Rozdział 2
Jest środa, dzień kremowej koszuli. Joshua wyszedł na późny lunch. Ostatnio znowu skomentował kilka razy to, co lubię i co robię. Jestem pewna, że grzebał w moich rzeczach, ponieważ jego uwagi są bardzo trafne. Wiedza daje władzę, a mnie jej brakuje.
Na początek przeprowadzam analizę śladów na moim biurku. Helene i pan Bexley nie znoszą kalendarzy elektronicznych, musimy więc wszystko notować w papierowych terminarzach, niczym jacyś wiktoriańscy urzędnicy. W moim zapisuję tylko spotkania Helene. Obsesyjnie wylogowuję się z komputera, nawet kiedy idę tylko do drukarki. Miałabym zostawić niezabezpieczone konto, kiedy Joshua jest w pobliżu? Równie dobrze mogłabym mu podać kod do odpalenia bomby jądrowej.
Za czasów Gamin Publishing moje biurko przypominało fort zbudowany z książek. Wtykałam długopisy pomiędzy grzbiety. Kiedy rozpakowywałam swoje rzeczy w nowym biurze, zauważyłam, jak sterylne jest biurko Joshui, i poczułam się jak dzieciak. Zabrałam więc swój kalendarz z ciekawym słowem na każdy dzień i figurki smerfów do domu.
Przed fuzją miałam w pracy najlepszą przyjaciółkę, Val Stone. Przesiadywałyśmy na wytartych skórzanych sofach w pokoju socjalnym i oddawałyśmy się naszej ulubionej rozrywce - systematycznie masakrowałyśmy twarze znanych ludzi w czasopismach. Ja dorysowywałam wąsy Naomi Campbell. Val zamalowywała jej ząb. Po chwili cała pokryta była bliznami, miała przekrwione oko, przepaskę i rogi. Kiedy zdjęcie było już całkiem zniszczone, nudziłyśmy się i szukałyśmy kolejnego.
Val znalazła się w grupie osób, które otrzymały wypowiedzenie. Wściekła się, że jej nie ostrzegłam. Nawet gdybym wiedziała, że ją zwolnią, nie wolno by mi było puścić pary z ust. Nie uwierzyła. Obracam się powoli, a moje odbicie przesuwa się po dwudziestu różnych powierzchniach. Widzę się we wszystkich możliwych rozmiarach - od pozytywki do ekranu kinowego. Moja ciemnoczerwona spódnica faluje. Obracam się jeszcze raz, bo czemu nie, próbuję odepchnąć mdłości, które zawsze czuję, kiedy myślę o Val.
Tak czy inaczej, z audytu biurka wynika, że mam na nim czerwony, czarny i niebieski długopis, różowe karteczki samoprzylepne, szminkę, pudełko chusteczek, którymi wycieram nadmiar szminki i łzy gniewu, a także terminarz. I to wszystko.
Delikatnie, tanecznym krokiem przesuwam się po autostradzie z marmuru. Wkroczyłam teraz do dzielnicy Joshui. Siadam za jego biurkiem i próbuję się wczuć. Ma tak wysokie krzesło, że nie sięgam stopami podłogi. Wiercę się i zapadam głębiej w siedzenie. Mam wrażenie, że to nieprzyzwoite. Jednym okiem zerkam na windę, jednocześnie szukając wśród jego rzeczy wskazówek.
Jego biurko jest męskim odpowiednikiem mojego. Niebieskie karteczki. Przy trzech długopisach leży zaostrzony ołówek. Zamiast szminki - pudełko miętówek. Kradnę jedną i wkładam ją do nieużywanej malutkiej kieszonki w spódnicy. Parskam śmiechem na myśl o tym, że mogłabym znaleźć w aptece coś na przeczyszczenie, co wyglądałoby dokładnie tak samo. Sprawdzam szufladę. Jest zamknięta. Komputer wyłączony. Prawdziwa forteca. Nieźle, Templeman. Kilka razy próbuję wpisać hasło. Może jednak nie nienawidzi mnie aż tak.
Nie ma na biurku zdjęcia nikogo bliskiego. Żadnego wyszczerzonego, radosnego psa albo złotej myśli na pocztówce z tropikalną plażą. Obstawiam, że nikogo nie szanuje na tyle, żeby włożyć podobiznę tej osoby w ramkę. Pewnego razu, kiedy Joshua wygłaszał jedną ze swoich żarliwych przemów o sprzedaży, Rysio Pisio zakrzyknął sarkastycznie: "Musimy znaleźć ci kogoś do łóżka, Doktorku".
"Święta racja, szefie - odparł Joshua. - Widziałem, co taka posucha potrafi zrobić z człowiekiem". Patrzył prosto na mnie. Wiem, kiedy to było. Zapisałam to w swoich notatkach dla kadr.
Coś mnie łaskocze w nos. Woda kolońska? Feromony, które wyciekły z jego porów? Ohyda. Otwieram jego terminarz i widzę coś dziwnego. Przy każdym dniu delikatnie zapisał ołówkiem jakiś kod. Czuję się jak James Bond, kiedy podnoszę telefon i robię zdjęcie.
Słyszę windę i zrywam się z krzesła. Rzucam się na drugą stronę biurka. Nim zjawia się w drzwiach, udaje mi się zatrzasnąć terminarz. Krzesło wciąż się kręci. Przyłapał mnie.
- Co robisz?
Telefon wcisnęłam do majtek. Notka mentalna: zdezynfekować go.
- Nic. - Głos mi drży, wiadomo, że jestem winna. - Chciałam sprawdzić, czy będzie padać, i potknęłam się o twoje krzesło. Sorry.
Zbliża się płynnie, niczym Dracula. Robiłby bardziej złowrogie wrażenie, gdyby nie szelest torby ze sklepu sportowego, która obija mu się o nogę. Sądząc po kształcie, ma w niej pudełko z butami.
Wyobrażam sobie nieszczęsną sprzedawczynię, która musiała mu pomóc w wyborze. "Potrzebuję dobrych butów, żeby skutecznie dopaść ludzi, których zabijam w wolnym czasie. Zdecydowanie dobrej jakości. Rozmiar jedenaście".
Patrzy na biurko i monitor, na którym widać całkiem niewinny ekran logowania. Przygląda się zamkniętemu terminarzowi. Z trudem wypuszczam powietrze. Joshua rzuca torbę na ziemię. Podchodzi tak blisko, że czubkami skórzanych pantofli dotyka moich lakierowanych szpilek.
- A może powiesz, co naprawdę robiłaś przy moim biurku?
Nie graliśmy jeszcze w spojrzenia z takiej odległości. Jestem mikrusem, mam trochę ponad metr pięćdziesiąt. Dźwigam ten krzyż przez całe życie. Nie lubię rozmawiać o swoim wzroście. Joshua ma przynajmniej metr dziewięćdziesiąt. Dziewięćdziesiąt trzy. Albo pięć. Może nawet więcej. Jest olbrzymem. Do tego solidnie zbudowanym.
Odważnie patrzę mu w oczy. W tym biurze mogę sobie stawać, gdzie tylko mi się podoba. Chrzanić go. Jak zwierzę, które w sytuacji zagrożenia stara się wyglądać na większe, opieram ręce na biodrach.
Jak już wspominałam, nie jest brzydki, ale niełatwo mi go opisać. Pamiętam, jak kiedyś jadłam kolację na kanapie, a w wiadomościach przeszli właśnie do sekcji rozrywkowej i oznajmili, że stary komiks z Supermanem uzyskał rekordową cenę podczas aukcji. Ktoś przewracał strony ręką w białej rękawiczce, a staroświecka podobizna Clarka Kenta skojarzyła mi się z Joshuą.
Tak jak Clark Kent, Joshua ukrywa swój wzrost i siłę pod ubraniem, które ma mu pomóc wtopić się w tłum. Nikt w "Daily Planet" nie wiedział nic o Clarku. Niewykluczone, że pod swoimi koszulami Joshua jest kompletnie nieciekawy, ale możliwe, że ma kaloryfer jak Superman. To prawdziwa zagadka.
Brakuje mu loczka nad czołem i kujońskich okularków, ale ma silnie zarysowaną szczękę i nadąsane, ładne usta. Do tej pory sądziłam, że jego włosy są czarne, ale z bliska widzę, że ciemnobrązowe. Nie czesze się tak gładko jak Clark. Ma niebieskie jak atrament, przenikliwe oczy i zapewne różne inne supermoce.
Clark Kent jest jednak uroczy, niezgrabny i słodki. Joshua nie przypomina uprzejmego dziennikarza. Jest sarkastycznym, cynicznym dziwakiem, terroryzującym wszystkich w redakcji i tak wkurzającym małą Lois Lane, że biedaczka krzyczy nocami w poduszkę.
Nie podobają mi się wysocy faceci. Za bardzo przypominają konie. Mogą cię zadeptać, jeśli wejdziesz im pod nogi. Mrużąc oczy, taksuje mnie wzrokiem, a ja robię to samo. Zastanawiam się, jak wygląda czubek mojej głowy. Założę się, że sypia tylko z wysokimi, tyczkowatymi laskami. Nasze spojrzenia się krzyżują. Chyba byłam zbyt surowa, porównując jego oczy do plam atramentu. Marnują się u niego.
Żeby nie paść trupem, niechętnie wciągam do płuc powietrze przesiąknięte aromatem sosnowego lasu. Pachnie jak świeżo naostrzony ołówek. Jak choinka w chłodnym, ciemnym pokoju. Zaczyna mnie łapać skurcz w szyi, ale nie opuszczam wzroku. Mogłabym się teraz przyjrzeć jego ustom, ale wystarczy mi, że je widzę, kiedy obraża mnie z drugiego końca biura. Po co miałabym się w nie wpatrywać z bliska? Nie zamierzam tego robić.
W odpowiedzi na moje modlitwy słyszę windę. Wchodzi kurier o imieniu Andy.
Wygląda jak statysta, którego nazwisko pojawia się w napisach przy słowie "kurier". Żylasty, po czterdziestce, ubrany w odblaskowo żółty kombinezon. Na czubku głowy zatknął okulary, całkiem jakby nosił koronę. Jak większość kurierów, umila sobie dzień, flirtując z każdą napotkaną kobietą poniżej sześćdziesiątki.
- Najsłodsza Lucy! - woła tak głośno, że słyszę, jak Rysiu Pisiu budzi się z głośnym chrapnięciem.
- Andy! - odpowiadam, robiąc błyskawicznie krok w tył. Mogłabym go przytulić za to, że przerwał naszą nową, dziwną grę, serio.
Trzyma jakąś paczuszkę, nie większą niż kostka Rubika. W środku jest zapewne moja Smerfetka z 1984 roku w stroju baseballistki. Megarzadka i w idealnym stanie. Od dawna o niej marzyłam, śledziłam przesyłkę w necie.
- Miałem dzwonić z holu, kiedy przynoszę smerfy, ale nie odbierałaś.
Przekierowałam połączenia ze stacjonarnego na komórkę, która chwilowo znajduje się przy mojej kości biodrowej, wetknięta pod gumkę majtek. Czyli dlatego czułam wibracje. Też coś. A już myślałam, że mam omamy.
- Jakie smerfy, o czym on mówi? - Joshua zmrużył oczy, jakby patrzył na parę wariatów.
- Na pewno masz masę roboty, Andy. Nie będę cię zatrzymywać. - Łapię paczuszkę, ale jest już za późno.
- To jej największa pasja. Praktycznie żyje smerfami. No wiesz, tymi małymi niebieskimi ludzikami, o, takimi. W białych czapeczkach. - Andy pokazuje palcami odległość jakichś trzech centymetrów.
- Wiem, czym są smerfy. - W głosie Joshui pobrzmiewa irytacja.
- Nie żyję smerfami. - Słychać, że kłamię.
Nagły atak kaszlu Josha podejrzanie przypomina śmiech.
- Smerfy, tak? Czyli to one się kryją w tych pudełeczkach. Myślałem, że zamawiasz w sieci swoje malutkie ubranka. Uważasz, że wypada zamawiać prywatne przesyłki do pracy?
- Ma ich cały regał. Jeden... Co to było, Luce? Smerfowy Thomas Edison? To prawdziwa rzadkość. Dostała go od rodziców na zakończenie studiów. - Andy radośnie pogrąża mnie coraz bardziej.
- Skończ już, Andy! Co słychać? Jak ci mija dzień? - Spoconą dłonią na terminalu potwierdzam odbiór przesyłki. Czy on musi tak paplać?
- Rodzice kupili ci smerfa na zakończenie studiów? - Joshua opiera się wygodniej na krześle i przygląda mi się cynicznie. Mam nadzieję, że nie zagrzałam mu siedzenia.
- Tak, wiem, ty pewnie dostałeś samochód albo coś podobnego. - Czuję się całkowicie upokorzona.
- U mnie wszystko dobrze - odpowiada Andy, odbierając ode mnie swoje urządzenie. Naciska coś, po czym chowa je do kieszeni. Wypełniwszy obowiązki, obdarza mnie oszałamiającym uśmiechem. - A teraz, kiedy cię widzę, jest jeszcze lepiej. Josh, powiem ci coś, stary. Jakbym codziennie siedział naprzeciwko tej ślicznotki, nie dałbym rady skupić się na pracy.
Andy zahacza kciuki o kieszenie i uśmiecha się do mnie. Nie chcę zranić jego uczuć, więc tylko przewracam oczami.
- Nie jest łatwo - odpowiada sarkastycznie Joshua. - Ciesz się, że nie musisz tu zostać.
- Ten gość ma serce z kamienia - komentuje Andy.
- Nie wątpię. Jeśli uda mi się go znokautować i spakować do skrzyni, możesz wysłać go gdzieś daleko? - Opieram się o biurko i patrzę na swoją paczkę.
- Przesyłki międzynarodowe podrożały - ostrzega Andy.
Josh kręci głową, najwyraźniej znudzony, i wpisuje hasło do komputera.
- Mam oszczędności. Myślę, że Joshowi spodobałyby się wakacje w Zimbabwe.
- Z ciebie to jednak jest niezłe ziółko! - W kieszeni Andy'ego coś pika. Zaczyna w niej grzebać, idąc przy tym w stronę windy. - No cóż, słodka Lucy, miło było cię zobaczyć, jak zwykle zresztą. Na pewno wkrótce znowu się spotkamy, jak tylko wygrasz kolejną aukcję.
- Na razie! - Kiedy znika za drzwiami windy, odwracam się do biurka, automatycznie przyjmując obojętny wyraz twarzy.
- Żałosne zachowanie.
- Biiip! - Wydaję z siebie dźwięk jak w teleturnieju. - Z czego słynie Joshua Templeman?
- Flirt z kurierem jest żałosny.
Josh wali w klawisze. Niewątpliwie świetnie pisze bezwzrokowo. Przechodzę obok niego, dzięki czemu udaje mi się zobaczyć, jak z irytacją wciska "backspace".
- Jestem po prostu miła.
- Ty? Miła?
Z zaskoczeniem odkrywam, że mnie to rani.
- Jestem przeurocza. Spytaj dowolną osobę.
- Okay. Josh, czy Lucy jest przeurocza? - pyta na głos. - Hmm, muszę się zastanowić. - Podnosi puszkę z miętówkami, otwiera ją i zagląda do środka, zamyka i patrzy na mnie, a ja otwieram usta i unoszę język, jak pacjentka psychiatryka przed okienkiem, w którym wydają lekarstwa. - Myślę, że znalazłbym w niej coś, co można określić tym słowem.
Podnoszę palec i mówię, krótko i wyraźnie:
- Dział kadr.
Prostuje się, ale kącik jego ust drga. Chętnie rozciągnęłabym mu usta kciukami i ułożyła je w szeroki, lekko obłąkany uśmiech. Kiedy policja wyprowadzałaby mnie w kajdankach, krzyczałabym: "Uśmiechnij się, do jasnej cholery!".
Musimy wyrównać rachunki. To nie w porządku. On dostał ode mnie uśmiech, poza tym mnóstwo razy widział, jak uśmiecham się do innych. Ja nigdy nie widziałam jego uśmiechu, zresztą jedyne uczucia, które widziałam na jego twarzy, to obojętność, nuda, zgryźliwość, czujność i niechęć. Od czasu do czasu, po kłótni, obserwuję coś innego. Wygląda wtedy jak seryjny morderca.
Ponownie przemierzam środek pokoju, czuję, że śledzi mnie wzrokiem.
- Nie żeby obchodziło mnie, co sobie myślisz, ale jestem tu lubiana. Wszyscy cieszą się na klub książki, który wymyśliłam, chociaż dałeś mi wyraźnie do zrozumienia, że twoim zdaniem to nuda. Ale w ten sposób zbliżymy się jako zespół, a zważywszy na to, gdzie pracujemy, to chyba całkiem stosowna dla nas aktywność.
- Jasne, szefowo.
- Zanoszę nasze książki do biblioteki. Planuję przyjęcie świąteczne. Zajmuję się stażystami. - Wyliczam na palcach.
- Niezbyt dobrze idzie ci przekonywanie mnie, że nie obchodzi cię, co o tobie myślę. - Opiera się wygodniej i splata palce na swoim całkiem zwykłym, płaskim brzuchu. Guzik przy jego kciuku zaraz się rozepnie. Nie wiem, co widzi na mojej twarzy, ale zerka w dół i poprawia go.
- Nie obchodzi mnie, co sobie myślisz, ale chcę, żeby normalni ludzie mnie lubili.
- Jesteś uzależniona od ich aprobaty. - Coś w jego tonie przyprawia mnie o mdłości.
- No cóż, wybacz, że staram się dbać o swoją reputację. I podchodzić pozytywnie do świata. Ty nałogowo sprawiasz, że ludzie cię nie znoszą, dobrze się dobraliśmy.
Siadam i jakieś dziesięć razy klikam z całej siły myszką. Zabolało mnie to, co powiedział. Jest niczym lustro, które odbija tylko moje słabe strony. Czuję się, jakbym znowu chodziła do szkoły. Drobna, nieudana Lucy próbuje obronić się przed większymi dzieciakami, roztaczając swój żałosny urok. Zawsze byłam pupilką i ulubienicą, to mnie huśtano albo wożono w wózku. Noszono mnie na rękach i tulono, niewykluczone, że zachowuję się czasem żenująco.
- Powinnaś czasem spróbować to olać. Wierz mi, poczujesz, że spada z ciebie ciężar. - Zaciska usta, a przez twarz przemyka mu jakiś cień. Po chwili nie ma po nim śladu.
- Nie prosiłam cię o radę. Wkurza mnie, że daję ci się sprowokować i zniżam się do twojego poziomu.
- A jaki to niby poziom? - odzywa się łagodnie i przygryza wargę. - Horyzontalny?
W myślach otwieram plik z raportem dla działu kadr i zaczynam pisać.
- Jesteś odrażający. Spadaj. - Coś czuję, że zaraz pójdę sobie powrzeszczeć gdzieś w piwnicy.
- O widzisz. Umiesz kazać mi spadać. To już coś, pasuje do ciebie. Musisz teraz wypróbować to na innych ludziach. Nawet nie widzisz, jak cię wykorzystują. Jakim cudem mieliby cię traktować poważnie? Nie możesz pozwalać tym samym osobom spóźniać się co miesiąc z raportami.
- Nie wiem, o czym mówisz.
- O Julie.
- Nie robi tego co miesiąc. - Nienawidzę go, bo ma rację.
- Dokładnie co miesiąc, a ty zasuwasz potem do późnej nocy, żeby zdążyć ze zbiorczym raportem. Widziałaś, żebym tak kiedyś robił? Nigdy. Te dupki z niższych pięter oddają mi wszystko na czas.
Odgrzebuję w pamięci zwrot z poradnika o asertywności, który leży na moim stoliku nocnym.
- Nie chcę o tym rozmawiać.
- Daję ci dobrą radę, powinnaś z niej skorzystać. I przestań odbierać pranie Helen, to nie należy do twoich obowiązków.
- Kończymy ten temat. - Wstaję. Może powinnam zrobić sobie jakąś krzywdę, to by mi pomogło odreagować.
- No i ten kurier. Daj mu spokój. Ten biedny staruszek myśli, że z nim flirtujesz.
- Ciebie też o to posądzają. - Od razu żałuję, że to powiedziałam, ale nie mogę już tego cofnąć.
- Twoim zdaniem to właśnie robimy? Flirtujemy?
Odchyla się na krześle. Nie umiem tego zrobić. Oparcie mojego fotela po prostu się nie poddaje. Kiedy próbuję, wjeżdżam w ścianę.
- Biszkopciku, gdybyśmy flirtowali, wiedziałabyś o tym. - Patrzy mi w oczy.
Czuję dziwny ucisk w żołądku. Ta rozmowa zdecydowanie stoczyła się na niewłaściwy tor.
- Bo przeżyłabym traumę?
- Bo rozmyślałabyś o tym, leżąc w łóżku.
- Wyobrażasz sobie moje łóżko, prawda? - Tylko na taką odpowiedź mnie stać.
Mruga, a na twarzy odmalowuje mu się coś nowego. Mam ochotę go spoliczkować, żeby tylko to zetrzeć. To mina człowieka, który wie coś, czego ja nie wiem. Bardzo męska, wyrażająca zadowolenie z siebie. Nienawidzę jej.
- Założę się, że to bardzo małe łóżko.
Za chwilę zacznę zionąć ogniem. Najchętniej okrążyłabym jego biurko, rozstawiła mu stopy kopniakiem i stanęła między jego nogami. Oparłabym kolano na tym trójkąciku siedzenia przy jego kroczu, podniosła się odrobinę i sprawiła, że zacząłby jęczeć z bólu.
Rozwiązałabym mu krawat i rozpięła górne guziki koszuli. Zacisnęłabym dłonie wokół tego opalonego gardła, mocniej i mocniej. Czułabym jego gorącą skórę pod palcami, opierające się ciało, a nozdrza wypełniłby mi zapach sosnowego lasu, gryzący niczym dym.
- Co ci chodzi po głowie? Wyglądasz, jakbyś myślała o czymś nieprzyzwoitym.
- Wyobrażam sobie, że cię duszę. Gołymi rękami. - Słowa z trudem przechodzą mi przez gardło. Ochrypłam bardziej niż operatorka sekstelefonu po podwójnej zmianie.
- Czyli kręcą cię takie perwersje? - Oczy mu ciemnieją.
- Tylko z tobą w roli głównej.
Unosi gwałtownie brwi i otwiera usta. Oczy ma już całkiem czarne, ale najwyraźniej nie jest w stanie mówić.
Cudownie.
?
W dniu jasnoniebieskiej koszuli przypomina mi się, że zrobiłam fotkę jego terminarza. Uwijam się więc z raportem kwartalnym i przygotowuję jego streszczenie dla Helene, po czym przesyłam zdjęcie z telefonu na komputer. Rozglądam się nerwowo, jak jakaś kryminalistka.
Joshua siedzi od rana w biurze Rysia Pisia. To dziwne, jak mi się ten dzień wlecze. Za cicho tu, kiedy nie ma kogo darzyć niechęcią.
Naciskam "drukuj", wylogowuję się i stukając obcasami, wychodzę na korytarz. Robię dwie kopie, zmieniając ustawienia na coraz ciemniejsze, dzięki czemu lepiej widać zrobione ołówkiem znaczki. Nie muszę chyba dodawać, że szatkuję potem na kawałki wszystkie zbędne wydruki. Gdybym mogła, przepuściłabym je przez niszczarkę dwukrotnie.
Joshua wkłada swój terminarz do zamykanej szafki.
Opieram się o ścianę i podnoszę kartkę do światła. Na zdjęciu widnieją strony dotyczące poniedziałku i wtorku sprzed paru tygodni. Bez trudu rozpoznaję notatki dotyczące spotkań pana Bexleya, ale przy poniedziałku widzę literę P, a przy wtorku S. Dostrzegam też cały rząd małych kropek, łącznie jest ich osiem. Kropki obok godziny, kiedy mamy przerwę na lunch. Jest też linia złożona z czterech iksów i sześciu małych ukośników.
Głowię się nad tym potajemnie przez całe popołudnie. Kusi mnie, by pójść do ochrony i poprosić Scotta o nagrania z tych dni, ale Helene mogłaby się dowiedzieć. Byłoby to zresztą marnowanie firmowych środków, którego i tak się dopuściłam, robiąc ukradkiem kopie i obijając się przez cały dzień.
Przez dłuższy czas nie mogę niczego wymyślić. Zrobiło się już późno, Joshua znowu siedzi naprzeciwko mnie. Jego koszula lśni niczym góra lodowa. Klepię się w czoło, kiedy wreszcie udaje mi się znaleźć sposób na rozszyfrowanie tajemniczych znaków. Jakim cudem nie wpadłam na to wcześniej?
- Dzięki, przez całe popołudnie chciałem to zrobić - komentuje to Josh, nie odrywając wzroku od monitora.
Nie wie, że widziałam jego terminarz i narysowane w nim symbole. Muszę po prostu przyłapać go z ołówkiem w ręku, a zorientuję się, co sobie zaznacza.
Zacznijmy grę w szpiegowanie.