The Inheritance Games. Tom II Dziedzictwo Hawthorne'ów - Jennifer-Lyyn Barnes

Kup ebooka

38.00 zł
29.64 zł (28,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 5

Ponie­dzia­łek ozna­czał na­ukę. W pry­wat­nej szko­le. W pry­wat­nej szko­le z - jak się zda­wa­ło - nie­ogra­ni­czo­ny­mi środ­ka­mi fi­nan­so­wy­mi oraz tak zwa­nym "mo­du­ło­wym sys­te­mem na­uki", z po­wo­du któ­re­go mia­łam w ci­ągu dnia przy­pad­ko­wo roz­sia­ne okre­sy cza­su wol­ne­go. Wy­ko­rzy­sta­łam ów czas na wy­grze­ba­nie wszyst­kie­go, co się dało, na te­mat Toby'ego Haw­thor­ne'a.

Pod­sta­wo­we in­for­ma­cje już mia­łam - był naj­młod­szym z troj­ga dzie­ci To­bia­sa Haw­thor­ne'a i, zda­niem wi­ęk­szo­ści źró­deł, jego fa­wo­ry­tem. Uko­ńczyw­szy dzie­wi­ęt­na­ście lat, udał się z przy­ja­ció­łmi na wy­ciecz­kę na pry­wat­ną wy­spę ro­dzi­ny Haw­thor­ne'ów u wy­brze­ża Ore­go­nu. Tam pod­czas sza­le­jącej bu­rzy wy­bu­chł tra­gicz­ny po­żar, a cia­ła Toby'ego ni­g­dy nie zna­le­zio­no.

Wia­do­mo­ść o tra­ge­dii tra­fi­ła do pra­sy i prze­gląda­jąc ar­ty­ku­ły, uda­ło mi się po­znać wi­ęcej szcze­gó­łów tam­te­go zda­rze­nia. Czwo­ro lu­dzi po­je­cha­ło na wy­spę Haw­thor­ne'ów. Żad­ne z nich nie wró­ci­ło stam­tąd żywe. Wy­do­by­to trzy cia­ła. Toby'ego uzna­no za ofia­rę sztor­mu.

Wy­szpe­ra­łam tyle, ile mo­głam, o po­zo­sta­łych ofia­rach. Dwie z nich da­ło­by się okre­ślić jako klo­ny Toby'ego - chłop­cy z do­brych szkół, przy­szli spad­ko­bier­cy for­tun. Trze­cią była dziew­czy­na, Kay­lie Ro­oney. Z mo­ich usta­leń wy­ni­kło, że po­cho­dzi­ła z tam­tej oko­li­cy. Miesz­ka­ła w ma­łej miej­sco­wo­ści ry­bac­kiej na lądzie i była spra­wia­jącą kło­po­ty na­sto­lat­ką. W kil­ku ar­ty­ku­łach wspo­mnia­no, że mia­ła prze­szło­ść kry­mi­nal­ną - ci­ąży­ły na niej uchy­lo­ne z upły­wem cza­su za­rzu­ty dla mło­do­cia­nych prze­stęp­ców. Wi­ęcej cza­su za­jęło mi zna­le­zie­nie źró­dła - cho­ciaż nie­zbyt rze­tel­ne­go - w któ­rym od­no­to­wa­no, że prze­szło­ść prze­stęp­cza Kay­lie Ro­oney do­ty­czy­ła mi­ędzy in­ny­mi nar­ko­ty­ków, czyn­nej na­pa­ści i pod­pa­le­nia.

To ona roz­nie­ci­ła po­żar. Taką tezę for­so­wa­ły me­dia, jed­nak skrzęt­nie uni­ka­ły po­wie­dze­nia tego wprost. Trzej obie­cu­jący mło­dzi mężczy­źni i jed­na mło­da ko­bie­ta z prze­szło­ścią. Im­pre­za, któ­ra wy­mknęła się spod kon­tro­li. Wszyst­ko w mo­rzu ognia. Kay­lie wska­zy­wa­no w pra­sie jako je­dy­ną wi­no­waj­czy­nię - cza­sa­mi mi­ędzy wier­sza­mi, in­nym ra­zem jaw­nie. Chłop­cy byli wy­chwa­la­ni pod nie­bio­sa, opie­wa­no ich za­le­ty i wska­zy­wa­no ich jako wzo­ry do na­śla­do­wa­nia. Co­lin An­ders Wri­ght. Da­vid Gol­ding. To­bias Haw­thor­ne II. Tacy wspa­nia­li mężczy­źni, taki po­ten­cjał zmar­no­wa­ny zbyt szyb­ko.

A Kay­lie Ro­oney? Ta dziew­czy­na to same kło­po­ty.

Za­ćwier­kał mój te­le­fon. Zer­k­nęłam na ekran i prze­czy­ta­łam ese­me­sa... od Ja­me­so­na: Wpa­dłem na trop.

Ja­me­son uczył się w ostat­niej kla­sie szko­ły He­ights Co­un­try Day. Te­raz znaj­do­wał się gdzieś na te­re­nie jej wspa­nia­łe­go kam­pu­su. "Jaki trop?" - prze­szło mi przez myśl, ale po­wstrzy­ma­łam się przed od­pi­sa­niem, żeby nie dać mu sa­tys­fak­cji. Po ja­ki­mś cza­sie ikon­ka w ko­mór­ce dała mi znać, że Ja­me­son zno­wu pi­sze.

"No da­lej, zdra­dź wszyst­ko, co wiesz" - po­my­śla­łam.

W ko­ńcu na­de­szła wia­do­mo­ść. Pod­nie­sie­my staw­kę?

Re­fek­tarz He­ights Co­un­try Day nie przy­po­mi­nał prze­ci­ęt­nej sto­łów­ki w szko­le śred­niej. Dłu­gie drew­nia­ne sto­ły ci­ągnęły się przez całą dłu­go­ść sali. Na ścia­nach wi­sia­ły por­tre­ty. Skle­pio­ne krzy­żo­wo su­fi­ty wzno­si­ły się wy­so­ko nad gło­wa­mi, a okna wy­pe­łnia­ły wi­tra­że. Ode­braw­szy swój lunch, in­stynk­tow­nie ro­zej­rza­łam się po sali, szu­ka­jąc Ja­me­so­na - lecz za­miast nie­go wy­pa­trzy­łam in­ne­go z bra­ci Haw­thor­ne'ów.

Xan­der Haw­thor­ne sie­dział przy ja­dal­nym sto­le i uwa­żnie stu­dio­wał przed­miot, któ­ry po­ło­żył przed sobą na bla­cie. Wy­gląda­ło to w pew­nym stop­niu jak kost­ka Ru­bi­ka, ale mia­ło wy­dłu­żo­ny kszta­łt, a ka­żdy ele­ment mógł się po­ru­szać wzdłuż do­wol­nej płasz­czy­zny. Do­my­śla­łam się, że był to wy­na­la­zek sa­me­go Xan­dra. Pew­ne­go razu wy­znał mi, że ze wszyst­kich bra­ci jego najła­twiej da­ło­by się oma­mić za po­mo­cą skom­pli­ko­wa­nych urządzeń... oraz bu­łe­czek sco­nes.

Te­raz za­sta­na­wia­łam się nad tym wy­zna­niem, pa­trząc, jak prze­su­wa pal­ca­mi w tę i z po­wro­tem trzy kost­ki ukła­dan­ki. Kie­dy jego bra­cia uga­nia­li się za roz­wi­ąza­nia­mi ła­mi­głó­wek za­pro­jek­to­wa­nych przez dziad­ka, Xan­der często zo­sta­wał sam na sam z se­nio­rem i dzie­lił się z nim bu­łecz­ka­mi. Czy roz­ma­wia­li kie­dy­kol­wiek o To­bym? Był tyl­ko je­den spo­sób, żeby się do­wie­dzieć. Prze­szłam przez re­fek­tarz i usia­dłam koło Xan­dra, ale ten po­zo­sta­wał za­to­pio­ny tak głębo­ko w my­ślach, że nie zwró­cił na mnie uwa­gi. Ob­ra­cał wci­ąż kloc­ki ukła­dan­ki - w tę i z po­wro­tem, w tę i z po­wro­tem.

- Xan­der...

Ob­ró­cił się w moją stro­nę i za­mru­gał.

- Ave­ry! Co za przy­jem­na i obiek­tyw­nie rzecz bio­rąc, nie taka zno­wu nie­ocze­ki­wa­na nie­spo­dzian­ka!

Jego pra­wa ręka po­wędro­wa­ła na pra­wo od urządze­nia do le­żące­go tam no­te­su, żeby go za­mknąć.

Uzna­łam, że to zna­czy, iż Xan­der Haw­thor­ne coś knu­je. Cóż, to samo mo­żna było po­wie­dzieć o mnie.

- Mogę cię o coś za­py­tać?

- To za­le­ży - od­pa­rł Xan­der. - Masz w pla­nach dzie­le­nie się tymi wy­pie­ka­mi?

Zer­k­nęłam na ro­ga­lik i ciast­ko na mo­jej tacy. Pod­su­nęłam ku nie­mu to dru­gie.

- Co wiesz o swo­im wuj­ku To­bym?

- Dla­cze­go cię to in­te­re­su­je? - Xan­der na­gry­zł ciast­ko i zmarsz­czył brwi. - Czy to za­wie­ra su­szo­ną żu­ra­wi­nę? Ja­kim trze­ba być po­two­rem, żeby łączyć na­dzie­nie kar­me­lo­we z su­szo­ną żu­ra­wi­ną?

- By­łam po pro­stu cie­ka­wa - po­wie­dzia­łam.

- Wiesz, co mó­wią o cie­ka­wo­ści - ostrze­gł mnie bez­tro­skim to­nem Xan­der, od­gry­za­jąc mon­stru­al­nie wiel­ki kęs ciast­ka. - Cie­ka­wo­ść to pierw­szy sto­pień do... Bex!

Xan­der prze­łk­nął to, co miał w ustach. Jego twarz się roz­pro­mie­ni­ła.

Po­wio­dłam za jego wzro­kiem i zo­ba­czy­łam Re­bek­kę Lau­gh­lin sto­jącą za mną z tacą w rękach. Wy­gląda­ła jak za­wsze, czy­li jak ksi­ężnicz­ka prze­nie­sio­na żyw­cem z ja­kie­jś baj­ki. Wło­sy o bar­wie ru­bi­nu. Nie­na­tu­ral­nie sze­ro­ko osa­dzo­ne oczy.

Wina wy­ma­lo­wa­na na twa­rzy.

Jak­by czy­ta­jąc mi w my­ślach, Re­bec­ca szyb­ko od­wró­ci­ła wzrok. Czu­łam, że sta­ra się na mnie nie pa­trzeć.

- Przy­szło mi na myśl, że mo­żesz po­trze­bo­wać po­mo­cy - rze­kła z wa­ha­niem do Xan­dra. - W tym...

- Czy­mś! - wsze­dł jej w sło­wo Xan­der i po­chy­lił się nad sto­łem.

Przy­mru­ży­łam oczy i zwró­ci­łam gło­wę w kie­run­ku naj­młod­sze­go z Haw­thor­ne'ów... oraz w stro­nę no­te­su, któ­ry za­trza­snął, kie­dy mnie za­uwa­żył.

- W czym? - za­py­ta­łam po­dejrz­li­wie.

- Mu­szę już iść - do­bie­gł zza mo­ich ple­ców głos Re­bek­ki.

- Po­win­naś ra­czej usi­ąść i po­słu­chać, jak się wku­rzam na su­szo­ną żu­ra­wi­nę - spro­sto­wał Xan­der.

Po dłu­ższym za­sta­no­wie­niu Re­bec­ca w ko­ńcu usia­dła, zo­sta­wiw­szy mi­ędzy nami jed­no wol­ne miej­sce. Jej krysz­ta­ło­wo czy­ste, zie­lo­ne oczy zwró­ci­ły się ku mnie.

- Ave­ry. - Zno­wu spu­ści­ła wzrok. - Je­stem ci win­na prze­pro­si­ny.

Ostat­nim ra­zem, kie­dy ze sobą roz­ma­wia­ły­śmy, przy­zna­ła się, że ukry­ła przede mną, jaką rolę ode­gra­ła Skye w za­ma­chu na moje ży­cie.

- Nie je­stem pew­na, czy ich ocze­ku­ję.

Nie mo­głam opa­no­wać iry­ta­cji. Na po­zio­mie in­te­lek­tu­al­nym ro­zu­mia­łam, że Re­bec­ca całe ży­cie spędzi­ła w cie­niu swo­jej sio­stry, że śmie­rć Emi­ly nią wstrząsnęła, że w pew­nym cho­rym sen­sie czu­ła się zo­bo­wi­ąza­na wo­bec tra­gicz­nie zma­rłej sio­stry, by mil­czeć w kwe­stii in­try­gi uknu­tej prze­ciw­ko mnie przez Skye. Ale na po­zio­mie emo­cjo­nal­nym... prze­cież mo­głam zgi­nąć!

- Mam na­dzie­ję, że nie dąsasz się w dal­szym ci­ągu o tam­to? - za­py­ta­ła Thea Cal­li­ga­ris, zaj­mu­jąc miej­sce po­zo­sta­wio­ne przez Re­bec­cę.

- Ty to na­zy­wasz dąsa­mi? - zdzi­wi­łam się. Kie­dy ostat­ni raz znaj­do­wa­łam się tak bli­sko Thei, ta też się do cze­goś przy­zna­ła - do tego, że z pre­me­dy­ta­cją na­mó­wi­ła mnie, że­bym na de­biut ma­jący wpro­wa­dzić mnie do śro­do­wi­ska śmie­tan­ki to­wa­rzy­skiej Tek­sa­su prze­bra­ła się za pew­ną mar­twą dziew­czy­nę. - Ro­bisz mi wodę z mó­zgu, a przez Re­bec­cę nie­mal zgi­nęłam!

- Co zro­bić? - Thea mu­snęła opusz­ka­mi pal­ce Re­bek­ki. - Je­ste­śmy po­kręco­ny­mi dziew­czy­na­mi.

Był w jej sło­wach i w tym do­ty­ku ja­kiś ce­lo­wy za­miar. Re­bec­ca zer­k­nęła na Theę, na swo­je dło­nie - a po­tem pod­kur­czy­ła pal­ce i uło­ży­ła dłoń na po­do­łku.

Thea przez dłu­gie trzy se­kun­dy nie spusz­cza­ła wzro­ku z Re­bek­ki, po czym zwró­ci­ła się z po­wro­tem ku mnie.

- Po­nad­to - rze­kła zu­chwa­le - to po­dob­no miał być pry­wat­ny lunch.

Pry­wat­ny. Tyl­ko dla Re­bek­ki, Thei i Xan­dra, któ­rzy - o ile ostat­nio zdo­ła­łam się zo­rien­to­wać - rzad­ko ze sobą roz­ma­wia­li z ró­żnych skom­pli­ko­wa­nych przy­czyn, do któ­rych na­le­ża­ły, jak lu­bił ma­wiać Xan­der, nie­szczęśli­wa mi­ło­ść, sfin­go­wa­ne rand­ki oraz tra­ge­dia.

- O czym mi nie mó­wi­cie? - za­py­ta­łam Xan­dra.

Naj­pierw ten no­tes. Po­tem uciecz­ka od py­ta­nia o Toby'ego. Ta­jem­ni­cze "coś", w któ­rym mia­ła mu po­móc Re­bec­ca. A te­raz jesz­cze Thea.

Xan­der wy­kpił się od od­po­wie­dzi, na­py­cha­jąc so­bie usta resz­tą ciast­ka.

- No? - po­na­gli­łam, lecz spo­koj­nie żuł da­lej.

- W pi­ątek przy­pa­da­ją uro­dzi­ny Emi­ly - prze­rwa­ła na­gle mil­cze­nie Re­bec­ca.

Po­wie­dzia­ła to ci­cho, ale jej sło­wa jak­by wy­ssa­ły cały tlen z po­miesz­cze­nia.

- Będzie ban­kiet ze zbiór­ką pie­ni­ędzy zor­ga­ni­zo­wa­ny ku jej pa­mi­ęci - do­da­ła Thea, przy­gwa­żdża­jąc mnie wzro­kiem. - Umó­wi­li­śmy się z Xan­drem i Re­bec­cą na ten... pry­wat­ny lunch, żeby do­pi­ąć szcze­gó­ły.

Nie by­łam pew­na, czy jej wie­rzyć, ale tak czy ina­czej był to wy­ra­źny sy­gnał dla mnie, że­bym już so­bie po­szła.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki

ROZ­DZIAŁ 3

Jesz­cze ni­g­dy w ży­ciu nie ogląda­łam me­czu fut­bo­lo­we­go, ale jako wła­ści­ciel­ka tek­sa­ńskiej dru­ży­ny Lone Stars ra­czej nie mo­głam tego wy­znać re­por­te­rom, któ­rych tłum cia­sno oto­czył SUV-a, kie­dy za­trzy­ma­li­śmy się przed sta­dio­nem. Nie mo­głam się rów­nież przy­znać, że w ko­szul­ce spor­to­wej z od­sło­ni­ęty­mi ra­mio­na­mi oraz w kow­boj­kach w ko­lo­rze me­ta­licz­ne­go błęki­tu, któ­re mia­łam na no­gach, czu­łam się mniej wi­ęcej tak nor­mal­nie jak w hal­lo­we­eno­wym prze­bra­niu.

- Opu­ść szy­bę w oknie - po­uczy­ła mnie Ali­sa. - Uśmiech­nij się i krzyk­nij: "Na­przód, Lone Stars!".

Nie chcia­łam opusz­czać szy­by. Nie chcia­łam się uśmie­chać. Nie chcia­łam ni­cze­go wy­krzy­ki­wać - mimo to po­słu­cha­łam jej rad. Bo od­gry­wa­li­śmy hi­sto­rię Kop­ciusz­ka, a ja by­łam jej gwiaz­dą.

- Ave­ry!

- Ave­ry, po­patrz tu­taj!

- Jak się czu­jesz przed pierw­szą grą w roli no­wej wła­ści­ciel­ki?

- Czy sko­men­tu­jesz po­gło­ski o tym, że na­pa­dłaś na Skye Haw­thor­ne?

Nie mia­łam do­świad­cze­nia w kon­tak­cie z przed­sta­wi­cie­la­mi me­diów, lecz wie­dzia­łam o nich do­syć, by znać kar­dy­nal­ną za­sa­dę ra­dze­nia so­bie z gra­dem re­por­ter­skich py­tań - nie od­po­wia­dać na nie. W grun­cie rze­czy wol­no mi było po­wie­dzieć je­dy­nie, że je­stem pod­eks­cy­to­wa­na, wdzi­ęcz­na, za­chwy­co­na i oszo­ło­mio­na w naj­cu­dow­niej­szym sen­sie tego sło­wa.

Ro­bi­łam więc, co w mo­jej mocy, żeby oka­zać eks­cy­ta­cję, wdzi­ęcz­no­ść oraz za­chwyt. Mecz mia­ło oglądać na żywo nie­mal sto ty­si­ęcy lu­dzi. Kil­ka mi­lio­nów na ca­łym świe­cie ki­bi­co­wa­ło mo­jej dru­ży­nie przed te­le­wi­zo­ra­mi. Mo­jej dru­ży­nie!

- Na­przód, Lone Stars! - krzyk­nęłam na całe gar­dło.

Chcia­łam za­mknąć okno, ale kie­dy si­ęgnęłam do przy­ci­sku, z tłu­mu wy­ło­ni­ła się ja­kaś po­stać. Nie był to dzien­ni­karz.

Mój oj­ciec.

Ric­ky Grambs całe ży­cie trak­to­wał mnie w naj­lep­szym ra­zie jak nie­chcia­ny ba­last. Nie wi­dzia­łam go od po­nad roku. Ale te­raz, kie­dy odzie­dzi­czy­łam mi­liar­dy?

Na­gle się zja­wił.

Od­wró­ci­łam się od nie­go - oraz od pa­pa­raz­zich - i pod­ci­ągnęłam szy­bę.

- Ave? - Głos Lib­by za­brzmiał nie­pew­nie.

Nasz pan­cer­ny SUV zje­chał do pry­wat­ne­go ga­ra­żu pod sta­dio­nem. Moja sio­stra była opty­mist­ką. Mia­ła jak naj­lep­szą opi­nię o wszyst­kich lu­dziach - ta­kże o tym fa­ce­cie, któ­ry ni­g­dy nie zro­bił ani jed­nej cho­ler­nej rze­czy dla żad­nej z nas.

- Wie­dzia­łaś, że on tu będzie? - za­py­ta­łam pó­łgło­sem.

- Nie! - od­pa­rła Lib­by. - Przy­si­ęgam! - Chwy­ci­ła zęba­mi dol­ną war­gę, roz­ma­zu­jąc so­bie czar­ną szmin­kę. - Ale on tyl­ko chce po­roz­ma­wiać.

"Uhm, no ja­sne".

Oren, szef mo­jej ochro­ny sie­dzący na miej­scu kie­row­cy, za­par­ko­wał i po­wie­dział spo­koj­nie do mi­kro­fo­nu za uchem:

- Mie­li­śmy pe­wien kło­pot przy pó­łnoc­nym we­jściu. Wy­star­czy ob­ser­wa­cja, ale ocze­ku­ję kom­plet­ne­go ra­por­tu.

Jed­ną z za­let ży­cia mi­liar­der­ki ma­jącej na usłu­gach ze­spół ochro­ny zło­żo­ny z eme­ry­to­wa­nych funk­cjo­na­riu­szy sił spe­cjal­nych był fakt, że ko­lej­na szan­sa na wpad­ni­ęcie w po­dob­ną za­sadz­kę była bli­ska zera. Ze­pchnęłam na dal­szy plan emo­cje, któ­re wy­do­był z mu­li­ste­go dna mo­jej du­szy wi­dok Ric­ky'ego, i wy­sia­dłam z sa­mo­cho­du pro­sto w cze­lu­ść jed­ne­go z naj­wi­ęk­szych sta­dio­nów spor­to­wych na świe­cie.

- Do dzie­ła - po­wie­dzia­łam.

- Pa­mi­ętaj - zwró­ci­ła się do mnie Ali­sa, kie­dy wy­sia­dła z auta. - Fir­ma jest w sta­nie po­ra­dzić so­bie z two­im oj­cem bez pro­ble­mu.

To też była za­le­ta wy­ni­ka­jąca z by­cia je­dy­ną klient­ką kan­ce­la­rii praw­ni­czej o wie­lo­mi­liar­do­wym ka­pi­ta­le.

- Do­brze się czu­jesz? - za­py­ta­ła Ali­sa.

Nie na­le­ża­ła do osób, któ­re przej­mu­ją się emo­cja­mi in­nych lu­dzi. Pró­bo­wa­ła ra­czej usta­lić, czy tego wie­czo­ru nie sta­no­wię sła­be­go ogni­wa jej pla­nu.

- Nic mi nie jest - od­po­wie­dzia­łam.

- Dla­cze­go mia­ło­by jej coś do­le­gać?

Ten głos - ni­ski i dźwi­ęcz­ny - do­bie­gł z win­dy za mo­imi ple­ca­mi. Ob­ró­ci­łam się i pierw­szy raz od sied­miu dni zo­ba­czy­łam przed sobą Gray­so­na Haw­thor­ne'a. Jego wło­sy były ja­sne, oczy sza­re jak lód, a ko­ści po­licz­ko­we tak ostre, że mo­żna by nimi ciąć jak no­ża­mi. Jesz­cze dwa ty­go­dnie temu po­wie­dzia­ła­bym, że był naj­bar­dziej pew­nym swe­go, py­sza­łko­wa­tym, aro­ganc­kim dup­kiem, ja­kie­go spo­tka­łam w ży­ciu.

Te­raz nie mia­łam po­jęcia, co sądzić o Gray­so­nie Haw­thor­nie.

- Dla­cze­go? - po­wtó­rzył szorst­ko, wy­cho­dząc z win­dy. - Dla­cze­go Ave­ry mia­ła­by się źle czuć?

- Mój wiecz­nie nie­obec­ny ta­tu­lek na­gle po­ja­wił się pod sta­dio­nem - wy­mam­ro­ta­łam. - To nic ta­kie­go.

Gray­son mie­rzył mnie wzro­kiem, jego oczy wwier­ca­ły się we mnie. Po chwi­li ob­ró­cił się do Ore­na.

- Sta­no­wi za­gro­że­nie?

"Będę cię za­wsze chro­nił" - przy­rze­kł. "Ale my... to nie może się zda­rzyć".

- Nie po­trze­bu­ję two­jej opie­ki - rzu­ci­łam ostro. - Sama do­sko­na­le wiem, jak się chro­nić przed Ric­kym.

Mi­nęłam Gray­so­na i we­szłam do win­dy, z któ­rej przed chwi­lą wy­sia­dł.

Gdy zo­sta­niesz po­rzu­co­na, cała sztu­ka po­le­ga na tym, żeby nie tęsk­nić za czło­wie­kiem, któ­ry od cie­bie od­sze­dł.

Po mi­nu­cie, kie­dy drzwi win­dy otwo­rzy­ły się przed lożą wła­ści­cie­li, we­szłam do niej, ma­jąc u swo­je­go boku Ali­sę z jed­nej stro­ny i Ore­na z dru­giej, a na Gray­so­na już na­wet nie zer­k­nęłam. Zje­chał na dół win­dą, za­tem oczy­wi­ście był tu przede mną - pew­nie po to, żeby po­roz­ma­wiać z obec­ny­mi tu lu­dźmi. Beze mnie.

- Ave­ry. Do­ta­rłaś. - Szy­ję Zary Haw­thor­ne-Cal­li­ga­ris zdo­bił sznur de­li­kat­nych pe­reł. W jej kan­cia­stym uśmie­chu było coś, co ka­za­ło mi po­my­śleć, iż mo­gła­by za­bić czło­wie­ka tymi per­ła­mi, gdy­by przy­szła jej na to ocho­ta. - Nie by­łam pew­na, czy się dzi­siaj po­ja­wisz.

"A ty nie omiesz­ka­ła­byś czy­nić ho­no­rów domu pod moją nie­obec­no­ść" - do­da­łam w my­ślach. Przy­po­mnia­łam so­bie o tym, co mó­wi­ła Ali­sa - o sprzy­mie­rze­ńcach, sil­nych gra­czach oraz o kon­tak­tach, któ­re mo­żna na­wi­ązać dzi­ęki bi­le­tom w tej loży.

Jak po­wie­dzia­łby Ja­me­son: "niech więc gra się za­cznie".

ROZ­DZIAŁ 4

Zloży wła­ści­cie­li roz­ci­ągał się do­sko­na­ły wi­dok na li­nię pi­ęćdzie­si­ęciu jar­dów, ale go­dzi­nę przed pierw­szym gwizd­kiem jesz­cze nikt nie pa­trzył na bo­isko. Loża si­ęga­ła da­le­ko w głąb bu­dyn­ku i tam się roz­sze­rza­ła, a wraz z od­le­gło­ścią od sie­dzeń ho­no­ro­wych co­raz bar­dziej przy­wo­dzi­ła na myśl eks­klu­zyw­ny bar albo klub. Dzi­siaj to ja sta­no­wi­łam w nim głów­ną roz­ryw­kę - dzi­wa­dło, cie­ka­wost­kę, wy­stro­jo­ną pa­pie­ro­wą lal­kę. Całą wiecz­no­ść ści­ska­łam go­ściom dło­nie, po­zo­wa­łam do zdjęć i uda­wa­łam, że ro­zu­miem fut­bo­lo­we żar­ci­ki. Ja­ki­mś cu­dem uda­ło mi się nie ga­pić w nie­mym za­chwy­cie na gwiaz­dę popu, na by­łe­go wi­ce­pre­zy­den­ta ani na sze­fa kon­cer­nu tech­no­lo­gicz­ne­go, któ­ry pew­nie zgar­nia wi­ęcej for­sy w cza­sie po­trzeb­nym na sko­rzy­sta­nie z to­a­le­ty, niż wi­ęk­szo­ść lu­dzi jest zdol­na za­ro­bić w ci­ągu ca­łe­go ży­cia.

Mój mózg na chwi­lę do­słow­nie za­sty­gł, kie­dy usły­sza­łam sło­wa: "wa­sza wy­so­ko­ść" i do­ta­rło do mnie, że jest wśród nas ktoś z ro­dzi­ny kró­lew­skiej.

Ali­sa za­pew­ne wy­czu­ła, że zbli­żam się do kre­su wy­trzy­ma­ło­ści psy­chicz­nej.

- Za chwi­lę po­czątek gry - po­wie­dzia­ła, wspie­ra­jąc lek­ko dłoń na moim ra­mie­niu, pew­nie że­bym nie zwia­ła gdzie pieprz ro­śnie. - Cho­dźmy do na­szych miejsc.

Uda­ło mi się wy­trzy­mać do ko­ńca pierw­szej po­ło­wy, a po­tem rze­czy­wi­ście ucie­kłam. Prze­chwy­cił mnie Gray­son. Nie mó­wi­ąc ani sło­wa, ski­nął w bok gło­wą, a po­tem po pro­stu ru­szył z miej­sca, pew­ny, że zro­bię to samo.

Ja zaś wbrew so­bie spe­łni­łam jego ocze­ki­wa­nia. I zna­la­złam dru­gą win­dę.

- Ta je­dzie wy­żej - po­wie­dział.

Jaz­dę do­kąd­kol­wiek z Gray­so­nem Haw­thor­ne'em za­pew­ne na­le­ża­ło uznać za błąd, ale bio­rąc pod uwa­gę, że al­ter­na­ty­wą było dal­sze prze­by­wa­nie wśród wiel­kich tego świa­ta, zde­cy­do­wa­łam się pod­jąć ry­zy­ko.

Ja­dąc win­dą, mil­cze­li­śmy całą dro­gę. Drzwi otwo­rzy­ły się i zo­ba­czy­li­śmy małe po­miesz­cze­nie z pi­ęcio­ma sie­dze­nia­mi - wszyst­kie były pu­ste. Stąd mie­li­śmy jesz­cze lep­szy wi­dok na bo­isko niż z dołu.

- Dzia­dek udzie­lał się to­wa­rzy­sko, tyl­ko do­pó­ki się nie znu­dził, po czym przy­cho­dził tu­taj - po­wie­dział Gray­son. - Je­dy­nie ja i moi bra­cia mo­gli­śmy go tu od­wie­dzać.

Usia­dłam i za­pa­trzy­łam się na sta­dion. Na try­bu­nach sie­dzia­ło tak wie­lu lu­dzi! Pa­nu­jąca tam ener­gia, cha­os, a ta­kże sama ska­la tego wy­da­rze­nia nie­co mnie przy­tła­cza­ły. Tu­taj jed­nak było spo­koj­nie i ci­cho.

- Sądzi­łem, że będziesz chcia­ła przy­jść na mecz z Ja­me­so­nem. - Gray­son nie pró­bo­wał się przy­si­ąść, jak­by nie ufał so­bie na tyle, by zna­le­źć się bli­sko mnie. - Spędza­cie ze sobą dużo cza­su.

Ta uwa­ga mnie zi­ry­to­wa­ła, cho­ciaż nie za­mie­rza­łam ana­li­zo­wać przy­czyn ta­kiej re­ak­cji.

- Za­ło­ży­łam się z two­im bra­tem.

- O co?

Wo­la­ła­bym nie od­po­wia­dać na to py­ta­nie, ale kie­dy nie­opatrz­nie skie­ro­wa­łam na nie­go wzrok, nie mo­głam się po­wstrzy­mać. Chcia­łam wzbu­dzić w nim emo­cje, a to był do­bry mo­ment.

- Toby żyje.

Kto inny może nie do­strze­głby u Gray­so­na żad­nej re­ak­cji, ale ja za­uwa­ży­łam, że prze­bie­gł go dreszcz. Skie­ro­wał na mnie spoj­rze­nie swo­ich sza­rych oczu.

- Słu­cham?

- Twój wu­jek żyje i nie­źle się bawi, uda­jąc bez­dom­ne­go w New Ca­stle w Con­nec­ti­cut.

Wiem, mo­głam być de­li­kat­niej­sza.

Gray­son pod­sze­dł. W ko­ńcu zro­bił mi za­szczyt i usia­dł koło mnie. Wi­dzia­łam, ja­kie ma spi­ęte ra­mio­na, kie­dy spló­tł dło­nie i wci­snął je mi­ędzy ko­la­na.

- O czym do­kład­nie mó­wisz, Ave­ry?

Rzad­ko się zda­rza­ło, by zwra­cał się do mnie po imie­niu. Było już za pó­źno, żeby cof­nąć moje sło­wa.

- Wi­dzia­łam fo­to­gra­fię Toby'ego w me­da­lio­nie two­jej bab­ci. - Za­ci­snęłam po­wie­ki i wró­ci­łam pa­mi­ęcią do tam­tej chwi­li. - Po­zna­łam go. Mnie przed­sta­wił się jako Har­ry. Po­nad rok co ty­dzień gra­li­śmy w sza­chy w par­ku. - Otwo­rzy­łam oczy. - Nie je­ste­śmy pew­ni z Ja­me­so­nem, jaka się z tym wi­ąże hi­sto­ria. Ale się do­wie­my. Za­ło­ży­li­śmy się o to, kto zro­bi to pierw­szy.

- Komu o tym po­wie­dzia­łaś? - Głos Gray­so­na brzmiał śmier­tel­nie po­wa­żnie.

- O za­kła­dzie?

- O To­bym.

- Bu­nia była przy mnie, kie­dy od­kry­łam praw­dę. Za­mie­rza­łam po­wie­dzieć Ali­sie, ale...

- Nic jej nie mów - wsze­dł mi w sło­wo Gray­son. - Ni­ko­mu ani sło­wa. Ro­zu­miesz?

Utkwi­łam w nim wzrok.

- Chy­ba nie za bar­dzo.

- Moja mat­ka nie ma pod­staw, żeby pod­wa­żyć te­sta­ment. Ciot­ka nie ma pod­staw, żeby pod­wa­żyć te­sta­ment. Ale Toby? - Gray­son do­ra­stał w prze­świad­cze­niu, że odzie­dzi­czy spa­dek. Ze wszyst­kich bra­ci Haw­thor­ne'ów on naj­go­rzej znió­sł wia­do­mo­ść o wy­dzie­dzi­cze­niu. - Je­śli mój wuj żyje, tyl­ko on na ca­łym świe­cie mó­głby pod­wa­żyć ostat­nią wolę zma­rłe­go.

- Mó­wisz tak, jak­by to było coś złe­go - za­uwa­ży­łam. - Z mo­je­go punk­tu wi­dze­nia na pew­no. Ale z two­je­go...

- Mat­ka nie może się o tym do­wie­dzieć. Zara nie może się do­wie­dzieć. - Mina Gray­so­na wy­ra­ża­ła kra­ńco­we na­pi­ęcie i świad­czy­ła o tym, że kon­cen­tro­wał się na mnie bez resz­ty. - McNa­ma­ra, Or­te­ga ani Jo­nes nie mogą się do­wie­dzieć.

Tam­te­go ty­go­dnia, kie­dy oma­wia­li­śmy z Ja­me­so­nem ów roz­wój wy­pad­ków, wci­ągnęło nas kom­plet­nie roz­wi­ąza­nie ta­jem­ni­cy - nie za­sta­na­wia­li­śmy się, co może się zda­rzyć, je­że­li za­gi­nio­ny spad­ko­bier­ca To­bia­sa Haw­thor­ne'a na­gle po­ja­wi się cały i zdro­wy.

- Nie je­steś ani tro­chę za­in­te­re­so­wa­ny? - za­py­ta­łam Gray­so­na. - Nie chcesz się do­wie­dzieć, co to może zna­czyć?

- Wiem, co to zna­czy - od­pa­rł zwi­ęźle Gray­son. - Wła­śnie ci o tym mó­wię, Ave­ry.

- Nie sądzisz, że gdy­by twój wu­jek był za­in­te­re­so­wa­ny otrzy­ma­niem spad­ku, to do tej pory już da­łby o so­bie znać? - za­py­ta­łam. - Chy­ba że ma po­wód, by się ukry­wać.

- No to niech się ukry­wa. Zda­jesz so­bie spra­wę z tego, ja­kie ry­zy­ko...

Gray­son nie miał mo­żli­wo­ści do­ko­ńcze­nia swo­je­go py­ta­nia.

- Czym by­ło­by ży­cie bez odro­bi­ny ry­zy­ka, bra­cie?

Ob­ró­ci­łam się ku win­dzie. Nie za­uwa­ży­łam, jak zje­cha­ła ani kie­dy wró­ci­ła, ale oto stał przed nami Ja­me­son. Mi­nął Gray­so­na i za­jął miej­sce po mo­jej dru­giej stro­nie.

- Ja­kieś po­stępy w spra­wie na­sze­go za­kła­du, dzie­dzicz­ko?

Prych­nęłam.

- Chcia­ło­by się wie­dzieć, co nie?

Ja­me­son uśmiech­nął się kpi­ąco, a po­tem otwo­rzył usta, żeby coś po­wie­dzieć, ale jego sło­wa za­głu­szył huk. Wi­ęcej niż je­den. "Strze­la­ni­na!". Po­czu­łam w ży­łach przy­pływ pa­ni­ki, a po­tem na­gle zna­la­złam się na podło­dze. "Gdzie strze­lec?!". To było jak po­wtór­ka z Black Wood. Tak samo jak w Black Wood.

- Dzie­dzicz­ko.

Nie mo­głam się ru­szyć. Nie mo­głam zła­pać tchu. Wtem Ja­me­son wy­lądo­wał koło mnie na podło­dze. Przy­su­nął twarz do mo­jej twa­rzy i ujął dło­ńmi moją gło­wę.

- Sztucz­ne ognie - po­wie­dział. - To tyl­ko fa­jer­wer­ki, dzie­dzicz­ko. Po­kaz w prze­rwie me­czu.

Mój mózg re­je­stro­wał jego sło­wa, ale cia­ło na­dal błądzi­ło wśród wspo­mnień. Ja­me­son był wte­dy ze mną w Black Wood. Osło­nił mnie wła­snym cia­łem.

- Nic ci nie gro­zi, Ave­ry. - Gray­son uklęk­nął koło mnie i Ja­me­so­na. - Nie po­zwo­li­my cię skrzyw­dzić.

Przez dłu­ższą, prze­ci­ąga­jącą się chwi­lę w po­miesz­cze­niu nie dało się sły­szeć żad­nych dźwi­ęków oprócz na­szych od­de­chów. Gray­so­na. Ja­me­so­na. I mo­je­go.

- Tyl­ko fa­jer­wer­ki - po­wtó­rzy­łam za Ja­me­so­nem, wci­ąż czu­jąc ucisk w pier­si.

Gray­son wstał, ale Ja­me­son trwał do­kład­nie w tej sa­mej po­zy­cji, co przed­tem. Pa­trzył na mnie, czu­łam na so­bie ci­ężar jego cia­ła. W jego mi­nie było coś nie­mal czu­łe­go. Prze­łk­nęłam śli­nę... i rap­tem jego usta wy­krzy­wił szel­mow­ski uśmiech.

- A tak na mar­gi­ne­sie, dzie­dzicz­ko, ja już po­czy­ni­łem wiel­kie po­stępy w kwe­stii na­sze­go za­kła­du.

Po­wió­dł de­li­kat­nie kciu­kiem pod moim uchem.

Za­drża­łam, a po­tem zmro­zi­łam go wzro­kiem i pod­nio­słam się z zie­mi. Je­śli chcia­łam za­cho­wać zdro­we zmy­sły, ko­niecz­nie mu­sia­łam wy­grać ten za­kład. I to szyb­ko.

ROZ­DZIAŁ 2

Przy­jąw­szy za­kład, Ja­me­son od­da­lił się tu­ne­lem w jed­nym kie­run­ku, a ja w prze­ciw­nym. Haw­thor­ne Ho­use było ol­brzy­mią re­zy­den­cją, zaj­mo­wa­ło na tyle duży ob­szar, że po kil­ku ty­go­dniach wci­ąż nie zna­łam ca­łe­go roz­kła­du. Czło­wiek mó­głby spędzić kil­ka lat, ba­da­jąc ten dom i na­dal nie od­kryć ró­żnych za­ka­mar­ków, wszyst­kich taj­nych prze­jść i ukry­tych po­miesz­czeń - nie mó­wi­ąc już o pod­ziem­nych tu­ne­lach.

Na szczęście szyb­ko się uczy­łam. Pod skrzy­dłem z salą gim­na­stycz­ną wy­do­sta­łam się z pod­zie­mi do ko­ry­ta­rza bie­gnące­go pod po­ko­jem mu­zycz­nym. Prze­szłam pod so­la­rium, a po­tem wstąpi­łam na za­ka­mu­flo­wa­ne scho­dy do Sali Wiel­kiej, w któ­rej za­sta­łam Na­sha Haw­thor­ne'a wspar­te­go w nie­dba­łej po­zie o ka­mien­ny ko­mi­nek. Cze­kał.

- Cze­ść, mała.

Na­sho­wi na­wet nie drgnęła po­wie­ka, kie­dy wy­ro­słam przed nim jak spod zie­mi. Szcze­rze mó­wi­ąc, naj­star­szy z bra­ci Haw­thor­ne'ów spra­wiał wra­że­nie, jak­by mógł so­bie stać wy­lu­zo­wa­ny przy ko­min­ku, cho­ćby cały dom wa­lił się do­oko­ła nie­go. Nash Haw­thor­ne pew­nie uchy­li­łby bez­tro­sko swo­je­go kow­boj­skie­go ka­pe­lu­sza na­wet przed samą ko­stu­chą.

- Cze­ść - od­po­wie­dzia­łam.

- Spo­dzie­wam się, że pew­no nie wi­dzia­łaś Gray­so­na? - za­py­tał.

Jego tek­sa­ński za­śpiew spra­wił, że py­ta­nie za­brzmia­ło nie­mal le­ni­wie. To jed­nak nie zła­go­dzi­ło tre­ści wy­po­wie­dzia­nych przez nie­go słów.

- Nie. - Wo­la­łam od­po­wia­dać krót­ko i nie oka­zy­wać emo­cji. Ja i Gray­son Haw­thor­ne za­cho­wy­wa­li­śmy dy­stans.

- I pew­no nie wiesz o roz­mo­wie, któ­rą od­był Gray z na­szą mat­ką, za­nim się wy­pro­wa­dzi­ła?

Skye Haw­thor­ne, młod­sza cór­ka To­bia­sa Haw­thor­ne'a i mat­ka wszyst­kich czte­rech jego wnu­ków, pró­bo­wa­ła po­zba­wić mnie ży­cia. Czło­wiek, któ­ry miał po­ci­ągnąć za spust, obec­nie sie­dział w wi­ęzien­nej celi, a Skye zo­sta­ła zmu­szo­na do opusz­cze­nia Haw­thor­ne Ho­use. Przez Gray­so­na. "Będę cię za­wsze chro­nił" - po­wie­dział. "Ale my... to nie może się zda­rzyć".

- Nie mam po­jęcia - od­rze­kłam bez­na­mi­ęt­nie.

- Tak wła­śnie sądzi­łem. - Nash pu­ścił do mnie oko. - Two­ja sio­stra i praw­nicz­ka szu­ka­ją cię w Skrzy­dle Wschod­nim.

Trud­no so­bie wy­obra­zić sło­wa na­ce­cho­wa­ne wi­ęk­szym ci­ęża­rem emo­cjo­nal­nym. Moja praw­nicz­ka była jego eks­na­rze­czo­ną, a sio­stra...

Nie wie­dzia­łam, kim wła­ści­wie byli dla sie­bie Lib­by i Nash Haw­thor­ne.

- Dzi­ęki - po­wie­dzia­łam, ale kie­dy ru­szy­łam kręty­mi scho­da­mi do Skrzy­dła Wschod­nie­go Haw­thor­ne Ho­use, nie zro­bi­łam tego, by szu­kać Lib­by. Ani Ali­sy. Za­ło­ży­łam się z Ja­me­so­nem i za­mie­rza­łam ten za­kład wy­grać. A za­tem krok pierw­szy - ga­bi­net To­bia­sa Haw­thor­ne'a.

W ga­bi­ne­cie sta­ło ma­ho­nio­we biur­ko, a za biur­kiem znaj­do­wa­ła się ścia­na pe­łna tro­fe­ów, pa­ten­tów oraz ksi­ążek z na­zwi­skiem Haw­thor­ne na grzbie­tach - za­pie­ra­jące dech w pier­si przy­po­mnie­nie, że w bra­ciach Haw­thor­ne'ach nie ma ab­so­lut­nie nic zwy­kłe­go. Stwo­rzo­no im ide­al­ne mo­żli­wo­ści roz­wo­ju, więc Haw­thor­ne se­nior ocze­ki­wał, że będą nie­zwy­kli. Nie przy­szłam tu jed­nak ga­pić się na tro­fea.

Usia­dłam za biur­kiem i otwo­rzy­łam se­kret­ną prze­gród­kę, któ­rą od­kry­łam nie tak daw­no temu. Znaj­do­wa­ła się w niej tecz­ka. Tecz­ka zaś za­wie­ra­ła moje fo­to­gra­fie. Nie­zli­czo­ne zdjęcia zro­bio­ne w ci­ągu wie­lu lat. Po tam­tym pa­mi­ęt­nym spo­tka­niu w ta­niej re­stau­ra­cji To­bias Haw­thor­ne miał mnie cały czas na oku. "Je­dy­nie ze względu na moje na­zwi­sko? Czy kie­ro­wał nim inny mo­tyw?".

Prze­wer­to­wa­łam fo­to­gra­fie i wy­jęłam dwie z nich. Ja­me­son miał ra­cję tam, w pod­zie­miach. Nie po­wie­dzia­łam mu ca­łej praw­dy. Dwa razy sfo­to­gra­fo­wa­no mnie z To­bym, ale je­śli cho­dzi o mężczy­znę na zdjęciach, to przy obu oka­zjach ich au­to­ro­wi uda­ło się uchwy­cić za­le­d­wie tył jego gło­wy.

Czy To­bias Haw­thor­ne roz­po­znał Toby'ego od tyłu? Czy "Har­ry" zo­rien­to­wał się, że jest fo­to­gra­fo­wa­ny, i spe­cjal­nie od­wró­cił się od obiek­ty­wu?

Je­że­li szu­ka­łam wska­zó­wek, to ra­czej nie mia­łam się cze­go chwy­cić. Dzi­ęki tecz­ce do­wie­dzia­łam się je­dy­nie, że To­bias Haw­thor­ne ob­ser­wo­wał mnie przez wie­le lat, za­nim w moim ży­ciu po­ja­wił się czło­wiek zna­ny mi jako Har­ry. Prze­wró­ci­łam kciu­kiem wi­ęcej zdjęć i do­ta­rłam do ko­pii mo­je­go aktu uro­dze­nia. Pod­pis mo­jej mamy był sta­ran­ny, ojca zaś sta­no­wił dziw­ną kom­bi­na­cję li­ter pi­sa­nych i dru­ko­wa­nych. To­bias Haw­thor­ne pod­kre­ślił pod­pis ojca oraz datę mo­ich na­ro­dzin.

10/18. Wie­dzia­łam, dla­cze­go ta data jest wa­żna, Gray­son i Ja­me­son ko­cha­li - obaj - dziew­czy­nę, któ­ra na­zy­wa­ła się Emi­ly Lau­gh­lin. Jej śmie­rć - do któ­rej do­szło 18 pa­ździer­ni­ka - ich po­ró­żni­ła. Dzia­dek chłop­ców z ja­kie­jś przy­czy­ny wy­my­ślił so­bie, że dzi­ęki mnie zno­wu się do sie­bie zbli­żą. Dla­cze­go jed­nak To­bias Haw­thor­ne pod­kre­ślił pod­pis mo­je­go ojca? Ric­ky Grambs ni­g­dy się nami nie in­te­re­so­wał. Na­wet nie ode­brał te­le­fo­nu, kie­dy mama zma­rła. Gdy­by to od nie­go za­le­ża­ło, tra­fi­ła­bym do ro­dzi­ny za­stęp­czej. Wbi­ja­jąc wzrok w pod­pis Ric­ky'ego, sta­ra­łam się spra­wić siłą woli, by za­zna­cze­nie wy­ko­na­ne ręką To­bia­sa Haw­thor­ne'a ob­ja­wi­ło mi swój sens.

Bez skut­ku.

Z za­ka­mar­ków umy­słu do­ta­rł do mnie głos mamy. "Mam ta­jem­ni­cę" - po­wie­dzia­ła mi na dłu­go przed tym, za­nim To­bias Haw­thor­ne umie­ścił moje na­zwi­sko w te­sta­men­cie. "Cho­dzi o dzień, w któ­rym się uro­dzi­łaś".

Nie wiem, co mia­ła na my­śli, ale te­raz, kie­dy ode­szła, szan­sa na po­zna­nie tej ta­jem­ni­cy prze­pa­dła bez­pow­rot­nie. Jed­no, co wie­dzia­łam na pew­no, to fakt, że nie by­łam spo­krew­nio­na z Haw­thor­ne'ami. Na­wet gdy­by nie świad­czy­ło o tym na­zwi­sko mo­je­go ojca na ak­cie uro­dze­nia, test DNA po­twier­dził de­fi­ni­tyw­nie, że w mo­ich ży­łach nie pły­nie ich krew.

Dla­cze­go za­tem Toby mnie zna­la­zł? I czy w ogó­le mnie szu­kał? Przy­po­mnia­ło mi się, co Ja­me­son mó­wił o swo­im dziad­ku - że le­piej jest upiec dwa­na­ście pie­cze­ni na jed­nym ogniu niż dwie. Prze­gląda­jąc jesz­cze raz za­war­to­ść tecz­ki, pró­bo­wa­łam zna­le­źć ja­kiś strzęp ukry­tych zna­czeń. Cze­go tam nie do­strze­ga­łam? Mu­sia­ło być coś...

Pu­ka­nie do drzwi było je­dy­nym ostrze­że­niem, za­nim klam­ka za­częła się po­ru­szać. Zgar­nęłam szyb­ko fo­to­gra­fie i wsu­nęłam tecz­kę z po­wro­tem do ukry­tej prze­gro­dy.

- Tu­taj je­steś! - Ad­wo­kat­ka Ali­sa Or­te­ga sta­no­wi­ła wzór pro­fe­sjo­na­li­zmu. Jej brwi wy­gi­ęły się ku gó­rze, na­da­jąc twa­rzy wy­raz, któ­ry za­wsze na­zy­wa­łam w my­ślach ali­sią miną. - Za­po­mnia­łaś o grze, do­brze mi się zda­je?

- O grze? - po­wtó­rzy­łam nie­pew­na, któ­rą grę mia­ła na my­śli.

Od­kąd prze­kro­czy­łam próg Haw­thor­ne Ho­use, cały czas to­wa­rzy­szy­ło mi wra­że­nie, że wci­ąż w coś gram.

- O me­czu - wy­ja­śni­ła Ali­sa, zno­wu z tą ali­sią miną. - Czy­li o dru­gim eta­pie two­je­go de­biu­tu w kręgach to­wa­rzy­skich Tek­sa­su. Te­raz, po wy­pro­wadz­ce Skye z Haw­thor­ne Ho­use, po­zo­ry są wa­żniej­sze niż kie­dy­kol­wiek przed­tem. Mu­si­my kon­tro­lo­wać nar­ra­cję. To ma być opo­wie­ść o Kop­ciusz­ku, a nie skan­dal - to zaś zna­czy, że mu­sisz od­gry­wać rolę Kop­ciusz­ka. Pu­blicz­nie. Tak często i prze­ko­nu­jąco, jak to mo­żli­we. Za­cznij dzi­siaj od za­jęcia miej­sca w loży wła­ści­ciel­ki klu­bu.

"Loża wła­ści­ciel­ki klu­bu". To otwo­rzy­ło klap­kę w mo­jej pa­mi­ęci.

- Aha, o tej grze! - po­wie­dzia­łam, tym ra­zem ze zro­zu­mie­niem. - W sen­sie me­czu ligi NFL! Bo te­raz mam mój wła­sny klub fut­bo­lo­wy.

Na­dal trud­no mi było ogar­nąć umy­słem ten fakt. Na tyle trud­no, że nie­mal uda­ło mi się nie zwró­cić uwa­gi na po­zo­sta­łe sło­wa Ali­sy - te o Skye. Zgod­nie z umo­wą, do któ­rej zo­bo­wi­ąza­li­śmy się z Gray­so­nem, mia­łam ni­ko­mu nie mó­wić o udzia­le jego mat­ki w pró­bie za­ma­chu na moje ży­cie. W za­mian za to on zo­bo­wi­ązał się do wy­ci­ągni­ęcia kon­se­kwen­cji.

Tak jak to wcze­śniej obie­cał.

- W loży wła­ści­cie­li klu­bu znaj­du­je się czter­dzie­ści osiem miejsc. - Ali­sa przy­jęła ton wy­kła­dow­cy. - Ogól­ną mapę re­zer­wa­cji two­rzy­my z wie­lo­mie­si­ęcz­nym wy­prze­dze­niem. To miej­sca za­re­zer­wo­wa­ne je­dy­nie dla VIP-ów. Tu nie cho­dzi tyl­ko o fut­bol; to spo­sób na otwar­cie so­bie dro­gi do mnó­stwa in­nych sto­łów. Nie­mal ka­żdy ma­rzy o tym, by zo­stać za­pro­szo­nym - po­li­ty­cy, ce­le­bry­ci, sze­fo­wie firm. Ka­za­łam Ore­no­wi do­kład­nie spraw­dzić in­for­ma­cje o wszyst­kich za­in­te­re­so­wa­nych przy­jściem na dzi­siej­szy wie­czór, będzie­my też mie­li pod ręką za­wo­do­we­go fo­to­gra­fa, któ­ry znaj­dzie kil­ka stra­te­gicz­nych ka­drów. Lan­don przy­go­to­wa­ła not­kę pra­so­wą, któ­ra uka­że się go­dzi­nę przed grą. Je­dy­ne zmar­twie­nie, ja­kie te­raz nam zo­sta­ło, to... - Tak­tow­nie za­wie­si­ła głos.

Prych­nęłam.

- Ja?

- To ma być hi­sto­ria Kop­ciusz­ka - przy­po­mnia­ła mi Ali­sa. - Jak sądzisz, co Kop­ciu­szek po­wi­nien wło­żyć, idąc na swój pierw­szy mecz NFL?

Spo­dzie­wa­łam się, że to pod­chwy­tli­we py­ta­nie.

- Coś w tym ro­dza­ju? - W drzwiach sta­nęła Lib­by.

Mia­ła na so­bie spor­to­wą blu­zę z logo dru­ży­ny Lone Star, a do tego do­pa­so­wa­ny ko­lo­ry­stycz­nie sza­lik, ręka­wicz­ki i wy­so­kie buty. Ufar­bo­wa­ne na nie­bie­sko wło­sy zwi­ąza­ła w ku­cy­ki po obu stro­nach gło­wy, uży­wa­jąc du­żej licz­by błękit­nych i zło­ci­stych wstążek.

Ali­sa zmu­si­ła się do uśmie­chu.

- Tak - zwró­ci­ła się do mnie. - Coś w tym ro­dza­ju... ale ra­czej bez czar­nej szmin­ki, czar­ne­go la­kie­ru na pa­znok­ciach i tej ob­ro­ży.

Lib­by była naj­bar­dziej opty­mi­stycz­ną na świe­cie got­ką, Ali­sa zaś nie po­dzie­la­ła zmy­słu mo­do­we­go mo­jej sio­stry.

- Jak już mó­wi­łam - kon­ty­nu­owa­ła do­bit­nie Ali­sa - dzi­siej­sza oka­zja jest bar­dzo wa­żna. Kie­dy Ave­ry będzie grać Kop­ciusz­ka przed ka­me­ra­mi, ja po­kręcę się wśród go­ści, żeby się zo­rien­to­wać, ja­kie jest ich na­sta­wie­nie.

- Wo­bec cze­go? - za­py­ta­łam.

Wie­le razy po­wta­rza­no mi, że te­sta­ment To­bia­sa Haw­thor­ne'a jest osta­tecz­ny, jak­by wy­ku­ty w ska­le. O ile się orien­to­wa­łam, człon­ko­wie ro­dzi­ny Haw­thor­ne'ów zre­zy­gno­wa­li z wszel­kich prób pod­wa­ża­nia jego woli.

- Nie za­szko­dzi mieć kil­ku sil­nych za­wod­ni­ków w swo­jej części rin­gu - po­wie­dzia­ła Ali­sa. - A chce­my, żeby nasi so­jusz­ni­cy czu­li się wy­lu­zo­wa­ni.

- Mam na­dzie­ję, że nie prze­szka­dzam. - Nash za­cho­wał się tak, jak­by do­pie­ro co przy­pad­kiem wpa­dł na nas. Jak­by to nie on uprze­dził mnie, że Ali­sa i Lib­by mnie szu­ka­ły. - Mów da­lej, Lee-Lee - za­chęcił moją praw­nicz­kę. - Mó­wi­łaś coś o wy­lu­zo­wa­niu.

- Lu­dzie mu­szą po­czuć, że Ave­ry nie za­mie­rza ro­bić re­wo­lu­cji. - Ali­sa sta­ran­nie uni­ka­ła pa­trze­nia bez­po­śred­nio na Na­sha. Za­cho­wy­wa­ła się ni­czym czło­wiek, któ­ry nie jest w sta­nie pa­trzeć pro­sto w sło­ńce. - Wasz dzia­dek miał in­we­sty­cje, part­ne­rów biz­ne­so­wych, ukła­dy po­li­tycz­ne... Te rze­czy wy­ma­ga­ją ostro­żne­go ba­lan­so­wa­nia.

- Ona ma na my­śli - Nash zwró­cił się do mnie - że lu­dzie mu­szą od­nie­ść wra­że­nie, iż McNa­ma­ra, Or­te­ga i Jo­nes ab­so­lut­nie pa­nu­ją nad sy­tu­acją.

"Nad sy­tu­acją?" - po­my­śla­łam. "Czy nade mną?". Nie za­chwy­ca­ła mnie wi­zja wy­stępo­wa­nia w roli czy­je­jś ma­rio­net­ki. Fir­ma mia­ła pra­co­wać dla mnie, przy­naj­mniej w teo­rii.

Ta myśl spra­wi­ła, że wpa­dłam na pe­wien po­my­sł.

- Ali­sa? Pa­mi­ętasz, jak po­pro­si­łam cię, że­byś zor­ga­ni­zo­wa­ła pie­ni­ądze dla mo­je­go przy­ja­cie­la?

- Dla Har­ry'ego, tak? - upew­ni­ła się Ali­sa, ale ja od­nio­słam wra­że­nie, że jej uwa­gę zaj­mu­ją trzy spra­wy jed­no­cze­śnie: moje py­ta­nie, jej wiel­kie pla­ny na dzi­siej­szy wie­czór oraz kąci­ki ust Na­sha, któ­re unio­sły się, kie­dy zo­ba­czył strój Lib­by.

Ostat­nią rze­czą, ja­kiej te­raz po­trze­bo­wa­łam, było to, żeby moja praw­nicz­ka śle­dzi­ła spoj­rze­nia jej eks­na­rze­czo­ne­go po­sy­ła­ne w kie­run­ku mo­jej sio­stry.

- Tak. Uda­ło ci się je do­star­czyć? - za­py­ta­łam.

Naj­prost­szym spo­so­bem uzy­ska­nia od­po­wie­dzi było na­mie­rze­nie Toby'ego... za­nim do­trze do nie­go Ja­me­son.

Ali­sa ode­rwa­ła wzrok od Lib­by i Na­sha.

- Nie­ste­ty - rze­kła po­spiesz­nie. - Moi lu­dzie nie zdo­ła­li wpa­ść na ślad two­je­go Har­ry'ego.

Ob­ra­ca­łam w my­ślach wy­ni­ka­jące stąd im­pli­ka­cje. Toby Haw­thor­ne po­ja­wił się w par­ku kil­ka dni po śmier­ci mo­jej mamy, a nie­ca­ły mie­si­ąc po moim wy­je­ździe prze­pa­dł bez wie­ści.

- No do­brze - po­wie­dzia­ła Ali­sa, spla­ta­jąc przed sobą dło­nie. - Wró­ćmy do kwe­stii two­jej gar­de­ro­by...

ROZ­DZIAŁ 1

Przy­po­mnij mi jesz­cze raz tę hi­sto­rię o wa­szej pierw­szej grze w sza­chy w par­ku.

Na twarz Ja­me­so­na pa­dał blask świe­cy. Na­wet w ta­kim mdłym świe­tle wi­dzia­łam, jak jego ciem­no­zie­lo­ne oczy lśnią.

Nic na świe­cie - żad­na rzecz ani czło­wiek - nie przy­spie­sza­ło tęt­na Ja­me­so­na Haw­thor­ne'a tak jak ta­jem­ni­ca.

- To było tuż po po­grze­bie mo­jej mamy - po­wie­dzia­łam. - Upły­nęło od nie­go kil­ka dni, może ty­dzień.

Znaj­do­wa­li­śmy się obo­je w tu­ne­lu pod po­sia­dło­ścią Haw­thor­ne'ów - ze­szli­śmy tyl­ko we dwo­je tam, gdzie nikt nie mógł nas pod­słu­chać. Nie­ca­ły mie­si­ąc temu pierw­szy raz we­szłam do tej wiel­kiej ni­czym pa­łac re­zy­den­cji w Tek­sa­sie, a przed ty­go­dniem roz­wi­ąza­li­śmy za­gad­kę do­ty­czącą przy­czy­ny spro­wa­dze­nia mnie tu­taj.

O ile rze­czy­wi­ście ją roz­wi­ąza­li­śmy.

- Cho­dzi­ły­śmy z mamą na spa­ce­ry do tego par­ku. - Za­mknęłam oczy, żeby sku­pić się na fak­tach, a nie na tym, jak in­ten­syw­nie Ja­me­son chło­nął ka­żde moje sło­wo. - Na­zy­wa­ła to za­ba­wą w błądze­nie bez celu. - Przy­go­to­wa­łam się psy­chicz­nie na kon­fron­ta­cję z tym wspo­mnie­niem i otwo­rzy­łam oczy. - Kil­ka dni po jej po­grze­bie po­szłam do par­ku po raz pierw­szy bez niej. Kie­dy do­ta­rłam w po­bli­że sta­wu, uj­rza­łam zbie­go­wi­sko. Na chod­ni­ku le­żał z za­mkni­ęty­mi ocza­mi ja­kiś mężczy­zna. Przy­kry­ty po­strzępio­ny­mi ko­ca­mi.

- Bez­dom­ny.

Ja­me­son już sły­szał tę hi­sto­rię od A do Z, mimo to jego sku­pio­na na mnie uwa­ga ani na chwi­lę nie sła­bła.

- Lu­dzie sądzi­li, że nie żyje... albo że upił się do nie­przy­tom­no­ści. On jed­nak na­gle usia­dł. Zo­ba­czy­łam po­li­cjan­ta prze­py­cha­jące­go się przez tłum.

- Ale to ty pierw­sza przeda­rłaś się do tego mężczy­zny - do­ko­ńczył Ja­me­son, nie od­ry­wa­jąc ode mnie wzro­ku. Jego usta wy­gi­ęły się ku gó­rze. - I za­pro­si­łaś go do gry w sza­chy.

Nie spo­dzie­wa­łam się, że Har­ry przyj­mie tę pro­po­zy­cję, a już na pew­no nie sądzi­łam, że wy­gra.

- Od tam­tej pory gra­li­śmy co ty­dzień - po­wie­dzia­łam. - Cza­sa­mi dwa razy w ty­go­dniu albo trzy. Ni­g­dy nie zdra­dził mi nic o so­bie oprócz imie­nia.

Na­praw­dę nie miał na imię Har­ry. Skła­mał. Dla­te­go te­raz by­łam w pod­zie­miach z Ja­me­so­nem Haw­thor­ne'em. Dla­te­go ten zno­wu za­czął mnie po­strze­gać tak, jak­bym była nie­od­gad­nio­ną ta­jem­ni­cą, za­gad­ką, któ­rą on - i tyl­ko on - może roz­wi­ązać.

Nie­mo­żli­we, żeby je­dy­nie przy­pa­dek zde­cy­do­wał o tym, że mi­liar­der To­bias Haw­thor­ne za­pi­sał w spad­ku swo­ją for­tu­nę ob­cej oso­bie, któ­ra zna­ła jego rze­ko­mo zma­rłe­go syna.

- Masz ab­so­lut­ną pew­no­ść, że to był Toby? - rzu­cił Ja­me­son w pul­su­jącą dziw­ną ener­gią prze­strzeń mi­ędzy nami.

Ostat­nio by­łam pew­na nie­wie­lu rze­czy. Przed trze­ma ty­go­dnia­mi ży­łam jak nor­mal­na dziew­czy­na le­d­wie wi­ążąca ko­niec z ko­ńcem i de­spe­rac­ko pró­bu­jąca ja­koś do­trwać do ko­ńca szko­ły śred­niej, a po­tem po­sta­rać się o sty­pen­dium i wy­pro­wa­dzić się z mia­sta. Pew­ne­go dnia ni stąd, ni zo­wąd otrzy­ma­łam wia­do­mo­ść, że je­den z naj­bo­gat­szych miesz­ka­ńców na­sze­go kra­ju zma­rł i wy­mie­nił moje na­zwi­sko w swo­jej ostat­niej woli. To­bias Haw­thor­ne zo­sta­wił mi mi­liar­dy, nie­mal całą zgro­ma­dzo­ną przez sie­bie for­tu­nę - a ja nie mia­łam po­jęcia dla­cze­go. Wraz z Ja­me­so­nem przez dwa ty­go­dnie ła­ma­li­śmy so­bie gło­wy nad za­gad­ka­mi i wska­zów­ka­mi zo­sta­wio­ny­mi przez zma­rłe­go. Dla­cze­go wy­brał wła­śnie mnie? Z po­wo­du mo­je­go na­zwi­ska. Ze względu na dzień, w któ­rym się uro­dzi­łam. Dla­te­go, że To­bias Haw­thor­ne za­in­we­sto­wał wszyst­ko, co miał, w nie­zbyt obie­cu­jący po­my­sł, iż ktoś taki jak ja jest zdol­ny sce­men­to­wać jego roz­bi­tą ro­dzi­nę.

A w ka­żdym ra­zie do ta­kich wnio­sków do­pro­wa­dzi­ło nas roz­wi­ąza­nie ostat­niej in­try­gi uknu­tej przez bo­ga­te­go se­nio­ra.

- Mam pew­no­ść - po­wie­dzia­łam sta­now­czo do Ja­me­so­na - że Toby żyje. A je­śli twój dzia­dek o tym wie­dział... Ro­zu­miem, jak bar­dzo na­ci­ąga­na jest ta teo­ria, ale je­śli wie­dział, to mu­si­my przy­jąć hi­po­te­zę, że wy­brał mnie z po­wo­du mo­jej zna­jo­mo­ści z To­bym albo w ja­kiś spo­sób sam do­pro­wa­dził do tego, że się po­zna­li­śmy.

Naj­wa­żniej­szą rze­czą, któ­rej do­wie­dzia­łam się o zma­rłym mi­liar­de­rze, To­bia­sie Haw­thor­nie, było to, że ów czło­wiek miał zdol­no­ść za­ara­nżo­wa­nia nie­mal ka­żdej rze­czy i zma­ni­pu­lo­wa­nia nie­mal ka­żdej oso­by. Uwiel­biał in­try­gi, za­gad­ki i gry.

Tak samo jak Ja­me­son.

- A je­śli tam­te­go dnia w par­ku nie po raz pierw­szy spo­tka­łaś mo­je­go wuja? - Ja­me­son zbli­żył się o krok. Ema­no­wał ja­kąś mrocz­ną ener­gią. - Za­sta­nów się, dzie­dzicz­ko. Twier­dzisz, że pod­czas je­dy­ne­go spo­tka­nia z moim dziad­kiem mia­łaś sze­ść lat i że zo­ba­czył cię w ta­niej re­stau­ra­cji, w któ­rej two­ja mama pra­co­wa­ła jako kel­ner­ka. Usły­szał tam two­je imię i na­zwi­sko.

Ave­ry Ky­lie Grambs po prze­sta­wie­niu kil­ku li­ter two­rzy­ło ana­gram: a very ri­sky gam­ble - bar­dzo ry­zy­kow­ne za­gra­nie.

Ta­kie­go na­zwi­ska czło­wiek po­kro­ju To­bia­sa Haw­thor­ne'a ra­czej by nie zi­gno­ro­wał.

- To praw­da - po­tak­nęłam.

Ja­me­son stał te­raz bli­sko mnie. Za bli­sko.

Wszy­scy chłop­cy i mężczy­źni z rodu Haw­thor­ne'ów mie­li ma­gne­tycz­ny urok. Zwra­ca­li na sie­bie uwa­gę. Od­dzia­ły­wa­li na in­nych lu­dzi - Ja­me­son zaś bar­dzo umie­jęt­nie wy­ko­rzy­sty­wał ów dar, żeby zdo­być rze­czy, któ­rych pra­gnął. "Te­raz chce cze­goś ode mnie".

- Dla­cze­go mój dzia­dek, mi­liar­der z Tek­sa­su, któ­ry mógł mieć na za­wo­ła­nie całą ar­mię pry­wat­nych ku­cha­rzy, wy­brał się na je­dze­nie do ja­kie­jś ta­niej nory w za­pa­dłej mie­ści­nie w Con­nec­ti­cut, o któ­rej nikt ni­g­dy nie sły­szał?

Mia­łam w gło­wie go­ni­twę my­śli.

- Sądzisz, że cze­goś szu­kał?

Ja­me­son uśmiech­nął się prze­bie­gle.

- Albo ko­goś. Co, je­śli po­je­chał tam, szu­ka­jąc Toby'ego, a zna­la­zł cie­bie?

Po­wie­dział "cie­bie" w dziw­ny spo­sób. Jak­bym była kimś szcze­gól­nym. Jak­bym mia­ła na co­kol­wiek wpływ. Ale już to prze­ra­bia­li­śmy z Ja­me­so­nem.

- A wszyst­ko inne słu­ży­ło je­dy­nie od­wró­ce­niu uwa­gi? - za­py­ta­łam, od­su­wa­jąc się od nie­go. - Moje na­zwi­sko, fakt, że Emi­ly zma­rła w dniu mo­ich na­ro­dzin, ła­mi­głów­ka, któ­rą zo­sta­wił nam twój dzia­dek... To je­dy­nie kłam­stwa?

Ja­me­son nie za­re­ago­wał na imię Emi­ly. Kie­dy da­wał się po­nie­ść ta­jem­ni­cy, nic nie mo­gło roz­pro­szyć jego uwa­gi - na­wet ona.

- Kłam­stwa - po­wtó­rzył. - Albo za­sło­ny dym­ne.

Wy­ci­ągnął rękę, żeby od­gar­nąć ko­smyk wło­sów z mo­jej twa­rzy. Ten gest po­sta­wił w stan naj­wy­ższej go­to­wo­ści za­ko­ńcze­nia ner­wo­we w ca­łym moim cie­le. Gwa­łtow­nie się cof­nęłam.

- Prze­stań pa­trzeć na mnie w taki spo­sób - na­po­mnia­łam go su­ro­wo.

- W jaki spo­sób? - od­pa­ro­wał atak.

Skrzy­żo­wa­łam ra­mio­na na pier­si i spio­ru­no­wa­łam go wzro­kiem.

- Uży­wasz uro­ku oso­bi­ste­go, kie­dy chcesz coś wy­mu­sić.

- Dzie­dzicz­ko, ra­nisz mnie. - Ja­me­son na­wet z drwi­ącym uśmie­chem wci­ąż wy­glądał le­piej niż kto­kol­wiek inny z ab­so­lut­nie szcze­rą miną. - Chcę je­dy­nie, że­byś od­ku­rzy­ła swo­je za­so­by pa­mi­ęci. Mój dzia­dek był czło­wie­kiem, któ­ry my­ślał w czte­rech wy­mia­rach. Mógł mu przy­świe­cać wi­ęcej niż je­den cel, kie­dy cię wy­brał. "Dla­cze­go piec dwie pie­cze­nie na jed­nym ogniu - ma­wiał - je­że­li mo­żna ich upiec dwa­na­ście?".

Coś w jego gło­sie, w tym, jak na mnie pa­trzył, spra­wia­ło, że ła­two było za­tra­cić się bez resz­ty w jego teo­riach. W in­nych mo­żli­wo­ściach. W ta­jem­ni­cy. W nim.

Ja jed­nak nie na­le­ża­łam do osób, któ­re po­pe­łnia­ją dwa razy ten sam błąd.

- A może się my­lisz? - Od­wró­ci­łam się od nie­go. - Twój dzia­dek nie­ko­niecz­nie mu­siał wie­dzieć, że Toby żyje. Może to Toby do­my­ślił się, że sta­ry Haw­thor­ne ma mnie na oku? Że za­sta­na­wia się nad za­pi­sa­niem mi ca­łej for­tu­ny?

Har­ry - bo zna­łam Toby'ego pod ta­kim imie­niem - do­sko­na­le grał w sza­chy. Może tam­ten dzień w par­ku nie był wy­ni­kiem zbie­gu oko­licz­no­ści. Może Toby ce­lo­wo mnie zna­la­zł.

- Coś nam wci­ąż umy­ka - po­wie­dział Ja­me­son. Zno­wu pod­sze­dł i sta­nął tuż za mną. - Albo... - wy­mru­czał pó­łgło­sem z usta­mi przy mo­jej gło­wie - albo coś ukry­wasz.

Nie­zu­pe­łnie był w błędzie. Wy­kła­da­nie wszyst­kich kart na stół nie le­ża­ło w mo­jej na­tu­rze - a Ja­me­son Win­che­ster Haw­thor­ne na­wet nie sta­rał się uda­wać, że mo­żna mu ufać.

- Ro­zu­miem, dzie­dzicz­ko. - Dało się wręcz sły­szeć w jego gło­sie krzy­wy uśmie­szek. - Je­śli tak chcesz po­gry­wać, to może uroz­ma­ici­my so­bie tę grę?

Ob­ró­ci­łam się przo­dem do nie­go. Sto­jąc przed nim twa­rzą w twarz, trud­no było za­po­mnieć, że kie­dy Ja­me­son się z kimś ca­ło­wał, nie dało się w tym do­pa­trzyć ani śla­du nie­śmia­ło­ści. Żad­nej czu­ło­ści. To nie były praw­dzi­we po­ca­łun­ki - na­po­mnia­łam się. Sta­no­wi­łam dla nie­go je­dy­nie ele­ment ukła­dan­ki, na­rzędzie, któ­rym się po­słu­żył. Na­dal trak­to­wał mnie jak ka­wa­łek puz­zli.

- Nie wszyst­ko jest grą - po­wie­dzia­łam.

- I może wła­śnie w tym tkwi pro­blem - od­pa­rł Ja­me­son z na­głym bły­skiem w oku. - Może dla­te­go cały dzień mie­le­my ozo­ra­mi w tych pod­zie­miach i wci­ąż wra­ca­my do tam­tej spra­wy, nie zbli­ża­jąc się o krok do jej roz­wi­ąza­nia. Bo to nie jest gra. Na ra­zie. Gra kie­ru­je się za­sa­da­mi. W grze wy­ła­nia się zwy­ci­ęz­cę. Mo­żli­we, dzie­dzicz­ko, że je­śli chce­my w ko­ńcu roz­wi­ązać za­gad­kę Toby'ego Haw­thor­ne'a, po­trzeb­na nam do tego drob­na mo­ty­wa­cja.

- Ja­kie­go ro­dza­ju? - Zmru­ży­łam po­dejrz­li­wie oczy.

- Co po­wiesz na nie­wiel­ki za­kład? - Ja­me­son unió­sł py­ta­jąco brew. - Je­że­li pierw­szy od­kry­ję praw­dę, wy­ba­czysz mi i za­po­mnisz moje po­tkni­ęcie w oce­nie sy­tu­acji po tym, jak roz­szy­fro­wa­li­śmy za­gad­kę Black Wood.

W Black Wood usta­li­li­śmy, że jego świ­ętej pa­mi­ęci eks­dziew­czy­na zma­rła w dniu, w któ­rym ob­cho­dzi­łam uro­dzi­ny. W tej chwi­li sta­ło się ja­sne, że To­bias Haw­thor­ne nie wy­brał mnie dla­te­go, że by­łam mu w ja­kiś spo­sób bli­ska. Wy­brał mnie, bo wie­dział, jak to po­dzia­ła na in­nych.

Od tej chwi­li Ja­me­son ze­rwał ze mną wszel­ki kon­takt.

- A je­śli ja wy­gram - od­po­wie­dzia­łam, pa­trząc w jego zie­lo­ne oczy - będziesz mu­siał za­po­mnieć, że kie­dy­kol­wiek się ca­ło­wa­li­śmy. I ni­g­dy wi­ęcej nie będziesz pró­bo­wał mnie uwie­ść na tyle, że­bym zno­wu mia­ła na to ocho­tę.

Nie ufa­łam mu, ale do sie­bie w jego obec­no­ści też nie mo­głam mieć za­ufa­nia.

- Do­brze, dzie­dzicz­ko. - Ja­me­son po­stąpił krok na­przód. Sto­jąc obok, przy­su­nął usta do mo­je­go ucha i szep­nął: - Niech więc gra się za­cznie.