The Frontiers Saga. Tom 11. Odrodzeni z popiołów - Ryk Brown

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (39,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Porucznik Lucius Telles siedział na skraju pokładu statku powietrznego klasy Kalibri. Stopy ułożył na barierce pod burtą niewielkiej corinairiańskiej jednostki. Spoglądał w dół, na miasto. Sydney robiło spore wrażenie, z zatokami i licznymi rzekami pełznącymi przez ląd. Krajobraz i roślinność były dla Tellesa obce, a jednocześnie dziwnie znajome. Porucznik wielokrotnie miewał podobne wrażenie podczas wypraw na powierzchnię Ziemi. Najpierw w Genewie, potem w Port-Gentil, Miami i Winnipeg. Jakby wszystkie miejsca zamieszkiwane przez ludzi były do siebie podobne. Środowisko mogło się zmieniać, jednak liczne zalążki ludzkich cywilizacji łączyły pewne wspólne cechy. Lucius dostrzegał je nawet tysiąc lat świetlnych od ojczystej planety.

- W Winnipeg było bardziej zielono - stwierdził starszy sierżant Jahal. Jego głos dobiegł z głośników w hełmie porucznika.

- Zgodzę się - przyznał Telles. Zmienił pozycję po raz trzeci od wylotu z lotniska.

Jahal zauważył nietypową ruchliwość dowódcy.

- Na pewno w pełni pan wyzdrowiał? - zapytał.

Porucznik w odpowiedzi jedynie zerknął na niego z ukosa.

- Ile czeka nas dzisiaj kontroli bezpieczeństwa? - pytał dalej sierżant.

- Co najmniej sześć.

- Nie sądzi pan, że trochę przeginamy?

- A co? Nie chcesz się zmęczyć?

- Nic z tych rzeczy, poruczniku - odburknął Jahal. - Po prostu wydaje mi się, że sensowniej byłoby przeprowadzić tylko cztery. W końcu odwiedzamy jedynie stacje werbunkowe.

- Może masz rację... - odparł Telles. - Jednak w ciągu ostatnich dwóch dni zwolennicy Jungów zaatakowali cztery z dwudziestu ośmiu obiektów. Jak myślisz, ilu ludzi zgłosi się do obrony planety, skoro można zginąć, stojąc w kolejce do zapisu?

- Raczej niewielu. Za to ci, którzy się przełamią, wykażą się wielką odwagą, nieprawdaż?

- Albo niepospolitą głupotą - odparł porucznik bez cienia humoru. - Poza tym podejrzewam, że to agenci Jungów organizują takie demonstracje.

- Albo oni, albo Ziemianie sympatyzujący z wrogiem - powiedział starszy sierżant. - Ludzie, którym żyło się lepiej pod rządami Jungów. Sam pan mówił, że tutejsze najwyższe władze były w większości skłócone, samolubne i skorumpowane. Wielu Ziemian na pewno też to dostrzegało. Dlatego woleli Jungów od wcześniejszych frakcji.

- Możliwe - przyznał porucznik. - Jednak dopóki nie przekonamy się, że jest inaczej, lepiej będzie założyć, że nasi wrogowie nadal przebywają na tej planecie, cieszą się poparciem i dobrze się organizują. Nierozsądnie byłoby myśleć inaczej.

- Naturalnie - zgodził się Jahal.

- Poruczniku - zgłosił się pilot - pilna wiadomość ze stacji werbunkowej w Sydney. Są pod ostrzałem.

- I tyle z naszej kontroli - podsumował sierżant.

Telles opuścił osłonę hełmu.

- Zlatujemy nisko i szybko - zwrócił się do pilota, gdy na wizjerze uruchamiały się ekrany taktyczne. - Sterburtą do strefy walki. Chcę ocenić sytuację i zdecydować, gdzie wylądujemy.

- Rozkaz - odpowiedział pilot. - Prawą burtą do celu.

- Broń w gotowości - polecił porucznik. - Maksymalna moc. Jeśli ktoś będzie uzbrojony, a wasze wizjery nie zidentyfikują go jako sojusznika, macie go zabić!

- A jeśli trafimy na tubylca odpierającego atak? - zaniepokoił się Jahal.

- Później będziemy przepraszać - odparł Telles zimno. - Straciłem już jedną czwartą plutonu. Jeśli mam uratować resztę, mogę poświęcić kilku niewinnych Ziemian.

Kalibri zleciał tuż nad najwyższe budynki w mieście i skierował się ku stacji werbunkowej w centrum. Porucznik spojrzał w prawo, na kulę ognia towarzyszącą odległej eksplozji.

- Stacja Sydney, mówi Telles. Za trzydzieści sekund będziemy u was z czwórką ludzi. Jak sytuacja?

- Telles, tu stacja Sydney, sierżant Mikovo - odparł niespokojny głos. - Ostrzeliwują nas z dachów na północy i wschodzie. A także z ulicy, od zachodu. Miejscowi się rozbiegli. Wróg co chwilę rzuca granaty i używa samochodów pułapek. Szacowany stosunek sił: dziesięć do dwunastu. Wróg ma nad nami przewagę liczebną czterech na jednego!

- Mikovo, tu Telles. Nieprzyjaciel używa pocisków konwencjonalnych czy broni energetycznej?

- Jestem prawie pewien, że tylko zwykłych pocisków... Tak, zgadza się. Na razie nie użył energii.

- Rozumiem. Gdzie mamy wysiąść, sierżancie?

- Dachy na zachodzie są wolne! Bylibyśmy wdzięczni, gdybyście wzięli na cel strzelców na północy i wschodzie.

- Przyjąłem. Namierzamy cele - odpowiedział porucznik, gdy wewnątrz hełmu zaczęły się pojawiać czerwone symbole wrogich celów.

- Czterech na jednego? Miejscowi długo nie wytrzymają - ocenił Jahal.

- Trzeba im dać większe szanse - odparł Telles. - Pilot, zlatujemy za ten szary budynek na zachód od stacji, potem wznosimy się dziesięć metrów do góry i załatwiamy gości na dachu.

- Przyjąłem - odparł pilot Kalibri. Statek powietrzny znowu obniżył lot. Po obu stronach migały miejskie budynki. - Dziesięć sekund.

Telles przygotował się do manewru. Mała jednostka odchyliła się lekko w tył, gdy górne wirniki obróciły się do przodu, a łopaty zmieniły ustawienie, aby zwiększyć ciąg. Statek powietrzny wyhamował niedaleko szarego wieżowca, około dwóch metrów pod poziomem dachu. Porucznik przygotował broń. Podkomendni zrobili to samo.

- Lecimy w górę - zapowiedział pilot.

Sekundę później Kalibri poderwał się do lotu. Telles czuł wzrost ciśnienia płynów w setkach rurek umieszczonych w nogawkach pancerza bojowego. Usztywniały nogi, aby wzmocnić je podczas nagłego wzrostu przyciągania w trakcie wzlotu. To samo działo się z ramionami. Dzięki temu porucznik mógł trzymać broń w gotowości. Gdy dotknął spustu, systemy bojowe wbudowane w sprzęt wyczuły zamiar strzału. Na wizjerze ukazała się niewielka siatka celownika.

- Mam dwóch po lewej, na budynku północnym - oznajmił porucznik. Przy przeciążeniu trudniej było mu mówić.

Poczuł lekkość i dziwną zmianę w żołądku, gdy statek powietrzny gwałtownie przerwał wzlot. Wystarczył jeden ruch karabinu, by siatka na wizjerze skupiła się na pierwszym celu. Telles wystrzelił trzy niewielkie wiązki energii. Potem przesunął broń w lewo i skoncentrował się na drugim strzelcu. Szybko uporał się z jednym i drugim.

Statek zakołysał się, gdy coś uderzyło go od spodu.

- Strzelają do nas! - ostrzegł pilot.

Kalibri skręcił w lewo i obrócił się o czterdzieści pięć stopni. Telles chwycił się poręczy przy drzwiach. Statek tymczasem wyrównał lot, po czym przechylił się ostro w prawo.

- Są na dachu pod nami! - zameldował jeden z żołnierzy, siedzący po drugiej stronie jednostki. Jednocześ­nie otworzył ogień. - Pudło.

- Posadź nas na dachu - polecił Telles spokojnie.

- I tak raczej nie mam wyboru - stwierdził pilot, gdy spod statku zaczęły się wydobywać kłęby dymu.

Porucznik czuł, jak Kalibri spada z nieba. Dach był zaledwie dziesięć metrów niżej i przybliżał się w zastraszającym tempie.

- Opuszczamy statek i walczymy! - zakomenderował Telles, wyskakując z jednostki. Jednocześnie zerknął na ekran taktyczny i zidentyfikował przeciwników. Czterech, po dwóch z każdej strony spadającego corinairiańskiego statku.

Nogawki pancerza znowu zesztywniały, wraz z częścią miedniczną i tułowiową. Kiedy wylądował na dachu, rurki oplatające kolana zmiękły, by umożliwić zginanie nóg. Główne wyposażenie bojowe działało bez zarzutu. Lucius przetoczył się w prawo, jak najdalej od Kalibri, który rozbił się chwilę później. Dach jęknął, a jego środkowa część zapadła się prawie o metr.

Telles zerwał się na równe nogi i otworzył ogień. Od razu zabił wroga po lewej. Starszy sierżant Jahal zlikwidował tymczasem najbliższego jemu przeciwnika.

- Zgłaszajcie się - polecił porucznik, zmierzając w stronę kokpitu rozbitego statku.

- Jahal - zaczął starszy sierżant.

Telles ostrożnie podchodził do zagłębienia, w którym spoczął dymiący wrak.

- Alluti.

Porucznik spojrzał przez osłonę kokpitu. Pilot był nieprzytomny. Twarz i pierś miał zakrwawione. Prawe ramię przekrzywiło się nienaturalnie.

- Sinnott.

Telles przystanął. Skupił wzrok na lotniku. Czujniki w hełmie prowadziły skan w poszukiwaniu oznak życia. Na wizjerze ukazały się wartości oznaczające akcję serca i układu oddechowego.

- Jahal, wezwij medyków! - polecił Telles. Pociąg­nął za klamkę. Drzwi były zablokowane. - Alluti, Sinnott, zabezpieczcie dach. Pilnujcie, żeby nikt tu nie wszedł. - Cofnął się o metr, zmienił ustawienia mocy w karabinie. Wycelował i odstrzelił część kadłuba tuż za zatrzaskiem drzwi kokpitu.

- Telles, tu Mikovo. Jesteście cali?

- My tak - odparł porucznik. - Ale skasowaliśmy statek powietrzny. Pilot jest ranny. Wróg musiał wysłać ludzi do budynku, kiedy nadlatywaliśmy. Jak się trzymacie?

- Na razie jest w porządku. Teraz kiedy załatwiliście strzelców, mamy większe pole manewru. Sprawdzimy, czy w budynkach na północy i wschodzie są jeszcze jacyś przeciwnicy.

- My sprawdzimy nasz, kiedy będziemy schodzić - poinformował porucznik.

Dach znowu zaskrzypiał i opadł o kolejny metr. Telles z trudem utrzymał równowagę. Słyszał zgrzyt giętego metalu, pod stopami miał nity, które wypadły z otworów. Podszedł do wraku, chwycił za klamkę. Napiął mięśnie. Poczuł, jak rurki w lewej ręce znowu sztywnieją. Otworzył drzwi siłą. Wyswobodził pilota z pasów bezpieczeństwa i wyciągnął z jednostki. Oddalał się z nim, idąc tyłem po pochyłej powierzchni.

- Nieprzyjaciel wchodzi po schodach! - ostrzegł Sinnott przez komunikator. Telles słyszał, jak jego ludzie strzelają, gdy odciągał pilota na nieuszkodzony fragment dachu.

- Zajmę się nim - powiedział Jahal. Chwycił nieprzytomnego za kombinezon. - Udzielę mu pomocy i poczekam na medyków.

Porucznik obrócił się, kiedy dach w końcu zapadł się pod ciężarem wraku, wzbijając kłęby pyłu. Wizjer od razu zmierzył szerokość szczeliny. Telles rzucił się w tamtą stronę. Dotarł na skraj dziury po czterech krokach, skoczył przez chmurę pyłu i wylądował po drugiej stronie. Nie zwalniając tempa, biegł dalej. Nieprzyjaciel ostrzeliwał dach z prawej, pod niewielkim kątem. Kilka wiązek trafiło Tellesa w biodro, brzuch i pierś, niemal go przewracając. Porucznik strzelał na oślep. Obrócił głowę, aby poprawić celność. Wizjer określił lokalizację strzelców. Znajdowali się na innym budynku

Wyhamował, prawie zderzając się z budką prowadzącą na klatkę schodową. Szybko przetoczył się wzdłuż ściany i schylił już za drzwiami, by uchronić się przed ostrzałem.

- Jahal, tu Telles. Trzymajcie głowy nisko. Wrogowie na dachu na północy. To pewnie Jungowie, bo używają broni energetycznej. Powiedz medykom, żeby zaczekali, aż uporamy się z atakiem.

- Zrozumiałem - odparł starszy sierżant.

- Alluti, Sinnott, jak sytuacja?

- Wyrąbujemy sobie drogę na dół - zameldował Sinnott. Porucznik słyszał w tle odgłosy wystrzałów karabinów energetycznych.

- Nas ostrzeliwują bronią energetyczną z dachu od północy - oznajmił Telles. - Utrzymajcie pozycję, a ja oczyszczę najwyższe piętro za wami.

- Tak jest.

- Telles, tu Mikovo. Z którego budynku nadlatują pociski?

- Z najbliższego, na północ od nas. To brązowy wieżowiec.

- Przyjąłem - odpowiedział sierżant. - Zajmiemy się nim w pierwszej kolejności.

- Ostrożnie, sierżancie. Prawdopodobnie są tam jungowscy żołnierze.

- Zrozumiałem.

- Jahal, raport! - zażądał Telles przez komunikator.

- Wszystko pod kontrolą - odparł starszy sierżant z typową dla Ghatazhaka pewnością siebie.

- Sinnott, Alluti, wchodzę za wami - powiedział porucznik, zbliżając się do schodów.

- Zepchniemy ich niżej i zatrzymamy, aby mógł pan sprawdzić najwyższe piętro - powiedział Sinnott, nie przerywając walki.

- Przyjąłem.

Telles schodził, trzymając broń w gotowości. Poruszając się szybko, kątem oka śledził wyświetlacz taktyczny po wewnętrznej stronie hełmu. Nawet na słabo oświetlonej klatce ulepszony system wizyjny pozwalał dostrzec wszelkie szczegóły.

- Termowizja - polecił systemom bojowym. Po chwili na wizjerze ukazały się blade obrazy, odzwiercied­lające różne poziomy temperatur na względnie chłodnej klatce schodowej.

Porucznik otworzył drzwi na najwyższe piętro. Znalazł się w przestronnym pomieszczeniu biurowym, pełnym biurek i boksów. Sufit w dużej części się zawalił przez wstrząsy w innym miejscu na tej samej kondyg­nacji. Wiele lamp straciło zasilanie, a nieliczne, które nadal działały, migotały, rzucając pulsujące cienie.

- Skany penetrujące - szepnął Telles. Zobaczył czerwone obrysy klęczących ludzi, kryjących się za ściankami i biurkami. Zbadał ścianę na drugim końcu pomieszczenia. Według wskazań skanera biura w tamtym obszarze stały puste. - Jestem porucznik Telles z Sojuszu Ziemi i Pentaura! Wstańcie z rękami do góry i pokażcie się. W przeciwnym razie uznam was za nieprzyjaciół i zastosuję zabójczą siłę!

Klęczące sylwetki, jedna po drugiej, wstawały. Nikt nie chciał posmakować zabójczej siły, o której mówił Telles. Porucznik miał się na baczności. Czekał, aż skan wykaże, że nikt więcej się nie ukrywa. Szybko przeliczył obecnych. Osiem osób.

- Młoda damo - zwrócił się do najbliższej kobiety - jak ci na imię?

- April - odparła z lękiem, unosząc ręce najwyżej jak mogła.

- Nie obawiaj się, April. Dopóki nie okażesz wrogich zamiarów, nie stanie ci się krzywda. Rozumiesz?

April przytaknęła.

- Czy jest tu gdzieś jakieś pomieszczenie bez okien, w którym wszyscy się zmieścicie?

- Pokój socjalny - mruknęła kobieta, wskazując na tył sali.

Porucznik odsunął się w prawo, aby mieć dobrą widoczność na drzwi do pomieszczenia.

- Wzmocnić skan penetrujący o dwadzieścia procent - mruknął.

- Słucham? - April sądziła, że oficer mówi do niej.

Porucznik uciszył ją gestem. Wyświetlacz wewnątrz hełmu zrobił zbliżenie na drzwi. Skaner przeniknął dalej, ale nie zlokalizował nikogo w pokoju socjalnym.

- Wszyscy idźcie do tego pokoju i zostańcie tam - nakazał Telles.

- Będziemy tam bezpieczni? - zaniepokoił się mężczyzna stojący z tyłu. - Coś rozbiło się na dachu i zniszczyło sufit...

- Może lepiej będzie się ewakuować? - podsunęła inna kobieta.

- W środku nadal są zwolennicy Jungów - wyjaśnił Lucius. - Być może także jungowscy żołnierze. Na razie lepiej tu zostańcie. Kiedy pozbędziemy się przeciwników, przyślę kogoś, żeby was odeskortował.

- Ale...

- To nie była prośba - uciął surowo porucznik. - Ruchy!

Ośmioro ludzi, wciąż z rękami w górze, podążyło do pokoju socjalnego. Telles szedł za nimi.

- Zabezpieczę drzwi przed wtargnięciem - rzucił.

- Zamknie nas pan na klucz?!

- Chcę was chronić - zapewnił porucznik, choć prawdę mówiąc, nie zależało mu na tych Ziemianach. Podjął tę decyzję z myślą o bezpieczeństwie swoim i swoich ludzi. W grupie cywili mógł znajdować się sympatyk, czy nawet agent Jungów. Nie było teraz czasu na ustalanie faktów.

Szedł dalej za April, zamykającą pochód. Gdy kobieta weszła do pokoju, obróciła się i spojrzała z obawą na porucznika.

- Spokojnie, moi ludzie właśnie odpierają atak wroga - powiedział. - Nie będziecie tu długo siedzieć.

- A sufit? - zapytała April, drżąc ze strachu.

- Uszkodzeń doznała tylko druga strona budynku. Będziecie tu bezpieczni.

Nie wdając się w dalsze dyskusje, Telles zamknął drzwi. Zastanawiał się, jak by zareagował, gdyby mog­ło dręczyć go poczucie winy. Okłamał tych ludzi. Nikt nie był bezpieczny.

Porucznik sięgnął do schowka na lewym udzie i wyciągnął niewielkie urządzenie. Zawiesił je na klamce i podłączył przewód. Na drugim końcu umieścił czujnik, który przytwierdził do futryny. Wyciągnął z urządzenia zawleczkę, aby uzbroić ładunek. Jeśli któremuś z Ziemian przyjdzie do głowy otworzyć drzwi, rezultat będzie nieprzyjemny.

- Nie próbujcie otwierać! - zawołał.

- Dlaczego? - zza ściany dobiegł głos April.

- Zapewniam, że efekt wam się nie spodoba - odparł, zaskoczony ironią własnych słów.

- Ile mamy tu czekać? - dopytywała się kobieta.

- Aż ktoś po was przyjdzie.

Porucznik zawrócił i skierował się na klatkę schodową po drugiej stronie pomieszczenia.

- Najwyższe piętro zabezpieczone - zameldował przez komunikator. - W pokoju na tyłach siedzi ośmioro cywili. Schodzę do was.

- Zlikwidowaliśmy wszystkich zidentyfikowanych przeciwników - odpowiedział Sinnott. - Będziemy sprawdzać kolejne piętra.

- Znakomicie - pochwalił Telles. - Ja wracam na dach. - Wbiegł po schodach, szybko minął cztery zakręty i po niecałej minucie stał już przed drzwiami prowadzącymi na dach.

Wyjrzał przez nie i zobaczył deszcz pocisków energetycznych, spadający na ulicę z sąsiedniego budynku. Wybiegł, chcąc znaleźć się jak najbliżej pozycji nieprzyjaciela. Po kilku krokach ściągnął na siebie ogień. Padł, doczołgał się do krawędzi dachu.

- Widzę, że szczęście ci nie sprzyja, Jahal - stwierdził.

- Nie bardzo - odpowiedział przez komunikator sierżant.

- Co z pilotem?

- Słaby puls, trudności z oddychaniem, przesunięcie tchawicy.

- Zastosuj dekompresję - polecił Telles, uruchamiając kamerę karabinu. Zobaczył obraz na wizjerze. Oparł lufę o skraj dachu, wycelował i ostrzelał górę budynku, z którego atakował wróg.

- Chciałem, ale przy lądowaniu zniszczyła mi się apteczka - odparł Jahal. - Pan raczej mnie nie poratuje.

- Wtedy miałbyś na głowie kolejnego rannego - odpowiedział Telles, posyłając kolejną serię na pozycję nieprzyjaciela. - Są przynajmniej poziom wyżej od nas. Stąd ich nie załatwię. Kiedy przybędzie pomoc medyczna?

- Za jakieś osiem minut.

- Mikovo, tu Telles. Jak sytuacja?

- To z pewnością żołnierze Jungów, poruczniku - oznajmił sierżant. W tle rozlegały się odgłosy przelatujących i wystrzeliwanych wiązek energetycznych. - Nieźle się zabarykadowali. Na parterze jest ich co najmniej dziesięciu. Nie damy rady przedrzeć się na dach. Nawet gdybyśmy minęli tych gości na parterze, wyżej będzie ich jeszcze więcej.

- Zachowajcie spokój i spróbujcie ich czymś zająć jeszcze przez kilka minut - rozkazał porucznik. - Potem wycofajcie się na bezpieczną odległość. Rozwalę ten budynek.

- Poruczniku, nie mogę zagwarantować, że nie ma tam żadnych cywili - ostrzegł australijski podoficer.

- Przecież o nich nie pytam - rzucił Telles, po czym przełączył kanał. - "Aurora", tu Telles. Proszę o natychmiastowy nalot na pozycję wroga. Przekazuję współrzędne.

***

- Majorze, co się dzieje? - zapytał kapitan Nathan Scott, wchodząc do centrum kontroli lotów "Aurory".

- Porucznik Telles prosi o wsparcie z powietrza - odparł major Prechitt.

- Mamy w pobliżu jakieś jednostki?

- Najbliższy patrol znajduje się około dziesięciu minut dalej, zakładając, że zejdzie z orbity, ale to akurat nie problem. Cel to budynek pełen domniemanych żołnierzy Jungów. Stoi tuż obok posterunku werbunkowego w Sydney.

- W samym środku dzielnicy biznesowej, prawda? - upewnił się Nathan.

- Otóż to.

- Jak wygląda okolica?

- Roi się tam od niewinnych cywili, ale to nie wszystko. Wróg używa broni energetycznej, więc nasze Szpony nie podlecą dość blisko, żeby ostrzelać dach pociskami plazmowymi o małej mocy. Wcześniej zaczną obrywać. Jeżeli wystrzelimy pocisk, jak proponuje porucznik...

- Zniszczymy cały budynek - dokończył Nathan.

- Przy okazji uszkodzimy jeszcze jeden lub dwa inne, w zależności od tego, w którą stronę runie cel.

- Mamy jakieś opcje?

Prechitt obrócił się do kapitana.

- Owszem. Jedną. Narazimy jednak cenny zasób. Dlatego pana wezwałem.

***

- Telles, tu "Aurora" - porucznik usłyszał w głoś­nikach hełmu głos Willarda. - Cofnijcie się na bezpieczną pozycję. Zaczynamy nalot. Dotrzemy do celu za minutę.

Telles ponownie zmienił kanał.

- Mikovo, tu Telles. Wycofajcie się. "Aurora" zgłasza nalot za pięćdziesiąt sekund.

- Skąd? - zapytał sierżant. - Moje skany nie widzą nadlatujących obiektów.

- Odwrót, w tej chwili! - rozkazał porucznik. Podczas bitwy starał się nie podnosić głosu, bo jedynie wzmagało to już i tak wysoki poziom adrenaliny, utrudniający większości ludzi myślenie, jednak w ciągu ostatnich pięciu dni zauważył, że na słabiej wyszkolonych żołnierzy trzeba czasem krzyknąć, żeby szybciej zareagowali.

- Tak jest!

- Jahal, ty też trzymaj głowę nisko - rzucił porucznik do starszego sierżanta.

- Telles, tu "Aurora". Dwadzieścia sekund. Jeśli zdołasz, odwróć uwagę wroga do czasu ataku.

- "Aurora", tu Telles. Przyjąłem. - Lucius raz jeszcze sprawdził skany powietrzne. Nadal nic nie wskazywało na przylot jednostek. - Co się dzieje, do cholery? - mruknął do siebie. Opierał broń o niską ścianę na skraju dachu i ostrzeliwał górę budynku, chcąc zmusić nieprzyjaciół, by padli. - Łap apteczkę! - krzyknął. Wstał i rzucił się biegiem w stronę Jahala. Po chwili przeciwnicy wznowili atak, ostrzeliwując Tellesa, gdy ten przeskakiwał przez dziurę w dachu.

Kiedy szybował nad wrakiem Kalibri, spoczywającym piętro niżej, rozbłysło błękitnobiałe światło, a wyświetlacze hełmu zniknęły. Powróciły zaraz potem, akurat gdy porucznik wylądował i przetoczył się po drugiej stronie wyrwy. Wstał, unosząc broń, i wycelował w budynek po drugiej stronie ulicy, ale nie strzelał. Nie musiał tego robić.

Piętnaście metrów nad celem, nieco z boku, unosił się "Sokół". Cztery turbiny nośne myśliwca ryczały, gdy podwójne działo plazmowe na dziobie zasypywało dach gradem pocisków. Kiedy żołnierze nieprzyjaciela próbowali kontratakować, dach zaczął pękać pod naporem plazmy. "Sokół" nie przerywał ognia. Budynek drżał, grożąc zawaleniem.

Telles spojrzał na Jahala, klęczącego przy ciężko rannym corinairiańskim pilocie. Porucznik wyciągnął apteczkę ze schowka na udzie i rzucił ją podkomendnemu.

- Lepiej go zdekompresuj, zanim ci zejdzie, sierżancie.

- Tak jest. - Jahal od razu zabrał się do pracy.

Telles podszedł do krawędzi dachu i spojrzał w dół, na ulicę. Żołnierze nieprzyjaciela wybiegali z budynku. Kolejne kondygnacje ulegały zniszczeniu. Porucznik wycelował i bez trudu trafiał w uciekających przeciwników. Po kilku sekundach sierżant Mikovo i jego ludzie ruszyli naprzód i rozprawili się z resztą przeciwników. Lucius wstrzymał ogień i podszedł do Jahala.

- Co z pilotem?

- Oddycha spokojniej - odparł sierżant. - Myślę, że przeżyje do czasu przybycia medyków.

- Telles, tu "Sokół" - zgłosił się Loki Sheehan.

- "Sokół", tu Telles - odparł porucznik.

- Cel zniszczony. Możemy coś jeszcze dla pana zrobić?

Telles spojrzał na myśliwiec, nadal wiszący nad walącym się budynkiem.

- To powinno wystarczyć, panowie. Dziękuję - powiedział, otwierając hełm.

- Cieszę się, że mogliśmy pomóc, poruczniku. Szpony będą na pozycjach za dwie minuty, transport medyczny za trzy. "Sokół" odlatuje.

Telles patrzył, jak ogon antycznego takarańskiego myśliwca przechwytującego przechylił się lekko w prawo. "Sokół" wzniósł się zadziwiająco szybko. Po dwóch sekundach, gdy był prawie niewidoczny na błękitnym, australijskim niebie, zniknął w kolejnym rozbłysku.

- Chyba zaczynam ich lubić - zwrócił się porucznik do Jahala, wskazując kciukiem przez ramię.

***

- Chciała mnie pani widzieć? - zapytał Nathan, wchodząc do gabinetu doktor Chen.

- Tak, kapitanie - odpowiedziała młoda kobieta siedząca przy biurku.

Scott od razu dostrzegł frustrację na jej twarzy.

- Chodzi o Jessicę? - domyślił się.

- Oczywiście. W życiu nie miałam gorszego pacjenta - skarżyła się lekarka. - Odniosła ciężkie obrażenia, więc można by pomyśleć, że będzie bardziej skora do współpracy.

- A co takiego robi?

- Na przykład bez przerwy żąda od moich pracowników raportów o wszystkim, od kampanii na planecie po kontrolę pancernika "Jar-Keurog".

- Nie chce wypaść z obiegu - stwierdził Nathan z uśmiechem. Zasiadł naprzeciwko głównej lekarki. - Mam z nią porozmawiać? Poprosić, żeby przestała dręczyć personel?

- Pracownicy to akurat najmniejsze zmartwienie - zapewniła Chen. - Wiedzą, że mogą ignorować jej żądania. I tak mają już dość pracy.

- No tak, zauważyłem, że nadal panuje tu spory ruch... - Nathan spoważniał.

- Na razie dobrze nam idzie - odparła doktor. - Ale jeśli Jessica się nie uspokoi i nie pozwoli nanitom działać, może mieć mniej szczęścia.

- Myślałem, że zdrowieje.

- To prawda, ale w całym ciele ma mnóstwo uszkodzonych tkanek. Otarła się o śmierć z powodu choroby dekompresyjnej. Gdyby nie nanity, prawdopodobnie nie przeżyłaby nawet po zabiegach hiperbarycznych.

- Nanity wyleczą obrażenia, prawda? - Nathan nie wyobrażał sobie "Aurory" bez szefowej ochrony i najbliższej przyjaciółki.

- Tak. Pacjentka robi, co może, aby utrudnić im pracę, ale powinny wszystko naprawić. Jednak nadmierna aktywność spowalnia postęp leczenia. Jak pan wie, nie udało nam się jeszcze ustalić, dlaczego nanity wywołują u Ziemian aż taki dyskomfort. Porucznik komandor Nash przyjęła ponadprzeciętnie wysoką dawkę nanitów, dlatego musimy jej podawać więcej środków przeciwbólowych.

- Czyli jest ciągle na prochach - podsumował Nathan.

- Kapitanie, trwa wojna. Wielu ludzi cierpi. Nie mogę marnować leków na pacjentów, którzy w dużej mierze sami są winni własnego bólu.

- Oczywiście ma pani rację. - Nathan wstał. - Dopilnuję, żeby Jessica również to zrozumiała. Ma pani moje słowo.

- Dziękuję, kapitanie. Doceniam to.

Nathan uśmiechnął się lekko.

- Możliwe, że sam trafię na łóżko szpitalne, kiedy zagrożę jej odcięciem środków przeciwbólowych.

- Postawię medyków w stan gotowości - zażartowała lekarka.

Scott wyszedł na korytarz oddzielający główny obszar zabiegowy od oddziału rekonwalescencji. Przeszedł przez zatłoczone pomieszczenie. Zwykle mieściło się w nim około sześciu łóżek, teraz wciśnięto tam dwa razy tyle. W odległym kącie sali leżała szefowa ochrony. Nathan zauważył puste łóżko w zasłoniętym boksie po jej prawej.

- Gdzie się podziała Synda? - zapytał, wchodząc do boksu Jessiki.

- Poszła na codzienne programowanie nanitów - wymamrotała Nash, bezskutecznie szukając wygodnej pozycji.

Nathan widział jej zbolałą minę, gdy wierciła się na łóżku.

- Męczą cię te małe skurczybyki, co? - zapytał.

- Niewiarygodnie!

- O ile dobrze pamiętam, kiedy Cameron narzekała na ból od nanitów, zarzuciłaś jej, że się mazgai.

- Ach tak? Ja mam ich o ponad połowę więcej od niej. - Jessica wygięła lekko plecy i przełożyła prawą rękę na lewy bok. Spojrzała na rurki, nieprzyjemnie napinające skórę. - Gdyby nie te leki, które we mnie pompują...

- Ja właśnie w tej sprawie - powiedział Nathan.

Jessica spojrzała na niego, unosząc brew.

- Wiesz, że na pokładzie i na powierzchni Ziemi jest wielu rannych...

- Powiedz im, żeby zaczekali. - Jessica zamknęła oczy. - Ja tu byłam pierwsza.

Tym razem to Nathan uniósł brew.

- Doktor Chen mówi, że musisz więcej odpoczywać i mniej się gorączkować. Takim zachowaniem jedynie spowalniasz pracę nanitów.

Jessica otworzyła jedno oko, słysząc nagłą zmianę tonu Scotta.

- Wyluzuj, skipper. Przecież żartuję - burknęła.

- Jess, nie mogą ci bez przerwy podawać potrójnej dawki leków.

- Nie waż się mi ich odbierać! - Nash otworzyła szerzej oczy.

- Zrobię to, jeśli nie będziesz spokojnie odpoczywać, poruczniku komandorze.

- Dobrze już, dobrze. - Jessica skapitulowała. Ułożyła głowę na poduszce i znowu zamknęła oczy.

Nathan przyjrzał się przyjaciółce. Nie miała na sobie standardowego stroju szpitalnego, tylko krótkie spodenki i bluzkę na ramiączkach. Do prawego ramienia wprowadzono wenflon, a spod bluzki wychodził cewnik, wypełniony żółtawym płynem. Pod brodą Nash luźno zwisała maska tlenowa. Scott podejrzewał, że kobieta powinna ją założyć, ale nie dała się przekonać personelowi medycznemu. Spojrzał na ekran nad łóżkiem, monitorujący wskaźniki życiowe. Wszystkie mieściły się w granicach zielonej normy. Był to dobry znak. Wcześniej, podczas rozmowy, Nathan zauważył, że niektóre wskazania spadły niebezpiecznie blisko poziomów oznaczonych na czerwono.

- Powiesz mi w końcu, co się dzieje? - zapytała Jessica.

Nathan oderwał wzrok od ekranu. Nash patrzyła na niego przekrwionymi oczami. Miała zapuchnięte powieki, a skórę wokół nich znaczyły przebarwienia. Pomimo optymistycznych danych na monitorze wcale nie wyglądała dobrze.

- Raport sytuacyjny poproszę! - Jessica chciała, żeby kapitan skupił się na tym, co ważne. - Jak wygląda sytuacja na Ziemi?

- Hmm, chyba ciągle jest tam niespokojnie. - Nathan otrząsnął się z zamyślenia. - Prechitt w końcu może wstrzymać naloty. Niedobitki Jungów zostały chwilowo zepchnięte do podziemia.

- Nie wiedziałam, że mamy dość Szponów, żeby prowadzić ataki z powietrza.

- Gdy "Celestia" wróciła, od razu posłaliśmy jej myśliwce na Ziemię. Potrzebowały prawie całego dnia, żeby tam dotrzeć. Ale gdy już były na miejscu, użyliśmy ich i naszych dział EM, żeby w kilka dni zyskać przewagę w powietrzu.

- Jak radzi sobie Telles?

- Jak pewnie się domyślasz, optuje za agresywnym podejściem do sprawy.

- Jasne. - Jessica się uśmiechnęła. - Podbije serca służb specjalnych ZSO.

- Miał już okazję poznać kilku żołnierzy. Obecnie jednostki specjalne działają niezależnie. ­Samodzielnie szukają podziemnych komórek Jungów. Telles nie wchodzi żołnierzom w drogę. Pomaga im tylko, gdy go o to poproszą.

- Ghatazhakowie mogliby pozbyć się wszystkich nieprzyjaciół.

- Wolę na razie ograniczyć ich działania na Ziemi do minimum. Panuje tam taki chaos, że nie trzeba nam jeszcze rozwałki w wykonaniu superżołnierzy.

Jessica przytaknęła.

- A co z tym jungowskim pancernikiem? Znaleźliście jakieś skarby?

- Większość rozpieprzyliśmy - odparł Nathan. - Zawartość większości pomieszczeń wyleciała w kosmos, kiedy Ghatazhakowie przeprowadzali abordaż. Zbadali pokład i znaleźli dwudziestu kilku ocalałych, głównie techników. Na razie trzymamy ich w areszcie. Przesłuchamy ich, kiedy sytuacja się trochę uspokoi. Tymczasem porucznik Montgomery i jego ludzie sprawdzają rdzeń kontrolny "Jar-Keurog". Próbują ustalić, czy można bezpiecznie uruchomić pancernik. Sęk w tym, że wszystkie informacje są po jungowsku. Nikt nie mówi w tym języku, nie mówiąc już o czytaniu.

- Myślałam, że Montgomery jest na "Celestii".

- Kazałem "Sokołowi" przewieźć Władimira, Mont­gomery'ego i kilku jego podkomendnych, jednego po drugim. Są tam już od paru dni. Dziś rano przywrócili ciśnienie na kluczowych pokładach.

- Spytajcie kogoś z Tanny - podsunęła Jessica, zamykając oczy.

- Ale o co?

- O tłumaczenie z jungowskiego.

- O tym nie pomyślałem - przyznał Nathan ze wstydem.

- Jungowie okupowali Tannę przez kilkadziesiąt lat.

- Racja.

- Niektórzy z miejscowych na pewno potrafią zrozumieć ich pismo.

- Nie zaszkodzi spróbować.

- Kapitanie, tu taktyczny - oficer zgłosił się przez komunikator.

Nathan dotknął słuchawki, by nawiązać połączenie.

- Słucham.

- Z powierzchni planety właśnie wystartowały cztery obiekty. Szybko się wznoszą. Taktyczna baza danych identyfikuje je jako myśliwce ZSO. Sugeruję, żeby je przechwycić w celu weryfikacji.

- W porządku, wyślijcie jednostki przechwytujące - polecił Nathan, wstając. - Już idę. - Spojrzał jeszcze na Jessicę. - A ty odpoczywaj.

- Dobrze, tylko informuj mnie na bieżąco. - Spojrzała na niego błagalnie.

Nathan się uśmiechnął.

- Umowa stoi.

***

- Kapitan na mostku! - oznajmił strażnik, gdy Nathan wyłonił się ze śluzy na lewej burcie i podążył w stronę fotela dowódcy na środku mostka.

- Raport! - zażądał, mijając stanowisko taktyczne.

- Cztery Szpony wystartowały. Przechwycą cele za trzy minuty - meldował oficer taktyczny.

- Cele nadały jakiś komunikat? - Nathan skierował to pytanie do Naraleny na stanowisku łączności.

- Właśnie zaczęłam nadawać sygnał - odparła.

- Szpon dowodzący?

- Jest na łączach, kapitanie. To Szpon Osiem.

- Szpon Osiem, tu "Aurora". - Nathan zgłosił się przez komunikator. - Potrzebuję wzrokowego potwierdzenia celów.

- "Aurora", tu Szpon Osiem. Przyjąłem. Cele są dwie minuty od nas. Przechwycimy je, zanim zdążą wyjść z atmosfery.

- Proszę przekierować odczyty bazy danych na ekran główny - polecił Nathan oficerowi taktycznemu. Obserwował specyfikacje myśliwców pojawiające się na wyświetlaczu. - Orły 225... - powiedział bardziej do siebie niż do innych. Odwrócił się do stanowiska taktycznego. - Odbywałem podstawowe szkolenie w wersji z dwoma fotelami.

- Szybkie są, nie ma wątpliwości - stwierdził taktyczny.

- A będą jeszcze szybsze, kiedy opuszczą atmosferę. Korzystają z tego samego elektrycznego systemu napędowego co "Aurora". Błyskawicznie osiągają maksymalny ciąg. Mają za to słabsze amortyzatory inercyjne. Kiedy Orzeł oberwie, to się czuje.

- Minuta do przechwycenia.

- Odbieram kody identyfikacyjne ZSO od wszystkich czterech celów - zameldował oficer taktyczny. - Podają się za przyjaciół.

- Potwierdziliście kody? - zapytał Nathan.

- Są przestarzałe, ale cykl czasowy się zgadza. Według danych ZSO myśliwce pochodzą z "Intrepida".

- Podczas inwazji okręt spadł nad Australią - przypomniał Nathan. - Ale to było ponad dwa miesiące temu.

Patrzył na ekran, śledząc trasy celów, zbiegające się z linia­mi wyznaczającymi kurs przechwytujący Szponów.

- "Aurora", tu Szpon Osiem. Widzimy cele. To rzeczywiście myśliwce ZSO, klasy Orzeł 225. Nie mają magazynków na skrzydłach, a komory amunicji są otwarte i puste. Podlatujemy od tyłu.

- Cele nadają wiadomość - oznajmiła Naralena.

- Połącz mnie - rozkazał Nathan.

Głośniki pokładowe zatrzeszczały.

- UES "Aurora", tu Ślizgacz Dwa Siedem, dowódca czterech Orłów ZSO. Jesteśmy nieuzbrojeni i mamy przyjazne zamiary. Prosimy o pozwolenie na lądowanie i wejście na pokład.

Nathan spojrzał pytająco na Navasheego po swojej lewej.

- Nie wykrywam żadnych pocisków, kapitanie - odpowiedział operator czujników. - Co więcej, prawie skończyło im się paliwo i ledwie starcza im energii, żeby lecieć. Już nasze promy ładunkowe mają groźniejszy profil niż te jednostki.

- Ogłosić status zielony. Niech kontrola lotów wprowadzi Orły na pokład - polecił Scott - a personel ochrony odprowadzi pilotów na kwarantannę. Kiedy już odbędą badania, będę chciał z nimi pomówić. - Wstał i ruszył do wyjścia. - Będę w sali odpraw, z Montgomerym i głównym inżynierem.

***

Masywne drzwi śluz transferowych na lewej i prawej burcie uniosły się jednocześnie. Załoga pokładowa przerwała pracę i patrzyła, jak do hangaru głównego wtaczają się cztery nieznane myśliwce, po dwa z każdej strony. Pokonały dwie trzecie drogi przez pomieszczenie, po czym wspólnie skręciły na środek, by w końcu wyhamować i zaparkować równolegle.

Ośmiu uzbrojonych funkcjonariuszy ochrony Corinari zajęło pozycję przed nowo przybyłymi jednostkami. Śluzy transferowe w tym czasie zamknęły się w przygotowaniu na przylot Szponów. Załoganci niepewnie podtoczyli drabiny do myśliwców. Osłony kokpitów uniosły się, ukazując pilotów.

Lotnicy ZSO wyglądali na równie zaniepokojonych, jak corinairiańska załoga. Patrzyli na obce jednostki i sprzęt, strategicznie porozmieszczany w przestronnym hangarze.

Porucznik Ketang zdjął hełm pilota ZSO, gdy młody marynarz wspiął się po drabinie, aby ułatwić wyjście.

- Witamy na pokładzie - powiedział chłopak z charakterystycznym corinairiańskim akcentem.

- Dziękuję - Ketang przyjrzał mu się z rozbawieniem.

- McKenna - przedstawił się marynarz. - Zajmiemy się waszymi myśliwcami.

- W porządku. - Porucznik przekazał hełm młodzieńcowi.

McKenna odłożył go na podest obok siebie.

- Niezbyt dobrze znam jednostki tego typu - przyznał. - Pokaże mi pan, jak zabezpieczyć katapultę?

Ketang uśmiechnął się, wstał z fotela i zwrócił się w stronę rufy.

- To ta czerwona dźwignia, pod maską - wyjaśnił. - Trzeba przekręcić i pociągnąć, aż zaskoczy, a czerwona lampka zgaśnie.

- No tak, jasne. - McKenna postąpił zgodnie z instrukcjami i wyłączył systemy katapultujące.

- Skąd pan pochodzi, panie McKenna? - zapytał porucznik, stając na drabinie.

- Z Aitkenny.

- Nie kojarzę takiego miejsca.

- Nic dziwnego, poruczniku. - Chłopak uśmiechnął się szeroko. - Leży dość daleko od tych stron.

Ketang skinął głową. Nie był pewien, jak powinien rozumieć te słowa.

- Ci ludzie zabiorą pana do skrzydła medycznego - poinformował McKenna.

- Oczywiście - odpowiedział porucznik, gdy zauważył ochroniarzy z karabinami.

***

- Witam panów - powiedział Nathan, wchodząc do sali narad. Władimir intensywnie wpatrywał się w schematy jungowskiego pancernika, wyświetlane na jednym z ekranów przez Montgomery'ego i naukowca z jego zespołu. - Oglądacie ciekawe rzeczy? - zagadnął, zajmując główne miejsce przy stole konferencyjnym.

- Okręt jest ogromny! - zawołał Kamieniecki. - Ma tyle redundantnych systemów... - dodał, potrząsając głową. - Aż dziw, że udało wam się go załatwić.

- Wystarczył łut szczęścia i paru zdolnych Ghatazhaków - powiedział Scott. - Poruczniku, czego dowiedział się pan o "Jar-Keurog"?

- Obawiam się, że nie ma tego wiele - zaczął Montgomery. - Mamy przynajmniej pewność, że żadne podstawowe systemy podtrzymania życia i zasilania nie są zabezpieczone ładunkami wybuchowymi.

- To całkiem sensowne - stwierdził Władimir. - Kto by chciał, żeby okręt eksplodował podczas próby ratunku?

- Zdziwiłby się pan - odparł porucznik. - Na razie wydaje się, że można bezpiecznie poruszać się po pokładzie. Chciałbym skupić nasze wysiłki na zamknięciu wszystkich przedziałów i przywróceniu w nich ciś­nienia. Ułatwi nam to pracę.

- Racja - zgodził się Nathan. - Są jakieś szanse, że uda nam się uzyskać dostęp do uzbrojenia albo rdzenia danych?

- Dopuszczam każdą możliwość - odparł Montgomery. - Najpierw jednak trzeba będzie obejść kody kontrolne. Nie poradzę sobie bez dodatkowych ludzi i kogoś, kto mógłby tłumaczyć z jungowskiego.

- Niestety obecnie raczej nie zdołamy przekazać panu kolejnych pracowników - odparł Nathan.

- Delikatnie powiedziane - dodał Władimir. - Ostatni raz okręt był w takim stanie, kiedy władowałeś go w "Campaglię". - Spojrzał na Montgomery'ego, nieco zirytowanego tą uwagą. - Przepraszam, poruczniku. Zapomniałem...

Montgomery skinął głową, po czym zwrócił się do kapitana:

- Mówiąc o dodatkowych ludziach, miałem na myśli swoich podkomendnych na "Celestii".

- Nadal jest pięć dni stąd - przypomniał Scott.

- Nie da się ich przewieźć "Sokołem"? - dopytywał się porucznik. - Tak jak nas?

- Dałoby się, ale planowałem posłać "Sokoła" na Tannę, żeby znalazł wam tłumacza - wyjaśnił Nathan. - Potrzeba na to kilku dni.

- Rozumiem.

- Kto w tej chwili jest dla pana ważniejszy? Kilku dodatkowych naukowców czy tłumacz jungowskiego?

- Naukowcy niewiele zdziałają bez znajomości języka, więc decyzja jest oczywista.

- Napęd skokowy "Aurory" zacznie ponownie działać jutro - powiedział Kamieniecki. - Będziemy mogli skoczyć do "Celestii" po pańskich ludzi.

- Ulżyło mi - powiedział kapitan. - Czułem się niepewnie bez napędu.

- I tak będzie trzeba wykonać kilka skoków próbnych, żeby skalibrować nowe emitery - podkreślił Władimir. - Jednak to nie potrwa długo.

- Wystarczy, że będziemy mogli skakać - podsumował Nathan. - Jeśli będzie miał pan już tłumacza i zespół, to ile czasu zajmie obejście kodów kontrolnych "Jar-Keurog"? - zapytał Montgomery'ego.

- Na razie nie jestem w stanie tego ocenić - odparł. - Ani nawet obiecać, że uda się to zrobić.

- A tak pi razy drzwi? - zapytał Nathan.

- To jakiś wzór? - zdziwił się porucznik, który nie znał tego wyrażenia.

- Chodzi o bardzo ogólny szacunek.

- Zakładając, że znajdziemy tłumacza i że systemy komputerowe "Jar-Keurog" nie są bardziej skomplikowane niż inne jungowskie układy, z którymi mieliśmy do czynienia... Wystarczy tydzień, może dwa.

- Może być - powiedział Nathan. - Niech to będzie dla pana priorytet. Chcę, żebyśmy jak najszybciej uzyskali dostęp do wszystkiego, co ma do zaoferowania ten pancernik. Jak wspomniałem, przejęcie go było kwestią wielkiego szczęścia. Mam zamiar w pełni to wykorzystać.

- Naturalnie.

***

Osłona hełmu Josha odzyskała przezroczystość, gdy "Sokół" zakończył skok, a rozbłysk osłabł. Pilot sprawdził przyrządy i pozycję. Po ciągu czterdziestu sześciu automatycznych skoków o jeden rok świetlny znalazł się tam, gdzie powinien. W sercu układu 72 Herculis, pięć minut od Tanny.

- Poszło całkiem gładko - mruknął Hayes, wywołując na komunikatorze częstotliwość tannańskiej kontroli lotów. - Kontrola lotów na Tannie, tu "Sokół". Jestem pięć minut od orbity. Proszę o pozwolenie na lądowanie.

- "Sokół", "Sokół", tu kontrola lotów. Podaj charakter wizyty.

- Kontrola lotów, tu "Sokół". Kapitan Scott z UES "Aurora" wysłał mnie, żebym pomówił w jego imieniu z Garrettem Munrasem.

Josh czekał na odpowiedź, jednak bez skutku. Ponownie sprawdził przyrządy. Znajdował się teraz trzy minuty od punktu zejścia z orbity. Przez chwilę zastanawiał się, czy Tannanie w ogóle udzielą pozwolenia, a jeśli nie, to co zrobią, by nie dopuścić go na powierzchnię. Podczas odprawy przed wylotem major Prechitt mówił, że mieszkańcy Tanny nie dysponują na razie myśliwcami przechwytującymi, a Ghatazhakowie zniszczyli wszystkie systemy obrony powierzchni wokół wcześniejszych baz Jungów.

Licznik wskazywał dwie minuty do punktu wyjścia z orbity. Dotarcie do tego miejsca nie miało kluczowego znaczenia, jednak przy aktualnej prędkości potrzeba by było znacznej ilości paliwa, żeby zawrócić. Obecnie standardową procedurą operacyjną było wykorzystywanie jak najmniejszej ilości paliwa, bo załoga "Aurory" nie wiedziała, jakie trudności w pozyskaniu zasobów może napotkać. Jeśli Josh wyhamuje nieznacznie we właściwej chwili, studnia grawitacyjna Tanny schwyci "Sokoła" i wciągnie go na orbitę.

Jedna minuta.

- Kontrola lotów, tu "Sokół". Nadal czekam na pozwolenie i jestem niecałą minutę od punktu zejścia z orbity.

- "Sokół", tu kontrola lotów. Zezwalamy na lądowanie. Zaczekaj na współrzędne. Spotkasz się z przedstawicielami pana Munrasa. Bez odbioru.

Josh zerknął na systemy łączności. Koordynaty ukazały się na ekranie wiadomości. Pilot zatwierdził dane i skorygował prędkość zejścia z orbity, aby być gotowym do wejścia w atmosferę, gdy znajdzie się po drugiej stronie planety.

- Otrzymałem współrzędne. Bez odbioru - powiedział.

Po niecałej minucie przeszedł do manewru. Umieścił "Sokoła" na płytkiej orbicie wokół Tanny. Wysokość nad planetą malała w miarę wzrostu prędkości orbitalnej. Kilka minut później myśliwiec przebił górne warstwy atmosfery. Osłony cieplne zaczęły się nagrzewać. Josh jak zwykle wleciał zbyt gwałtownie i za szybko. Nurkował w stronę planety, będąc na skraju strefy bezpieczeństwa "Sokoła". Zbliżając się do powierzchni z zerowym ciągiem, stopniowo unosił dziób jednostki, aby wyrównać lot kilka kilometrów od miejsca lądowania. Miasto przemykało w dole z zawrotną prędkością. Hayes zwiększał moc turbin nośnych, aby nadrobić straty, kiedy prędkość lotu spadła poniżej wartości przeciągnięcia. Teraz już nie leciał, przynajmniej w sensie aerodynamicznym. Raczej szybował na czterech potężnych strumieniach ciągu wydobywających się spod kadłuba. Skręcił w prawo i przesunął się w bok, kierując dziób w stronę komitetu powitalnego, czekającego przy lądowisku na skraju miasta. Po chwili "Sokół" podskoczył łagodnie na czterech solidnych kołach podwozia, a turbiny zaczęły się uspokajać.

Josh odczekał, aż pył opadnie, zanim otworzył osłonę kokpitu. Nauczył się tego kilka lat wcześniej na zapylonej powierzchni Haven. Tanna zadziwiała bujną zielenią, która nie miała prawa rozwinąć się na Haven nawet o najbardziej wilgotnej porze roku. Gdy kokpit się otwierał, pilot zdjął hełm i zaczerpnął świeżego tannańskiego powietrza. Było przyjemne, przepojone zapachem odległych lasów. Josh spojrzał na czterech nadchodzących mężczyzn o twarzach częściowo zasłoniętych kapturami opończ typowych dla tubylców. Kiedy z burty "Sokoła" wysunęła się drabina, Hayes wstał i pozdrowił Tannan. Zastanawiał się, czy byli wśród nich ludzie, którzy wygrażali bronią jemu i Lokiemu podczas pierwszej wizyty, kilka tygodni wcześ­niej.

Josh wydostał się z myśliwca i wcisnął guzik na panelu dostępowym na burcie, aby schować drabinę i zamknąć kokpit. Potem wpisał kod i przyłożył dłoń do czytnika, by uzbroić systemy bezpieczeństwa. Co prawda kapitan Scott postrzegał Tannan jako sojuszników, ale tak czy inaczej Josh otrzymał wyraźny zakaz dopuszczania kogokolwiek do systemów "Sokoła". Po należytym zabezpieczeniu myśliwca każda próba włamania skończyłaby się zniszczeniem jednostki i intruzów. Josh przystanął. Zdał sobie sprawę, że właśnie zaminował swój jedyny środek transportu do domu. Niestety nie miał większego wyboru. Rozkaz to rozkaz. Załoga "Aurory" nie miała kontaktu z Tannanami od czasu, gdy tydzień wcześniej wyzwoliła ich planetę. Nie można było pozwolić, by technologia napędu skokowego wpadła w ręce Jungów, bezpośrednio czy też pośrednio.

Josh podszedł do grupy miejscowych.

- Dzień dobry panom! - zawołał najuprzejmiej jak potrafił. - Znacie może Garretta Munrasa?

- Młody Joshua... - spod kaptura Tannanina idącego na czele dobiegł niski głos. Mężczyzna odsłonił głowę. Uśmiechał się szeroko.

- Garrett! - zawołał Hayes.

- Miło cię widzieć w dobrym zdrowiu, chłopcze - odparł Munras. - Otrzymałem raporty Lokiego i martwiłem się o ciebie.

- Połatali mnie i wróciłem do akcji - wyjaśnił pilot.

- To znakomicie, młody przyjacielu. Jak mają się sprawy na "Aurorze"?

- Przez ostatni tydzień sporo się działo. Możemy gdzieś pójść i porozmawiać?

***

Nathan siedział przy stole w sali odpraw i patrzył na datapad, który przed chwilą dostał.

- Zbadaliśmy i skontrolowaliśmy ich myśliwce - zameldował Władimir. - Nie znaleźliśmy żadnych jungowskich urządzeń, ukrytych ładunków wybuchowych ani innych nietypowych obiektów. To standardowe jednostki klasy Orzeł 225. Wszystkie są przypisane do "Intrepida". Nawet wpisy w dziennikach pokładowych, aż do dnia inwazji, nie budzą podejrzeń.

- Rejestratory danych lotu nie zanotowały aktywności od najazdu Jungów - dodał major Prechitt. - Oczywiście poza dzisiejszym lotem.

- Jakim cudem wymykały się Jungom przez ponad dwa miesiące? - zastanawiał się Nathan.

Na salę wszedł porucznik Telles, a za nim dwaj ochroniarze Corinari. Nowo przybyli odsunęli się w prawo, by zrobić miejsce dla pilotów Orłów i dwóch strażników. Czterej lotnicy stanęli w szeregu na baczność. Gwardziści tymczasem zajęli pozycje po lewej.

- Kapitanie... - Telles stanął przy stole konferencyjnym. - Przedstawiam czterech pilotów myśliwców z "Intrepida". To porucznicy Ketang, Doragor, Opwalla i Shay. Panowie, przedstawiam wam kapitana Scotta.

Nathan wstał.

- Miło mi panów poznać - powiedział, wymieniając uściski dłoni z gośćmi. Potem wskazał oficerów, którzy również wstali, by powitać pilotów. - Oto nasz dowódca sił lotniczych, major Prechitt, oraz główny inżynier, porucznik komandor Kamieniecki. Domyślam się, że już znacie porucznika Tellesa. Dowodzi Ghatazhakami.

- Tak jest - powiedział Ketang, ściskając ręce innych oficerów. Spojrzał ze zdziwieniem na Nathana. - Myślałem, że kapitanem "Aurory" jest William Roberts.

- Poległ w akcji tuż po naszym odlocie z Ziemi - wyjaśnił Nathan. - Podobnie jak większość załogi. Przejąłem dowodzenie, jako najwyższy rangą oficer.

- Scott... Jakieś pokrewieństwo z prezydentem?

- Tak. To mój ojciec.

- Przeżył?

- Owszem, poruczniku. Prezydent Unii Północnoamerykańskiej żyje i ma się dobrze.

- Przepraszam, kapitanie - stropił się porucznik Ketang. - Po prostu trudno mi to wszystko ogarnąć.

Nathan uśmiechnął się ze zrozumieniem i podszedł do stołu.

- Coś o tym wiem, poruczniku, może mi pan wierzyć. Proszę, abyście zajęli miejsca. Chcemy się dowiedzieć, jak udało się wam przetrwać inwazję i ukrywać myśliwce przed Jungami przez tyle czasu.

- Jak najbardziej - odparł Ketang. Piloci zasiedli na drugim końcu stołu. Telles zajął miejsce bliżej kapitana.

- Wasze transpondery wskazują, że wszyscy byliście przypisani do "Intrepida" - Nathan otworzył dyskusję.

- Zgadza się. Odbywaliśmy drugi rejs z tym okrętem. Przez ponad miesiąc czekaliśmy w porcie, kiedy "Intrepid" przechodził remont. Większość czasu spędzaliśmy na planecie. Wykonywaliśmy ćwiczebne loty operacyjne i tak dalej. Kiedy przybyli Jungowie, byliśmy na pokładzie dopiero od kilku dni.

- Jak zatem udało się wam ukryć na powierzchni Ziemi? - dociekał Prechitt.

- "Intrepida" postawiono w stan gotowości, gdy tylko pojawił się nieprzyjaciel. O ile nam wiadomo, okręt otrzymał zadanie ochrony OPM i "Celestii". Zza Księżyca wyleciały cztery fregaty, które skierowały się na OPM. Kapitan zdołał zestrzelić większość pocisków, ale co najmniej jeden przedostał się i zniszczył OPM i "Celestię".

Nathan zauważył ponurą minę porucznika.

- Zapewne ucieszy pana wiadomość, że "Celestia" uciekła bez szwanku.

Ketang wytrzeszczył oczy. Popatrzył po kolegach, których twarze również wyrażały zaskoczenie.

- Poważnie? Ale jak? I gdzie...

- To długa historia - uciął Scott. - Dość powiedzieć, że wszystko z nią w porządku. Przyleci za pięć dni.

- Nie do wiary. - Ketang uśmiechnął się od ucha do ucha.

- Mało powiedziane - mruknął Władimir.

- Proszę mówić dalej, poruczniku - ponaglił Nathan.

- Kiedy "Intrepid" zniszczył fregaty, powrócił na niską orbitę, żeby walczyć z kolejnymi okrętami Jungów. My mieliśmy wywieść wroga w pole. Polecieliśmy na planetę, jakby naszym celem były jednostki powietrzne Jungów wspomagające atak lądowy. Zamiast tego dotarliśmy na tyły jednej z grup bojowych i wykończyliśmy uszkodzone elementy.

- Co się stało z "Intrepidem"? - zapytał Kamieniecki.

- Starł się z kilkoma jungowskimi okrętami i dostał ciężki łomot. Zdezaktywował się i leciał na kursie kolizyjnym z krążownikiem. Próbował minąć cel i uniknąć zderzenia, ale nic z tego. Na koniec rozkazano nam walczyć do wyczerpania paliwa, a potem zostawić myśliwce i znaleźć kryjówkę.

- Ostatecznie nie porzuciliście swoich jednostek - zauważył major Prechitt.

- Przepraszam, wiem, że nie usłuchaliśmy rozkazów. Nie mogliśmy tego zrobić po tym, co zaszło. Lecieliśmy w luźnej grupie dwunastu myśliwców. Oprócz nas było jeszcze kilka podobnych zespołów. Kiedy dotarliśmy na pokład, rozdzieliliśmy się na czteroelementowe podgrupy. Wszędzie latały myśliwce Jungów. Gdyby nie zasłaniały nas odłamki z "Intrepida", nieprzyjaciel znalazłby nas i zniszczył. Nasz dowódca poświęcił siebie i swojego skrzydłowego. Odciągnął od nas nieprzyjaciela.

- Co chciał pan osiągnąć, poruczniku? - pytał Nathan. - Zamierzał pan przeprowadzić czteroosobowy nalot na obwarowane siły wroga?

- Prawdę mówiąc, nie mieliśmy planu. Zlecieliśmy nisko i wyłączyliśmy wszelkie możliwe emisje. Osiedliśmy w górskim kanionie, na zachód od zatoki Manza. Przez parę dni maskowaliśmy myśliwce roślinami. Włączyliśmy mechanizmy samozniszczenia, na wypadek gdyby ktoś majstrował przy naszych maszynach. Potem odeszliśmy do najbliższego miasta i spróbowaliśmy wmieszać się w tłum. Gdy doszły do nas wieści o wyzwoleniu, uznaliśmy, że czas wyjść z ukrycia. Usłyszeliśmy, że "Aurora" wróciła, ale nie byliśmy pewni, czy to prawda. Postanowiliśmy to sprawdzić samodzielnie.

- Przez cały ten czas mieszkaliście w Afryce Wschodniej? - upewnił się Nathan.

- Nie tyle mieszkaliśmy, co próbowaliśmy przetrwać - sprostował Ketang. - Miejscowi byli życzliwi, ale to całkiem inny świat.

- Dlaczego nie przedostaliście się na wybrzeże? Tam warunki na pewno byłyby lepsze.

- Chcieliśmy być blisko myśliwców. Szczerze mówiąc, nie wiedzieliśmy, co robić. Byliśmy odcięci od wiadomości ze świata.

- To skąd dowiedzieliście się o wyzwoleniu?

- Widocznie im ważniejsze wieści, tym szybciej się rozchodzą - stwierdził porucznik. - Gdy tylko zorientowaliśmy się w sytuacji, wróciliśmy w góry po myśliwce. Poświęciliśmy dwa dni na powrót, a potem kolejne dwa na przygotowanie maszyn do lotu.

Nathan odchylił się na krześle. Popatrzył na Władimira i pozostałych.

- Ciekawa historia, poruczniku - powiedział. - Podejrzewam, że na Ziemi nie kryje się więcej Orłów.

- Nie byłbym zaskoczony, gdyby tak było - odparł Ketang. - "Intrepid" przewoził osiemdziesiąt myśliwców. Tamtego dnia wystartowało co najmniej sześćdziesiąt. Jestem prawie pewien, że przynajmniej połowa przetrwała na tyle długo, żeby dotrzeć na powierzchnię. Jednak inni raczej nie mieli tyle szczęścia co my. Rzecz w tym, że udało nam się znaleźć kryjówkę z dala od uczęszczanych szlaków, jeśli wie pan, o czym mówię. Jungowie prawdopodobnie nie szukaliby myśliwców w takim miejscu. Gdyby inne jednostki zdołały wylądować i gdzieś się ukryć, prędzej czy później ktoś by je znalazł, nieprawdaż?

- Można by tak pomyśleć - zgodził się Nathan. - Oczywiście zakładając, że inni piloci również postanowili nie porzucać myśliwców.

- Racja. - Ketang spojrzał po innych zebranych. Większość wyglądała dziwnie obco. - Kapitanie, nie chcę być bezczelny, ale zauważyłem coś... osobliwego, jeśli chodzi o pańską załogę. Ci ludzie nie wywodzą się z ZSO, prawda?

- W większości nie. Tak naprawdę, poza wami, porucznikiem komandorem Kamienieckim i mną, na tej sali nie ma innych Ziemian.

- Naprawdę? - Ketang znowu się rozejrzał.

- To jeszcze dłuższa historia - wyjaśnił Scott. - Jestem pewien, że w najbliższym czasie sam się pan wszystkiego dowie.

- Oczywiście, kapitanie. - Porucznik zmarszczył brwi.

- Coś jeszcze pana martwi?

- Tak. Z całym szacunkiem, ale... jak jednemu okrętowi udało się przepędzić wszystkie siły Jungów?

- "Aurora" to cholernie dobra jednostka, poruczniku - odparł Nathan, uśmiechając się krzywo. - Z cholernie dobrą załogą.

- Na to wygląda - zgodził się Ketang, wciąż nieco zbity z tropu.

Nathan przyjrzał się czterem pilotom. Wszyscy byli zmęczeni i zaniedbani. Nic dziwnego, skoro kilka ostatnich miesięcy spędzili w afrykańskiej wiosce.

- Medycy dali wam zielone światło - powiedział Scott. - Jeżeli chcecie wrócić do czynnej służby, musicie przejść szkolenie, aby być na bieżąco. Od wylotu z Ziemi na pokładzie "Aurory" zaszło wiele zmian, w które trudno wam będzie uwierzyć. Jeśli postanowicie zostać, przejdziecie pod dowództwo majora Prechitta. On również nie pochodzi z Ziemi. Podobnie jak wielu innych członków załogi należy do Sojuszu Ziemi i Pentaura. Tak czy inaczej, jesteście na jednostce Ziemskich Sił Obronnych, działającej zgodnie z przepisami i procedurami ZSO... Przynajmniej zazwyczaj. - Nathan zaśmiał się cicho.

- Jeśli będziemy zabijać Jungów, nie interesuje mnie pochodzenie pańskiej załogi. Moi koledzy są tego samego zdania.

- W porządku. - Nathan wstał. - Majorze, przejmie ich pan?

- Tak jest, kapitanie - odparł Prechitt.

- Witam na pokładzie "Aurory" - zwrócił się Scott do pilotów.

Ketang i trójka pozostałych również powstali.

- Będziemy zaszczyceni, służąc pod pańskim dowództwem. - Wszyscy piloci zasalutowali.

- Dziękuję panom. - Nathan odwzajemnił salut.