The Killing. Tom 1. Odcinek 2 - Dawid Hewson

Kup ebooka

29.90 zł
22.43 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

6

Po­nie­dzia­łek, 10 li­sto­pada

Spała na krze­śle przy szpi­tal­nym łóżku. Bengt miał opa­tru­nek na gło­wie, na le­wej ręce gips, do pra­wej pod­łą­czoną kro­plówkę.

Nie obu­dził się. Na­wet kiedy po­chy­liła się nad nim ni­sko i wy­szep­tała jego imię.

Przez za­ku­rzone okna za­częło się są­czyć po­ranne świa­tło. Lund się ro­zej­rzała. Przy­nie­śli tu tro­chę rze­czy, które Bengt miał ze sobą w sa­mo­cho­dzie w chwili wy­padku. Gdy roz­bił się w dro­dze na most do Malmö.

Płaszcz. Sza­lik i swe­ter. Czarna ak­tówka. Wy­sta­wało z niej kilka do­ku­men­tów z po­li­cyj­nymi pie­czę­ciami.

Lund zer­k­nęła na Bengta. Cią­gle spał. Za­częła prze­glą­dać pa­piery.

Akta były grube, pełne ofi­cjal­nych ra­por­tów. Sek­cje zwłok i szcze­góły zbrodni. Zdję­cia i ma­te­riały kry­mi­na­li­styczne.

Sia­dła, roz­ło­żyła je przed sobą na pod­ło­dze, prze­glą­dała je­den po dru­gim.

Sku­piona prze­rwała do­piero, gdy się ode­zwał.

- Masz ra­cję - po­wie­dział Bengt zbo­la­łym, ochry­płym gło­sem. - Ro­bił to już wcze­śniej.

Lund od­su­nęła do­ku­menty, wstała i po­de­szła do niego.

- Jak się czu­jesz?

Nie od­po­wie­dział.

- Po­do­bno masz wstrzą­śnie­nie mó­zgu i zła­maną rękę. Sa­mo­chód na­daje się do ka­sa­cji. Mia­łeś szczę­ście.

- Szczę­ście?

- Tak, szczę­ście. Nie spa­łeś całą dobę.

- Tak się na cie­bie wku­rzy­łem.

Mil­czała.

- Po­sta­no­wi­łem je­chać do domu. Mia­łem dość. Jezu...

Lund miała wra­że­nie, że za­raz się roz­pła­cze. Czuła, jak szczy­pią ją oczy. Od­pły­nęła gdzieś my­ślami.

- Nie wiem, czemu taka je­stem - po­wie­działa ła­god­nie. - Prze­pra­szam. Nie ra­dzę so­bie. Cza­sami...

Bengt wy­cią­gnął rękę i chwy­cił jej dłoń, ich palce się splo­tły. Cie­pło. Bli­skość.

- Czy­ta­łem akta. To nie była zbrod­nia z na­mięt­no­ści. To nie było nic ty­po­wego.

- Po­roz­ma­wiamy o tym póź­niej - obie­cała i od razu się za­sta­no­wiła, czy mówi szcze­rze.

- Może on ma coś na kształt me­tody - cią­gnął z za­mknię­tymi oczyma Bengt.

- Szu­ka­li­śmy jej. Nie zna­leź­li­śmy w ar­chi­wum żad­nej zbrodni, która by przy­po­mi­nała tę.

- To nie zna­czy, że ta­kiej nie ma. Wrzu­cił Nannę do wody. Wi­dzia­łaś ja­kiej. Na pust­ko­wiu. Z dala od lu­dzi. Na pewno jesz­cze mnó­stwa rze­czy nie wiesz.

- Póź­niej, Bengt.

- Nie. - W jego gło­sie usły­szała złość, otwo­rzył oczy. - Nie póź­niej. Ty nie znasz zna­cze­nia tego słowa. Po­słu­chaj mnie. Jego kręci to, że tylko on i dziew­czyna wie­dzą, jak i gdzie to się skoń­czy. Dla niego to jest in­tym­ność. Coś jak ro­mans.

- Póź­niej - po­wtó­rzyła i włą­czyła te­le­wi­zor.

Oglą­dali ra­zem wia­do­mo­ści. Bu­chard wy­dał oświad­cze­nie, w któ­rym prze­ka­zał, że Ke­mal jest nie­winny. Wy­ja­śnił, że męż­czy­zna zo­stał po­dej­rza­nym na sku­tek fa­tal­nego zbiegu oko­licz­no­ści. Ani słowa o wpro­wa­dza­niu po­li­cji w błąd czy utrud­nia­niu śledz­twa.

Tak to bywa. Albo ktoś jest bo­ha­te­rem, albo ło­trem. Żad­nych sza­ro­ści, żad­nych sta­diów po­śred­nich. Nie na oczach me­diów. Albo czarne, albo białe, nie ma in­nej opcji.

To samo w po­li­tyce, po­my­ślała, oglą­da­jąc po­wtórkę ze sprzeczki Hart­manna i Bre­mera w trak­cie wcze­śniej­szej de­baty.

W ich sło­wach, ge­stach, mi­nach nic się nie zmie­niło. Ale przed­tem wszystko wska­zy­wało na to, że prze­wagę ma Bre­mer. Jego po­czu­cie wyż­szo­ści było oczy­wi­ste, po­dob­nie jak cień zwy­cię­stwa w oczach. Te­raz ten sam wy­wiad miał inny wy­dźwięk, wręcz prze­ciwny. Bre­mer kreu­jący się na męża stanu wy­da­wał się sztuczny. Nie­roz­waż­ność i po­zor­nie nie­roz­sądna obrona na­uczy­ciela w wy­da­niu Hart­manna wy­glą­dała zaś na od­ważną i da­le­ko­wzroczną.

O róż­nicy zde­cy­do­wał kon­tekst. Ale by zro­zu­mieć kon­tekst, czło­wiek po­trze­bo­wał fak­tów, punk­tów od­nie­sie­nia, dzięki któ­rym mógł wy­ro­bić so­bie opi­nię.

Tego wszyst­kiego bra­ko­wało w spra­wie Nanny Birk Lar­sen.

- Le­ka­rze mó­wią, że mogę wyjść jesz­cze dzi­siaj. - Bengt wy­łą­czył wia­do­mo­ści.

- Po­roz­ma­wiam z matką. Mo­żemy się wpro­wa­dzić do niej.

- Dość masz kło­po­tów. Wra­cam do Szwe­cji.

Po­czuła przy­pływ... pa­niki?

- Dla­czego? - spy­tała.

- Ty je­steś za­jęta, w domu są ro­bot­nicy. Twoja matka uzna, że to dziwne. - Za­mknął na chwilę oczy.

Pa­trzyła na si­niaki na jego twa­rzy. Za­sta­na­wiała się, kiedy zejdą.

- To nic złego się po­my­lić - po­wie­dział.

- Chcesz tro­chę wody? - Wstała.

Wy­cią­gnął rękę, żeby ją za­trzy­mać.

- Nie martw się. Znaj­dzie­cie go. Cier­pli­wo­ści.

Usia­dła na skraju łóżka.

- A je­śli nie znaj­dziemy?

- Znaj­dzie­cie.

- Je­ste­śmy w śle­pym za­ułku. Nie mam już żad­nych po­my­słów.

- A po­win­naś mieć. Szu­kaj. Co wiesz na pewno?

- Nic.

- Daj spo­kój, Saro. Prze­cież to nie­prawda.

- Do­bra. W pią­tek trzy­dzie­stego pierw­szego paź­dzier­nika Nanna Birk Lar­sen idzie na im­prezę do swo­jego li­ceum. Wcze­śniej tego sa­mego dnia kie­rowca do­star­cza do szkoły ma­te­riały wy­bor­cze Tro­elsa Hart­manna. - Wstała, za­częła cho­dzić po po­koju, pró­bu­jąc so­bie to wszystko po­ukła­dać. - Kie­rowca źle się czuje. Gubi klu­czyki do sa­mo­chodu i je­dzie do szpi­tala. Około dwu­dzie­stej pierw­szej trzy­dzie­ści Nanna wy­cho­dzi z im­prezy i od­jeż­dża na swoim ro­we­rze. Ktoś znaj­duje klu­czyki do sa­mo­chodu szta­bo­wego i je­dzie za nią.

- Cze­kaj, cze­kaj - prze­rwał jej Bengt. - Za­raz... On nie działa spon­ta­nicz­nie. To nie mo­gło być tak, że on się na­tknął na klu­czyki i po­peł­nił zbrod­nię.

Po­trzą­snęła głową.

- Ale tak jest.

- Ten ktoś nie działa pod wpły­wem im­pulsu. Pla­nuje swoje dzia­ła­nia, a po­tem za­ciera ślady.

- Bengt! Sa­mo­chód stał pod szkołą. Nikt nie mógł wie­dzieć, że kie­rowca się po­cho­ruje.

- To nie pa­suje do pro­filu, który stwo­rzy­łem.

- A je­śli twój pro­fil jest błędny? Wiem, że sta­rasz się po­móc, ale... je­śli wszystko jest błędne? I na­sza kon­cep­cja, i po­mysł, że jest ja­kiś wzo­rzec. Ja­kaś lo­gika. - Wzięła so­bie wody. - Dzie­więt­na­sto­latkę po­rwano, uwię­ziono i wie­lo­krot­nie zgwał­cono. Bru­tal­nie. Zwy­kle jest ja­kaś lo­gika, ale to...

- Za­po­mnij o tym, co wiesz. Za­po­mnij o wszyst­kim, co ci po­wie­dzia­łem. Wróć do po­czątku. Po­tem cof­nij się jesz­cze głę­biej. Jest w tym me­toda, Saro. Spo­sób dzia­ła­nia, który on so­bie usta­lił.

Cze­kała.

- No­życzki, my­dło, ry­tuał... - Po­krę­cił głową. - Nie wie­rzę, że Nanna była pierw­sza. Cof­nij się da­lej wstecz. Aż coś znaj­dziesz.

- Da­lej wstecz - wy­szep­tała Lund.

Zo­ba­czyła jesz­cze raz Ka­lve­bod F?l­led przy Le­sie Zie­lo­no­świąt­ko­wym. Czarny kształt wy­ła­nia­jący się z wody. Wę­gorz prze­my­ka­jący po bla­dych no­gach mar­twej dziew­czyny.

Te wy­da­rze­nia zde­cy­do­wały o wszyst­kim, co na­stą­piło póź­niej. Wy­da­rze­nia za­ćmiły jej umysł.

De­li­kat­nie po­ca­ło­wała go w po­li­czek, omi­ja­jąc si­niaki, i rzu­ciw­szy krót­kie "dzię­kuję", wy­szła.

Czarny ford stał w ga­rażu użyt­ko­wa­nym przez tech­ni­ków kry­mi­na­li­styki, w pod­zie­miach kwa­tery głów­nej. Pro­wa­dziła z niego rampa wy­cho­dząca na po­dwórko przy aresz­cie, w któ­rym prze­by­wał obec­nie Theis Birk Lar­sen.

Te­raz, po wy­schnię­ciu, sa­mo­chód wy­da­wał się bar­dziej brudny. Był uma­zany bło­tem i ob­le­piony li­śćmi. Wszyst­kie drzwi miał otwarte i stał wy­soko na pod­no­śniku.

Tech­nik wrę­czył Lund ak­tu­alne ra­porty, a pod­ko­mi­sarka włą­czyła wiel­kie świe­tlówki ota­cza­jące sa­mo­chód. Wszę­dzie po­przy­kle­jano po­nu­me­ro­wane ozna­cze­nia, na oknach, na drzwiach, na pod­ło­dze.

Zer­k­nęła do do­ku­men­tów. Nic no­wego.

Zdjęła kurtkę, obe­szła z dy­żur­nym po­jazd.

Smutny kre­dowy ob­rys za­zna­czał w ba­gaż­niku miej­sce uło­że­nia ciała. Lund miała wra­że­nie, że pa­trzy na niego po raz ty­sięczny. Wło­żyła jed­no­ra­zowe rę­ka­wiczki, usia­dła na fo­telu kie­rowcy, po­tem na fo­telu pa­sa­żera. Spraw­dziła lu­sterka, scho­wek na rę­ka­wiczki i schowki w drzwiach. Prze­sia­dła się na tył i zro­biła to samo.

Męż­czy­zna przy­glą­dał jej się znu­dzony.

Po­pro­siła go, by pod­niósł sa­mo­chód, obej­rzała pod­wo­zie. Błoto i pa­tyki z ka­nału. Nic wię­cej.

- Jak mó­wi­łem - po­wie­dział dy­żurny - nic w nim nie ma. Wy­jął ze środka wszystko. Woda do­ko­nała reszty. - Do­pił kawę, wrzu­cił ku­bek do śmiet­nika. - Szu­ka­łem całą noc. Mar­nu­jesz czas. Nic no­wego tu nie ma.

Wró­ciła do do­ku­men­ta­cji.

- Obie­ca­łem żo­nie, że przy­po­mnę jej dzi­siaj, jak wy­glą­dam - za­śmiał się męż­czy­zna, wkła­da­jąc kurtkę. - Mam szanse?

Lund trzy­mała przed sobą ra­port tech­nika.

- Tu jest na­pi­sane, że w baku znaj­do­wały się pięć­dzie­siąt dwa li­try pa­liwa. Je­ste­ście pewni?

Wes­tchnął.

- Tak. Do pełna bra­ko­wało pię­ciu czy sze­ściu li­trów.

- Je­steś pe­wien?

- Je­stem pe­wien. Wy­łącz świa­tła, jak skoń­czysz. Cześć.

- Je­steś pe­wien? - krzyk­nęła jesz­cze.

- Ile razy...?

- To ważne. Mo­głeś się po­my­lić? Sa­mo­chód był w wo­dzie...

- Nie, nie mo­głem. Spraw­dzi­li­śmy to auto ty­siąc razy. Do pełna bra­ko­wało pię­ciu, sze­ściu li­trów. W czym pro­blem? Co zro­bi­li­śmy źle?

- Nie po­wie­dzia­łam, że coś zro­bi­li­ście źle. - Mach­nęła mu do­ku­men­tem z Ra­tu­sza. - Zgod­nie z re­je­strem po­przed­nio tan­ko­wano go ty­dzień wcze­śniej. W ta­kim wy­padku bak po­wi­nien być pra­wie pu­sty.

Pod­szedł i zer­k­nął do do­ku­mentu.

- Och, prze­pra­szam. Po­win­ni­śmy...

- Więc kto go za­tan­ko­wał? - za­sta­no­wiła się Lund.

Po­mimo sło­necz­nej po­gody na nie­bie zbie­rały się szare chmury. Meyer cze­kał na nią na po­dwórku przed la­bo­ra­to­rium kry­mi­na­li­stycz­nym. Miał na so­bie lśniącą skó­rzaną kurtkę, któ­rej ni­gdy wcze­śniej nie wi­działa, i modne oku­lary prze­ciw­sło­neczne.

Su­per, po­my­ślała. Pa­so­wał do wy­działu nar­ko­ty­ko­wego, ra­bun­ków albo prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej. Do za­bójstw nie­ko­niecz­nie. Trak­to­wał to oso­bi­ście. To za­wsze był błąd.

- Jak się czuje Bengt? - spy­tał, po­da­jąc jej ku­bek kawy.

- Co?

- Jak...?

- Tak.

- A ty?

- Mu­simy po­szu­kać mło­dych ko­biet, które za­gi­nęły w ciągu ostat­nich dzie­się­ciu lat.

- Bo?

- W mie­ście, w ca­łym kraju. Mu­simy spraw­dzić, czy coś je łą­czy z Ka­lve­bod F?l­led. Albo z ja­kim­kol­wiek miej­scem w Ve­sta­ma­ger.

Meyer zdjął ciemne oku­lary i przyj­rzał się Lund.

- Jak się czuje Bengt? A ty?

- Już po­wie­dzia­łam.

- Nie, nie po­wie­dzia­łaś.

- Bengt czuje się do­brze. Mo­żemy się za­brać do pracy?

W głów­nym gma­chu Ko­mendy Głów­nej Po­li­cji, nie­opo­dal sądu, zor­ga­ni­zo­wano po­kój prze­zna­czony do spo­tkań z ad­wo­ka­tami. Ko­bieta na­zy­wała się Lis Gam­borg. Birk Lar­sen otak­so­wał jej ele­gancki ko­stium, per­łowy na­szyj­nik, nie­ska­laną fry­zurę i za­sta­no­wił się, jak za to za­płaci.

Sam był w nie­bie­skim kom­bi­ne­zo­nie wię­zien­nym, nie­ogo­lony, brudny, głodny.

- Pro­szę usiąść - ode­zwała się.

Straż­nik stał i pa­trzył, z bro­nią przy pa­sie. Za za­kra­to­wa­nymi oknami wi­dać było po­godne niebo.

- Sąd przy­dzie­lił panu mnie jako ad­wo­katkę. Dzi­siaj jest duży ruch. Po­sie­dze­nie aresz­towe na pewno nie od­bę­dzie się w ciągu kilku naj­bliż­szych go­dzin.

Sie­dział, krę­cąc młynka kciu­kami, pra­wie jej nie słu­chał. Dwa­dzie­ścia lat temu, po ślu­bie z Per­nille, obie­cał so­bie, że już ni­gdy nie znaj­dzie się w ta­kiej sy­tu­acji. Co prawda ni­gdy o tym nie roz­ma­wiał z Per­nille. To była część ich mil­czą­cej umowy. Miał być in­nym czło­wie­kiem. Ko­niec kon­flik­tów z pra­wem. Ko­niec z rand­kami od­wo­ła­nymi z po­wo­dów, któ­rych ni­gdy jej nie zdra­dzał. Ko­niec z wście­kło­ścią i de­ter­mi­na­cją, by za­zna­czyć swoją obec­ność w świe­cie siłą fi­zyczną, w ra­zie po­trzeby na­wet pię­ściami.

Kiedy ro­dzina się po­więk­szyła, Theis pró­bo­wał za­po­mnieć, kim kie­dyś był. Dawny, młody Theis. Oprych Theis. Theis ban­dzior, któ­rego ni­gdy już nie bę­dzie.

- Nie­mniej - pod­jęła - dzięki temu mamy czas po­roz­ma­wiać o pań­skiej spra­wie.

- O czym tu roz­ma­wiać?

- Pro­ku­ra­tor po­stawi panu za­rzut usi­ło­wa­nia za­bój­stwa, bez­praw­nego po­zba­wie­nia wol­no­ści i spo­wo­do­wa­nia cięż­kich uszko­dzeń ciała.

Za­mknął oczy.

Mu­siał coś po­wie­dzieć. Mu­siał za­py­tać.

- Jak na­uczy­ciel?

Cią­gle pa­trzyła na niego jak na in­try­gu­jący okaz. Jakby sie­dział w zoo, za­mknięty w klatce.

- Wy­zdro­wieje. Mówi, że nie wnie­sie skargi.

Spoj­rzał na nią.

- To nie wy­star­czy. Nie zo­sta­nie pan oczysz­czony z za­rzu­tów. Nie przy za­rzu­tach tej rangi.

- Po­li­cja nam po­wie­działa, że to on. Ga­zety mó­wiły, że to on. A nikt nic nie zro­bił.

Wes­tchnęła głę­boko.

- Sę­dzia może uznać, że wy­stę­pują pewne oko­licz­no­ści ła­go­dzące.

- Przy­znam się do winy. Niech mi pani tylko po­wie, co mam mó­wić. - Bał się wy­rzu­cić na­stępne zda­nie, prze­czu­wa­jąc jej re­ak­cję. - Chcę wró­cić do domu, do ro­dziny.

Mil­czała.

- Mu­szę wró­cić do domu.

- Ro­zu­miem. W tych oko­licz­no­ściach po­zo­staje nam mieć na­dzieję na po­błaż­li­wość sądu. - Zło­żyła smu­kłe ręce, wy­chy­liła się w jego stronę i spoj­rzała mu w twarz. - Będę się sta­rała prze­ko­nać sę­dziego, że nie musi pan prze­by­wać w aresz­cie. Przy­znał się pan, nie sta­wiał pan oporu, ma pan ro­dzinę, firmę do pro­wa­dze­nia...

- Chciał­bym po­roz­ma­wiać z żoną.

Ad­wo­katka po­krę­ciła głową.

- Musi pan za­cze­kać do po­sie­dze­nia.

Zwie­sił głowę.

- Przy­kro mi - do­dała. - A pań­ski przy­ja­ciel? Vagn?

- Vagn nie miał z tym nic wspól­nego. Pró­bo­wał mnie po­wstrzy­mać. Niech go pani w to nie mie­sza.

- Już jest wmie­szany, po­sta­wiono mu za­rzut współ­udziału.

- To nie­prawda!

- To za­rzut mniej­szego ka­li­bru, więc jest na wol­no­ści. Nie są­dzę, żeby...

Cze­kał.

- Żeby co?

- Żeby po­szedł do wię­zie­nia. Chcia­ła­bym móc panu obie­cać to samo.

Mil­czał.

- Ma pan ja­kieś py­ta­nia? - spy­tała.

Skoro nie od­po­wie­dział, ad­wo­katka spoj­rzała na straż­nika.

Część pro­cesu, część sys­temu, który kie­dyś już omal go nie wchło­nął. Theis Birk Lar­sen wró­cił do brzu­cha be­stii, któ­rej nie­na­wi­dził i która nie­na­wi­dziła jego. A wi­nić za to mógł tylko sie­bie.

Per­nille od­bie­rała te­le­fony. Przy­je­chała Lotte, żeby po­móc. Oczy­wi­ście wszystko się wa­liło. Co rusz dzwo­nił ja­kiś klient do­ma­ga­jący się cze­goś, i to na­tych­miast.

- Nie mogę tego te­raz zro­bić - po­wie­działa do ostat­niego. - Od­dzwo­nię do pana, obie­cuję.

Lotte za­cze­kała, aż sio­stra odłoży słu­chawkę.

- O co zo­sta­nie oskar­żony? - spy­tała.

Ko­lejny te­le­fon.

- Birk Lar­sen Prze­pro­wadzki. Pro­szę chwilę za­cze­kać. - Za­kryła dło­nią mi­kro­fon. - Nie wiem. Mo­żesz się tro­chę za­jąć chłop­cami?

- Ja­sne. Co Theis zro­bił?

Per­nille wró­ciła do te­le­fonu i prze­pro­siła.

Lotte cze­kała znie­cier­pli­wiona.

- Zro­bił coś temu na­uczy­cie­lowi, prawda?

- To wszystko moja wina. Ja go na­ci­ska­łam. - Prze­su­nęła ręką po na­stro­szo­nych wło­sach. Wy­glą­dała jak stra­szy­dło. Spoj­rzała na zle­ce­nia i za­sta­no­wiła się, jak to wszystko funk­cjo­nuje.

Wszedł je­den z pra­cow­ni­ków i spy­tał o in­struk­cje. Per­nille ro­biła, co w jej mocy. Znowu za­dzwo­nił te­le­fon. Ode­brała Lotte.

- Zaj­mij się naj­pierw tym zle­ce­niem w ?ster­bro - po­wie­działa do pra­cow­nika Per­nille. - Rób wszystko tak, jak Theis by zro­bił. Po­radź się Va­gna.

Pa­trzył na nią.

- Gdzie jest Vagn? - spy­tała.

- Nie wiem.

- Rób... - Mach­nęła ręką. - Rób, jak uwa­żasz. Prze­pra­szam...

- Per­nille?

Lotte za­cze­kała, aż męż­czy­zna wyj­dzie.

- Co?

- Dzwo­nili z banku. Mó­wili, że mu­szą z tobą po­roz­ma­wiać.

Bu­chard miał na so­bie naj­lep­szą ko­szulę, świeżo wy­pra­so­waną. Naj­lep­szy gar­ni­tur. Strój na dy­wa­nik. Wła­śnie wró­cił od ko­men­danta. I cier­piał.

W sza­rym świe­tle wpa­da­ją­cym przez okno w po­koju Sary Lund czy­tał po­ranne ga­zety. Wy­krzy­wiał usta i po­trzą­sał głową. Mó­wił mnó­stwo, nie mó­wiąc ani słowa.

Lund i Meyer sie­dzieli obok sie­bie i wier­cili się nie­spo­koj­nie, jak nie­grzeczne dzieci ode­słane do dy­rek­tora.

Pierw­szy ode­zwał się Meyer:

- Zda­jemy so­bie sprawę, że nie wszystko po­szło do­brze.

Bu­chard tylko po­ka­zał im na­głó­wek: Wzór oso­bowy Hart­manna oczysz­czony z za­rzu­tów.

- Gdyby Ke­mal po­wie­dział nam prawdę... - za­częła Lund.

Bu­chard uci­szył ją jed­nym gniew­nym spoj­rze­niem.

- Mó­wi­łem panu, że na­sza współ­praca nie jest naj­lep­sza - wtrą­cił Meyer. - Nie że­bym lu­bił zwa­lać na ko­goś winę...

- Ke­mal kła­mał! - po­wtó­rzyła Lund. - Miał wiele oka­zji, żeby się oczy­ścić, i nie zro­bił tego. Gdyby...

- Lu­dzie wi­dzą to - wark­nął Bu­chard, ma­cha­jąc ga­zetą. - Nie ob­cho­dzą ich wa­sze wy­mówki. - I po chwili do­dał: - Ko­men­dant chce, bym od­su­nął was od sprawy. Nie­po­trzebny nam taki roz­głos. W cza­sie kam­pa­nii wy­bor­czej... to kło­po­tliwe. A te­raz oj­ciec tej dziew­czyny zo­stał oskar­żony o usi­ło­wa­nie za­bój­stwa...

- Ke­mal nie chce, żeby sta­wiano mu za­rzuty! - krzyk­nął Meyer. - To nic nie zna­czy?

- To za­leży od sądu, nie od niego. A wy­ście spie­przyli sprawę.

Wpa­try­wali się w pod­łogę.

- Daj­cie mi je­den do­bry po­wód, że­bym was nie wy­ko­pał już te­raz.

- Tylko je­den? - spy­tała Lund. - Mo­gła­bym ci dać...

- No to słu­cham.

- Wiemy o spra­wie wię­cej niż kto­kol­wiek inny. Weź­miesz inny ze­spół, to przez ty­dzień bę­dzie się za­po­zna­wał z do­ku­men­ta­cją.

- Wo­lał­bym po­cze­kać ty­dzień i mieć to zro­bione jak trzeba, niż że­by­ście mi znowu ścią­gali ko­men­danta na głowę.

- Wiemy wię­cej niż wczo­raj.

- Je­stem umó­wiony w szkole - do­dał Meyer. - Tam pew­nie wy­ja­śnię parę rze­czy. Ogar­niemy to. Lund ma ra­cję, weź­mie pan ko­goś in­nego, to bę­dzie pan mu­siał za­czy­nać od po­czątku.

Bu­chard za­sta­na­wiał się przez dłuż­szą chwilę.

- Je­śli ju­tro ta sprawa da­lej nie bę­dzie miała roz­wią­za­nia, to wy­la­tu­je­cie. Oboje. - Wstał i ru­szył do drzwi. - Trzy­maj­cie się z da­leka od Ra­tu­sza. I od Tro­elsa Hart­manna. Nie chcę już żad­nego gówna z tej strony, ja­sne?

- Ja­sne - burk­nął Meyer.

Bu­chard wró­cił do sie­bie. Lund my­ślała, sie­dząc z rę­koma skrzy­żo­wa­nymi na pier­siach. Meyer wy­szedł na ko­ry­tarz po­roz­ma­wiać z ekipą dy­żurną.

- Mu­simy za­cząć od po­czątku - po­wie­dział. - Wróć­cie do szkoły, po­ga­daj­cie ze wszyst­kimi, pra­cow­ni­kami, sprzą­ta­czami. Wszyst­kimi.

Lund prze­glą­dała to­rebki do­wo­dowe, szu­ka­jąc jed­nej wła­ści­wej.

- Po­każ­cie zdję­cie Nanny wszyst­kim tak­sów­ka­rzom - mó­wił Meyer.

- Już to ro­bi­li­śmy - jęk­nął Svend­sen.

Meyer się do niego od­wró­cił.

- Każ­demu kie­rowcy? Na­prawdę każ­demu w Ko­pen­ha­dze? Nie? Tak są­dzi­łem. Sprawdź­cie, kto pra­co­wał w po­bliżu domu Ke­mala. Do­wiedz­cie się, czy dziew­czyna wzięła stam­tąd tak­sówkę. Co­kol­wiek! - Wró­cił do po­koju, sar­ka­jąc. - Jezu! Czy to musi być ta­kie trudne?

Przed Lund le­żała otwarta karta po­jazdu z Ra­tu­sza.

- Wy­ślij zdję­cie sa­mo­chodu do wszyst­kich sta­cji ben­zy­no­wych w mie­ście - po­le­ciła. - Spy­taj, czy wi­dzieli go wie­czo­rem trzy­dzie­stego pierw­szego paź­dzier­nika.

- Czemu?

- Coś po­mi­nę­li­śmy. - Po­ka­zała mu re­jestr. - Zgod­nie z tym, co tu jest na­pi­sane, w sa­mo­cho­dzie po­winno zo­stać nie­wiele ben­zyny. Bak był pra­wie pełny. Je­śli po­je­chał na sta­cję ben­zy­nową...

- Ka­mery go na­grały. Tak, wiem. Nie je­stem głupi.

- Do­brze! Za­cznijmy od sta­cji w po­bliżu szkoły Nanny.

- Lund, gdy­byś ty je­chała kra­dzio­nym sa­mo­cho­dem z po­rwaną dziew­czyną w ba­gaż­niku, to­byś tan­ko­wała? Może w tym re­je­strze jest błąd.

Kiw­nęła głowa.

- No fakt, masz ra­cję. Sprawdź to u ochrony w Ra­tu­szu.

Meyer się za­śmiał.

- No, świetny żart! Sły­sza­łaś, co Bu­chard po­wie­dział. Obe­tnie mi jaja, je­śli się po­ja­wię w oko­licy.

Wpa­try­wała się w niego. Wy­cze­ku­jąca, za­wzięta. Ręce na bio­drach. Ja­sne wiel­kie oczy.

- Nie patrz tak na mnie - za­opo­no­wał. - Nie lu­bię tego.

Ani drgnęła.

- Nie jadę do Ra­tu­sza, Lund. I tyle. Rób, co chcesz, ja nie jadę. - Wró­cił na ko­ry­tarz.

- Po­wie­dzia­łeś jej ojcu, że do­wiesz się, kto to zro­bił, Meyer.

Za­trzy­mał się, od­wró­cił, po­pa­trzył na nią gniew­nie.

- Czyżby to było tylko ta­kie ga­da­nie?

- Po­wie­dzia­łem też żo­nie, że utrzy­mam się w pracy co naj­mniej trzy ty­go­dnie. Jak są­dzisz, co jest waż­niej­sze?

Otwo­rzyła usta, żeby coś po­wie­dzieć.

- Nie - prze­rwał. - Ani słowa. Znam od­po­wiedź. Na­prawdę. Nie ma po­trzeby.

Ci sami lu­dzie, te same po­koje. A jed­nak wszystko było te­raz inne. Za­czy­nało się spo­tka­nie ko­mi­tetu, już bez tego na­pię­cia, które im to­wa­rzy­szyło po­przed­niego wie­czoru. Wszy­scy pa­lili, żar­to­wali, za­cho­wy­wali się tak, jakby nic się nie wy­da­rzyło, a Knud Padde uśmie­chał się naj­pro­mien­niej ze wszyst­kich.

Już zdą­żył za­dzwo­nić do Rie Sko­vga­ard. Za­sta­na­wiał się, ja­kie są do­stępne funk­cje w ko­mi­te­cie. Pro­mo­wał się za­wzię­cie.

Tro­els Hart­mann siadł u szczytu stołu obok Eli­sa­bet He­de­ga­ard. Reszta sku­bała cro­is­santy i pasz­te­ciki, on zo­stał przy fi­li­żance kawy.

- Dzień do­bry - za­czął Hart­mann i prze­brnął przez wszyst­kie grzecz­no­ściowe wstępy: po­dzię­ko­wał im za uwagę, prze­pro­sił za krótki ter­min po­wia­do­mie­nia.

Hen­rik Bi­gum sie­dział na dru­gim końcu stołu, roz­wa­lony na krze­śle, i pró­bo­wał się uśmie­chać.

- Dzi­siej­sze spo­tka­nie nie zaj­mie nam dużo czasu - mó­wił da­lej Hart­mann.

- Tro­els... - Uśmiech Bi­guma wy­glą­dał na jesz­cze bar­dziej wy­mu­szony. - Chciał­bym coś po­wie­dzieć.

Hart­mann udał za­sko­czo­nego.

- Oczy­wi­ście, Hen­riku. Pro­szę bar­dzo.

Bi­gum wcią­gnął głę­boko po­wie­trze.

- Je­stem ci wi­nien prze­pro­siny. Za nie­for­tunny zbieg oko­licz­no­ści.

Nikt się nie ode­zwał.

- To było trudne dla nas wszyst­kich.

Padde usa­do­wił się obok Eli­sa­bet He­de­ga­ard, która wpa­try­wała się w Bi­guma z brodą opartą na dłoni.

- Wszy­scy, mam na­dzieję, zda­jemy so­bie sprawę, że na­sze nie­po­ro­zu­mie­nia wy­pły­wają z tro­ski o do­bro par­tii. - Bi­gum zer­k­nął na Hart­manna. - Z ni­czego in­nego, Tro­els. To nic oso­bi­stego. Tak... - Sztuczny śmiech. Prawa dłoń wy­cią­gnięta na znak sza­cunku. - Chciał­bym, że­by­śmy za­ko­pali to­pór wo­jenny i wró­cili do pracy.

- Dzię­kuję, Hen­riku - rzu­cił lek­kim to­nem Hart­mann.

- To...

- Ale mia­łeś ra­cję. Tak da­lej być nie może.

Bi­gum skrę­cał się na krze­śle.

- Tro­els. Nie ma w tej chwili po­wodu, byś się wy­co­fy­wał. Elek­to­rat i par­tia cię wspie­rają. Kła­dziesz na­cisk na wzory oso­bowe...

- Tak, tak. - Hart­mann prze­rwał mu ski­nie­niem ręki. - Nie martw się. Nie za­mie­rzam się wy­co­fy­wać. - Omiótł wzro­kiem wszyst­kich po ko­lei, uśmiech­nął się skrom­nie. - Nie pa­ni­kuj. Na­szym wspól­nym ce­lem jest zmiana sys­temu tu­taj, w Ra­tu­szu, prawda?

Kiw­nęli głową. Bi­gum z naj­więk­szym za­pa­łem.

Hart­mann po­stu­kał pal­cem w stół.

- Nie zdo­łamy tego zro­bić, je­śli bę­dziemy wal­czyć mię­dzy sobą.

Pe­łen apro­baty po­mruk.

Hart­mann grał pod pu­blikę.

- Nie sły­szę was! - za­śmiał się. - Mam ra­cję?

Tym ra­zem za­re­ago­wali gło­śniej. Hen­rik Bi­gum też się ro­ze­śmiał.

- Masz ra­cję, Tro­els - po­wie­dział. - Masz ab­so­lutną ra­cję.

Hart­mann spoj­rzał na niego spo­nad dłu­giego lśnią­cego stołu.

- Wiem, Hen­riku. Daję ci więc ten sam wy­bór, który ty mi da­łeś wczo­raj.

Uśmiech Bi­guma za­marł.

- Słu­cham?

Wy­raz twa­rzy Hart­manna znowu się zmie­nił. Tak wy­glą­dał, gdy sta­wiał czoło Bre­me­rowi.

- Albo ustą­pisz, albo bę­dziemy nad tym gło­so­wać.

Bi­gum po­trzą­snął głową.

- Co ta­kiego?

W sali za­pa­dła ci­sza. Hart­mann nie wcią­gnął w to We­bera, który nie zno­sił kon­flik­tów. Rie Sko­vga­ard w pew­nym od­da­le­niu uśmie­chała się wy­cze­ku­jąco. Dzwo­niła od szó­stej rano. Wie­dzieli do­sko­nale, na czym Hart­mann stoi.

Bi­gum się wściekł.

- To ja­kiś ab­surd. Pra­cuję dla tej par­tii od dwu­dzie­stu lat. Rów­nie długo jak ty, Tro­els. Dzia­ła­łem wy­łącz­nie z tro­ski o in­te­res nas wszyst­kich.

- Po­sze­dłeś do Bre­mera, Hen­riku. Za­pro­po­no­wa­łeś mu układ.

Ko­ści­sta, asce­tyczna twarz wy­kła­dowcy spło­nęła ru­mień­cem.

- Chcia­łem za­się­gnąć opi­nii, nic poza tym. Nie bę­dziemy mieli więk­szo­ści ab­so­lut­nej, czeka nas nie­je­den kom­pro­mis...

- Więc jak bę­dzie, Hen­riku? Re­zy­gna­cja czy gło­so­wa­nie?

Bi­gum przyj­rzał się wszyst­kim po ko­lei. Nikt nie pa­trzył mu w oczy. Na­wet Padde.

- Ro­zu­miem.

Wstał, oparł się o stół i spio­ru­no­wał Hart­manna wzro­kiem.

- Pier­dol się, Tro­els. Ni­gdy nie bę­dziesz bur­mi­strzem. Nie masz... nie masz...

- Jaj? - pod­rzu­cił Hart­mann.

Rie Sko­vga­ard otwo­rzyła drzwi, uśmie­cha­jąc się pro­mien­nie.

- Wszy­scy się pier­dol­cie - burk­nął Bi­gum i wy­szedł.

Hart­mann skrzy­żo­wał ra­miona i siadł na krze­śle.

Wresz­cie ode­zwał się Knud Padde:

- Cóż. To wszystko. Jako prze­wod­ni­czący udzie­lam głosu Tro­el­sowi.

Hart­mann się­gnął po dzba­nek i do­lał so­bie kawy.

- To do­ty­czy rów­nież cie­bie, Knud. Wy­chodź.

Padde ro­ze­śmiał się jak zde­ner­wo­wane dziecko.

- O, daj spo­kój, Tro­els. Wiem, że da­łem ciała, ale ciężko pra­co­wa­łem na rzecz par­tii. Je­stem lo­jal­nym...

Hart­mann upił kawy.

- Wy­la­tu­jesz - po­wie­dział. I nic wię­cej.

Nikt na niego nie pa­trzył. Nikt nie wy­du­sił z sie­bie słowa.

Sko­vga­ard znowu otwo­rzyła drzwi, na­dal się uśmie­cha­jąc.

- Po to mnie tu ścią­gną­łeś? - spy­tał Padde. - Żeby mnie upo­ko­rzyć?

- Knud! - za­wo­łała Sko­vga­ard, kłyk­ciami pu­ka­jąc w drzwi. - Mu­simy za­cząć spo­tka­nie. Pro­szę...

Za­klął pod no­sem - Hart­mann ni­gdy do­tąd nie sły­szał od niego cze­goś ta­kiego - i wy­szedł, szu­ra­jąc no­gami.

- No do­brze - pod­jął po­god­nie Hart­mann. - Bierzmy się do ro­boty. - Uśmie­chał się pro­mien­nie do ze­bra­nych przy stole. Te­raz na­le­żeli do niego. I do ni­kogo in­nego. - Eli­sa­bet. Przej­miesz po Knu­dzie pro­wa­dze­nie spo­tka­nia. Zga­dzasz się?

Kiw­nęła głową z uśmie­chem.

- A te­raz chciał­bym wam przed­sta­wić dwie osoby.

Sko­vga­ard wy­chy­liła się na ko­ry­tarz.

- San­jay? De­epika? - za­wo­łała. - Wejdź­cie, pro­szę.

Młody męż­czy­zna i młoda ko­bieta. Azjaci. Ele­gancko ubrani, pro­fe­sjo­na­lni. Pro­sto z pro­jektu wzo­rów oso­bo­wych.

- Może zna­cie San­jaya i De­epikę z mło­dzie­żówki - przed­sta­wił ich Hart­mann. - Usiądź­cie. Wi­tamy. To dwójka na­szych no­wych człon­ków ko­mi­tetu. - Od­cze­kał chwilę i spy­tał: - Są ja­kieś py­ta­nia?

Nie było żad­nych.

W po­ło­wie spo­tka­nia Hart­mann wy­szedł po­pro­sić o kse­ro­ko­pie do­ku­men­tów. Mor­ten We­ber i Rie Sko­vga­ard sprze­czali się przy ko­piarce.

- Nie po­wie­dzia­łaś mi, że za­mie­rza iść na noże - na­rze­kał We­ber.

- Nie spodo­ba­łoby ci się to.

- To nie jest do­bry mo­ment na wy­rzu­ca­nie lu­dzi.

- Oni się o to pro­sili, Mor­ten - tłu­ma­czyła Sko­vga­ard. - Jak mo­żemy po­zwo­lić, żeby taka pod­stępna żmija jak Bi­gum sie­działa mię­dzy nami?

- A Knud? - spy­tał We­ber. - Co on zro­bił poza tym, że za­cho­wy­wał się jak za­wsze? Ugi­nał się na wie­trze?

- Knud wy­le­ciał dla przy­kładu - wtrą­cił się Hart­mann.

We­ber roz­dzia­wił usta w uda­wa­nym zdu­mie­niu.

- Dla przy­kładu? Co ja sły­szę z ust Świę­tego Tro­elsa? Od kiedy to się­gasz po taką pod­stępną broń?

- Od­kąd chcę po­ko­nać Po­ula Bre­mera. Nie ma ich. I ko­niec. - Rzu­cił kilka pa­pie­rów na ko­piarkę. - Po­pro­szę o ksero i kawę.

- Sam so­bie weź tę cho­lerną kawę! Bi­gum tak tego nie zo­stawi. Na­robi ci smrodu w par­tii.

- Po­słu­chaj, Mor­ten. Za długo by­li­śmy mili. W de­fen­sy­wie. Te­raz mu­szę dzia­łać. Mu­szę po­ka­zać, że umiem być silny.

- I po­ka­za­łeś. Mam na­dzieję, że omó­wi­łeś to z Kir­sten El­ler. Bi­gum jest z nią bli­sko, na wy­pa­dek gdy­byś nie wie­dział.

Ci­sza.

- Och - wark­nął We­ber. - Nie wie­dzia­łeś. Gdy­byś spy­tał...

Hart­mann sta­rał się za­cho­wać zimną krew.

- Po­ra­dzę so­bie z Kir­sten. W ogóle się tym nie przej­muj.

- Pro­blem w tym - po­wie­dział fa­cet z banku - że płacą pań­stwo kre­dyt za dwa lo­kale.

Przy­szedł do ma­ga­zynu, żeby się z nią spo­tkać. Siadł w biu­rze, jed­no­cze­śnie skrę­po­wany i zły. Chciała go spy­tać: dla­czego te­raz? Czy nie czy­tał ga­zet? Nie wie­dział, że to nie­od­po­wiedni mo­ment?

Ale on był dy­rek­to­rem banku. Czło­wie­kiem w ele­ganc­kim gar­ni­tu­rze. Nie­wąt­pli­wie z wiel­kim do­mem w droż­szej dziel­nicy. Do jego obo­wiąz­ków na­le­żało po­go­nić małą, wal­czącą z trud­no­ściami firmę w Ve­ster­bro. Oko­licz­no­ści nie miały zna­cze­nia, li­czyła się tylko kasa na kon­cie.

- To nie po­trwa długo.

- Nie może. Nie mają pań­stwo za­so­bów, by utrzy­mać taki stan rze­czy. Więc...

- Więc co?

- Kiedy będą pań­stwo w sta­nie sprze­dać dom?

Je­den z pra­cow­ni­ków wszedł do biura.

- Ze­psuła się wy­cią­garka na du­żej cię­ża­rówce.

Co zro­biłby Theis? Co po­wie­działby Vagn?

- Zrób dwa kursy małą. Nie mo­żemy tego od­wo­łać.

- Wtedy opóźni się na­stępna ro­bota.

Spoj­rzała na niego bez słowa. Wy­szedł.

- Mogę wam za­wie­sić spłatę - za­pro­po­no­wał fa­cet z banku. - To ozna­cza, że w tym mie­siącu rata nie zo­sta­nie po­brana, ale...

My­ślała o cię­ża­rów­kach, zle­ce­niach, usta­le­niach. Pra­cuj ciężko, a pie­nią­dze same się po­ja­wią. Tak za­wsze mó­wił Theis.

- Pani Birk Lar­sen? Ma­cie ogromny de­bet. Do tego do­cho­dzą koszty po­grzebu. Po­trze­bu­jemy ja­kichś...

- Pie­nię­dzy? - spy­tała. - Za­bez­pie­czeń? - Ro­zej­rzała się po biu­rze, po ma­ga­zy­nie, po lu­dziach na ze­wnątrz. - To wszystko na swój spo­sób na­leży do was. Co jesz­cze mogę wam za­pro­po­no­wać?

- Mu­si­cie opra­co­wać plan na­praw­czy. W prze­ciw­nym wy­padku...

- Mąż nie­długo wróci do domu - po­wie­działa sta­now­czo. - Znaj­dzie roz­wią­za­nie. Za­wsze znaj­duje.

- Pro­szę pani...

- Mo­że­cie za­cze­kać do jego po­wrotu, prawda? Czy też przy­śle mi pan ko­mor­nika na cmen­tarz, gdy będę cho­wać urnę z pro­chami córki?

Po­czuł się ura­żony. Sama wie­działa, że jej słowa były bru­talne.

- Sta­ram się po­móc.

Za­dzwo­nił te­le­fon.

- Do­sta­nie­cie swoje pie­nią­dze. A te­raz prze­pra­szam, mu­szę ode­brać.

To był Theis, dzwo­nił z aresztu.

Prze­szła w spo­kojny kąt ga­rażu, żeby po­ga­dać.

- Cześć.

- Nic ci nie jest, Theis?

- Nic.

Pró­bo­wała go so­bie wy­obra­zić. Ubrali go w kom­bi­ne­zon wię­zienny? Ma co jeść? Czy tam do­cho­dzi do bó­jek? Przy jego tem­pe­ra­men­cie...

- Jak chłopcy? - Miał głos sta­rego, za­ła­ma­nego czło­wieka.

- Do­brze. Cze­kają, aż wró­cisz.

Usły­szała po dru­giej stro­nie dłu­gie, char­czące wes­tchnie­nie.

- Dzi­siaj nie wrócę do domu - rzekł.

- Kiedy cię wy­pusz­czą?

- Chcą mnie za­trzy­mać w aresz­cie.

Kilku pra­cow­ni­ków skar­żyło się na jedną z cię­ża­ró­wek. Tam też był pro­blem.

- Jak długo?

- Za ty­dzień znowu po­sie­dze­nie. Może wtedy.

Nie miała po­ję­cia, co po­wie­dzieć.

- Przy­kro mi...

Ni­gdy nie wi­działa, jak jej mąż pła­cze. Na­wet gdy umarła jego matka. Wszystko w The­isie roz­gry­wało się w środku, ukryte, w ci­szy. Tam były emo­cje. Na­uczyła się je wy­czu­wać. Nie są­dziła, że kie­dy­kol­wiek prze­kona się, jak biorą górę.

- Mu­szę koń­czyć, ko­cha­nie - po­wie­dział.

Prze­łknęła łzy, które chcia­łaby wy­lać nad nim, nad sobą, nad Nanną i chłop­cami. Nad ca­łym smut­nym, sza­rym świa­tem.

Za­bra­kło jej słów i to się wy­da­wało naj­gor­sze, było naj­więk­szym grze­chem.

- Pa - do­dał i się roz­łą­czył.

Lund po­szła do ce­gla­nej twier­dzy, czyli do ra­tu­sza, zna­la­zła w pod­zie­miu miej­sce, gdzie zaj­mo­wano się sa­mo­cho­dami. Stała tam w swoim czar­nym płasz­czu, dżin­sach i weł­nia­nym swe­trze i uże­rała się ze zgryź­li­wym star­szym, umun­du­ro­wa­nym męż­czy­zną, który uwa­żał, że ma lep­sze rze­czy do ro­boty.

Za par­king od­po­wia­dali ochro­nia­rze dy­żu­ru­jący przy wy­jeź­dzie. Od męż­czy­zny od­dzie­lała ją szyba - z po­wo­dów, któ­rych Lund nie umiała zgłę­bić. Na mo­ni­to­rach te­le­wi­zji prze­my­sło­wej wy­świe­tlały się ob­razy z bu­dynku, z wię­zien­nych ko­ry­ta­rzy sie­dziby rady miej­skiej, biur urzęd­ni­ków, piw­nic, ga­raży.

- Je­ste­śmy za­jęci - po­wtó­rzył po raz ko­lejny ochro­niarz.

- To nie po­trwa długo. Mu­szę zro­zu­mieć, jak działa wasz sys­tem.

Wy­glą­dał, jakby pra­co­wał tu od po­czątku ist­nie­nia bu­dynku, czyli od stu lat. Śmier­tel­nie po­ważny męż­czy­zna po sześć­dzie­siątce, oku­lary po­łówki, któ­rymi lu­bił się ba­wić, ły­sina z reszt­kami si­wych wło­sów. Waż­niak w ofi­cjal­nej gra­na­to­wej blu­zie, jakby em­ble­mat z her­bem mia­sta świad­czył o pia­sto­wa­niu wy­so­kiego urzędu. Bar­dziej za­in­te­re­so­wany swo­imi klu­czami, ka­me­rami i prze­gród­kami niż ob­ser­wo­wa­niem lu­dzi do­okoła.

- To ga­raż - po­wie­dział. - Czego się pani spo­dziewa? Od­dają klu­czyki, jak za­par­kują, po­bie­rają, kiedy wy­cho­dzą.

Za nim wi­siała ta­blica. Pełna klu­czy­ków. Wła­śnie przy­szedł kie­rowca i po­pro­sił o auto. Ochro­niarz wstał. Żeby od­czy­tać nu­mery, lewą ręką ścią­gnął oku­lary. Da­leka droga. Do końca ostro za­koń­czo­nego nosa.

- Musi pan iść do oku­li­sty - za­uwa­żyła, pró­bu­jąc się za­ko­le­go­wać.

Po­dał kie­rowcy klu­czyki, zgro­mił ją wzro­kiem, siadł i nie ode­zwał się sło­wem.

- A więc klu­czyki skra­dzio­nego sa­mo­chodu po­winny wi­sieć tu­taj?

- Gdyby nie zo­stał skra­dziony.

- Kto jest od­po­wie­dzialny za tan­ko­wa­nie?

- Ten, kto aku­rat jeź­dzi sa­mo­cho­dem, jak się do­my­ślam. Z tym nie mam nic wspól­nego.

- I to za­wsze jest wpi­sy­wane do karty po­jazdu?

Py­ta­nie mu się nie spodo­bało.

- Nie mogę się wy­po­wia­dać w imie­niu kan­dy­da­tów na bur­mi­strza. Niech pani roz­ma­wia z nimi.

Lund za­wa­hała się, pa­trzyła na męż­czy­znę. Na­wet nie drgnęła.

- Roz­ma­wiam z pa­nem. - Po chwili we­szła do jego biura i po­ło­żyła przed męż­czy­zną do­ku­ment. - Ten re­jestr wzię­li­śmy stąd. Pro­szę mi to wy­ja­śnić. Czy to ozna­cza, że nikt nie tan­ko­wał sa­mo­chodu?

- Po­winna pani zo­stać po dru­giej stro­nie szyby.

- Jest pan pra­cow­ni­kiem mia­sta, po­wi­nien pan po­ma­gać po­li­cji. Pro­szę mi od­po­wie­dzieć na py­ta­nie.

- To nic nie zna­czy - od­parł męż­czy­zna. - Kie­rowcy nie tan­kują sa­mo­cho­dów od razu. Cze­kają do ostat­niej chwili. Cza­sami wcale nie tan­kują. - Spoj­rzał na wpisy. - Ten kie­rowca tu nie wró­cił, więc i nie zro­bił wpisu. Co w tym dziw­nego? Mogę już wró­cić do pracy? - Znowu po­gme­rał przy oku­la­rach i spoj­rzał na nią. - Chyba że ma pani jesz­cze ja­kieś py­ta­nia.

Wy­szła na ze­wnątrz. Po­pa­trzyła na mo­no­chro­ma­tyczny zi­mowy dzień.

Nikt nie kwa­pił się do po­ma­ga­nia po­li­cjan­tom. Dla wszyst­kich byli wro­gami. Na­wet tu, w ra­tu­szu.

Lund wy­szła i sta­nęła przed szybą, tak jak po­winna. Ochro­niarz da­lej się ba­wił oku­la­rami, jej zda­niem ner­wowo.

- Jak kie­rowcy płacą za pa­liwo?

Wci­snął gu­zik swo­jego mi­kro­fonu.

- Co?

- Jak kie­rowcy płacą za pa­liwo?

Za­sta­no­wił się.

- Mają w sa­mo­cho­dzie kartę płat­ni­czą. Pro­szę po­słu­chać... to zu­peł­nie nie na­sza działka...

- Nie zna­leź­li­śmy żad­nej karty płat­ni­czej. Jak ona wy­gląda?

- Nie wiem, my tylko pil­nu­jemy ga­rażu. Nie mamy do czy­nie­nia z pie­niędzmi. A te­raz, je­śli pani po­zwoli...

- Ro­zu­miem. Ale może pan to spraw­dzić. Po­pa­trzeć, z któ­rych sta­cji ben­zy­no­wych zwy­kle ko­rzy­stają kie­rowcy.

- Chce pani, że­bym spraw­dził?

- Tak. - Uśmiech­nęła się. - A po­tem po­zwolę panu wró­cić do pracy.

Siadł na stołku, smutna blada twarz, palce ba­wiące się oku­la­rami.

- Obie­cuję - po­wie­działa.

Szcze­góły znaj­do­wały się w le­żą­cej przed nim księ­dze. Za­pi­sał coś na kartce i po­dał Lund pod szybą.

- Coś jesz­cze? - spy­tał.

- W tej chwili to już wszystko, dzię­kuję.

Meyer był w szkole ze swo­imi ludźmi. W ka­skach na gło­wach oglą­dali plac bu­dowy, na któ­rym miało wy­ro­snąć nowe skrzy­dło.

- Po­roz­ma­wiaj­cie ze wszyst­kimi ro­bot­ni­kami - roz­ka­zał. - Do­wiedz­cie się, o któ­rej przy­szli. O któ­rej wy­szli. Wszyst­kiego, co wi­dzieli. Po­tem weź­cie się za sprzą­ta­czy. Po­tem...

Za­dzwo­niła jego ko­mórka.

Lund.

- Je­dziesz do szkoły? Mamy tu mnó­stwo ro­boty.

- W sa­mo­cho­dzie była karta płat­ni­cza. Nie mam karty, ale mam jej nu­mer.

Chwila mil­cze­nia. Od­głosy ru­chu ulicz­nego. Wi­dział ją, jak ma­new­ruje te­le­fo­nem, prze­kłada ja­kieś pa­piery, jak usi­łuje pro­wa­dzić sa­mo­chód, wszystko na­raz.

- W tam­ten pią­tek użyto jej o dzie­więt­na­stej dwa­dzie­ścia je­den. Na sta­cji ben­zy­no­wej na Ny­rops­gade.

- Gdzie?

- Dwie mi­nuty od ra­tu­sza.

Meyer mil­czał.

- Zdo­bę­dziemy na­gra­nia z ka­mer - do­dała Lund.

- Po­win­ni­śmy ro­bić to, co ka­zał Bu­chard.

Nie od­po­wie­działa.

- Nie mo­żesz się tym za­jąć sama? - spy­tał i od razu po­czuł się nie w po­rządku.

- Ja­sne - od­parła tym me­lo­dyj­nym to­nem, który umiała włą­czać na za­wo­ła­nie. - Jak chcesz. - I się roz­łą­czyła.

Lu­dzie pa­trzyli na niego wy­cze­ku­jąco.

Meyer rzu­cił kask sto­ją­cemu naj­bli­żej funk­cjo­na­riu­szowi.

- Wie­cie, co ma­cie ro­bić - po­wie­dział.

- Idziesz gdzieś? - spy­tał je­den z nich.

- Wra­cam na ko­mendę, dzwoń­cie, jak bę­dzie­cie mnie po­trze­bo­wać.

Dni sta­wały się co­raz krót­sze. Ściem­niało się za­raz po czwar­tej.

Per­nille Birk Lar­sen sie­działa sama w biu­rze, od­bie­rała te­le­fony od wzbu­rzo­nych klien­tów, od me­diów, ob­cych lu­dzi z dziw­nymi pro­po­zy­cjami po­mocy.

Fa­cet z banku za­dzwo­nił z prośbą o in­for­ma­cje. Mu­siała zna­leźć klucz do szafki The­isa, żeby po­szu­kać bra­ku­ją­cych pa­pie­rów. Zna­la­zła tam też zdję­cie The­isa i Nanny. Pew­nie zro­bione kilka ty­go­dni temu. On w czar­nej włócz­ko­wej czapce, z tym swoim szcze­rym uśmie­chem, który uwiel­biała. Nanna, taka piękna, obej­mo­wała ojca ra­mie­niem, jakby go chro­niła. Nie od­wrot­nie, tak jak po­winno być.

Od­wró­ciła fo­to­gra­fię. Z tyłu Nanna na­pi­sała: "Ko­cham Cię!".

Per­nille ni­gdy nie wi­działa tego zdję­cia. Ko­lejna ta­jem­nica Nanny. I jej ojca. Nanna za­wsze grze­bała w miej­scach, do któ­rych nie wolno jej było za­glą­dać. Cza­sami bez py­ta­nia brała rze­czy Per­nille. Prze­trzą­sała cu­dze szu­flady w po­szu­ki­wa­niu cze­goś, co mo­głoby jej się przy­dać. Od czasu do czasu wy­bu­chały z tego po­wodu kłót­nie. Nic wiel­kiego. Ni­gdy się nie kłó­cili na wielką skalę. Ale czy rze­czy­wi­ście mieli kon­takt z Nanną? Może te­raz Per­nille czuła dy­stans, bo Nanna nie żyła. Może...

Nanna była cie­kaw­skim dziec­kiem, szu­ka­ją­cym wciąż cze­goś no­wego. Może zaj­rzała też tu­taj, do oso­bi­stych rze­czy The­isa.

Per­nille po­my­ślała, że jemu by się to nie po­do­bało. Nie wszyst­kim chciał się dzie­lić. Wi­działa to ze­szłej nocy. Wielka, dzika be­stia trzy­mała młot nad zma­sa­kro­wa­nym czło­wie­kiem na pod­ło­dze tam­tego ma­ga­zynu. Ko­chała tego męż­czy­znę, ale w tam­tej chwili le­d­wie go roz­po­znała.

Aż pod­sko­czyła, gdy z ga­rażu do­biegł ja­kiś ha­łas. Z cie­nia wy­szedł Vagn Sk?r­b?k. Wy­glą­dał, jakby się czuł winny, jakby się skra­dał. Na twa­rzy miał ranę i mnó­stwo si­nia­ków.

- Cześć - ode­zwał się.

Odło­żyła zdję­cie. Nie miała po­ję­cia, co po­wie­dzieć.

Stał zgar­biony w swo­jej czer­wo­nej kurtce, we włócz­ko­wej czapce. Młod­szy brat. Znali się, od­kąd za­częła się spo­ty­kać z The­isem. Wcze­śniej bała się ta­kich lu­dzi jak on. Na szyi Sk?r­b?ka po­ły­ski­wał srebrny łań­cuch.

- To był mój po­mysł - wy­szep­tał. - Moja wina, nie jego.

Per­nille na chwilę za­mknęła oczy, wró­ciła do do­ku­men­tów.

- Cią­gle sie­dzi?

Tra­fiła na stos fak­tur. Nie­które sfor­mu­ło­wa­nia wy­róż­niono czer­wo­nym ko­lo­rem. Otwo­rzyła szu­fladę i jedną ręką zgar­nęła fak­tury do środka.

- Mogę to po­za­ła­twiać, Per­nille. Je­śli po­zwo­lisz, po­mogę ci z firmą. Z chłop­cami. Zro­bię wszystko, co się da. Tylko...

Ko­lejne do­ku­menty. Ko­lejne ra­chunki. Zu­peł­nie jakby wy­ra­stały na jej oczach.

- Chcę tylko po­móc.

Per­nille po­de­szła i otwartą dło­nią ude­rzyła go w roz­cięty, po­si­nia­czony po­li­czek. Z ca­łej siły.

Na­wet nie drgnął. Przy­ło­żył tylko rękę do twa­rzy. Rana się otwo­rzyła, po­pły­nęła z niej krew. Starł ją.

- Jak mo­głeś to zro­bić? - spy­tała. - Jak mo­głeś?

Starł ręką jesz­cze wię­cej krwi, spoj­rzał na Per­nille dziw­nie.

- Theis my­ślał, że robi to dla cie­bie.

- Dla mnie?

- Gdyby to był on, Per­nille, gdyby to był na­uczy­ciel, kim Theis byłby te­raz dla cie­bie? Twoim bo­ha­te­rem? Czy idiotą?

Znowu się za­mie­rzyła. Vagn nie drgnął.

- Nie po­wi­nie­nem był mu mó­wić - pod­jął Sk?r­b?k. - Sta­ra­łem się go po­wstrzy­mać, na­prawdę się sta­ra­łem. Jak zo­ba­czy­łem... Gdyby nie ja, Ke­mal pew­nie by nie żył.

- Pew­nie nie.

Kiw­nął głową. Pod­szedł do biurka. Spoj­rzał na zle­ce­nia na na­stępny dzień.

Mu­siała spy­tać.

- Vagn... Kie­dyś... dwa­dzie­ścia lat temu... za­nim go po­zna­łam...

- Tak?

- Jaki on był?

Za­sta­na­wiał się przez mo­ment.

- Nie­doj­rzały. Cią­gle cze­goś szu­kał. Szcze­niak, wszy­scy tacy by­li­śmy.

- Po­li­cja po­ka­zała mi zdję­cia.

- Ja­kie zdję­cia?

- Ofiary mor­der­stwa... han­dla­rza nar­ko­ty­ków.

- Och.

- Co się wtedy stało? Po­wiedz mi prawdę.

- Wszy­scy cza­sami głu­pie­jemy. Twoi ro­dzice my­śleli, że cał­kiem zgłu­pia­łaś, jak się ze­szłaś z The­isem, prawda?

- Po­li­cja...

- Po­li­cja chce cię oszu­kać. - Pod­szedł i spoj­rzał jej w oczy.

Ci dwaj byli so­bie bli­scy, na długo za­nim ich spo­tkała. Je­den dru­giego znał jak zły sze­ląg.

- Theis nic nie zro­bił, Per­nille. Kom­plet­nie nic, ja­sne?

Kir­sten El­ler wy­cią­gnęła sfla­czałą, spo­coną rękę.

- Tak się cie­szę, że wszystko do­brze się dla cie­bie skoń­czyło. Wszyst­kie te nie­przy­jem­no­ści były bar­dzo nie­po­żą­dane.

- Tak. Sia­daj.

Umo­ściła swoje ob­fite kształty na jego ka­na­pie.

- I zro­bi­łeś po­rządki w swo­jej par­tii, brawo.

Hart­mann za­jął krze­sło na­prze­ciwko.

- Nie mia­łem wy­boru, Kir­sten. Mu­sia­łem coś zro­bić.

Wy­si­liła się na coś w ro­dzaju sty­li­za­cji. Długi płaszcz miał za­kry­wać opa­słe ciało. Przy­kle­jony uśmiech. Wiel­kie oku­lary zsu­nięte na far­bo­wane brą­zowe włosy. Jakby wy­szła z go­rącz­ko­wego po­sie­dze­nia rady nad­zor­czej. El­ler była w Ra­tu­szu rów­nie długo jak on. W pew­nym sen­sie osią­gnęła wię­cej. Środ­kami, które za­czy­nał do­ce­niać.

- Przy­naj­mniej już po wszyst­kim - po­wie­działa. - Son­daże pre­zen­tują się nie­źle. Me­dia po­woli się orien­tują, któ­rego ko­nia ob­sta­wiać. Te­raz więc czer­piemy ko­rzy­ści.

- Nie ujął­bym tego le­piej.

Wy­jęła z ak­tówki teczkę i ją otwo­rzyła.

- Mamy kilka su­ge­stii co do prze­ko­na­nia nie­zde­cy­do­wa­nych wy­bor­ców. To oni prze­są­dzą o na­szym zwy­cię­stwie, Tro­els. Nie za­po­mi­naj o tym.

Uśmiech­nął się do niej sze­roko, po­krę­cił głową szcze­rze uba­wiony.

- O co cho­dzi? - spy­tała.

- Je­steś wspa­niałą ak­torką. Na­prawdę masz ta­lent. - Uśmie­chał się na­dal, cho­ciaż z ust Kir­sten nie pa­dło ani jedno słowo. - Bi­gum ni­gdy by nie spró­bo­wał ta­kiej sztuczki, nie omó­wiw­szy jej z tobą. Po­szedł do Bre­mera. Po­szedł do cie­bie. I ty da­łaś mu przy­zwo­le­nie.

Spo­waż­niała.

- Tro­els...

- Nie. Pro­szę, nie ob­ra­żaj mo­jej in­te­li­gen­cji nie­udol­nymi za­prze­cze­niami.

- To...

- To prawda - pod­rzu­cił. - Znam swo­ich lu­dzi, Kir­sten. Znam Bi­guma. Nie jest na tyle wpły­wowy ani na tyle od­ważny, by zro­bić to sa­mo­dziel­nie. Może ty przy­szłaś do niego, nie­ważne. - Te­raz wi­dział to ja­sno i wy­raź­nie. Za­sta­na­wiał się, dla­czego tak długo tego nie do­strze­gał. - Kie­ro­wał nim strach. Nie siła. Nie od­waga. Strach. My­ślę, że ty to wy­czu­łaś.

Unio­sła ręce.

- Tro­els. Za­nim po­wiesz ko­lejne słowo... zro­zum...

- Daję ci dwie opcje do wy­boru. Albo po­wia­do­mię prasę i wtedy zro­bią z cie­bie zdra­dziecką, nie­lo­jalną, in­try­gancką sukę, na co zresztą za­słu­gu­jesz... - Cze­kał z prze­chy­loną na bok głową.

- Albo?

- Ustą­pisz. Od­dasz sto­łek swo­jemu za­stępcy.

Kir­sten El­ler ob­ró­ciła się, by spoj­rzeć na Rie Sko­vga­ard z za­pa­łem spo­rzą­dza­jącą no­tatki.

- Po­trze­bu­jesz mnie, Tro­els. Wszy­scy mnie po­trze­bu­je­cie. Po­myśl o...

- Nie, Kir­sten. Ja cię zu­peł­nie nie po­trze­buję.

Nie pa­dło już żadne słowo. El­ler, wście­kła, ze­brała swoje rze­czy i wy­pa­dła przez drzwi. Od­wró­ciła się jesz­cze i spoj­rzała na Hart­manna.

- Cho­dziło o wy­graną, nie o cie­bie. Nie po­chle­biaj so­bie.

- Do­brze, nie będę - obie­cał.

W dro­dze do wyj­ścia Kir­sten wpa­dła na Mor­tena We­bera. Obej­rzał się za nią.

- Co się stało? - spy­tał. - My­śla­łem, że mamy spo­tka­nie.

Hart­mann wstał.

- Rie! - za­wo­łał. - Umów mi kilka wy­wia­dów. Z przy­ja­ciółmi.

- Co się dzieje, do dia­ska? - po­wtó­rzył We­ber.

- Chcia­łem ci po­wie­dzieć, ale nie zdą­ży­łem. Kir­sten składa re­zy­gna­cję.

- Jezu, Tro­els! Wal­czy­li­śmy o tę ko­ali­cję...

- To ona wcią­gnęła w to Bi­guma. Cały czas chciała się mnie po­zbyć.

- Nie mo­żesz tak sza­leć.

- Mor­ten. - Hart­mann ujął do­radcę za wą­tłe ra­miona. - W każ­dej chwili tej kam­pa­nii Bre­mer był o krok przed nami. Czas, że­by­śmy prze­jęli ini­cja­tywę. Czas, że­by­śmy ru­szyli śmie­lej niż on.

- Zwal­nia­jąc wszyst­kich jak po­pad­nie?

Hart­man­nowi w jed­nej chwili ze­psuł się na­strój.

- Ona za mo­imi ple­cami pró­bo­wała do­bić targu z Bre­me­rem. Po­tem z Bi­gu­mem. Mu­sisz zmie­nić spo­sób my­śle­nia. Damy radę zrzu­cić Bre­mera ze stołka bez tych fał­szy­wych skur­wy­sy­nów z Cen­trum.

- Nie, Tro­els! Nie damy. Sami nie zdo­bę­dziemy tylu gło­sów.

Hart­mann po­krę­cił głową. Rie Sko­vga­ard stała spo­kojna, uśmiech­nięta.

- Od ilu lat gramy w tę grę, Mor­ten? Od dwu­dzie­stu? Za­wsze na tych sa­mych za­sa­dach. Ich za­sa­dach. Od tej chwili bę­dziemy grać na mo­ich. Zwo­łaj na wie­czór spo­tka­nie sze­fów ugru­po­wań mniej­szo­ścio­wych. Po­wiedz, że mam dla nich ważną pro­po­zy­cję.

- Po­łowa z nich cię nie­na­wi­dzi - za­uwa­żył We­ber.

- Nie bar­dziej, niż nie­na­wi­dzą sie­bie na­wza­jem.

- Oni trzy­mają z Bre­me­rem!

- Prze­staną, jak zo­ba­czą son­daże. Z za­sady trzy­mają z tym, kto ma wy­grać.

Ro­zej­rzał się po biu­rze. Wszę­dzie pla­katy z jego twa­rzą. Skromny uśmiech. Sze­roko otwarte nie­bie­skie oczy. Nowa mio­tła, która chce wy­mieść to, co stare.

Hart­mann wska­zał swój por­tret.

- To ja.

- Za­tan­ko­wał sa­mo­chód tego wie­czoru, gdy znik­nęła Nanna - po­wie­dział Meyer.

Sie­dzieli w biu­rze i oglą­dali na­gra­nia z ka­mer. Czarno-białe, roz­dzie­lone na cztery okna. W rogu każ­dej ziar­ni­stej ramki wid­niały data i go­dzina.

- Ka­mery dzia­łają całą dobę, na okrą­gło. Szanse na ja­kieś zna­le­zi­sko po dzie­się­ciu dniach są bar­dzo skąpe, Lund.

Sie­działa wpa­trzona w mo­ni­tor. Nu­mery. Za­ma­zane po­staci po­ru­sza­jące się mię­dzy dys­try­bu­to­rami. Chło­nęła każdy szcze­gół.

- I jesz­cze - do­dał Meyer - ci lu­dzie na­gry­wają w kółko na te same ta­śmy. Je­śli więc to te stare...

- To nie ta - prze­rwała Lund, wy­cią­ga­jąc ka­setę.

- Zo­stała nam tylko jedna.

- To za­wsze jest ostat­nia.

Wcią­gnął głę­boko po­wie­trze.

- To rzadko jest ostat­nia.

- Spójrz na ekran. Zo­bacz coś, czego ja nie wi­dzę, bła­gam.

W jed­nej ręce miał ba­nana, w dru­giej pa­pie­rosa. Za­pa­lił.

Ta­śma ru­szyła. Data w rogu wska­zy­wała 7 li­sto­pada.

- Cho­lera - burk­nął Meyer. - Od ostat­niego piątku. Tak jak mó­wi­łem. Na­gry­wają na te same ta­śmy. Dla­tego są ta­kiej sła­bej ja­ko­ści.

Na­piła się chłod­nej kawy. Wszy­scy już po­szli do domu, tylko sprzą­taczka krzą­tała się po ko­ry­ta­rzu.

- To nie zna­czy, że reszta ta­śmy też jest z siód­mego, prawda? - spy­tała. - Kiedy mie­li­śmy w domu wi­deo...

Gdy Mark był mały, a ona jesz­cze była mę­żatką. Wszyst­kie na­gra­nia się mie­szały. Różne mie­siące, różne lata. Trudno było coś wy­śle­dzić, je­śli się uży­wało w kółko tych sa­mych taśm.

- Prze­wiń do przodu - po­le­ciła.

Meyer się­gnął po pi­lota.

Czarno-białe sa­mo­chody, mgli­ste po­staci.

- Stop! - wrza­snął Meyer. Po chwili kla­snął w dło­nie i krzyk­nął z ra­do­ści.

Spoj­rzała na niego. Wiel­kie uszy, wiel­kie oczy. Wielki dzie­ciak. Twarz mu zmar­kot­niała.

- My­śla­łem, że się ucie­szysz.

- To trzy­dzie­sty pierw­szy - po­wie­działa.

- No wła­śnie.

Około dwu­dzie­stej. Prze­wi­nął z po­wro­tem, za da­leko, za­czął prze­wi­jać do przodu, wol­niej.

Do­szli do dzie­więt­na­stej sie­dem­na­ście. Cztery ramki. Tylko je­den sa­mo­chód.

Biały gar­bus.

- Cho­lera - mruk­nął Meyer.

- Ze­gar się myli. Po co miałby być punk­tu­alny? Oglą­damy da­lej.

Gar­bus od­je­chał. Żad­nego auta. Tylko pu­sty be­ton i świa­tła nad dys­try­bu­to­rami.

Na­gle, dwa­dzie­ścia mi­nut i trzy­dzie­ści sie­dem se­kund po siód­mej, wje­chał na sta­cję czarny sa­mo­chód i sta­nął przy pom­pie uję­tej w pra­wej gór­nej ramce.

Meyer zer­k­nął na ta­blicę.

- To ten sa­mo­chód - po­wie­dział.

Pa­dało. Do­piero te­raz to zo­ba­czyła. Wie­działa, co to zna­czy. Co to mu­siało zna­czyć. Ta­kie już mieli pie­skie szczę­ście w tej spra­wie.

Drzwi się otwo­rzyły. Wy­siadł kie­rowca. Był ubrany w ciemny zi­mowy ano­rak. Kap­tur miał na­cią­gnięty na głowę. Pod­szedł do ba­gaż­nika i do wlewu pa­liwa.

Przez chwilę jego twa­rzy nie było wi­dać.

- Cho... - za­czął Meyer.

Na­kryła ręką jego dłoń.

- Cier­pli­wo­ści.

Czło­wiek w ciem­nym ano­raku ob­szedł tył sa­mo­chodu, by do­stać się do dys­try­bu­tora. Cały czas po­chy­lał twarz.

- Da­lej, na mi­łość bo­ską - wy­szep­tał Meyer i ner­wowo za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem.

Był to dys­try­bu­tor z czyt­ni­kiem kart. Zo­ba­czyli, jak wy­suwa się dłoń kie­rowcy, jak coś wsa­dza i wyj­muje. Cią­gle nie było wi­dać ani ka­wa­łeczka twa­rzy.

Skoń­czył, wró­cił do wlewu, i da­lej do drzwi.

- Daj spo­kój, uśmiech­nij się do ka­mery. Tylko na coś spójrz, do­bra?

Nie­stety, wsiadł od razu za kółko. Pod tym ką­tem rysy twa­rzy były nie­wi­do­czne. Ford od­je­chał.

- Cho­lera! - jęk­nął Meyer.

- Cze­kaj chwilę. - Cof­nęła. Po­pa­trzyła na męż­czy­znę przy pom­pie.

Jak wy­ciąga lewą rękę. Jak ją pod­nosi do głowy, a po­tem przy­trzy­muje nią coś, od­czy­tu­jąc nu­mer z karty.

- Wiem, kto to jest - po­wie­działa Lund.

Meyer spoj­rzał ner­wowo.

- Nie ga­daj.

- Jadę do ra­tu­sza. Je­dziesz ze mną?

Droga - co prawda w desz­czu, ale za to przy pu­stych nocą uli­cach - za­jęła im pięć mi­nut. Ochro­niarz miał wła­śnie zejść ze służby. Za­czął ję­czeć, gdy Meyer mach­nął mu kaj­dan­kami.

- Ja nic nie zro­bi­łem. Nic nie zro­bi­łem.

- Do­bry Boże - jęk­nął Meyer - ni­gdy wcze­śniej tego nie sły­sza­łem. Idziesz z nami, ko­lego.

- Ja tylko za­tan­ko­wa­łem sa­mo­chód.

Lund szła za nimi. My­ślała in­ten­syw­nie. I słu­chała.

- Przed po­rwa­niem Nanny Birk Lar­sen czy póź­niej? - spy­tał Meyer.

Męż­czy­zna w gra­na­to­wym służ­bo­wym swe­trze spoj­rzał na niego osłu­piały.

- Mam sześć­dzie­siąt cztery lata. O czym pan, do cho­lery, mówi? Ni­kogo nie tkną­łem.

- Po­sadź go tam na ławce - po­le­ciła Lund.

- Mu­simy go zgar­nąć.

Lund zmie­rzyła męż­czy­znę wzro­kiem. Po­chy­lone plecy. Kiep­ski wzrok. Chyba miał trud­no­ści od­de­chowe.

- Niech nam pan po­wie prawdę - za­częła Lund. - Niech nam pan po­wie, co się na­prawdę wy­da­rzyło. Wtedy może za­chowa pan po­sadę.

- Po­sadę? Po­sadę?! To przez tę po­sadę mu­szę się z wami uże­rać.

Meyer ci­snął nim na ka­mienną ławkę przy sto­jaku na ro­wery.

- Za­wsze w cie­niu, co, ko­lego? Po­wiedz nam, co się stało, albo przez szes­na­ście lat nie zo­ba­czysz świa­tła dzien­nego.

Ochro­niarz wpa­try­wał się w nich prze­ra­żony i wście­kły jed­no­cze­śnie.

- Mam ci włą­czyć apa­rat słu­chowy, dziadku? - wrza­snął Meyer.

- Gdzie karta płat­ni­cza? - spy­tała ła­god­niej Lund.

Ochro­niarz mil­czał.

- Mu­simy znać prawdę - do­dała. - Je­śli nie bę­dzie pan z nami te­raz roz­ma­wiał, za­bie­rzemy pana na ko­mendę.

- Wzią­łem ją ze sobą. Chcia­łem ją odło­żyć, kiedy przyjdę do pracy w po­nie­dzia­łek. Ale wtedy...

- Wtedy co? - po­na­glił go Meyer.

- By­li­ście wszę­dzie. Wszę­dzie.

- Dla­czego po­je­cha­łeś do szkoły?

- A czemu nie miał­bym je­chać? Miesz­kam za ro­giem. Po­sze­dłem do domu i zo­ba­czy­łem sa­mo­chód. Je­den z na­szych wo­zów. Po­rzu­cony. Nie wia­domo czemu. Znam re­gu­la­min. Wszyst­kie auta po­winny wró­cić do bazy.

- I mia­łeś klu­czyki? - spy­tał Meyer.

- Nie. Były w sta­cyjce. Pew­nie kie­rowca ich za­po­mniał czy coś. - Po­krę­cił głową. - Nie mo­głem go tam zo­sta­wić, prawda? Z klu­czy­kami w sta­cyjce. Ja­kiś ban­dzior mógł go zwi­nąć.

Lund tra­ciła cier­pli­wość.

- Nie. Wcale mnie to nie prze­ko­nuje. Mógł pan za­dzwo­nić do sztabu wy­bor­czego. To był ich sa­mo­chód.

- Pró­bo­wa­łem - od­parł. - Po­wie­dzieli, że se­kre­tarz jest w Oslo. To miej­ski sa­mo­chód, wie­cie. Nie ich. Na­leży do nas. Na­sze po­datki...

- Wku­rzasz mnie - par­sk­nął Meyer. - Dziew­czyna...

- Nie zna­łem tej dziew­czyny. Nic nie zro­bi­łem. Poza przy­sługą.

- Co zro­bi­łeś z sa­mo­cho­dem? - spy­tała Lund.

- Na­leży do grupy Hart­manna. To du­pek, tylko się po­pi­suje, ale nie moja sprawa. Może go po­trze­bo­wał. Więc pod­je­cha­łem na sta­cję, za­tan­ko­wa­łem i od­wio­złem. Odło­ży­łem klu­czyki.

- Odło­ży­łeś? Gdzie?

- Tu. A gdzie? Na­prze­ciwko jest par­king. Tam trzy­mamy wozy zmia­nowe. Więc tam go zo­sta­wi­łem.

Cze­kała.

- W ogóle się nad tym nie za­sta­na­wia­łem - pod­jął ochro­niarz. - Do­piero jak prze­czy­ta­łem o za­bi­tej dziew­czy­nie. A wtedy...

Sia­dła obok niego.

- A wtedy mil­cza­łeś.

Znowu ba­wił się oku­la­rami. Ner­wowo ob­li­zy­wał usta.

Meyer siadł po jego dru­giej stro­nie, uśmiech­nął się do niego zło­wiesz­czo.

- Dla­czego? - spy­tał.

- Pra­cow­nicy Ra­tu­sza mu­szą się trzy­mać z dala od po­li­tyki. To bar­dzo ważne. Nie mo­żemy sta­wać po żad­nej stro­nie. Nie mie­szamy się.

- Te­raz jest pan wmie­szany - za­uwa­żyła Lund. - Bar­dzo.

- Po­my­śla­łem, że spraw­dzę ta­śmy, żeby zo­ba­czyć, kto wziął klu­czyki. Mia­łem ta­kie upraw­nie­nia.

- I?

- Nie było ta­śmy. - Spra­wiał wra­że­nie skon­ster­no­wa­nego. - Przy­cho­dzi mi tylko do głowy, że kto­kol­wiek wziął klu­czyki, mu­siał też za­brać ta­śmę. No bo jak...?

- Och, na mi­łość bo­ską - syk­nął Meyer.

- To prawda. Mó­wię prawdę. Mam sześć­dzie­siąt cztery lata. Po co miał­bym kła­mać? Gdyby się do­wie­dzieli, że ta­śma znik­nęła, wszy­scy mie­li­by­śmy kło­poty. Te gnojki na gó­rze za­wsze są wy­rywne, żeby nam się do­brać do tyłka. Zo­stał mi tylko rok do eme­ry­tury, po co miał­bym za ko­goś nad­sta­wiać karku? Od­wio­złem sa­mo­chód, cho­ciaż by­łem po służ­bie. A wy mi gro­zi­cie, jak­bym był ja­kimś ban­dytą...

- Je­steś ban­dytą - prze­rwał mu Meyer. - Zmar­no­wa­li­śmy ty­dzień, po­dą­ża­jąc fał­szy­wym tro­pem. Po­rządny czło­wiek leży w szpi­talu, a oj­ciec tej dziew­czyny sie­dzi w aresz­cie. Gdy­by­śmy to wszystko wie­dzieli od po­czątku... Lund? Lund?

Stała i pa­trzyła na ra­tusz. Ele­ganc­kie wy­ło­żone ka­mie­niem ko­ry­ta­rze. Go­dła i kan­de­la­bry. Ta­bliczki i me­mo­riały. Wszyst­kie te atry­buty wła­dzy.

Ktoś tu przy­szedł, wziął klu­czyki od wozu, w któ­rym po­tem umarła Nanna Birk Lar­sen. I za­brał ta­śmę, która by zdra­dziła jego toż­sa­mość.

Cały czas szu­kali w nie­wła­ści­wym miej­scu.

- Niech mi pan po­każe. Niech mi pan po­każe, gdzie stał ten sa­mo­chód - po­le­ciła.

Meyer się za­wa­hał.

- Bu­chard ka­zał nam za­dzwo­nić, je­śli...

- Może po­cze­kać - ucięła.

Rada miej­ska ko­rzy­stała z wie­lo­po­zio­mo­wego par­kingu po dru­giej stro­nie ulicy. Na­gie po­sadzki z sza­rego be­tonu. Stary ochro­niarz bał się co­raz bar­dziej.

- Za­par­ko­wa­łem sa­mo­chód tu­taj w pią­tek o dzie­więt­na­stej trzy­dzie­ści.

Trzeci po­ziom. Te­raz nie było tu żad­nego po­jazdu.

- Je­steś pe­wien go­dziny? - spy­tał Meyer.

- Tak! Po­tem od­wie­si­łem klu­czyki na ta­blicę za na­szym biur­kiem. I po­sze­dłem do domu.

Lund pa­trzyła na su­fity, na ściany, na roz­kład.

- Kto ma do­stęp do wa­szej kan­ciapy? - do­cie­kał Meyer.

- Nie­wiele osób. Je­ste­śmy ochroną, prawda? Ale tam­tego wie­czoru była im­preza.

- W ra­tu­szu?

- Tak. - Skrzy­wił się. - Jedna z ich im­prez. Wy by­ście tego tak nie na­zwali. - Pró­bo­wał się uśmiech­nąć do Mey­era. - Ja też nie. Za­wra­ca­nie głowy i tani szam­pan. Za­wsze świę­tują roz­po­czę­cie kam­pa­nii wy­bor­czej. Mó­wią na to im­preza pla­ka­towa. Kiedy pla­katy są go­towe, przy­cho­dzą, sta­wiają je i żar­tują so­bie, że wy­grali.

- No i co, je­śli jest im­preza? - prze­rwała Lund.

- Wtedy lu­dzie wcho­dzą i wy­cho­dzą. Nie da się na­dą­żyć. Zo­sta­wiają klu­czyki, mó­wią, że chcą klu­czyki. Trzeba lu­dziom po­ka­zy­wać, gdzie znajdą wła­ściwy po­kój, pro­wa­dzić ich na siku. - Za­milkł.

Cze­kała.

- Mnie tam nie było - pod­jął po chwili. - Gdy­bym był, pró­bo­wał­bym nad tym za­pa­no­wać. Ale to nie­ła­twe. Nie sie­dzimy tu cały czas. Nie da rady.

- Więc każdy może wejść i wziąć klu­czyki?

- I ta­śmę - do­dał.

Meyer wal­nął się w czoło.

- Wspa­niale - wark­nął.

- Trzy­majmy się tego, co mamy - po­wie­działa Lund. Od­wró­ciła się do ochro­nia­rza. - Czyja to była im­preza? - spy­tała.

Jego mina su­ge­ro­wała, że po­li­cja po­winna to wie­dzieć.

- Hart­manna. Tego, co to tak pa­ra­duje i my­śli, że wy­ko­pie sta­rego Bre­mera. Pa­nie go uwiel­biają, wiem. Robi so­bie ładne zdję­cia. Ale szcze­rze... - Za­śmiał się po­nuro. - No gdzie ta­kiemu szcze­nia­kowi do do­ro­słego męż­czy­zny.

O wpół do dzie­wią­tej byli już z po­wro­tem na ko­men­dzie. Za­nim od­pa­lili kom­pu­ter, żeby obej­rzeć ta­śmy z ka­mer, za­wo­łali Bu­charda. Stał te­raz koło nich, z rę­koma w kie­sze­niach i wście­kłą miną.

- Nie mo­żemy się do­wie­dzieć, kto wziął klu­czyki - za­częła Lund. - Ktoś za­brał ta­śmę. Ale... - Cała szczę­śliwa roz­sia­dła się przed mo­ni­to­rem i ma­new­ru­jąc kla­wi­szami, sta­rała się prze­wi­nąć do wła­ści­wego miej­sca. - O dzie­więt­na­stej pięć­dzie­siąt pięć stało się to.

Na trze­cim po­zio­mie ga­rażu zo­stały dwa sa­mo­chody. Czarny ford w głębi i srebrne vo­lvo bli­sko ka­mery.

Po pra­wej stro­nie ekranu, dwa miej­sca od sa­mo­chodu, w któ­rym póź­niej zgi­nęła Nanna, otwo­rzyły się drzwi klatki scho­do­wej. Za­częli stam­tąd wy­cho­dzić lu­dzie. Ro­dzina. Świeżo z przy­ję­cia.

- Ba­lony? - prych­nął Bu­chard. - Spro­wa­dzi­li­ście mnie tu, że­bym po­oglą­dał ba­lony?

- Olej ba­lony - od­parła Lund. - Patrz, co się dzieje z tyłu.

Męż­czy­zna i dwójka dzieci z ba­lo­nami. Vo­lvo na­le­żało do nich. Idąc do niego, za­sła­niali po­stać po­dą­ża­jącą do dru­giego po­jazdu. Nie­mal cień. Plama na ekra­nie.

- Ja­kim cu­dem ty to wszystko wi­dzisz, do cho­lery? - zży­mał się Meyer.

- Patrz. To fa­cet. Ja­kieś metr osiem­dzie­siąt pięć wzro­stu. W tej chwili Nanna jest jesz­cze na im­pre­zie w szkole.

Czarny ford wy­co­fał się w cza­sie, gdy męż­czy­zna z vo­lva wraz z dziećmi wsia­dali do swo­jego auta. Za­sła­nia­jąc wi­dok.

- Po­tem Nanna do­tarła do na­uczy­ciela. A po­tem...

Ford skie­ro­wał się do wy­jazdu, wy­je­chał z ka­dru, za sa­mo­cho­dem na pierw­szym pla­nie.

- A po­tem gdzieś spo­tkała się z tym męż­czy­zną. - Lund nie mo­gła ode­rwać wzroku od ekranu, nie­świa­doma, że się uśmie­cha. - Prze­łą­czyła się na inną ka­merę.

Czarny ford ja­dący po ga­rażu. I ko­lejny ob­raz: sa­mo­chód skręca w dół. Na mo­no­chro­ma­tycz­nym ekra­nie wi­dać wy­raź­nie nu­mer re­je­stra­cyjny.

- To on - oznaj­miła. - XU 24 919. To sa­mo­chód, w któ­rym zna­leź­li­śmy Nannę.

Meyer, z pa­pie­ro­sem w ustach, z lśnią­cymi i zmę­czo­nymi oczyma za­sa­lu­to­wał ko­le­żance.

- Dzię­kuję - rzu­ciła z nutą sar­ka­zmu.

- Nie, Lund. Ja na po­waż­nie. Jezu...

- Mar­no­wa­li­śmy czas w tej szkole. Tam się nic nie zda­rzyło. Sa­mo­chód wró­cił do ga­rażu ra­tu­sza i stał tam cały czas.

- Ktoś się wku­rzy - stęk­nął Meyer.

- Mo­żemy wy­klu­czyć Hart­manna i jego lu­dzi - cią­gnęła. - Już ich spraw­dza­li­śmy. Pro­blem w tym...

Tamci dwaj cze­kali.

- Nanna gdzieś się wy­bie­rała. Przy­po­mnij­cie so­bie, jak się za­cho­wy­wała na im­pre­zie. Ke­mal po­wie­dział, że u niego z ja­kie­goś po­wodu wzięła do ręki zdję­cie kla­sowe. Zu­peł­nie jakby...

- ...się że­gnała? - do­koń­czył Meyer.

- Może. - Lund wzru­szyła ra­mio­nami i pod­cią­gnęła rę­kawy swe­tra. - My­ślę, że ona miała ro­mans. Ro­dzice też tak po­dej­rze­wają, tylko nam o tym nie mó­wią. Może sami nie chcą się z tym zmie­rzyć.

- Birk Lar­sen ma barwną prze­szłość, sze­fie. Tam­ten na­uczy­ciel mógł na­prawdę umrzeć.

- Za­po­mnij­cie o ro­dzi­cach - po­le­cił Bu­chard. - Oni są z Ve­ster­bro, co by tacy lu­dzie ro­bili w ra­tu­szu?

Lund nie mo­gła ode­rwać wzroku od ekranu.

- To ktoś, kto za­bie­gał o jej względy, kto ją kształ­to­wał. Nanna była piękna. Doj­rzała po­nad swój wiek. Ktoś jej po­wie­dział, że jest wy­jąt­kowa. Da­wał jej dro­gie po­da­runki. Mó­wił, żeby trzy­mała to w se­kre­cie. Żeby cze­kała. - Po­my­ślała o za­gra­co­nym po­koju nad ga­ra­żem w Ve­ster­bro, peł­nym ksią­żek, pa­mią­tek i kar­te­czek. O ubra­niach w sza­fie. O lek­kim za­pa­chu per­fum, za dro­gich dla na­sto­latki. - Nanna miała inne ży­cie, o któ­rym nikt nie miał po­ję­cia.

- No wła­śnie nie, Lund - za­sto­po­wał ją Meyer. - Ktoś miał po­ję­cie.

- Na pewno nie Per­nille, i Theis chyba też nie.

- Ktoś - upie­rał się Meyer.

- Z kim o tym roz­ma­wia­li­ście? - spy­tał Bu­chard. - O sa­mo­cho­dzie i o tym, że wró­cił do ra­tu­sza?

To py­ta­nie ją za­sko­czyło.

- Tylko z tobą. Za­cznę wszystko od po­czątku. Może tam na ulicy są ka­mery.

Bu­chard wy­szedł z po­koju.

- Może... - za­częła Lund.

Szef stał na ko­ry­ta­rzu, wi­do­czny przez szybę. Roz­ma­wiał przez ko­mórkę.

- My­ślisz, że dzwoni do żony? - spy­tał Meyer. - Za­ma­wia oko­licz­no­ściową pizzę?

Lund znowu wpa­try­wała się w ekran.

- Co?

- Tak się za­sta­na­wiam... Po­ka­zu­jesz mu coś ta­kiego, on nic nie mówi, wy­cho­dzi i do ko­goś dzwoni. - Roz­go­niła ręką dym. - Wo­la­ła­bym, że­byś z tym skoń­czył.

- Przed tym ca­łym gów­nem pra­co­wa­łem w ma­łym mie­ście na po­łu­dniu. Tam nikt nie na­rze­kał na dym.

- Może po­wi­nie­neś tam wró­cić.

Tro­chę po­smut­niał.

- Nie mogę - od­parł i nie do­dał nic wię­cej.

Wró­cił Bu­chard.

- Sprawdź­cie roz­pi­skę i re­jestr ochro­nia­rzy. Za­trzy­maj­cie tego sta­ruszka, który miał klu­czyki...

- On tego nie zro­bił - wark­nął Meyer.

- Przy­nie­ście mi wszystko, co zdo­ła­cie zna­leźć na ochro­nia­rzy.

- To nie był nikt z ochro­nia­rzy - za­pro­te­sto­wała Lund. - To nie są męż­czyźni, któ­rzy by mo­gli ocza­ro­wać śliczną dziew­czynę w ro­dzaju Nanny. Da­wać jej rze­czy, o któ­rych jej się nie śniło. Wy­cią­gać ta­śmy, klu­czyki i znaj­do­wać miej­sca Bóg wie gdzie...

- Przyj­rzy­cie się ochro­nie. Daj­cie mi wszystko, co zdo­ła­cie zna­leźć - po­wtó­rzył Bu­chard.

- To musi być ktoś ważny. - Lund my­ślała na głos, to było sil­niej­sze od niej. - Ktoś, komu się wy­daje, że się z tego wy­wi­nie. Bo my sto­imy po­ni­żej. My...

- To już było spraw­dzane - prze­rwał jej Bu­chard.

- Co? - spy­tał Meyer.

Lund ze­brało się na śmiech.

- Spraw­dzane? Kto to spraw­dził? My pra­cu­jemy nad tą sprawą. Je­śli my­śmy tego nie spraw­dzili...

Bu­chard się wściekł.

- Je­śli ja ci mó­wię, że to zro­bione, to zna­czy, że jest zro­bione. A te­raz za­bie­raj­cie się za ochro­nia­rzy.

Lund pod­bie­gła do niego, gdy ru­szył do drzwi. Meyer też nie ustę­po­wał.

- Nie, to nie wy­star­czy, Bu­chard. Do kogo dzwo­ni­łeś?

Szef pę­dził w stronę swo­jego po­koju.

- Nie­ważne - od­parł i na­wet się nie od­wró­cił.

- Cze­kaj, cze­kaj. - Meyer też był wście­kły. - To ja­kiś ab­surd.

Bu­chard sta­nął i się obej­rzał.

- No to chyba czu­jesz się jak ryba w wo­dzie.

- Chcę wie­dzieć, co się dzieje - upo­mniała się Lund.

Od­wró­cił się. Wielki tors wy­pięty do przodu, na twa­rzy ja­kiś ża­ło­sny wy­raz.

- Do mnie! - roz­ka­zał.

Ru­szyli oboje.

- Lund! - wark­nął na Mey­era. - Nie ty.

Spoj­rzała na ko­legę, pró­bo­wała się uśmiech­nąć.

Po­tem po­dą­żyła za Bu­char­dem, igno­ru­jąc bia­do­le­nie ko­legi zo­sta­wio­nego na ko­ry­ta­rzu.

Szef za­mknął drzwi. Wtedy się uśmiech­nęła. Znała tego czło­wieka całe swoje ży­cie. Uczyła się od niego, cza­sami się z nim kłó­ciła. Ja­dała u niego obiady, na­wet w czwórkę, kiedy jesz­cze miała męża.

- Mnie mo­żesz po­wie­dzieć - za­częła. - Nie po­wtó­rzę da­lej. Wiesz o tym.

Bu­chard spoj­rzał na nią.

- Temu kre­ty­nowi mo­żesz po­wta­rzać. Wisi mi to.

- Meyer jest do­bry. Lep­szy, niż mu się wy­daje.

Szef uniósł ręce. Przy­jął tę aro­gancką, aka­de­micką pozę, po którą się­gał w chwili wy­gła­sza­nia po­ga­danki.

- Je­śli ja mó­wię, że oni nie mają z tym nic wspól­nego - rzekł - to nie mają.

Po­chy­liła głowę, spoj­rzała na niego z nie­do­wie­rza­niem.

- Po­słu­chaj, Saro. Chcę, żeby ta sprawa zo­stała wy­ja­śniona, chcę tego rów­nie mocno jak ty.

- Więc dla­czego wią­żesz mi ręce?

Ta­kich tek­stów nie lu­bił.

- Je­stem twoim sze­fem. Ja de­cy­duję, co ro­bisz. Wy­ra­zi­łem się ja­sno. - I wy­szedł.

Meyer chciał wie­dzieć, co po­wie­dział Bu­chard.

- Nic waż­nego - od­parła. - Kiedy spraw­dza­li­śmy ko­mórkę Nanny, jak da­leko cof­nę­li­śmy się z roz­mo­wami?

- Nie wiem. Z ty­dzień. Nie po­ja­wił się tam nikt z Ra­tu­sza. Tylko zna­jomi i ro­dzina.

- Mo­żesz spraw­dzić jesz­cze raz? Cof­nąć się da­lej?

W biu­rze za­dzwo­nił te­le­fon, Sa­rah po­szła go ode­brać. Meyer po­dą­żył za nią, cały czas uty­sku­jąc.

- Co po­wie­dział Bu­chard? Lund! Lund!

Dzwo­nił dzien­ni­karz z ra­dia. Pro­sił o ko­men­tarz do sprawy i kam­pa­nii Hart­manna.

- Sły­sze­li­śmy, że Ra­tusz znowu jest w kręgu za­in­te­re­so­wań po­li­cji. Dla­czego? Czy po­dej­rze­wają pań­stwo Hart­manna?

- Skąd ma pan ta­kie in­for­ma­cje?

- Ze swo­jego źró­dła.

- No to niech źró­dło panu po­wie, co się dzieje. - Po­dała te­le­fon Mey­erowi.

- Co po­wie­dział Bu­chard, Lund?

Pik­nęła jej ko­mórka. Ese­mes. Spoj­rzała na wy­świe­tlacz. Zła­pała kurtkę i to­rebkę. W gło­wie miała chaos.

- Mu­szę iść.

- Do­kąd?

- In­for­muj mnie na bie­żąco - po­le­ciła. Już z ko­ry­ta­rza usły­szała, jak Meyer wrzesz­czy na dzien­ni­ka­rza.

Po­rzu­ciła sa­mo­chód na chod­niku przed dwor­cem, z włą­czo­nymi świa­tłami i nie­za­mknięty. Zo­sta­wiła kurtkę na fo­telu kie­rowcy. W sa­mym czarno-bia­łym swe­trze i dżin­sach po­gnała scho­dami.

Znowu pa­dało. Zero księ­życa. Kilka osób umy­kało przed desz­czem, a paru pi­ja­ków rwało się do bitki.

Po­ciąg do Sztok­holmu szy­ko­wał się do od­jazdu. Do tej dłu­giej po­dróży po mo­ście nad wo­dami Sundu. Tej, w którą sama mo­gła wy­ru­szyć. W każ­dej chwili. Gdyby tylko...

Za pięć go­dzin by­łaby w Sztok­hol­mie. Nowe ży­cie. Z Beng­tem i Mar­kiem. Spo­koj­niej­sza praca. Inny świat.

Stał na pe­ro­nie, z kawą w pra­wej ręce, z lewą na tem­blaku, z twa­rzą po­si­nia­czoną i opuch­niętą.

Lund przy­sta­nęła na mo­ment. Za­sta­na­wiała się, co po­wie­dzieć. Co zro­bić.

Nie wi­dział jej. Był od­wró­cony w stronę po­ciągu. Mo­gła te­raz odejść i kto wie, czy tak nie by­łoby naj­le­piej.

Ale po­de­szła i ode­zwała się do jego ple­ców:

- Bengt.

A gdy się od­wró­cił, w tej zna­jo­mej, wy­ra­zi­stej twa­rzy zo­ba­czyła ból, nie tylko fi­zyczny.

Przede wszyst­kim naj­pierw się prze­pra­sza. Za­wsze.

- Znowu się coś po­ja­wiło. Prze­pra­szam... - Oczy wy­peł­niły jej się łzami. Żadne słowa nie wy­da­wały się od­po­wied­nie. - Tak bywa... - Ru­chem kciuka wska­zała prze­strzeń za ple­cami. - Mo­żemy o tym po­roz­ma­wiać w sa­mo­cho­dzie?

W jego oczach za­cza­iło się coś, czego ni­gdy wcze­śniej nie wi­działa. Od­da­le­nie. Li­tość?

- Pro­szę - cią­gnęła. - Ro­zu­miem, dla­czego nie chcesz się za­trzy­mać u mo­jej matki. Cho­ciaż nie zo­sta­li­by­śmy tam długo.

Na­dzieja. Plan.

- Znajdźmy ho­tel - pró­bo­wała da­lej. - Mo­żemy wziąć apar­ta­ment ro­dzinny. To nie po­trwa długo.

Krę­cił głową, a ona sta­rała się zna­leźć słowa, które by go za­trzy­mały.

- Po­spie­szy­li­śmy się, Saro - rzekł gło­sem, który wy­da­wał się da­leki i bez­na­miętny. - Może tak jest le­piej. Prze­pro­wadzka do Szwe­cji...

Wró­cił ostry, pie­kący ból oczu.

- Nie! Z ni­czym się nie po­spie­szy­li­śmy. Co to ma zna­czyć? - Sa­motna łza wy­mknęła się spod po­wieki i spły­nęła po jej pra­wym po­liczku. - Chcę się prze­pro­wa­dzić. - Pod­nio­sła rę­kaw do twa­rzy, jakby była jed­nym z na­dą­sa­nych dzie­cia­ków ze szkoły Nanny Birk Lar­sen. - Chcę być z tobą, Bengt. Zo­stań, pro­szę.

- Nie mogę już na to pa­trzeć. - I z kawą w dłoni ob­jął ją szybko. Krót­kim uści­skiem. Jak kum­pla. Na­wet to nie pa­so­wało do po­że­gna­nia. - Dbaj o sie­bie - po­wie­dział zdaw­kowo na ko­niec. I wsiadł do po­ciągu.

Świa­tła na dworcu roz­ma­zały jej się przed oczyma, gdy tak stała na pe­ro­nie, pa­trząc, jak po­ciąg od­jeż­dża. I łkała tak, jak nie zda­rzyło jej się od lat.

Słowa za­wsze przy­cho­dziły jej z tru­dem. W każ­dym ra­zie wy­po­wia­da­nie ich. Fa­scy­no­wały ją ich zna­cze­nia, fa­scy­no­wał ją świat, wszyst­kie jego za­gadki i oso­bli­wo­ści.

Mó­wiła Beng­towi, że go ko­cha. Nie­zbyt czę­sto. Może na­wet rzadko. Mó­wie­nie o tym wy­da­wało jej się nie­ko­nie­czne. Na­chalne.

A i tak ni­czego nie zmie­niało. Była, jaka była, i czuła się szczę­śliwa. Ja­kim kosz­tem?

Prze­je­chała po twa­rzy szorst­kim weł­nia­nym rę­ka­wem, bez­li­to­snym dla oczu i skóry.

Świa­tła wo­kół niej przy­ga­sły na mo­ment. Znowu stała w Le­sie Zie­lo­no­świąt­ko­wym, po­śród na­gich drzew o łusz­czą­cej się srebr­nej ko­rze. Znowu ści­gała czło­wieka, który ści­gał Nannę Birk Lar­sen. Znowu się zgu­biła, tak jak mu­siała zgu­bić się Nanna w tych ostat­nich okrut­nych chwi­lach.

Ciemny las...

Nanna wal­czyła o ży­cie po­śród brzo­zo­wych pni. Sa­rah wśród cieni i mroku szu­kała prawdy o śmierci tej dziew­czyny, Meyer sta­rał się na­dą­żyć za ko­le­żanką. Oni wszy­scy też znik­nęli w le­sie. Sta­nęli na roz­wi­dle­niu dróg. Mu­sieli pod­jąć de­cy­zję. W prawo czy w lewo. W górę czy w dół. Ścieżki na wprost nie było wi­dać.

Sama...

W pe­wien spo­sób tak było od po­czątku.

Może to wła­śnie do­strzegł Bengt. Że kiedy znika z jej pola wi­dze­nia, znika też z jej my­śli. Że nic się nie li­czy oprócz tego, co Sa­rah wi­dzi przed sobą tymi lśnią­cymi prze­ni­kli­wymi oczyma.

A na­wet to wy­da­wało się te­raz kłam­stwem, żar­tem, zjawą chi­cho­czącą po­śród cieni.

Bo dla Sary nie było żad­nej drogi. Nie było wła­ści­wego kie­runku ani po­praw­nego kursu. Tylko po­szu­ki­wa­nie tej drogi. Po­ścig, a nie jego wy­nik.

Po­ciąg ru­szył i wy­to­czył się na pewny i pro­sty szlak, który pro­wa­dził na most nad Sun­dem. Żad­nych za­krę­tów, żad­nej ścieżki, która nie­długo za­ro­śnie za­po­mniana.

Oni wszy­scy szu­kali cze­goś w ciem­no­ściach. Meyer sta­rał się za­cho­wać po­sadę. Birk Lar­se­no­wie pra­gnęli po­grze­bać swój ból. Na­wet Tro­els Hart­mann, cho­dzący ideał. Atrak­cyjny, in­te­li­gentny męż­czy­zna nę­kany przez de­mony. Co do tego Sa­rah nie miała wąt­pli­wo­ści.

Więc może wcale nie była sama.

Meyer za­dzwo­nił, gdy już wró­ciła do sa­mo­chodu.

- Halo? Mowę ci od­jęło?

- Co tam?

- Po­sze­dłem do tech­ni­ków i po­pro­si­łem, żeby jesz­cze raz po­grze­bali w tym te­le­fo­nie. Na li­ście kon­tak­tów miała pięć­dzie­siąt trzy nu­mery. - Prze­rwał. - My­śmy do­stali pięć­dzie­siąt dwa.

Nie miała siły z nim roz­ma­wiać.

- To nie może za­cze­kać do rana?

- Do­sta­łem bil­ling z kilku mie­sięcy. Po­rów­na­łem go z da­nymi w te­le­fo­nie. Ktoś nas okan­to­wał, Lund. Li­sta nie była kom­pletna. Ona pro­wa­dziła roz­mowy, o któ­rych się nie do­wie­dzie­li­śmy.

- Gdzie je­steś?

- Na ze­wnątrz. Masz mnie za idiotę, tak?

- Nie, wcale nie. Na­prawdę mu­szę ci to w kółko po­wta­rzać?

- A te­raz naj­gor­sze. Pierw­szą osobą, która wi­działa tę li­stę i spraw­dzała te­le­fon, był Bu­chard.

Sa­rah od­pa­liła sil­nik i ru­szyła.

- To nie­moż­liwe.

- A jed­nak, Lund. Nie po­doba mi się to. Je­śli Bu­chard ko­goś kryje, to na pewno Hart­manna. Wszystko na to wska­zuje.

- Nie te­raz - wy­szep­tała.

- Je­śli nie mo­żemy roz­ma­wiać z Bu­char­dem, to z kim? Co? Kto po­ciąga za sznurki? Jezu...

Od­su­nęła te­le­fon od ucha.

- Lund? Lund!

Bu­dy­nek Ko­mendy Głów­nej ma­ja­czył przed nią w ciem­no­ściach, bla­do­szary pa­łac z ty­loma krę­tymi ko­ry­ta­rzami, ga­bi­ne­tami i za­ka­mar­kami, że jesz­cze te­raz po­tra­fiła się w nim zgu­bić, je­śli była zmę­czona.

Mi­nęła go. Je­chała do domu, a w każ­dym ra­zie do miej­sca, które w tej chwili słu­żyło jej za dom.

W Ra­dzie Miej­skiej Ko­pen­hagi za­sia­dały cztery ugru­po­wa­nia mniej­szo­ściowe, pra­wi­cowe, le­wi­cowe i po­śred­nie, po­grą­żone w nie­ustan­nych spo­rach i przy­po­chle­bia­jące się Bre­me­rowi, by wy­rwać dla sie­bie prze­wod­nic­two ja­kiejś ko­mi­sji czy inne sy­ne­kury.

Przy­wód­ców tych ugru­po­wań Hart­mann za­pro­sił do sie­bie na dwu­dzie­stą pierw­szą czter­dzie­ści pięć.

Wziął z gar­de­roby świeżą ko­szulę, ogo­lił się, ucze­sał. Rie Sko­vga­ard spraw­dziła, czy wszystko jest jak na­leży.

Ci lu­dzie nie le­cieli na uśmiech, oni brali udział w grze.

- Re­pre­zen­tu­jemy pięć par­tii i pięć róż­nych od­mian po­li­tyki - za­czął spo­koj­nym, wy­ćwi­czo­nym to­nem. - Gdy­by­śmy po­wtó­rzyli wy­nik z ostat­nich wy­bo­rów i wszy­scy po­łą­czyli man­daty, uzy­ska­li­by­śmy zde­cy­do­waną więk­szość. - Prze­rwał. - Zde­cy­do­waną więk­szość. Z tego, co wi­dzia­łem w son­da­żach, tym ra­zem osią­gniemy po­do­bny wy­nik, a może na­wet lep­szy.

Jens Holck, prze­wod­ni­czący Ugru­po­wa­nia Umiar­ko­wa­nego, naj­więk­szy, naj­tward­szy orzech do zgry­zie­nia, wes­tchnął, wziął chu­s­teczkę i za­czął czy­ścić oku­lary.

- Nie uda­waj znu­dzo­nego, Jens - zwró­cił się do niego Hart­mann. - To są róż­nice po­mię­dzy zwy­cię­stwem a klę­ską. Bre­mer do­sko­nale zdaje so­bie z tego sprawę. Jak my­ślisz, dla­czego tak po­grywa ze mną w te­le­wi­zji?

- Po­nie­waż ty się cią­gle o to pro­sisz, Tro­els.

- Nie. Nie pro­szę się. To, co mi się przy­da­rzyło, mo­gło spo­tkać każ­dego z nas. Każ­dego, w kim Bre­mer do­pa­trzyłby się za­gro­że­nia. W ta­kim sta­nie jest Ra­tusz. Dla­tego po­trze­bu­jemy sze­ro­kiego so­ju­szu, który wy­klu­czy Bre­mera na do­bre.

Mai Juhl, drobna, emo­cjo­na­lna ko­bieta, która stwo­rzyła od zera Par­tię Zie­lo­nych. Bu­dziła re­spekt i sły­nęła z braku do­brej woli. Poza po­li­tyką nie li­czyło się dla niej nic, co wy­da­wało się Hart­man­nowi dziwne, po­nie­waż w tej dzie­dzi­nie osią­gnęła w su­mie nie­wiele.

- Wszystko świet­nie, ale co my mamy z tym wspól­nego? - spy­tała te­raz. - Jak by­śmy...?

- Mamy mnó­stwo, Mai. Edu­ka­cja, miesz­ka­nia, in­te­gra­cja. I śro­do­wi­sko. Nie tylko cie­bie ono ob­cho­dzi. Mamy wię­cej wspól­nych te­ma­tów, niż my­ślisz.

- A te wzory oso­bowe? - W naj­bar­dziej kon­wen­cjo­nal­nych kwe­stiach Juhl ra­czej kie­ro­wała się na prawo. - Zro­bił­byś wszystko, żeby za­trzy­mać tych lu­dzi.

- Tak - przy­znał. - Zro­bił­bym.

- W tej spra­wie dzielą nas ty­siące ki­lo­me­trów.

Ktoś przy­znał jej ra­cję.

Tro­els spoj­rzał na wszyst­kich po ko­lei, sta­ran­nie wy­bie­ra­jąc te­maty na pod­sta­wie roz­po­zna­nia, które zro­bił Mor­ten We­ber.

- Leif. Pa­mię­tasz, że ostat­nim ra­zem Bre­mer obie­cał re­duk­cję emi­sji dwu­tlenku wę­gla? I nic się nie zmie­niło. Co zro­bił dla lu­dzi star­szych? Czy to nie jest też dla cie­bie klu­czowa kwe­stia? Bi­strup? Czy stwo­rzył miej­sca pracy, tak jak obie­cy­wał? Jens. Ma­wia­łeś, że mia­sto musi przy­cią­gnąć ro­dziny z dziećmi. Co się z tym wszyst­kim stało?

Nie od­po­wie­dzieli.

- Bre­mer pod­jął te zo­bo­wią­za­nia, kiedy po­trze­bo­wał wa­szego po­par­cia, a po­tem pod­tarł so­bie nimi ty­łek. - Prze­su­nął po stole plik do­ku­men­tów. - Gdy­by­śmy te­raz sie­dzieli w stu­diu te­le­wi­zyj­nym, roz­niósł­bym was na strzępy. Pro­si­cie o głosy, a ni­gdy nie do­trzy­mu­je­cie obiet­nic, po­nie­waż Bre­mer ni­gdy nie wy­wią­zuje się ze swo­ich. To nie musi tak wy­glą­dać. Mo­żemy pra­co­wać ra­zem. Mo­żemy wy­pra­co­wać kom­pro­mis. - Wzru­szył ra­mio­nami. - Każdy z nas w pew­nych punk­tach może od­pu­ścić. Ja też. - Pod­niósł swój pro­gram wy­bor­czy. - To do­ku­ment, nie Bi­blia. Ważne jest to, że­by­śmy wy­grali. I żeby Bre­mer od­szedł z pu­stymi rę­koma. - Wstał, roz­dał zgro­ma­dzo­nym ko­pie do­ku­mentu przy­go­to­wane przez Mor­tena We­bera. - Na­kre­śli­łem pro­jekt współ­pracy po­mię­dzy na­szą piątką. Oczy­wi­ście to tylko na po­czą­tek. Wszystko jest do dys­ku­sji. Bę­dzie­cie chcieli zmian, nie ma sprawy. - Wró­cił na swoje miej­sce, pa­trzył, jak po­dają so­bie do­ku­ment. - Wiem, że to wielki krok. Ale wszy­scy ra­zem mamy ta­lent, ener­gię i po­my­sły, które mogą uczy­nić to mia­sto lep­szym. Je­śli cze­goś nie zro­bimy, on wróci. Ad­mi­ni­stra­cja utknęła w mar­twym punk­cie. Zero wy­ob­raźni. Żad­nej świe­żej krwi...

- My­ślę, że Bre­mer wy­ko­nał do­brą ro­botę - prze­rwał mu Jens Holck.

- Ja rów­nież! - przy­znał Hart­mann. - Dwa­na­ście lat temu był wła­ści­wym czło­wie­kiem na wła­ści­wym miej­scu. Te­raz...

- To Ko­pen­haga, nie ja­kiś raj. Nie do­strze­głem u cie­bie nic, co by su­ge­ro­wało, że bę­dziesz rów­nie do­bry jako bur­mistrz. Zwłasz­cza ostat­nio.

- Do­sko­nale. Po­win­ni­śmy roz­ma­wiać szcze­rze. Zo­baczmy, co my­ślą wy­borcy.

- I masz złe sto­sunki z par­la­men­tem - do­dał Holck. - Bur­mistrz musi z nimi ne­go­cjo­wać bu­dżet. Je­śli nie za­pew­nimy so­bie ich przy­chyl­no­ści, we­zmą nas gło­dem. Na­prawdę nie wi­dzę...

- Par­la­ment ustąpi pod na­szą siłą. Je­śli bę­dziemy mieli sze­roką ko­ali­cję - wska­zał ręką ich wszyst­kich - to mo­żemy wię­cej niż Bre­mer. Je­śli wku­rzą nas, wku­rzą wszyst­kich. Nie ro­zu­miesz?

Jens Holck wstał.

- Nie, nie ro­zu­miem. Przy­kro mi, Tro­els, nie wie­rzę ci.

- Nie zer­k­niesz na­wet na pro­po­zy­cje?

- Już zer­k­ną­łem. Do­bra­noc.

Mai Juhl też wy­cho­dziła.

- Bez Jensa nie mo­żemy tego zro­bić - po­wie­działa.

Po­zo­stała trójka po­szła w ich ślady.

Sam w biu­rze, w nie­bie­skim świe­tle neonu Pa­lace Ho­tel, Hart­mann za­sta­na­wiał się, w któ­rym mo­men­cie po­peł­nił błąd.

Jesz­cze nikt ni­gdy nie two­rzył ta­kiej sze­ro­kiej ko­ali­cji. Może to było sza­leń­stwo? Ale w po­li­tyce cza­sami i na sza­leń­stwo znaj­do­wało się miej­sce. Kiedy ustę­po­wał stary po­rzą­dek, można się było spo­dzie­wać ma­łego cha­osu. Wtedy wła­śnie ude­rzał śmia­łek.

A on nie był je­dy­nym śmiał­kiem w oko­licy.

Mor­ten We­ber prze­wi­dział, że Holck od razu od­rzuci pro­po­zy­cję, a po­zo­stali za nim po­dążą. Rzadko mu się zda­rzało źle oce­nić sy­tu­ację. Po­wie­dział też, że każde z nich z osobna prze­my­śli sprawę. A więc nie­długo ktoś po­wi­nien za­dzwo­nić.

Hart­mann na­lał so­bie brandy.

Cze­kał do­kład­nie sie­dem mi­nut.

Na dzie­dzińcu ogro­do­wym ra­tu­sza Jens pa­lił pa­pie­rosa przy fon­tan­nie, po­mię­dzy rde­stówką a blusz­czem.

- Wró­ci­łeś do złych na­wy­ków - za­uwa­żył Hart­mann. - Wstyd.

- Tak. Wstyd.

Holck był o parę lat młod­szy od Hart­manna, mniej wię­cej tej sa­mej bu­dowy i tego sa­mego wzro­stu. Nie­gdy­siej­szy prze­wod­ni­czący or­ga­ni­za­cji stu­denc­kiej, na pierw­szy rzut oka mło­dzień­czy, przy bliż­szym po­zna­niu ja­wił się jako czło­wiek znisz­czony przez nie­zre­ali­zo­wane am­bi­cje. Miał ciemne włosy i czarne modne oku­lary, nie­we­sołą twarz skost­nia­łego bel­fra. Ostat­nio nie uśmie­chał się za dużo. Ani też nie go­lił. Wy­glą­dał okrop­nie.

- Czy nie wy­ra­zi­łem się ja­sno? - spy­tał.

- Bar­dzo. Więc dla­czego dzwo­ni­łeś?

Holck roz­glą­dał się na boki.

- Na wy­pa­dek gdy­bym mógł jed­nak ja­śniej.

- Jens, mu­simy coś zro­bić. Mia­sto dry­fuje. Ad­mi­ni­stra­cja Bre­mera jest źle zor­ga­ni­zo­wana. Fi­nanse to je­den wielki baj­zel. On słu­cha tylko sie­bie.

Holck za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem i wy­pu­ścił dym w stronę fon­tanny.

- Jest jak umie­ra­jący król - do­dał Hart­mann. - Wszy­scy wiemy, że nie zo­sta­nie długo na tym świe­cie, ale nikt nie chce o tym wspo­mnieć. Ani nic po­wie­dzieć na głos, na wy­pa­dek gdyby sta­ru­szek słu­chał.

- W ta­kim ra­zie może po­win­ni­śmy po­cze­kać na po­grzeb. I wtedy ra­to­wać sy­tu­ację.

Hart­mann ro­zej­rzał się po dzie­dzińcu. Byli sami.

- Sły­sza­łeś o jego po­dróży do Ło­twy? - spy­tał.

Holck drgnął. Pra­co­wał w ko­mi­sji re­wi­zyj­nej. Rie Sko­vga­ard po­wę­szyła rów­nież tam.

- Co z nią?

- Ofi­cjal­nie była to wi­zyta w fir­mie. In­we­sty­cja we­wnętrzna. Ale konto wy­dat­ków...

- Wę­szymy, co, Tro­els? My­śla­łem, że ty je­steś ten do­bry.

- Nie za­glą­dam do pu­blicz­nej kiesy.

- Ana­li­zo­wa­li­śmy wy­datki i nie do­pa­trzy­li­śmy się nie­pra­wi­dło­wo­ści.

- To, co wi­dzia­łeś, było już za­fał­szo­wane. Ty­siące...

- Och, na mi­łość bo­ską! To jest twoja nowa po­li­tyka? Nie ob­cho­dzi mnie, czy Bre­mer so­bie liź­nie tu czy tam. To stary czło­wiek i ha­ruje tu jak wół. Za­wsze ha­ro­wał. Po­mimo ża­ło­snych za­rob­ków i mor­der­czych nad­go­dzin.

- A więc ni­czego nie zmie­nimy?

- Ktoś musi być bur­mi­strzem. Na­prawdę są­dzisz, że ty je­steś inny?

- Daj mi szansę.

- Tylko że ty na­prawdę masz fa­talne sto­sunki z par­la­men­tem. To sedno sprawy. Oni cię nie lu­bią, Tro­els. Nie po­doba im się, jak się pysz­nisz przed ka­me­rami. Ko­biety mdleją. To twoje świę­tosz­ko­wate sa­mo­za­do­wo­le­nie. To, że uwa­żasz się za lep­szego od in­nych. - Holck się ro­ze­śmiał, krót­kim, ostrym śmie­chem. - Ode mnie nie. Ja nie mam tego pro­blemu. Znam cię na tyle długo, żeby doj­rzeć, jak jest na­prawdę. Po­wiedz mi, czy to­bie za­leży na Ko­pen­ha­dze, czy na Tro­el­sie Hart­man­nie? Co się dla cie­bie bar­dziej li­czy?

- Dzwo­ni­łeś, żeby mi to po­wie­dzieć?

- Mniej wię­cej. - Holck wrzu­cił pa­pie­rosa do fon­tanny i od­szedł.

- Mar­nu­jesz czas na Jensa Holcka - po­wie­dział dzie­sięć mi­nut póź­niej Mor­ten We­ber. - To pie­sek Bre­mera.

- Więc rzućmy mu od­po­wied­nią kość. Byli za­in­te­re­so­wani, Mor­ten. Wa­hali się. Gdy­bym miał po swo­jej stro­nie Holcka, wszy­scy na sznu­reczku po­szliby w jego ślady. W jed­nej chwili. Mamy coś do je­dze­nia?

We­ber skło­nił się i rzekł:

- Do usług sza­now­nego pana. - Po czym udał się na po­szu­ki­wa­nia pro­wiantu.

- Je­śli nie udo­bru­chamy Jensa Holcka, pój­dziemy na dno? - spy­tała Sko­vga­ard. Sia­dła na biurku, z no­gami na jego krze­śle, brodę oparła na rę­kach. Nie wy­glą­dała na prze­ra­żoną tą wi­zją.

- Nie - od­rzekł Hart­mann. - Znamy swoją war­tość. Je­ste­śmy silni.

Sko­vga­ard wy­cią­gnęła ra­mię, na­pięła bi­ceps.

- Ja też je­stem silna. Zo­bacz.

Hart­mann ro­ze­śmiał się, pod­szedł do niej i pal­cami spraw­dził mię­śnie.

- Nie­źle. I jesz­cze jedno... - Po­chy­lił się.

Ona za­rzu­ciła mu ręce na szyję. Po­ca­ło­wali się. Palce we wło­sach. Szary gar­ni­tur i czarna su­kienka.

Wtu­lona w niego po­wie­działa roz­ma­rzona:

- Dawno tak nie było.

- Kiedy to się skoń­czy, za­biorę cię gdzieś, gdzie jest naj­więk­sze, naj­wy­god­niej­sze i naj­cie­plej­sze łóżko...

- Kiedy to się skoń­czy?

- Albo wcze­śniej.

- To obiet­nica wy­bor­cza?

Hart­mann od­su­nął się od niej z uśmie­chem.

- Nie. Moja oso­bi­sta. Za­dzwoń do swo­jego ojca i po­proś, żeby po­roz­ma­wiał z mi­ni­strem spraw we­wnętrz­nych. Niech mi po­wie, co mam zro­bić. Wy­star­czy jedno słowo z par­la­mentu, Holck je usły­szy.

Wszedł Mor­ten z ta­le­rzem ka­na­pek.

- Na par­kingu jest pełno po­li­cji - po­wie­dział.

- Czemu? - spy­tała Sko­vga­ard.

- Skąd mam wie­dzieć?

Lotte Holst była o je­de­na­ście lat młod­sza od swo­jej sio­stry Per­nille. Przez pięć ostat­nich lat, dłu­gich i bo­ga­tych w wy­da­rze­nia, stała za ba­rem klubu He­art­break. Lo­kal był prze­zna­czony dla biz­nes­me­nów, mło­dych me­ne­dże­rów, dla każ­dego, kto mógł so­bie po­zwo­lić na cien­kiego drinka za dwie­ście ko­ron. Znaj­do­wał się nie­opo­dal Ny­havn, gdzie za­wsze kłę­biły się tłumy tu­ry­stów.

Włosy no­siła upięte wy­soko, a na jej służ­bowy uni­form skła­dały się wią­zana na szyi su­kienka z od­sło­nię­tym brzu­chem, błysz­cząca szminka i wiecz­nie znu­dzony uśmiech, gdy do ogłu­sza­ją­cej mu­zyki po­da­wała bu­telki kruga i wódki.

Za­ra­biała nie­źle. Naj­wię­cej na na­piw­kach. A cza­sami zda­rzały się nie­spo­dzianki.

Około je­de­na­stej je­den z bar­ma­nów po­wie­dział jej, że ma go­ścia.

Lotte po­de­szła do re­cep­cji. Zo­ba­czyła Per­nille w pło­wym pro­chowcu i z wło­sami w nie­ła­dzie. Po­czuła się za­kło­po­tana, tak jak za­wsze się czuła jako dziecko.

Per­nille była śliczna, ale to ona była ro­dzinną pięk­no­ścią. Wszy­scy tak mó­wili. Nikt nie ro­zu­miał, dla­czego to nie ona, lecz Per­nille wy­szła za mąż, choćby za ta­kiego bru­tala jak Theis, co to nie umiał się wy­sło­wić.

Jej sio­stra ko­ły­sała się w przód i w tył. Wy­glą­dała po­twor­nie. Przy szatni mie­ścił się nie­wielki ma­ga­zy­nek, we­szły tam i usia­dły na skrzyn­kach z pi­wem. Lotte słu­chała.

- Nie chcia­łam ci za­wra­cać głowy - po­wie­działa Per­nille.

- Więc dla­czego... to zna­czy... Nie­ważne. Chłopcy są u mamy. Nic im nie jest.

- Wiem, py­ta­łam.

- Je­stem w pracy, Per­nille.

- To też wiem.

- Mia­łaś wie­ści od The­isa? Kiedy wraca do domu?

- Nie od­zy­wał się. Jego ad­wo­katka się stara. - Ob­jęła się za ra­miona, cho­ciaż w ma­leń­kim po­miesz­cze­niu pa­no­wał go­rąc i za­duch. - Czy Nanna mó­wiła ci coś o... - Za­bra­kło jej słów.

- O czym?

- Nie wiem. By­ły­ście so­bie ta­kie bli­skie. Jak sio­stry. - W oczach Per­nille po­ja­wiło się ja­kieś oskar­że­nie. - By­łaś jej bliż­sza niż ja.

- By­łaś jej mamą.

Per­nille za­częła pła­kać.

- To­bie mó­wiła wszystko! A mnie nic.

Przez otwarte drzwi przy­glą­dał im się je­den z ochro­nia­rzy.

- Ona nie...

- Nanna pro­wa­dziła ży­cie, o któ­rym ja nie mia­łam po­ję­cia! Je­stem tego pewna.

- Nie wiem, o czym mó­wisz, Per­nille.

- Co po­wie­działa? W domu miała pro­blemy? Ze mną? Z The­isem?

- Nie...

- Cza­sami się kłó­ci­ły­śmy. Była w cią­głym ru­chu. Cią­gle wcho­dziła i wy­cho­dziła. Brała moje rze­czy, no­siła moje ubra­nia.

- Moje też no­siła. Bez py­ta­nia.

- Czy ona...? - Z za­mknię­tych oczu znowu po­pły­nęły łzy.

Lotte nie chciała oglą­dać tej udręki.

- Czy ona nas nie­na­wi­dziła?

Lotte po­ło­żyła rękę na ra­mie­niu sio­stry.

- Oczy­wi­ście, że nie. Ko­chała cię. Oboje was ko­chała. I chłop­ców. Ni­gdy nic nie mó­wiła.

- Nie?

- Nie.

- Więc to tylko ja mam pro­blem?

Ochro­niarz za­czął da­wać znaki. Nie po­winna ro­bić so­bie przerw w pracy dłuż­szych niż pięć mi­nut co go­dzinę.

- Coś się wy­da­rzyło ostat­niego lata - opo­wia­dała Per­nille. - Po­mię­dzy nią a The­isem. - Kiw­nęła głową, jakby pró­bo­wała so­bie przy­po­mnieć ja­kieś kon­kretne zaj­ście. - Kiedy się nad tym za­sta­no­wię, wi­dzę to wy­raź­nie. Za­wsze była có­reczką ta­tu­sia, owi­jała so­bie The­isa wo­kół palca. A na­gle prze­stali ro­bić ra­zem co­kol­wiek. Nie wy­ja­śniła mi, o co cho­dzi.

- Theis uwa­żał, że jest za wcze­śnie, żeby się wy­pro­wa­dzała. Ona się tro­chę zło­ściła. - Lotte wzru­szyła ra­mio­nami. - To wszystko. Miała dzie­więt­na­ście lat. Nie była dziec­kiem. To nie było nic waż­nego.

- Je­steś pewna?

- Mu­sisz prze­stać tyle nad tym roz­my­ślać. Theis był do­brym oj­cem. Na­dal jest. Na­wet je­śli robi coś głu­piego.

Bar­man sta­nął w drzwiach i na nią kiw­nął.

- Mu­szę iść. Nie chcę, żeby mnie wy­lali. Po­słu­chaj. - Ści­snęła jej ręce. - Przyjdę ju­tro i po­mogę ci, ile będę mo­gła. Zo­ba­czysz, po­ra­dzisz so­bie. - Pod­nio­sła sio­strę ze skrzynki, ob­jęła ją i od­pro­wa­dziła do wyj­ścia.

Wró­ciła, przy­go­to­wała drinki dla bo­ga­tych biz­nes­me­nów, uśmie­chała się, gdy ły­pali okiem po­żą­dli­wie.

Od­cze­kała go­dzinę do na­stęp­nej prze­rwy, we­szła do to­a­lety, wy­jęła kokę i wcią­gnęła długą, drogą kre­skę, sta­ra­jąc się nie pła­kać.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki