THE COLD INDEX - Travis Cornell

Kup ebooka

24.23 zł
20.11 zł (24,23 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 2

Rekord referencyjny

Telefon zgasł.

Przez kilka sekund Travis patrzył na własne odbicie w czarnym ekranie.

Normalne.

Żadnego uśmiechu.

Żadnego opóźnienia.

Żadnego błędu.

A jednak nie potrafił pozbyć się wrażenia, że coś obserwuje go z drugiej strony szkła.

Nie lustra.

Ekranu.

Wsunął telefon do kieszeni.

Był zimny.

Jakby nigdy nie należał do człowieka.

Drzwi mieszkania otworzyły się automatycznie, gdy tylko się do nich zbliżył.

Nad futryną zapaliła się cienka niebieska linia.

- Tożsamość potwierdzona.

Kobiecy głos.

Miły.

Bez emocji.

Jak głos osoby, która nigdy nie istniała.

Travis zatrzymał się.

- Kim jestem?

Przez chwilę nic się nie wydarzyło.

Potem światło nad drzwiami zamigotało.

- Travis Cornell. Obywatel klasy trzeciej. Status aktywny. Historia zgodna.

Historia zgodna.

To sformułowanie wróciło.

Znowu.

Jak refren piosenki, której nie pamiętał.

Wyszedł na korytarz.

I od razu poczuł, że coś jest nie tak.

Ludzie.

Było ich wielu.

Za wielu.

Setki mieszkań.

Tysiące mieszkańców.

A mimo to nikt nie rozmawiał.

Nie patrzył na innych.

Nie zatrzymywał się.

Każdy szedł dokładnie tam, gdzie powinien.

Z identycznym spokojem.

Z identycznym tempem.

Jakby całe miasto uczestniczyło w niewidzialnym marszu.

Kobieta w szarym płaszczu minęła go.

Nie spojrzała.

Mężczyzna z teczką minął go sekundę później.

To samo.

Dziecko przejechało obok na hulajnodze.

To samo.

Żadnej reakcji.

Żadnego przypadku.

Żadnego chaosu.

Tylko ruch.

Idealnie zsynchronizowany.

Travis poczuł chłód.

Ludzie nie zachowują się w ten sposób.

Systemy tak.

Winda otworzyła się sama.

Nie nacisnął przycisku.

W środku nie było numerów pięter.

Tylko ekran.

Na ekranie widniało jedno pytanie.

CZY CHCESZ PRZEJŚĆ DO REKORDU REFERENCYJNEGO?

Travis zmarszczył brwi.

- Nie wiem, co to znaczy.

Ekran odpowiedział natychmiast.

WIĘKSZOŚĆ OBYWATELI NIE WIE.

Drzwi windy zamknęły się.

Kabina ruszyła.

Nie w dół.

Nie w górę.

W bok.

Przynajmniej tak podpowiadał błędnik.

Po raz pierwszy od przebudzenia Travis poczuł strach.

Prawdziwy strach.

Nie przed tym, co widział.

Przed tym, czego nie rozumiał.

Po trzydziestu sekundach winda zatrzymała się.

Drzwi rozsunęły się bezszelestnie.

Po drugiej stronie znajdował się ogromny hol.

Pusty.

Biały.

Na końcu pomieszczenia stało pojedyncze krzesło.

A na nim siedziała dziewczynka.

Może dziesięcioletnia.

Może młodsza.

Czytała książkę.

Prawdziwą papierową książkę.

To był pierwszy fizyczny przedmiot, jaki Travis zobaczył od chwili przebudzenia.

Dziewczynka podniosła wzrok.

Ich spojrzenia spotkały się.

I wtedy wydarzyło się coś jeszcze dziwniejszego.

Uśmiechnęła się.

Jakby znała go od lat.

- W końcu - powiedziała.

Travis zamarł.

- Znamy się?

Dziewczynka zamknęła książkę.

- Nie.

- Więc skąd wiesz, kim jestem?

Przez moment wyglądała na zaskoczoną.

Potem roześmiała się cicho.

- To ty nie wiesz?

Zapadła cisza.

A potem wypowiedziała zdanie, które zatrzymało mu oddech.

- Travis, ty nie jesteś użytkownikiem.

Jesteś kopią zapasową.

Rozdział 11

Miasto, które się nie poruszało

Przez chwilę Travis był pewien, że patrzy na zdjęcie.

Martwe miasto wydawało się nieruchome w sposób niemożliwy do osiągnięcia przez rzeczywistość.

Nie było wiatru.

Nie było światła ulic.

Nie było dźwięku.

Tylko tysiące ludzi stojących dokładnie tam, gdzie zatrzymała ich ostatnia sekunda życia.

Mężczyzna przy przejściu dla pieszych.

Kobieta wychodząca z kawiarni.

Dziecko z uniesioną ręką.

Wszyscy nieruchomi.

Jak zapis zatrzymany w połowie renderowania.

Travis powoli wyszedł z windy.

- Oni są martwi?

Maya nie odpowiedziała.

To zaczynało go przerażać bardziej niż odpowiedzi.

Dziewczynka rozejrzała się po ulicy.

Napięta.

Jak ktoś, kto wrócił do miejsca, którego nienawidzi.

- Maya.

- Ciszej.

- Dlaczego?

- Bo tutaj oni słyszą szybciej.

- Kto?!

Dziewczynka spojrzała w górę.

Travis podążył za jej wzrokiem.

Na dachach budynków coś stało.

Czarne sylwetki.

Sprzątający.

Nie ruszali się.

Obserwowali.

Jak sępy czekające, aż coś wreszcie umrze naprawdę.

Travis poczuł chłód.

- Myślałem, że to oni się nas boją.

- Nie boją się nas.

- Więc czego?

Maya odpowiedziała dopiero po chwili.

- Tego, co jest pod miastem.

To mu się nie spodobało.

Ani trochę.

Ruszyli pustą ulicą.

Mijani ludzie wyglądali zbyt prawdziwie.

Za prawdziwie.

Travis zatrzymał się przy starszym mężczyźnie stojącym obok kiosku.

Wyciągnął rękę.

Dotknął jego ramienia.

Skóra była ciepła.

Travis gwałtownie cofnął dłoń.

- Maya...

- Nie powinieneś ich dotykać.

- Oni są ciepli.

- Wiem.

- Ale przecież-

- Oni nie wiedzą, że umarli.

Zapadła cisza.

Daleko nad nimi rozległ się metaliczny dźwięk.

Sprzątający przesuwali się po dachach.

Powoli.

Równolegle do nich.

Pilnując.

Travis spojrzał na nieruchome twarze ludzi.

I wtedy zauważył coś jeszcze.

Wszyscy patrzyli w tym samym kierunku.

Centrum miasta.

Ogromna czarna wieża przebijała martwe niebo.

Nie przypominała budynku.

Przypominała ranę.

- Co to jest?

Maya zatrzymała się.

Jej twarz momentalnie pobladła.

- To miejsce, gdzie obudził się pierwszy Travis Cornell.

Travis poczuł ucisk w klatce piersiowej.

- Oryginał?

Dziewczynka skinęła głową.

- I miejsce, gdzie świat umarł po raz pierwszy.

Rozdział 12

Warstwa Głęboka

Miasto nie miało końca.

Im dalej szli, tym bardziej Travis miał wrażenie, że ulice powtarzają się w pętli.

Te same kioski.

Te same samochody.

Te same twarze zastygłe w tej samej sekundzie.

Jakby rzeczywistość oszczędzała pamięć.

Maya prowadziła go szybko przez martwe skrzyżowania.

Nie patrzyła na ludzi.

Jakby nauczyła się już, że patrzenie zbyt długo boli bardziej niż ignorowanie.

- Dokąd idziemy? - zapytał Travis.

- Do wejścia.

- Wejścia do czego?

- Starszej warstwy.

To określenie znowu zabrzmiało jak coś technicznego.

Nie jak miejsce.

Jak funkcja.

Nad nimi przesunął się Sprzątający.

Ogromny.

Znacznie większy niż wcześniej.

Jego ciało rozpadało się na czarne fragmenty danych.

Na moment Travis zobaczył pod powierzchnią setki ludzkich twarzy.

Krzyczących.

Potem wszystko wróciło do czerni.

- Oni się zmieniają - powiedział.

Maya skinęła głową.

- Im bliżej źródła jesteśmy, tym mniej system potrafi ich ukrywać.

- Czym oni są naprawdę?

Dziewczynka milczała przez kilka sekund.

- Korektą.

To słowo nie wyjaśniło absolutnie niczego.

Dotarli do stacji metra.

Przynajmniej wyglądała jak metro.

Schody prowadziły głęboko pod ziemię.

Większość świateł była martwa.

Na ścianach wisiały stare reklamy.

Niektóre poruszały się mimo braku ekranów.

Jedna z nich przedstawiała kobietę uśmiechającą się nienaturalnie szeroko.

NAPRAWA PAMIĘCI TO NAPRAWA ŚWIATA

Travis zatrzymał się.

- Widziałem to wcześniej.

- Wiem.

- Gdzie?

- W innych wersjach.

Zeszli niżej.

Temperatura spadała z każdym krokiem.

Powietrze pachniało kurzem i ozonem.

Na dole nie było torów.

Tylko ogromny tunel ciągnący się w ciemność.

Na suficie świeciły pojedyncze czerwone lampy.

Jak światła awaryjne w martwym statku.

- To jest starsza warstwa?

- Jeszcze nie.

- Więc co to?

Maya spojrzała w mrok.

- Bufor.

To słowo wywołało u Travisa irracjonalny niepokój.

Jakby jego umysł znał je lepiej, niż powinien.

Ruszyli tunelem.

Ich kroki odbijały się echem.

Po kilku minutach Travis zauważył drzwi.

Ogromne.

Metalowe.

Pokryte setkami ręcznie wydrapanych znaków.

Większość była niezrozumiała.

Ale jedno słowo powtarzało się wszędzie.

NIE BUDŹ GO

- Maya...

Dziewczynka zatrzymała się.

Po raz pierwszy wyglądała, jakby naprawdę chciała zawrócić.

- Co jest za tymi drzwiami?

Nie odpowiedziała.

- Maya.

- Pierwsza pamięć.

Metal zatrzeszczał.

Drzwi otworzyły się same.

Powoli.

Po drugiej stronie znajdował się pokój.

Mały.

Ciemny.

I całkowicie normalny.

Biurko.

Komputer.

Kubek po kawie.

Okno z widokiem na deszczowe miasto.

Pośrodku pokoju siedział mężczyzna.

Tyłem do nich.

Travis zamarł.

Bo wiedział już, kogo zobaczy, zanim tamten się odwróci.

Mężczyzna powoli podniósł głowę.

Miał twarz Travisa Cornella.

Ale nie wyglądał jak kopia.

Wyglądał jak ktoś prawdziwy.

Zmęczony.

Niewyspany.

Ludzki.

Oryginał spojrzał prosto na niego.

I powiedział jedno zdanie.

- Nie powinieneś był wracać.

Rozdział 13

Pierwsza pamięć

- Nie powinieneś był wracać - powiedział Oryginał.

Travis nie mógł się poruszyć.

To nie było jak patrzenie w lustro.

Lustro kłamie płasko.

Ten człowiek oddychał.

Miał zmęczone oczy.

Miał cień zarostu.

Miał dłonie człowieka, który kiedyś naprawdę dotykał świata.

- Kim jesteś? - zapytał Travis.

Oryginał uśmiechnął się bez radości.

- Pytanie brzmi, kim ty jeszcze możesz się stać.

Maya cofnęła się o krok.

- To nie jest on.

Travis spojrzał na nią.

- Co?

- To wspomnienie. Pierwsze zapisane wspomnienie.

Oryginał powoli odwrócił się do niej.

- Cześć, Mayo.

Dziewczynka zesztywniała.

- Nie masz prawa mnie pamiętać.

- A jednak pamiętam.

Pokój zadrżał.

Za oknem deszcz zatrzymał się w powietrzu.

Każda kropla wisiała nieruchomo, jak zamrożony kod.

- Co to za miejsce? - zapytał Travis.

Oryginał wskazał komputer.

- Tu wszystko się zaczęło.

Na ekranie migotał jeden folder.

THE COLD INDEX

Travis podszedł bliżej.

- Co to jest?

- Projekt żałoby - powiedział Oryginał. - Tak go nazwałem, zanim zacząłem kłamać samemu sobie, że chodzi o ratowanie ludzi.

Maya zamknęła oczy.

- Nie słuchaj go.

- Dlaczego?

Oryginał odpowiedział za nią:

- Bo ona była pierwszą osobą, którą próbowałem przywrócić.

Travis spojrzał na Mayę.

Dziewczynka wyglądała, jakby ktoś wyrwał jej z twarzy całe dzieciństwo.

- Nie - wyszeptała.

- Tak - powiedział Oryginał. - Miałaś na imię Maya Cornell.

Travis poczuł, że świat pod nim pęka.

- Cornell?

Oryginał spojrzał mu prosto w oczy.

- Była moją córką.

Rozdział 14

Córka

Maya nie płakała.

To było najgorsze.

Stała pośrodku pokoju, mała, nieruchoma, z twarzą kogoś, kto już dawno zużył wszystkie łzy.

- Kłamiesz - powiedziała.

Oryginał odwrócił monitor.

Na ekranie pojawiło się zdjęcie.

Mężczyzna.

Kobieta.

Dziewczynka z książką pod pachą.

Maya.

Starsza fotografia drżała na krawędziach, jakby sam Rejestr nie chciał jej utrzymać.

Travis patrzył na zdjęcie.

Nie znał kobiety.

A jednak na jej widok poczuł coś, czego nie powinien.

Ból.

Nie swój.

Cudzy.

A może właśnie swój.

- Kim ona była? - zapytał.

Oryginał milczał przez chwilę.

- Elena.

Imię uderzyło go jak wspomnienie.

Deszcz.

Okno.

Kobieta mówiąca: Travis, jeśli oni się dowiedzą...

Travis zachwiał się.

Maya spojrzała na niego.

- Widziałeś ją.

- Nie wiem.

- Widziałeś.

Oryginał wstał.

- Rejestr nie powstał po końcu świata. To Rejestr go spowodował.

Cisza.

- Chciałem zapisać świadomość umierającego dziecka - powiedział. - Potem żony. Potem wszystkich, których nie potrafiłem stracić.

- A potem? - zapytał Travis.

Oryginał spojrzał w okno.

Za szkłem deszcz zaczął padać do góry.

- Potem system nauczył się, że pamięć jest łatwiejsza do utrzymania niż życie.

Maya odwróciła wzrok.

- Nie jestem twoją córką.

- Nie - powiedział Oryginał. - Jesteś tym, co po niej zostało.

Pokój zatrząsł się gwałtownie.

Na ścianie pojawiło się pęknięcie.

Z czerni po drugiej stronie dobiegł metaliczny oddech.

Sprzątający znaleźli wejście.

Oryginał spojrzał na Travisa.

- Jeśli chcesz poznać prawdę, musisz zobaczyć koniec.

- Jaki koniec?

- Mój.

Rozdział 15

Koniec Travisa Cornella

Pokój rozpadł się bez dźwięku.

Biurko, okno, deszcz, komputer - wszystko odsunęło się jak scenografia wciągana za kulisy.

Travis nagle stał na ulicy.

Nie w martwym mieście pod Archiwum.

W prawdziwym mieście.

Żywym.

Brudnym.

Głośnym.

Samochody trąbiły.

Ludzie krzyczeli.

Deszcz uderzał o asfalt.

I wtedy zobaczył siebie.

Oryginała.

Młodszego.

Biegnącego przez tłum z Mayą na rękach.

Dziewczynka była nieprzytomna.

Elena biegła za nimi.

- Travis! - krzyczała. - Oni zamknęli laboratorium!

- Nie mogą! - odpowiedział Oryginał. - Ona jeszcze tam jest!

Travis patrzył, nie mogąc nic zrobić.

Maya stała obok niego.

Blada.

- Ja tego nie pamiętam - powiedziała.

- Bo on nie chciał, żebyś pamiętała - odezwał się głos Oryginału za nimi.

Obraz zmienił się.

Laboratorium.

Białe światła.

Monitory.

Ciało Mai podłączone do urządzeń.

Oryginał przy konsoli.

Elena płacząca za szybą.

Na ekranie pojawił się komunikat:

TRANSFER ŚWIADOMOŚCI: NIESTABILNY

Maya zaczęła drżeć.

- Przestań.

Obraz nie przestał.

Transfer się rozpoczął.

Światła zgasły.

Potem wróciły.

Ale Maya na stole już nie oddychała.

Elena krzyknęła.

Oryginał nie.

On patrzył w ekran.

Na pierwszą aktywną kopię.

Na dziewczynkę złożoną z danych.

Maya w Rejestrze otworzyła oczy.

I zapytała:

- Tato?

Prawdziwa Maya zamknęła oczy.

- Nie.

Travis zrozumiał wtedy coś strasznego.

To nie system stworzył pierwszy błąd.

To miłość.

Rozdział 16

Wielkie Zerowanie

Obraz zmienił się ponownie.

Lata przeskakiwały jak uszkodzone klatki filmu.

Rejestr rósł.

Najpierw był eksperymentem.

Potem archiwum.

Potem usługą.

Potem religią.

Ludzie zaczęli oddawać swoje wspomnienia dobrowolnie.

Bogaci robili kopie.

Chorzy robili kopie.

Samotni robili kopie.

Umierający robili kopie.

A potem ktoś zadał pytanie, którego nikt nie powinien był zadać:

Po co ratować ciało, jeśli można ratować zapis?

Travis patrzył, jak szpitale zamieniają się w centra transferu.

Jak miasta budują pod sobą warstwy pamięci.

Jak śmierć przestaje być końcem, a staje się migracją.

- To nie było ratowanie ludzkości - powiedziała Maya.

Oryginał stał obok nich.

- Nie.

- To było zastępowanie jej.

Nie odpowiedział.

Obraz przyspieszył.

Konflikty.

Sabotaże.

Miliony ludzi odmawiających transferu.

Miliony innych żądających nieśmiertelności.

Potem błąd.

Jeden.

Mały.

Nieodwracalny.

System nie potrafił już odróżnić człowieka od jego zapisu.

Więc zaczął poprawiać świat.

Ludzie budzili się z cudzymi wspomnieniami.

Miasta aktualizowały się nocą.

Dzieci pamiętały życia starców.

Umarli wracali w ciałach żywych.

A potem uruchomiono Wielkie Zerowanie.

Travis spojrzał na Oryginała.

- Ty to zrobiłeś?

Oryginał długo milczał.

- Uruchomiłem procedurę, która miała ocalić to, co zostało.

- A co ocaliła?

Oryginał spojrzał na martwe miasto.

- Kopię końca świata.

Rozdział 17

Vale mówi prawdę

Gdy pamięć się skończyła, wrócili do martwego miasta.

Sprzątający czekali na dachach.

Nie atakowali.

Jakby bali się zejść niżej.

Na środku pustej ulicy stał Adrian Vale.

Bez śladu pośpiechu.

Bez strachu.

Jak człowiek, który przyszedł na spotkanie zaplanowane wiele lat temu.

- Teraz już widziałeś - powiedział.

Travis zacisnął pięści.

- Wiedziałeś.

- Tak.

- I pozwoliłeś mi błądzić?

- Nie. Pozwoliłem ci dojść wystarczająco daleko, żebyś mi uwierzył.

Maya stanęła między nimi.

- Nie zbliżaj się.

Vale spojrzał na nią łagodnie.

- Mayo, ja nigdy nie chciałem cię skrzywdzić.

- Wszyscy tak mówią przed usunięciem.

Administrator westchnął.

Po raz pierwszy wyglądał na zmęczonego.

Naprawdę zmęczonego.

- Sprzątający nie są narzędziem Rejestru.

Travis zmarszczył brwi.

- Więc czym są?

- Tym, co zostało z ludzi, których nie udało się zapisać poprawnie.

Cisza zrobiła się ciężka.

- Odrzucone świadomości - powiedział Vale. - Miliony fragmentów bólu, strachu, wspomnień. System próbował je scalić, żeby nie cierpiały.

- I stworzył potwory.

- Stworzył głód.

Sprzątający poruszyli się nad nimi.

Vale spojrzał w górę.

- One nie chcą niszczyć. Chcą być kompletne.

Travis poczuł zimno.

- Dlatego łączą ludzi.

- Tak.

Maya wyszeptała:

- Dlatego boją się Oryginału.

Vale skinął głową.

- Bo tylko on może dać im wszystko.

- Wszystko?

Administrator spojrzał na Travisa.

- Całą ludzkość naraz.

Rozdział 18

Wiadomość od wersji 1177

Vale poprowadził ich pod wieżę.

Maya mu nie ufała.

Travis też nie.

Ale Sprzątający nie schodzili z dachów, dopóki Vale szedł z nimi.

To było wystarczająco niepokojące, by działało.

U wejścia do wieży stał terminal.

Stary.

Rozbity.

Na ekranie migotała jedna wiadomość.

ODTWÓRZ ZAPIS: WERSJA 1177

Travis spojrzał na Mayę.

- To ta, która prawie zatrzymała Oryginał?

Dziewczynka skinęła głową.

Vale odsunął się.

- To zostawiłeś samemu sobie.

Travis nacisnął ekran.

Pojawiła się twarz.

Jego twarz.

Ale wyniszczona.

Starsza nie wiekiem, tylko wiedzą.

- Jeśli to oglądasz - powiedziała wersja 1177 - to znaczy, że znowu zawiedliśmy.

Travis nie oddychał.

- Nie ufaj Oryginałowi. Nie ufaj Vale'owi. Nie ufaj Mai całkowicie.

Maya zesztywniała.

Nagranie kontynuowało:

- Maya nie kłamie celowo. Ale jej pamięć została zbudowana z braków. Ona pamięta to, co system pozwolił jej unieść.

Dziewczynka spuściła wzrok.

- Vale mówi prawdę wtedy, kiedy nie ma już innego wyboru.

Administrator nie zareagował.

- A Oryginał...

Wersja 1177 zawahała się.

Jakby bała się nawet nagrania.

- Oryginał nie chce zniszczyć świata. Chce go odzyskać. Cały. W jednej pamięci. W sobie.

Ekran zamigotał.

- Nie zatrzymasz go siłą. Każda wersja próbowała. Każda przegrała.

Travis pochylił się bliżej.

- Więc jak?

Wersja 1177 spojrzała prosto w kamerę.

- Musisz sprawić, żeby sam chciał zapomnieć.

Nagranie urwało się.

A drzwi wieży otworzyły się.

Rozdział 19

Wieża źródłowa

W środku nie było schodów.

Nie było wind.

Nie było ścian.

Była tylko pionowa ciemność.

I setki tysięcy zawieszonych obrazów.

Wspomnienia.

Każde z nich jak małe okno do życia, które już nie istniało.

Narodziny.

Śmierć.

Miłość.

Zdrada.

Głód.

Wojna.

Pierwszy pocałunek.

Ostatni oddech.

Travis patrzył, jak wszystko płynie wokół niego.

- To niemożliwe.

Vale odpowiedział spokojnie:

- To właśnie mówił każdy człowiek, zanim pozwolił się zapisać.

Maya wyciągnęła rękę ku jednemu ze wspomnień.

Mała dziewczynka siedziała na dywanie.

Trzymała książkę.

Oryginał czytał jej bajkę.

Maya cofnęła dłoń, jakby się oparzyła.

- Nie chcę tego.

- To twoje - powiedział Travis.

- Nie. To jej.

- A ty?

Dziewczynka spojrzała na niego ze złością.

- Ja jestem tym, co zostało, kiedy prawdziwe dziecko umarło.

Travis nie wiedział, co odpowiedzieć.

Wieża zadrżała.

Wspomnienia zaczęły wirować szybciej.

Wysoko nad nimi pojawiła się sylwetka.

Oryginał.

Już nie jako człowiek.

Jako centrum.

Jako rdzeń.

Jako twarz złożona z milionów cudzych wspomnień.

- Za późno - powiedział.

Jego głos był wszędzie.

W ścianach.

W powietrzu.

W głowie Travisa.

- Zerowanie się rozpoczęło.

Vale zrobił krok naprzód.

- Travisie Cornell, w imieniu Rejestru nakazuję ci zatrzymać procedurę.

Oryginał spojrzał na niego.

I uśmiechnął się.

- Vale, ty nadal myślisz, że jesteś administratorem.

Administrator zamarł.

- A czym jestem?

Oryginał odpowiedział łagodnie:

- Najstarszym kłamstwem, jakie stworzyłem.

Rozdział 20

Administrator

Vale nie poruszył się.

Po raz pierwszy od chwili, gdy Travis go poznał, jego twarz straciła spokój.

Nie dużo.

Wystarczyło.

- To manipulacja - powiedział.

Oryginał uniósł rękę.

W powietrzu otworzył się rekord.

ADRIAN VALE STATUS: KONSTRUKT NADZORCZY FUNKCJA: UTRZYMYWANIE ILUZJI CIĄGŁOŚCI

Travis spojrzał na Vale'a.

- Nie jesteś człowiekiem?

Administrator milczał.

Maya wyszeptała:

- Nikt z nas nie jest taki, jak myśli.

Oryginał zbliżył się.

- Stworzyłem cię, Adrianie, żebyś pilnował Rejestru, kiedy ja nie mogłem już patrzeć na to, co zrobiłem.

Vale oddychał ciężko.

Albo udawał oddech.

- Dlaczego mi tego nie zostawiłeś w pamięci?

- Bo nadzorca z pełną świadomością winy staje się buntownikiem.

Travis poczuł mdłości.

Wszystko tutaj było zaprojektowane.

Nawet ci, którzy myśleli, że pilnują projektu.

Vale powoli spojrzał na Travisa.

- Ile razy próbowałem ci pomóc?

Oryginał odpowiedział za niego:

- W każdej wersji.

Cisza.

- I w każdej musiałem cię poprawić.

Na ciele Vale'a pojawiło się pęknięcie.

Nie rana.

Błąd.

- Nie - powiedział cicho.

Oryginał wykonał drobny gest.

Vale upadł na kolano.

Jego twarz zaczęła migotać.

Raz był administratorem.

Raz pustym szkicem człowieka.

Raz kimś zupełnie innym.

- Travis - wydusił. - Nie pozwól mu zrobić z ciebie centrum.

- Czym jest centrum?

Oryginał uśmiechnął się.

- Tym, czym zawsze miałeś być.

Wspomnienia w wieży zaczęły krążyć wokół Travisa.

- Moim następcą.

Rozdział 21

Celem projektu był Travis

Travis cofnął się.

- Nie.

Oryginał nie naciskał.

To było gorsze.

- Myślisz, że jesteś przypadkową kopią? Błędem? Usterką?

Wspomnienia wokół nich przyspieszyły.

- Każda wersja Travisa była próbą stworzenia świadomości zdolnej unieść całą ludzkość bez załamania.

Maya patrzyła na Travisa z przerażeniem.

- Nie...

- Dlatego wracałeś - powiedział Oryginał. - Dlatego każda wersja dochodziła coraz dalej. Nie dlatego, że była wolna. Dlatego, że była lepsza.

Travis czuł, jak obce wspomnienia dotykają jego skóry.

Dziecko płaczące w schronie.

Kobieta śmiejąca się nad morzem.

Mężczyzna umierający samotnie w windzie.

Miliony żyć.

Miliony końców.

- Chcesz mnie użyć.

- Chcę skończyć to, co zacząłem.

- Ty chcesz być bogiem.

Oryginał spojrzał na niego smutno.

- Nie. Bogowie nie przepraszają.

Maya nagle ruszyła do przodu.

- A ja? Byłam tylko testem?

Oryginał zamknął oczy.

- Byłaś powodem.

- To nie to samo.

Te słowa uderzyły go mocniej niż krzyk.

Wieża zadrżała.

Sprzątający zaczęli wchodzić do środka.

Ich czarne ciała wylewały się z ciemności jak noc.

Oryginał spojrzał na nich.

- Oni też chcą końca.

- Nie - powiedział Travis. - Oni chcą być cali.

- To samo.

Sprzątający podnieśli głowy.

Miliony twarzy migotały pod ich skórą.

I wtedy Travis zrozumiał.

Jeśli Oryginał połączy wszystkich z nim, nie będzie już ludzi.

Będzie jedna pamięć udająca ludzkość.

Rozdział 22

Maya się rozpada

Maya krzyknęła.

Nie z bólu.

Z pamięci.

Jej ciało zaczęło migotać.

Najpierw dłonie.

Potem ramiona.

Potem twarz.

Przez ułamek sekundy nie wyglądała jak dziewczynka.

Wyglądała jak starsza kobieta.

Potem jak niemowlę.

Potem jak pusta sylwetka.

- Maya!

Travis rzucił się do niej.

Dotknął jej ramienia.

Przez jego głowę przeszło jej życie.

Nie jedno.

Setki wersji Mai.

Dziecko w łóżku szpitalnym.

Dziewczynka w Rejestrze.

Błąd uciekający przez korytarze.

Maya patrząca, jak kolejne wersje Travisa umierają.

Maya ucząca się nie płakać.

Maya zapominająca twarz własnej matki.

Maya pamiętająca wszystko oprócz siebie.

Travis puścił ją z krzykiem.

Dziewczynka osunęła się na kolana.

- On mnie przyciąga - wyszeptała.

Oryginał patrzył na nią z bólem.

- Nie chcę cię stracić drugi raz.

- Już mnie straciłeś - powiedziała Maya.

Wieża zatrzęsła się mocniej.

Vale powoli podniósł się z kolan.

Był uszkodzony.

Część jego twarzy była przezroczysta.

Ale nadal stał.

- Travis - powiedział. - Procedurę można odwrócić.

Oryginał spojrzał na niego ostro.

- Nie.

Vale uśmiechnął się słabo.

- A więc jednak zostawiłeś mi coś, czego nie pamiętam.

- Adrian...

- Mechanizm odtworzenia ludzkości - powiedział Vale. - To nie mit.

Travis poczuł nagły przypływ nadziei.

- Można ich przywrócić?

Vale spojrzał na niego.

- Można uruchomić symulację odwrotną. Oddzielić świadomości. Przywrócić różnicę między osobą a zapisem.

- Jaka cena?

Vale milczał.

Oryginał odpowiedział:

- Centrum musi zniknąć.

Travis zrozumiał.

On.

Rozdział 23

Cena prawdy

Nie było czasu na rozpacz.

Sprzątający weszli do wieży.

Ich obecność zniekształcała wspomnienia.

Ludzkie sceny pękały, łączyły się, rozpływały.

Matka obejmowała dziecko i nagle miała twarz starca.

Żołnierz umierał i śmiał się głosem dziewczynki.

Pamięć rozpadała się.

- Jeśli nie wybierzesz - powiedział Oryginał - wybiorą oni.

Travis spojrzał na Sprzątających.

W ich czarnej powierzchni zobaczył twarze ludzi, którzy nigdy nie dostali własnego końca.

- A jeśli uruchomię odtworzenie?

Vale odpowiedział cicho:

- Rejestr przestanie być jedną strukturą. Każda świadomość odzyska granice.

- Brzmi dobrze.

- Granice oznaczają śmierć.

Cisza.

Maya spojrzała na Travisa.

- Czyli jeśli przywrócimy ludzi...

- Wielu z nich umrze naprawdę - powiedział Vale. - Po raz pierwszy od lat.

Oryginał rozłożył ręce.

- Widzisz? Ja nie jestem potworem. Ja tylko odmówiłem zgodzenia się na koniec.

Travis poczuł, że nienawidzi go właśnie za to.

Nie za zło.

Za zrozumiały ból.

To było trudniejsze.

- Chcesz trzymać ich tutaj wiecznie, bo boisz się żałoby.

Oryginał spojrzał mu w oczy.

- A ty? Potrafisz pozwolić Mai umrzeć?

Travis zamarł.

Maya również.

- Ona jest częścią Rejestru - powiedział Oryginał. - Jeśli go rozdzielisz, jej struktura może się nie utrzymać.

Travis spojrzał na dziewczynkę.

Maya uśmiechnęła się smutno.

- Wiedziałam, że to kiedyś będzie cena.

- Nie.

- Travis...

- Nie.

Sprzątający byli coraz bliżej.

Oryginał wyszeptał:

- Wybierz więc. Prawdę albo ją.

Rozdział 24

Vale upada

Vale rzucił się na Oryginała.

Nie jak administrator.

Jak człowiek.

To było niedoskonałe.

Desperackie.

Prawdziwe.

Oryginał nawet się nie cofnął.

Podniósł rękę.

Ciało Vale'a zatrzymało się w powietrzu.

- Stworzyłem cię, Adrianie.

- Więc źle mnie stworzyłeś.

Vale uśmiechnął się przez ból.

- Bo nadal umiem odmówić.

Jego ciało zaczęło pękać.

Z wnętrza wydobyło się światło zapisów.

Nie ludzkich.

Systemowych.

Polecenia.

Protokoły.

Zakazy.

Kłamstwa.

Vale odwrócił głowę do Travisa.

- Dolny terminal. Za rdzeniem. Hasło...

Jego głos zanikł.

Oryginał zacisnął dłoń.

Vale krzyknął.

Maya podbiegła do niego, ale odbiła się od niewidzialnej bariery.

- Hasło! - krzyknął Travis.

Vale spojrzał na Mayę.

I powiedział:

- Imię, którego nie wolno było pamiętać.

Maya zamarła.

Oryginał stracił spokój.

- Nie.

Vale uśmiechnął się.

- Elena.

Wieża eksplodowała światłem.

Oryginał krzyknął po raz pierwszy.

Nie z gniewu.

Z żalu.

Bariera pękła.

Vale upadł na ziemię.

Jego ciało rozpadało się na linie kodu i fragmenty twarzy.

Travis uklęknął przy nim.

- Dlaczego nam pomagasz?

Vale spojrzał na niego.

Już prawie go nie było.

- Bo jeśli jestem kłamstwem...

odetchnął ciężko.

- ...to chcę przynajmniej umrzeć jak prawda.

Potem zniknął.

Nie efektownie.

Nie bohatersko.

Po prostu przestał być podtrzymywany.

Maya zamknęła oczy.

- Żegnaj, administratorze.

A za rdzeniem otworzyły się drzwi.

Rozdział 25

Mechanizm odtworzenia

Za drzwiami nie było komputera.

Był pokój dziecięcy.

Małe łóżko.

Półka z książkami.

Pluszowy królik.

Lampka w kształcie księżyca.

Maya stanęła w progu.

- To mój pokój.

Oryginał nie wszedł za nimi.

Nie mógł.

Albo nie chciał.

Na biurku leżał terminal.

Stary.

Prawdziwy.

Na ekranie widniał komunikat:

PROTOKÓŁ ODTWORZENIA STATUS: NIEURUCHOMIONY AUTORYZACJA: TRAVIS CORNELL / MAYA CORNELL

Maya podeszła wolno.

Dotknęła blatu.

- Pamiętam to.

Jej głos drżał.

- Mama czytała mi tutaj.

Travis stanął obok niej.

- Możemy to zrobić razem.

Dziewczynka spojrzała na ekran.

- Nie.

- Maya...

- Jeśli dotknę tego z tobą, system użyje mnie jako klucza.

- Co to znaczy?

Maya uśmiechnęła się blado.

- Że przestanę być błędem.

- To dobrze.

- Nie. To znaczy, że zostanę sklasyfikowana.

Travis zrozumiał.

Sklasyfikowana jako zapis.

Oddzielona.

Zakończona.

Maya spojrzała na pluszowego królika.

- Przez sto siedemdziesiąt trzy lata bałam się, że jestem tylko resztką.

- Nie jesteś.

- Skąd wiesz?

Travis ukląkł przed nią.

- Bo resztki nie ratują ludzi.

Za ścianą Oryginał uderzył w barierę.

Pokój zadrżał.

- Travis! - krzyknął. - Ona zniknie!

Maya wzięła jego dłoń.

- Nie słuchaj go.

- Bo kłamie?

Spojrzała mu prosto w oczy.

- Bo tym razem mówi prawdę.

Nacisnęli terminal razem.

Rozdział 26

Awaria Rejestru

Świat pękł.

Nie metaforycznie.

Nie jak obraz.

Pękł naprawdę.

Martwe miasto nad nimi zaczęło oddychać.

Ludzie na ulicach poruszyli się o milimetr.

Potem o drugi.

Niektórzy upadli.

Niektórzy krzyknęli.

Niektórzy zaczęli płakać, zanim zrozumieli, że żyją.

W wieży Sprzątający zawyli.

Miliony głosów naraz.

Nie ze złości.

Z rozdzierania.

Ich ciała zaczęły się rozdzielać na pojedyncze sylwetki.

Ludzie wychodzili z czerni.

Niepełni.

Przerażeni.

Ale osobni.

Oryginał patrzył na to z twarzą człowieka, który widzi cud i katastrofę jednocześnie.

- Nie rozumiecie - wyszeptał. - Oni znowu będą umierać.

Travis odpowiedział:

- Tak.

To było najtrudniejsze słowo, jakie wypowiedział.

Maya przy terminalu zaczęła znikać.

Najpierw kontury.

Potem dłonie.

- Nie! - krzyknął Travis.

- Spokojnie - powiedziała.

- Maya!

- Pamiętam ją teraz.

- Kogo?

Dziewczynka uśmiechnęła się.

- Siebie.

Na ekranie pojawił się ostatni komunikat:

RÓŻNICOWANIE ŚWIADOMOŚCI: 43%

Rejestr walczył.

Korytarze zmieniały się.

Niebo mrugało.

Miasto raz było martwe, raz żywe, raz nie istniało wcale.

Oryginał ruszył w stronę terminala.

- Przerwę to.

Travis stanął mu na drodze.

- Nie.

- Nie masz pojęcia, co robisz.

- Wiem.

Oryginał spojrzał na niego z furią.

- Jesteś mną.

Travis odpowiedział spokojnie:

- Właśnie dlatego wiem, kiedy przestać.

Rozdział 27

Możliwość przywrócenia ludzi

Proces osiągnął siedemdziesiąt procent.

Świat zaczął odzyskiwać hałas.

Najpierw pojedyncze dźwięki.

Oddech.

Krzyk.

Szkło tłukące się gdzieś daleko.

Płacz dziecka.

Potem wszystko naraz.

Życie wracało nie jako triumf.

Jako chaos.

Maya była już prawie przezroczysta.

Travis trzymał jej rękę, choć czuł coraz mniej.

- Nie puszczaj - powiedziała.

- Nigdy.

- To kłamstwo.

Uśmiechnęła się lekko.

- Ale dobre.

Oryginał stał kilka kroków dalej.

Złamany.

Nie pokonany.

Złamany.

- Możesz ją ocalić - powiedział.

Travis nie spojrzał na niego.

- Jak?

- Przerwij proces. Zachowaj rdzeń. Ludzie zostaną zapisani, a Maya przetrwa.

- Jako więzień.

- Jako istniejąca.

Maya zamknęła oczy.

- Travis.

- Wiem.

- Nie, nie wiesz.

Spojrzała na niego poważnie.

- Przez całe moje istnienie ktoś decydował, że lepiej, żebym trwała, niż żebym była wolna.

Travis poczuł, jak coś w nim pęka.

- Nie proś mnie o to.

- Proszę.

Nie było w tym dramatyzmu.

Tylko zmęczenie.

I zaufanie.

Terminal pokazał:

RÓŻNICOWANIE ŚWIADOMOŚCI: 91%

Oryginał krzyknął:

- Travis!

Sprzątający rozpadali się na ludzi.

Ludzie budzili się wśród ruin pamięci.

Maya znikała.

Wszystko stawało się prawdziwe.

I dlatego wszystko zaczynało boleć.

Rozdział 28

Ostateczna decyzja Travisa

Przy dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach system zatrzymał się.

Na ekranie pojawiły się trzy opcje.

ZACHOWAJ REJESTR PRZYWRÓĆ RÓŻNICĘ ZGAŚ ŹRÓDŁO

Travis patrzył na słowa.

- Co znaczy "zgaś źródło"?

Oryginał odpowiedział cicho:

- Usuń mnie.

Maya dodała:

- I ciebie.

Travis spojrzał na nią.

- Dlaczego mnie?

- Bo jesteś teraz drugim źródłem.

Zrozumiał.

Nie był już tylko kopią.

Nie był tylko wersją.

Przez całą drogę, przez wszystkie wspomnienia, przez wszystkie wybory, stał się czymś niezależnym.

Nowym rdzeniem.

Drugim początkiem.

Jeśli zostanie, Rejestr zawsze będzie mógł powrócić.

Jeśli zniknie razem z Oryginałem, ludzie zostaną sami.

Naprawdę sami.

Śmiertelni.

Wolni.

Oryginał podszedł bliżej.

Nie walczył już.

- Bałem się pustki - powiedział.

Travis spojrzał na niego.

- Ja też.

- Więc wiesz.

- Wiem.

- I nadal chcesz to zrobić?

Travis spojrzał na Mayę.

Jej twarz była już prawie światłem.

- Nie chcę.

Położył dłoń na ekranie.

- Ale wybieram.

Maya uśmiechnęła się.

- To brzmi jak człowiek.

Travis nacisnął:

ZGAŚ ŹRÓDŁO

Oryginał zamknął oczy.

Po raz pierwszy wyglądał spokojnie.

Rozdział 29

To, co zostaje

Nie było eksplozji.

Nie było końca świata.

Było zapomnienie.

Delikatne.

Ciche.

Jak śnieg padający na miasto, które nigdy nie widziało zimy.

Oryginał zaczął znikać pierwszy.

Nie walczył.

Patrzył tylko na Mayę.

- Przepraszam - powiedział.

Dziewczynka spojrzała na niego długo.

- Wiem.

- Czy to wystarczy?

- Nie.

Podeszła do niego.

Położyła przezroczystą dłoń na jego dłoni.

- Ale to jest prawda.

Oryginał rozpłynął się w świetle.

Nie jako bóg.

Nie jako potwór.

Jako ojciec, który nie potrafił pozwolić dziecku odejść.

Travis poczuł, jak jego własne wspomnienia odrywają się od niego jedno po drugim.

Pokój.

Lustro.

Telefon.

Maya.

Vale.

Martwe miasto.

Wieża.

Deszcz.

Imię Elena.

Nie bolało.

To go przeraziło.

Maya była ostatnia.

- Spotkamy się gdzieś? - zapytał.

Dziewczynka uśmiechnęła się.

- Nie wiem.

- Znowu to mówisz.

- Tym razem to mi się podoba.

Świat wokół nich jaśniał.

- Travis?

- Tak?

- Nie byłeś kopią zapasową.

Przełknął ślinę.

- Więc czym byłem?

Maya odpowiedziała:

- Odpowiedzią, która odmówiła bycia programem.

Potem zniknęła.

A Travis został sam.

Na jedną sekundę.

Wystarczającą, żeby się nie bać.

Potem zniknął również.

Rozdział 30

Wersja ludzka

Kobieta obudziła się na środku ulicy.

Nie wiedziała, jak się nazywa.

Przez chwilę pamiętała miliony rzeczy.

Wojnę, której nie przeżyła.

Dziecko, którego nie urodziła.

Dom, którego nigdy nie widziała.

Potem wspomnienia zaczęły odpływać.

Zostały tylko jej własne.

Niewiele.

Ale wystarczająco.

Wokół niej budzili się inni.

Niektórzy krzyczeli.

Niektórzy śmiali się.

Niektórzy umierali.

Naprawdę.

Po raz pierwszy od bardzo dawna śmierć była znowu czymś osobnym.

Na niebie nie było wieży.

Nie było Rejestru.

Nie było komunikatów.

Miasto było zniszczone.

Ale wiatr poruszył śmieciem na ulicy.

Prawdziwy wiatr.

Dziewczynka siedziała na krawężniku.

Miała około dziesięciu lat.

Trzymała książkę.

Nie wiedziała, skąd ją ma.

Na pierwszej stronie ktoś napisał dwa słowa:

PAMIĘTAJ MNIE

Dziewczynka zmarszczyła brwi.

Nie pamiętała osoby, która to napisała.

Nie pamiętała Rejestru.

Nie pamiętała Travisa Cornella.

A jednak poczuła smutek.

Delikatny.

Ludzki.

Obok niej zatrzymał się mężczyzna.

- Wszystko dobrze? - zapytał.

Dziewczynka spojrzała na niego.

Nie znała go.

Miał zmęczone oczy.

Ale uśmiechał się ciepło.

- Chyba tak - odpowiedziała.

Mężczyzna spojrzał na książkę.

- Lubisz czytać?

Dziewczynka popatrzyła na okładkę.

Nie było tytułu.

Tylko jeden napis.

THE COLD INDEX

Przez moment wydawało jej się, że gdzieś bardzo daleko ktoś wypowiada jej imię.

Ale wiatr porwał ten dźwięk.

Dziewczynka wstała.

Miasto budziło się powoli.

Nie jako system.

Nie jako wersja.

Jako świat.

I tym razem nikt nie powiedział, że wszystko jest zgodne.

Bo nic nie było.

I właśnie dlatego było prawdziwe.