustą­pił. Świat po­dzie­lił się wzdłuż rów­nika. Dwie czę­ści, po­łu­dniowa pół­kula jako tajny skład do­ku­men­tów.

Wło­żyła ostat­nią parę rę­ka­wi­czek ochron­nych. Wy­rzu­ciła za­war­tość glo­busa na pod­łogę, sia­dła z roz­ło­żo­nymi no­gami i za­częła wszystko prze­glą­dać.

Li­sty i kartki. Wa­len­tyn­kowe serce. Kwia­tek. Zdję­cie. Ta­kie stare.

Blon­d­włosa dziew­czynka, naj­wy­żej pię­cio­let­nia. Obok ciem­no­włosy dzie­ciak nie­śmiało trzy­ma­jący ją za rękę. Z tyłu plac za­baw. Ta sama dwójka w skrzynce trój­ko­łowca chri­stia­nia.

Lund pa­trzyła. Nie usły­szała kro­ków za ple­cami. Nie za­uwa­żyła z po­czątku, że Per­nille Birk Lar­sen za­gląda jej przez ra­mię.

A gdy już za­uwa­żyła, spy­tała:

- Kto jest na tym zdję­ciu? - Wstała i po­ka­zała Per­nille fo­to­gra­fię. - To Nanna, prawda?

Ba­ła­gan, wy­wró­cone kar­tony. Wró­cił chaos.

- Kim jest ten chło­piec, Per­nille?

- Po­wie­działa pani, że sprawa jest za­mknięta.

- Kto to jest?

Per­nille wzięła zdję­cie, wpa­try­wała się w nie.

- Amir. Mały Azjata zza rogu. Przez ja­kiś czas był Nanny mi­ło­ścią. Byli... - Szu­kała słów. - Byli wtedy mali.

- Gdzie jest te­raz Amir?

Meyer za­dzwo­nił, gdy wsia­dła do sa­mo­chodu.

- Nanna nie le­ciała z Ka­strup, Lund. Miała bi­let na ta­nie li­nie, z Malmö. Lot do Ber­lina. Pią­tek o pierw­szej pięć­dzie­siąt. I był drugi pa­sa­żer. Nie po­le­ciał.

- Amir - po­wie­działa.

Długa ci­sza.

- Bar­dzo bym chciał, że­byś prze­stała mi to ro­bić. On mieszka dwie ulice od Nanny. Ale pew­nie już o tym wiesz.

- Amir El' Na­men. Wczo­raj wie­czo­rem przy­szedł do The­isa. Prze­pro­wa­dzał się i chciał sko­rzy­stać z usług jego firmy. Pro­sił The­isa, żeby oso­bi­ście za­jął się zle­ce­niem.

- Gdzie je­steś?

- Koło dworca. Spo­tkajmy się.

Meyer spoj­rzał na długi ko­ry­tarz, ciemne mar­mu­rowe ściany, świa­tła. Nie mógł wyjść, nie mi­ja­jąc ga­bi­netu Brixa. Wy­glą­dał na pu­sty...

- Co się dzieje?

Brix po­ja­wił się za jego ple­cami, a Meyer pod­sko­czył.

- Je­śli cho­dzi o Lund, to ja jej nie wi­dzia­łem. Przy­się­gam.

- Dzwo­niła wła­śnie pani Birk Lar­sen. Gdzie jest Lund?

- Mam za­raz spo­tka­nie. Za­dzwo­nię póź­niej i wy­ja­śnię.

Brix za­stą­pił mu drogę.

- Wy­ja­śnij te­raz.

- Nanna le­ciała z kimś do Ber­lina...

- Sram na Ber­lin. Z dworca zgło­szono kra­dzież ba­gażu. Kra­dła Lund. Skończ z tą opacz­nie po­jętą lo­jal­no­ścią i po­wiedz mi, gdzie ona jest.

Mey­erowi się to nie spodo­bało.

- Nie cho­dzi o żadną lo­jal­ność, tylko o fakty. Holck nie wie­dział, że Nanna od­la­tuje z Malmö. Więc po­je­chał na Ka­strup. Pro­szę. - Otwo­rzył teczkę, którą niósł dla Lund. - To zdję­cia mo­ni­to­ringu na Ka­strup z tam­tej nocy. Jest na nich Holck. Do­sko­na­łej ja­ko­ści. Wy­raźny.

Po­sępny po­li­tyk sie­dział okla­pły pod in­for­ma­cją w hali od­lo­tów. Prze­cie­rał oczy przy od­pra­wie bi­le­to­wej. Wy­glą­dał staro i smęt­nie na lśnią­cym krze­śle przy scho­dach ru­cho­mych.

- Zo­stał tam do dru­giej w nocy. Z ni­kim się nie spo­tkał.

Brix wpa­try­wał się w zdję­cia.

- On nie za­bił Nanny - po­wie­dział Meyer. - Za­dzwo­nię do pana póź­niej, do­brze?

Nie do­cze­kał się od­po­wie­dzi. Więc wy­szedł.

Amir po­pro­sił Birk Lar­sena, żeby po­je­chał pod ad­res w re­jo­nie prze­my­sło­wym na Ama­ger. Nie chciał roz­ma­wiać. Ści­skał swoją stu­dencką torbę i pa­trzył po­nuro, jak za oknami prze­la­tują ni­skie i domy i za­bu­do­wa­nia fa­bryczne.

Birk Lar­sen lu­bił z ko­lei po­ga­dać w szo­ferce. Wręcz miał taką silną po­trzebę.

- Lon­dyn, po­wia­dasz? Ja ni­gdy tam nie by­łem. Pew­nego dnia...

- Wy­je­cha­łem na stu­dia. To był po­mysł ojca.

- I do­piero co wró­ci­łeś?

Nie ro­zu­miał, dla­czego Amir trzyma tu rze­czy. Jego zda­niem było to dziwne miej­sce na prze­cho­wy­wa­nie sto­łów i krze­seł.

- Nie. Wró­ci­łem ze­szłego lata.

- Ja­koś cię nie wi­dzia­łem.

- No nie.

- Trzeba było zajść, Amir. Nanna by się ucie­szyła. Pa­mię­tam, jak się ra­zem ba­wi­li­ście. - Ro­ze­śmiał się. - Boże, ależ ona ci da­wała po­pa­lić. Nie zno­siła la­lek, wiesz. Za­wsze uwa­ża­łem, że to dla­tego, że ma cie­bie i la­lek już nie po­trze­buje.

Wy­da­wać by się mo­gło, że to do­bry dow­cip. Że w sam raz. Amira nie roz­ba­wił.

- Roz­ma­wia­łeś z nią po po­wro­cie?

Chło­pak znowu wy­glą­dał przez okno, wpa­tru­jąc się w wy­lud­nione te­reny w od­dali. Birk Lar­sen zer­k­nął na ad­res, który Amir mu po­dał, pa­trzył na dro­go­wskazy i nu­mery.

- No to pra­wie je­ste­śmy.

Za­mknięta brama, za nią opusz­czony za­kład pro­duk­cyjny.

Birk Lar­sen raz jesz­cze spoj­rzał na kartkę.

- Nu­mer sie­dem­dzie­siąt cztery. To tu?

Amir za­marł na swoim fo­telu, ści­ska­jąc torbę, jakby to była naj­waż­niej­sza rzecz na świe­cie.

- Amir? To tu­taj? Stąd za­bie­ramy te rze­czy na twoje we­sele? Co...

Chło­pak pła­kał. Tak samo jak w dzie­ciń­stwie, gdy Nanna po­su­nęła się za da­leko. Spod czar­nych oku­la­rów spły­wały na po­liczki wiel­kie łzy.

- Nie bę­dzie ślubu. Jest od­wo­łany.

Birk Lar­sen za­sta­na­wiał się, co ro­bić.

- Amir... Co my tu ro­bimy?

Chło­pak otwo­rzył torbę.

- Chciał­bym... - wy­mam­ro­tał i urwał.

- Co byś chciał? Co?

- Za­wsze się pana ba­łem - mó­wił Amir. - Kiedy by­li­śmy mali i Nanna za­bie­rała mnie do wa­szego domu. Ba­łem się pana, gdy wró­ci­łem la­tem. Nie ośmie­li­łem się przyjść, my­śla­łem, co pan po­wie, co pan zrobi, kiedy... się pan do­wie.

Birk Lar­sen pa­trzył na niego po­dejrz­li­wie.

- O czym?

- O mnie. I Nan­nie. O nas. Za­wsze mó­wiła, że mam się nie bać. Że pan się prze­kona. Że pan z jej mamą kie­dyś by­li­ście tacy sami. Głupi. Za­ko­chani. Ale... - Otarł oczy rę­ka­wem kurtki, zu­peł­nie jak dziecko. - Ja i tak się ba­łem i my­śla­łem... że to tylko po­gor­szy sprawę, prawda? Kiedy się pan do­wie...

- O czym?

- Że to mnie ko­chała. Imi­granta zza rogu. Mie­li­śmy ra­zem uciec. A po­tem... - Wci­snął Birk Lar­se­nowi torbę w ręce. W środku le­żała biała bą­bel­kowa ko­perta. I coś jesz­cze. - Po­tem coś... Nie wiem...

Od­piął pas. Wy­siadł. Pod­szedł do bramy za­mknię­tej na kłódkę i pa­trzył na opusz­czoną fa­brykę, która nie miała żad­nego zna­cze­nia, żad­nego.

Te­raz do­piero Birk Lar­sen to po­jął.

Ko­perta była za­adre­so­wana na niego i Per­nille. W środku znaj­do­wała się ka­seta wi­deo. Birk Lar­sen zaj­rzał do torby. Zo­ba­czył ka­merę. Ka­seta do niej pa­so­wała.

Zna­lazł gu­zik play.

Wci­snął go.

Po­czuł, że serce prze­staje mu bić.

Zimny dzień. Nie­dawno. Nanna w cie­płym płasz­czu, włosy w nie­ła­dzie. W ogóle nie wy­gląda na dzie­więt­na­ście lat.

"To się na­grywa?" - pyta.

Głos spoza ka­dru. Amira. Tro­chę sarka, pró­bu­jąc so­bie po­ra­dzić z na­gra­niem.

"Tak".

Ona mówi, że do­brze. Bie­rze głę­boki od­dech, uśmie­cha się. Jak ko­bieta.

Pa­trzy w obiek­tyw, a w ży­łach Birk Lar­sena za­styga krew, gdy słu­cha tego głosu. Bo wie, że już ni­gdy go nie usły­szy.

Taka by­stra, słodka, pełna na­dziei. Jak strasz­nie bo­lało to roz­pacz­liwe po­czu­cie utraty.

Głos mówi ro­ze­śmia­nym, nie­po­słusz­nym to­nem:

"Cześć, mamo, cześć, tato".

Mru­gnię­cie oka.

"Cześć, An­ton i Emil, naj­lep­sze te­le­tu­bi­sie świata".

Po chwili jej twarz staje się tak po­ważna, że stary Theis Birk Lar­sen czuje, jak łzy szczy­pią go w oczy.

"Kiedy oglą­da­cie to na­gra­nie, jest po­nie­dzia­łek. My­śli­cie, że je­stem w szkole. Ale mnie tam nie ma".

Prze­chyla głowę na bok, w taki za­wa­diacki spo­sób, tak jak za­wsze ro­biła, gdy chciała po­sta­wić na swoim.

"Wiem, że bę­dzie­cie się na mnie zło­ścić. Ale nie mar­tw­cie się. Strasz­nie was wszyst­kich ko­cham. I nic mi nie jest. Je­stem z Ami­rem. Ma­łym Ami­rem".

Ob­raz pod­ska­kuje.

"Już nie jest mały. Mój pierw­szy chło­pak... Wró­cił la­tem... Spo­tka­li­śmy się..."

Prze­nosi wzrok na męż­czy­znę za ka­merą. Wy­gląda na za­kło­po­taną. Zbywa to śmie­chem.

"Cóż. Nie wi­dzie­li­śmy się trzy lata. A mie­li­śmy wra­że­nie, że to był je­den dzień. Za­wsze mi mó­wi­łaś, mamo, że jak to się dzieje, to czło­wiek wie. Nie­ważne, co lu­dzie my­ślą. Nie­ważne, co my­śli świat. Kiedy to się dzieje, kiedy czło­wiek znaj­duje wła­ściwą osobę, nic nie może go po­wstrzy­mać. I wy­ście też nie mo­gli".

Ni­ski, głę­boki jęk ro­dzi się w płu­cach Birk Lar­sena.

Nie od­rywa nie­bie­skich oczu od ka­mery, od nich.

"W su­mie ko­cha­li­śmy się od za­wsze. Tylko tro­chę nam za­jęło, żeby się do tego przy­znać. Mamo, my­ślę, że ty za­wsze wie­dzia­łaś. Amir ma przy­ja­ciela, u któ­rego mo­żemy się za­trzy­mać. Nie wiem, jak długo. Aż się wszystko uspo­koi".

Theis przy­suwa ka­merę bli­żej, jakby ja­kąś ir­ra­cjo­nalną czę­ścią umy­słu wie­rzył, że to ona. Nanna żywa, cała i zdrowa.

"Chcę, że­by­ście wszy­scy wie­dzieli - mówi - że ni­gdy nie by­łam szczę­śliw­sza. Więc pro­szę... Mam na­dzieję, że mi wy­ba­czy­cie. My­ślę, że tak. Wy­ście też ucie­kli, prawda? Pa­mię­tam spoj­rze­nie two­ich oczu, kiedy mi o tym mó­wi­łaś, mamo. Tyle mi­ło­ści".

Wy­ciąga rękę, do­tyka nie­wi­docz­nego męż­czy­zny za ka­merą.

"Je­śli my z Ami­rem bę­dziemy tak szczę­śliwi i tak do­brzy jak wy..."

Te­raz pła­cze, a na to Theis ni­gdy nie mógł pa­trzeć.

"Do zo­ba­cze­nia, mamo i tato".

Po­syła ca­łusa.

"Ko­cham was, te­le­tu­bi­sie. Nie­długo do was za­dzwo­nię. Za­wsze będę was ko­chać".

Łzy i śmiech. Ka­mera się ru­sza. Ściana z graf­fiti. Ro­wery. Dwie ulice od ich domu w Ve­ster­bro. Theis roz­po­znaje ce­gły.

I znowu Nanna i Amir. Ona try­ska­jąca na­dzieją. On spo­kojny i nie­śmiały, i pa­trzący tylko na nią.

Drżą­cymi pal­cami Birk Lar­sen od­kłada ka­merę na fo­tel pa­sa­żera, chowa twarz w dło­niach i pła­cze.

Po­stę­po­wa­nie pro­wa­dził Poul Bre­mer. Nie­bie­ska ko­szula. Ma­ry­narka zdjęta, kra­wat też. Czło­wiek czynu.

- Te­raz wy­słu­chamy kie­row­nika Gerta Stok­kego z wy­działu Holcka. Gert?

Szary czło­wiek w sza­rym gar­ni­tu­rze wszedł do sali i za­jął miej­sce.

- Znasz pro­ce­durę - po­wie­dział Bre­mer. - Pro­wa­dzimy śledz­two w wy­dziale Holcka. Mu­simy wy­ja­śnić pewne sprawy.

Stokke kiw­nął głową, spoj­rzał na osoby sie­dzące przy stole.

- Jak wie­dzą pań­stwo z do­ku­men­tów, prze­pro­wa­dzi­łem roz­mowę z Holc­kiem. Chcia­łem mu uświa­do­mić, że wy­da­rzyło się coś nie­sto­sow­nego, ale on nie chciał przy­jąć tego do wia­do­mo­ści. Nie mo­głem go prze­ko­nać.

- A póź­niej? - spy­tał Bre­mer.

Stokke na­dął po­liczki, wy­pu­ścił po­wie­trze i rzekł w końcu:

- Po­ru­szy­łem tę kwe­stię jesz­cze raz. Nie był bar­dziej skłonny do współ­pracy. Po fak­cie zda­łem so­bie sprawę, że po­wi­nie­nem był ko­goś po­wia­do­mić. Prze­pra­szam za to. Te­raz wszystko jest w po­rządku...

- A sam Holck... - za­chę­cił Bre­mer - miał skłon­no­ści do ty­ra­ni­zo­wa­nia, o czym więk­szość z nas za­pewne nie wie.

- Był bar­dzo bez­po­średni - przy­znał Stokke. - I prze­ko­nu­jący. Po­wie­dział mi, że nie­zwłocz­nie roz­wiąże sprawę. Przy­ją­łem, że mówi prawdę. Co mia­łem zro­bić?

Bre­mer zło­żył dło­nie, jak ka­płan wy­słu­chu­jący spo­wie­dzi.

- My­ślę, że wszy­scy wy­cią­gniemy lek­cję z tego smut­nego wy­da­rze­nia. Z tego, co wi­dzę, zro­bi­łeś wszystko, co było w two­jej mocy. Nie wi­dzę po­trzeby za­da­wa­nia dal­szych py­tań. Więc dzię­kuję...

Hart­mann pod­niósł lewą rękę.

- Ja mam py­ta­nie, je­śli wolno.

Bre­mer od­cze­kał chwilę, nim się ode­zwał:

- Śmiało, Tro­els.

- Aby­śmy mieli pełną ja­sność: po­wie­dział pan ko­muś o dzia­ła­niach Holcka?

- Ni­komu.

Hart­mann pod­niósł le­żącą przed nim teczkę.

- Chciał­bym za­pre­zen­to­wać kilka do­ku­men­tów. - Ob­szedł zgro­ma­dzo­nych, kła­dąc przed każ­dym plik kar­tek. Naj­pierw przed Stok­kem. - Jest to pro­to­kół ze spo­tka­nia Gerta Stok­kego z Po­ulem Bre­me­rem. Oma­wiają sa­dze­nie drzew. W pro­to­kole znaj­dują się od­no­śniki do za­łącz­nika, który nie zo­stał do­dany do akt. Za­pewne się za­po­dział, prawda, Gert?

- Mu­siał­bym spraw­dzić...

- Nie ma po­trzeby. - Hart­mann wziął do ręki ko­lejny ze­staw do­ku­men­tów. - I tak zdo­ła­łem od­zy­skać za­łącz­nik.

Stokke za­mru­gał po­wie­kami.

- Znaj­do­wał się w bez­piecz­nym miej­scu, ukryty przez kie­row­nika z wy­działu Holcka. - Wska­zał Stok­kego. - Przez cie­bie, Gert.

Urzęd­nik utkwił wzrok w le­żą­cym przed nim do­ku­men­cie.

- Po­zwolę so­bie od­świe­żyć ci pa­mięć - cią­gnął Hart­mann. - To są twoje no­tatki z ra­portu, który zło­ży­łeś panu bur­mi­strzowi na te­mat tego, co na­zwa­łeś nie­po­ko­ją­cym sta­nem ad­mi­ni­stra­cji Holcka. Wy­mie­niasz tu na przy­kład wy­płaty po pięć ty­sięcy ko­ron mie­sięcz­nie Ola­vowi Chri­sten­se­nowi, który pra­co­wał w moim wy­dziale, przy czym nikt z mo­jej księ­go­wo­ści ani mo­jej ad­mi­ni­stra­cji o tym po­wią­za­niu nie wie­dział. Ani o tym, że ist­nieje wy­raźny trop, za co Chri­sten­sen to wy­na­gro­dze­nie otrzy­my­wał.

Bre­mer mil­czał spą­so­wiały.

Hart­mann zwró­cił się do człon­ków rady:

- Ten za­łącz­nik ni­gdy nie wszedł w skład ofi­cjal­nego pro­to­kołu. Było to za­bez­pie­cze­nie Gerta Stok­kego. Chciał mieć pew­ność, że w ra­zie ka­ta­strofy bę­dzie mógł przy­naj­mniej po­wie­dzieć, że nas ostrze­gał. - Wska­zał do­ku­ment. - I pro­szę bar­dzo. Oto do­wód, że pan bur­mistrz wie­dział o roz­myśl­nym i nie­le­gal­nym nad­uży­ciu na długo przed nami. Do­wód, że pan bur­mistrz za­taił przed po­li­cją in­for­ma­cje, które mo­gły do­pro­wa­dzić do dużo wcze­śniej­szego zde­ma­sko­wa­nia praw­dzi­wego mor­dercy Nanny Birk Lar­sen. - Spoj­rzał na Bre­mera. - Czy pan bur­mistrz ze­chciałby to sko­men­to­wać?

Ci­sza.

- Nie?

- Cóż - Hart­mann wstał od stołu, zo­sta­wia­jąc zgro­ma­dze­nie wraz z do­ku­men­tami - dzię­kuję za uwagę.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki