The Frontiers Saga. Tom 10. Wyzwolenie - Ryk Brown

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (39,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Nathan Scott czuł autentyczną ekscytację, po raz pierwszy od wielu tygodni. Zobaczył na ekranie Lui­sa, jednego ze swoich najbliższych przyjaciół. Usłyszał nawet jego głos, choć tylko przez chwilę. Zaledwie kilka minut wcześniej Luis został uratowany z dryfującej "Celestii", a już za moment miał stanąć na pokładzie głównego hangaru "Aurory".

Nathan wszedł do hali i pospiesznie podążył w stronę rufy. Tuż przed Scottem, w połowie pomieszczenia, Władimir i grupa corinairiańskich techników oraz funkcjonariuszy ochrony przygotowywała się do wejścia na inny prom, wyposażony w corinairiańskie hermetyczne kabiny dostępowe.

- Myślałem, że mają śluzę transferową na pokładzie dla załogi - powiedział Nathan, podchodząc.

- W całej części dziobowej, z wyjątkiem mostka, przeprowadzono dekompresję - wyjaśnił Władimir.

- Jesteś pewien, że to zadziała?

- Będziemy korzystać z rufowego włazu awaryjnego na lewej burcie. Osłona jest zbyt mała, żeby dało się ją nałożyć na zwykłe włazy dla personelu.

- Uda się wam wyciągnąć rdzenie danych?

- Podejrzewam, że nie będzie łatwo. Poczekamy, zobaczymy.

- Na rufie "Celestii" jest jeszcze dwóch moich kumpli z akademii - powiedział Nathan. - Kyle i Tilly.

- Brzmi jak nazwa jakiegoś kabaretu - zażartował Rosjanin. - Pozdrowię ich od ciebie.

- Tilly to niezły technik - odparł Nathan. - Na bank będzie ci miał sporo do opowiedzenia o stanie "Celestii".

- Porozmawiam z nim. Jednak, z całym szacunkiem, pewne rzeczy muszę zobaczyć na własne oczy - podkreślił Władimir.

- Jasne - odpowiedział Nathan. - Tylko zawiadom mnie o wszystkim najszybciej jak się da. Jesteśmy na terytorium nieprzyjaciela.

- Wiem, Nathan. Wiem. Dlatego ściągnęliśmy tu przyjaciół. - Władimir wskazał żołnierzy Corinari wsiadających na prom.

- To był pomysł Jessiki?

- Otóż to. Obawia się, że na rufie "Celestii" mogą czaić się jungowscy sabotażyści, którzy tylko czekają, żeby wejść na pokład i wykraść nasz piękny okręt. - Władimir nachylił się do Nathana. - Myślę, że Jessica popada w paranoję.

- Na tym polega jej praca.

Główny inżynier odwrócił się, by wejść na prom. Uniósł rękę.

- Ma zdecydowanie za wysokie kwalifikacje, przyjacielu - stwierdził.

Scott patrzył, jak Władimir wbiega truchtem po tylnej rampie jednostki. Gdy tylko właz się zamknął, włączyły się silniki. Nathan cofnął się o parę kroków. Nie chciał przeszkadzać pracownikom pokładowym, kierującym jednostką, która zawracała w stronę śluzy.

Gdy prom Władimira sunął do wyjścia na lewej burcie, drzwi śluzy po prawej zaczęły się otwierać. Ukazał się w nich kolejny prom "Aurory". Nathan stał przy burcie, gdy maszyna przetoczyła się obok. Hamowała i powoli opuszczała tylną rampę załadunkową.

Zeszła po niej Jessica. Zeskoczyła z rampy, jeszcze zanim ta dotknęła pokładu. Kobieta wciąż miała na sobie corinairiański skafander. W dłoni trzymała hełm. Za nią podążali major Waddell i czwórka jego żołnierzy Corinari.

- Nie musiałeś nam wychodzić na spotkanie - zażartowała kobieta.

- Poruczniku komandorze, majorze, dobra robota - pogratulował Nathan.

- Dziękuję, kapitanie - powiedział Waddell, schodząc z rampy. - Było ciekawie.

- A propos kapitana, nie powinieneś być na mostku? - zapytała Jessica drwiąco. - Przecież jesteśmy we wrogiej przestrzeni.

- Zastępuje mnie pierwszy oficer. Szpon Pięć i Sześć czatują na horyzoncie i wypatrują nieoczekiwanych gości - odparł Nathan.

- Główny inżynier zabrał ze sobą jakieś siły? - spytała Jessica.

- Zgodnie z rozkazem - zapewnił Scott. - Czy to było naprawdę konieczne?

- Przezorny zawsze ubezpieczony - zaśmiała się.

- W tym scenariuszu raczej zgodzę się ze środkami ostrożności powziętymi przez panią komandor - dodał Waddell.

- Zanim kogokolwiek wpuścimy, powinniśmy odpowiednio wylegitymować każdego na pokładzie tamtego okrętu - powiedziała Jessica.

Nathan uniósł wzrok. U szczytu rampy promu zobaczył uśmiechnięte twarze dwojga ludzi, mężczyz­ny i kobiety, ubranych w standardowe kombinezony Ziemskich Sił Obronnych.

- A co z tą dwójką typów spod ciemnej gwiazdy? - zapytał Nathan, wskazując Luisa i Devyn.

Jessica obejrzała się na nich przez ramię.

- Twierdzą, że cię znają, więc uznałam, że pozwolę ci ich sprawdzić. - Uśmiechnęła się i ruszyła przed siebie.

Nathan również rozpromienił się na widok Luisa i Devyn, schodzących po rampie. Zwrócił się jeszcze do Jessiki i Waddella.

- Komandorze? - zagadnął.

Jessica i major przystanęli, odwrócili się jednocześnie.

- Porucznik Telles chce się z tobą widzieć, kiedy już się przebierzesz.

- Jaki znowu porucznik? - zdziwiła się Jessica.

- Dowódca plutonu Ghatazhaków - wyjaśnił Nathan. - Zapomniałem ci o nim powiedzieć? - zapytał z zakłopotaną miną.

Jessica spojrzała na Waddella.

- Myślałem, że kapitan już pani o nim mówił - bronił się major.

Kobieta ponownie wlepiła wzrok w Nathana.

- Gdzie się, do cholery, podziewaliście, kiedy ja byłam na Ziemi?

- Oj... - mruknął Nathan z zawstydzoną miną. - Majorze, czy może pan...

Waddell łagodnie pociągnął Jessicę za ramię.

- Chodźmy, poruczniku komandorze. Postaram się wyjaśnić wszystko, kiedy będziemy zdejmowali sprzęt.

- Czy mam pozwolenie na wejście na pokład, panie kapitanie? - zapytał Luis. Zasalutował, z trudem powstrzymując uśmiech. Devyn tymczasem nie kryła radości, widząc Scotta całego i zdrowego.

- Zezwalam - odparł Nathan. Nie zadał sobie trudu, żeby odsalutować. Zamiast tego wystąpił naprzód, by objąć przyjaciela. - Kurczę, dobrze cię widzieć - wymamrotał. - Wyglądasz jak pieprzony wrak człowieka - dodał, odsuwając się i patrząc na Luisa. - Ale i tak się cieszę.

Kapitan zwrócił się w stronę Devyn, która wyglądała, jakby miała się zaraz rozpłakać. Otoczył ją ramionami i wtulił twarz w jej włosy.

- Myśleliśmy, że nie żyjesz - powiedziała, z trudem powstrzymując łzy.

- Mało brakowało - odparł Nathan ze śmiechem, wypuszczając ją z objęć. - I to kilka razy.

- Co tu się wyprawia, Nathan? - zapytał Luis. - Jakim cudem akurat ty dowodzisz... tym wszystkim? - Rozejrzał się, unosząc ręce.

- To długa historia - odpowiedział Scott.

- Gdzie byłeś przez te trzy miesiące? - dociekała Devyn.

- Ta historia jest jeszcze dłuższa. - Nathan przewrócił oczami zrezygnowany. - Opowiem wam później. Najpierw musicie iść do lekarza i doprowadzić się do porządku. Doktor Chen chce was przebadać, zanim zdacie meldunek.

- Będziesz musiał nam wskazać drogę - powiedział Luis. - Na naszym okręcie nie było ambulatorium. A przynajmniej takiego z odpowiednim poziomem ciś­nienia.

- Chodźcie za mną - polecił Nathan. Stanął pomiędzy przyjaciółmi i objął każde z nich. - Bardzo się cieszę, że was widzę. - Gdy ruszyli przed siebie, Nathan pociągnął Luisa za zmierzwioną brodę. - Nie mieliście na tej łajbie maszynek do golenia?

***

Władimir starał się zachować stabilność. Unosił się wewnątrz kabiny dostępowej, aktywując przyciski na boku kadłuba "Celestii". Zewnętrzne drzwi śluzy zasyczały cicho i otworzyły się. Nad uszczelnieniem uniósł się drobny pył. Wrota cofnęły się lekko do wewnątrz, a następnie odsunęły, ukazując pustą komorę śluzy po drugiej stronie. Władimir chwycił górną poręcz, rozhuśtał się i wskoczył do śluzy. Pozwolił, żeby sztuczna grawitacja "Celestii" pociągnęła go w dół. Kiedy stanął pewnie na pokładzie, odwrócił się do mężczyzn wewnątrz kabiny.

- Najpierw wchodzę ja, a ze mną personel ochrony - oznajmił. - Zgodnie z poleceniem porucznik komandor.

- Pan wybaczy... - wtrącił się sierżant dowodzący corinairiańską grupą ochronną. - Wydaje mi się, że porucznik komandor Nash chciała, abyśmy to my weszli jako pierwsi i zabezpieczyli drogę dostępu.

- Napędzicie wszystkim stracha z tymi dziwnymi giwerami i mundurami - zaoponował Władimir. - Bez urazy, sierżancie, ale pan i pańska ekipa nie wyglądacie zbyt przyjaźnie. Wejdę pierwszy, a wy za mną. - Spojrzał znacząco na oficera. - Chyba że chcecie zaczekać tutaj.

Sierżant wzruszył bezradnie ramionami, złapał poręcz i dostał się do śluzy w podobny sposób, jak wcześ­niej Władimir. Wylądował na pokładzie i z gracją przeszedł ze stanu nieważkości w kabinie dostępowej do sztucznej grawitacji na "Celestii".

- Czuję się jakoś... lekko. - Podskoczył kilka razy, aby sprawdzić przyciąganie.

- Pewnie włączyli grawitację na pięćdziesiąt procent, żeby oszczędzać energię - wyjaśnił Władimir. Odczekał, aż wszyscy czterej żołnierze Corinari znajdą się w śluzie, a drzwi zewnętrzne ponownie się zamkną. - Jesteśmy gotowi?

Sierżant wystąpił naprzód, odciągnął Kamienieckiego od drzwi wewnętrznych, w kierunku śluzy. Stanął przed nim i uniósł broń. Pozostali trzej Corinari zrobili to samo. Sierżant i jeden z jego podkomendnych, stojący na przedzie, przyklęknęli na jedno kolano, trzymając broń w pogotowiu.

- Teraz jesteśmy gotowi - stwierdził dowódca ochrony.

- Proszę włączyć interkom, sierżancie - nakazał Władimir, patrząc na niego z niedowierzaniem.

Corinari wykonał polecenie.

- Mówi porucznik komandor Kamieniecki z "Aurory" - zaczął Władimir. - Jesteśmy gotowi do wejścia. Prosimy nie wykonywać żadnych gwałtownych ani agresywnych ruchów, kiedy otworzą się drzwi. Na wszelki wypadek przyprowadziłem ekipę ochrony. Nie będzie stosować siły, chyba że zostanie sprowokowana.

Sierżant zakończył transmisję i ponownie przyjął pozycję gotowości do walki. Drzwi zaczęły się rozsuwać. Znajdowało się za nimi puste pomieszczenie, z wyjściem na korytarz na drugim końcu.

- Pokażcie się! - warknął sierżant z wyraźnym corinairiańskim akcentem.

Porucznik komandor Kovacic wyjrzał z włazu po drugiej stronie i pomachał rękami.

- Jesteśmy nieuzbrojeni! - Powiódł wzrokiem po śluzie. - Wychodźcie, ludziska! - ponaglił podwładnych gestem.

Sierżant skierował broń na prawą stronę pomieszczenia, gdzie jeden z członków załogi "Celestii" cofnął się powoli od wewnętrznych drzwi śluzy, unosząc ręce. Gdy jego kolega zachował się podobnie, Corinari u boku sierżanta wycelował w lewo.

- Ruszamy - oznajmił sierżant, wchodząc. Żołnierz po prawej na chwilę uniósł broń, by potem ją opuścić i raz jeszcze skierować na drugiego członka załogi. Corinari stojący wcześniej za sierżantem wysunął się naprzód, zajmując miejsce dowódcy.

- Ruszamy - powtórzył drugi żołnierz, wstając z klęczek. Po wejściu usunął się w lewo.

- Odwróćcie się - rozkazał sierżant surowym głosem. - I na kolana!

- Co to ma być, do... - zaczął pierwszy.

- Już! - zawołał dowódca Corinari.

- Radziłbym ich posłuchać - podpowiedział Władimir, wciąż pozostający wewnątrz śluzy. - Ci panowie traktują swoją pracę bardzo serio.

- Co to ma znaczyć? - dopytywał się Kovacic.

- Pana też to dotyczy! - Sierżant celował teraz w porucznika komandora.

- Poruczniku komandorze, proszę... - powiedział Kamieniecki błagalnie. - Ci ludzie wykonują jedynie polecenia naszego szefa ochrony... Na wypadek gdyby na pokładzie pańskiej jednostki byli sabotażyści Jungów.

- To chyba jakieś żarty - obruszył się Kovacic.

- Nie, komandorze, mówię poważnie. Trwa wojna, a "Aurora" to jedyny uzbrojony okręt, który może bronić Ziemi. Obawiam się, że takie środki ostrożności są w tej sytuacji niezbędne. Byłbym zatem wdzięczny, gdybyście na razie słuchali sierżanta.

Porucznik komandor Kovacic odwrócił się i padł na kolana.

- Wasz kapitan o tym wie? - zapytał.

- Owszem - zapewnił Władimir. Kolejni dwaj Corinari weszli tymczasem przez śluzę, aby pomóc w zabezpieczeniu pomieszczenia. Minęli Kovacica, sprawdzając korytarz aż do kolejnego skrzyżowania, gdzie zajęli pozycje obronne.

- Czy to naprawdę konieczne? - utyskiwał Kovacic.

- Najbliższa okolica jest bezpieczna, sir - zameldował sierżant.

- Przepraszam panów za te niedogodności - powiedział Władimir, wchodząc do pomieszczenia. - Wstańcie, proszę.

Dwaj ludzie podnieśli się powoli i odwrócili do niego.

- Jestem porucznik komandor Kamieniecki - przedstawił się Władimir. Uścisnął dłoń jednego z członków załogi. - Główny inżynier "Aurory". Muszę pomówić z moim odpowiednikiem na waszym pokładzie. A pan to...

- Podporucznik Marcus Kyle - odpowiedział mężczyzna.

- Kyle? - powtórzył Władimir. - Nathan kazał pana pozdrowić.

- Czyli to prawda? - zapytał mężczyzna stojący pod przeciwną ścianą. - Nathan żyje?

- Pan to zapewne Tilly. - Władimir wymienił uścisk dłoni z drugim rozmówcą.

- Podporucznik Jonathon Tillardi.

- Zgadza się - potwierdził Kamieniecki. - Nathan kazał pozdrowić również pana. Mówił, że jest pan dobrym technikiem. Czy to pan pełni tu funkcję głównego inżyniera?

- Na to wygląda - odparł Tilly. - W każdym razie jestem najbliżej takiego stanowiska.

- Co to za ludzie? - zapytał Kovacic, wchodząc do pokoju. - Rozpoznaję pański akcent, ale o nich nie mogę tego powiedzieć. Nie kojarzę też ich broni ani mundurów.

- Proszę wybaczyć, poruczniku komandorze...

- Kovacic. To ja dowodzę tym okrętem.

- Miło mi pana poznać.

- A więc kim oni są?

- Pochodzą z planety Corinair. To nasi sojusznicy.

- Nigdy nie słyszałem o tym miejscu. Czy to tam błądziła "Aurora" przez te wszystkie miesiące? Szukała sprzymierzeńców?

- Obawiam się, że to długa i zawiła historia. Jestem pewien, że kapitan Scott już wkrótce wszystko panu opowie. Na razie mam rozkaz przenieść rdzenie danych na "Aurorę" i ustalić stan waszej jednostki.

- W tym ostatnim może panu pomóc Tilly - stwierdził Kovacic. - Ale trudno będzie panu przekonać gości ze służb specjalnych strzegących rdzeni, żeby tak po prostu wam je oddali.

- Jeśli chcą, mogą porozmawiać bezpośrednio z naszą szefową ochrony - zaproponował Władimir. - Ona również wywodzi się ze służb specjalnych i na pewno ma odpowiednie kody uwierzytelniające. - Podszedł do dowódcy "Celestii", uścisnął mu rękę. - Zechciałby nas pan zaprowadzić do rdzeni? W tym czasie reszta mojego zespołu wejdzie na pokład.

***

- Dochodzisz do siebie, Josh - powiedziała doktor Chen, stając przy łóżku pacjenta.

- Czy to znaczy, że mogę wrócić do pracy?

- Jak sobie radzisz na symulatorze?

- Na początku było trochę dziwnie, ale tylko przez pierwszy dzień. Od ponad tygodnia nie mam już żadnych problemów z zawrotami głowy.

- A ile czasu tam spędzasz?

Josh na chwilę odwrócił wzrok.

- Ekhm, nie sprawdzam tego. Ale chyba sporo.

Doktor Chen spojrzała na datapad.

- W tym tygodniu sześćdziesiąt dwie godziny. Tak wynika z rejestrów.

- Ma pani do nich wgląd?

- Jestem lekarzem pokładowym. Widzę wszystko - odparła z uśmiechem. - Mam wrażenie, że jako jedyny korzystasz z tego urządzenia.

- Chciałbym, żeby tak było. Ćwiczyłbym dwa razy dłużej, gdyby nie te szkolenia dla zmienników. - Josh patrzył, jak technik kończy wlew i zabezpiecza cewnik na ramieniu. - Pani doktor, "Sokół" jest gotowy do lotu. A ja?

Doktor Chen przez chwilę przeglądała dane na tab­lecie, sprawdzając ostatnie wyniki badań.

- Nie widzę żadnych przyczyn medycznych, które miałyby cię powstrzymywać przed powrotem do służby... - zaczęła.

- Super! - szepnął Josh z radością.

- Oczywiście pod warunkiem, że zaczniesz pracę powoli i nie będziesz się forsował - dodała.

- Pani doktor, jesteśmy na "Aurorze". Czy my kiedykolwiek pracujemy powoli?

- Błagam, nawet mi nie przypominaj.

Josh rozejrzał się po sali zabiegowej. Zauważył nieznajomego mężczyznę, siedzącego na skraju sąsiedniego łóżka. Przez całą godzinę, gdy Josh przyjmował wlew, tajemniczy pacjent nie odzywał się do nikogo i jedynie patrzył, jak ludzie wchodzą i wychodzą.

- Co to za facet? - zapytał.

Chen odwróciła się dyskretnie i zerknęła przez ramię.

- Ma na imię Tony. Porucznik komandor Nash sprowadziła jego i jego przyjaciółkę z Ziemi.

- Jest ranny?

- Nabawił się głównie skaleczeń i zadrapań, ale jego towarzyszka nadal wymaga operacji. Kiedy wylądowali, była w kiepskim stanie.

- Co im się stało?

- Wpadli w jakąś zasadzkę tuż przed wylotem.

- Gość nie wygląda najlepiej - stwierdził Josh.

Doktor Chen spojrzała na niego i zauważyła wyraz troski na jego twarzy.

- Może z nim porozmawiasz? - podsunęła. - I tak musisz odczekać jeszcze piętnaście minut, zanim nanity rozejdą się po twoim organizmie i będziesz się mógł samodzielnie poruszać.

- Nie wiem, co miałbym mu powiedzieć.

- Przedstaw się i zapytaj go, jak się miewa. Porozmawiaj o czymkolwiek, o czym zechce mówić. Odwróć jego uwagę, żeby na chwilę przestał się martwić o tę kobietę. Już samo to powinno pomóc.

- Nie wiedziałem, że jest pani też psychologiem. - Josh spojrzał na lekarkę.

- To część moich obowiązków - odpowiedziała. - Zajrzę do was za kwadrans.

Josh zaczekał, aż technik skończy opatrywać mu ramię. Potem wstał i podszedł do Tony'ego. Mężczyzna podniósł na niego wzrok, niepewny i lękliwy. Josh znał to spojrzenie. Tak samo patrzyła na niego Kaylah przez kilka pierwszych dni po tym, jak Josh odzyskał przytomność.

- Cześć, jestem Josh - przedstawił się, wyciągając dłoń.

- Tony - rzucił nieznajomy, ściskając rękę młodzieńca.

- Wszystko gra? - zapytał Josh, wskazując bandaż na przedramieniu Tony'ego.

- To nic takiego - odparł pacjent. - Zwykłe skaleczenie. A ty jak się miewasz? - Spojrzał na rękę Josha.

- Ja? Byłem w okropnym stanie. Jakieś podtwardówkowe cholerstwo, połamane kości, oparzenia od promieniowania. Leżałem nieprzytomny przez jakiś tydzień.

- O rany. Wygląda na to, że się z tego wylizałeś. Co ci podawali? - dopytywał się Tony, wskazując na zabandażowane miejsce po wkłuciu. - Leki czy coś innego?

- Kolejną porcję nanitów. Dostaję nową co parę dni.

- Naprawdę? Moja przyjaciółka też je dostała, kiedy wylądowaliśmy. Co to właściwie jest?

- Nanity? Nie jestem do końca pewien. Coś w rodzaju mikroskopijnych robotów, które wstrzykuje się ludziom. Programuje się je jakimś skanerem, żeby mog­ły cię połatać.

- Ile już przyjąłeś?

Josh podrapał się po głowie.

- Hmm, nigdy nie pomyślałem, żeby zapytać. Pewnie kilka milionów.

- Czy to boli? - zastanawiał się Tony.

- Trochę, jeżeli cała masa nanitów pracuje w jednym miejscu. Wtedy czujesz, jakby od środka kłuły cię igiełki.

- To chyba nic przyjemnego.

- Można się przyzwyczaić. - Josh przysiadł na końcu łóżka. - Dobrze jest znaleźć sobie wtedy jakieś zajęcie, byleby o nich nie myśleć.

- Kiedy jej wstrzykiwali nanity, wspominali coś o bólu - powiedział Tony. - Wydawali się zaniepokojeni.

- Wydaje mi się, że Ziemianie odczuwają obecność nanitów mocniej niż inni. Z jakiegoś powodu te robociki w ogóle nie przeszkadzają Corinairianom. Pewnie dlatego, że to ich wynalazek.

- Corinairianom?

- No... Mieszkańcom Corinair - wyjaśnił Josh. - Ach, racja. Skąd miałbyś o nich wiedzieć?

- To jakaś planeta? - zapytał Tony. - Słyszałem, że w pobliżu są dawne ziemskie kolonie.

- Corinair raczej nie leży "w pobliżu" - zaśmiał się Josh.

- Czy ta druga lekarka, ze śmiesznym akcentem, pochodzi właśnie z Corinair?

- No. Chodzi ci pewnie o doktor Galloway. Jest świetna. Oczywiście wszyscy corinairiańscy medycy to mistrzowie w swoim fachu. O ile dobrze rozumiem, są bardziej zaawansowani niż wasi ziemscy lekarze.

Tony popatrzył na Josha z zakłopotaną miną, mrużąc oczy.

- Czyli... ty też nie pochodzisz z Ziemi?

- Nie. Nigdy tam nie byłem.

- Ale nie jesteś też z Corinair, prawda?

- Skąd wiesz?

- Nie mówisz z akcentem.

Josh przytaknął.

- Wychowałem się na Haven - wyjaśnił.

- Czy to niedaleko Corinair?

- Jeszcze parę miesięcy temu powiedziałbym, że nie, ale teraz, kiedy przebyliśmy całą drogę do Układu Słonecznego, Haven wydaje się być całkiem blisko Corinair.

- Mam coraz większy mętlik w głowie - poskarżył się Tony. Powiódł wzrokiem po sali, licząc, że znajdzie kogoś, kto powie mu, w jakim stanie jest jego towarzyszka.

- Martwisz się o przyjaciółkę, prawda? - domyślił się Josh.

- Oczywiście! Odkąd tu trafiłem, nikt o niczym mi nie mówi. Poza tobą, rzecz jasna.

- Posłuchaj, może to głupio zabrzmi, ale zapewniam cię, że tutejsi lekarze dokonują cudów. Zajmą się nią. A jeśli nie dadzą sobie z czymś rady, nanity wszystko naprawią.

Przez chwilę obaj milczeli. W końcu Tony westchnął.

- Obyś miał rację.

Josh rozejrzał się. Nie był pewien, co powiedzieć. Zerknął na zegar na ścianie. Miał jeszcze pięć minut.

- Jak w ogóle ma na imię ta kobieta? - zapytał.

- Synda.

- To twoja dziewczyna czy jak?

- Nie, nic z tych rzeczy. Przed inwazją Jungów byliśmy sparingpartnerami na siłowni. Od najazdu nie widziałem jej przez kilka miesięcy. Odnaleźliśmy się dopiero tydzień temu.

Josh odwrócił głowę w kierunku włazu. Na korytarzu dostrzegł kapitana Scotta, rozmawiającego z dwójką nieznajomych w skafandrach. Po chwili dołączyło do nich dwóch techników medycznych, którzy odprowadzili gości. Nathan wkroczył na salę i podszedł do Josha.

- Jak zdrowie, panie Hayes? - zapytał.

- Wyśmienicie, kapitanie - odparł Josh. - Lepiej niż kiedykolwiek.

- Właśnie to chciałem usłyszeć - stwierdził Nathan. - Widział się pan z lekarką?

- Jest gdzieś w pobliżu.

- Wrócę za chwilę - rzucił Scott, ruszając na poszukiwanie doktor Chen.

Gdy wyszedł, Tony zapytał:

- Kto to był?

- Kapitan "Aurory" - wyjaśnił Hayes.

- Czy kapitanowie zwykle nie są starsi? - zdziwił się Tony.

- Pewnie tak. Sam niewielu ich spotkałem. Ale kapitan Scott jest całkiem w porządku.

- Scott? Nathan Scott? Syn prezydenta?

- Myślałem, że jakiegoś senatora, ale tak, zgadza się.

- Ojciec Scotta został wybrany na prezydenta Unii Północnoamerykańskiej niedługo po tym, jak zgłoszono zaginięcie "Aurory". Wielu ludzi twierdziło, że wygrał, bo wyborcy litowali się nad nim, kiedy stracił syna.

- Nie wiedziałem nawet, że tak można.

- To znaczy?

- Oddać głos z litości.

- Na waszym świecie tak się nie robi?

- My w ogóle nie przeprowadzamy wyborów.

- Gdzie dokładnie jest twoja planeta? - Tony zmrużył oczy z zaciekawieniem.

- Haven nie jest planetą. To księżyc orbitujący wokół gazowego olbrzyma. W układzie tuż za gromadą Pentaura.

- Nigdy o takiej nie słyszałem. Gdzie się znajduje?

- Nie byłbym w stanie jej wskazać, korzystając z ziemskiego układu współrzędnych. Musielibyśmy wszystko przeliczyć na system galaktyczny Takaran, żeby dogadać się z nowymi układami nawigacji, które zainstalowaliśmy.

- No dobrze, ale jak daleko od Ziemi leży ta gromada? - nie ustępował Tony.

Josh się roześmiał.

- Z tysiąc lat świetlnych.

- Przelecieliście aż tysiąc lat świetlnych? - zapytał Tony z niedowierzaniem. - Musicie mieć niesamowite okręty.

- Przylecieliśmy tą jednostką - wyjaśnił Josh. - "Aurorą".

- Naprawdę?

- Pewnie! - odpowiedział Hayes z nutą przechwałki w głosie. - Ma kapitalny napęd skokowy.

- Napęd skokowy? - Tony wytrzeszczył oczy.

- Pozwala nam w mgnieniu oka przeskakiwać całe lata świetlne przestrzeni kosmicznej.

Ziemianin rozdziawił usta.

- Nie do wiary!

- Sam początkowo tak myślałem - przyznał Josh.

- Można przeskoczyć aż tysiąc lat świetlnych?

- Niezupełnie - poprawił go Josh. - Żeby tu dotrzeć, musieliśmy wykonać siedemdziesiąt pięć skoków. Wszystko, razem z przerwami na uzupełnienie energii i tak dalej, zajęło nam parę tygodni.

- To i tak zdumiewające. - Tony wlepił wzrok w Josha. - A czym się tu zajmujesz?

- Jestem pilotem - oznajmił chłopak z dumą. - Kiedyś pilotowałem ten okręt, ale ostatnio siedzę głównie za sterami "Sokoła".

- Co to takiego?

- "Sokół"? Stary myśliwiec przechwytujący do lotów w głębokiej przestrzeni. Naprawiliśmy go i wykorzystujemy głównie do misji rozpoznawczych.

- To pewnie ekscytujące...

- Bywa i tak - odparł Josh. - Zwykle jednak sprowadza się to do nudnych, krótkich skoków.

- "Sokół" też ma napęd skokowy?

- Mhm. Kiedyś miał liniowy napęd nadświetlny, ale wymontowano go, żeby zrobić miejsce dla skokowego.

- Jest uzbrojony?

- Jasne! Ma komorę z pociskami i wypasione działo plazmowe na dziobie. Niestety rzadko z nich korzystamy.

- Nie używacie "Sokoła" w walce? - spytał Tony.

- Czasami tak, ale najczęściej tylko wskakujemy, dryfujemy przez układ, zbieramy informacje i modlimy się, żeby nikt nas nie nakrył.

- To dlatego zostałeś ranny? Ktoś cię zauważył?

- Mniej więcej.

Wrócił Nathan, przerywając rozmowę.

- Gotowy wrócić do służby, Josh? - zapytał.

- No pewnie! Ekhm, to znaczy tak jest, kapitanie! - wykrzyknął młodzieniec. - Od jakiegoś czasu praktycznie mieszkam w symulatorach.

- Tak, wiem. Widziałem wyniki. Robią wrażenie.

- Nie wiem tylko, co na to pani doktor - mruknął Josh.

- Rozmawiałem już z doktor Chen. Wolałaby ci dać jeszcze tydzień lub dwa, ale masz od niej zielone światło.

Josh uśmiechnął się szeroko.

- Wystarczy jedno pańskie słowo, kapitanie - zapewnił.

- Staw się na przygotowanie do lotu. Loki już na ciebie czeka.

- Co to za misja?

- Obserwacyjna - wyjaśnił Nathan. - Wiem, że to nic ciekawego, ale ktoś musi patrzeć na Ziemię i dać znać, jeśli Jungowie wyślą za nami jakieś okręty. Loki dostał parametry misji i plan lotu.

- Dla mnie brzmi to wystarczająco ciekawie - powiedział Josh. - Zrobię wszystko, byleby wrócić do kokpitu.

- Podejrzewałem, że tak powiesz.

- Dziękuję, kapitanie. - Josh wstał i popatrzył na Tony'ego. - Nie martw się. Synda na pewno wydobrzeje, zobaczysz.

Tony skinął głową z wdzięcznością. Gdy Josh wyszedł, pacjent spojrzał na Scotta.

- Żadnych wieści o pańskiej przyjaciółce?

- Nie, kapitanie.

- Porucznik komandor Nash wkrótce pana odwiedzi. Tymczasem sam spróbuję się czegoś dowiedzieć.

Nathan klepnął Tony'ego w ramię i skierował się do wyjścia.

- Dziękuję panu - powiedział Tony, odprowadzając kapitana wzrokiem.

***

Władimir, w towarzystwie czterech techników i dwóch corinairiańskich żołnierzy ochrony, wszedł do przedziału na rufie "Celestii", gdzie od kilku miesięcy przechowywano rdzenie danych z Arki. Tuż za grupą szli podporucznik Tillardi i porucznik komandor Kovacic. Dwaj marines ZSO błyskawicznie stanęli na baczność, widząc dowódcę.

Władimir przyjrzał się im pobieżnie. Mieli na sobie mocno sfatygowane wojskowe spodnie i podkoszulki. Nadal nosili broń boczną, a na ramiona zarzucili karabiny automatyczne, jednak już dawno porzucili pancerze i hełmy.

- Spocznijcie - rozkazał Władimir, podchodząc do zabezpieczonych wózków z cennym ładunkiem. - Czy to rdzenie danych? - zapytał, choć znał odpowiedź.

- Tak jest - potwierdził z powagą jeden z marines.

- Sir, czy to prawda? - zapytał drugi, naruszając protokół wojskowy. - Jesteście z "Aurory"?

- Zgadza się - powiedział Kovacic z uśmiechem. - "Aurora" zatrzymała się niecałe sto metrów od naszej lewej burty. Rozkazano nam jak najszybciej przenieść na nią rdzenie danych.

Władimir przeszedł jeszcze bliżej wózków. Popatrzył na trzeciego mężczyznę, stojącego obok nich. Ten był młodszy, szczupły i nie zachowywał się jak pozostali. Wydawał się trochę zdenerwowany.

- Porucznik komandor Kamieniecki - przedstawił się Władimir. - Jestem głównym inżynierem "Aurory". Z kim mam przyjemność?

- Nazywam się Yanni Hiller.

- Nie jest pan z ZSO.

- Nie, komandorze. Pracuję dla Fundacji Arka.

- Co pan tu robi? - zdziwił się Władimir.

- Kiedy otrzymaliśmy rozkazy ewakuowania rdzeni, przełożony polecił mi trzymać się blisko nich, choćby nie wiem co.

- Przez całą drogę na Metis?

- Nie jestem pewien, czy wtedy już wiedział, gdzie trafią rdzenie.

- Czy to prawda? - Władimir zwrócił się do marines.

- Tak jest. Hiller odchodzi od nich tylko, kiedy musi do toalety. Byliśmy na promie, który zabrał rdzenie z obiektu Arki. Kiedy przylecieliśmy, Jungowie przeprowadzali atak.

- I od tego czasu strzeżecie tych urządzeń?

- Tak, komandorze - odparł marine. - My również otrzymaliśmy taki rozkaz.

Kamieniecki nie mógł powstrzymać śmiechu.

- Jestem pod wrażeniem - przyznał. - Jeśli chcecie, możecie dalej zajmować się rdzeniami. Z pewnością ucieszy was wiadomość, że "Aurora" oferuje lepsze warunki mieszkalne.

- Mnie wystarczą czyste mundury - mruknął drugi marine.

- Na pewno coś się dla was znajdzie - obiecał Władimir. - Ci panowie pomogą wam przenieść rdzenie na nasz prom, który przewiezie je na "Aurorę" - wyjaśnił, dając znak technikom, by przystąpili do pracy.

- Pan wybaczy, poruczniku komandorze - wtrącił się Yanni. - Te urządzenia są bardzo delikatne. Bądź co bądź, mają już tysiąc lat. Należy z nimi postępować ostrożnie.

- Domyślam się, że dlatego pański przełożony powierzył je właśnie panu - odparł Kamieniecki. - Miał pan dopilnować należytej obsługi i przechowywania.

- Zgadza się.

- A czy wie pan także, jak pozyskać dane z tych rdzeni?

- Pozyskać dane?

- Tak. Będziemy musieli skopiować wszystko do innego systemu magazynowania. Nowocześniejszego i... solidniejszego.

Yanni zaniemówił na chwilę.

- Ależ, komandorze, coś takiego zajmie kilka lat albo i dekad - ostrzegł. - Zwłaszcza jeśli dane trzeba będzie zdekompresować podczas kopiowania. Potrzeba do tego ogromnej pamięci. Dlatego do tej pory przenosiliśmy tylko potrzebne informacje. Ziemia zwyczajnie nie posiada komputerów dość wydajnych, żeby dało się skopiować wszystko.

- Sądzę, że nasi sojusznicy mają wystarczającą moc przerobową - zapewnił Władimir.

Yanni wyglądał na zbitego z tropu.

- Nasi... sojusznicy?

- Panowie? - Władimir spojrzał na marines. Mężczyźni podeszli do wózków, aby zdjąć sieci ochronne okrywające je i przytrzymujące na pokładzie.

- O jakich sojusznikach mowa? - dopytywał się Hiller, gdy pozostali przygotowywali rdzenie do transportu.

***

Jessica i major Waddell weszli do ładowni, która służyła jako kwatera główna Ghatazhaków na pokładzie "Aurory". Przestronne pomieszczenie opróżniono z całej zawartości, poza kontenerem, w którym wcześniej znajdowali się Ghatazhakowie i ich sprzęt.

- Co jest, u licha? - mruknęła Jessica, wchodząc do ładowni. Wokół widziała młodych mężczyzn o niemal identycznym wzroście i gabarytach. Można ich było rozróżnić jedynie po twarzach, kolorze włosów i oczu. Rozproszyli się po sali. Niektórzy uczestniczyli w zorganizowanych ćwiczeniach gimnastycznych. Inni przyglądali się terminalom komputerowym. Kilku siedziało na krzesłach ustawionych w rzędach. Oglądali jakieś takarańskie filmy rozrywkowe.

Gdy Nash im się przyglądała, z tyłu podeszło czterech mężczyzn. Przywitali się uprzejmie i zgodnie z obowiązującym wojskowym ceremoniałem, po czym minęli Jessicę.

- Jakim cudem tak się tu urządzili? - zastanawiała się kobieta.

- Kapitan dostarczył im wszystko, co miał na zbyciu, byleby tylko oddzielić ich na razie od załogi - wyjaśnił Waddell.

- Nie dziwię się - odparła Nash - zważywszy, ilu Corinairian zaszlachtowali ci goście. - Spojrzała na majora. - Mówi pan o tym z zaskakującym spokojem. Na Takarze Ghatazhakowie ostro dokopali pańskiej kompanii.

- To byli inni ludzie - sprostował major Waddell. - Ci, o których pani mówi, już nie żyją.

- Słuszna uwaga. A zatem nie przeszkadza to panu?

- Szczerze mówiąc, wolałbym, żeby ich tu nie było. Przyznam jednak, że na razie wykazują się niezrównaną pracowitością.

- Pana zdaniem to dobrze, że kapitan ich obudził?

- Sądzę, że wówczas nie miał innego wyboru.

Jessica rozglądała się, gdy szli naprzód.

- Dlaczego są do siebie aż tak podobni? Nie różnią się nawet wzrostem.

- Służy to usprawnieniu dostaw i logistyki. "Rozmiar uniwersalny" sporo ułatwia. W razie uszkodzenia pancerza można po prostu zabrać martwemu towarzyszowi to, czego się potrzebuje.

- Tyle wysiłku po to, żeby każdy miał buty w tym samym rozmiarze?

- Możliwe, ale Ghatazhaków wysyłano zwykle do akcji daleko od Takary. Kiedy łańcuch dostaw ciągnie się przez kilka lat świetlnych, uzupełnianie zapasów staje się poważnym problemem.

- Mogę państwu w czymś pomóc? - zapytał ghatazhakański żołnierz.

- Szukam waszego dowódcy - odpowiedziała Jessica. - Porucznika Tellesa.

- Tak jest. Zaprowadzę państwa. Proszę za mną.

Jessica spojrzała na Waddella, unosząc brew. Ruszyli za Ghatazhakiem, który poprowadził ich w odległy zakątek pomieszczenia. Zamocowano tam kilka przegród, aby stworzyć boks biurowy. Żołnierz stanął w uroczystej pozie przy wejściu, przedstawił się oraz zaanonsował gości po takarańsku. Zaprosił gestem Jessicę i majora do środka, po czym odmaszerował.

Oficerowie wkroczyli do boksu. Porucznik Telles wstał i wyszedł zza prowizorycznego biurka.

- Poruczniku Telles - zaczął major Waddell - przedstawiam panu porucznik komandor Nash, szefową ochrony i wywiadu "Aurory".

Telles wystąpił, stanął na baczność i zasalutował.

- Poruczniku... - Jessica odwzajemniła gest.

- To dla mnie zaszczyt - powiedział Telles, wyciągając rękę.

- Powiedziano mi, że chciał się pan ze mną widzieć.

- Tak jest, pani komandor.

- Dlaczego?

- Chciałem poznać osobę, która uśmierciła naszego byłego przywódcę, Caiusa z Ta'Akar.

Jessica stężała. O ile dobrze rozumiała, Ghatazhaków programowano tak, by postrzegali Caiusa jako boga. Żołnierz, którego przesłuchiwano w układzie Darvano, jasno wyrażał swoje przekonania. Jednak Telles wydawał się o wiele spokojniejszy i bardziej wyluzowany.

- Dlaczego? - zapytała Nash. - Szuka pan zemsty?

Waddell spojrzał na kobietę, jakby postradała zmysły.

Telles zaśmiał się cicho.

- Rozumiem, skąd takie podejrzenie - stwierdził. - Ale nic bardziej mylnego. Usiądźcie, proszę - dodał, wskazując na wolne krzesła. - Caius był egocentrykiem z manią wielkości. Snuł bezsensowne plany, a jego imperium zostało zbudowane na fałszywych obietnicach i chwiejnych fundamentach.

- Więc dlaczego za nim podążyliście?

- Ghatazhakowie są posłuszni temu, kogo przewiduje program - wyjaśnił porucznik beznamiętnym tonem. - Na szczęście, gdy wy i zaprzyjaźnieni z wami Karuzari obaliliście reżim Caiusa, my czekaliśmy, aż nas zaprogramują. Wypełnianie rozkazów kogoś takiego byłoby... trudne.

- Trudne? - powtórzyła Jessica. - Właśnie dlatego przechodzicie programowanie, nieprawdaż?

Telles zasiadł ponownie za biurkiem.

- Domyślałem się, że pani wiedza o naszym programowaniu będzie nieco wybrakowana. Istotnie wpaja się nam lojalność wobec przywódców, ale nikt nie każe nam ślepo wypełniać ich poleceń.

- A więc po co tyle zachodu? - dociekała Nash.

- Programowanie ma dwojaki cel - tłumaczył porucznik. - Po pierwsze, gwarantuje, że nigdy nie przejdziemy na stronę przeciwnika. Po drugie, pozwala nam dokonywać pewnych czynów, które w oczach innych uchodziłyby za, mówiąc delikatnie, niesmaczne.

- Kasują wam sumienie?

- Niezupełnie. Jesteśmy natomiast w stanie analizować nasze rozkazy i ich cele, nie uwzględniając przy tym własnych odczuć co do aktów agresji, których może się od nas wymagać.

- Rozumiem. Cel uświęca środki?

- Można to tak ująć.

- A jeśli ktoś uważa, że cel wcale niczego nie uświęca? - zapytał Waddell.

- Ghatazhakowie nie analizują rozkazów w taki sposób. Nie martwimy się dylematami moralnymi. Interesują nas cele i rezultaty. Jeżeli działania, które nam zlecono, przyniosą pożądane skutki lub pozwolą osiąg­nąć cel, do jakiego dążą nasi władcy, wówczas uznajemy rozkaz za ważny i możliwy do zrealizowania.

- A jeżeli tak nie jest? - nie ustępowała Jessica.

- Wtedy informujemy o tym przywódców i radzimy rozważyć alternatywy, które zawsze proponujemy.

- Co sprawia, że Ghatazhakowie mają lepsze kwalifikacje niż ich władcy, aby podejmować takie decyzje? - spytała Nash.

Telles wziął głęboki oddech.

- Pani komandor, Ghatazhakowie są kimś więcej niż doskonale wyszkolonymi zabójcami. Wszyscy możemy się poszczycić ponadprzeciętnym intelektem i znakomitym wykształceniem we wszystkich istotnych dziedzinach.

- Na przykład?

- Fizyce, inżynierii, naukach fizycznych i biologicznych, społeczno-ekonomicznych, historii, religii oraz, rzecz jasna, sztuce wojny.

- Czy te dyscypliny czynią z was lepszych żołnierzy?

- Pomagają nam zrozumieć, dlaczego wszystko dzieje się tak, a nie inaczej i co trzeba zrobić, aby uzyskać pożądany efekt. Jedyną ludzką stałą wydaje się to, że gdy wszystko inne zawiedzie, cele osiąga się siłą. To, czy jest uzasadniona, zależy od tego, jak pilnie potrzebują jej ci, którzy za nią optują. Tak było od zarania dziejów ludzkości. Ghatazhakowie powstali po to, by podchodzić rozumniej do użycia takiej siły.

Jessica nachyliła się i spojrzała porucznikowi w oczy.

- Ja widziałam co innego. Jeden z pańskich pobratymców siedział w areszcie "Aurory" i wrzeszczał ile sił w płucach, że Caius jest bogiem i któregoś dnia będzie rządził Galaktyką.

- Ciekawe... - odparł Telles ze spokojem. - Czy Ghatazhak, o którym pani mówi, był Ybaraninem?

- Sądzę, że tak.

- Ybaranie to zwierzęta. Na ich świecie panują surowe warunki, więc by tam przetrwać, potrzeba siły i determinacji. Przez wieki stali się przesadnie agresywnymi stworzeniami, niegodnymi miana prawdziwych Ghatazhaków.

- Jak mogą stać się jednymi z was? - zapytała Jessica.

- Na początku powstania Karuzari Caius został zmuszony do wycofania się z kilku światów. Jednym z nich była Ybara. Po odwrocie Caius zbombardował ją, a winą za atak obarczył Karuzari. W rezultacie Ybaranie zaczęli tłumnie wstępować w szeregi sił Imperium Ta'Akar. Caius próbował stworzyć jeszcze bardziej agresywny legion Ghatazhaków, licząc, że pokaz przerażającej, nieokiełznanej agresji stłumi potencjalny ruch oporu. Ybaranie mają jednak wielką siłę woli, wymagali więc bardziej dogłębnego programowania. Aby utrzymać kontrolę nad ich legionami, Caius wpoił im nakaz, by oddawali mu boską cześć. - Porucznik Telles spojrzał na majora Waddella. - Podejrzewam, że właś­nie z takim legionem zmierzył się pan podczas bitwy o Answari, majorze. To cud, że uszedł pan z życiem. - Ghatazhak zwrócił się ponownie do Jessiki. - Nie trzeba dodawać, że działania ybarańskich legionów sprawiły jedynie, iż coraz więcej ochotników zgłaszało się do Karuzari, a imperium musiało oddać ponad dwie trzecie okupowanych światów.

- Dlaczego opowiada mi pan o tym wszystkim? - spytała Nash, odchylając się na oparcie krzesła.

- O ile mi wiadomo, to do pani zwraca się kapitan, gdy potrzebuje rady w sprawie akcji wymagających wykorzystania wyszkolonych żołnierzy, a nie okrętów.

- Zgadza się. Do mnie i do majora Waddella.

- Zapewniam, że nie chcę urazić żadnego z państwa. Pani komandor, pani osiągnięcia na polu walki budzą podziw nawet u Ghatazhaków. Majorze, pan również powinien wiedzieć, że Ghatazhakowie darzą Corinari niemałym szacunkiem. Słyniecie z talentu i oddania w całej gromadzie Pentaura i daleko poza jej krańcami. Jednak ani pan, ani pani do nas nie należycie.

- Do czego pan zmierza? - Jessica zaczynała się irytować.

- Nie możecie osiągnąć tego, co my.

- Jakoś sobie poradzimy - rzuciła Nash, obracając się na krześle i przygotowując do odejścia.

- Doszło do nieporozumienia - naciskał Telles. - Nie sugeruję, że poniesiecie porażkę. Chodzi mi o to, że my uporamy się z zadaniem wydajniej i zaoszczędzimy strat w szeregach sojuszników. Obecnie dysponujecie ograniczonymi siłami. Brakuje wam ludzi, aby stawić czoła siłom Jungów potrzebnych, aby utrzymać władzę nad całym światem, zwłaszcza tak gęsto zaludnionym jak Ziemia.

- Z całym szacunkiem, poruczniku, ale was jest zaledwie... Ilu? Stu?

- Aktualnie dziewięćdziesięciu pięciu - uściślił Telles. - Dwóch moich ludzi poległo w bitwie o Tannę, a trzech innych zostało rannych i będzie potrzebowało kilkudniowej rekonwalescencji przed powrotem do czynnej służby. Tak czy inaczej, jeden odpowiednio wyposażony Ghatazhak poradzi sobie z setką jungowskich żołnierzy. Albo i z tysiącem, jeśli będą prezentowali tak żałosny poziom przeszkolenia jak ci, którzy usiłowali utrzymać Tannę. - Porucznik Telles pochylił się i spojrzał Jessice prosto w oczy dla podkreślenia wagi swoich słów. - Książę Casimir wysłał mój pluton na "Aurorę", ponieważ wiedział, że będziecie nas potrzebować, a nasze umiejętności i doświadczenie będą dla was nieodzowne. Jesteśmy silniejsi, szybsi, lepiej przygotowani i bardziej inteligentni niż ktokolwiek inny na tym pokładzie, a może i w tej części kosmosu.

- A z pewnością bardziej aroganccy - dodała gorzko Jessica.

- Arogancją z mojej strony byłoby, gdybym mówił nieprawdę - oznajmił Telles, rozpierając się w fotelu. - Casimir wie, kim naprawdę jesteśmy i co potrafimy. Dlatego postanowił nie włączać nas z powrotem do takarańskiego społeczeństwa. Ghatazhakowie stanowią dla księcia polisę ubezpieczeniową. To oni będą zniechęcali stare imperialne światy do zemsty na Takarze. Casimir wierzy w słuszność waszej sprawy, więc postanowił wpoić to przekonanie mnie i moim podwładnym. Pozwólcie nam robić to, w czym jesteśmy najlepsi. Pozwólcie nam walczyć za waszą sprawę.

- Przemyślę to - zapewniła Jessica, wstając. - Powiem jednak szczerze, że mam pewne wątpliwości.

- Nie śmiem prosić o nic więcej poza uczciwym rozważeniem mojej propozycji - odparł Telles, który również podniósł się z miejsca.

Jessica opuściła boks bez dalszych dyskusji i szybko przeszła przez przerobioną ładownię. Major Waddell wyszedł za nią na korytarz.

- Jego argumenty brzmiały przekonująco - rzekł.

- Wierzy pan w te brednie? - zapytała Nash z niedowierzaniem.

- Zanim podejmie pani decyzję, radziłbym przejrzeć nagrania z kamer wojskowych.

Jessica przystanęła na środku korytarza.

- Ma pan filmy z bitwy z tymi ludźmi?

- Każdy z nich miał przy sobie kamerę podczas akcji. Obrazy przez cały czas spływały do dowództwa sił zbrojnych. Widok robi piorunujące wrażenie.

Jessica wiedziała, że major widział już niejedno. Pomimo dzielących ich różnic była pełna uznania dla jego wiedzy i doświadczenia.

- Byli aż tak dobrzy? - zapytała.

Major Waddell przez chwilę patrzył w podłogę, po czym podniósł wzrok na Jessicę.

- Zachowywali się, jakby dla nich była to zwyk­ła kalkulacja. Lokalizowali cele, oceniali zagrożenia, ustalali hierarchię celów i w końcu obliczali strzały tuż przed ruszeniem do akcji. Posługiwali się bronią energetyczną, ale z tego, co widziałem, każdy przeciwnik padał po jednym strzale. Nigdy wcześniej spotkałem się z czymś podobnym.

- Wierzy pan więc w tę opowieść o ybarańskich legionach?

- Ghatazhakowie, których widziałem na nagraniach, są inni niż ci, z którymi walczyłem na Answari. - Waddell westchnął. - Po prostu wykonywali swoją robotę najskuteczniej jak mogli. Nie mogę tego lepiej opisać.

Jessica również westchnęła.

- Może ma pan rację - powiedziała. - Chyba powinnam zerknąć na te filmy.

- Zalecam zasiąść do nich z pustym żołądkiem - poradził major, gdy ruszyli w dalszą drogę.

- Cholera, dlaczego dopiero teraz się o tym dowiaduję? - zastanawiała się Nash.

- Przez ostatnie kilka godzin sporo się działo.

***

- Czyli wszystko, co powiedziała, to prawda? - zapytał Luis.

- Właściwie tak - odparł Nathan, zasiadając na jednym z krzeseł na sali badań.

- A "Aurora" potrafi błyskawicznie przeskoczyć piętnaście lat świetlnych?

- Mówiąc dokładniej, co najmniej szesnaście - sprostował Nathan. - Wolę jednak oszczędzać energię na wypadek, gdybyśmy wpakowali się w kłopoty i trzeba było szybko uciekać.

- To chyba dobry pomysł, biorąc pod uwagę twoje dotychczasowe losy - stwierdziła Devyn.

- Nadal nie chce mi się wierzyć, że jesteś kapitanem tego okrętu - rzekł Luis.

- Wielkie dzięki - burknął Scott.

- Nathan, nie bierz tego do siebie. Wiesz, że kocham cię jak brata. Po prostu... W akademii zawsze byłeś pierdołą.

- A ja wcale nie jestem zaskoczona - zaoponowała Devyn. - Od zawsze wiedziałam, że się do tego nadajesz.

- Cóż, przynajmniej jedno z moich przyjaciół we mnie wierzy. - Nathan spojrzał na Luisa. - Ja za to nie wierzę, że pozwolili ci pilotować okręt. Na symulatorze byłeś beznadziejny. Kurde, pamiętasz, jak zabrałem cię na przelot dwupłatowcem mojego dziadka, żebyś poczuł, jak się lata? Mało brakowało, a władowałbyś nas w wieżę kontroli lotów.

- Przecież wylądowałem okrętem kosmicznym na księżycu, kolego. I to bardzo delikatnie, nie chwaląc się.

- To dlaczego z pokładu dowodzenia wyciekło całe powietrze? - przekomarzał się Nathan.

- Nie wiadomo, czy to przez moje lądowanie - bronił się Luis.

Dalszą dyskusję przerwało wejście doktor Chen.

- Wygląda na to, że oboje macie się dość dobrze, biorąc pod uwagę, przez co przeszliście - oceniła lekarka. - Jesteście trochę niedożywieni, a niektóre wyniki morfologii są niższe, niż powinny, ale kilka tygodni pakietów z suplementami witaminowymi i dobrego jedzenia powinno załatwić sprawę.

- Czyli wszystko gra? - upewnił się Nathan.

- Tak, kapitanie. Są zdrowi.

- Dziękuję, pani doktor.

- Proszę tylko jeszcze przez parę dni nie wyznaczać im zbyt ciężkich zadań - ostrzegła Chen.

- Powiedziałbym, że należy nam się urlop - podpowiedział Luis.

- Chciałbyś - prychnął Scott.

- Co teraz? - zapytała Devyn po odejściu doktor Chen.

- Właśnie w tej chwili przenosimy rdzenie danych na "Aurorę" - wyjaśnił Nathan. - Poleciłem także mojemu głównemu inżynierowi i jego technikom, żeby sprawdzili, czy warto próbować ocalić "Celestię", czy lepiej będzie zabrać, co się da, a resztę porzucić.

- Spiszesz na straty nasz okręt? - zaprotestował Luis. - Wiem, że jest nieuzbrojona, ale potrafi latać. Potrzebuje tylko więcej paliwa.

- Jesteśmy w samym środku przestrzeni kontrolowanej przez Jungów - tłumaczył Nathan. - A "Aurora" jest ostatnią jednostką bojową Ziemi, przynajmniej do czasu, aż zdołam skontaktować się z sojusznikami w gromadzie Pentaura i wezwać pomoc.

- To tysiąc lat świetlnych stąd! - zawołał Luis. - Trochę to potrwa, prawda?

- Mamy prom skokowy, który może tam dotrzeć w kilka dni, pod warunkiem że po drodze nic się nie zdarzy. Nie wiem tylko, ile zajmie wysłanie pomocy. Ani nawet czy jest to teraz możliwe. Kiedy odlatywaliśmy, sytuacja w gromadzie była niestabilna. Możliwe, że książę Casimir nadal ma mnóstwo roboty i usiłuje utrzymać pokój do czasu, aż pył po upadku imperium wreszcie opadnie.

- A więc nie da się ocalić "Celestii"? - zapytał Luis.

- Tego nie powiedziałem - zastrzegł Nathan. - Mówiłem, że trzeba ustalić, co jesteśmy w stanie zrobić. Tak czy siak, musimy być gotowi wysadzić "Celestię", jeśli Jungom uda się ją przejąć.

- Jest już wyposażona w ładunki wybuchowe - powiedziała Devyn. - Tilly i chłopaki ze służb specjalnych zamontowali je na obudowie reaktorów antymaterii. Wystarczy wcisnąć guzik i cały księżyc, a może i cała planeta, przepadnie.

- Tymczasem posyłam ludzi na zwiady, żeby wypatrywali Jungów - ciągnął Nathan. - Kiedy rdzenie danych będą już na pokładzie, to jeśli Jungowie rzeczywiście przylecą, rozwalimy "Celestię" i skoczymy. Przy odrobinie szczęścia uda nam się przy okazji zniszczyć parę okrętów. Wtedy przynajmniej "Celestia" zabierze jakichś wrogów na tamten świat.

- Może Tilly powinien zainstalować zdalny detonator? - zasugerował Luis.

- To już zadanie dla głównego inżyniera. Jego priorytetem jest ewakuowanie rdzeni, a następnie detonator zdalny. Potem ma rozpocząć szybką inspekcję okrętu.

- Jeśli zapuści się dalej niż do głównej grodzi na rufie, będzie potrzebował kombinezonu hermetycznego - ostrzegła Devyn.

- On też o tym wie. Skoro musimy czekać, równie dobrze możemy zacząć waszą rekonwalescencję od czegoś pysznego.

- Dobry pomysł - zgodził się Luis. - Prowadź na stołówkę. Od miesięcy nie jadłem ciepłego posiłku.

- Na stołówkę? Nie wygłupiaj się. - Nathan się uśmiechnął. - Zapraszam do mojej prywatnej mesy.

***

Jessica weszła na salę zabiegową i zbliżyła się do Tony'ego, siedzącego na skraju łóżka.

- Jak się czujesz?

- Dobrze. Chyba.

- A Synda?

- Nie wiem. Nadal nikt nic mi nie mówi.

- Witamy w szpitalu wojskowym - powiedziała Nash z goryczą, rozglądając się w poszukiwaniu personelu medycznego. - Dowiem się, jak wygląda sytuacja. - Stanęła na środku pokoju. - Hej! Jest tu kto? Potrzebuję pomocy!

Po chwili na salę wbiegł corinairiański technik medyczny.

- Pracujesz tutaj? - zapytała Jessica rozdrażnionym tonem.

- Ekhm, tak jest - odparł mężczyzna. - Czym mogę służyć?

- Przysłużysz się nam, jeśli sprawdzisz, w jakim stanie jest przyjaciółka tego pana. Młoda kobieta, która od kilku godzin leży na sali zabiegowej.

- Nic nie wiem o...

- To się dowiedz! I to migiem! - zażądała Jessica. - To rozkaz, szanowny panie!

- Tak jest! - Technik pospiesznie wyszedł z pomieszczenia.

Jessica odwróciła się do Tony'ego.

- Czasem trzeba się trochę wkurzyć, żeby dostać to, czego się potrzebuje - wyjaśniła.

- To nie w porządku, że tak długo zostawia się tu ludzi w niepewności.

- Cóż, to nie placówka cywilna. Pracownicy nie przywykli do rozmów z zatroskanymi krewnymi albo przyjaciółmi. Tutaj każdy po prostu wraca do roboty i dowiaduje się o stanie pacjenta później, odpowiednimi kanałami.

- Ma to jakiś sens. Choć nie powiem, żeby wzbudzało zaufanie.

- Gwarantuję, że nigdzie nie znajdziesz lepszej opieki medycznej. A już na pewno nie na Ziemi.

- No tak. Tam taka opieka praktycznie przestała istnieć. Jeśli człowiek nie umiera, musi czekać kilka tygodni na badanie.

- Tutejsze nanity wyleczą prawie wszystko w jedną trzecią czasu, którego potrzebowałby organizm, żeby naturalnie wygoić rany.

- Kiedy tu trafiliśmy, lekarze obawiali się podać Syndzie nanity. Taki jeden Josh mówił, że mogą wywoływać ból u ludzi spoza Corinair. - Tony popatrzył na Jessicę. - Czy to prawda?

- Z tego, co mi wiadomo, sprawa jest mocno dyskusyjna - odparła kobieta, opierając się o krawędź łóżka. - Komandor Taylor pochodzi z Ziemi. Terapia nanitami okazała się dla niej bardzo niekomfortowa. Z tym że Taylor była mocniej poturbowana. Może chodziło konkretnie o nią. Prawdę mówiąc, nie wiem. Inni Ziemianie też przechodzili leczenie nanitami, ale nie znam szczegółów.

Na salę weszła doktor Chen z datapadem.

- Przepraszam, że musiałeś tyle czekać na informacje - zwróciła się do Tony'ego. - Rozmawiałam z doktor Galloway, która przeprowadza zabieg. W ciągu godziny powinno być po wszystkim. Synda jest nadal w stanie krytycznym, ale prawdopodobnie przeżyje.

- Czy nanity sprawią jej ból? - zapytał Tony.

- Możliwe, jednak umiemy zapanować nad ewentualnym dyskomfortem, który wywołają. Jeżeli ból za bardzo się nasili, będziemy mogli nawet wprowadzić Syndę w śpiączkę na czas terapii. Jednak nie wydaje mi się, by w jej przypadku było to konieczne.

- Mogę przy niej być?

- Nie przez kilka pierwszych godzin rekonwalescencji - tłumaczyła doktor Chen. - Potem będziesz mógł spędzać z nią tyle czasu, ile zechcesz.

- Dziękuję, pani doktor - powiedziała Jessica. Tony również skinął głową z wdzięcznością. Nash odwróciła się do niego. - Nic nie jadłam od wylotu z Ziemi. A ty? Jesteś głodny?

- No nie wiem... Może powinienem tu zaczekać.

- Bzdura! - upierała się Jessica. - Słyszałeś, co mówiła pani doktor. Nie zobaczysz Syndy jeszcze przez parę godzin. Tymczasem możesz coś przegryźć. Poza tym ja stawiam.

Tony westchnął ciężko i dźwignął się z łóżka. Po raz kolejny powiódł wzrokiem po sali, powoli wychodząc za Jessicą z ośrodka zabiegowego.

- Prawdę mówiąc, to wszystko trochę mnie przytłacza - powiedział, gdy byli na korytarzu. - Nigdy wcześ­niej nie leciałem nawet samolotem, a co dopiero okrętem kosmicznym. I to takim, który rzekomo zaginął już wiele miesięcy temu.

- No tak, potrafię to zrozumieć - odparła Jessica. - Ale na pewno przyznasz, że jest całkiem ciekawie.

***

Josh i Loki weszli do głównego hangaru "Aurory" przez przedni właz na prawej burcie. Josh miał na sobie pełny kombinezon lotnika po raz pierwszy od ucieczki z Tanny w układzie 72 Herculis, ponad miesiąc wcześ­niej. Próbował się nie uśmiechać, ale ewidentnie nie mógł się powstrzymać. Kiedy minęli krawędź dziobowej śluzy transferowej i po raz pierwszy zobaczyli nowo wyremontowanego "Sokoła", Hayes wyszczerzył zęby.

- O rany! - zawołał.

Loki również miał zadowoloną minę. Choć miał to być pierwszy lot "Sokoła" od czasu naprawy, drugi lotnik widział już wysłużony myśliwiec przechwytujący po remoncie.

- Kapitalnie go odmalowali - ocenił Josh, gładząc spód dziobu. Czuł pod palcami mrowienie pracujących reaktorów fuzyjnych i podziwiał czarny lakier jednostki. - Uruchomił się już?

- Marcus skrzyknął specjalną ekipę naziemną - wyjaśnił Loki. - Mamy teraz własnego dowódcę załogi, technika uzbrojenia, inżyniera i specjalistów od układów.

- Ale nie od napędu skokowego?

- Nadal musimy się dzielić specjalistą z promem skokowym - powiedział Loki. - Jak by nie patrzeć, mamy na pokładzie tylko trzy jednostki zdolne do skoków. Ekipa rozkręciła reaktory "Sokoła" i przeprowadziła kontrolę, kiedy zakładaliśmy kombinezony.

Josh klepnął Lokiego w pierś, gdy ten przechodził obok.

- Fajnie mieć własną załogę, nie? - zapytał.

- Widać kapitan uznał, że przy tylu lotach, jakie ma wykonać "Sokół", potrzebny będzie personel na cały etat, który dopilnuje zdatności myśliwca do lotu.

- To ten sam dysypatywny materiał co wcześniej? - zapytał Josh, zauważywszy drobne refleksy światła na lakierze.

- Ten rzekomo jest lepszy - odparł Loki. - Takaranie dostarczyli formułę, której używają przy lakierowaniu ghatazhakańskich pancerzy. Będzie redukować ilość energii przekazywanej przez pociski nawet o siedemdziesiąt procent. Powinniśmy być w stanie przyjąć kilka bezpośrednich trafień w to samo miejsce, zanim kadłub ulegnie uszkodzeniu.

Josh kucnął i zajrzał pod "Sokoła".

- A to na pewno coś nowego - zauważył, wskazując na spłaszczoną kopułę o średnicy około metra, wystającą u dołu myśliwca, pośrodku podwozia.

- Dodali też lepsze czujniki - mówił dalej Loki. - Mamy teraz wyższą rozdzielczość obrazów w widocznym świetle i większe szanse na wyłapanie sygnałów. A także ulepszone systemy termowizyjne.

Josh wstał i cofnął się. Obszedł "Sokoła" od tyłu, aby zakończyć inspekcję.

- A to co takiego? - zapytał na widok całkiem nowych portów strumieniowych w głównym układzie napędowym.

- To jest w tym wszystkim najlepsze - wyjaśnił Loki. - Zainstalowali nowe osłony, żeby nie dało się bezpośrednio zauważyć głównych portów napędu. Wystarczy, że znajdziemy się parę stopni od linii widzenia wrogiego celu, a nieprzyjaciel nie zauważy naszego ciągu.

- A co z naszą sygnaturą cieplną?

- Nadal będzie widoczna, ale znacznie słabiej.

- Ale te porty wcześniej działały przegubowo. - Josh był trochę zaniepokojony. - Bez tego stracimy sporo manewrowości.

- Nic nie straciliśmy - uspokoił go Loki. - Osłona rozdziela się i chowa od góry i dołu, więc porty mogą się swobodnie poruszać.

- Więc zamykamy osłony tylko, kiedy chcemy zatrzeć ślad po odlocie?

- Właśnie. Chodzi o to, że po przeprowadzeniu rozpoznania powinniśmy przyspieszyć niezauważeni, aby szybciej dotrzeć do bezpiecznego punktu skoku.

- Spoko, jeśli ma to skrócić czas dryfowania, jestem za - oświadczył Josh. - Są jeszcze jakieś niespodzianki, o których powinienem wiedzieć?

- Jest jeszcze parę. Moc uderzenia działa dziobowego wzrosła o trzydzieści procent. Komory na broń zostały poszerzone i teraz w każdej są dwa dodatkowe punkty zaczepienia. A układ łączności laserowej może automatycznie śledzić ustaloną współrzędną. Dzięki temu będziemy w stanie manewrować bez konieczności ponownego ukierunkowania systemu, żeby utrzymać łączność laserową.

- Cudownie. - Josh podążył w kierunku drabinki na lewej burcie "Sokoła". - Wsiadamy.

Loki wspiął się za Joshem i zajął tylne siedzenie w kokpicie.

Hayes rozsiadł się wygodnie w fotelu i obejrzał znajomą konsolę starego takarańskiego myśliwca przechwytującego, wykorzystywanego w głębokiej przestrzeni. Ta stara jednostka była pupilem Tuga przez wiele dekad. Staruszek latał nią na misje jako przywódca Karuzari. Na Corinair nauczył Josha pilotować myśliwiec. "Sokół" był szybki i potrafił przyspieszać do dziewięćdziesięciu procent prędkości światła w stosunkowo krótkim czasie. Odkąd Corinairianie zamontowali w nim miniaturową wersję napędu skokowego "Aurory", myśliwiec stał się potężną platformą do rekonesansu i szybkich ataków. Josh czuł się jak w domu.

Słuchał, jak Loki wymienia na głos poszczególne punkty kontroli uruchomienia silnika. Brzmiało to jak ulubiona piosenka. Hayes odpowiadał drugiemu pilotowi, jak gdyby śpiewał wraz z melodią.

Po sprawdzeniu całej listy Loki uruchomił układy sterowania. Osłona kabiny zamknęła się i zatrzasnęła. Josh pokazał uniesiony kciuk szefowi załogi, stojącemu przed nimi. Winda pod "Sokołem" zaczęła się unosić, szybko przenosząc myśliwiec do długiego szybu, prowadzącego w górę, poza poszycie "Aurory". Podróż trwała prawie minutę. Blade światła rzucały w kokpicie niepokojące cienie. W końcu myśliwiec wyhamował w śluzie transportowej poniżej drzwi zewnętrznych. Gdy zasunęła się śluza wewnętrzna, piloci czekali kolejną minutę, aż powietrze zostanie wyssane. W końcu ostatnie wrota stanęły otworem, ukazując wiszącego w górze masywnego gazowego olbrzyma.

- Jasna cholera! - zawołał Josh. Czuł, że przyspiesza mu tętno. - Nie wiedziałem, że jesteśmy tak blisko Jowisza!

Podnośnik znowu ruszył. Gdy pokonali pozostałą część drogi, zatrzymał się niecały metr pod zewnętrzną powierzchnią kadłuba "Aurory".

- Kontrola lotów, tu "Sokół". Jesteśmy na pozycji, gotowi do startu - zameldował Loki przez układ łączności.

- "Sokół", tu kontrola lotów. Macie pozwolenie na start - odpowiedział kontroler. - Witamy panów z powrotem.

- Kontrola lotów, "Sokół" przyjął pozwolenie na start. Dzięki.

Josh popatrzył najpierw na konsolę, a potem w przestrzeń wokół myśliwca.

- Lecimy - oznajmił, odpalając silniki manewrowe. "Sokół" oderwał się z gracją od lądowiska, wznosząc się bezpośrednio w górę, coraz dalej od "Aurory". Gdy wzlatywał, Josh przechylił się w prawo o trzydzieści stopni.

- Co robisz? - zapytał Loki.

- Chciałem jeszcze popatrzeć na "Celestię" - odparł Josh. - Nie co dzień można zobaczyć taki wielki okręt na powierzchni księżyca. Kto wie czy nadarzy się nam kolejna okazja?

Loki już patrzył przez szybę kokpitu.

- Dziwne, nie? Wygląda jak "Aurora".

- Wystarczy ją odpicować, nałożyć nowy lakier, zamontować jakieś działa i będziemy mieli flotę!

***

- A co z waszymi generatorami fuzyjnymi? - zapytał Władimir chorążego Tillardiego, gdy obaj szli jednym z bocznych korytarzy "Celestii", kierując się na prawą burtę.

- Nie mamy żadnych - odparł Tilly.

- Zamontowali reaktory antymaterii bez rezerwy fuzyjnej? - zdumiał się Kamieniecki. - Powariowali czy co?

- Jeden z techników konstrukcyjnych powiedział, że pozmieniano przeróżne elementy w planie budowy, żeby okręt był gotowy do wylotu w pośpiechu. Widocznie kiedy zniknęliście, zrobiło się nerwowo.

- Skoro wszyscy tak się denerwowali, to czemu nie zainstalowali dział? - spytał Władimir. - Mogli chociaż dorzucić poczwórne. Ale wasze tunele tranzytowe są już na swoich miejscach, prawda?

- Tak jest.

Władimir przystanął w wejściu do pomieszczenia generatora nadświetlnego na sterburcie. Na panelu kontrolnym wybrał przycisk otwierający drzwi. Nic się nie stało.

- Są zaryglowane, sir - oznajmił Tilly.

- Dlaczego? - Kamieniecki spojrzał na chorążego.

- Kiedy zaczął się atak, pracowało tam paru gości od projektów specjalnych.

- Nad czym pracowali?

- Nad czymś związanym z poprawą wydajności pól nadświetlnych - wyjaśnił porucznik komandor Kovacic. - Niewiele mówią na ten temat. Niańki ze służb specjalnych ciągle mają na nich oko.

- Czy ci pracownicy są nadal na pokładzie?

- Tak - odparł Tilly. - Prawdopodobnie znajdują się teraz w tym pokoju. Wychodzą tylko, żeby coś zjeść, przespać się i skorzystać z łazienki.

- Otwórzcie - polecił Władimir.

- Panie komandorze, zespół do spraw projektów specjalnych uznał tę strefę za zastrzeżoną - wyjaśnił Kovacic. - To ściśle tajny obszar.

- Pan dowodzi tym okrętem, nieprawdaż? - upierał się Władimir. - Dowódca powinien wiedzieć, co się dzieje się na pokładzie...

- Próbowałem - usprawiedliwiał się Kovacic. - Ale chłopaki ze służb specjalnych nie chcą mnie słuchać. Twierdzą, że działają z rozkazu samego admirała Galiardiego, a ja im wierzę.

Kamieniecki spojrzał na porucznika komandora z niedowierzaniem.

- Admirał skontaktował się ze mną i osobiście przekazał mi rozkazy. Kierowałem zespołem zaopatrzeniowym i przenosiłem zapasy na ten okręt, kiedy nastąpił atak.

Władimir uruchomił interkom wbudowany w panel na ścianie obok drzwi.

- Uwaga, mówi porucznik komandor Kamieniecki z okrętu OZZ "Aurora". Rozkazuję wam natychmiast otworzyć drzwi.

- Przepraszam, ale nie mogę wykonać tego rozkazu - odezwał się głos z interkomu.

- Podaj swoje dane - polecił Władimir.

- Barrows, Clifford T., podporucznik, SO-4 - odpowiedział głos.

- Podporuczniku, zdaje pan sobie sprawę, że przewyższam pana rangą?

- Tak jest, komandorze. Niestety ten teren jest zastrzeżony. Otrzymałem rozkazy bezpośrednio od dowództwa ZSO. Nikt nie może wejść do żadnego pomieszczenia generatorów pola bez wyraźnej zgody organów dowództwa.

- Otwieraj pan! - zwrócił się Władimir do Tillardiego.

- Słucham?

- Potrafi pan obejść wewnętrznie zablokowany system kontroli drzwi, prawda?

- Ekhm, tak, potrafię. - Tilly zerknął na przełożonego. - Po prostu nie sądziłem, że powinienem się do tego przyznawać... W każdym razie oficerowi dowodzącemu.

- Nie jesteśmy pierwszymi lepszymi dowódcami - powiedział Władimir, wskazując na panel kontrolny. Popatrzył na towarzyszących mu dwóch strażników Corinari. Żołnierze zrozumieli go bez słów i zajęli pozycje po obu stronach Władimira, trzymając broń w gotowości.

Podporucznik Tillardi oglądał się nerwowo na uzbrojonych gwardzistów i na własnego dowódcę, zdejmując osłonę panelu i obchodząc zamek kontrolujący drzwi.

Wielkie podwoje pomieszczenia generatora rozsunęły się, a dwaj żołnierze służb specjalnych siedzący w środku natychmiast unieśli karabiny.

- Rzucić broń! - rozkazał sierżant Corinari. Przybrał postawę bojową i zsunął palec z osłony spustu na sam spust. Wycelował w żołnierza po lewej, a jego partner w tego po prawej.

Władimir stanął w drzwiach. Splótł ręce za plecami i ze spokojem patrzył na dwóch elitarnych żołnierzy, nerwowo ściskających broń. Obaj mieli niedbały zarost i znoszone mundury, podobnie jak reszta umęczonej załogi "Celestii".

- Cóż, wygląda na to, że mamy problem - stwierdził Kamieniecki.

- To obszar zastrzeżony, sir! - powtórzył jeden z żołnierzy.

- Tak, już mówiliście - odparł Władimir. Powoli uniósł dłoń do zestawu łącznościowego i stuknął, aby nawiązać połączenie. - "Auroro", mówi główny inżynier.

- Co pan robi? - zapytał żołnierz, celując prosto w twarz Władimira.

- Potrzebuję pozwolenia dowództwa ZSO, żeby tu wejść, mam rację?

- Główny inżynierze, mówi "Aurora" - z głośnika Władimira dobiegł głos Nathana.

- Kapitanie, mam tu dwóch podenerwowanych, nieogolonych gości od zadań specjalnych. Obaj wygrażają mi bronią.

- Dlaczego?

- Wygląda na to, że oba pomieszczenia generatora pola nadświetlnego na "Celestii" są zastrzeżone. Powiedziano mi, że zespół do spraw projektów specjalnych prowadził jakiś eksperyment. - Inżynier spojrzał nad ramionami żołnierzy na masywne generatory.

Kilku techników, również w sfatygowanych uniformach, przyglądało się zajściu z obu stron urządzeń.

- Boże moj - zawołał Władimir, gdy nagle zdał sobie sprawę, na co spogląda z oddali.

- O co chodzi? - zapytał Nathan, rozpoznając rosyjskie wyrażenie.

- Kapitanie, "Celestia" chyba posiada napęd skokowy.