ROZDZIAŁ 4
Rano w dniu moich osiemnastych urodzin - a jednocześnie początku jesiennej przerwy semestralnej w prestiżowej szkole Heights Country - zbudziłam się i ujrzałam wiszącą w wejściu do mojego pokoju niewymownie piękną suknię balową. Miała głęboki granatowozielony kolor, sięgała do podłogi, a jej górną część zdobiły dziesiątki tysięcy malutkich czarnych klejnocików układających się w ciemny, hipnotyzujący wzór.
To była suknia przyciągająca wzrok niczym magnes. Suknia, która zapierała dech w piersiach i ściągała nieustanną uwagę.
Pokazowa suknia na urządzane z wielką pompą widowiska służące karmieniu tabloidów i hasztagowców. "Do diabła, Aliso". Podeszłam ostrożnie do sukni, czując, że wzbiera we mnie bunt... i nagle zobaczyłam bilecik przywiązany do wieszaka: WŁÓŻ MNIE, JEŚLI SIĘ NIE BOISZ.
To nie był charakter pisma Alisy.
Zastałam Jamesona na skraju Black Wood. Miał na sobie biały frak, który aż za dobrze na nim leżał. Stał koło... balonu na rozgrzane powietrze. Serio.
"Jameson Winchester Hawthorne". Podbiegłam, jakby ciężka suknia balowa w ogóle nie spowalniała moich ruchów i jakbym nie nosiła noża przypiętego paskami do uda.
Jameson pochwycił mnie, nasze ciała zderzyły się ze sobą.
- Wszystkiego najlepszego, dziedziczko.
Jedne pocałunki były czułe, delikatne... a inne dzikie jak ogień.
W końcu przedarł się do mojej świadomości fakt, że mamy publiczność. Oren zachowywał się dyskretnie. Nie patrzył wprost na nas, ale mój szef ochrony na pewno nie zamierzał pozwolić Jamesonowi Hawthorne'owi odlecieć tylko ze mną.
Niechętnie odsunęłam się o krok.
- Lot balonem? - zapytałam Jamesona z przekąsem. - Naprawdę?
- Powinienem był cię uprzedzić, dziedziczko... - Jameson podciągnął się na brzeg gondoli, przerzucił nogę na drugą stronę i wylądował w środku na ugiętych kolanach. - Jestem niebezpiecznie dobry w niespodziankach urodzinowych.
Jameson Hawthorne był niebezpiecznie dobry w wielu rzeczach.
Podał mi rękę. Chwyciłam ją i nawet nie próbowałam udawać, że przyzwyczaiłam się do takiego traktowania - do wszystkiego, co robił. Do niego samego. Mogłoby upłynąć milion lat, a ja wciąż od nowa dziwiłabym się życiu, które zapisał mi w spadku Tobias Hawthorne.
Oren wsiadł do balonu od razu po mnie i zapatrzył się na horyzont. Jameson rzucił liny i podpalił ogień.
Poszybowaliśmy w górę.
Wysoko w powietrzu patrzyłam z sercem w gardle na Hawthorne House.
- Jak się tym steruje? - zapytałam Jamesona, kiedy wszystko z wyjątkiem nas i mojego bardzo dyskretnego ochroniarza stało się małe, odległe.
- Nijak. - Ramiona Jamesona oplotły mój tułów. - Czasami, dziedziczko, trzeba po prostu sprawdzić, w którą stronę wieje wiatr, i ustalić kurs.
Balon stanowił jedynie początek atrakcji. Jameson Hawthorne nic nie robił na pół gwizdka.
Piknik w ukrytym miejscu.
Lot helikopterem nad zatokę.
Ucieczka przed paparazzimi.
Wolny taniec boso na plaży.
Ocean. Klif. Zakład. Wyścig. Wyzwanie. "Zapamiętam to na długo" - takie emocje towarzyszyły mi podczas podróży helikopterem do domu. "Wszystko zostanie na długo w mojej pamięci". Nawet po upływie wielu lat wciąż będę to czuła. Ciężar sukni, wiatr na twarzy. Rozgrzany od słońca piasek na mojej skórze i truskawki w czekoladzie rozpływającej się na moim języku.
O zachodzie słońca już zbliżaliśmy się do domu. To był perfekcyjny dzień. Żadnych tłumów. Żadnych celebrytów. Żadnego...
- Przyjęcie - jęknęłam, kiedy helikopter zbliżył się do posiadłości Hawthorne'ów i popatrzyłam w dół.
Ogród z ozdobnie przystrzyżonymi roślinami oraz przylegający do niego trawnik były oświetlone tysiącami malutkich lampek - i to jeszcze nie było najgorsze.
- Lepiej żeby to nie był parkiet do tańca - powiedziałam do Jamesona ponuro.
Jameson ustawił śmigłowiec do lądowania, odchylił głowę w tył i się uśmiechnął.
- A nie skomentujesz diabelskiego młyna?
Nic dziwnego, że musiał mnie wyciągnąć na cały dzień z domu.
- Już nie żyjesz, Hawthorne.
Jameson zgasił silnik.
- Na szczęście, dziedziczko, mężczyźni z rodu Hawthorne'ów mają dziewięć żyć.
Kiedy wysiedliśmy i ruszyliśmy pieszo w kierunku ogrodu, zerknęłam na Orena i zmrużyłam oczy.
- Ty o wszystkim wiedziałeś - rzuciłam oskarżycielsko.
- Możliwe, że pokazano mi listę gości, których należało sprawdzić przed wpuszczeniem na teren posiadłości. - Mina szefa mojej ochrony zdawała się absolutnie nieprzenikniona... dopóki impreza nie znalazła się w zasięgu naszego wzroku. W tym momencie Oren niemal się uśmiechnął. - Niewykluczone też, że zgłosiłem zastrzeżenia co do kilku osób na owej liście.
Po chwili okazało się, że mówiąc o kilku osobach, miał na myśli prawie wszystkich.
Parkiet został zasłany płatkami róż i ozdobiony sznurami delikatnych lampek, które przecinały się nad naszymi głowami i lśniły słabym światłem niczym świetliki w nocy. Kwartet smyczkowy grał, mając po lewej stronie tort w stylu, którego spodziewałabym się raczej na królewskim weselu. W oddali obracał się diabelski młyn. Kelnerzy w smokingach nosili tace z szampanem i hors d'oeuvres.
Nie było jednak nikogo z gości.
- Podoba ci się? - Libby wyrosła nagle jak spod ziemi. Ubrana jak postać z gotyckiej baśni, uśmiechała się od ucha do ucha. - Chciałam, żeby to były płatki czarnych róż, ale te też są ładne.
- Co to właściwie jest? - zapytałam ledwo słyszalnym głosem.
Siostra szturchnęła mnie ramieniem.
- Nazwaliśmy to balem introwertyka.
- Nikogo tu nie ma.
Poczułam, że na mojej twarzy też pojawia się uśmiech.
- Nieprawda - odparła wesoło Libby. - Ja jestem. Nash kręcił nosem na eleganckie potrawy, więc przydzielił sobie zadanie mistrza grilla. Pan Laughlin obsługuje diabelski młyn pod czujnym okiem pani Laughlin. Thea i Rebecca wymknęły się w megaustronny kąt za rzeźbami lodowymi. Xander pilnuje niespodzianki dla ciebie, a tam są Zara i Bunia!
Obróciłam się dokładnie w chwili, w której poczułam dźgnięcie końcem laski. Babcia Jamesona patrzyła na mnie groźnie, tymczasem jego ciotka zdawała się w dyskretny sposób rozbawiona.
- Ty, dziewczę - zwróciła się do mnie Bunia słowem, które w jej ustach już zdążyło się stać zastępczą wersją mojego imienia. - W tym dekolcie wyglądasz jak ladacznica. - Pogroziła mi laską, a potem mruknęła: - I tak trzymaj.
- Zgadzam się z nią - dobiegł głos z mojej lewej strony. - Wszystkiego najzębistszego z okazji osiemnastki, moja śliczna lafiflądro.
- Max? - Wbiłam wzrok w moją najlepszą przyjaciółkę, a potem przeniosłam go z powrotem na Libby.
- Niespodzianka!
Jameson koło mnie prychnął kpiąco.
- Alisa chyba mogła odnieść wrażenie, że szykuje się o wiele większa impreza.
Wielkiego przyjęcia jednak nie było. Przyszliśmy tylko... my.
Max otoczyła mnie ramieniem.
- Zapytaj mnie, jak jest w college'u!
- Jak jest w college'u? - zapytałam nadal kompletnie oszołomiona.
Max wyszczerzyła zęby.
- Nie tak rozrywkowo, jak na skokach śmierci z diabelskiego młyna.
- Na skokach śmierci z diabelskiego młyna? - powtórzyłam.
Coś mi podpowiadało, że to pomysł Xandra. Wiedziałam na sto procent, że tych dwoje cały czas utrzymywało ze sobą kontakt.
- Kto wygrywa? - Jameson przechylił na bok głowę.
Max odpowiedziała, ale nie zdążyłam zarejestrować w głowie jej słów, bo ujrzałam ruch kątem oka - a może go wyczułam. Wyczułam obecność tego człowieka. Na parkiet wszedł ubrany całkowicie na czarno, we fraku za dziesięć tysięcy dolarów, który nosił w taki sposób, w jaki inni chłopcy noszą rozciągnięte swetry - Grayson Hawthorne.
"Wrócił do domu". Tej myśli towarzyszyło wspomnienie ostatniego razu, kiedy go widziałam: Wybrakowany Grayson. Ja u jego boku. Tu i teraz Grayson Hawthorne na chwilę zatrzymał wzrok na mnie, a potem powiódł oczami po reszcie towarzystwa.
- Skoki śmierci z diabelskiego młyna - powiedział beznamiętnym głosem. - To się nigdy dobrze nie kończy.