The Inheritance Games Tom III Ostatni gambit - Jennifer Lynn Barnes

Kup ebooka

38.00 zł
29.64 zł (28,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 5

Następ­nego dnia po prze­bu­dze­niu zo­ba­czy­łam moją ba­lową suk­nię roz­cią­gniętą na końcu łóżka. Ja­me­son spał koło mnie. Po­wstrzy­ma­łam się przed do­tknię­ciem pal­cami jego mocno za­ry­so­wa­nej szczęki albo po­gła­ska­niem opusz­kami dłu­giej bli­zny, która prze­ci­nała jego tors.

Py­ta­łam go wiele razy, skąd ma tę bli­znę, i usły­sza­łam od niego mnó­stwo róż­nych od­po­wie­dzi. Za każ­dym ra­zem co in­nego było winne oka­le­cze­nia. Ostra skała. Sta­lowy pręt. Szyba sa­mo­chodu.

Li­czy­łam na to, że pew­nego dnia do­cze­kam się szcze­rej od­po­wie­dzi.

Po­zwo­li­łam so­bie na jesz­cze krótką chwilę u jego boku, po czym wy­mknę­łam się z łóżka, się­gnę­łam po moją przy­pinkę Haw­thorne'ów, ubra­łam się i ze­szłam na par­ter.

Gray­son sie­dział w ja­dalni. Sam.

- Nie są­dzi­łam, że jesz­cze wró­cisz do domu - po­wie­dzia­łam, za­jąw­szy miej­sce na­prze­ciw niego wbrew in­stynk­towi, który pod­po­wia­dał mi, że­bym tego nie ro­biła.

- Z teo­re­tycz­nego punktu wi­dze­nia to już nie jest mój dom. - Mó­wił ci­cho, ale jego głos wy­peł­nił po­kój ni­czym fala przy­pływu. - Już bar­dzo nie­długo wszystko tu ofi­cjal­nie sta­nie się twoją wła­sno­ścią.

Nie był to wy­rzut ani skarga. Gray­son stwier­dził po pro­stu fakt.

- To nie zna­czy, że co­kol­wiek musi się zmie­nić - po­wie­dzia­łam.

- Avery. - Prze­ni­kliwe blade oczy pa­trzyły pro­sto na mnie. - Wszystko musi się zmie­nić. Ty mu­sisz się zmie­nić.

Przed moim przy­by­ciem Gray­son był wska­zy­wany jako oczy­wi­sty spad­ko­bierca ro­dzin­nej for­tuny. Mo­głam uwa­żać go za eks­perta w kwe­stii tego, co musi zo­stać w tym celu zro­bione.

Jako je­dyna wie­dzia­łam o nim coś jesz­cze. Pod ma­ską sta­ło­ści i opa­no­wa­nia Gray­son kru­szał, za­czy­nał się roz­sy­py­wać. Nie mo­głam tego gło­śno po­wie­dzieć, nie mo­głam zdra­dzić, że w ogóle krążą mi po gło­wie tego ro­dzaju my­śli, za­tem po­zo­sta­łam przy bie­żą­cym te­ma­cie roz­mowy.

- A je­śli w po­je­dynkę nie zdo­łam tego zro­bić? - za­py­ta­łam.

- Nie je­steś sama. - Gray­son na dłu­żej za­trzy­mał wzrok na mo­jej twa­rzy, a po­tem po­woli, roz­myśl­nie prze­rwał ów kon­takt. - Co roku w dniu na­szych uro­dzin - po­wie­dział po na­my­śle - se­nior wzy­wał nas do swo­jego ga­bi­netu.

Sły­sza­łam już wcze­śniej tę hi­sto­rię.

- In­we­stuj. Roz­wi­jaj. Twórz - pod­po­wie­dzia­łam.

Bra­cia Haw­thorne'owie już od dzie­ciń­stwa do­sta­wali co roku na uro­dziny dzie­sięć ty­sięcy do­la­rów, które mo­gli in­we­sto­wać w do­wolny spo­sób. Mieli też wy­brać ta­lent albo hobby warte roz­wi­ja­nia bez względu na koszty. Na końcu To­bias Haw­thorne da­wał im uro­dzi­nowe za­da­nie - po­le­ga­jące na wy­my­śle­niu, stwo­rze­niu lub do­ko­na­niu cze­goś waż­nego albo spra­wie­niu, żeby to coś stało się fak­tem.

- In­we­stuj. Tę część wkrótce bę­dziesz miała za­ła­twioną. Roz­wi­jaj. Po­win­naś wy­brać to, czego pra­gniesz dla wła­snego do­bra. Nie cho­dzi o przed­miot ani do­świad­cze­nie, lecz o umie­jęt­ność. - Cze­ka­łam, aż Gray­son za­pyta mnie, na jaką zdol­ność się zde­cy­duję, ale tego nie zro­bił. Bez słowa wy­jął z we­wnętrz­nej kie­szeni ma­ry­narki no­tes w skó­rza­nej okładce i prze­su­nął go do mnie po bla­cie biurka. - W ra­mach uro­dzi­no­wego za­da­nia bę­dziesz mu­siała uło­żyć plan.

Skóra miała głę­boki, in­ten­syw­nie brą­zowy ko­lor i była miękka w do­tyku. Brzegi kar­tek nie scho­dziły się ide­al­nie równo, jakby no­tes zszyto ręcz­nie.

- Za­pewne po­win­naś za­cząć od jak naj­lep­szej orien­ta­cji w kwe­stiach fi­nan­so­wych. Zdo­byw­szy tę wie­dzę, za­sta­nów się nad swoją przy­szło­ścią i spo­rządź mapę zo­bo­wią­zań do­ty­czą­cych czasu oraz pie­nię­dzy na naj­bliż­sze pięć lat.

Otwo­rzy­łam no­tes. Grube, kre­mowe kartki były pu­ste.

- Na­pisz to so­bie - in­stru­ował mnie da­lej Gray­son. - A po­tem pod­rzyj i prze­pisz od nowa. Po­wta­rzaj ten cykl, do­póki nie uzy­skasz planu, który ma szansę po­wo­dze­nia.

- Do­brze wiesz, co sam zro­bił­byś na moim miej­scu.

Mo­gła­bym przy­jąć za­kład o całą moją for­tunę, że on już miał taki dzien­nik oraz go­towy plan.

Gray­son znowu skie­ro­wał wzrok ku mo­jej twa­rzy.

- Ty nie je­steś mną.

Za­sta­no­wiło mnie, czy kto­kol­wiek na Ha­rvar­dzie - choćby je­den czło­wiek - wie­dział o nim przy­naj­mniej jedną dzie­siątą tego, co wie­dzia­łam ja oraz jego bra­cia.

- Obie­ca­łeś mi po­moc. - Słowa wy­mknęły mi się, za­nim zdą­ży­łam ugryźć się w ję­zyk. - Po­wie­dzia­łeś, że na­uczysz mnie wszyst­kiego, co mu­szę umieć.

Zna­łam Gray­sona Haw­thorne'a na tyle do­brze, by wie­dzieć, że nie mu­szę mu wy­po­mi­nać nie­do­trzy­ma­nia obiet­nicy. Nie mia­łam prawa żą­dać od niego do­trzy­ma­nia słowa w tej spra­wie - ani w żad­nej in­nej. Cho­dzi­łam z Ja­me­so­nem. Ko­cha­łam Ja­me­sona. Od Gray­sona zaś przez całe jego cho­lerne ży­cie wy­ma­gano zbyt wiele.

- Prze­pra­szam - po­wie­dzia­łam. - To nie twój pro­blem.

- Nie rób tego - po­wie­dział ostro Gray­son. - Nie patrz na mnie tak, jak­bym był wy­bra­ko­wany.

Wiem, że nie je­steś wy­bra­ko­wany. Już raz mu to po­wie­dzia­łam. Wtedy mi nie uwie­rzył. Te­raz nie mia­łam po­wodu są­dzić, że bę­dzie ina­czej.

- Alisa chce, żeby za­rząd po­wier­ni­czy kon­tro­lo­wał fi­nanse - po­wie­dzia­łam, bo by­łam mu winna przy­naj­mniej zmianę te­matu.

Gray­son za­re­ago­wał unie­sie­niem brwi.

- Oczy­wi­ście, że tego chce.

- Jesz­cze się na nic nie zgo­dzi­łam.

Le­dwo wi­doczny uśmiech po­ja­wił się w ką­ci­kach jego ust.

- Oczy­wi­ście, że nie.

Za­nim zdą­ży­łam od­po­wie­dzieć, w drzwiach sta­nął Oren.

- Przed chwilą dzwo­nił je­den z mo­ich lu­dzi - zwró­cił się do mnie. - Ktoś się do­bija do bramy.

W moim umy­śle za­brzę­czał dzwo­nek alarmu - Oren miał wszel­kie atuty, by sa­mo­dziel­nie ra­dzić so­bie z nie­pro­szo­nymi go­śćmi. "Skye? A może Ricky?". Matka Gray­sona i mój wiecz­nie spłu­kany i nie­obecny oj­ciec już opu­ścili wię­zie­nie, gdzie tra­fili za za­mach na mnie, który o dziwo nie oni za­pla­no­wali. To jed­nak nie zna­czyło, że prze­stali sta­no­wić za­gro­że­nie.

- Kto to? - Rysy twa­rzy Gray­sona wy­ostrzyły się ni­czym szpady.

Oren po­pa­trzył na mnie cier­pli­wie i od­po­wie­dział:

- Twier­dzi, że ma na imię Eve.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

ROZ­DZIAŁ 3

Kolejne ty­go­dnie zlały się w je­den ciąg gali cha­ry­ta­tyw­nych, eg­za­mi­nów na wstępny rok stu­diów, wie­czor­nych roz­mów z Ja­me­so­nem i zbyt wielu go­dzin spę­dzo­nych na za­sta­na­wia­niu się, czy Gray­son w końcu od­bie­rze cho­lerny te­le­fon.

"Skup się". Wy­par­łam z głowy wszyst­kie my­śli i wy­ce­lo­wa­łam. Po­pa­trzy­łam wzdłuż lufy, na­bra­łam po­wie­trza do płuc, wy­pu­ści­łam je i od­da­łam strzał... a po­tem jesz­cze je­den i na­stępny.

W po­sia­dło­ści Haw­thorne'ów dało się zna­leźć wszystko, na­wet pry­watną strzel­nicę. Broń ni­gdy mnie nie po­cią­gała. Nie wi­dzia­łam w niej nic faj­nego. Nie uśmie­chało mi się jed­nak po­czu­cie, że by­łam kom­plet­nie bez­bronna. Z wy­sił­kiem roz­war­łam za­ci­śniętą szczękę, opu­ści­łam broń i zdję­łam ochra­nia­cze z uszu.

Nash obej­rzał tar­czę.

- Cał­kiem mały roz­rzut, młoda.

Teo­re­tycz­nie nie po­trze­bo­wa­łam pi­sto­letu - ani noża za cho­lewą buta. Teo­re­tycz­nie po­sia­dłość Haw­thorne'ów była kom­plet­nie nie­do­stępna, a kiedy wy­cho­dzi­łam poza jej ob­ręb, za­wsze to­wa­rzy­szyła mi uzbro­jona ochrona.

Jed­nak od­kąd moje na­zwi­sko zna­la­zło się w te­sta­men­cie To­biasa Haw­thorne'a, strze­lano do mnie, nie­mal wy­sa­dzono mnie w po­wie­trze oraz upro­wa­dzono. Teo­ria nie uchro­niła mnie przed kosz­ma­rami.

Zdo­łały tego do­ko­nać na­uki Na­sha, który tre­no­wał mnie w sztuce sa­mo­obrony.

- Czy twoja praw­niczka przy­nio­sła ci już pa­piery do­ty­czące za­rządu po­wier­ni­czego? - za­py­tał jakby ni­gdy nic.

Moja praw­niczka była jego eks­dziew­czyną, więc znał ją aż na­zbyt do­brze.

- Może tak, a może nie - od­par­łam.

Na­dal dźwię­czały mi w uszach słowa Alisy: "Zwy­kle w przy­padku tak mło­dego spad­ko­biercy jak ty wpro­wa­dzono by pewne za­bez­pie­cze­nia. Pan Haw­thorne uznał, że to nie­po­trzebne, za­tem jest to opcja, którą sama po­win­naś wziąć pod uwagę". We­dług Alisy, gdy­bym po­wie­rzyła pie­nią­dze za­rzą­dowi, jego człon­ko­wie sta­liby na straży ma­jątku i dbali o jego po­mna­ża­nie w moim imie­niu. Sama Alisa oraz jej part­ne­rzy z kan­ce­la­rii McNa­mara, Or­tega, and Jo­nes rzecz ja­sna z chę­cią wy­stą­pi­liby w roli owego za­rządu, a mnie oczy­wi­ście nie od­ma­wiano by ni­czego, o co ze­chcia­ła­bym po­pro­sić. "W pełni od­wo­ły­walny za­rząd po­wier­ni­czy po pro­stu zmi­ni­ma­li­zuje cią­żącą na to­bie pre­sję, do­póki nie bę­dziesz go­towa, aby prze­jąć lejce".

- Przy­po­mnij mi jesz­cze raz. - Nash po­chy­lił się, żeby po­chwy­cić mój wzrok. - Ja­kie mamy za­sady do­ty­czące nie­czy­stych za­grań?

Tu już bez wąt­pie­nia nie był tak sub­telny, za ja­kiego się uwa­żał, kiedy na­wią­zy­wał do Alisy Or­tegi, mimo to od­po­wie­dzia­łam na jego py­ta­nie.

- Nie ist­nieje coś ta­kiego jak nie­czy­sta gra - oświad­czy­łam. - O ile pro­wa­dzi do zwy­cię­stwa.

ROZ­DZIAŁ 4

Rano w dniu mo­ich osiem­na­stych uro­dzin - a jed­no­cze­śnie po­czątku je­sien­nej prze­rwy se­me­stral­nej w pre­sti­żo­wej szkole He­ights Co­un­try - zbu­dzi­łam się i uj­rza­łam wi­szącą w wej­ściu do mo­jego po­koju nie­wy­mow­nie piękną suk­nię ba­lową. Miała głę­boki gra­na­to­wo­zie­lony ko­lor, się­gała do pod­łogi, a jej górną część zdo­biły dzie­siątki ty­sięcy ma­lut­kich czar­nych klej­no­ci­ków ukła­da­ją­cych się w ciemny, hip­no­ty­zu­jący wzór.

To była suk­nia przy­cią­ga­jąca wzrok ni­czym ma­gnes. Suk­nia, która za­pie­rała dech w pier­siach i ścią­gała nie­ustanną uwagę.

Po­ka­zowa suk­nia na urzą­dzane z wielką pompą wi­do­wi­ska słu­żące kar­mie­niu ta­blo­idów i hasz­ta­gow­ców. "Do dia­bła, Aliso". Po­de­szłam ostroż­nie do sukni, czu­jąc, że wzbiera we mnie bunt... i na­gle zo­ba­czy­łam bi­le­cik przy­wią­zany do wie­szaka: WŁÓŻ MNIE, JE­ŚLI SIĘ NIE BO­ISZ.

To nie był cha­rak­ter pi­sma Alisy.

Za­sta­łam Ja­me­sona na skraju Black Wood. Miał na so­bie biały frak, który aż za do­brze na nim le­żał. Stał koło... ba­lonu na roz­grzane po­wie­trze. Se­rio.

"Ja­me­son Win­che­ster Haw­thorne". Pod­bie­głam, jakby ciężka suk­nia ba­lowa w ogóle nie spo­wal­niała mo­ich ru­chów i jak­bym nie no­siła noża przy­pię­tego pa­skami do uda.

Ja­me­son po­chwy­cił mnie, na­sze ciała zde­rzyły się ze sobą.

- Wszyst­kiego naj­lep­szego, dzie­dziczko.

Jedne po­ca­łunki były czułe, de­li­katne... a inne dzi­kie jak ogień.

W końcu przedarł się do mo­jej świa­do­mo­ści fakt, że mamy pu­blicz­ność. Oren za­cho­wy­wał się dys­kret­nie. Nie pa­trzył wprost na nas, ale mój szef ochrony na pewno nie za­mie­rzał po­zwo­lić Ja­me­so­nowi Haw­thorne'owi od­le­cieć tylko ze mną.

Nie­chęt­nie od­su­nę­łam się o krok.

- Lot ba­lo­nem? - za­py­ta­łam Ja­me­sona z prze­ką­sem. - Na­prawdę?

- Po­wi­nie­nem był cię uprze­dzić, dzie­dziczko... - Ja­me­son pod­cią­gnął się na brzeg gon­doli, prze­rzu­cił nogę na drugą stronę i wy­lą­do­wał w środku na ugię­tych ko­la­nach. - Je­stem nie­bez­piecz­nie do­bry w nie­spo­dzian­kach uro­dzi­no­wych.

Ja­me­son Haw­thorne był nie­bez­piecz­nie do­bry w wielu rze­czach.

Po­dał mi rękę. Chwy­ci­łam ją i na­wet nie pró­bo­wa­łam uda­wać, że przy­zwy­cza­iłam się do ta­kiego trak­to­wa­nia - do wszyst­kiego, co ro­bił. Do niego sa­mego. Mo­głoby upły­nąć mi­lion lat, a ja wciąż od nowa dzi­wi­ła­bym się ży­ciu, które za­pi­sał mi w spadku To­bias Haw­thorne.

Oren wsiadł do ba­lonu od razu po mnie i za­pa­trzył się na ho­ry­zont. Ja­me­son rzu­cił liny i pod­pa­lił ogień.

Po­szy­bo­wa­li­śmy w górę.

Wy­soko w po­wie­trzu pa­trzy­łam z ser­cem w gar­dle na Haw­thorne Ho­use.

- Jak się tym ste­ruje? - za­py­ta­łam Ja­me­sona, kiedy wszystko z wy­jąt­kiem nas i mo­jego bar­dzo dys­kret­nego ochro­nia­rza stało się małe, od­le­głe.

- Ni­jak. - Ra­miona Ja­me­sona oplo­tły mój tu­łów. - Cza­sami, dzie­dziczko, trzeba po pro­stu spraw­dzić, w którą stronę wieje wiatr, i usta­lić kurs.

Ba­lon sta­no­wił je­dy­nie po­czą­tek atrak­cji. Ja­me­son Haw­thorne nic nie ro­bił na pół gwizdka.

Pik­nik w ukry­tym miej­scu.

Lot he­li­kop­te­rem nad za­tokę.

Ucieczka przed pa­pa­raz­zimi.

Wolny ta­niec boso na plaży.

Ocean. Klif. Za­kład. Wy­ścig. Wy­zwa­nie. "Za­pa­mię­tam to na długo" - ta­kie emo­cje to­wa­rzy­szyły mi pod­czas po­dróży he­li­kop­te­rem do domu. "Wszystko zo­sta­nie na długo w mo­jej pa­mięci". Na­wet po upły­wie wielu lat wciąż będę to czuła. Cię­żar sukni, wiatr na twa­rzy. Roz­grzany od słońca pia­sek na mo­jej skó­rze i tru­skawki w cze­ko­la­dzie roz­pły­wa­ją­cej się na moim ję­zyku.

O za­cho­dzie słońca już zbli­ża­li­śmy się do domu. To był per­fek­cyjny dzień. Żad­nych tłu­mów. Żad­nych ce­le­bry­tów. Żad­nego...

- Przy­ję­cie - jęk­nę­łam, kiedy he­li­kop­ter zbli­żył się do po­sia­dło­ści Haw­thorne'ów i po­pa­trzy­łam w dół.

Ogród z ozdob­nie przy­strzy­żo­nymi ro­śli­nami oraz przy­le­ga­jący do niego traw­nik były oświe­tlone ty­sią­cami ma­lut­kich lam­pek - i to jesz­cze nie było naj­gor­sze.

- Le­piej żeby to nie był par­kiet do tańca - po­wie­dzia­łam do Ja­me­sona po­nuro.

Ja­me­son usta­wił śmi­gło­wiec do lą­do­wa­nia, od­chy­lił głowę w tył i się uśmiech­nął.

- A nie sko­men­tu­jesz dia­bel­skiego młyna?

Nic dziw­nego, że mu­siał mnie wy­cią­gnąć na cały dzień z domu.

- Już nie ży­jesz, Haw­thorne.

Ja­me­son zga­sił sil­nik.

- Na szczę­ście, dzie­dziczko, męż­czyźni z rodu Haw­thorne'ów mają dzie­więć żyć.

Kiedy wy­sie­dli­śmy i ru­szy­li­śmy pie­szo w kie­runku ogrodu, zer­k­nę­łam na Orena i zmru­ży­łam oczy.

- Ty o wszyst­kim wie­dzia­łeś - rzu­ci­łam oskar­ży­ciel­sko.

- Moż­liwe, że po­ka­zano mi li­stę go­ści, któ­rych na­le­żało spraw­dzić przed wpusz­cze­niem na te­ren po­sia­dło­ści. - Mina szefa mo­jej ochrony zda­wała się ab­so­lut­nie nie­prze­nik­niona... do­póki im­preza nie zna­la­zła się w za­sięgu na­szego wzroku. W tym mo­men­cie Oren nie­mal się uśmiech­nął. - Nie­wy­klu­czone też, że zgło­si­łem za­strze­że­nia co do kilku osób na owej li­ście.

Po chwili oka­zało się, że mó­wiąc o kilku oso­bach, miał na my­śli pra­wie wszyst­kich.

Par­kiet zo­stał za­słany płat­kami róż i ozdo­biony sznu­rami de­li­kat­nych lam­pek, które prze­ci­nały się nad na­szymi gło­wami i lśniły sła­bym świa­tłem ni­czym świe­tliki w nocy. Kwar­tet smycz­kowy grał, ma­jąc po le­wej stro­nie tort w stylu, któ­rego spo­dzie­wa­ła­bym się ra­czej na kró­lew­skim we­selu. W od­dali ob­ra­cał się dia­bel­ski młyn. Kel­ne­rzy w smo­kin­gach no­sili tace z szam­pa­nem i hors d'oeu­vres.

Nie było jed­nak ni­kogo z go­ści.

- Po­doba ci się? - Libby wy­ro­sła na­gle jak spod ziemi. Ubrana jak po­stać z go­tyc­kiej ba­śni, uśmie­chała się od ucha do ucha. - Chcia­łam, żeby to były płatki czar­nych róż, ale te też są ładne.

- Co to wła­ści­wie jest? - za­py­ta­łam le­dwo sły­szal­nym gło­sem.

Sio­stra szturch­nęła mnie ra­mie­niem.

- Na­zwa­li­śmy to ba­lem in­tro­wer­tyka.

- Ni­kogo tu nie ma.

Po­czu­łam, że na mo­jej twa­rzy też po­ja­wia się uśmiech.

- Nie­prawda - od­parła we­soło Libby. - Ja je­stem. Nash krę­cił no­sem na ele­ganc­kie po­trawy, więc przy­dzie­lił so­bie za­da­nie mi­strza grilla. Pan Lau­gh­lin ob­słu­guje dia­bel­ski młyn pod czuj­nym okiem pani Lau­gh­lin. Thea i Re­becca wy­mknęły się w me­gau­stronny kąt za rzeź­bami lo­do­wymi. Xan­der pil­nuje nie­spo­dzianki dla cie­bie, a tam są Zara i Bu­nia!

Ob­ró­ci­łam się do­kład­nie w chwili, w któ­rej po­czu­łam dźgnię­cie koń­cem la­ski. Bab­cia Ja­me­sona pa­trzyła na mnie groź­nie, tym­cza­sem jego ciotka zda­wała się w dys­kretny spo­sób roz­ba­wiona.

- Ty, dziew­czę - zwró­ciła się do mnie Bu­nia sło­wem, które w jej ustach już zdą­żyło się stać za­stęp­czą wer­sją mo­jego imie­nia. - W tym de­kol­cie wy­glą­dasz jak la­dacz­nica. - Po­gro­ziła mi la­ską, a po­tem mruk­nęła: - I tak trzy­maj.

- Zga­dzam się z nią - do­biegł głos z mo­jej le­wej strony. - Wszyst­kiego naj­zę­bist­szego z oka­zji osiem­nastki, moja śliczna la­fi­flą­dro.

- Max? - Wbi­łam wzrok w moją naj­lep­szą przy­ja­ciółkę, a po­tem prze­nio­słam go z po­wro­tem na Libby.

- Nie­spo­dzianka!

Ja­me­son koło mnie prych­nął kpiąco.

- Alisa chyba mo­gła od­nieść wra­że­nie, że szy­kuje się o wiele więk­sza im­preza.

Wiel­kiego przy­ję­cia jed­nak nie było. Przy­szli­śmy tylko... my.

Max oto­czyła mnie ra­mie­niem.

- Za­py­taj mnie, jak jest w col­lege'u!

- Jak jest w col­lege'u? - za­py­ta­łam na­dal kom­plet­nie oszo­ło­miona.

Max wy­szcze­rzyła zęby.

- Nie tak roz­ryw­kowo, jak na sko­kach śmierci z dia­bel­skiego młyna.

- Na sko­kach śmierci z dia­bel­skiego młyna? - po­wtó­rzy­łam.

Coś mi pod­po­wia­dało, że to po­mysł Xan­dra. Wie­dzia­łam na sto pro­cent, że tych dwoje cały czas utrzy­my­wało ze sobą kon­takt.

- Kto wy­grywa? - Ja­me­son prze­chy­lił na bok głowę.

Max od­po­wie­działa, ale nie zdą­ży­łam za­re­je­stro­wać w gło­wie jej słów, bo uj­rza­łam ruch ką­tem oka - a może go wy­czu­łam. Wy­czu­łam obec­ność tego czło­wieka. Na par­kiet wszedł ubrany cał­ko­wi­cie na czarno, we fraku za dzie­sięć ty­sięcy do­la­rów, który no­sił w taki spo­sób, w jaki inni chłopcy no­szą roz­cią­gnięte swe­try - Gray­son Haw­thorne.

"Wró­cił do domu". Tej my­śli to­wa­rzy­szyło wspo­mnie­nie ostat­niego razu, kiedy go wi­dzia­łam: Wy­bra­ko­wany Gray­son. Ja u jego boku. Tu i te­raz Gray­son Haw­thorne na chwilę za­trzy­mał wzrok na mnie, a po­tem po­wiódł oczami po resz­cie to­wa­rzy­stwa.

- Skoki śmierci z dia­bel­skiego młyna - po­wie­dział bez­na­mięt­nym gło­sem. - To się ni­gdy do­brze nie koń­czy.

ROZ­DZIAŁ 2

Wie­czo­rem wśli­zgnę­łam się pod koł­drę z egip­skiej ba­wełny, roz­ko­szu­jąc się jej chłod­nym, gład­kim do­ty­kiem na mo­jej skó­rze. Cze­ka­jąc na te­le­fon Ja­me­sona, wy­cią­gnę­łam le­ni­wie rękę po małą przy­pinkę z brązu w kształ­cie klu­cza le­żącą na szafce noc­nej.

- Ence pence w któ­rej ręce? - Ja­me­son wy­ciąga przed sie­bie za­ci­śnięte pię­ści.

Do­ty­kam pra­wej, a on roz­chyla palce i po­ka­zuje mi pu­stą dłoń. Pró­buję tego sa­mego z lewą ręką - to samo. Po chwili Ja­me­son zwija w pięść moje palce. Otwie­ram dłoń i wi­dzę, że trzy­mam w gar­ści przy­pinkę.

- Zna­la­złaś klu­cze do roz­wią­za­nia za­ga­dek szyb­ciej niż kto­kol­wiek inny - przy­po­mina mi Xan­der. - Już dawno na to za­słu­ży­łaś!

- Przy­kro mi, młoda - za­ciąga śpiew­nie Nash. - Upły­nęło sześć mie­sięcy. Już sta­łaś się jedną z nas.

Gray­son mil­czy, ale kiedy nie­zdar­nie pró­bu­jąc za­piąć przy­pinkę, wy­pusz­czam ją nie­chcący z rąk, on ła­pie ją w lo­cie, za­nim ta do­się­gnie pod­łogi.

To wspo­mnie­nie wal­czyło o pierw­szeń­stwo z in­nym - ja i Gray­son w piw­niczce na wino - ale nie po­zwo­li­łam temu dru­giemu dojść do głosu. W ciągu ostat­nich kilku mie­sięcy wy­pra­co­wa­łam wła­sne me­tody, dzięki któ­rym nie do­pusz­cza­łam do sie­bie upo­rczy­wych my­śli. Wziąw­szy do ręki te­le­fon, otwo­rzy­łam stronę plat­formy crowd­fun­din­go­wej i przej­rza­łam wy­niki wy­szu­ki­wa­nia ha­seł "ra­chunki me­dyczne" oraz "czynsz". For­tuna Haw­thorne'ów jesz­cze przez sześć ty­go­dni nie miała na­le­żeć do mnie, ale part­ne­rzy z kan­ce­la­rii McNa­mara, Or­tega, and Jo­nes za­dbali o to, że­bym do­stała kartę kre­dy­tową bez li­mitu wy­dat­ków.

WPŁATA ANO­NI­MOWA. Raz po raz kli­ka­łam w ten przy­cisk. Kiedy mój te­le­fon w końcu za­dzwo­nił, opar­łam się wy­god­niej na po­dusz­kach i ode­bra­łam po­łą­cze­nie.

- Halo.

- Po­trzebny mi ana­gram słowa "nadzy".

W gło­sie Ja­me­sona dało się sły­szeć wi­bru­jącą ener­gię.

- Nie­prawda. - Ob­ró­ci­łam się na drugi bok. - Co sły­chać w To­ska­nii?

- W ko­lebce wło­skiego re­ne­sansu? Peł­nej krę­tych dróg, wzgórz i do­lin, z któ­rych rano w od­dali pod­nosi się mgła, a lasy są usiane złoto-czer­wo­nym li­sto­wiem tak, że zdaje się, jakby cały świat ogar­nął pło­mień, na­da­jąc mu piękny wy­gląd? W tej To­ska­nii?

- Tak - wy­mru­cza­łam. - W tej To­ska­nii.

- Wi­dy­wa­łem lep­sze miej­sca.

- Ja­me­son!

- O czym chcesz naj­pierw po­słu­chać, dzie­dziczko? O Sie­nie, Flo­ren­cji czy o win­ni­cach?

Chcia­łam usły­szeć o wszyst­kim, ale ist­niała szcze­gólna przy­czyna, dla któ­rej Ja­me­son wy­ko­rzy­stał na tę po­dróż tra­dy­cyjną w ro­dzi­nie Haw­thorne'ów roczną prze­rwę mię­dzy szkołą a stu­diami.

- Opo­wiedz mi o willi.

"Zna­la­złeś w niej coś?".

- Twoja to­skań­ska willa zo­stała zbu­do­wana w sie­dem­na­stym wieku. Teo­re­tycz­nie jest wiej­ską chatą, ale wy­gląda ra­czej jak za­mek. Ota­cza ją po­nad czter­dzie­ści hek­ta­rów gaju oliw­nego. Na miej­scu znaj­duje się ba­sen, opa­lany drew­nem piec do pizzy oraz ol­brzymi ko­mi­nek po­cho­dzący z cza­sów, w któ­rych zbu­do­wano ten dom.

Nie mu­sia­łam py­tać, czy do­kład­nie obej­rzał ten ko­mi­nek.

- Coś zna­la­złem.

Usia­dłam pro­sto, włosy opa­dły mi na plecy.

- Pod­po­wiedź?

- Moż­liwe - od­parł Ja­me­son. - Ale do ja­kiej za­gadki?

Mia­łam wra­że­nie, jak­bym zo­stała po­ra­żona prą­dem.

- Je­śli mi nie po­wiesz, wy­koń­czę cię, Haw­thorne.

- A ja - od­parł Ja­me­son - bar­dzo chciał­bym zo­stać wy­koń­czony przez cie­bie.

Moje zdra­dziec­kie usta nie­mal wy­gięły się w uśmie­chu. Czu­jąc już smak zwy­cię­stwa, Ja­me­son dał mi od­po­wiedź, na którą cze­ka­łam.

- Zna­la­złem trój­kątne lu­stro.

Mój umysł mo­men­tal­nie ru­szył do sprintu. To­bias Haw­thorne wy­cho­wy­wał swo­ich wnu­ków, uży­wa­jąc róż­nego ro­dzaju za­ga­dek, ła­mi­głó­wek i gier. Lu­stro za­pewne sta­no­wiło wska­zówkę, lecz Ja­me­son miał ra­cję - nie dało się prze­wi­dzieć, do któ­rej gry zo­stało przy­pi­sane. Tak czy ina­czej nie w tym celu Ja­me­son prze­mie­rzył pół świata.

- Na pewno się do­wiemy, czym był tam­ten dysk. - Ja­me­son jakby czy­tał w mo­ich my­ślach. - Świat jest wielką plan­szą, dzie­dziczko. My mu­simy je­dy­nie wciąż rzu­cać ko­ścią.

Moż­liwe, ale tym ra­zem nie po­dą­ża­li­śmy za kon­kret­nym tro­pem ani nie gra­li­śmy w żadną z za­pro­jek­to­wa­nych przez se­niora gier. Błą­dzi­li­śmy po omacku w ciem­no­ści z na­dzieją, że tra­fimy na od­po­wie­dzi, które wy­ja­śnią, dla­czego mały, po­dobny do mo­nety me­ta­lowy krą­żek z wy­ry­tymi kon­cen­trycz­nymi krę­gami był wart for­tunę.

Dla­czego imien­nik To­biasa Haw­thorne'a, jego je­dyny syn, zo­sta­wił ów krą­żek mo­jej matce.

Dla­czego Toby ode­brał mi go, a po­tem za­gi­nął bez śladu i znowu uda­wał, że nie ist­nieje.

Toby oraz ten dysk sta­no­wili ostat­nie ogniwa łą­czące mnie z matką, a te­raz jakby za­pa­dli się pod zie­mię. Od dłu­giego roz­my­śla­nia o tym bo­lała mnie głowa.

- A ja dzi­siaj zna­la­złam ko­lejne tajne przej­ście - zmie­ni­łam na­gle te­mat.

- Och, na­prawdę? - od­po­wie­dział Ja­me­son, jakby w wer­balny spo­sób wy­cią­gał ku mnie rękę, sły­sząc pierw­sze takty walca. - Na które udało ci się wpaść?

- To w Bi­blio­tece Owal­nej.

Na dru­gim końcu li­nii za­pa­dło mil­cze­nie - krót­kie, ale wy­mowne. Do­my­śli­łam się jego przy­czyny.

- Nie wie­dzia­łeś o nim. - Smak zwy­cię­stwa był nie­zwy­kle słodki. - Mam ci po­wie­dzieć, gdzie do­kład­nie się znaj­duje? - za­py­ta­łam nie­win­nie.

- Po moim po­wro­cie - mruk­nął Ja­me­son - sam je znajdę.

Nie mia­łam po­ję­cia, kiedy za­mie­rzał wró­cić, ale wkrótce mój rok w Haw­thorne Ho­use miał do­biec końca. Mia­łam od­zy­skać wol­ność. Mo­głam wy­je­chać, do­kąd tylko chcia­łam, i ro­bić, co tylko du­sza za­pra­gnie.

- Gdzie się te­raz wy­bie­rasz? - za­py­ta­łam Ja­me­sona.

Gdy­bym zbyt in­ten­syw­nie my­ślała o upra­gnio­nych miej­scach i za­ję­ciach, uto­nę­ła­bym w tych ma­rze­niach - w za­pę­dach, w tę­sk­no­cie i wie­rze, że można mieć wszystko.

- Na San­to­rini - od­po­wie­dział Ja­me­son. - Ale wy­star­czy, że po­wiesz słowo, dzie­dziczko, a...

- Jedź, jedź. Szu­kaj da­lej. - Mój głos na­gle stał się nieco bar­dziej zdu­szony. - I opo­wia­daj mi da­lej o wszyst­kim.

- O wszyst­kim? - po­wtó­rzył Ja­me­son ci­cho, chra­pli­wie, w spo­sób, który ka­zał mi wy­obra­żać so­bie, co te­raz ro­bi­li­by­śmy, gdy­bym była tam z nim.

Prze­tur­la­łam się na brzuch.

- A je­śli cho­dzi o ana­gram, któ­rego szu­ka­łeś, to na przy­kład: "zdany".

ROZ­DZIAŁ 1

Musimy po­roz­ma­wiać o two­ich osiem­na­stych uro­dzi­nach.

Słowa Alisy od­biły się echem od ścian naj­więk­szej z pię­ciu bi­blio­tek w Haw­thorne Ho­use. Ota­cza­jące nas re­gały o wy­so­ko­ści dwóch pię­ter były za­sta­wione to­mami w twar­dych lub skó­rza­nych okład­kach, czę­sto bez­cen­nymi, przy­po­mi­na­ją­cymi o czło­wieku, który stwo­rzył to po­miesz­cze­nie.

Ten dom.

Tę dy­na­stię.

Mo­głam so­bie nie­mal wy­obra­zić du­cha To­biasa Haw­thorne'a, który ob­ser­wo­wał mnie, kiedy klę­cząc na ko­la­nach, prze­su­wa­łam dło­nią po ma­ho­nio­wych de­skach pod­łogi i szu­ka­łam opusz­kami pal­ców nie­rów­no­ści mię­dzy nimi.

Nie zna­la­zł­szy ich, wsta­łam i od­po­wie­dzia­łam na we­zwa­nie Alisy.

- Czyżby? Na­prawdę mu­simy?

- Z praw­nego punktu wi­dze­nia? - Sie­jąca po­strach praw­niczka Alisa Or­tega unio­sła py­ta­jąco brwi. - Tak. Może i je­steś już nie­za­leżna, ale w kon­tek­ście wa­run­ków otrzy­ma­nia spadku...

- Nic się nie zmieni po mo­ich uro­dzi­nach - po­wie­dzia­łam, roz­glą­da­jąc się po po­miesz­cze­niu, żeby zna­leźć na­stępny cel. - Do­stanę spa­dek do­piero wtedy, gdy prze­miesz­kam cały rok w Haw­thorne Ho­use.

Zna­łam ją na tyle do­brze, by się zo­rien­to­wać, że to był praw­dziwy te­mat, który chciała ze mną omó­wić. Moje uro­dziny przy­pa­dały osiem­na­stego paź­dzier­nika. Pierw­szego ty­go­dnia li­sto­pada miał upły­nąć do­kład­nie rok, od­kąd się tu zna­la­złam, co au­to­ma­tycz­nie uczymi ze mnie naj­bo­gat­szą na­sto­latkę na świe­cie. Tym­cza­sem mia­łam jed­nak inne sprawy na gło­wie.

Za­kład do wy­gra­nia. Haw­thorne'a do prze­chy­trze­nia.

- Nie­mniej... - Zbi­cie Alisy z tropu było mniej wię­cej tak ła­twe jak wy­ko­le­je­nie po­ciągu du­żych pręd­ko­ści. - Zbli­żają się twoje uro­dziny, za­tem kilka rze­czy wy­maga omó­wie­nia.

Prych­nę­łam.

- Ile? Czter­dzie­ści sześć mi­liar­dów?

Alisa po­pa­trzyła na mnie roz­draż­niona, ja tym­cza­sem da­lej kon­cen­tro­wa­łam się na mo­jej mi­sji. Haw­thorne Ho­use był pe­łen taj­nych przejść. Ja­me­son rzu­cił mi wy­zwa­nie, że­bym zna­la­zła wszyst­kie z nich. Po­pa­trzy­łam po­dejrz­li­wie na ma­sywny pień drzewa słu­żący za biurko, po czym się­gnę­łam do po­chwy ukry­tej w wy­so­kim bu­cie, żeby wy­jąć z niej nóż i wsu­nąć ostrze w na­tu­ralną szcze­linę w bla­cie biurka.

Już ja­kiś czas temu po­czu­łam na wła­snej skó­rze, że ni­g­dzie nie po­win­nam się ru­szać bez broni.

- Lotny pa­trol! - Xan­der Haw­thorne vel Żywa, Cho­dząca Ma­szyna Gold­berga wsu­nął głowę do bi­blio­teki. - Avery, jak wielką masz ochotę w skali od jed­nego do dzie­się­ciu,żeby ktoś w tej chwili za­wra­cał ci głowę, i na ile je­steś przy­wią­zana emo­cjo­nal­nie do swo­ich brwi?

Ja­me­son znaj­do­wał się na dru­gim końcu świata. Gray­son ani razu nie za­dzwo­nił, od kiedy wy­je­chał do Ha­rvardu. Xan­der, mój sa­mo­zwań­czy HPNZ, czyli haw­thorne'owy przy­ja­ciel na za­wsze, uwa­żał, że pod nie­obec­ność brata jego świętą mi­sją jest dba­nie o to, żeby za­wsze do­pi­sy­wał mi do­bry hu­mor.

- Je­den - od­par­łam. - I dzie­sięć.

Xan­der lekko się skło­nił.

- Wo­bec tego adieu.

Znik­nął rów­nie na­gle, jak się po­ja­wił.

W ciągu naj­bliż­szych dzie­się­ciu mi­nut na­le­żało się spo­dzie­wać eks­plo­zji. Zwró­ciw­szy się z po­wro­tem w kie­runku Alisy, chło­nę­łam wzro­kiem resztę de­tali po­koju - cią­gnące się po­zor­nie w nie­skoń­czo­ność rzędy pó­łek z książ­kami oraz spi­ralne schody z ku­tego że­laza.

- Aliso, po­wiedz wresz­cie to, co chcesz mi po­wie­dzieć.

- No wła­śnie, Lee-Lee. - Z ko­ry­ta­rza do­biegł ni­ski, ocie­ka­jący mio­dem głos z tek­sań­skim za­śpie­wem. - Oświeć nas.

Nash Haw­thorne za­jął po­zy­cję przy drzwiach. Nie­od­łączny ka­pe­lusz kow­boj­ski zsu­nął ni­sko na czoło.

- Nash. - Alisa no­siła swoją ele­gancką gar­sonkę jak zbroję. - To cie­bie nie do­ty­czy.

Nash wsparł się ra­mie­niem o fra­mugę drzwi, le­ni­wie wy­su­nął prawą nogę i za­ło­żył ją za kostkę le­wej.

- Wyjdę, je­żeli młoda każe mi wyjść.

Nash nie ufał in­ten­cjom Alisy wo­bec mnie. To na­sta­wie­nie od mie­sięcy się nie zmie­niało.

- Wszystko w po­rządku, Nash - po­wie­dzia­łam. - Mo­żesz iść.

- No to chyba pójdę. - Jed­nak nie wy­ko­nał żad­nego ru­chu, na­dal opie­rał się o fu­trynę.

Był naj­star­szym z czte­rech braci Haw­thorne'ów i trak­to­wał po­zo­sta­łych trzech jak swoje stado. W ciągu ubie­głego roku do­łą­czył do niego także mnie. On i moja sio­stra od kilku mie­sięcy uda­wali, że ze sobą nie cho­dzą.

- Nie masz dzi­siaj nie-randki? - za­py­ta­łam. - I czy w związku z tym nie po­wi­nie­neś być gdzie in­dziej?

Nash zdjął kow­boj­ski ka­pe­lusz, a jego sta­now­czy wzrok spo­czął na mnie.

- Sta­wiam do­lary prze­ciwko pącz­kom - po­wie­dział, wy­cho­dząc nie­spiesz­nie - że ona za­mie­rza roz­ma­wiać z tobą o utwo­rze­niu za­rządu po­wier­ni­czego.

Cze­ka­łam, aż Nash znaj­dzie się poza za­się­giem słu­chu, a po­tem zwró­ci­łam się znowu do Alisy.

- Za­rząd po­wier­ni­czy?

- Ja pra­gnę je­dy­nie za­zna­jo­mić cię z róż­nymi do­stęp­nymi dla cie­bie opcjami. - Alisa ze zręcz­no­ścią praw­niczki uni­kała kon­kre­tów. - Przy­go­tuję dla cie­bie do­ssier, że­byś mo­gła je przej­rzeć. Je­śli zaś cho­dzi o uro­dziny, mu­simy omó­wić też kwe­stię przy­ję­cia.

- Nie bę­dzie żad­nego przy­ję­cia - sprze­ci­wi­łam się.

Ostat­nią rze­czą, na ja­kiej mo­głoby mi za­le­żeć, było ro­bie­nie z mo­ich uro­dzin wi­do­wi­ska na uży­tek ta­blo­idów i po­my­sło­daw­ców hasz­ta­gów.

- Masz ja­kiś ulu­biony ze­spół? Albo pio­sen­ka­rza? Bę­dziemy po­trze­bo­wać ko­goś, kto za­pewni roz­rywkę.

Po­czu­łam, że moje oczy mi­mo­wol­nie się zwę­ziły.

- Nie chcę im­prezy, Aliso.

- Ja­kieś kon­kretne osoby, które chcia­ła­byś umie­ścić na li­ście go­ści?

Mó­wiąc "osoby", Alisa nie miała na my­śli żad­nego z mo­ich zna­jo­mych. Mó­wiła o ce­le­bry­tach, mi­liar­de­rach, by­wal­cach sa­lo­nów, człon­kach ary­sto­kra­tycz­nych ro­dów...

- Nie za­sta­na­wia­łam się nad li­stą go­ści, bo nie urzą­dzam przy­ję­cia.

- Na­prawdę po­win­naś uwzględ­nić szer­szą per­spek­tywę... - za­częła Alisa.

Prze­sta­łam jej słu­chać. Wie­dzia­łam, co po­wie. Od nie­mal je­de­na­stu mie­sięcy po­wta­rzała to samo. Że wszy­scy śle­dzą z za­par­tym tchem hi­sto­rie Kop­ciusz­ków.

Sorry, ale ten kon­kretny Kop­ciu­szek obec­nie sta­rał się wy­grać za­kład. Przyj­rza­łam się cią­gom scho­dów z ku­tego że­laza. Trzy pięły się spi­ral­nie do góry w kie­runku od­wrot­nym do ru­chu wska­zó­wek ze­gara. Ale czwarty...

Zbli­ży­łam się do niego, a po­tem we­szłam na stop­nie. Sta­nąw­szy na pół­pię­trze, wo­dzi­łam pal­cami pod drew­nianą półką re­gału znaj­du­ją­cego się na­prze­ciw scho­dów. Wy­czu­łam me­cha­nizm. Uru­cho­mi­łam go i cały łu­ko­waty re­gał od­su­nął się w tył.

"Nu­mer dwa­na­ście". Uśmiech­nę­łam się chy­trze. "Co ty na to, Ja­me­son?".

- Im­prezy nie bę­dzie! - krzyk­nę­łam jesz­cze raz do Alisy z wy­so­ko­ści, po czym we­szłam w ścianę.