rozdział 2
John i The Quarrymen
Gdy w 1952 roku John rozpoczął naukę w Quarry Bank High School, była to niewielka podmiejska szkoła średnia w Allerton, na przedmieściach Liverpoolu, niedaleko domu Mimi. Założona w 1922 roku, nie była może aż tak duża i znana jak położony w centrum miasta Liverpool Institute, ale cieszyła się całkiem dobrą opinią. Dwóch spośród jej absolwentów - Peter Shore oraz William Rodgers - zostało ministrami w rządzie laburzystów28.
Mimi bardzo się cieszyła, że John uczęszcza do szkoły blisko domu, a nie dojeżdża do miasta. W ten sposób mogła mieć go zawsze na oku. Pete Shotton z podstawówki również przeszedł do Quarry Bank, ale drugi przyjaciel Johna - Ivan Vaughan - uczęszczał do Institute, co dla niego było zbawiennym posunięciem. Ivan jako jedyny w grupie Johna interesował się nauką, ale wiedział, że jeśli pozostanie w tym towarzystwie, niewiele się nauczy. Niemniej po lekcjach nadal był członkiem bandy Johna. Wkrótce do grupy dołączyli inni chłopcy z jego nowej szkoły. "Najpierw przyprowadziłem ze sobą Lena Garry'ego, ale ogólnie nie wprowadzałem za wielu. Starannie dobierałem ludzi, których chciałem przedstawić Johnowi".
John bardzo dokładnie pamięta swój pierwszy dzień w Quarry Bank. "Spojrzałem na setki nowych twarzy i pomyślałem: Chryste, trzeba się będzie bić z każdym z nich i to po tym, jak wreszcie pokonałem wszystkich w Dovedale. A było tam kilku niezłych osiłków. Pierwszą bójkę, w którą się wdałem, przegrałem. Straciłem panowanie nad sobą, gdy porządnie mnie zabolało. Nie żeby było w tym wszystkim za dużo walki. Najpierw trochę powrzeszczałem i poprzeklinałem, a potem dostałem w nos. Jak tylko pojawiała się krew, przestawaliśmy. Po tej bójce, gdy przypuszczałem, że ktoś może mieć silniejszy cios niż ja, sugerowałem zapasy. Byłem agresywny, bo chciałem być lubiany. Chciałem być przywódcą. To znacznie lepsze niż bycie jednym z wielu wyjętych spod sztancy. Chciałem, żeby wszyscy mnie słuchali i robili to, co im każę. Żeby śmiali się z moich dowcipów i pozwolili mi stać na czele".
Już w pierwszej klasie został przyłapany na posiadaniu obscenicznych rysunków. "To wyrobiło mi opinię wśród nauczycieli". Wkrótce potem Mimi znalazła sprośny wiersz autorstwa Johna. "Znalazła go pod poduszką. Powiedziałem jej, że kolega zmusił mnie, żebym go dla niego przepisał, bo sam nie za dobrze włada długopisem. Oczywiście w rzeczywistości sam go napisałem. Czytałem wcześniej kilka takich wierszy - tych, co to się czyta, żeby ci stanął. Zastanawiałem się, kto je pisał, a potem postanowiłem sam spróbować. Chyba początkowo próbowałem przykładać się do nauki, podobne próby podejmowałem zresztą w Dovedale. Tam przynajmniej zawsze byłem szczery i przyznawałem się do wszystkiego. Ale w liceum zorientowałem się, że to głupia strategia, bo nauczyciele mają cię w garści. Więc zacząłem kłamać jak najęty".
Od końca pierwszej klasy sytuacja w szkole przebiegała według ustalonego scenariusza: Lennon i Shotton kontra reszta szkoły. Chłopcy ustawicznie odmawiali posłuszeństwa i stosowania się do zasad. Pete uważa, że pewnie bez wiernego sprzymierzeńca w osobie Johna poddałby się i podporządkował regulaminowi, natomiast John na pewno by tego nie zrobił. "We dwójkę dużo łatwiej jest bronić własnego zdania - mówi Pete. - Zawsze jest ktoś, z kim można pośmiać się z własnej porażki. Właściwie to śmialiśmy się bez przerwy. Śmiejąc się, przebrnęliśmy przez całą szkołę. Było super".
Pete przyznaje, że z perspektywy czasu ich ekscesy nie brzmią może aż tak zabawnie jak kiedyś, ale nadal wywołują uśmiech na jego twarzy, gdy wraca pamięcią do tamtych dni. "To musiało być jakoś na samym początku szkoły, gdy pierwszy raz wylądowaliśmy na dywaniku u dyrektora. Siedział za biurkiem, gdy weszliśmy. Rozstawił nas po swojej prawej i lewej stronie i krzyczał na nas w najlepsze, gdy nagle John zaczął smyrać go po włosach. Gość był prawie łysy, ale na czubku głowy zostało mu kilka pojedynczych kosmyków. Nie zorientował się, skąd pochodzi łaskotanie, i co chwilę podnosił rękę, by podrapać się po głowie, nie przerywając oczywiście swojej tyrady. To było straszne. Ja zgiąłem się wpół ze śmiechu, a John normalnie zsikał się w gacie. Poważnie. Siki zaczęły spływać mu po nogach, bo miał na sobie szorty, stąd wniosek, że byliśmy jeszcze całkiem mali. W końcu na podłodze pojawiła się kałuża, a dyrektor rozejrzał się i pyta: "Co to? Co to?"".
John miał talent artystyczny i dobrze go wykorzystywał. Pete z kolei interesował się matematyką, czego John bardzo mu zazdrościł, ponieważ sam nie miał smykałki do liczb, więc zawsze próbował Pete'owi przeszkadzać. "Rozpraszał mnie, kładąc przede mną przeróżne rysunki. Niektóre były sprośne, ale większość po prostu była zabawna, więc parskałem na ich widok śmiechem. "Proszę pana, niech pan popatrzy na Shottona", wołała reszta klasy, gdy ja tymczasem zwijałem się ze śmiechu. Gdy lądowałem przy tablicy, a nauczyciel akurat stał tyłem do klasy, John podnosił się z miejsca i na tle jego pleców pokazywał mi jakiś zabawny rysunek. Byłem bez szans. Nie potrafiłem opanować śmiechu".
Nawet gdy wylądowali u dyrektora na pierwsze lanie, John nadal wyglądał, jakby władza nie robiła na nim najmniejszego wrażenia, nawet jeśli była to tylko poza. "Najpierw wezwano Johna, a ja czekałem za drzwiami - opowiada Pete. - To była istna męka. Byłem cały spięty i martwiłem się, co się za chwilę ze mną stanie. Czekałem zaledwie kilka minut, ale miałem wrażenie, że minęło kilka godzin. W końcu drzwi się otworzyły i pojawił się John. Szedł na czworakach, wydając z siebie przeraźliwe jęki. Na ten widok parsknąłem śmiechem. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że do pokoju dyrektora prowadziło dwoje drzwi, a John gramolił się z małego przedsionka, więc z samego gabinetu nie było go w ogóle widać. Przyszła kolej na mnie. Musiałem wejść do dyrektora, choć ciągle nie mogłem powstrzymać śmiechu, a takie zachowanie nie wróży niczego dobrego".
Z roku na rok John zachowywał się coraz gorzej. Zaczął szkołę jako jeden z lepszych uczniów, ale zanim doszedł do trzeciej klasy, został zdegradowany do grupy "tych złych". Jego świadectwa pełne były uwag typu: "Beznadziejny". "Błazen klasowy". "Szokujące". "Tylko marnuje czas innych uczniów". Pod spodem znajdowało się miejsce na uwagi od rodziców. Na tym konkretnym Mimi dopisała: "Sześć razy przez kolano". Mimi stale zwracała mu uwagę w domu, ale nie miała pojęcia, jak fatalnie zachowywał się w szkole. "Tylko raz dostałem lanie od Mimi. Za to, że wziąłem jej pieniądze z portfela. Zawsze podbierałem jej drobne na głupoty typu samochodziki, ale tego dnia musiałem wziąć za dużo".
John i wujek George z kolei dogadywali się coraz lepiej. "Świetnie się rozumieliśmy. Był dobry i życzliwy". Jednak w czerwcu 1953 roku, gdy John miał już prawie trzynaście lat, George zmarł na skutek wylewu. "To się wydarzyło nagle pewnej niedzieli - wspomina Mimi. - George nigdy nie opuścił ani jednego dnia w pracy z powodu choroby. John bardzo go kochał, podczas naszych sprzeczek George zawsze stawał po jego stronie. Często razem wychodzili. Czasem nawet im zazdrościłam, że się razem tak dobrze bawią. Myślę, że śmierć George'a niezwykle wstrząsnęła Johnem, choć nigdy tego nie okazał".
"Nie wiedziałem, jak można okazać smutek publicznie - mówi John. - Nie miałem pojęcia, co się wtedy robi albo mówi, więc poszedłem sam na górę do swojego pokoju. Potem przyjechała kuzynka i dołączyła do mnie. Dostaliśmy napadu śmiechu. Chichraliśmy się bez końca. Miałem potem ogromne poczucie winy".
W bezpośrednim okresie po śmierci wujka ktoś inny zaczął odgrywać w życiu Johna coraz większe znaczenie - jego mama Julia. Utrzymywała regularny kontakt z Mimi, choć Mimi bardzo niewiele opowiadała o niej Johnowi. Matka oczywiście z ciekawością patrzyła, jak jej syn się rozwija, rośnie i jak kształtuje się jego charakter. Nastoletni wówczas John z kolei fascynował się nią jeszcze bardziej. Julia urodziła swojemu drugiemu mężowi dwie córki. "To Julia dała mi pierwszą kolorową koszulę - wspomina John. - Zacząłem odwiedzać ją w nowym domu. Poznałem jej nowego faceta, ale nieszczególnie go polubiłem. Mówili na niego Nerwus, chociaż w sumie gość był w porządku. Zacząłem traktować Julię jak młodszą ciotkę albo starszą siostrę. Im byłem starszy, tym częściej kłóciłem się z Mimi. Często wprowadzałem się do Julii na cały weekend".
Zarówno Pete Shotton, jak i Ivan Vaughan, dwóch najwierniejszych kumpli Johna, wyraźnie pamiętają, że Julia stawała się coraz ważniejszą figurą w życiu Johna i wywierała coraz większy wpływ na całą ich trójkę. Pete wspomina, że opowieści o Julii zintensyfikowały się, gdy chłopcy byli w drugiej lub trzeciej klasie Quarry Bank. Do tej pory z każdej strony słyszeli tylko ostrzeżenia, jakie to okropne rzeczy czekają ich w życiu. Rodzice Pete'a i ciocia Mimi stale przestrzegali przed przyszłością. Chłopcy śmiali się z tego czarnowidztwa. A potem pojawiła się Julia i otwarcie śmiała się razem z nimi. Śmiali się z nauczycieli, z rodziców, ze wszystkiego. "Była świetna - mówi Pete. - Totalny luz. Ciągle mawiała: "Olej to", gdy opowiadaliśmy jej, co nas rzekomo czeka. Kochaliśmy ją. Tylko ona z nich wszystkich była do nas podobna. Mówiła to, co chcieliśmy słyszeć. Wszystko, co robiła, robiła dla draki, zupełnie jak my".
Julia mieszkała w Allerton, więc chłopcy często wpadali do niej po szkole, a czasem ona odwiedzała ich. "Raz przyszła z pantalonami na głowie w charakterze chustki. Nogawki zwisały jej na ramiona. Udawała, że nie wie, o co chodzi, gdy ludzie przyglądali jej się podejrzliwie. Padliśmy ze śmiechu. Innym razem szliśmy sobie wszyscy ulicą, a Julia miała na nosie okulary bez szkieł. Zagadywała ludzi, ale oni niespecjalnie się orientowali, więc nagle w środku rozmowy zaczynała pocierać oko, wsadzając palec przez pustą oprawkę. Ludzie gapili się oniemiali".
Ivan uważa, że to właśnie Julia pomogła Johnowi stać się buntownikiem. Zachęcała go do bycia sobą, śmiejąc się ze wszystkiego, co robił, podczas gdy Mimi traktowała go niezwykle surowo, choć nie bardziej niż inne matki swoje dzieci. Po prostu próbowała uchronić go przed piciem i paleniem. Z czasem musiała trochę wyluzować, ale John i tak wolał Julię i to dlatego ciągle u niej pomieszkiwał. Julia była czarną owcą, albo przynajmniej najbardziej szaloną owcą w rodzinie. Chciała, by John był taki sam jak ona, choć on tak czy inaczej taki był.
John trafił do grupy 4C - po raz pierwszy do "C", czyli do grupy najsłabszych uczniów. "Tym razem naprawdę było mi wstyd, że wylądowałem z najbardziej tępymi osobnikami. W "B" nie było aż tak źle, bo do "A" chodzili sami nudziarze. Zacząłem też oszukiwać na sprawdzianach, ale nie było sensu rywalizować z tymi wszystkimi mongołami, więc szło mi tak samo słabo jak zawsze". Pete Shotton spadał w rankingu uczniów co roku razem ze swoim kumplem. "Jemu też zniszczyłem życie". Tuż przed zakończeniem czwartej klasy spadł na pozycję dwudziestą, czyli był na szarym końcu w klasie. "Bez dwóch zdań jest na dobrej drodze do niezdania", napisał jeden z nauczycieli na jego świadectwie.
Gdy John był w piątej klasie, w szkole pojawił się nowy dyrektor - pan Pobjoy. Szybko się zorientował, że Lennon i Shotton to pierwsze łobuzy w szkole, ale za to trzeba szczerze przyznać, że naprawdę złapał jakiś kontakt z Johnem, podczas gdy reszta nauczycieli nie miała już żadnego. Znali go zbyt dobrze. "To było prawdziwe utrapienie, nic tylko żarty i wygłupy. Naprawdę nie potrafiłem go zrozumieć. Przykro mi o tym mówić, ale raz sam spuściłem mu lanie. Przykro, bo sam jestem przeciwnikiem kar cielesnych. Taki system odziedziczyłem w spadku, ale szybko wycofałem bicie".
Pan Pobjoy był zaskoczony, gdy John oblał wszystkie przedmioty podczas egzaminu O-level29. "Myślałem, że da radę. Z każdego przedmiotu zabrakło mu jednej oceny wyżej, by zdać, i chyba właśnie dlatego postanowiłem pomóc mu dostać się do szkoły artystycznej. Wiedziałem, że jest w tym dobry, i uznałem, że zasługuje na drugą szansę". Gdy ważyły się dalsze losy Johna, Mimi poszła rozmówić się z dyrektorem. "Spytał, co zamierzam z nim zrobić. Ja na to: "Co wy zamierzacie? Mieliście go przez pięć lat"". Mimi spodobał się pomysł szkoły artystycznej, choć pewnie nie zdawała sobie sprawy, ile szczęścia miał John, że w ogóle się tam dostał. "Chciałam, żeby zdobył jakieś kwalifikacje, które pozwolą mu się utrzymać na przyzwoitym poziomie. Chciałam, żeby był kimś. W głowie ciągle kołatała mi się myśl o jego ojcu i o tym, jak skończył, ale tego oczywiście nie mogłam powiedzieć Johnowi".
Z perspektywy czasu John nie żałuje dziś absolutnie niczego ze swych lat szkolnych. "Okazało się, że to ja miałem rację. Oni wszyscy się mylili, a ja miałem rację. To oni ciągle tam tkwią, co nie? Więc to oni muszą być nieudacznikami. To byli głupi nauczyciele, wszyscy co do jednego, no może poza jednym czy dwoma. Nigdy nie zwracałem na nich uwagi. Ja po prostu uwielbiałem się dobrze bawić. Tylko jednemu nauczycielowi podobały się moje rysunki, zabierał je nawet ze sobą do domu. Szkoła powinna dawać człowiekowi czas na rozwój, zachęcać go do zgłębiania zainteresowań. Ja zawsze interesowałem się sztuką i przez wiele lat byłem najlepszy w klasie, ale jakoś żadnego z nauczycieli to nie obchodziło. Byłem rozczarowany, gdy oblałem sztukę na egzaminach O-level, ale ostatecznie to olałem. Oni chcieli tylko, żeby było porządnie, a ja nigdy nie byłem porządny. Często mieszałem wszystkie kolory. Jedno z zadań polegało na wykonaniu rysunku pod tytułem Podróż. Namalowałem garbusa całego pokrytego brodawkami. Naturalnie im się nie spodobało. Ogólnie muszę przyznać, że miałem szczęśliwe dzieciństwo. Owszem, może i byłem agresywny, ale przynajmniej nie byłem nieszczęśliwy. Zawsze się śmiałem. W końcu i tak ciągle wyobrażałem sobie, że jestem bohaterem Just William".
Pod koniec szkoły John zainteresował się muzyką rozrywkową, choć Mimi nigdy tego nie pochwalała. Nie lubiła, gdy śpiewał piosenki pop, których jako mały chłopiec uczył się z radia. John nie miał żadnego wykształcenia muzycznego, ale jako tako nauczył się sam grać na harmonijce, którą okazyjnie kupił mu wujek George.
"Wysłałabym go we wczesnym dzieciństwie na jakieś lekcje muzyki - mówi Mimi - na fortepian albo skrzypce, ale nie chciał. Nie interesowało go nic, co było związane z nauką. On chciał mieć wszystko od ręki, a nie tracić czas na naukę. Jedyna zachęta do pójścia w stronę muzyki, jaką John kiedykolwiek usłyszał, pochodziła od kierowcy autobusu z Liverpoolu do Edynburga. Co roku wysyłaliśmy go do mojej siostry i jego kuzynów w Edynburgu. Dostał akurat od George'a starą, używaną harmonijkę i grał na niej przez całą drogę, działając pewnie wszystkim na nerwy. Ale kierowcy autobusu bardzo przypadł do gustu. Gdy dotarli do Edynburga, powiedział Johnowi, że jak przyjdzie na dworzec na drugi dzień z samego rana, to dostanie zupełnie nową harmonijkę. Całą noc nie mógł zasnąć i bladym świtem już czekał na stacji. Co więcej, to była naprawdę dobra harmonijka. John mógł mieć wówczas dziesięć lat. Tak właśnie wyglądała ta pierwsza zachęta. Kierowca na pewno sam nie wiedział, co rozpętał".
Jeśli już słuchał piosenek popowych, były to na przykład utwory Johnniego Raya czy Frankiego Laine'a. "Ale nie zwracałem na nie specjalnej uwagi", wspomina. Nikt nie zwracał na nie szczególnej uwagi, a już na pewno nie chłopcy w Anglii w wieku Johna Lennona. Aż do połowy lat pięćdziesiątych muzyka popularna była dość oderwana od rzeczywistości. Praktycznie w całości pochodziła z Ameryki, a tworzyli ją profesjonaliści z show-biznesu w pięknych garniturkach z pięknymi uśmiechami na twarzach, którzy śpiewali piękne ballady, głównie dla ekspedientek i młodych mam.
Potem wydarzyły się trzy istotne rzeczy. 12 kwietnia 1954 roku zespół Bill Haley & His Comets nagrał Rock Around the Clock. Zanim piosenka ta przyjęła się w Wielkiej Brytanii, minął rok. Ale gdy w końcu nastąpił ten moment, za sprawą wykorzystania jej jako tematu muzycznego w filmie Szkolna dżungla, rock and roll rozlał się falą po kraju, a sale kinowe w zastraszającym tempie zaczęły się zamieniać w sale koncertowe.
Drugie wydarzenie miało miejsce w styczniu 1956 roku, gdy Lonnie Donegan wydał Rock Island Line. Mimo mylącego tytułu30 utwór ten nie miał wiele wspólnego z szaloną muzyką rockandrollową. Nowością było natomiast to, że zagrano ją na instrumentach, na których grać mógłby każdy. Lonnie Donegan spopularyzował muzykę skifflową31. Po raz pierwszy każdy mógł popróbować bycia muzykiem, mimo braku wykształcenia muzycznego, a nawet talentu. Nawet na najtrudniejszym z instrumentów typowych dla skiffle - gitarze - mógł zagrać każdy, kto opanował kilka podstawowych chwytów. Inne instrumenty, jak tarka do prania czy wiadro, nadawały się dla pierwszego lepszego głupka.
Trzecim i w pewnym sensie najbardziej ekscytującym wydarzeniem w muzyce pop w latach pięćdziesiątych okazało się pojawienie nikogo innego jak najbardziej wpływowej osoby w świecie muzyki popularnej przed erą Beatlesów - Elvisa Presleya. On również zaistniał na początku 1956 roku, a już w maju tego roku Heartbreak Hotel był w czołówce list przebojów w czternastu różnych krajach. W pewnym sensie pojawienie się kogoś takiego jak Elvis było nieuniknione. Wystarczyło popatrzeć na Billa Haleya - przysadzisty, o wyglądzie pana w średnim wieku, totalnie aseksualny - by zrozumieć, że ta nowa, ekscytująca muzyka, ten cały rock and roll, w końcu musi doczekać się równie ekscytującego wykonawcy. I istotnie, rock and roll rzucił na kolana całą młodzież, a Elvis był ekscytującym piosenkarzem i wykonywał ekscytujące piosenki. "Przed Elvisem mało co robiło na mnie wrażenie", mówi John. Wszyscy Beatlesi, tak jak miliony ich rówieśników, byli pod wrażeniem. Wszyscy mają z tego okresu podobne wspomnienia - w każdej klasie, w każdej szkole i na każdym podwórku jak grzyby po deszczu powstawały zespoły. Jednej nocy w samym Liverpoolu potrafiło odbywać się ze sto imprez tanecznych, a zespoły skifflowe ustawiały się w kolejce, by wystąpić. Po raz pierwszy od wielu pokoleń muzyka przestała być własnością muzyków. Każdy mógł spróbować swoich sił. To tak, jakby małpom rozdać przybory do malowania. Któraś w końcu stworzy coś wielkiego.
John Lennon nie miał ani gitary, ani żadnego innego instrumentu, gdy zaczęło się całe to szaleństwo. Pożyczył gitarę od jednego z chłopaków ze szkoły, ale okazało się, że nie umie na niej grać, więc zaraz ją oddał. Wiedział za to, że Julia umie grać na banjo, więc udał się właśnie do niej. Mama kupiła mu używaną gitarę za dziesięć funtów. Na gitarze była naklejka z napisem: "Gwarancja, że nie pęknie". Wziął kilka lekcji, ale jakoś nie mógł się nauczyć. Julia pokazała mu więc kilka chwytów na banjo. Pierwszą melodią, jaką zdołał opanować, było That'll Be the Day32.
Ćwiczył, kiedy Mimi nie było w domu. Gdy wracała, kazała mu zamykać się na oszklonym ganku i tam grać i śpiewać dla siebie samego. "Gitara jest w porządku jako hobby - mawiała z częstotliwością dziesięciu razy na dzień - ale z niej nie wyżyjesz".
"W końcu założyliśmy z chłopakami ze szkoły zespół. O ile pamiętam, kumpel, który wpadł na ten pomysł, ostatecznie nie dostał się do składu. Po raz pierwszy spotkaliśmy się w jego domu. Na gitarze grał Eric Griffiths, na tarce do prania Pete Shotton, był też Len Garry, Colin Hanton na perkusji i Rod na banjo. Pierwszy raz wystąpiliśmy na Rose Street w ramach obchodów Dni Imperium. Wszyscy świętowali na ulicy, a my graliśmy z przyczepy ciężarówki. Nie dostaliśmy za ten występ kasy ani nic. Potem dawaliśmy koncerty za grosze na wszystkich imprezach u chłopaków i na weselach. W sumie to graliśmy głównie dla zabawy".
Nazwali się The Quarrymen33, a jakże. Wszyscy członkowie ubierali się w stylu teddy boysów, a włosy zaczesywali do tyłu na brylantynę, jak Elvis. John był największy z nich wszystkich i między innymi dlatego matki ostrzegały swych synów, by trzymali się od niego z daleka. Nie musiały nawet same go widzieć - wystarczyło, że słyszały krążące o nim opowieści. Podczas tych pierwszych kilku miesięcy 1956 roku, gdy John rzekomo ostro przykładał się do nauki, wszystko było jeszcze na pół gwizdka i bez jakiejkolwiek regularności. Czasami nawet kilka tygodni mijało bez grania. Była też spora rotacja muzyków, w zależności od tego, kto akurat się pojawił na imprezie lub kto miał po prostu ochotę spróbować. "To była tylko zabawa w zakładanie zespołu - mówi Pete Shotton. - Skiffle był na fali, więc każdy coś tam kombinował po swojemu. Ja grałem na tarce do prania, bo nie miałem zielonego pojęcia o muzyce. Kumplowałem się z Johnem, więc musiałem być w zespole".
Z Johnem w roli lidera kłótnie były na porządku dziennym, wskutek czego wiele osób rezygnowało z gry. "Kłóciłem się z nimi, bo chciałem ich zmusić do odejścia. Jak się ktoś zaczynał stawiać, nie było odwrotu - wylatywał z zespołu". Jeden ze stałych członków, Nigel Whalley, grywał od czasu do czasu, ale głównie zajmował się ugadywaniem występów, czyli działał jako menedżer.
W tym samym czasie w Liverpool Institute działo się dokładnie to samo - zespoły mnożyły się w zastraszającym tempie, choć na przykład Ivan Vaughan przyprowadził Lena Garry'ego z Institute do zespołu Johna. Transfer wydawał się całkiem udany.
6 lipca 1957 roku Ivan przyprowadził jeszcze jednego kumpla ze szkoły, by poznać go z Lennonem. "Wiedziałem, że to był spoko koleś - mówi Ivan - tylko takich poznawałem z Johnem". Chłopcy poznali się przy okazji odpustu w parafialnym kościele w Woolton, położonym niedaleko domu Johna. John znał tam kilka osób i wyprosił pozwolenie na występ zespołu. Ivan sporo opowiadał w szkole o Johnie i jego kapeli. Wiedział, że jego kumpel interesuje się tego typu działalnością, choć sam Ivan nie miał pociągu do grania.
"Mimi powiedziała mi tego dnia, że w końcu dopiąłem swego - mówi John. - Teraz byłem prawdziwym teddy boyem. Tego dnia chyba wszyscy byli mną zdegustowani, nie tylko Mimi. Dziś patrzę na swoje zdjęcia z tego występu w Woolton. Ależ byłem gołowąsem". Wspomnienia Johna z tamtego dnia są lekko mgliste. Upił się, choć do pełnoletności brakowało mu jeszcze kilku lat. Za to są tacy, którzy pamiętają ten dzień bardzo wyraźnie, zwłaszcza kolega, którego przyprowadził Ivan - Paul McCartney. "To właśnie tego dnia - mówi John - kiedy poznałem Paula, wszystko nabrało tempa".
28 Mowa o rządzie utworzonym przez Harolda Wilsona w 1964 roku po wygranej Partii Pracy w wyborach parlamentarnych - przyp. tłum.
29 Egzamin zdawany na zakończenie szkoły średniej, po piątej klasie, czyli w wieku piętnastu-szesnastu lat. Po pięciu klasach szkoły średniej uczniowie chcący kontynuować naukę na uniwersytecie przygotowują się przez kolejne dwa lata do egzaminów A-level, które zdają w wieku siedemnastu-osiemnastu lat. Część uczniów zaraz po piątej klasie wybiera naukę w college'u, czyli w szkole wyższej o profilu zawodowym, na przykład kolegium nauczycielskim, szkole artystycznej czy szkole o profilu technicznym - przyp. tłum.
30 Nazwa linii kolejowej działającej w środkowej części Stanów Zjednoczonych, dosłownie oznacza "linia do rockandrollowej wyspy", choć w rzeczywistości pochodzi od małego miasteczka o nazwie Rock Island - przyp. tłum.
31 Rodzaj muzyki folk, z wpływami jazzu i bluesa, w której obok takich instrumentów jak banjo czy harmonijka ustna często w roli instrumentów pojawiają się także przedmioty codziennego użytku - przyp. tłum.
32 Utwór Buddy'ego Holly'ego - przyp. red.
33 Nawiązanie do nazwy szkoły Quarry Bank. Dosłownie nazwa oznacza "pracownicy kamieniołomu" - przyp. tłum.