Przeznaczyłam na prysznic trzy minuty. Nie mogłam pozwolić, żeby Ivy przebywała z dziadkiem choć sekundę dłużej. W ogóle nie powinnam zostawiać ich samych, ale potrzebowałam chwili dla siebie. Musiałam się zastanowić.
Nie widziałam Ivy od niemal trzech lat. Kiedyś przyjeżdżała na ranczo co kilka miesięcy. Podczas ostatnich odwiedzin zapytała mnie, czy nie chciałabym przeprowadzić się do Waszyngtonu i z nią zamieszkać. Miałam wtedy trzynaście lat i byłam zapatrzona w nią jak w obrazek. Zgodziłam się. Wszystko zaplanowałyśmy. A ona nagle wyjechała. Bez wyjaśnienia. Nie zabrała mnie ze sobą.
Nawet się nie pożegnała.
Od tamtej pory już się nie pojawiała. "Jeśli uda mi się ją przekonać, że dziadek i ja mamy się dobrze, znów wyjedzie". Ta myśl powinna była mnie pocieszyć. Powinna była dać mi iskierkę nadziei.
Już nie miałam trzynastu lat. To nie powinno tak boleć.
Włożyłam dres i T-shirt, po czym wysuszyłam ręcznikiem moje niesforne, zbyt gęste włosy. Zarówno Ivy, jak i ja byłyśmy szatynkami, tyle że moje włosy wpadały w ton zbyt jasny, by nazwać je czarnymi, a mojej siostry były o odcień za ciemne, by uznać je za blond.
Czekała na mnie przy schodach.
- Gotowa na rozmowę?
Brzmiała zupełnie jak ja. Mówiła szybciej, ale jej głos miał tę samą barwę.
Poczułam znajomą falę gniewu.
- A nie przyszło ci do głowy, że może ja nie mam ochoty z tobą rozmawiać?
Grymas wykrzywił maskę grzeczności na twarzy Ivy, ale tylko na sekundę.
- Domyślałam się tego, skoro ostatnio trzy razy nie odebrałaś telefonu - powiedziała cicho.
Gwiazdka. Moje urodziny. Urodziny Ivy. Moja siostra dzwoniła do domu dokładnie trzy razy w roku. Przestałam odbierać mniej więcej wtedy, kiedy dziadek zaczął zapominać o różnych drobiazgach, takich jak klucze, nazwiska czy konieczność wyłączenia kuchenki.
"Dziadek". Zmusiłam się do myślenia o tym, co w tej chwili najważniejsze. "Mamy problem. I to ja muszę go rozwiązać". Weszłam do kuchni, nie wiedząc, co w niej zastanę.
- Najwyższy czas, Misiu. - Dziadek powitał mnie, mierzwiąc mi włosy i klepiąc lekko po ramieniu.
"Poznaje mnie". Poczułam, jak zalewa mnie przypływ ulgi. Odkąd sięgałam pamięcią, zawsze nazywał mnie Misiem.
- Patrz, kto nas w końcu odwiedził - rzekł dziadek, wskazując ruchem głowy na Ivy. Miał szorstki głos, ale jego piwne oczy błyszczały.
"Jest dobrze" - pomyślałam. "Jakoś to rozegram". Od roku ukrywałam zaniki pamięci dziadka. Ostatnio zdarzały się częściej niż przed rokiem.
Częściej niż jeszcze miesiąc temu.
Jeśli dzisiaj miał lepszy dzień, to Ivy nie musiała o tym wiedzieć. Gdybym miała wskazać jedną rzecz, której nauczyło mnie życie, byłoby nią to, że moja siostra nie zostanie tu na tyle długo, żeby poznać prawdę.
- Wiem, dziadku - odparłam, siadając przy rozklekotanym drewnianym stole, który chybotał się już dłużej, niż żyłam na świecie. - Aż trudno uwierzyć, że zasłużyliśmy sobie na to, że odwiedziła nas Ivy we własnej osobie.
Poczułam na sobie spojrzenie ciemnobrązowych oczu siostry.
- Ivy? Jaka Ivy? - Dziadek uśmiechnął się porozumiewawczo do niej, po czym odwrócił się z powrotem do mnie. - Masz jakąś urojoną przyjaciółkę, Misiu?
Serce mi zamarło. Dam radę. Muszę. Dla jego dobra.
- Sama nie wiem - odpowiedziałam, ściskając palcami siedzenie krzesła. - Czy "urojona przyjaciółka" to nowe określenie wiecznie nieobecnego rodzeństwa?
- To ty przestałaś odbierać telefony - wtrąciła Ivy.
"Dobrze". Niech się skupi na mnie. Niech się na mnie złości. Oby tylko nie dopuścić, by zrozumiała, że to, czego dowiedziała się z rozmów z pedagożką i pracownikami rancza, to nie jest cała prawda. Nikt nie wiedział, jak zła była sytuacja.
Nikt oprócz mnie.
- Nie odbierałam, bo nie chciało mi się z tobą gadać - wycedziłam przez zaciśnięte zęby. - Nie możesz ot tak zniknąć z naszego życia, a potem oczekiwać, że rzucę wszystko, bo w końcu zdecydowałaś się sięgnąć po telefon.
- Wcale tak nie było, Tessie, i dobrze o tym wiesz.
To, że udało mi się wyprowadzić ją z równowagi, sprawiło mi większą frajdę, niż powinno.
- Tess - sprostowałam.
- Właściwie to Thereso - odparła.
- Na litość boską, Noro - wtrącił dziadek. - Ona przyjeżdża tu każdego lata na zaledwie dwa tygodnie. Nie dąsaj się o parę nieodebranych telefonów.
W czasie krótszym niż dwie sekundy poirytowana twarz Ivy zmieniła wyraz i teraz wyrażała rozpacz. Nora to było imię naszej matki. Ledwo ją pamiętałam, ale Ivy miała dwadzieścia jeden lat, kiedy rodzice zginęli. Różnica wieku między nami zawsze wydawała mi się olbrzymia, ale największą przepaść stanowił fakt, że Ivy spędziła z mamą i tatą siedemnaście lat więcej niż ja. Dla mnie ranczo było domem, a dziadek - jedynym prawdziwym rodzicem, jakiego znałam. Dla Ivy był tylko dziadkiem, u którego w dzieciństwie spędzała dwa tygodnie podczas każdych wakacji.
Przyszło mi na myśl, że kiedy była mała, ją też mógł nazywać Misiem.
"Jemu się zdaje, że jestem Ivy, a Ivy to mama". Tego już nie dało się ukryć, nie wpadł mi do głowy żaden podszyty złośliwością komentarz, który mógłby zamydlić oczy siostrze. Dłuższą chwilę siedziała wpatrzona w dziadka. W końcu zamrugała, a kiedy znów otworzyła oczy, wyglądała, jakby nic się nie stało - jak robot, który zresetował swój system, żeby zapobiec uruchomieniu się programu o nazwie "przeciążenie emocjonalne".
- Harry - powiedziała, zwracając się do dziadka po imieniu. - Jestem Ivy, twoja wnuczka. A to jest Tess.
- Przecież wiem - burknął.
Starałam się nie zauważać niepewności w jego oczach.
- Wiesz - odparła Ivy łagodnym, ale stanowczym tonem. - I wiesz też, że ona nie może tu zostać. Ty nie możesz tu zostać.
- Do diabła! Akurat! - Poderwałam się na równe nogi.
Dziadek huknął pięścią w stół.
- Thereso, nie zapominaj się!
Znów stałam się sobą, przynajmniej na chwilę.
- Daj nam minutę, Tess - nakazała mi Ivy.
- Idź, Misiu.
Dziadek nagle wydał mi się stary - i bardzo, ale to bardzo zmęczony. W tamtej chwili zrobiłabym wszystko, o co by poprosił. Zrobiłabym wszystko, żeby go tylko odzyskać takiego, jakim był kiedyś.
Zostawiłam ich samych w kuchni. Krążyłam nerwowo po salonie, a czas upływał. Pięć minut. Dziesięć. Piętnaście. Chodziłam od jednej ściany do drugiej, zataczając ósemki między meblami.
- Robiłaś tak samo, kiedy byłaś mała. - Ivy nagle zjawiła się w drzwiach, zatrzymała się na moment w progu, a potem weszła i usiadła na kanapie. - Robiłaś ósemki dokoła stóp mamy albo wokół nóg stolika kawowego. Inne dzieci uczyły się chodzić. Ty uczyłaś się krążyć. - Uśmiechnęła się słabo. - To ją strasznie martwiło.
Mieszkałyśmy pod jednym dachem tylko przez rok, kiedy byłam niemowlęciem, a Ivy kończyła liceum. Czasami żałowałam, że tego nie pamiętam, ale nawet gdybym pamiętała, ona i tak byłaby dla mnie obcą osobą - kimś, kto teraz zagrażał wszystkiemu, co z taką determinacją starałam się chronić.
- Trzeba było do mnie zadzwonić, kiedy jego stan się pogorszył, Tess.
Serio? Miałam chwycić za telefon i zadzwonić, skoro ona nie raczyła nas nawet odwiedzić?
- Mam to pod kontrolą, Ivy. - Przeklinałam w duchu siebie oraz szkolną pedagożkę za to, że się z nią skontaktowała. - Wszystko jest w porządku.
- Nie, kochanie, nie jest.
Nie miała prawa tu przyjeżdżać po tylu latach i mówić mi, że coś jest nie w porządku. Nie miała prawa wkraczać w nasze życie ani nie miała prawa mówić do mnie "kochanie".
- W Bostonie znajduje się ośrodek terapii zaburzeń pamięci - mówiła dalej spokojnie. - Najlepszy w kraju. Teoretycznie trzeba się zapisać na listę oczekujących na leczenie w oddziale stacjonarnym, ale zatelefonowałam do kilku osób.
Poczułam ostry skurcz w żołądku. Dziadek kochał to ranczo. Był z nim zrośnięty. Ono nie przetrwałoby bez niego. Zrezygnowałam ze wszystkiego - z lekkoatletyki, ze znajomych, z nadziei na chociaż jedną w pełni przespaną noc - żeby go tu zatrzymać, żeby wszystko jakoś działało, żeby się nim opiekować tak jak on zawsze opiekował się mną.
- Dziadek ma się dobrze. - Zacisnęłam buntowniczo zęby. - Czasami coś mu się pomyli, ale poza tym wszystko gra.
- On potrzebuje lekarza, Tessie.
- To go do niego zawieź. - Przełknęłam z trudem ślinę, czując, że już przegrałam. - Dowiedz się, co mamy zrobić... co ja mam zrobić, a potem przywieź go z powrotem do domu.
- Nie możesz tu zostać, Tess. - Ivy wyciągnęła do mnie rękę. Cofnęłam się raptownie. - Zajmujesz się nim - kontynuowała cicho. - A kto zajmuje się tobą?
- Sama potrafię o siebie zadbać.
Zacisnęła zęby dokładnie tak jak ja.
- Nie powinnaś być do tego zmuszona.
- Ona ma rację, Misiu. - Podniosłam wzrok i zobaczyłam dziadka stojącego w drzwiach. - Nie martw się o mnie, mała - przykazał.
Był w pełni świadomy - i nieustępliwy.
- Nie musisz się na to godzić, dziadku - powiedziałam, ale moje słowa trafiły w próżnię.
- Dobra z ciebie dziewczyna, Tess - rzucił szorstko.
Spojrzał mojej siostrze w oczy i nastąpiło między nimi jakieś nieme porozumienie. Po dłuższej chwili Ivy znów obróciła się do mnie.
- Do czasu aż wszystko sobie poukładamy, chcę, żebyś pojechała ze mną. - Podniosła rękę, uprzedzając mój ewentualny protest. - Rozmawiałam już z dyrekcją szkoły w Waszyngtonie. Zaczynasz w poniedziałek.