ROZDZIAŁ 2
Przyjąwszy zakład, Jameson oddalił się tunelem w jednym kierunku, a ja w przeciwnym. Hawthorne House było olbrzymią rezydencją, zajmowało na tyle duży obszar, że po kilku tygodniach wciąż nie znałam całego rozkładu. Człowiek mógłby spędzić kilka lat, badając ten dom i nadal nie odkryć różnych zakamarków, wszystkich tajnych przejść i ukrytych pomieszczeń - nie mówiąc już o podziemnych tunelach.
Na szczęście szybko się uczyłam. Pod skrzydłem z salą gimnastyczną wydostałam się z podziemi do korytarza biegnącego pod pokojem muzycznym. Przeszłam pod solarium, a potem wstąpiłam na zakamuflowane schody do Sali Wielkiej, w której zastałam Nasha Hawthorne'a wspartego w niedbałej pozie o kamienny kominek. Czekał.
- Cześć, mała.
Nashowi nawet nie drgnęła powieka, kiedy wyrosłam przed nim jak spod ziemi. Szczerze mówiąc, najstarszy z braci Hawthorne'ów sprawiał wrażenie, jakby mógł sobie stać wyluzowany przy kominku, choćby cały dom walił się dookoła niego. Nash Hawthorne pewnie uchyliłby beztrosko swojego kowbojskiego kapelusza nawet przed samą kostuchą.
- Cześć - odpowiedziałam.
- Spodziewam się, że pewno nie widziałaś Graysona? - zapytał.
Jego teksański zaśpiew sprawił, że pytanie zabrzmiało niemal leniwie. To jednak nie złagodziło treści wypowiedzianych przez niego słów.
- Nie. - Wolałam odpowiadać krótko i nie okazywać emocji. Ja i Grayson Hawthorne zachowywaliśmy dystans.
- I pewno nie wiesz o rozmowie, którą odbył Gray z naszą matką, zanim się wyprowadziła?
Skye Hawthorne, młodsza córka Tobiasa Hawthorne'a i matka wszystkich czterech jego wnuków, próbowała pozbawić mnie życia. Człowiek, który miał pociągnąć za spust, obecnie siedział w więziennej celi, a Skye została zmuszona do opuszczenia Hawthorne House. Przez Graysona. "Będę cię zawsze chronił" - powiedział. "Ale my... to nie może się zdarzyć".
- Nie mam pojęcia - odrzekłam beznamiętnie.
- Tak właśnie sądziłem. - Nash puścił do mnie oko. - Twoja siostra i prawniczka szukają cię w Skrzydle Wschodnim.
Trudno sobie wyobrazić słowa nacechowane większym ciężarem emocjonalnym. Moja prawniczka była jego eksnarzeczoną, a siostra...
Nie wiedziałam, kim właściwie byli dla siebie Libby i Nash Hawthorne.
- Dzięki - powiedziałam, ale kiedy ruszyłam krętymi schodami do Skrzydła Wschodniego Hawthorne House, nie zrobiłam tego, by szukać Libby. Ani Alisy. Założyłam się z Jamesonem i zamierzałam ten zakład wygrać. A zatem krok pierwszy - gabinet Tobiasa Hawthorne'a.
W gabinecie stało mahoniowe biurko, a za biurkiem znajdowała się ściana pełna trofeów, patentów oraz książek z nazwiskiem Hawthorne na grzbietach - zapierające dech w piersi przypomnienie, że w braciach Hawthorne'ach nie ma absolutnie nic zwykłego. Stworzono im idealne możliwości rozwoju, więc Hawthorne senior oczekiwał, że będą niezwykli. Nie przyszłam tu jednak gapić się na trofea.
Usiadłam za biurkiem i otworzyłam sekretną przegródkę, którą odkryłam nie tak dawno temu. Znajdowała się w niej teczka. Teczka zaś zawierała moje fotografie. Niezliczone zdjęcia zrobione w ciągu wielu lat. Po tamtym pamiętnym spotkaniu w taniej restauracji Tobias Hawthorne miał mnie cały czas na oku. "Jedynie ze względu na moje nazwisko? Czy kierował nim inny motyw?".
Przewertowałam fotografie i wyjęłam dwie z nich. Jameson miał rację tam, w podziemiach. Nie powiedziałam mu całej prawdy. Dwa razy sfotografowano mnie z Tobym, ale jeśli chodzi o mężczyznę na zdjęciach, to przy obu okazjach ich autorowi udało się uchwycić zaledwie tył jego głowy.
Czy Tobias Hawthorne rozpoznał Toby'ego od tyłu? Czy "Harry" zorientował się, że jest fotografowany, i specjalnie odwrócił się od obiektywu?
Jeżeli szukałam wskazówek, to raczej nie miałam się czego chwycić. Dzięki teczce dowiedziałam się jedynie, że Tobias Hawthorne obserwował mnie przez wiele lat, zanim w moim życiu pojawił się człowiek znany mi jako Harry. Przewróciłam kciukiem więcej zdjęć i dotarłam do kopii mojego aktu urodzenia. Podpis mojej mamy był staranny, ojca zaś stanowił dziwną kombinację liter pisanych i drukowanych. Tobias Hawthorne podkreślił podpis ojca oraz datę moich narodzin.
10/18. Wiedziałam, dlaczego ta data jest ważna, Grayson i Jameson kochali - obaj - dziewczynę, która nazywała się Emily Laughlin. Jej śmierć - do której doszło 18 października - ich poróżniła. Dziadek chłopców z jakiejś przyczyny wymyślił sobie, że dzięki mnie znowu się do siebie zbliżą. Dlaczego jednak Tobias Hawthorne podkreślił podpis mojego ojca? Ricky Grambs nigdy się nami nie interesował. Nawet nie odebrał telefonu, kiedy mama zmarła. Gdyby to od niego zależało, trafiłabym do rodziny zastępczej. Wbijając wzrok w podpis Ricky'ego, starałam się sprawić siłą woli, by zaznaczenie wykonane ręką Tobiasa Hawthorne'a objawiło mi swój sens.
Bez skutku.
Z zakamarków umysłu dotarł do mnie głos mamy. "Mam tajemnicę" - powiedziała mi na długo przed tym, zanim Tobias Hawthorne umieścił moje nazwisko w testamencie. "Chodzi o dzień, w którym się urodziłaś".
Nie wiem, co miała na myśli, ale teraz, kiedy odeszła, szansa na poznanie tej tajemnicy przepadła bezpowrotnie. Jedno, co wiedziałam na pewno, to fakt, że nie byłam spokrewniona z Hawthorne'ami. Nawet gdyby nie świadczyło o tym nazwisko mojego ojca na akcie urodzenia, test DNA potwierdził definitywnie, że w moich żyłach nie płynie ich krew.
Dlaczego zatem Toby mnie znalazł? I czy w ogóle mnie szukał? Przypomniało mi się, co Jameson mówił o swoim dziadku - że lepiej jest upiec dwanaście pieczeni na jednym ogniu niż dwie. Przeglądając jeszcze raz zawartość teczki, próbowałam znaleźć jakiś strzęp ukrytych znaczeń. Czego tam nie dostrzegałam? Musiało być coś...
Pukanie do drzwi było jedynym ostrzeżeniem, zanim klamka zaczęła się poruszać. Zgarnęłam szybko fotografie i wsunęłam teczkę z powrotem do ukrytej przegrody.
- Tutaj jesteś! - Adwokatka Alisa Ortega stanowiła wzór profesjonalizmu. Jej brwi wygięły się ku górze, nadając twarzy wyraz, który zawsze nazywałam w myślach alisią miną. - Zapomniałaś o grze, dobrze mi się zdaje?
- O grze? - powtórzyłam niepewna, którą grę miała na myśli.
Odkąd przekroczyłam próg Hawthorne House, cały czas towarzyszyło mi wrażenie, że wciąż w coś gram.
- O meczu - wyjaśniła Alisa, znowu z tą alisią miną. - Czyli o drugim etapie twojego debiutu w kręgach towarzyskich Teksasu. Teraz, po wyprowadzce Skye z Hawthorne House, pozory są ważniejsze niż kiedykolwiek przedtem. Musimy kontrolować narrację. To ma być opowieść o Kopciuszku, a nie skandal - to zaś znaczy, że musisz odgrywać rolę Kopciuszka. Publicznie. Tak często i przekonująco, jak to możliwe. Zacznij dzisiaj od zajęcia miejsca w loży właścicielki klubu.
"Loża właścicielki klubu". To otworzyło klapkę w mojej pamięci.
- Aha, o tej grze! - powiedziałam, tym razem ze zrozumieniem. - W sensie meczu ligi NFL! Bo teraz mam mój własny klub futbolowy.
Nadal trudno mi było ogarnąć umysłem ten fakt. Na tyle trudno, że niemal udało mi się nie zwrócić uwagi na pozostałe słowa Alisy - te o Skye. Zgodnie z umową, do której zobowiązaliśmy się z Graysonem, miałam nikomu nie mówić o udziale jego matki w próbie zamachu na moje życie. W zamian za to on zobowiązał się do wyciągnięcia konsekwencji.
Tak jak to wcześniej obiecał.
- W loży właścicieli klubu znajduje się czterdzieści osiem miejsc. - Alisa przyjęła ton wykładowcy. - Ogólną mapę rezerwacji tworzymy z wielomiesięcznym wyprzedzeniem. To miejsca zarezerwowane jedynie dla VIP-ów. Tu nie chodzi tylko o futbol; to sposób na otwarcie sobie drogi do mnóstwa innych stołów. Niemal każdy marzy o tym, by zostać zaproszonym - politycy, celebryci, szefowie firm. Kazałam Orenowi dokładnie sprawdzić informacje o wszystkich zainteresowanych przyjściem na dzisiejszy wieczór, będziemy też mieli pod ręką zawodowego fotografa, który znajdzie kilka strategicznych kadrów. Landon przygotowała notkę prasową, która ukaże się godzinę przed grą. Jedyne zmartwienie, jakie teraz nam zostało, to... - Taktownie zawiesiła głos.
Prychnęłam.
- Ja?
- To ma być historia Kopciuszka - przypomniała mi Alisa. - Jak sądzisz, co Kopciuszek powinien włożyć, idąc na swój pierwszy mecz NFL?
Spodziewałam się, że to podchwytliwe pytanie.
- Coś w tym rodzaju? - W drzwiach stanęła Libby.
Miała na sobie sportową bluzę z logo drużyny Lone Star, a do tego dopasowany kolorystycznie szalik, rękawiczki i wysokie buty. Ufarbowane na niebiesko włosy związała w kucyki po obu stronach głowy, używając dużej liczby błękitnych i złocistych wstążek.
Alisa zmusiła się do uśmiechu.
- Tak - zwróciła się do mnie. - Coś w tym rodzaju... ale raczej bez czarnej szminki, czarnego lakieru na paznokciach i tej obroży.
Libby była najbardziej optymistyczną na świecie gotką, Alisa zaś nie podzielała zmysłu modowego mojej siostry.
- Jak już mówiłam - kontynuowała dobitnie Alisa - dzisiejsza okazja jest bardzo ważna. Kiedy Avery będzie grać Kopciuszka przed kamerami, ja pokręcę się wśród gości, żeby się zorientować, jakie jest ich nastawienie.
- Wobec czego? - zapytałam.
Wiele razy powtarzano mi, że testament Tobiasa Hawthorne'a jest ostateczny, jakby wykuty w skale. O ile się orientowałam, członkowie rodziny Hawthorne'ów zrezygnowali z wszelkich prób podważania jego woli.
- Nie zaszkodzi mieć kilku silnych zawodników w swojej części ringu - powiedziała Alisa. - A chcemy, żeby nasi sojusznicy czuli się wyluzowani.
- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam. - Nash zachował się tak, jakby dopiero co przypadkiem wpadł na nas. Jakby to nie on uprzedził mnie, że Alisa i Libby mnie szukały. - Mów dalej, Lee-Lee - zachęcił moją prawniczkę. - Mówiłaś coś o wyluzowaniu.
- Ludzie muszą poczuć, że Avery nie zamierza robić rewolucji. - Alisa starannie unikała patrzenia bezpośrednio na Nasha. Zachowywała się niczym człowiek, który nie jest w stanie patrzeć prosto w słońce. - Wasz dziadek miał inwestycje, partnerów biznesowych, układy polityczne... Te rzeczy wymagają ostrożnego balansowania.
- Ona ma na myśli - Nash zwrócił się do mnie - że ludzie muszą odnieść wrażenie, iż McNamara, Ortega i Jones absolutnie panują nad sytuacją.
"Nad sytuacją?" - pomyślałam. "Czy nade mną?". Nie zachwycała mnie wizja występowania w roli czyjejś marionetki. Firma miała pracować dla mnie, przynajmniej w teorii.
Ta myśl sprawiła, że wpadłam na pewien pomysł.
- Alisa? Pamiętasz, jak poprosiłam cię, żebyś zorganizowała pieniądze dla mojego przyjaciela?
- Dla Harry'ego, tak? - upewniła się Alisa, ale ja odniosłam wrażenie, że jej uwagę zajmują trzy sprawy jednocześnie: moje pytanie, jej wielkie plany na dzisiejszy wieczór oraz kąciki ust Nasha, które uniosły się, kiedy zobaczył strój Libby.
Ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebowałam, było to, żeby moja prawniczka śledziła spojrzenia jej eksnarzeczonego posyłane w kierunku mojej siostry.
- Tak. Udało ci się je dostarczyć? - zapytałam.
Najprostszym sposobem uzyskania odpowiedzi było namierzenie Toby'ego... zanim dotrze do niego Jameson.
Alisa oderwała wzrok od Libby i Nasha.
- Niestety - rzekła pospiesznie. - Moi ludzie nie zdołali wpaść na ślad twojego Harry'ego.
Obracałam w myślach wynikające stąd implikacje. Toby Hawthorne pojawił się w parku kilka dni po śmierci mojej mamy, a niecały miesiąc po moim wyjeździe przepadł bez wieści.
- No dobrze - powiedziała Alisa, splatając przed sobą dłonie. - Wróćmy do kwestii twojej garderoby...