The Killing. Tom 1. Odcinek 1 - Dawid Hewson

Kup ebooka

29.90 zł
22.43 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Główni bo­ha­te­ro­wie

Po­li­cja ko­pen­ha­ska

Sa­rah Lund - pod­ko­mi­sarka po­li­cji kry­mi­nal­nej, Wy­dział Za­bójstw

Jan Meyer - pod­ko­mi­sarz po­li­cji kry­mi­nal­nej, Wy­dział Za­bójstw

Hans Bu­chard - nad­in­spek­tor, szef Wy­działu Za­bójstw

Len­nart Brix - za­stępca Bu­charda, Wy­dział Za­bójstw

Svend­sen - śled­czy, Wy­dział Za­bójstw

Jan­sen - tech­nik kry­mi­na­li­styki

Bülow - dawny po­li­cjant, obec­nie w Biu­rze Pro­ku­ra­tora

Ro­dzina Birk Lar­se­nów

Theis Birk Lar­sen - oj­ciec

Per­nille Birk Lar­sen - matka

Nanna Birk Lar­sen - ich córka

An­ton Birk Lar­sen - ich star­szy syn

Emil Birk Lar­sen - ich młod­szy syn

Lotte Holst - młod­sza sio­stra Per­nille

Ra­tusz - po­li­tycy oraz urzęd­nicy

Tro­els Hart­mann - prze­wod­ni­czący Stron­nic­twa Li­be­ral­nego i za­stępca bur­mi­strza do spraw edu­ka­cji

Rie Sko­vga­ard - do­rad­czyni po­li­tyczna Hart­manna

Mor­ten We­ber - szef kam­pa­nii wy­bor­czej Hart­manna

Poul Bre­mer - bur­mistrz Ko­pen­hagi

Kir­sten El­ler - prze­wod­ni­cząca Par­tii Cen­trum

Jens Holck - prze­wod­ni­czący Ugru­po­wa­nia Umiar­ko­wa­nego

Mai Juhl - prze­wod­ni­cząca Par­tii Zie­lo­nych

Knud Padde - szef ko­mi­tetu par­tyj­nego Stron­nic­twa Li­be­ral­nego

Hen­rik Bi­gum - czło­nek ko­mi­tetu Stron­nic­twa Li­be­ral­nego

Olav Chri­sten­sen - urzęd­nik Wy­działu Edu­ka­cji

Gert Stokke - kie­row­nik w Wy­dziale Śro­do­wi­ska, pod­władny Holcka

Li­ceum Fre­de­rik­sholm

Oli­ver Schan­do­rff - uczeń, były chło­pak Nanny

Jeppe Hald - uczeń

Lisa Ra­smus­sen - uczen­nica

Pani Koch - dy­rek­torka

Rah­man Al-Ke­mal (Rama) - na­uczy­ciel

Hen­ning Ko­foed - na­uczy­ciel

Inni

Hanne Meyer - żona Jana Mey­era

Car­sten - były mąż Lund

Bengt Ro­sling - kry­mi­no­log, obecny part­ner Lund

Mark - syn Lund

Vagn Sk?r­b?k - przy­ja­ciel Birk Lar­se­nów i wie­lo­letni pra­cow­nik ich firmy

Leon Fre­vert - tak­sów­karz do­ra­bia­jący so­bie u Birk Lar­sena

Amir El' Na­men - syn wła­ści­ciela in­dyj­skiej re­stau­ra­cji, przy­ja­ciel z dzie­ciń­stwa Nanny

John Lynge - kie­rowca pra­cu­jący dla sztabu wy­bor­czego Tro­elsa Hart­manna

Po­dzię­ko­wa­nia

Stwo­rze­nie gę­stego od wąt­ków kry­mi­nału z gę­stej od wąt­ków te­le­wi­zyj­nej tra­ge­dii kry­mi­nal­nej to wy­czyn nie­ła­twy, zwłasz­cza je­śli ak­cja roz­grywa się w kraju, któ­rego ni­gdy wcze­śniej się nie od­wie­dziło, od­le­głego o ty­siące ki­lo­me­trów od cie­płego, przy­ja­znego kli­matu Włoch, gdzie roz­grywa się ak­cja więk­szo­ści mo­ich ksią­żek. Nie wy­ru­szył­bym w tę po­dróż, gdyby nie ogrom bez­in­te­re­sow­nej, peł­nej po­świę­ce­nia pracy lu­dzi zwią­za­nych z tym przed­się­wzię­ciem, za­równo w Da­nii, jak i Wiel­kiej Bry­ta­nii.

S?ren Sve­istrup, twórca se­rialu, w swej życz­li­wo­ści po­świę­cił mi mnó­stwo czasu w trak­cie prac nad trze­ciej czę­ści pro­duk­cji te­le­wi­zyj­nej, by przy­bli­żyć mi swoje za­my­sły, a po­tem, gdy już przy­szło do prze­no­sze­nia opo­wie­ści z ekranu na pa­pier, szczo­drze do­ra­dzał mi przy co trud­niej­szych de­cy­zjach. Su­sanne Bent An­der­sen, przed­sta­wi­cielka mo­jego duń­skiego wy­dawcy, po­mo­gła mi ogrom­nie w po­zna­wa­niu Ko­pen­hagi i jej kul­tury, po­dob­nie jak bez­gra­nicz­nie uczynny agent S?rena, Lars Rin­ghof. Po­mo­gło mi też w tym całe mnó­stwo osób, któ­rych na­zwisk nie dał­bym rady wy­mie­nić, z Ko­mendy Głów­nej Po­li­cji w Ko­pen­ha­dze, Ra­tu­sza i in­nych in­sty­tu­cji.

W Wiel­kiej Bry­ta­nii z ko­lei moja wy­daw­czyni Tri­sha Jack­son i jej ko­le­dzy z Pan Mac­mil­lan - sami zde­kla­ro­wani wiel­bi­ciele Sary Lund - słu­żyli nie­wy­czer­pa­nymi za­so­bami po­rad, opi­nii i słów za­chęty, po­dob­nie jak wiele osób za­li­cza­ją­cych się do fa­nów se­rialu. Spo­śród tych ostat­nich mu­szę wy­ra­zić szcze­gólną wdzięcz­ność wo­bec Ke­itha Blo­unta, nie tylko za wkład w tę opo­wieść, lecz także za stwo­rze­nie pro­gramu dla pi­sa­rzy, no­szą­cego na­zwę Scri­ve­ner, dzięki któ­remu mia­łem szansę za­cho­wać kon­trolę nad trzema wąt­kami nar­ra­cji (w ogóle so­bie nie wy­obra­żam, że bez Scri­ve­nera zre­ali­zo­wał­bym tak ogromny pro­jekt).

A wszel­kie zmiany w sto­sunku do pier­wot­nej opo­wie­ści - ko­nie­czne, po­nie­waż książki i te­le­wi­zja to nie to samo - po­ja­wiły się z mo­jej ini­cja­tywy.

Dzię­kuję

Da­vid Hew­son

1

Pią­tek, 31 paź­dzier­nika

Przez ciemny las, w któ­rym na­gie drzewa nie dają żad­nego schro­nie­nia, bie­gnie Nanna Birk Lar­sen.

Ma dzie­więt­na­ście lat, dy­szy, dy­goce w ku­sej, po­dar­tej halce, bose stopy grzę­zną w lep­kim bło­cie.

Po­tyka się o bez­li­to­sne ko­rze­nie, ga­łę­zie roz­dzie­rają skórę bla­dych rąk, któ­rymi wy­ma­chuje w po­wie­trzu. Upada, z wy­sił­kiem wy­do­staje się z ohyd­nych wil­got­nych wy­kro­tów, pró­buje się uspo­koić, my­śleć, nie szczę­kać zę­bami, nie tra­cić na­dziei, musi się ukryć.

Śle­dzi ją by­stre oko, tropi ni­czym my­śliwy ran­nego je­le­nia. Prze­cze­suje pust­ko­wie Pin­se­sko­ven, Lasu Zie­lo­no­świąt­ko­wego, zyg­za­kami, jest co­raz bli­żej.

Na­gie sre­brzy­ste pnie wy­ra­stają z ja­ło­wej gleby ni­czym koń­czyny ciał za­sty­głych przed wie­kami w ostat­nim spa­zmie.

Ko­lejny upa­dek, naj­gor­szy. Zie­mia ucieka jej spod nóg. Ręce młócą, dziew­czyna krzy­czy z bólu i roz­pa­czy, zwala się do obrzy­dli­wego, lo­do­wa­tego rowu, czuje, jak jej głowa, ręce, łok­cie, ko­lana ob­cie­rają się o twardą zie­mię, która czai się na dnie.

Lo­do­wata woda, strach, prze­śla­dowca gdzieś nie­da­leko...

Nanna za­ta­cza się, zdy­szana wy­do­staje się z grzę­za­wi­ska, wspina się na brzeg, wbija w błoto bose, po­dra­pane i krwa­wiące stopy, by zna­leźć opar­cie w mazi prze­ci­ska­ją­cej się przez palce.

Tra­fia na drzewo. Kilka ostat­nich je­sien­nych li­ści mu­ska jej twarz. Pień jest więk­szy niż po­zo­stałe i gdy dziew­czyna obej­muje go ra­mio­nami, my­śli o The­isie, swoim ojcu, wiel­kim męż­czyź­nie, ci­chym i po­sęp­nym, so­lid­nym i nie­wzru­szo­nym ba­stio­nie chro­nią­cym ją przed świa­tem.

Chwyta drzewo, lgnie do niego, tak jak kie­dyś tu­liła się do ojca. Silna jego siłą, od­da­jąca mu w za­mian swoją. Nic in­nego się nie li­czy, jak za­wsze.

Z bez­kre­snego nieba pły­nie ni­ski sko­wyt. Wszech­wi­dzące świa­tła od­rzu­towca umy­kają gra­wi­ta­cji, ucie­kają z Ka­strup, z Da­nii. Ośle­piają. W nie­mi­ło­sier­nej ja­sno­ści Nanna Birk Lar­sen sięga pal­cami do swo­jej twa­rzy. Do­tyka rany bie­gną­cej od le­wego oka do po­liczka, do­kucz­li­wej, otwar­tej, krwa­wią­cej.

Czuje go. Czuje jego za­pach. Na so­bie. W so­bie.

Wśród tego bólu i stra­chu roz­pala się w niej go­rący i gwał­towny pło­mień wście­kło­ści.

"Wy­ka­pany Theis".

Wszy­scy tak mó­wili, gdy da­wała im po­wód.

Je­steś Nanna Birk Lar­sen, dziecko The­isa i Per­nille, i umkniesz nocą po­two­rowi, bie­gnąc przez Las Zie­lo­no­świąt­kowy na obrze­żach mia­sta. Kilka dłu­gich ki­lo­me­trów stąd leży cie­płe, bez­pieczne miej­sce zwane do­mem.

Nanna wstaje i chwyta się pnia, tak jak kie­dyś chwy­tała się ojca, ra­mio­nami do­tyka łusz­czą­cej się srebr­nej kory, blade chu­cherko ob­le­pione bru­dem i krwią, drżące, ci­che, prze­ko­nuje samą sie­bie, że za ciem­nym la­sem i mar­twymi drze­wami, które nie dają schro­nie­nia, znaj­dzie wy­ba­wie­nie.

Biały pro­mień znowu ją obej­muje. To nie jest po­tok ja­sno­ści spły­wa­jący z brzu­cha sa­mo­lotu, który leci po­nad pust­ko­wiem jak wielki me­cha­niczny anioł próżno szu­ka­jący za­gu­bio­nej du­szy spra­gnio­nej ra­tunku.

Bie­gnij, Nanno, bie­gnij - krzy­czy głos.

Bie­gnij, Nanno, bie­gnij - my­śli dziew­czyna.

Do­sięga ją świa­tło la­tarki, po­je­dyn­cze ośle­pia­jące oko. Jest tu­taj.

2

Po­nie­dzia­łek, 3 li­sto­pada

- Na ty­łach - po­wie­dział po­li­cjant. - Zna­lazł ją ja­kiś bez­do­mny.

Siódma trzy­dzie­ści rano. Jesz­cze ciemno, deszcz lał lo­do­wa­tymi stru­gami. Pod­ko­mi­sarka Sa­rah Lund stała pod ścianą brud­nego ce­gla­nego bu­dynku nie­opo­dal na­brzeża, pa­trząc, jak mun­du­rowi roz­wi­jają ta­śmę po­li­cyjną.

Ostat­nie miej­sce zbrodni, ja­kie oglą­dała w Ko­pen­ha­dze. To mu­siało być mor­der­stwo. A ofiarą mu­siała być ko­bieta.

- Bu­dy­nek jest pu­sty. Spraw­dzamy ten na­prze­ciwko.

- Ile miała lat? - spy­tała Lund po­li­cjanta, któ­rego chyba nie ko­ja­rzyła.

Wzru­szył ra­mio­nami, po czym wy­tarł za­laną desz­czem twarz.

- Czemu py­tasz?

Przez ten kosz­mar - chcia­łaby po­wie­dzieć. Kosz­mar, który obu­dził ją o szó­stej rano. Z krzy­kiem sia­dła w pu­stym łóżku wy­pro­sto­wana jak struna. Gdy wstała, Bengt, miły, tro­skliwy, spo­kojny Bengt, krzą­tał się po miesz­ka­niu, koń­cząc pa­ko­wa­nie. Mark, jej syn, spał przed te­le­wi­zo­rem w swoim po­koju i na­wet nie drgnął, gdy zaj­rzała tam po ci­chutku. Dzi­siaj wie­czo­rem całą trójką mieli wsiąść do sa­mo­lotu le­cą­cego do Sztok­holmu. Nowe ży­cie w in­nym kraju. Klamka za­pa­dła.

Sa­rah Lund miała trzy­dzie­ści osiem lat, była po­ważną osobą, przy­pa­tru­jącą się ba­daw­czo światu, ni­gdy so­bie. Za­czy­nał się jej ostatni dzień w ko­pen­ha­skiej po­li­cji. Ta­kie ko­biety jak ona nie mie­wały kosz­ma­rów, nie bu­dziły się w ciem­no­ściach prze­ra­żone wi­zją wy­krzy­wio­nej w pa­nice mło­dej twa­rzy, tak po­dob­nej do twa­rzy Lund sprzed lat.

To się przy­da­rzało in­nym.

- Ja­sne, po co od­po­wia­dać. - Po­li­cjant skrzy­wił się na jej mil­cze­nie, pod­niósł ta­śmę i po­pro­wa­dził pod­ko­mi­sarkę do roz­su­wa­nych me­ta­lo­wych drzwi. - Po­wiem ci, że jesz­cze ni­gdy cze­goś ta­kiego nie wi­dzia­łem. - Po­dał jej nie­bie­skie rę­ka­wiczki, pa­trzył, jak je za­kłada, po­tem pod­parł ra­mie­niem rdze­wie­jący me­tal. Drzwi się od­su­nęły, pisz­cząc ni­czym drę­czony kot. - Do­łą­czę za chwilę - rzu­cił.

Po­szła przed sie­bie, jak za­wsze sama, pa­trząc uważ­nie ja­snymi, sze­roko otwar­tymi oczyma, nie­zmien­nie czujna.

Nie wie­dzieć czemu funk­cjo­na­riusz za­su­nął drzwi w mo­men­cie, gdy ona zna­la­zła się w środku, tak szybko, że tym ra­zem roz­legł się koci pisk o ton wyż­szy. Po­tem za­pa­dła ci­sza, za­kłó­cona tylko me­ta­licz­nym dy­go­tem cięż­kiej stali od­dzie­la­ją­cej ją od sza­rego dnia.

Środ­kiem po­miesz­cze­nia, które wy­glą­dało jak ma­ga­zyn mięsa, biegł ko­ry­tarz. W gó­rze w rów­nych od­stę­pach wi­siały haki. Na su­fi­cie świe­cił je­den rząd ża­ró­wek. Be­to­nowa po­sadzka była wil­gotna i lśniąca.

Na końcu ko­ry­ta­rza coś się po­ru­szyło, za­ko­ły­sało jak ogromne wa­ha­dło.

Trzask nie­wi­docz­nego prze­łącz­nika i na­gle za­pa­dła ciem­ność. Taka jak w sy­pialni dzi­siaj rano, gdy wy­bu­dziła się ze strasz­nego snu.

- Świa­tło! - za­wo­łała. Jej głos od­bił się echem po czar­nym i pu­stym wnę­trzu bu­dynku. - Pro­szę włą­czyć świa­tło!

Ci­sza. Żad­nego dźwięku. Była do­świad­czoną po­li­cjantką, za­brała ze sobą wszystko, co po­winna, oprócz broni, o któ­rej za­wsze za­po­mi­nała.

Ale w pra­wej kie­szeni miała la­tarkę. Wy­jęła ją te­raz i trzy­mała tak, jak to ro­bią wszy­scy po­li­cjanci: prawa ręka w gó­rze, nad­gar­stek od­chy­lony. Po­świe­ciła przed sie­bie, za­glą­da­jąc w za­ka­marki, któ­rymi nikt prócz niej się ni­gdy nie in­te­re­so­wał.

Ru­szyła na łowy. Koce, roz­rzu­cone ubra­nia, dwie zgnie­cione puszki po coli, opa­ko­wa­nie po pre­zer­wa­ty­wach.

Trzy kroki i na­gle stop. Pod prawą ścianą, przy sa­mej pod­ło­dze zo­ba­czyła ka­łużę, szkar­łatną i lepką. Od niej cią­gnęły się dwie rów­no­le­głe li­nie - krew roz­sma­ro­wana tak, jakby po pod­ło­dze cią­gnięto ciało.

Lund wy­jęła z kie­szeni paczkę gum ni­ko­ty­no­wych, wsu­nęła jedną do ust.

Rzu­cała nie tylko Ko­pen­hagę. Pa­pie­rosy też.

Po­chy­liła się i wsa­dziła do lep­kiej ka­łuży pa­lec w nie­bie­skiej rę­ka­wiczce. Pod­nio­sła go do nosa i po­wą­chała.

Jesz­cze trzy kroki i na­tknęła się na sie­kierę o sty­li­sku tak czy­stym i lśnią­cym, jakby wczo­raj przy­nie­siono ją ze sklepu. Dwoma pal­cami do­tknęła czer­wo­nej cie­czy na ostrzu. Po­wą­chała ją, spraw­dziła jej lep­kość i za­sta­no­wiła się chwilę.

Ni­gdy nie po­lubi smaku gumy ni­ko­ty­no­wej. Ru­szyła da­lej.

To coś przed sobą wi­działa co­raz wy­raź­niej. Ko­ły­sało się z boku na bok. Gruba fo­lia uma­zana na czer­wono tak mocno, jakby w środku znaj­do­wało się za­szlach­to­wane zwie­rzę.

Paczka miała zna­jomy, ludzki kształt.

Lund zmie­niła po­zy­cję la­tarki, trzy­mała ją te­raz bli­sko ta­lii. Przy­glą­dała się skru­pu­lat­nie fo­lii, pod­świe­tla­jąc ją od dołu, szu­kała ka­wałka, za który mo­głaby chwy­cić.

Szarp­nęła, fo­lia opa­dła, a jej za­war­tość się za­ko­ły­sała. Świa­tło la­tarki po­chwy­ciło znie­ru­cho­miałą mę­ską twarz, usta otwarte w wie­ku­istym O. Czarne włosy, ró­żowa skóra, mon­stru­alny pla­sti­kowy pe­nis we wzwo­dzie. A na gło­wie ja­skra­wo­nie­bie­ski hełm wi­kinga ze srebr­nymi ro­gami i zło­tymi war­ko­czami.

Lund prze­chy­liła głowę i się uśmiech­nęła. Na ich uży­tek.

Na klatce pier­sio­wej gu­mowa lala miała kartkę: "Dzięki, sze­fowo, za sie­dem cu­dow­nych lat. Chło­paki".

Z ciem­no­ści do­biegł śmiech.

Chło­paki.

Nie­zły ka­wał. Mo­gli się cho­ciaż po­sta­rać o praw­dziwą krew.

Ko­menda ko­pen­ha­skiej po­li­cji mie­ściła się w sza­rym la­bi­ryn­cie wznie­sio­nym nie­opo­dal wód portu. Bu­dy­nek, po­sępny i kan­cia­sty od strony ulicy, w środku otwie­rał się na owalny dzie­dzi­niec oto­czony kla­sycz­nymi ar­ka­dami. Spi­ralne klatki scho­dowe we­wnątrz pro­wa­dziły do dłu­gich ko­ry­ta­rzy wy­ło­żo­nych żył­ko­wa­nym czar­nym mar­mu­rem. Trzy mie­siące mi­nęły, za­nim na­uczyła się po­ru­szać po tej ciem­nej plą­ta­ni­nie. Jesz­cze te­raz cza­sami mu­siała się mocno za­sta­na­wiać, gdzie się aku­rat znaj­duje.

Wy­dział Za­bójstw ulo­ko­wany był na pierw­szym pię­trze, od pół­noc­nego wschodu. Lund sie­działa wła­śnie w po­koju Bu­charda i słu­chała żar­tów ko­le­gów, otwie­ra­jąc pre­zenty, uśmiech­nięta, mil­cząca w heł­mie z kar­to­no­wymi ro­gami i zło­tymi war­ko­czami.

Wresz­cie po­dzię­ko­wała im i po­szła do sie­bie, by się spa­ko­wać. Mu­siała się sprę­żać. Uśmiech­nęła się do zdję­cia Marka, które trzy­mała na biurku. Te­raz miał dwa­na­ście lat, a na tym zdję­ciu dzie­więć, czyli zro­biono je na długo przed tym, jak przy­szedł do domu z tym śmiesz­nym kol­czy­kiem w uchu. Przed roz­wo­dem, sporo przed roz­wo­dem. Po­tem po­ja­wił się Bengt i za­czął ją na­ma­wiać na wy­jazd do Szwe­cji i ży­cie po dru­giej stro­nie smęt­nych, zim­nych wód Sundu.

Mały Mark, bez uśmie­chu, i wtedy, i te­raz. W Szwe­cji to się zmieni. Wszystko się zmieni.

Zgar­nęła do kar­tonu resztę rze­czy z biurka: trzy­mie­sięczny za­pas gumy Ni­co­ti­nell, dłu­go­pisy, tem­pe­rówkę w kształ­cie lon­dyń­skiego au­to­busu; na wierz­chu po­ło­żyła zdję­cie Marka.

Otwo­rzyły się drzwi i do środka wszedł męż­czy­zna.

Spoj­rzała i jak za­wsze oce­niła. Pa­pie­ros zwi­sa­jący z ką­cika ust. Włosy krót­kie, twarz po­ważna. Wiel­kie oczy, wiel­kie uszy. Ubra­nie ta­nie i tro­chę zbyt mło­dzie­żowe jak na fa­ceta pra­wie w jej wieku. Niósł kar­ton bar­dzo po­do­bny do jej wła­snego. Do­strze­gła plan Ko­pen­hagi, kosz do ko­szy­kówki na ścianę, sa­mo­cho­dzik po­li­cyjny i słu­chawki.

- Szu­kam ga­bi­netu Lund - po­wie­dział, wpa­tru­jąc się w hełm wi­kinga za­wie­szony na no­wych nar­tach, które po­da­ro­wano jej przy śnia­da­niu.

- To tu.

- Jan Meyer. To ele­ment tu­tej­szego umun­du­ro­wa­nia?

- Wy­jeż­dżam do Szwe­cji. - Wzięła swoje rze­czy i ru­szyła do drzwi.

Nie­zgrab­nie pró­bo­wali się wy­mi­nąć.

- Na mi­łość bo­ską... dla­czego? - spy­tał.

Od­sta­wiła kar­ton, od­gar­nęła dłu­gie, brą­zowe, nie­sforne włosy, ro­zej­rzała się, czy zo­stało coś waż­nego. Chyba nie.

Meyer wy­jął ta­blicę do ko­szy­kówki, spoj­rzał na ścianę.

- Moja sio­stra zro­biła coś ta­kiego - po­wie­dział.

- Co mia­no­wi­cie?

- Tu ja­koś nie mo­gła się ze­brać do kupy, więc prze­nio­sła się z fa­ce­tem na Born­holm. - Umo­co­wał ta­blicę mię­dzy szaf­kami na akta. - Fajny gość. Nie udało się.

Lund stra­ciła cier­pli­wość do swo­ich wło­sów, wy­jęła z kie­szeni gumkę i zwią­zała je w koń­ski ogon.

- Za da­leko od cy­wi­li­za­cji. Do­sta­wali kręćka od słu­cha­nia ca­łymi dniami kro­wich pier­dów. - Wy­jął cy­nowy ku­fel do piwa z przy­krywką i za­czął ob­ra­cać go w dło­niach. - Ty do­kąd je­dziesz?

- Do Sig­tuny.

Meyer znie­ru­cho­miał i wpa­try­wał się w nią w mil­cze­niu.

- To też bar­dzo da­leko od cy­wi­li­za­cji - do­dała.

Za­cią­ga­jąc się głę­boko pa­pie­ro­sem, wy­jął z pu­dła małą dzie­cięcą fut­bo­lówkę. Po­sta­wił na biurku ra­dio­wo­zik i za­czął nim jeź­dzić w tę i z po­wro­tem. Gdy kółka się po­ru­szały, włą­czało się nie­bie­skie świa­tło i wyła sy­rena.

Cią­gle się nim ba­wił, gdy wszedł Bu­chard z kartką w ręku.

- Po­zna­li­ście się - stwier­dził.

Miły wu­ja­szek w oku­la­rach, obok któ­rego sie­działa przy śnia­da­niu, znik­nął.

- Mie­li­śmy przy­jem­ność... - za­częła.

- Wła­śnie to przy­słano. - Bu­chard po­dał jej ra­port. - Je­śli je­steś za bar­dzo za­jęta pa­ko­wa­niem...

- Mam dużo czasu - za­pew­niła. - Cały dzień...

- Świet­nie. Może weź­miesz ze sobą Mey­era?

Męż­czy­zna z kar­to­nem zga­sił pa­pie­rosa i wzru­szył ra­mio­nami.

- On się roz­pa­ko­wuje - za­uwa­żyła.

Meyer zo­sta­wił sa­mo­cho­dzik, się­gnął po fut­bo­lówkę i za­czął ją prze­rzu­cać z ręki do ręki. Uśmiech­nął się sze­roko. Wy­glą­dał te­raz ina­czej, bar­dziej ludzko. I spra­wiał wra­że­nie bar­dziej uła­dzo­nego.

- Ni­gdy nie je­stem tak za­pra­co­wany, że­bym nie mógł po­pra­co­wać.

- Do­bry po­czą­tek - pod­su­mo­wał Bu­chard. W jego gło­sie brzmiało zde­ner­wo­wa­nie. - Tak bym chciał to wi­dzieć, Meyer, i ty na pewno też.

Sie­dząc na miej­scu pa­sa­żera, Lund przez otwarte okno roz­glą­dała się po Ka­lve­bod F?l­led. Trzy­na­ście ki­lo­me­trów na po­łu­dnie od mia­sta, bli­sko wody. Po kil­ku­dnio­wych desz­czach wresz­cie się wy­po­go­dziło, ra­czej nie na długo. Pła­skie ba­gna, żółta trawa, rowy cią­gnące się po ho­ry­zont, po pra­wej nagi, ciemny las. Słaby za­pach mo­rza, moc­niej­szy odór gni­ją­cych ro­ślin. Wil­goć w po­wie­trzu, pra­wie mroź­nym. Nad­cho­dziła ciężka zima.

- Nie wolno ci no­sić broni? Ani do­ko­ny­wać aresz­to­wań? A mo­żesz wy­sta­wiać man­daty za par­ko­wa­nie?

Czło­wiek, który ran­kiem wy­pro­wa­dzał psa, zna­lazł ja­kieś dziew­częce ubra­nia na pust­ko­wiu nie­opo­dal brzo­zo­wego la­sku zna­nego jako Pin­se­sko­ven. Las Zie­lo­no­świąt­kowy.

- Mu­sisz być Szwe­dem, żeby do­ko­ny­wać aresz­to­wań. Tak... - Lund wo­la­łaby w ogóle nie od­po­wia­dać na jego py­ta­nia. - Tak to działa.

Meyer we­pchnął do ust garść chip­sów, zmiął opa­ko­wa­nie i rzu­cił na pod­łogę. Pro­wa­dził jak na­sto­la­tek, za szybko, nie zwra­ca­jąc uwagi na in­nych.

- Co my­śli twój chło­pak?

Wy­sia­dła, w ogóle się na niego nie oglą­da­jąc.

Przy zna­le­zi­sku stał funk­cjo­na­riusz w cy­wilu, a mun­du­rowy błą­kał się po wy­kro­tach, ko­piąc kępy umie­ra­ją­cej trawy. To wszystko, co mieli: ba­weł­niana blu­ze­czka w kwiatki, w sam raz dla na­sto­latki. Karta do wy­po­ży­czalni wi­deo. Jedno i dru­gie za­pa­ko­wane w to­rebki do­wo­dowe. Na ko­szulce wi­dać było ślady krwi.

Lund ob­ró­ciła się wo­kół wła­snej osi. Wiel­kimi, lśnią­cymi oczyma prze­szu­kała oko­licę, jak za­wsze.

- Kto tu przy­cho­dzi? - spy­tała mun­du­ro­wego.

- Za dnia przed­szko­laki na spa­cery. Nocą dziwki z mia­sta.

- Nie­zła lo­ka­li­za­cja na szybki nu­me­rek - wtrą­cił się Meyer. - A gdzie dzi­siaj miej­sce na praw­dziwą mi­łość? Gdzie, py­tam.

Lund wciąż po­woli się roz­glą­dała.

- Od kiedy te rze­czy tu leżą?

- Od wczo­raj. W pią­tek była tu wy­cieczka szkolna. Zna­leź­liby je.

- Żad­nych zgło­szeń? Może ze szpi­tali?

- Nic.

- Nie wiemy, kim ona jest?

De­tek­tyw po­ka­zał jej to­rebkę z ko­szulką.

- Roz­miar trzy­dzie­ści sześć - od­rzekł. - Tyle wiemy.

Wy­glą­dała na ta­nią, w kwiatki tak tan­detne i dzie­cięce, że wła­ści­cielka mo­gła ją wło­żyć dla żartu. Taki gra na­sto­latki: dzie­cin­nej i sek­sow­nej jed­no­cze­śnie.

Lund wzięła drugą to­rebkę i przyj­rzała się kar­cie do wy­po­ży­czalni. Wid­niało na niej imię i na­zwi­sko: Theis Birk Lar­sen.

- Zna­leź­li­śmy to obok ścieżki - do­dał po­li­cjant. - Ko­szulkę tu­taj. Może się po­kłó­cili i on ją wy­rzu­cił z sa­mo­chodu. A po­tem...

- A po­tem - pod­jął Meyer - zwi­nęła swoje buty, płaszcz i to­rebkę, jak rów­nież paczkę pre­zer­wa­tyw, i po­szła do domu oglą­dać te­le­wi­zję.

Lund nie mo­gła ode­rwać wzroku od lasu.

- Chce­cie, że­bym po­ga­dał z tym Birk Lar­se­nem? - spy­tał mun­du­rowy.

- Tak zrób. - Zer­k­nęła na ze­ga­rek.

Osiem go­dzin i ko­niec. Ko­niec z Ko­pen­hagą i do­tych­cza­so­wym ży­ciem.

Pod­szedł Meyer, a Lund na­gle zna­la­zła się w kłę­bie dymu.

- My mo­żemy z nim po­ga­dać, Lund. Zo­sta­wił tu dziwkę, po­bił ją. Go­ściu ide­al­nie w moim ty­pie.

- Ale ro­bota nie w na­szym ty­pie.

Pa­pie­ros po­wę­dro­wał do naj­bliż­szego rowu.

- Wiem, tylko... - Z kie­szeni wy­ło­niła się paczka gum. Ten fa­cet żył chip­sami, sło­dy­czami i pa­pie­ro­sami. - Chcę tylko z nim po­ga­dać.

- O czym? Nie ma żad­nej sprawy. Dziwka nie zło­żyła skargi.

Meyer po­chy­lił się do przodu i prze­mó­wił do niej jak na­uczy­ciel do dziecka:

- Je­stem do­bry w roz­ma­wia­niu.

Miał od­sta­jące, nie­mal ko­miczne uszy i lekki za­rost. Byłby do­bry jako tajny agent, po­my­ślała. I może jako tajny agent pra­co­wał. Przy­po­mniała so­bie, jak mó­wił do niego Bu­chard. Zbir, gli­niarz. Meyer nada­wałby się na jed­nego i dru­giego.

- Po­wie­dzia­łam...

- Po­win­naś mnie zo­ba­czyć w ak­cji, Lund. Na­prawdę. Za­nim wy­je­dziesz. Mój po­da­ru­nek dla Szwe­dów. - Wy­jął kartę z jej pal­ców. - Theis Birk Lar­sen - prze­czy­tał.

Sa­rah Lund zro­biła jesz­cze je­den ob­rót, przyj­rzała się żół­tym tra­wom, ro­wom i drze­wom.

- Ja po­pro­wa­dzę - oznaj­miła.

Per­nille po­chy­lała się nad jego sze­roką klatą, śmie­jąc się jak dziecko.

Roz­ne­gli­żo­wana, na ku­chen­nej pod­ło­dze, przed po­łu­dniem, w dzień po­wsze­dni. Po­mysł The­isa, oczy­wi­ście.

- Ubierz się - za­rzą­dziła i ze­szła z niego. - Idź do pracy, dzika be­stio.

Uśmiech­nął się sze­roko jak młody ło­bu­ziak, a prze­cież miał już czter­dzie­ści cztery lata. Za­wsze się tak uśmie­chał. Si­wie­jące rude włosy, bujne bo­ko­brody się­ga­jące do sze­ro­kiego pod­bródka, twarz, która w jed­nej chwili umiała się prze­mie­nić z przy­ja­znej we wrogą i za­raz znowu znie­ru­cho­mieć.

Per­nille, o rok młod­szej, wiecz­nie za­ję­tej, trójka dzieci nie po­psuła fi­gury. Była rów­nie atrak­cyjna jak dwa­dzie­ścia lat temu, gdy się po­znali.

Pa­trzyła chwilę, jak mąż z tru­dem wkłada czer­wone ogrod­niczki, po czym ro­zej­rzała się po nie­wiel­kim miesz­ka­niu.

Gdy się wpro­wa­dzili do Ve­ster­bro, no­siła pod ser­cem Nannę. Do ślubu szła z ma­łym brzusz­kiem. Tu, w tym ja­snym, barw­nym po­koju, z do­nicz­kami na oknie, zdję­ciami na ścia­nach, za­go­nieni i za­pra­co­wani, wy­cho­wali swoją córkę. Od pisz­czą­cego nie­mow­laka po piękną na­sto­latkę. Po dłu­giej prze­rwie do­łą­czyli do niej Emil i An­ton, w tej chwili sied­mio- i sze­ścio­letni.

Miesz­kali nad ru­chli­wym ma­ga­zy­nem firmy trans­por­to­wej Birk Lar­sen. Na dole pa­no­wał więk­szy po­rzą­dek niż w za­tło­czo­nych po­miesz­cze­niach na pię­trze, w któ­rych gnieź­dzili się całą piątką, co chwilę wcho­dząc so­bie w drogę. Gma­twa­nina pa­mią­tek, ry­sun­ków, za­ba­wek i naj­roz­ma­it­szych kla­mo­tów.

Per­nille spoj­rzała na zioła na oknie i zie­lone świa­tło, które przez nie wpły­wało.

Peł­nia ży­cia.

- Nan­nie nie­długo bę­dzie po­trzebne miesz­ka­nie - po­wie­działa, po­pra­wia­jąc dłu­gie kasz­ta­nowe włosy. - Mo­gli­by­śmy dać jej na kau­cję, co nie?

Mruk­nął coś, tłu­miąc śmiech.

- Znowu chcesz za nią de­cy­do­wać. Niech naj­pierw skoń­czy szkołę.

- Theis... - Wtu­liła się w jego krzep­kie ra­miona, pa­trząc mu w twarz. Nie­któ­rzy bali się The­isa Birk Lar­sena. Ale nie ona.

- Może nie bę­dzie trzeba... - po­wie­dział. Na jego su­ro­wej twa­rzy po­ja­wił się fi­glarny uśmiech.

- Czemu?

- Ta­jem­nica.

- Po­wiedz! - Per­nille stuk­nęła go pię­ścią w pierś.

- Wtedy nie bę­dzie ta­jem­nicy.

Ze­szli scho­dami do ma­ga­zynu.

Cię­ża­rówki i lu­dzie, pa­lety, za­wi­nięte w fo­lię ła­dunki, spisy i roz­dziel­niki.

De­ski pod­ło­gowe w ich miesz­ka­niu za­wsze skrzy­piały. A może jesz­cze krzyk­nęła? Po wy­szcze­rzo­nych w uśmie­chu twa­rzach pra­cow­ni­ków było wi­dać, że usły­szeli. Vagn Sk?r­b?k, kum­pel The­isa od nie­pa­mięt­nych z cza­sów, uchy­lił nie­ist­nie­ją­cego ka­pe­lu­sza.

- Po­wiedz mi! - po­pro­siła raz jesz­cze, zdej­mu­jąc z ha­czyka jego starą czarną skó­rzaną kurtkę.

Birk Lar­sen ją wło­żył, z kie­szeni wy­jął cha­rak­te­ry­styczną włócz­kową cza­peczkę i wcią­gnął na głowę. Na wierz­chu czarny, pod spodem czer­wony. Ten uni­form stał się jego drugą skórą. Wy­glą­dał w nim jak za­dzie­rzy­sty sa­miec sło­nia mor­skiego, za­do­wo­lony ze swo­jego te­ry­to­rium, go­towy wal­czyć z każ­dym in­tru­zem.

Zer­k­nął na roz­pi­skę, ski­nął głową i za­wo­łał Va­gna Sk?r­b?ka do naj­bliż­szej cię­ża­rówki. Też czer­wo­nej i też z na­zwi­skiem Birk Lar­sen, tak jak stroje ro­bo­cze. Jak czer­wony trój­ko­ło­wiec chri­stia­nia ze skrzynką, któ­rym Sk?r­b?k jeź­dził osiem­na­ście lat temu. Ku­pili go, by wo­zić Nannę po mie­ście.

Birk Lar­sen. Pa­triar­cha skrom­nej, szczę­śli­wej dy­na­stii. Władca nie­wiel­kiego kró­le­stwa w Ve­ster­bro.

Kla­snął w wiel­kie dło­nie, wy­dał po­le­ce­nia. Po­tem od­je­chał.

Per­nille Birk Lar­sen za­cze­kała, aż męż­czyźni wrócą do pracy. Mu­siała do­koń­czyć de­kla­ra­cję po­dat­kową. Trzeba było po­ro­bić prze­lewy, a pła­ce­nie to nic przy­jem­nego. I trzeba też było pewne sumy ukryć. Nikt nie od­daje pań­stwu wszyst­kiego, je­śli tylko ma inne wyj­ście.

Wy­star­czy nam tych ta­jem­nic, Theis, po­my­ślała.

Pod złotą rzeźbą bi­skupa Ab­sa­lona, wieżą dzwon­ni­czą i blan­kową li­nią da­chu, na tle ce­gla­nej twier­dzy, w któ­rej mie­ścił się R?dhus, ko­pen­ha­ski ra­tusz, stały trzy bil­l­bo­ardy.

Kir­sten El­ler, Tro­els Hart­mann, Poul Bre­mer. Uśmiech­nięci, jak tylko po­li­tycy po­tra­fią.

El­ler za­ci­skała wą­skie usta w gry­ma­sie bli­skim uśmiesz­kowi. Par­tia Cen­trum, która na za­wsze utknęła na ziemi ni­czy­jej w na­dziei, że przy­lgnie do jed­nej lub dru­giej strony, a po­tem chwyci resztki z pań­skiego stołu.

Po­ni­żej Poul Bre­mer pro­mien­nie uśmiech­nięty do mia­sta, któ­rym wła­dał. Bur­mistrz Ko­pen­hagi od dwu­na­stu lat, pulchny i pewny sie­bie mąż stanu, za­wsze bli­sko z par­la­men­ta­rzy­stami, któ­rzy trzy­mają kiesę, do­sko­nale za­zna­jo­miony ze zmien­nymi na­stro­jami nie­mra­wych dzia­ła­czy par­tyj­nych, z roz­le­głą sie­cią stron­ni­ków i zwo­len­ni­ków, któ­rzy słu­chają każ­dego jego słowa. Czarna ma­ry­narka, biała ko­szula, ja­sno­szary je­dwabny kra­wat, czarne oprawki oku­la­rów ide­al­nie pa­su­jące do wi­ze­runku biz­nes­mena. Bre­mer w wieku sześć­dzie­się­ciu pię­ciu lat miał przy­ja­zne uspo­so­bie­nie ulu­bio­nego wujka, nie­szczę­dzą­cego po­dar­ków ani łask, by­strego krew­niaka, który zna wszyst­kie se­krety i w ogóle wszystko wie.

Wresz­cie Tro­els Hart­mann.

Młody, przy­stojny. Po­li­tyk, obok któ­rego ko­biety nie umiały przejść obo­jęt­nie i któ­rego w du­chu po­dzi­wiały. W bar­wach li­be­ra­łów. Gra­na­towy gar­ni­tur, nie­bie­ska ko­szula roz­pięta pod szyją. Lat czter­dzie­ści dwa, chło­pięcy ze swoją nor­dycką urodą, cho­ciaż w jego ja­snych ko­bal­to­wych oczach czaił się cień bólu, który umknął obiek­ty­wowi fo­to­grafa. Po­rządny czło­wiek - mó­wiło zdję­cie. Nowe po­ko­le­nie, któ­remu to stare musi ustą­pić miej­sca, ze świe­żymi po­my­słami. Za­po­wiedź zmian. Tym­cza­sem, dzięki or­dy­na­cji wy­bor­czej, pro­wa­dził ener­gicz­nie i z wi­zją miej­ski Wy­dział Edu­ka­cji. W szko­łach i na uczel­niach już wi­dziano w nim bur­mi­strza.

Troje po­li­ty­ków sta­ją­cych w szranki o tron Ko­pen­hagi, mia­sta sto­łecz­nego, roz­le­głej me­tro­po­lii, w któ­rej miesz­kała i pra­co­wała, kłó­ciła się i wal­czyła po­nad jedna piąta wszyst­kich Duń­czy­ków. Mło­dych i sta­rych, uro­dzo­nych w Da­nii i nie­dawno tu przy­by­łych, nie­ko­niecz­nie mile wi­ta­nych imi­gran­tów. Mia­sto szczere i pra­co­wite, le­niwe i ze­psute. Mia­sto jak żadne inne.

El­ler - out­si­derka, któ­rej je­dyną szansą było ubi­cie jak naj­lep­szego in­te­resu. Hart­mann - młody ide­ali­sta, któ­rego wro­go­wie na­zy­wali na­iw­nym. Nie­złomny w na­dziei, że zrzuci Po­ula Bre­mera, króla lo­kal­nej po­li­tyki, z pie­de­stału, na któ­rym roz­siadł się w naj­lep­sze.

W mroźne li­sto­pa­dowe po­po­łu­dnie ich twa­rze uśmie­chały się pro­mien­nie do obiek­ty­wów, do me­diów, do prze­chod­niów. Za barw­nymi szy­bami okien ce­gla­nego zamku zwa­nego ra­tu­szem, w ko­ry­ta­rzach i ma­leń­kich po­ko­jach, gdzie po­li­tycy szep­tali i spi­sko­wali, to­czyło się inne ży­cie.

Pod fa­sadą nie­ru­cho­mych i sztucz­nych uśmie­chów trwała wojna.

Lśniące drewno. Wy­so­kie, smu­kłe wi­traże. Skó­rzane me­ble. Zło­ce­nia, mo­za­iki, ob­razy. Za­pach pa­sto­wa­nego ma­ho­niu.

Wszę­dzie stały pla­katy Hart­manna, oparte o ściany, go­towe do wy­nie­sie­nia na mia­sto. Na biurku, w drew­nia­nej ramce, por­tret jego żony na szpi­tal­nym łóżku, spo­koj­nej, dziel­nej i pięk­nej na mie­siąc przed śmier­cią. Obok zdję­cie Johna F. Ken­nedy'ego i ła­nio­okiej Jac­kie w Bia­łym Domu. W tle grała or­kie­stra. Ona, w pięk­nej je­dwab­nej sukni wie­czo­ro­wej, się uśmie­chała, on szep­tał jej coś do ucha.

Biały Dom, kilka dni przed Dal­las.

W swoim ga­bi­ne­cie Tro­els Hart­mann po­pa­trzył na zdję­cia, a po­tem na ka­len­darz na biurku.

Po­nie­dział­kowy po­ra­nek. Cze­kały go trzy naj­dłuż­sze ty­go­dnie w jego ży­ciu po­li­tycz­nym. Nie­skoń­czona se­ria spo­tkań.

Po dru­giej stro­nie biurka sie­działa dwójka jego naj­bliż­szych asy­sten­tów. Prze­glą­dali w lap­to­pach plan dnia. Mor­ten We­ber, szef kam­pa­nii, przy­ja­ciel od cza­sów col­lege'u. Od­dany, ci­chy, sa­motny, po­ważny. Czter­dzie­ści cztery lata. Nie­sforne loczki wo­kół ro­sną­cego ły­sego placka, miła, po­ważna i znisz­czona twarz, roz­bie­gane oczy ukryte za ta­nimi zło­tymi opraw­kami. Ni­gdy nie było wia­domo, czy ubie­rze się jak na­leży ani czy nie za­po­mni za­dbać o pre­zen­cję. Przez ostatni ty­dzień chyba nie zmie­niał sfa­ty­go­wa­nej, po­gnie­cio­nej ma­ry­narki, nie­do­bra­nej do spodni. Czuł się naj­szczę­śliw­szy, ana­li­zu­jąc szcze­góły par­tyj­nych spraw i do­bi­ja­jąc in­te­resu w za­dy­mio­nych po­ko­jach.

Cza­sami wsta­wał zza biurka, cho­wał się w ką­cie, wy­cią­gał strzy­kawkę i in­su­linę, wy­wle­kał ko­szulę zza pa­ska i wbi­jał iglę w sfla­czały, biały brzuch. Po­tem bez­sze­lest­nie wra­cał do dys­ku­sji, nie tra­cąc wątku.

Rie Sko­vga­ard, do­rad­czyni do spraw po­li­tycz­nych, za­wsze uda­wała, że tego nie za­uważa.

Hart­mann ode­rwał się od spisu spo­tkań spo­rzą­dzo­nego przez We­bera. Przy­glą­dał się Rie. Trzy­dzie­ści dwa lata, ko­ści­sta, po­ważna twarz, ra­czej atrak­cyjna niż piękna. Wo­jow­ni­cza, nie­cier­pliwa, za­wsze ele­gancka. Dzi­siaj miała na so­bie do­pa­so­wany zie­lony ko­stium. Drogi. Fry­zura jak na tym zdję­ciu na jego biurku - Jac­kie Ken­nedy mniej wię­cej w roku 1963, włosy pół­dłu­gie i pod­krę­cone przy smu­kłej szyi, z po­zoru swo­bodne, w rze­czy­wi­sto­ści każde pa­smo za­wsze znaj­do­wało się na swoim miej­scu.

We­ber mó­wił na tę fry­zurę "ucze­sa­nie na po­grzeb pre­zy­dencki", ale tylko za ple­cami ko­le­żanki. Gdy Rie Sko­vga­ard przy­szła tu do pracy, wy­glą­dała ina­czej.

Mor­ten We­ber uro­dził się w ro­dzi­nie na­uczy­ciela z Aar­hus, a oj­ciec Sko­vga­ard był wpły­wo­wym par­la­men­ta­rzy­stą. Za­nim tra­fiła do li­be­ra­łów, pra­co­wała w fi­lii no­wo­jor­skiej agen­cji re­kla­mo­wej w Ko­pen­ha­dze. Te­raz pro­mo­wała Hart­manna, jego wi­ze­ru­nek i jego idee mniej wię­cej tak samo, jak kie­dyś sprze­da­wała ubez­pie­cze­nia na ży­cie.

Dziwny ze­spół, cza­sami trudny. Czy Rie za­zdro­ściła We­be­rowi? Że o dwa­dzie­ścia lat wy­prze­dzał ją w ka­rie­rze, to­ru­jąc so­bie drogę przez se­kre­ta­riat Stron­nic­twa Li­be­ral­nego? Temu ci­chemu spe­cja­li­ście, dzięki któ­remu Hart­mann mógł się sku­pić na po­zy­ski­wa­niu po­pu­lar­no­ści i gło­sów, uśmie­cha­jąc się uj­mu­jąco i pre­zen­tu­jąc cza­ru­jący spo­sób by­cia?

Rie Sko­vga­ard była nowa, ide­olo­gia ją nu­dziła, za to świet­nie ra­dziła so­bie z wy­naj­dy­wa­niem oka­zji do­tar­cia do wy­bor­ców.

- De­bata w po­rze lun­chu. Po­trzebne nam pla­katy w szkole - mó­wiła spo­koj­nie, pro­fe­sjo­nal­nym to­nem. - Mu­simy...

- Zro­bione - prze­rwał jej We­ber.

To był po­nury dzień. Po­chmurny i desz­czowy. Okna biura wy­cho­dziły na front ho­telu Pa­lace. Nocą jego nie­bie­ski neon za­le­wał po­miesz­cze­nie dziw­nym świa­tłem.

- Wy­sła­łem tam sa­mo­chód.

Rie skrzy­żo­wała na piersi szczu­płe ra­miona.

- My­ślisz o wszyst­kim, Mor­ten.

- Mu­szę.

- Co to ma niby zna­czyć?

- Bre­mer. - We­ber rzu­cił na­zwi­skiem jak prze­kleń­stwem. - Bre­mer nie przy­pad­kiem rzą­dzi tym mia­stem.

- Już nie­długo - włą­czył się do roz­mowy Hart­mann.

- Wi­dzia­łeś ostat­nie son­daże? - spy­tała Sko­vga­ard.

- Wy­glą­dają nie­źle. - Hart­mann po­ki­wał głową. - Le­piej, niż za­kła­da­li­śmy.

We­ber się skrzy­wił.

- Bre­mer też je wi­dział. Nie bę­dzie sie­dział wy­god­nie na du­pie i pa­trzył, jak kró­le­stwo mu się wy­myka. Ta de­bata w po­łu­dnie, Tro­els, od­bywa się w szkole. To twoja działka. Bę­dzie prasa.

- Mów o edu­ka­cji - wtrą­ciła Sko­vga­ard. - Wnio­sko­wa­li­śmy o do­dat­kowe fun­du­sze na kom­pu­te­ry­za­cję i lep­szy do­stęp do in­ter­netu. Bre­mer je za­blo­ko­wał. Te­raz ab­sen­cja wśród uczniów sięga dwu­dzie­stu pro­cent. Mo­żemy tym w niego ude­rzyć...

- Za­blo­ko­wał oso­bi­ście? - za­in­te­re­so­wał się Hart­mann. - Wiesz to na pewno?

Uśmiech­nęła się de­li­kat­nie, draż­niąco.

- Do­tar­łam do pew­nych po­uf­nych in­struk­cji. - Sko­vga­ard mach­nęła de­li­kat­nymi dłońmi w stronę do­ku­men­tów przed sobą. - Czarno na bia­łym. W ra­zie ko­niecz­no­ści mogę z tego zro­bić prze­ciek. Mam na niego mnó­stwo ha­ków.

- Mu­simy się po­sił­ko­wać ta­kim gów­nem? - rzu­cił opry­skli­wie We­ber. - Lu­dzie spo­dzie­wają się po nas cze­goś lep­szego.

- Lu­dzie spo­dzie­wają się na­szej prze­gra­nej, Mor­ten - od­po­wie­działa ostro. - Sta­ram się to zmie­nić.

- Rie...

- Damy radę - prze­rwał Hart­mann. - I zro­bimy to jak na­leży. Ja­dłem śnia­da­nie z Kir­sten El­ler. My­ślę, że chce wejść do gry.

Tamta dwójka za­mil­kła.

- Są za­in­te­re­so­wani ko­ali­cją? - spy­tała Sko­vga­ard.

- Z Kir­sten El­ler? - burk­nął We­ber. - Jezu. To pak­to­wa­nie z dia­błem...

Hart­mann opadł na opar­cie krze­sła, za­mknął oczy. Od wielu dni nie był tak szczę­śliwy.

- Czasy się zmie­niły, Mor­ten. Poul Bre­mer za­czyna tra­cić po­par­cie. Je­śli Kir­sten do­rzuci swoje nie­małe za­soby do na­szych...

- Bę­dziemy mieli ko­ali­cję więk­szo­ściową - pod­chwy­ciła Sko­vga­ard.

- Po­win­ni­śmy to prze­my­śleć - po­wie­dział We­ber.

Za­dzwo­niła jego ko­mórka. Pod­szedł do okna i ode­brał.

Tro­els Hart­mann prze­rzu­cał do­ku­menty, które przy­go­to­wała mu Sko­vga­ard, in­struk­taż na de­batę.

Rie przy­su­nęła so­bie krze­sło, tak żeby mo­gli czy­tać ra­zem.

- Nie po­trze­bu­jesz mo­jej po­mocy, wiesz? Ty wy­my­śli­łeś to wszystko. My ci tylko przy­po­mi­namy, co my­ślisz.

- Po­trze­buję przy­po­mi­na­nia. Zgu­bi­łem ze­ga­rek! Do­bry...

Sko­vga­ard trą­ciła go lekko i pod sto­łem dys­kret­nie po­dała mu srebr­nego ro­lexa.

- Zna­la­złam pod łóż­kiem. Nie mam po­ję­cia, skąd się tam wziął. A ty?

Hart­mann wsu­nął ze­ga­rek na nad­gar­stek.

We­ber pod­szedł do niego ze zmar­twioną miną.

- To z se­kre­ta­riatu bur­mi­strza. Bre­mer chce cię wi­dzieć.

- W ja­kiej spra­wie?

- Nie wiem. Ale masz przyjść na­tych­miast.

- Za pięt­na­ście mi­nut. - Hart­mann zer­k­nął na ze­ga­rek. - Nie je­stem na jego za­wo­ła­nie.

We­ber spoj­rzał zdu­miony.

- Mó­wi­łeś, że zgu­bi­łeś ze­ga­rek.

- Za pięt­na­ście mi­nut - po­wtó­rzył Hart­mann.

Ko­ry­ta­rze cią­gnęły się we wszyst­kich kie­run­kach, dłu­gie i lśniące, ozdo­bione fre­skami przed­sta­wia­ją­cymi sceny bi­tew i ce­re­mo­nii, wiel­kie po­staci w zbro­jach ob­ser­wu­jące w śpie­szą­cych się prze­chod­niów.

- Nie wy­glą­dasz na szczę­śli­wego - ode­zwał się po dro­dze Hart­mann.

- Na szczę­śli­wego? Je­stem sze­fem two­jej kam­pa­nii. Do wy­bo­rów zo­stały nam trzy ty­go­dnie. Two­rzysz ko­ali­cję i na­wet mi o tym nie mó­wisz. Czego ocze­ku­jesz? Że będę śpie­wał, tań­czył i pod­ska­ki­wał?

- My­ślisz, że Bre­mer wie? O Kir­sten El­ler?

- Poul Bre­mer sły­szy, jak ga­dasz przez sen. Poza tym na miej­scu Kir­sten El­ler... pro­po­no­wał­byś ko­ali­cję tylko jed­nej stro­nie?

Sta­nęli pod salą ob­rad rady mia­sta.

- Zo­staw to mnie, Mor­ten. Do­wiem się wszyst­kiego.

Poul Bre­mer, bez ma­ry­narki, stał na po­de­ście przy ce­re­mo­nial­nym fo­telu, na któ­rym za­sia­dał od dwu­na­stu lat. Roz­ma­wiał przez te­le­fon, we­soły, wręcz jo­wialny.

Hart­mann prze­szedł na śro­dek i wziął książkę le­żącą na stole przy mi­kro­fo­nie. Bio­gra­fia Cy­ce­rona. Zgod­nie z za­ło­że­niem Bre­mera przy­słu­chi­wał się jego roz­mo­wie.

- Tak, tak, wspo­mnisz moje słowa. - Ten głę­boki i wiel­ko­duszny śmiech, bło­go­sła­wień­stwo Bre­mera dla ulu­bień­ców. - Na­stęp­nym ra­zem tra­fisz do rządu. Bę­dziesz mi­ni­strem. Ni­gdy się nie mylę w swo­ich prze­wi­dy­wa­niach. - Zer­k­nął na przy­by­sza. - Prze­pra­szam... mu­szę koń­czyć. - Bre­mer za­jął miej­sce za­stępcy. Nie bur­mi­strza. - Czy­ta­łeś tę książkę, Tro­els?

- Nie, nie­stety.

- Weź ją. Bar­dzo po­ucza­jąca. Przy­po­mina nam, że je­dyne, czego nas uczy hi­sto­ria, to... że hi­sto­ria ni­czego nas nie uczy. - Mó­wił jak miły na­uczy­ciel, gło­sem do­sko­na­lo­nym przez lata. - Cy­cero był praw­dzi­wym mę­żem stanu. Da­leko by za­szedł, gdyby za­cze­kał na wła­ściwy mo­ment.

- Wy­gląda na trudną lek­turę.

- Chodź, usiądź ze mną. - Bre­mer przy­wo­łał go ge­stem, by za­jął miej­sce obok niego. Fo­tel bur­mi­strza. Tron. - Spró­buj, czy ci pa­suje. Nie na­leży do ni­kogo. Na­wet do mnie, co­kol­wiek so­bie my­ślisz.

Hart­mann pod­jął jego grę. Opadł na twarde, gład­kie drewno. Pach­niało ma­ho­niem, wła­dzą. Ro­zej­rzał się po sali, omiótł wzro­kiem łuk pu­stych te­raz miejsc rad­nych, pła­skich mo­ni­to­rów i gu­zi­ków do gło­so­wa­nia.

- To tylko fo­tel, Tro­els - cią­gnął z sze­ro­kim uśmie­chem Bre­mer. Za­wsze mó­wił i po­ru­szał się jak ktoś o wiele młod­szy. To się skła­dało na jego wi­ze­ru­nek. - Rzy­mia­nie lu­bili Cy­ce­rona, ce­nili jego myśl. Myśl daje piękną re­to­rykę. I nie­wiele wię­cej. Ce­zar był dyk­ta­to­rem, ło­trem, ale Rzy­mia­nie znali go i uwiel­biali. Cy­cero był nie­cier­pli­wym am­bit­nym par­we­niu­szem. Wiesz, co się z nim stało?

- Po­szedł do te­le­wi­zji?

- Bar­dzo śmieszne. Za­bili go. Wy­sta­wili na po­kaz jego ręce i głowę na Fo­rum, żeby wszy­scy mo­gli się po­śmiać. Cza­sami słu­żymy ban­dzie nie­wdzięcz­nych łaj­da­ków.

- Chcia­łeś się ze mną wi­dzieć?

- Do­sta­łem son­daże. A ty?

- Też.

- Bę­dziesz do­brym bur­mi­strzem. Świet­nie po­pro­wa­dzisz to mia­sto. - Bre­mer wy­gła­dził rę­kawy czar­nej je­dwab­nej ma­ry­narki, po­pra­wił man­kiety ele­ganc­kiej bia­łej ko­szuli, zdjął oku­lary i spraw­dził, czy są czy­ste, prze­cze­sał dło­nią srebrne włosy. - Tylko że jesz­cze nie te­raz.

Hart­mann wes­tchnął i spoj­rzał na swo­jego srebr­nego ro­leksa.

- Za cztery lata od­cho­dzę na eme­ry­turę - do­dał Bre­mer. - Po co ten po­śpiech?

- To się chyba na­zywa wy­bory. Trzeci wto­rek li­sto­pada. Co cztery lata.

- Mam dla cie­bie pro­po­zy­cję: do­łącz do mnie. Zaj­miesz się czymś wię­cej niż szkoły. Bur­mistrz ma sze­ściu za­stęp­ców. Do­sta­niesz dział, który ze­chcesz. A gdy bę­dziesz go­tów do tej ro­boty, z ra­do­ścią prze­każę ci pa­łeczkę. - Uśmiech­nął się lekko. - Gwa­ran­tuję, że nikt nie sta­nie prze­ciwko to­bie. Ale nie mo­żesz wy­grać te­raz. Nie je­steś go­tów.

- To chyba nie za­leży od cie­bie, prawda?

Uśmiech Bre­mera znikł.

- Sta­ram się tylko oka­zać ci przy­jaźń. Nie mu­simy być wro­gami...

Hart­mann wstał i ru­szył do wyj­ścia. Poul Bre­mer za­ma­szy­stym kro­kiem wy­su­nął się do przodu, by go za­trzy­mać. Był krzep­kim męż­czy­zną, wy­spor­to­wa­nym. Krą­żyły opo­wie­ści, że w mło­do­ści by­wał bru­talny. Nikt nie wie­dział, ile w nich prawdy. Nikt nie miał od­wagi za­py­tać.

- Tro­els...

- Nad­uży­łeś swo­jej go­ścin­no­ści - rzekł Hart­mann. - Odejdź ze sta­no­wi­ska spo­koj­nie. Z god­no­ścią. Może znaj­dziesz gdzieś pracę.

Układny star­szy pan wpa­try­wał się w niego uba­wiony.

- Czy za tą har­do­ścią kryje się ja­kaś drob­niutka obiet­nica ze strony Par­tii Cen­trum? Och, pro­szę cię. To pie­ski po­ko­jowe. Ta gruba suka El­ler ob­cią­gnie każ­demu, a po­tem po­zwoli się na sie­bie od­lać. O ile do­sta­nie za to pod­ko­mi­sję. Ale... - Po­pra­wił złote spinki do man­kie­tów. - Zna swoje miej­sce. Tak jak każdy mą­dry po­li­tyk. - Wziął do ręki książkę i po­dał ją młod­szemu ko­le­dze. - Po­czy­taj o Cy­ce­ro­nie. Może się cze­goś na­uczysz. Nikt nie chce skoń­czyć ro­ze­rwany na strzępy ku ucie­sze ga­wie­dzi. Naj­le­piej ste­ro­wać prze­mia­nami. Ci­cho. Sku­tecz­nie...

- Prze­grasz - prze­rwał mu Hart­mann.

Star­szy pan za­chi­cho­tał.

- Biedny Tro­els. Na pla­ka­tach ro­bisz ta­kie do­bre wra­że­nie, ale twa­rzą w twarz... - Wy­cią­gnął rękę i do­tknął klapy je­dwab­nego gar­ni­turu Hart­manna. - Tak się za­sta­na­wiam, co tu jest pod spodem. Czy ty sam to wiesz?

Meyer wy­siadł, za­nim zdą­żyła wy­łą­czyć sil­nik, i mach­nął le­gi­ty­ma­cją ko­bie­cie pa­ku­ją­cej coś do ba­gaż­nika kombi.

Czer­wo­nego kombi.

Chyba wszystko tu­taj miało żywy ko­lor szkar­łatu. Ogrod­niczki pra­cow­ni­ków, cię­ża­rówki, na­wet lśniący try­cykl chri­stia­nia ze skrzynką na przo­dzie - do wo­że­nia dzieci do szkoły, za­ku­pów w dro­dze po­wrot­nej, le­ni­wego psa.

Wszystko w tym sa­mym ko­lo­rze, wszystko z na­zwi­skiem Birk Lar­sen.

Lund po­de­szła, le­d­wie słu­cha­jąc Mey­era. Ro­zej­rzała się.

Pod­no­szone drzwi otwie­rały się na ga­raż i ma­ga­zyn. Za skrzyn­kami, pu­dłami i ma­szy­nami zo­ba­czyła w rogu prze­szklone biuro, w głębi zaś schody z ta­bliczką "Po­miesz­cze­nie pry­watne". To był ad­res do­mowy Brik Lar­sena. Naj­wy­raź­niej miesz­kał nad swoim miej­scem pracy.

- Gdzie znaj­dziemy The­isa Birk Lar­sena? - spy­tał Meyer.

- Mąż pra­cuje. A ja jadę do księ­go­wej.

Ko­bieta po czter­dzie­stce, atrak­cyjna, ele­gancka, z kasz­ta­no­wymi wło­sami tylko odro­binę bar­dziej uło­żo­nymi niż włosy Lund. Miała na so­bie płowy płaszcz z ga­bar­dyny i wy­da­wała się za­pra­co­wana. Dzieci, po­my­ślała po­li­cjantka. To było wi­dać. I nie lu­biła po­li­cji. A kto lu­bił?

- Miesz­ka­cie tu pań­stwo? - spy­tała.

- Tak.

- Mąż jest na gó­rze?

Ko­bieta wró­ciła do ga­rażu.

- Znowu cho­dzi o cię­ża­rówki? Je­ste­śmy firmą trans­por­tową. Czę­sto ko­muś prze­szka­dzamy.

- Nie cho­dzi o cię­ża­rówki. - Lund ru­szyła kilka kro­ków za nią.

Jesz­cze wię­cej szkar­łatu. Po­tężni męż­czyźni dźwi­gali skrzynki, zer­kali do roz­pi­sek, tak­so­wali pod­ko­mi­sarkę wzro­kiem.

- Chcemy tylko wie­dzieć, co ro­bił w week­end.

- Po­je­cha­li­śmy nad mo­rze. Z syn­kami. By­li­śmy tam od piątku do nie­dzieli, wy­na­ję­li­śmy do­mek. A czemu pani pyta?

Bre­zen­towe płachty i liny. Drew­niane skrzy­nie i pa­lety. Lund za­sta­no­wiła się, co ją czeka w Szwe­cji jako nie do końca po­li­cjantkę. W su­mie ni­gdy wcze­śniej nie za­da­wała so­bie tego py­ta­nia. Bengt chciał je­chać, a ona chciała je­chać z nim.

- Może wró­cił do mia­sta w in­te­re­sach? - spy­tał Meyer.

Ko­bieta pod­nio­sła księgi ra­chun­kowe. Miała tego dość.

- Nie wró­cił. To był nasz pierw­szy wolny week­end od dwóch lat. Dla­czego miałby wra­cać do mia­sta?

W biu­rze pa­no­wał ba­ła­gan. Wszę­dzie pa­piery. Wiel­kie firmy tak nie pra­co­wały. Miały sys­temy. Or­ga­ni­za­cję. Pie­nią­dze.

Lund wy­szła na ze­wnątrz i zaj­rzała do ba­gaż­nika kombi. Do­ku­menty i teczki. Dzie­cięce za­bawki. Mała fut­bo­lówka, po­do­bna do tej, którą Meyer zo­sta­wił w ga­bi­ne­cie. Pod­nisz­czone nin­tendo. Wró­ciła po­woli do biura.

- Co mąż ro­bił, gdy wró­ci­li­ście do domu? - spy­tał Meyer.

- Po­szli­śmy do łóżka.

- Jest pani pewna?

Ro­ze­śmiała się.

- Je­stem pewna.

Kiedy oni roz­ma­wiali, Lund prze­szła się po biu­rze, oglą­da­jąc ba­ła­gan, szu­ka­jąc cze­goś oso­bi­stego w tych wszyst­kich ra­chun­kach i fak­tu­rach.

- Nie wiem, co wa­szym zda­niem zro­bił... i nie ob­cho­dzi mnie to - do­dała ko­bieta. - By­li­śmy nad mo­rzem, po­tem wró­ci­li­śmy do domu. I tyle.

Meyer siąk­nął no­sem, zer­ka­jąc w stronę Lund.

- Może jesz­cze wró­cimy.

Wy­szedł na ulicę, za­pa­lił pa­pie­rosa, oparł się o jedną ze szkar­łat­nych cię­ża­ró­wek i skie­ro­wał wzrok na blade niebo.

W głębi biura, za sta­ro­mod­nymi tac­kami na do­ku­menty stały fo­to­gra­fie. Piękna, uśmiech­nięta na­sto­latka obej­mo­wała dwóch chłop­ców. Por­tret tej sa­mej dziew­czyny, pełne ży­cia blond włosy, ja­sne oczy, tro­chę za dużo ma­ki­jażu. Naj­wy­raź­niej sta­rała się wy­glą­dać na star­szą.

Lund wy­jęła paczkę gum ni­ko­ty­no­wych i wrzu­ciła jedną do ust.

- Mają pań­stwo córkę? - spy­tała, wciąż pa­trząc na dziew­czynę, jej uj­mu­jący uśmiech. Na obu zdję­ciach, tym w po­je­dynkę, na któ­rym wy­glą­dała zbyt doj­rzale, i tym z chłop­cami, gdy grała star­szą sio­strę.

Matka wy­cho­dziła już z biura. Sta­nęła. Od­wró­ciła się, spoj­rzała na Lund i po­wie­działa gło­sem spo­koj­nym i ci­chym:

- Tak. I dwóch sy­nów. Sześć i sie­dem lat.

- Czy córka ko­rzy­sta cza­sami z karty ojca do wy­po­ży­czalni wi­deo?

Twarz pani Birk Lar­sen się zmie­niła. Za­pa­dła się, po­sta­rzała. Usta się roz­chy­liły. Po­wieki drżały, jakby żyły wła­snym ży­ciem.

- Może.... Dla­czego pani pyta?

- Była tu ze­szłej nocy?

Meyer wró­cił i się przy­słu­chi­wał.

Ko­bieta odło­żyła do­ku­menty. Te­raz wy­glą­dała na za­tro­skaną i prze­ra­żoną.

- Nanna spę­dziła week­end u przy­ja­ciółki. U Lisy. My­śla­łam... - Ręka jej po­wę­dro­wała do kasz­ta­no­wych wło­sów, w su­mie bez po­wodu. - My­śla­łam, że może do nas za­dzwoni. Ale nie za­dzwo­niła.

Lund nie mo­gła ode­rwać wzroku od fo­to­gra­fii, od tej szczę­śli­wej twa­rzy wpa­tru­ją­cej się bez­tro­sko w obiek­tyw.

- My­ślę, że po­winna pani do niej za­dzwo­nić.

Li­ceum Fre­de­rik­sholm znaj­do­wało się w cen­trum mia­sta. Tam gdzie pie­nią­dze. Nie w Ve­ster­bro. Lisa Ra­smus­sen z tru­dem do­cze­kała pierw­szej prze­rwy.

"Tu Nanna. Od­ra­biam lek­cje. Zo­staw wia­do­mość, cześć!" - znowu włą­czyła się poczta gło­sowa.

Lisa wes­tchnęła głę­boko.

- Za­dzwoń do mnie, pro­szę - po­wie­działa.

Idiotka, po­my­ślała. Dzi­siaj już trzeci raz zo­sta­wiała tę samą wia­do­mość. Te­raz sie­działa w szkole, słu­cha­jąc, jak Rama, ich na­uczy­ciel, opo­wiada o obo­wiąz­kach oby­wa­tel­skich i o nad­cho­dzą­cych wy­bo­rach. Nikt nie miał po­ję­cia, gdzie jest Nanna. Nikt jej nie wi­dział od piątku, od im­prezy hal­lo­we­eno­wej tu­taj na dole, w szkol­nym ko­ry­ta­rzu.

- Dzi­siaj - mó­wił Rama - mo­że­cie pod­jąć de­cy­zję, na kogo gło­so­wać.

Na ta­blicy wid­niało zdję­cie. Pół­okrąg miejsc w ra­tu­szu. Troje po­li­ty­ków, je­den przy­stojny, je­den star­szy i za­do­wo­lona z sie­bie ko­bieta o na­la­nej twa­rzy. To wszystko ob­cho­dziło ją naj­mniej na świe­cie.

Znowu wy­jęła te­le­fon i wy­stu­kała ese­mes: "Nanna, gdzie ty je­steś, do cho­lery?".

- Ży­jemy w kraju, gdzie mamy prawo gło­so­wać - cią­gnął na­uczy­ciel. - De­cy­do­wać o swo­jej przy­szło­ści. Kształ­to­wać ją. To wiel­kie szczę­ście.

Miał ja­kieś trzy­dzie­ści lat, po­cho­dził gdzieś z Bli­skiego Wschodu, czego zu­peł­nie nie było sły­chać, gdy mó­wił. Nie­któ­rym dziew­czy­nom się po­do­bał. Wy­soki i przy­stojny. Nie­złe ciało, ele­ganc­kie, modne ciu­chy. Za­wsze po­mocny. Za­wsze miał dla nich czas.

Lisa nie prze­pa­dała za ob­co­kra­jow­cami. Na­wet je­śli się uśmie­chali i do­brze wy­glą­dali.

- Po­słu­chajmy więc, ja­kie py­ta­nia przy­go­to­wa­li­ście na de­batę - po­wie­dział Rama.

Cała klasa wy­da­wała się za­in­te­re­so­wana.

- Lisa. - Oczy­wi­ście mu­siał wy­brać ją. - Twoje trzy py­ta­nia. Masz je w te­le­fo­nie?

- Nie.

Mó­wiła jak na­dą­sany dzie­ciak i zda­wała so­bie z tego sprawę. Rama prze­chy­lił głowę i cze­kał.

- Nie pa­mię­tam ich. Nie mogę...

Otwo­rzyły się drzwi i we­szła dy­rek­torka Koch. Straszna Koch, przy­sa­dzi­sta ko­bieta w śred­nim wieku. Za­nim awan­so­wała na dy­rek­torkę szkoły, uczyła nie­miec­kiego.

- Prze­pra­szam... Jest tu Nanna Birk Lar­sen?

Ci­sza.

Koch sta­nęła przed klasą.

- Ktoś wi­dział dzi­siaj Nannę?

Nic. Dy­rek­torka po­de­szła do na­uczy­ciela. Lisa Ra­smus­sen wie­działa, co się te­raz sta­nie.

Oczy­wi­ście mu­siała wyjść z nimi na ko­ry­tarz. Koch pa­trzyła na nią groź­nie swo­imi za­wzię­tymi czar­nymi oczyma.

- Gdzie jest Nanna? - spy­tała. - Po­li­cja jej szuka.

- Nie wi­dzia­łam jej od piątku. Dla­czego mnie pani pyta?

Koch po­słała jej spoj­rze­nie o tre­ści "kła­miesz".

- Jej matka po­wie­działa po­li­cji, że Nanna spę­dziła week­end u cie­bie.

Lisa Ra­smus­sen się ro­ze­śmiała. Kie­dyś lu­dzie my­śleli, że są z Nanną sio­strami. Ten sam wzrost, po­do­bne ciu­chy, blond włosy, cho­ciaż włosy Nanny wy­glą­dały le­piej. I Lisa za­wsze była grub­sza w ta­lii.

- Co?! Nie no­co­wała u mnie.

- Nie wiesz, gdzie ona jest? - spy­tał de­li­kat­niej Rama.

- Nie! Skąd mia­ła­bym wie­dzieć?

- Je­śli się z tobą skon­tak­tuje, prze­każ jej, żeby za­dzwo­niła do domu - przy­ka­zała Koch. - To ważne. - Zer­k­nęła na Ramę. - Twoja sala jest po­trzebna na de­batę. Ma być wolna przed je­de­na­stą.

Gdy ode­szła, Rama od­wró­cił się, wziął Lisę za ra­mię i rzekł:

- Je­śli masz ja­kiś po­mysł, gdzie ona może być, mu­sisz po­wie­dzieć.

- Nie po­wi­nien mnie pan do­ty­kać.

- Prze­pra­szam. - Za­brał rękę. - Je­śli wiesz...

- Nic nie wiem - prze­rwała mu. - Niech mi pan da spo­kój.

Lund i Meyer po­szli na górę, do miesz­ka­nia Birk Lar­se­nów. Było rów­nie za­gra­cone jak biuro, ale w miły spo­sób. Zdję­cia, ry­sunki, zioła w do­nicz­kach, kwiaty. Wa­zo­niki i pa­miątki z wa­ka­cji. Dużo ozdób, po­my­ślała Lund. U niej tak ni­gdy nie bę­dzie. Per­nille, już po­znali jej imię, re­ali­zo­wała się jako matka. Chyba była w tym do­bra. Na tyle, na ile Lund umiała to oce­nić.

- Nie ma jej w szkole - oznaj­miła wła­śnie.

Per­nille cią­gle miała na so­bie pro­cho­wiec, jakby na­dal szy­ko­wała się do wyj­ścia.

- Musi być u Lisy. Są przy­ja­ciół­kami. Lisa wy­naj­muje miesz­ka­nie z kil­koma chłop­cami, Nanna cią­gle tam cho­dzi.

- Lisa jest w szkole. Mówi, że Nanna w ogóle u niej nie spała.

Usta Per­nille się roz­chy­liły. Oczy miała sze­roko otwarte i bez wy­razu. Na ku­chen­nej ścia­nie Lund zo­ba­czyła te same zdję­cia co w biu­rze - Nanna z chłop­cami, Nanna sama, piękna i wy­glą­da­jąca na wię­cej niż dzie­więt­na­ście lat - przy­mo­co­wane do kor­ko­wej ta­blicy wraz z pla­nem szkol­nych za­jęć spor­to­wych. Czuło się tu swo­bodną, miłą at­mos­ferę praw­dzi­wego domu. Jak za­pach psa, nie­zau­wa­żalny dla wła­ści­ciela, dla ob­cego wy­ra­zi­sty od progu.

- Gdzie ona jest? Co się z nią stało? - za­py­tała Per­nille.

- Pew­nie nic. Po­sta­ramy się ją zna­leźć.

Lund we­szła do wą­skiego ko­ry­ta­rzyka i za­dzwo­niła na ko­mendę. Meyer od­pro­wa­dził Per­nille na bok, żeby nie sły­szała, i za­czął py­tać o zdję­cia. Lund po­łą­czyła się z Bu­char­dem.

- Po­trze­buję wszyst­kich do­stęp­nych lu­dzi - po­wie­działa.

Szef na­wet o nic nie spy­tał, tylko słu­chał.

- Prze­każ im, że szu­kamy dzie­więt­na­sto­let­niej Nanny Birk Lar­sen. Ostat­nio wi­dziana w pią­tek. Przy­ślij tu ko­goś po zdję­cia.

- A wy?

- Je­dziemy do jej szkoły.

Hart­man­nowi i Rie Sko­vga­ard udo­stęp­niono na przy­go­to­wa­nia pu­stą salę lek­cyjną. Ona jesz­cze raz prze­śle­dziła dane na te­mat przy­dzie­le­nia fun­du­szy, on prze­cha­dzał się ner­wowo. W końcu za­mknęła lap­top, po­de­szła do szefa i przyj­rzała mu się uważ­nie. Bez kra­wata, w nie­bie­skiej ko­szuli - wy­glą­dał do­brze, ale i tak wy­gła­dziła mu koł­nie­rzyk i przy­su­nęła się na tyle bli­sko, żeby mu­siał ją przy­trzy­mać.

Dło­nie Hart­manna prze­mknęły po jej ple­cach. Przy­cią­gnął ją do sie­bie, po­ca­ło­wał. Ta zna­jo­mość nie­ocze­ki­wa­nie prze­ro­dziła się w na­mięt­ność. Tyle że ona chciała roz­rywki, a on cze­goś wię­cej.

- Za­miesz­kaj ze mną - po­wie­dział i pchnął ją na biurko.

Chi­cho­cząc, ob­jęła go dłu­gimi no­gami.

- Nie je­steś aby zbyt za­jęty?

- Nie dla cie­bie.

- Po wy­bo­rach.

Twarz mu się zmie­niła. Wró­cił po­li­tyk.

- Po co taka ta­jem­nica?

- Bo mam ro­botę do wy­ko­na­nia, Tro­els. I ty też. Nie chcemy kom­pli­ka­cji. - Jej głos przy­cichł. By­stre oczy błysz­czały. - I nie chcemy, żeby Mor­ten był za­zdro­sny.

- Mor­ten to naj­bar­dziej do­świad­czony do­radca po­li­tyczny, ja­kiego mamy. Wie, co robi.

- A ja nie?

- Tego nie po­wie­dzia­łem. Nie chcę roz­ma­wiać o Mor­te­nie...

Znowu do­tknęła jego ma­ry­narki.

- Zaj­miemy się tym, jak wy­grasz, do­brze?

Hart­mann jesz­cze raz chciał ją do sie­bie przy­cią­gnąć.

Otwo­rzyły się drzwi. Na progu sta­nęła dy­rek­torka, spoj­rzała na nich za­kło­po­tana.

- Przy­je­chał pan bur­mistrz - po­wie­działa. Kon­fi­den­cjo­na­lny uśmiech. - Je­śli są pań­stwo go­towi...

Hart­mann za­piął ma­ry­narkę i wy­szedł na ko­ry­tarz.

Poul Bre­mer uśmie­chał się spod pla­katu pół­na­giej gwiazdy pop. Sko­vga­ard zo­sta­wiła ich sa­mych i po­szła obej­rzeć salę.

- Mam na­dzieję, że Par­tii Cen­trum po­do­bają się twoje po­my­sły, Tro­els. Więk­szość jest bar­dzo do­bra. Przy­po­mi­nają mi idee two­jego ojca.

- Na­prawdę?

- Wi­dzę w nich jego ży­wio­łową ener­gię. Jego opty­mizm.

- Był prze­ko­nu­jący - po­wie­dział Hart­mann - bo ro­bił wszystko z prze­ko­na­nia. Nie z pra­gnie­nia zdo­by­cia kilku gło­sów.

Bre­mer kiw­nął głową.

- Jaka szkoda, że ni­gdy nie był na tyle do­bry, żeby te idee wpro­wa­dzić w ży­cie.

- Ja to zro­bię. Gdy już zajmę twoje miej­sce.

- Wie­rzę, że je zaj­miesz. Pew­nego dnia. - Bre­mer wy­jął chu­s­teczkę i wy­czy­ścił oku­lary. - Je­steś sil­niej­szy od niego. Twój oj­ciec był za­wsze... Jak by to ująć? - Oku­lary wró­ciły na miej­sce, lo­do­wate oczy zmie­rzyły Tro­elsa z góry na dół. - De­li­katny. Jak por­ce­lana. - Bre­mer pod­niósł prawą pięść. Pięść bok­sera, nie­pa­su­jąca do wi­ze­runku. - Wia­domo było, że pęk­nie. - Pstryk­nął wiel­kimi pal­cami tak gło­śno, że dźwięk nie­mal od­bił się od łusz­czą­cych się ścian. - Gdy­bym ja go nie zła­mał, sam by się wy­koń­czył. Wierz mi. To na swój spo­sób była przy­sługa. Cza­sami le­piej szybko roz­wiać ko­muś złu­dze­nia.

- Za­bie­rajmy się do de­baty - od­parł Hart­mann. - Czas...

Kiedy się od­wró­cili, by ru­szyć do sali, zo­ba­czyli idącą ku nim dy­rek­torkę Koch. Wy­glą­dała na zmar­twioną. To­wa­rzy­szyła jej ko­bieta w gra­na­to­wym płasz­czu, spod któ­rego wy­sta­wał swe­ter w czarno-białe wzory. Włosy miała od­gar­nięte z twa­rzy jak na­sto­latka zbyt za­jęta, by za­wra­cać so­bie głowę chło­pa­kami.

Ko­bieta, która nie przy­wią­zuje wagi do swego wy­glądu. Wy­dało mu się to o tyle dziwne, że była ude­rza­jąco piękna i atrak­cyjna.

Pa­trzyła pro­sto na nich. Ogrom­nymi, uważ­nymi oczyma.

Hart­mann ja­koś się nie zdzi­wił, gdy wy­cią­gnęła od­znakę po­li­cyjną. "Pod­ko­mi­sarka Sa­rah Lund", prze­czy­tał.

Bre­mer wy­co­fał się w głąb ko­ry­ta­rza na sam wi­dok tej ko­biety.

- Mu­si­cie od­wo­łać de­batę - oznaj­miła.

- Dla­czego?

- Za­gi­nęła dziew­czyna. Mu­szę wszyst­kich prze­py­tać. Uczniów z jej klasy, na­uczy­cieli. Mu­szę...

Dy­rek­torka wpro­wa­dziła ich do mniej­szego po­miesz­cze­nia, żeby nie stali na ko­ry­ta­rzu. Bre­mer nie ru­szył się z miej­sca.

- Chce pani, bym od­wo­łał de­batę, bo ja­kaś uczen­nica po­szła na wa­gary? - spy­tał Hart­mann.

- Mu­szę ze wszyst­kimi po­roz­ma­wiać - upie­rała się Lund.

- Ze wszyst­kimi?

- Ze wszyst­kimi, z któ­rymi chcę roz­ma­wiać. - Ani drgnęła. Cały czas pa­trzyła na niego. Tylko na niego.

- Mo­żemy prze­su­nąć de­batę o go­dzinę - za­su­ge­ro­wał Hart­mann.

- Ja nie mogę - wtrą­cił się Bre­mer. - Mam spo­tka­nia. To ty za­pra­sza­łeś na de­batę, Tro­els. Je­śli nie umiesz tego za­ła­twić...

Hart­mann zbli­żył się do po­li­cjantki.

- To po­ważna sprawa? - spy­tał.

- Mam na­dzieję, że nic się nie stało.

- Py­ta­łem, czy to po­ważna sprawa.

- Tego pró­buję się do­wie­dzieć. - Lund oparła dło­nie na bio­drach i cze­kała na de­cy­zję. - Więc... - Ro­zej­rzała się. - A więc po­sta­no­wione - za­mknęła sprawę.

Bre­mer wy­jął te­le­fon, spraw­dził kilka wia­do­mo­ści.

- Za­dzwoń do mo­jej se­kre­tarki. Spró­buję cię gdzieś wci­snąć. Och! - Na­gle jego głos za­brzmiał ła­god­nie. - Mam do­bre wie­ści dla two­ich szkół w cen­trum. Zdaje się, że ab­sen­cja prze­kra­cza tam dwa­dzie­ścia pro­cent. - Za­śmiał się. - To nie­ak­cep­to­walne, prawda? Więc przy­zna­łem do­dat­kowe fun­du­sze. Wię­cej kom­pu­te­rów. Dzieci ta­kie rze­czy uwiel­biają. To wpły­nie na po­prawę wy­ni­ków.

Hart­mann wpa­try­wał się w niego onie­miały.

Bre­mer wzru­szył ra­mio­nami.

- Po­wie­dział­bym ci to pod­czas de­baty. Ale wiesz... Od razu to uru­cho­mimy. To do­bre wie­ści. Na pewno się cie­szysz.

Długa chwila ci­szy.

- Wi­dzę, że je­steś wręcz ura­do­wany. - Bre­mer mach­nął ręką i od­szedł.

Pięt­na­sta trzy­dzie­ści. Wciąż tkwili w sali, w któ­rej miała się od­być de­bata, i ni­czego nie osią­gnęli. Nanna w pią­tek przy­szła na im­prezę hal­lo­we­enową do szkoły, ubrana w czarny ka­pe­lusz cza­row­nicy i ja­skra­wo­błę­kitną pe­rukę. Od tego czasu nikt jej nie wi­dział.

Te­raz prze­py­ty­wali na­uczy­ciela.

- Pro­szę nam opo­wie­dzieć o Nan­nie.

Wszy­scy na­zy­wali go Rama. Wy­róż­niał się nie tylko zde­cy­do­wa­nie bli­skow­schod­nim wy­glą­dem. Na­le­żał do grona lu­dzi, któ­rych Tro­els Hart­mann wy­brał do ze­społu wzo­rów oso­bo­wych - do pro­jektu, który miał sil­niej zin­te­gro­wać imi­gran­tów z resztą spo­łe­czeń­stwa. Elo­kwentny, in­te­li­gentny, prze­ko­nu­jący czło­wiek.

- Nanna to by­stra dziew­czyna - mó­wił te­raz. - Za­wsze pełna ener­gii. Za­wsze chce coś ro­bić.

- Wi­dzia­łam zdję­cie. Wy­gląda na wię­cej niż dzie­więt­na­ście lat.

Kiw­nął głową.

- Oni wszy­scy chcą wy­glą­dać na star­szych, prawda? Roz­pacz­li­wie chcą do­ro­snąć. Albo po­czuć, że do­ro­śli. Nanna pod wie­loma wzglę­dami jest w czo­łówce klasy. By­stre dziecko. Wie, czego chce, nie tak jak reszta.

- Czyli?

Na­uczy­ciel spoj­rzał na nią.

- To na­sto­latki. Sama pani ro­zu­mie.

- Co się działo na im­pre­zie?

- Prze­bie­ranki, mu­zyka, du­chy i dy­nie.

- Nanna ma chło­paka?

- Pro­szę spy­tać Lisę.

- Py­tam pana.

Wi­dać było, że Rama czuje się nie­zręcz­nie.

- Le­piej, żeby na­uczy­ciel trzy­mał się z dala od tych spraw.

Lund wy­szła z sali, za­trzy­mała pierw­szą na­po­tkaną dziew­czynę, po­sa­dziła ją i py­tała do­tąd, aż uzy­skała od­po­wiedź.

Wró­ciła do na­uczy­ciela.

- Oli­ver Schan­do­rff. Jest dzi­siaj w szkole?

- Nie.

- Wie­dział pan, że ze sobą cho­dzą?

- Mó­wi­łem już. Le­piej, je­śli za­cho­wu­jemy pe­wien dy­stans.

Cze­kała.

- Je­stem ich na­uczy­cie­lem. Nie stró­żem. Ani ro­dzi­cem.

Lund spoj­rzała na ze­ga­rek. Pro­wa­dziła roz­mowy od po­nad trzech go­dzin i na ra­zie ni­czego wię­cej się nie do­wie­działa. I nie tylko ona. Meyer, który wraz z ekipą pra­co­wał w le­sie i na po­lach przy lot­ni­sku, też nic nie zna­lazł.

- Cho­lera.

- Przy­kro mi - po­wie­dział na­uczy­ciel.

- Nie cho­dzi mi o pana.

Cho­dzi o mnie, po­my­ślała. Nie­wąt­pli­wie wy­cią­gnę­łaby to z Per­nille w kilka mi­nut, gdyby spró­bo­wała. Dla­czego naj­lep­sze py­ta­nia przy­cho­dziły jej do głowy do­piero, gdy miała przed no­sem lu­dzi, do­wody, zbrod­nie?

Dwie­ście trzy­dzie­ści pięć dwu­pię­tro­wych sze­re­go­wych do­mów two­rzyło ma­leńką en­klawę o na­zwie Hum­leby, cztery ulice od domu Birk Lar­se­nów. Wszyst­kie w ko­lo­rze łupka i oło­wiu, zo­stały zbu­do­wane w dzie­więt­na­stym wieku dla ro­bot­ni­ków po­bli­skiej stoczni. Po­tem nie­opo­dal roz­rósł się bro­war Carls­berg i domy prze­szły w ręce lu­dzi, któ­rzy ro­bili piwo. Rzadko po­ja­wiały się na rynku nie­ru­cho­mo­ści i cie­szyły się wiel­kim po­wo­dze­niem, na­wet te wy­ma­ga­jące kosz­tow­nego re­montu. Theis Birk Lar­sen ku­pił naj­tań­szy, jaki zdo­łał zna­leźć. Wcze­śniej zaj­mo­wali go squ­at­tersi, któ­rzy zo­sta­wili po so­bie śmieci, ma­te­race i ta­nie me­ble. Trzeba było tam po­sprzą­tać i mnó­stwo rze­czy po­na­pra­wiać. Więk­szość chciał zro­bić sam, po ci­chu, nie mó­wiąc nic Per­nille. Chciał jej po­wie­dzieć, do­piero gdy na­dej­dzie czas prze­pro­wadzki i opusz­cze­nia miesz­kanka nad ga­ra­żem.

Po­ma­gał mu Vagn Sk?r­b?k. Po­znali się jako na­sto­latki, dużo ra­zem prze­szli, w tym kilka razy sta­wali przed są­dem. Dla The­isa Vagn był nie­mal jak młod­szy brat, dla dzie­cia­ków jak wu­jek. Nie­za­wodny, godny za­ufa­nia, miły dla An­tona i Emila. Sa­mot­nik, który po zdję­ciu czer­wo­nego uni­formu chyba nie miał wła­snego ży­cia.

- Per­nille cię szuka - oznaj­mił wła­śnie, koń­cząc roz­mowę te­le­fo­niczną.

- Per­nille nie może się do­wie­dzieć o tym domu, pa­mię­taj. Ani słowa, do­póki sam jej nie po­wiem.

- Ob­dzwa­nia wszyst­kich i pyta, gdzie je­steś.

Na ze­wnątrz stały rusz­to­wa­nia, pla­sti­kowe płachty za­sła­niały gni­jące okna. Birk Lar­sen pła­cił swoim lu­dziom za wno­sze­nie no­wych de­sek pod­ło­go­wych, rur i ry­nien i wy­mu­szał na nich obiet­nicę, że nie będą roz­ma­wiać o domu w obec­no­ści Per­nille.

- Chłopcy będą mieli wła­sne po­koje. - Pa­trzył na szary ka­mienny bu­dy­nek. - Wi­dzisz to okno na gó­rze?

Sk?r­b?k kiw­nął głową.

- Nanna do­sta­nie całe pię­tro, z osob­nym wej­ściem, bę­dzie miała tę odro­binę pry­wat­no­ści. Per­nille nową kuch­nię. A ja... - za­śmiał się - tro­chę ci­szy i spo­koju.

- To bę­dzie kosz­to­wało ma­ją­tek, Theis.

Birk Lar­sen wci­snął ręce w kie­sze­nie czer­wo­nych ogrod­nicz­ków.

- Dam radę.

- Może ci po­mogę?

- To zna­czy?

Drobny i nie­spo­kojny Sk?r­b?k prze­stę­po­wał z nogi na nogę jesz­cze szyb­ciej niż zwy­kle.

- Wiem, gdzie pój­dzie ta­nio trzy­dzie­ści te­le­wi­zo­rów Bang and Olu­fsen. Trzeba by tylko...

- Masz długi? O to cho­dzi?

- Słu­chaj. Mam kup­ców na po­łowę... - tłu­ma­czył Sk?r­b?k. - Mo­żemy się po...

Birk Lar­sen wy­cią­gnął z kie­szeni gruby zwój bank­no­tów, wy­rwał kilka.

- Mu­szę tylko po­ży­czyć pod­no­śnik wi­dłowy...

- Trzy­maj. - Theis wci­snął Sk?r­b?kowi pie­nią­dze w rękę. - Za­po­mnij o te­le­wi­zo­rach. Nie mamy już po na­ście lat, Vagn. Ja mam ro­dzinę, firmę.

Sk?r­b?k trzy­mał pie­nią­dze.

- Ty je­steś czę­ścią i jed­nego, i dru­giego. I za­wsze tak bę­dzie.

Sk?r­b?k wpa­try­wał się w bank­noty. Birk Lar­sen wo­lałby, żeby opchnął ten durny srebrny łań­cuch, który no­sił na szyi.

- Jak chłopcy by się czuli, gdyby mu­sieli wujka Va­gna od­wie­dzać w wię­zie­niu?

- Nie mu­sisz tego ro­bić...

Theis już go nie słu­chał. Per­nille pę­dziła do nich na ro­we­rze chri­stia­nia, aż lśniąca czer­wona skrzynka pod­ska­ki­wała na bruku. Za­po­mniał zu­peł­nie o ta­jem­nicy, o pra­cach bu­dow­la­nych i pro­ble­mach fi­nan­so­wych. Per­nille wy­glą­dała strasz­nie. Zsia­dła z ro­weru, po­de­szła pro­sto do niego, chwy­ciła go za klapy skó­rza­nej kurtki.

- Nanna za­gi­nęła. - Bra­ko­wało jej tchu, była blada i prze­ra­żona. - Po­li­cja zna­la­zła koło lot­ni­ska twoją kartę do wy­po­ży­czalni wi­deo. Zna­leźli... - Pod­nio­sła dłoń do ust. Jej oczy wy­peł­niły się łzami.

- Co zna­leźli?

- Jej ko­szulkę. Ró­żową w kwiatki.

- Mnó­stwo dzie­cia­ków nosi ta­kie ko­szulki. Co nie?

Po­pa­trzyła na niego ostro.

- A karta z wy­po­ży­czalni?

- Roz­ma­wiali z Lisą?

Sk?r­b?k się przy­słu­chi­wał. Per­nille spoj­rzała na niego.

- Pro­szę, Vagn - po­wie­działa.

- Po­móc wam?

Birk Lar­sen zmie­rzył go groź­nie wzro­kiem. Sk?r­b?k od­szedł.

- A ten gno­jek?

- Już się nie spo­tyka z Oli­ve­rem. - Po­liczki za­ru­mie­niły jej się z gniewu.

- Roz­ma­wiali z nim?

- Nie wiem - wes­tchnęła.

Theis już wy­cią­gał klu­czyki, mó­wiąc do Sk?r­b?ka:

- Za­wieź Per­nille do domu. I ro­wer. - Za­sta­no­wił się przez chwilę. - Dla­czego nie przy­je­cha­łaś au­tem?

- Nie po­zwo­lili mi pro­wa­dzić. Po­wie­dzieli, że nie po­win­nam.

Theis Birk Lar­sen ob­jął żonę ra­mio­nami, przy­tu­lił ją, po­ca­ło­wał, po­gła­dził po po­liczku i pa­trząc jej w oczy, rzekł:

- Nic jej nie jest. Znajdę ją. Jedź do domu i cze­kaj na nas. - Po czym wsiadł do fur­go­netki i od­je­chał.

- Za­wiozę cię do babci. Masz klucz?

Po­goda się po­gor­szyła, dzień koń­czył się we mgle i mżawce. Lund je­chała do ?ster­bro, a jej dwu­na­sto­letni syn Mark sie­dział na fo­telu pa­sa­żera.

- Chcesz po­wie­dzieć, że jed­nak nie je­dziemy do Szwe­cji?

- Naj­pierw mu­szę coś za­ła­twić.

- Ja też.

Lund zer­k­nęła na syna. Tak na­prawdę jed­nak przed oczyma miała tylko pła­ską, żółtą łąkę i po­pla­mioną krwią ko­szulkę na­sto­latki. I zdję­cie Nanny Birk Lar­sen z uśmie­chem star­szej sio­stry dum­nej z bra­cisz­ków. Wy­glą­da­ją­cej o wiele za doj­rzale z tym ca­łym make-upem.

Nie miała po­ję­cia, o czym mówi jej syn.

- Tłu­ma­czy­łem ci, mamo. Przy­ję­cie uro­dzi­nowe Ma­gnusa.

- Mark... dzi­siaj wie­czo­rem le­cimy. Ta de­cy­zja za­pa­dła już wieki temu.

Burk­nął i od­wró­cił się, by pa­trzeć na świat przez za­laną desz­czem szybę.

- Wy­glą­dasz jak łoś ze świnką - po­wie­działa.

I się za­śmiała. Mark nie.

- Spodoba ci się w Szwe­cji. Jest tam świetna szkoła. Ja będę miała dla cie­bie wię­cej czasu. Mo­żemy...

- On nie jest moim oj­cem.

Roz­dzwo­nił się te­le­fon Lund. Zer­k­nęła na nu­mer i za­częła nie­po­rad­nie wpy­chać słu­chawkę do ucha.

- Oczy­wi­ście, że nie jest. Ale zna­lazł ci klub ho­ke­jowy.

- Mam już klub ho­ke­jowy.

- Na pewno ci się nie po­doba, że w FCK je­steś naj­młod­szy.

Ci­sza.

- Prawda?

- Na­zywa się KSF.

- Tak? - po­wie­działa do te­le­fonu.

- KSF - po­wtó­rzył Mark.

- Już jadę.

- K. S. F. - wy­ce­dził po­woli.

- Tak.

- My­lisz się za każ­dym ra­zem.

- Tak.

Zo­stało jej nie­wiele drogi, co cie­szyło ją z dwóch po­wo­dów. Chciała zo­ba­czyć się z Mey­erem, a Mark... prze­szka­dzał.

- Jesz­cze chwila i je­dziemy na lot­ni­sko - po­wie­działa. - Masz klucz, prawda?

Pod po­nu­rym jed­no­li­tym nie­bem dwu­dzie­stu usta­wio­nych w rzę­dzie funk­cjo­na­riu­szy w gra­na­to­wych mun­du­rach po­woli prze­mie­rzało żółtą trawę, dźga­jąc czer­wono-bia­łymi tycz­kami błoto i kępy ro­ślin. Psy wę­szyły nad wil­got­nym grun­tem.

Lund po­pa­trzyła na nich, po czym we­szła do lasu. Drugi ze­spół pro­wa­dził po­szu­ki­wa­nia po­śród po­kry­tych po­ro­stami drzew - ba­dali zie­mię, ozna­czali te­ren i też pro­wa­dzili psy.

Meyer miał na so­bie kurtkę po­li­cyjną, prze­mókł na wy­lot.

- Jak trop? Wy­raźny? - spy­tała.

- Wy­star­cza­jąco. Psy ru­szyły od miej­sca zna­le­zie­nia ko­szulki. - Zer­k­nął do no­ta­tek i wska­zał na gąszcz od­le­gły o dzie­sięć me­trów. - Zna­leź­li­śmy też blond włosy na krzaku.

- Do­kąd pro­wa­dzi trop?

- Tu­taj - od­rzekł, trzy­ma­jąc mapę w ręku. - Tu­taj, gdzie sto­imy. - Zer­k­nął znowu do no­ta­tek. - Dziew­czyna bie­gła. Bie­gła za­ko­sami przez las. Tu­taj się za­trzy­mała.

Lund wyj­rzała spo­nad jego ra­mie­nia.

- Co tu jest w po­bliżu?

- Droga wy­rę­bowa. Może ktoś ją za­brał do sa­mo­chodu.

- A jej ko­mórka?

- Wy­łą­czona od piąt­ko­wego wie­czoru. - Nie po­do­bały mu się te oczy­wi­ste py­ta­nia. - Słu­chaj, Lund... Prze­cze­sa­li­śmy jej ewen­tu­alną trasę cen­ty­metr po cen­ty­me­trze. Dwa razy. Nie ma jej tu. Mar­nu­jemy czas.

Od­wró­ciła się i ode­szła, oglą­da­jąc się na ba­gna i żółtą trawę.

- Halo? - za­wo­łał Meyer z sar­ka­zmem, który już na­uczyła się roz­po­zna­wać. - Czy ja je­stem nie­wi­dzialny?

Lund wró­ciła.

- Ustaw­cie się w ty­ra­lierę - roz­ka­zała. - Prze­szu­kaj­cie wszystko jesz­cze raz.

- Sły­sza­łaś cho­ciaż słowo z tego, co mó­wi­łem?

Z krót­ko­fa­lówki w czy­jejś kurtce do­bie­gło jej na­zwi­sko.

- Coś zna­leź­li­śmy - po­wie­dział głos.

- Gdzie?

- W le­sie.

- Co to jest?

Chwila ci­szy. Ściem­niało się.

- Wy­gląda jak grób.

Ten sam le­niwy mrok spo­wi­jał mia­sto, wil­gotny i po­nury, blady i zimny. W szta­bie wy­bor­czym, pod ko­ra­lo­wymi płat­kami kar­czo­cho­wej lampy Po­ula Hen­ning­sena Hart­mann słu­chał Mor­tena We­bera. Bre­mer nie wróci do szkoły na de­batę. Rzą­dze­nie mia­stem było waż­niej­sze niż za­bie­ga­nie o głosy.

- Pa­suje do niego jak ulał - stwier­dził Hart­mann.

Rie Sko­vga­ard od­sta­wiła na biurko fi­li­żankę z kawą.

- Sztab Bre­mera ob­wie­ścił przy­zna­nie fun­du­szy, gdy my­śmy byli w szkole. Przy­go­to­wał to wcze­śniej.

- Wie­dział o dwu­dzie­stu pro­cen­tach. Jak to moż­liwe, Mor­ten? - spy­tał Tro­els.

We­ber spra­wiał wra­że­nie zde­pry­mo­wa­nego py­ta­niem.

- Dla­czego py­tasz o to mnie? Może zro­bił wła­sne ba­da­nia. To by­łoby sen­sowne. Obie­ca­nie pie­nię­dzy na edu­ka­cję za­wsze za­pew­nia parę punk­tów.

- I uzy­skał te same wy­niki? Wie­dział.

We­ber wzru­szył ra­mio­nami.

- Nie po­wi­nie­neś był od­wo­ły­wać de­baty - po­wie­działa Sko­vga­ard.

Za­dzwo­niła ko­mórka Hart­manna.

- Za­gi­nęła młoda dziew­czyna. Nie mia­łem wy­boru.

- Mówi The­rese - ode­zwał się głos w słu­chawce.

Hart­mann spoj­rzał na Rie Sko­vga­ard.

- Nie mogę te­raz, od­dzwo­nię.

- Nie roz­łą­czaj się, Tro­els. Nie je­steś aż tak za­jęty. Mu­simy się spo­tkać.

- To nie jest do­bry po­mysł.

- Ktoś zbiera na cie­bie kwity.

Hart­mann gło­śno wcią­gnął po­wie­trze.

- Kto?

- Dzwo­nił do mnie dzien­ni­karz. Nie chcę o tym roz­ma­wiać przez te­le­fon.

- Mamy tu o pią­tej im­prezę do­bro­czynną. Przy­jedź. Mogę wyjść na chwilę.

- A więc o pią­tej.

- The­rese...

- Pil­nuj się, Tro­els.

We­ber i Sko­vga­ard przy­glą­dali się sze­fowi.

- Coś, o czym po­win­ni­śmy wie­dzieć? - spy­tała Rie.

Theis Birk Lar­sen po­je­chał do N?r­re­bro, do domu, w któ­rym miesz­kali Lisa Ra­smus­sen, Oli­ver Schan­do­rff i parę in­nych dzie­cia­ków ze szkoły i uda­wali, że są do­ro­śli, pie­prząc się, z kim po­pad­nie, pi­jąc, ćpa­jąc i wy­dur­nia­jąc się.

Za­stał Lisę przed do­mem, wsia­dała wła­śnie na ro­wer. Przy­trzy­mał jej kie­row­nicę.

- Gdzie jest Nanna?

Dziew­czyna była ubrana jak na­sto­let­nia dziwka, tak jak one wszyst­kie. Nanna też by się tak ubie­rała, gdyby jej po­zwo­lił. Nie pa­trzyła mu w oczy.

- Już mó­wi­łam, że nie wiem.

Jego wielka pięść ani drgnęła.

- Gdzie ten gno­jek Schan­do­rff?

Spoj­rzała na ścianę.

- Tu­taj go nie ma. W każ­dym ra­zie nie ma go od piątku.

Po­chy­lił się i przy­su­nął twarz do jej twa­rzy.

- Gdzie jest?

Wresz­cie spoj­rzała mu w oczy. Wy­glą­dała, jakby pła­kała.

- Mó­wił, że jego ro­dzice wy­jeż­dżają na week­end. Pew­nie zo­stał u nich. Po im­pre­zie hal­lo­we­eno­wej...

Birk Lar­sen nie cze­kał, aż dziew­czyna skoń­czy.

Po dro­dze za­dzwo­nił do Per­nille.

- Wła­śnie roz­ma­wia­łem z Lisą - po­wie­dział. - Jadę po nią.

Usły­szał jedno krót­kie wes­tchnie­nie pełne ulgi.

- To znowu ten bo­gaty gów­niarz. Jego ro­dzice wy­je­chali. Pew­nie... - Nie chciał tego po­wie­dzieć ani po­my­śleć.

- Na pewno tam jest? Tak mówi Lisa?

Klu­czył w wie­czor­nych kor­kach. Ro­dzice Schan­do­rffa miesz­kali da­leko od cen­trum, na jed­nym z no­wych osie­dli na po­łu­dniu, nie­da­leko lot­ni­ska.

- Na pewno. Nie martw się.

Pła­kała. Sły­szał, że pła­cze. Chciałby ze­trzeć jej łzy swo­imi gru­bymi, szorst­kimi pa­lu­chami. Per­nille była piękna i wspa­niała. Jak Nanna, Emil i An­ton. Wszy­scy oni za­słu­gi­wali na wię­cej, niż im da­wał, i wkrótce mieli to do­stać.

- To nie po­trwa długo, ko­cha­nie. Obie­cuję.

Gdy Lund stała znowu mię­dzy na­gimi, ciem­nymi drze­wami, za­dzwo­nił Bu­chard.

- Śmi­gło­wiec. Trzy jed­nostki tech­ni­ków. Mam na­dzieję, że coś zna­leź­li­ście.

- Grób.

- Nie spy­ta­łaś mnie o zda­nie.

- Pró­bo­wa­łam. By­łeś na spo­tka­niu.

- By­łem na twoim przy­ję­ciu po­że­gnal­nym. Lu­dzie nie mó­wią "do wi­dze­nia" przy śnia­da­niu...

- Za­cze­kaj chwilę.

Przez las szedł do niej Meyer. Niósł coś w ra­mio­nach, coś przy­kry­tego pla­sti­kową płachtą. Ciało.

- Zna­leź­li­ście coś? - spy­tał Bu­chard.

Meyer odło­żył ciało na zie­mię, roz­chy­lił płachtę i po­ka­zał jej nie­ży­wego lisa. Sztywny i su­chy, ob­le­piony zie­mią. Na szyi miał chu­stę zu­chową i dru­cianą pę­tlę, która go udu­siła.

- We­zwijmy wszyst­kie dzie­ciaki z oko­licy. - Meyer pod­niósł lisa za tylne łapy. - Trzeba zwal­czać okru­cień­stwo wo­bec zwie­rząt.

- Nie - od­po­wie­działa Bu­char­dowi Lund. - Jesz­cze nie.

- Pa­kuj się, wra­caj i złóż mi ra­port. Może zdą­żymy jesz­cze wy­pić piwo, za­nim po­je­dziesz na lot­ni­sko.

Meyer przy­glą­dał jej się, trzy­ma­jąc sztywne zwie­rzę w rę­kach. Oczy lisa były czarne i szkli­ste, sierść uma­zana bło­tem.

- Po­znaj mo­jego no­wego ko­legę. Oto Li­sek - po­wie­dział z drwią­cym uśmie­chem. - Na pewno się po­lu­bi­cie.

Ko­lejne przy­ję­cie. Część po­li­tycz­nego ka­len­da­rza. Szansa, by po­znać, ne­go­cjo­wać, two­rzyć ko­ali­cje, pod­sy­cać ani­mo­zje.

Je­dze­nie za­pew­niła kor­po­ra­cja naf­towa, na­poje po­ten­tat trans­por­towy. Kwar­tet smycz­kowy grał Vi­val­diego. Mor­ten We­ber oma­wiał stra­te­gię, a Rie Sko­vga­ard kon­wer­so­wała z go­śćmi.

Uśmiech­nięty Hart­mann wy­mie­niał uści­ski rąk, ga­wę­dził. Na­gle za­dzwo­niła jego ko­mórka. Prze­pro­sił i od­da­lił się do swego ga­bi­netu.

Cze­kała na niego The­rese Kruse. Żona nud­nego ban­kiera, po­ważna, z ko­nek­sjami, atrak­cyjna, tward­sza, niż można by są­dzić z po­zoru, kilka lat młod­sza od niego.

- Nie­źle wy­pa­dasz w son­da­żach. Lu­dzie w rzą­dzie to wi­dzą.

- I słusz­nie. Pra­co­wa­li­śmy na to.

- To prawda.

- Zdo­by­łaś na­zwi­sko dzien­ni­ka­rza?

Po­dała mu kartkę. Erik Sa­lin.

- W ży­ciu o nim nie sły­sza­łem.

- Roz­py­ta­łam tro­chę. Pra­co­wał kie­dyś jako pry­watny de­tek­tyw. Te­raz jest wol­nym strzel­cem, sprze­daje kwity za naj­wyż­sze stawki. Ga­ze­tom. Ma­ga­zy­nom. Wi­try­nom in­ter­ne­to­wym. Każ­demu, kto płaci.

Wsu­nął kar­teczkę do kie­szeni.

- I?

- Sa­lin chciał wie­dzieć, czy za ho­tele pła­cisz wła­sną kartą kre­dy­tową, czy służ­bową. Czy ku­po­wa­łeś dużo pre­zen­tów. I ta­kie tam. Nic nie po­wie­dzia­łam, oczy­wi­ście.

Hart­mann na­pił się wina.

- Py­tał o nas - do­dała.

- Co po­wie­dzia­łaś?

- Wy­śmia­łam sam po­mysł, oczy­wi­ście. W końcu... - Krótki, gorzki uśmiech. - To nie było nic waż­nego, prawda?

- Uzgod­ni­li­śmy, że tak bę­dzie naj­le­piej, The­rese. Przy­kro mi. Nie mo­głem... - Urwał.

- Czego nie mo­głeś, Tro­els? Ry­zy­ko­wać?

- Co on wie?

- O nas? Nic. Zga­dy­wał. - Znowu zja­dliwy uśmiech. - Może wie­rzy, że je­śli prze­pyta od­po­wied­nią liczbę ko­biet, to na coś trafi. My­ślę jed­nak, że ma coś in­nego. Nie wiem skąd.

Hart­mann zer­k­nął na drzwi, upew­nił się, że są sami.

- Na przy­kład?

- Zu­peł­nie jakby wi­dział twój ka­len­darz. Spraw­dzał daty. Wie­dział, gdzie by­łeś i kiedy.

Hart­mann znowu spoj­rzał na na­zwi­sko, za­sta­no­wił się, czy obiło mu się o uszy.

- Nikt poza tym biu­rem nie wi­duje mo­jego ka­len­da­rza.

Wzru­szyła ra­mio­nami. Wstała. Otwo­rzyły się drzwi. Rie Sko­vga­ard przyj­rzała jej się ba­daw­czo.

- Tro­els - po­wie­działa ze sztyw­nym, po­dejrz­li­wym uśmie­chem. - Nie wie­dzia­łam, że masz go­ścia. Mu­sisz z kimś po­roz­ma­wiać.

Dwie ko­biety zmie­rzyły się wzro­kiem. Z na­my­słem. Nie trzeba było żad­nych słów.

- Już idę - od­rzekł.

Oli­ver Schan­do­rff był chu­dym dzie­więt­na­sto­lat­kiem z czu­pryną krę­co­nych ru­dych wło­sów i skwa­szoną, po­nurą twa­rzą. Wła­śnie pa­lił trze­ciego już dzi­siaj skręta, gdy przez drzwi wej­ściowe wpadł Theis Birk Lar­sen.

Schan­do­rff ze­sko­czył z fo­tela i co­fał się przed na­cie­ra­ją­cym wiel­kim, wście­kłym fa­ce­tem.

- Za­wo­łaj ją! - wrza­snął Birk Lar­sen. - Idziemy do domu.

- Halo! - krzyk­nął chło­pak, wy­ska­ku­jąc na ko­ry­tarz. - Tu jest dzwo­nek. To pry­watny dom.

- Nie za­dzie­raj ze mną, chłop­cze. Przy­sze­dłem po Nannę.

- Nanny tu nie ma.

Birk Lar­sen prze­mie­rzał par­ter wiel­kimi kro­kami, otwie­ra­jąc ko­lejne drzwi i wo­ła­jąc córkę.

Schan­do­rff po­dą­żał za nim, trzy­ma­jąc się w bez­piecz­nej od­le­gło­ści.

- Pa­nie Birk Lar­sen, mó­wię panu, że jej tu nie ma.

Theis wpadł z po­wro­tem na ko­ry­tarz. Na krze­śle przy ka­na­pie zo­ba­czył ubra­nia. Ró­żowy T-shirt, sta­nik, dżinsy.

Za­klął i ru­szył ku scho­dom.

Chło­pak zgłu­piał. Wy­prze­dził Birk Lar­sena i wal­nął go w klatkę pier­siową, krzy­cząc:

- Co pan robi? Co to...

Wielki fa­cet chwy­cił go za ko­szulkę, zniósł ze scho­dów do holu, usta­wił na­prze­ciwko drzwi wej­ścio­wych i za­ci­snął wielką dłoń w pięść.

Schan­do­rff ucichł.

Birk Lar­sen wró­cił na górę, po­ko­nu­jąc po dwa stop­nie na­raz. Wy­szedł na otwartą prze­strzeń, ogromną, taką, o któ­rej po­sia­da­niu nie mógł na­wet ma­rzyć, jak­kol­wiek ciężko by pra­co­wał i choćby miał nie wia­domo ile czer­wo­nych cię­ża­ró­wek.

Z sy­pialni po le­wej do­bie­gał ogłu­sza­jący rock. Cuch­nęło skrę­tami i sek­sem.

Sze­ro­kie łóżko ze zmię­to­lo­nym prze­ście­ra­dłem, skoł­tu­nioną koł­drą. Krę­cone blond włosy wy­sta­jące spod po­du­szek. Le­żała twa­rzą w dół, z dru­giej strony ster­czały bose stopy. Na­ćpana. Albo pi­jana. Albo jedno i dru­gie, czy na­wet go­rzej.

Spoj­rzał spode łba na Schan­do­rffa, który stał za nim z rę­koma w kie­sze­niach i z ta­kim uśmiesz­kiem, że Birk Lar­sen z tru­dem po­wstrzy­mał się, żeby nie ude­rzyć go w twarz.

Pod­szedł do łóżka, za­sta­na­wia­jąc się, jak to ro­ze­grać, od­su­nął koł­drę i po­wie­dział de­li­kat­nie:

- Nanna... Mu­sisz wra­cać do domu. Nie­ważne, co się stało. Je­dziemy...

Ko­bieta pod­nio­sła na niego wzrok, na jej twa­rzy ma­lo­wały się prze­ra­że­nie i wście­kłość. Też blon­dynka. Ten sam od­cień wło­sów. Mu­siała mieć ze dwa­dzie­ścia pięć lat.

- Mó­wi­łem panu - ode­zwał się Schan­do­rff. - Nanny tu w ogóle nie było. Je­śli mogę po­móc...

Birk Lar­sen wy­szedł na ze­wnątrz, za­sta­na­wia­jąc się, co ro­bić. Co po­wie­dzieć Per­nille? Gdzie te­raz je­chać? Nie lu­bił po­li­cji, ale może po­wi­nien z nimi po­ga­dać. Chciał coś wie­dzieć, coś zna­leźć.

Nad głową usły­szał huk. Śmi­gło­wiec. Z na­pi­sem "Po­liti" od spodu.

Kiedy tu je­chał, nie za­sta­na­wiał się za bar­dzo, w ja­kim punk­cie mia­sta się znaj­duje. Był pe­wien, że za­sta­nie Nannę w domu Oli­vera Schan­do­rffa. Nic wię­cej nie mu­siał wie­dzieć. Te­raz so­bie uświa­do­mił, że stąd jest już nie­da­leko do ba­gien na wschód od lot­ni­ska.

Per­nille po­wie­działa, że tam się to wszystko za­częło.

Lund wró­ciła na pła­ski te­ren Ka­lve­bod F?l­led, tam gdzie zna­leźli po­pla­mioną krwią ko­szulkę. Pa­trzyła na mapę.

- Zwi­jajmy się - za­rzą­dził Meyer, za­pa­la­jąc ko­lej­nego pa­pie­rosa.

Za­dzwo­nił jej te­le­fon.

- Je­dziesz do Szwe­cji czy nie? - spy­tał Bengt Ro­sling.

Mu­siała się chwilę za­sta­no­wić.

- Nie­długo - od­parła.

- Co byś po­wie­działa na pa­ra­pe­tówkę w so­botę? Mo­gli­by­śmy za­pro­sić Las­sego, Mis­san, Bos­sego i Janne.

Lund prze­mie­rzała wzro­kiem bled­nący ho­ry­zont, ża­łu­jąc, że nie może tro­chę spo­wol­nić czasu, by po­wstrzy­mać zmierzch.

- I mo­ich ro­dzi­ców - do­dał Bengt. - I twoją mamę.

Lund jesz­cze raz spoj­rzała na mapę, jesz­cze raz prze­bie­gła wzro­kiem ba­gna i las.

- Two­jej ma­mie urzą­dzimy po­kój go­ścinny - mó­wił da­lej Bengt.

Trójka dzie­cia­ków pro­wa­dziła ro­wery. Nio­sła wędki.

Mark ni­gdy nie cho­dził na ryby. Nikt go nie za­bie­rał.

- Faj­nie by było - po­wie­działa, ma­cha­jąc ręką na Mey­era, by ścią­gnąć jego uwagę.

- Nie chcę, żeby spała na ka­na­pie - cią­gnął Bengt.

Lund już go nie słu­chała. Ręka z te­le­fo­nem zwi­sała wzdłuż boku.

- Co tam jest? - spy­tała Mey­era.

- Też las. I ka­nał.

- Szu­ka­li­ście w wo­dzie?

Skrzy­wił się. Na­le­żał do lu­dzi, któ­rzy umieją wy­glą­dać wście­kle na­wet przez sen.

- Dziew­czyna po­bie­gła w drugą stronę!

Lund wró­ciła do te­le­fonu.

- Nie zdą­żymy na sa­mo­lot.

- Co?

- Ty leć, ja do­łą­czę ju­tro z Mar­kiem.

Meyer stał, ze skrzy­żo­wa­nymi ra­mio­nami, na zmianę wpy­cha­jąc do ust chipsy i za­cią­ga­jąc się pa­pie­ro­sem.

- Mamy nur­ków? I sprzęt? - spy­tała Lund.

- Mamy tu tylu lu­dzi, że wy­star­czy nam do wsz­czę­cia nie­wiel­kiej wojny. Może ze Szwe­cją? Spójrzmy praw­dzie w oczy. To je­dyny spo­sób, że­byś się tam udała.

Pod­je­chali ra­zem nad ka­nał. Cho­dzili w tę i z po­wro­tem. Przy ni­skim sta­lo­wym mostku wid­niały ślady opon. Zjeż­dżały z błot­ni­stego brzegu do czar­nej wody.

Po­sępna oko­lica pa­so­wała do stanu umy­słu Birk Lar­sena: la­bi­rynt śle­pych za­uł­ków i bez­sen­sow­nych za­krę­tów. La­bi­rynt bez wyj­ścia.

Je­chał i je­chał, pro­sto w ga­snący, szary za­chód słońca, co­raz da­lej, i nic nie znaj­do­wał. Ustało na­wet dud­nie­nie śmi­głowca. Per­nille to­wa­rzy­szyła mu w każ­dej bo­le­snej se­kun­dzie, jej prze­ni­kliwy, prze­ra­żony głos do­bie­gał z te­le­fonu przy­ci­śnię­tego do le­wego ucha The­isa.

- Gdzie ona jest?

Ile już razy o to py­tała? Ile razy on o to py­tał?

- Szu­kam.

- Gdzie?

Chciał po­wie­dzieć, że na Ka­lve­bod F?l­led. An­ton przy­je­chał tu kie­dyś z klasą na za­ję­cia przy­rod­ni­cze i opo­wia­dał o ro­ba­kach i wę­żach pra­wie przez cały dzień, za­nim za­po­mniał o ca­łym cho­ler­stwie.

Przed sobą zo­ba­czył świa­tła. Jedno z nich było nie­bie­skie.

- Wszę­dzie.

Nad ka­na­łem bie­gła wą­ska dróżka. Lund wpa­try­wała się w cię­ża­rówki, żu­raw sa­mo­jezdny, łań­cuch. W sa­mo­chód wy­ła­nia­jący się z po­nu­rej wody.

Patrz, myśl, wy­ob­raź so­bie.

Ktoś za­par­ko­wał na dróżce, przo­dem do wody. Po­tem wy­siadł, pchnął. Reszty do­ko­nała gra­wi­ta­cja.

Meyer stał koło Lund i pa­trzył na po­jazd wi­szący na tle nieba. Ze wszyst­kich czworga drzwi wy­le­wała się woda. La­kier był czarny, w ko­lo­rze ka­nału, ale też lśniący, jakby do­piero co auto wy­myto.

Ford, hatch­back. Nówka.

- Sprawdź nu­mery - po­le­ciła Lund w chwili, gdy uka­zała się ta­blica re­je­stra­cyjna.

Żu­raw stał na brzegu, dłu­gie ra­mię wy­się­gnika wi­siało nad ka­na­łem. Sa­mo­chód ko­ły­sał się te­raz nad tra­wia­stą ścieżką. Trzech funk­cjo­na­riu­szy kie­ro­wało nim po­woli, aż do­tknął ko­łami ziemi. Wy­glą­dałby zu­peł­nie zwy­czaj­nie, gdyby nie strugi cuch­ną­cego płynu wy­le­wa­ją­cego się spod wszyst­kich drzwi.

Meyer skoń­czył roz­mowę te­le­fo­niczną. Po­de­szli we dwójkę i zaj­rzeli przez okna. Pu­sto.

Ro­leta za­sła­niała wi­dok na wnę­trze ba­gaż­nika.

Meyer spró­bo­wał otwo­rzyć tylną klapę. Za­blo­ko­wana.

- Przy­niosę łom - po­wie­dział.

Za nimi bły­snęły świa­tła. Lund od­wró­ciła się i spoj­rzała. Chyba fur­go­netka. W świa­tłach ra­dio­wo­zów wy­da­wała się czer­wona.

Birk Lar­sen cią­gle trzy­mał te­le­fon przy uchu, gdy do­tarł do ta­śmy po­li­cyj­nej. Tak bli­sko, że nie mógł zli­czyć mi­ga­ją­cych za nią nie­bie­skich świa­teł. Usta­wili prze­no­śne re­flek­tory stru­mie­niowe, ta­kie jak na me­czach.

Coś się działo w jego gło­wie. Serce ło­mo­tało mu tak mocno, że czuł, jak ude­rza o że­bra.

- Za­cze­kaj chwilę - rzu­cił do te­le­fonu, ale nie usły­szał od­po­wie­dzi żony.

Wy­siadł. Po­szedł da­lej.

- Gdzie je­steś? - spy­tała Per­nille.

- Na ba­gnach w Ve­sta­ma­ger.

Po chwili pa­dło ko­lejne py­ta­nie:

- Po­li­cja cią­gle tam jest?

Dwóch funk­cjo­na­riu­szy pró­bo­wało go za­trzy­mać. Birk Lar­sen ode­pchnął ich ru­chem po­tęż­nego ra­mie­nia i szedł da­lej w stronę ni­skiego sta­lo­wego mostka nad wą­skim ka­na­łem.

- Wy­ja­śnię to, mó­wi­łem ci.

- Theis.

Po­li­cjan­tów zro­biło się wię­cej. Chwy­tali go za­cie­kle, gdy parł przed sie­bie, od­trą­ca­jąc ich dło­nie, na­dal z te­le­fo­nem przy uchu.

Po­mimo za­mie­sza­nia wciąż sły­szał jej głos.

- Co tam jest, Theis? Co tam jest?!

Gdzieś przed sobą usły­szał dźwięk.

Chlu­sta­ją­cej wody.

Chlu­sta­jąca woda. Wy­pły­nęła ka­skadą z ba­gaż­nika, gdy Meyer otwo­rzył go ło­mem. Wielką falą wy­lała się na błot­ni­stą zie­mię.

Smród przy­brał na sile.

Lund wrzu­ciła do ust ko­lejną gumę i cze­kała.

Na lśniący tylny zde­rzak wy­pa­dły gołe nogi. Po­świe­ciła la­tarką. Kostki skrę­po­wane pla­sti­kową opa­ską za­ci­skową.

Na­gle ruch. Wę­żo­waty ciemny kształt wił się i wił wo­kół mar­twych bla­dych koń­czyn, przy­wie­ra­jąc do skóry, speł­za­jąc do stóp i da­lej, przez zde­rzak, na zie­mię.

Je­den z mun­du­ro­wych za­czął wy­mio­to­wać na żółtą trawę.

- Co to za dźwięk? - spy­tała Lund, przy­su­wa­jąc się do sa­mo­chodu.

Meyer kiw­nął głową w stronę wy­mio­tu­ją­cego.

- Nie py­tam o niego - spro­sto­wała.

Ochry­pły, do­no­śny, wście­kły głos.

Lund pa­trzyła, jak reszta wody wy­cieka z ba­gaż­nika. Jesz­cze dwa wę­go­rze wy­do­stały się na wol­ność. Przy­su­nęła się i wsa­dziła głowę do środka. Blond włosy już nie wy­glą­dały tak jak na zdję­ciach.

Ale twarz...

We wście­kłym ryku sły­chać było imię.

- O Jezu - jęk­nął Meyer. - Jej oj­ciec tu jest.

Theis Birk Lar­sen był wiel­kim, sil­nym męż­czy­zną. Dużo czasu mi­nęło, od­kąd wal­czył z po­li­cją. Nie­które rze­czy na długo zo­stają w pa­mięci. Dwa szyb­kie ciosy pię­ścią, ryk i już znowu po­su­wał się do przodu, w stronę czar­nego mostka.

Tam na dro­dze obok la­wety wi­dział sa­mo­chód. Wo­kół niego krę­ciły się ciemne po­staci.

Te­le­fon wró­cił na miej­sce przy uchu.

- Theis! - krzy­czała Per­nille.

- Po­ga­dam z nimi.

Znowu miał na ple­cach po­li­cjan­tów, któ­rych wcze­śniej ode­pchnął. Tym ra­zem było ich wię­cej. Za dużo.

Od sa­mo­chodu na dro­dze ru­szyła ku niemu ko­bieta, szła mia­ro­wym kro­kiem. W ostrych świa­tłach re­flek­to­rów zo­ba­czył, że ma po­ważną twarz, dłu­gie brą­zowe włosy i błysz­czące, smutne, za­tro­skane oczy.

- Na mi­łość bo­ską, Theis... - wyła Per­nille.

Po­ko­nali go, sze­ściu gli­nia­rzy, może sied­miu. Wolną miał już tylko rękę, którą trzy­mał te­le­fon przy uchu. Sta­nął, wy­ry­wa­jąc się.

- Je­stem oj­cem Nanny - ode­zwał się jak naj­spo­koj­niej. - Chcę wie­dzieć, co się dzieje.

Ko­bieta prze­szła nad ko­lejną czer­wono-białą ta­śmą. Nic nie mó­wiła, zbli­żała się do niego zde­cy­do­wa­nym kro­kiem, pa­trząc mu pro­sto w twarz i żu­jąc gumę.

- Czy to moja córka? - spy­tał z ję­kiem ja­kiś głos, na pewno nie jego.

- Nie może pan tu zo­stać.

Per­nille tkwiła w jego uchu, w gło­wie, cała w jed­nym je­dy­nym py­ta­niu:

- Theis?

Ko­bieta sta­nęła przed nim.

- Czy tam jest Nanna? - spy­tał znowu.

Mil­czała.

- Tak?

Ko­bieta tylko kiw­nęła głową.

Ryk na­ro­dził się w głębi jego trzewi, wy­peł­nił go, wy­buchł i po­niósł się w wil­gotne, nocne po­wie­trze. Tak gło­śny i pe­łen nie­ro­zu­mie­ją­cego żalu i wście­kło­ści, że mógłby o wła­snych si­łach do­trzeć do Ko­pen­hagi.

Ale Theis miał te­le­fon. Ryk nie był ko­nie­czny. Gdy Theis się wy­ry­wał, krzy­czał, że chce ją zo­ba­czyć, Per­nille była z nim, też krzy­czała.

Oj­ciec i matka. Stra­cili dziecko.

Na­gle cała ta wście­kłość, cała po­tęga ule­ciały. Theis Birk Lar­sen za­mie­nił się w łka­ją­cego, zła­ma­nego czło­wieka, sła­bego i zroz­pa­czo­nego. Pod­trzy­my­wały go te same ra­miona, które jesz­cze przed chwilą po­ko­nał swoją ogromną siłą.

- Chcę zo­ba­czyć swoją córkę - bła­gał.

- Nie może pan - po­wie­działa tamta ko­bieta. - Bar­dzo mi przy­kro.

Z pra­wej ręki męż­czy­zny do­bie­gało ci­chut­kie wy­cie. Lund po­de­szła, roz­chy­liła mu palce. Te spra­co­wane. Silne i po­ka­le­czone, o gru­bej, stward­nia­łej skó­rze.

Nie za­pro­te­sto­wał, gdy wzięła od niego te­le­fon, spoj­rzała na imię na wy­świe­tla­czu.

- Per­nille... mówi Lund. Nie­długo ktoś po pa­nią przy­je­dzie.

Po­tem wrzu­ciła te­le­fon do kie­szeni, kiw­nęła funk­cjo­na­riu­szom, by za­brali Birk Lar­sena, i ru­szyła z po­wro­tem do wy­ło­wio­nego forda, który czarny i błysz­czący stał przy żu­ra­wiu.

Uwi­jała się przy nim ekipa tech­ni­ków, funk­cjo­na­riu­sze w ubra­niach ochron­nych. Nie mu­siała już nic oglą­dać.

Czarny sa­mo­chód. Mo­kry i lśniący. Meyer miał ra­cję - mu­siał być nowy, czy­sty.

Mey­era zna­la­zła przy żu­ra­wiu. Pa­lił pa­pie­rosa i krę­cił głową.

- Mamy wła­ści­ciela - po­wie­dział. - Nie uwie­rzysz.

Lund sta­nęła przy nim i cze­kała.

- Wóz na­leży do sztabu wy­bor­czego Tro­elsa Hart­manna.

- Tego po­li­tyka?

Meyer jed­nym pal­cem wy­strze­lił pa­pie­rosa w stronę ka­nału.

- Za­stępcy bur­mi­strza do spraw edu­ka­cji. Tak. O nim mó­wię. O tym cho­dzą­cym ide­ale.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki