The Grandest Game. Tom 2. Godni rywale - Jennifer Lynn Barnes
42.00 zł

Reflow text when sidebars are open.
Całując się z Graysonem Hawthorne'em, Lyra czuła się tak, jakby przeniosła się do innego wymiaru czasowego. Wszystko przestało istnieć. Znikła ziemia pod jej stopami. Zniknęły ruiny i klify. Było tylko to. Miejsca, w których stykały się ich ciała. Jego i jej usta. Gwałtowne oddechy... To.
"Zapowiedź katastrofy" - w głowie Lyry rozbrzmiał cichy jak szept głos Odette. "Hawthorne i dziewczyna, która powinna za wszelką cenę unikać Hawthorne'ów".
Grayson, jakby słysząc myśli Lyry, powoli odsunął od niej usta.
- Zwykle lepiej panuję nad emocjami. - Jego głos był cichy, pełen niemal bolesnego napięcia.
- A ja zwykle mam więcej rozsądku - odparła Lyra, intensywnie czując bliskość jego ust... i wiedząc, jak niewiele brakuje, żeby to powtórzyli.
Ten pocałunek - pierwszy i jedyny - wstrząsnął ziemią pod ich stopami.
Niemal na pewno był też błędem.
Wiejący od oceanu wiatr za plecami Lyry wzmógł się na tyle, że związane w długi koński ogon włosy poderwały się i opadły jej - oraz jemu - na twarz. Grayson ujarzmił je, odgarniając kucyk na bok, a kiedy to zrobił, wiatr ucichł tak nagle i całkowicie, że Lyra nie mogła pozbyć się nielogicznego wrażenia, iż to Hawthorne zapanował nad nim samą siłą woli.
W głowie Lyry rozdzwonił się alarm. No tak, to Grayson Hawthorne!
Mimo że nie okazał się zimnym, wyniosłym, bogatym bufonem, za jakiego go uważała jeszcze dwadzieścia cztery godziny wcześniej, wciąż był Hawthorne'em. Jego krew była nie tyle błękitna, ile wręcz lazurowa. Największa Gra zaś wkrótce miała dobiec końca, po czym Lyra i Grayson Hawthorne bez względu na składane sobie teraz obietnice wrócą do swoich zwykłych ról - staną się dla siebie niewiele więcej niż obcymi ludźmi... którzy za wszelką cenę powinni się unikać.
"Myślicie, że coś wiecie, ale naprawdę nie macie o tym pojęcia". Kolejne ostrzeżenie Odette odbiło się echem w pamięci Lyry, ale nawet ono nie mogło odciągnąć jej uwagi od faktu, iż nadal znajdowała się na tyle blisko Graysona, że czuła na swojej skórze każdy jego oddech.
- Powinniśmy się zdrzemnąć, zanim przejdziemy do drugiego etapu - powiedziała Lyra.
Zabrzmiało to ochryple, gardłowo. A miało brzmieć praktycznie. Wyznaczono im dwanaście godzin na odpoczynek po pierwszym etapie gry. Tymczasem do tej pory Lyrze jeszcze nie udało się zadbać choćby w najmniejszym stopniu o regenerację sił.
- Tak, powinniśmy. - Grayson potaknął, ale zamiast odsunąć się choćby o centymetr, musnął wierzchem palców prawej dłoni jej policzek, kradnąc jej oddech niczym wytrawny złodziej. - Mówiłem serio, Lyro. Rozpracujemy to. Grę i całą resztę.
"Resztę". Nie dałoby się tego nazwać mniej zdawkowo. W głowie Lyry sama myśl o tym wywołała kolejne słowa odbijające się głośnym echem. "To wina Hawthorne'a...".
"Hawthorne A.".
"Omega".
"Zawsze trzy".
Lyra cofnęła się o krok, licząc na to, że dystans pozwoli jej swobodniej oddychać, myśleć, skupić się na tym, co ma nastąpić. Oboje stali na szczątkach patia na klifie przed wystawną rezydencją, z której obecnie została jedynie zwęglona ruina - memento tego, że nawet najwspanialsze rzeczy mogą obrócić się w popiół.
- Ktoś mnie tu ściągnął. - Lyra zajęła się tą kwestią. - Ktoś wprowadził mnie do gry. I ta osoba, kimkolwiek jest, zna prawdę o moim ojcu. Jestem pionkiem w czyichś rękach. - Lyra odwróciła wzrok od jasnych, przenikliwych oczu Graysona. - Albo bronią. Albo bombą.
To był logiczny wniosek. Prawda? Ten, kto podrzucił Lyrze bilet, zapewnił jej udział w Największej Grze, dlatego że jej historia rodzinna była spleciona z rodziną Hawthorne'ów. Poprzez śmierć jej ojca.
Poprzez udział Alice Hawthorne w tym, co się stało.
- Nie jesteś niczyją bronią, Lyro - powiedział Grayson. Ton jego głosu dawał wyraźnie do zrozumienia, że rzadko przegrywa potyczki słowne. - Bombą ani niczym innym. A już na pewno nie jesteś pionkiem.
- Czym w takim razie jestem? - zapytała wyzywająco Lyra, a jej wzrok wrócił do jego twarzy jak pocisk samonaprowadzający.
- Jesteś śmiertelnie niebezpieczna - odparł cicho Grayson. - W jak najlepszym sensie.
Skąd mu się to brało, żeby mówić coś takiego w sposób, który brzmiał autentycznie, jakby naprawdę tak myślał? Lyra zrobiła jeszcze jeden krok do tyłu, ale Grayson wyciągnął rękę do jej ramienia i w mgnieniu oka zamienił się z nią miejscami. Teraz to on stał zwrócony plecami do uskoku, a Lyra miała przed sobą wspaniały widok na ocean.
Ustawił się tak, żeby nie dopuścić do jej upadku w przepaść.
- Nie potrzebuję twojej ochrony, Hawthorne.
Grayson uniósł brwi.
- Powiedzmy, że w tej kwestii zdania są podzielone.
Wiatr od oceanu znów się wzmógł. Nadciągał front atmosferyczny. Przez ciało Lyry przebiegł dreszcz. Grayson, nie spuszczając z niej oczu, rozpiął górny guzik marynarki swojego idealnie skrojonego garnituru. A po nim guzik środkowy.
- Co robisz? - zapytała Lyra.
Nie miała na myśli jedynie jego marynarki, a on był wystarczająco bystry, żeby zdawać sobie z tego sprawę. "Co my robimy?".
- Sądzę, że odpowiedź jest oczywista. - Grayson rozpiął ostatni guzik marynarki, a potem...
Marynarka zsunęła się z jego ramion i pamięć ciała Lyry automatycznie podsunęła jej skojarzenia: "Moje i twoje usta. Rwane oddechy".
- Mam nadzieję, że nie zamierzasz proponować mi włożenia tej marynarki. - W głosie Lyry zadźwięczała chłodna stal.
- Jest ci zimno. - Usta Graysona wygięły się w łuk. - A zapewne już poznałaś mnie na tyle, by wiedzieć, że kiedy napotykam problem, rozwiązuję go.
Chodziło o znacznie więcej niż o cholerną marynarkę. Chodziło o jego i jej rodzinę, o nieznane zagrożenia. Chodziło o fakt, że Odette Morales, jedyna osoba, która mogła znać przynajmniej fragment szerszego obrazu tej sytuacji, zrezygnowała z udziału w Największej Grze - i ze swojej szansy na wygranie milionów dolarów - z powodu zagrożenia, które w jakimś niejasnym sensie reprezentowali Lyra i Grayson.
"Zapowiedź katastrofy".
- Nie potrzebuję twojej marynarki - powiedziała do Graysona.
- Ale może ja muszę ci ją dać - przekonywał Grayson. - Nakazuje mi to rycerskość. Mój wewnętrzny mechanizm radzenia sobie z problemami.
- Ostrzegam cię, Hawthorne, że jeśli spróbujesz okryć moje ramiona marynarką, to odwdzięczę ci się tym samym.
Chcąc poprzeć te słowa, Lyra podniosła rękę do zamka błyskawicznego swojej sportowej kurtki - a raczej, szczerze mówiąc, cienkiej wiatrówki.
Grayson przez chwilę starał się ocenić, czy Lyra blefuje.
Nie blefowała.
- Powiedzmy, że udało ci się mnie ostrzec - rzucił z przekąsem i włożył marynarkę z powrotem.
Lyra zmrużyła oczy.
- Dlaczego odnoszę wrażenie, że przegrałam tę potyczkę? - zastanawiała się na głos.
- Dlatego - odparł Grayson - że nadal stoję między tobą a skrajem klifu.
Jeszcze jakiś czas temu Lyra być może pozwoliłaby komuś innemu czuwać nad swoim bezpieczeństwem, ale to było przedtem. Zanim zaczęły się sny. Zanim dotarło do niej, że całe jej życie było kłamstwem.
Przez wiele lat rodzice pozwalali jej wierzyć, że jest zupełnie normalna. Stworzyli dla niej warunki, aby mogła rozwijać się tak, jakby najbardziej traumatyczne wydarzenie w jej życiu w ogóle nie miało miejsca - jakby jej biologiczny ojciec nie uprowadził jej z przedszkola w dniu, w którym ukończyła cztery lata, po czym niemal na jej oczach popełnił samobójstwo. A kiedy sobie o tym przypomniała, nie umiała się z powrotem dopasować do dotychczasowego życia - jakby dziewczyna, którą była, nagle przestała istnieć. Nie chciała się nikomu zwierzać, skąd w niej ta zmiana, więc udawała, że wszystko jest po staremu. Udawała tak długo, jak tylko mogła.
Ale przy Graysonie Hawthornie nie dało się niczego udawać. A obecnie, jeśli zachodziło ryzyko, że mogłaby zostać w jakiś sposób zraniona, musiała radzić sobie z problemami sama z podniesioną głową. Musiała sama dbać o swoje bezpieczeństwo, tymczasem Grayson jej to bardzo utrudniał. Czuła go niczym dłoń wyciągającą ją za kark z mroku, jak głos przekonujący, że nie musi nikomu udowadniać, że dobrze się czuje.
Ale musiała.
Więc zamiast czekać, aż Grayson odprowadzi ją do pełnej zagadek i łamigłówek rezydencji na północnym cyplu, gdzie mogłaby się przespać, uprzedziła go, żeby za nią nie szedł, i znów puściła się biegiem dokoła wyspy.
Mimo że już wcześniej wyczerpała swój organizm do granic możliwości.
Mimo że lepiej byłoby mieć jasny umysł podczas tego, co miało nadejść.
Lyra biegła, żeby uporządkować bałagan w swojej głowie. Biegła, żeby jej ciało przestało przypominać sobie dotyk jego ciała. Biegła, bo mogła.
Graysonowi zapewne instynkt podpowiedział, że nie byłoby zbyt mądrze ruszyć za nią, bo zrezygnował z pościgu i Lyra, niezatrzymywana przez nikogo, zmusiła się do długotrwałego, wytężonego wysiłku, aż w końcu przestała czuć na sobie fantom jego dotyku, jej świat się skurczył i jedyną rzeczą oprócz piekącego bólu w mięśniach oraz płucach była wyspa.
Lyra czuła ją jak przedłużenie własnego ciała - dziką, wolną, okrytą bliznami i pogwałconą, piękną, wyrazistą. Wyspę Hawthorne'ów otaczały skaliste brzegi i strome zbocza, rosły na niej endemiczne trawy i strzeliste drzewa; niezliczone klify i sporadycznie rozsiane wąskie pasy plaży obmywał ze wszystkich stron ocean.
Poprzedniego dnia Lyra wracała kilka razy do spalonego lasu. Tym razem trzymała się brzegów południowego i wschodniego - zdecydowanie najtrudniejszego terenu na całej wyspie. Pełnego wybojów. Cierni. I niewiele ponad to. Obiektywnie rzecz ujmując, nic tam nie przypominało miejsca, w którym Lyra spędziła dzieciństwo, ale w pewnym sensie Mile's End i najbardziej dziewicze części wyspy Hawthorne'ów wydawały się jej takie same - niezmienne i tak autentyczne, że pod tym względem nie mógłby się z nimi równać żaden lepiej zagospodarowany obszar.
Lyra pozwoliła, żeby te myśli zajmowały jej umysł podczas biegu, i powoli zaczęło się w niej krystalizować poczucie celu. Przystąpiła do Największej Gry, aby ocalić Mile's End. Wszystko inne - oraz wszyscy inni - niech czeka.
Kiedy Lyra w końcu osiągnęła stan, w którym mogła zaryzykować i przerwać bieg, zatrzymała się i popatrzyła na samotną, zapierającą dech w piersiach konstrukcję na południowo-wschodnim brzegu wyspy. Wznoszące się nad wodą masywne kamienne łuki, które wyglądały tak, jakby przeniesiono je tam wprost ze starożytnego Rzymu, rzucały olbrzymie cienie na niebiesko-zieloną taflę oceanu. Pod tymi łukami znajdował się dok.
Ciężko dysząc z wysiłku, Lyra weszła na duży pomost dla łodzi, prostopadły do dwóch mniejszych, między którymi wynurzała się platforma. Wyczerpana, poszła na koniec doku i kiedy popatrzyła na wodę, ogarnęło ją dziwne uczucie, jakby ktoś musnął zrogowaciałymi knykciami jej łopatki. Odwróciła się, kierując wzrok z powrotem w stronę wyspy.
"Nic tam nie ma". Była sama.
Wypuściła z płuc powietrze i zwróciła się twarzą do oceanu. Próbowała dostrzec ląd w oddali, ale go nie widziała. Gdzieś tam był prawdziwy świat, lecz pozostawał niedostrzegalny. Miała przed sobą jedynie wodę, cienie oraz lekką mgłę unoszącą się nad oceanem.
A jednak...
"Jednak". Stojąc przy doku, zapatrzona na Pacyfik, miała bardzo dziwne poczucie, że ktoś ją obserwuje.