The Bad Habits. Tom 2 - Nathalie Hyde

Kup ebooka

37.90 zł
31.46 zł (31,08 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział trzynasty

Na początku tysiąc dziewięćset trzydziestego trzeciego roku Clyde miał już ugruntowaną reputację bezlitosnego zabójcy, który nie zawaha się sięgnąć po broń i strzelić, jeżeli ktoś stanie mu na drodze. Podczas jednej z zasadzek z rąk Clyde'a zginął policjant i od tego czasu gang miał przeciwko sobie całą amerykańską policję.

- Skup się, Aithne! - wrzasnął Owen, chwytając się linek ringu. - Mocniej, kurwa!

Jęknęłam zrezygnowana, wyprowadzając kolejny cios w stronę przeciwnika. Joseph zatoczył się do tyłu, kiedy prawy sierpowy idealnie trafił w jego twarz. Odetchnęłam ciężko, podpierając dłonie na kolanach.

- Nie ma odpoczynku, Smith. - Spojrzałam błagalnie na blondyna, który pokręcił głową.

Joseph przyjął pozycję obronną, zrobił kilka szybkich kroków i znalazł się tuż przy mnie. Cofnęłam mocno bark, a następnie wypchnęłam biodro w przód, jednocześnie zadając cios chłopakowi, który znów się nie obronił.

Zgięłam rękę w łokciu i wyprowadziłam kolejny cios w żebra szatyna. Jęknął boleśnie i upadł, po czym odklepał trzy razy w podłoże ringu. Podeszłam do niego i wyciągnęłam w jego stronę rękę, którą ledwo chwycił. Dźwignęłam go i wzięłam pod ramię, aby złapał równowagę. Joseph mruknął coś niezrozumiale i zbił ze mną piątkę. Uwielbiałam się z nim bić. Był godnym przeciwnikiem na każdym z treningów.

Podeszłam do trenera, a on podał mi butelkę pełną wody. Podziękowałam mu cicho i upiłam spory łyk, gasząc pragnienie, które odczuwałam już od dłuższego czasu. Przymknęłam powieki, czując, jak zimna woda lekko mnie orzeźwiała.

- Chryste, Aithne, byłaś świetna - powiedział z uznaniem Owen, klepiąc mnie po ramieniu.

Opadłam na ring, wzięłam głęboki wdech i zamknęłam oczy.

- A teraz umieram - jęknęłam cicho, a następnie uchyliłam powieki i zerknęłam na rozbawionego mężczyznę. - O trzy godziny treningu za dużo.

- Wiesz, że to jeszcze nie koniec, prawda?

Zakrztusiłam się śliną i spojrzałam na niego ze zdziwieniem.

Owen zaśmiał się cicho, wskazując ruchem głowy coś za mną. Dźwignęłam się na łokciach i obróciłam tak, aby spojrzeć na to samo, na co patrzył trener. Krew zawrzała mi żyłach, kiedy mój wzrok padł na bruneta, który z pełnym cynizmu uśmiechem wpatrywał się we mnie. Jego tęczówki błyszczały, a mokre od potu włosy opadały mu na twarz. Na jego ramionach i mięśniach brzucha lśnił pot, a krótkie, szare spodenki dresowe odsłaniały jego kości biodrowe. Trzymał w dłoni plastikową butelkę z wodą. Towarzyszyła mu Elizabeth. Stała u jego boku i rozmawiała przez telefon, nawet nie zwracając na mnie uwagi.

- Od jak dawna tam stoją? - zapytałam, ponownie kładąc się na plecach.

- Od trzydziestu minut patrzyli, jak spuszczałaś łomot Josephowi - powiedział trener, nie kryjąc dumy, po czym posłał mi szeroki uśmiech i puścił do mnie oczko. - Teraz zrobisz sobie sparing z Lukiem.

- Z tym osiłkiem? - zapytałam, unosząc brew.

Usta Owena rozciągnęły się w jeszcze szerszym uśmiechu, kiedy błądził wzrokiem po mojej twarzy. Przewróciłam oczami, zdając sobie sprawę z tego, co kiełkowało w tej jego małej, niemądrej główce. Jednak nie dałam za wygraną i zapytałam:

- Muszę? Naprawdę chcesz, żebym nabawiła się kontuzji przez sparing z tym... - przerwałam i wskazałam dłonią na O'Kelly'ego, który teraz rozmawiał z Elizabeth - ...czymś?

- Nie, aczkolwiek fajnie będzie popatrzeć na walkę najlepszych zawodników w klubie - mruknął z uznaniem.

Trener uśmiechnął się, po czym zbiegł z ringu i podszedł do bruneta i jego towarzyszki. Owen i Luke zbili piątkę, a następnie, głośno się z czegoś śmiejąc, wyszli z hali. Lizzy ruszyła w moim kierunku ze stoickim spokojem wymalowanym na twarzy, a kosmyki włosów delikatnie opadały na jej policzki i nagie ramiona. Szatynka wdrapała się na ring, usiadła po turecku obok mnie i spojrzała na mnie z dziwnym błyskiem w oczach.

- Jesteście rodzeństwem? - spytałam, choć sama nie wiedziałam dlaczego. Może po prostu byłam ciekawa, a to pytanie wymsknęło się spomiędzy moich warg, zanim zdążyłam się powstrzymać.

- Ja i ten zapatrzony w siebie kretyn? - zapytała, a ja skinęłam głową, przelotnie na nią spoglądając, i stłumiłam w sobie chęć uśmiechnięcia się na dźwięk tego przezwiska. Dziewczyna zaśmiała się cicho, kręcąc przy tym głową. - Traktuję Luke'a jak młodszego brata, pomagam mu zachować równowagę.

- Młodszego? Ten dupek jest od ciebie młodszy? - wyrwało się z moich ust.

Założyłam ręce z tyłu głowy i przymknęłam powieki, wsłuchując się w dźwięki, które docierały do mnie z otoczenia.

- Oczywiście - rzuciła luźno, zerkając przez ramię na chłopaka, który wrócił znów na halę i zawzięcie o czymś rozmawiał z trenerem, marszcząc przy tym niezrozumiale brwi, jakby Owen mówił do niego w innym języku. - I to o dwa lata.

- Czekaj, to ile ty masz lat? - zapytałam, bo byłam ciekawa dziewczyny, z którą spotykał się mój brat.

- Tydzień temu skończyłam dwadzieścia dwa - odpowiedziała, zerkając na mnie niepewnie. Jej usta zacisnęły się w wąską linię, a wzrok utkwiła w dłoniach, którymi się bawiła.

- Cholera, wszystkiego najlepszego, ale jeśli skrzywdzisz Harry'ego, to cię zabiję - mruknęłam, a Lizzy zachichotała cicho, zapewne biorąc moje słowa za głupi żart. - Nie żartuję, wezmę pistolet i strzelę ci nim prosto w głowę, ewentualnie wezmę sztylet i cię zadźgam, patrząc z satysfakcją, jak się wykrwawiasz.

- Jesteś przerażająca. Już wiem, czemu Luke nadal nie dał sobie z tobą spokoju - powiedziała i zerknęła na mnie ukradkiem, a ja spojrzałam na nią niepewnie, na co wzruszyła ramionami. - Ale co do Harry'ego, to naprawdę go polubiłam, jest uroczy.

- Zrobił ci już gofry? - zapytałam, a Lizzy pokręciła przecząco głową. Uśmiechnęłam się, ponieważ poza mną mój brat robił gofry tylko rodzicom oraz naszej gosposi, Vivian. Niby było to naprawdę proste danie, ale Harry starał się, żeby za każdym razem wyszły lepsze od poprzednich. - W takim razie żałuj.

- Aż takie dobre?

- Są zajebiste - zapewniłam rozmarzonym głosem. - Jestem niemalże pewna, że nigdy nie jadłaś lepszych.

- Zatem muszę go poprosić o zrobienie mi gofrów. - Szatynka zaśmiała się i wstała, a następnie wystawiła w moją stronę rękę, którą od razu chwyciłam.

Zachwiałam się lekko, jednak szybko odzyskałam równowagę.

- Założę się z tobą o sto dolarów, jeśli... - przerwała, udając, że się zastanawia, a kąciki jej ust drgały.

- Jeśli co? - Zmarszczyłam brwi, patrząc na dziewczynę, która z chytrym uśmiechem rozglądała się po sali.

Pisnęła nagle, klaszcząc w dłonie.

- Jeśli pokonasz Luke'a - szepnęła, obejmując mnie ramieniem.

Brunet szedł powolnym krokiem w naszą stronę, a jego wyraz twarzy pozostawał niewzruszony. O'Kelly wszedł na ring i poprawił rękawice.

- Powodzenia.

- Evans, złaź stamtąd - rzucił Owen, opierając się o czarne linki. - Stańcie naprzeciwko siebie.

- Jeśli myślisz, że mnie pokonasz, to jesteś w ogromnym błędzie, Smith - rzucił brunet, stając przede mną. W jego głosie pobrzmiewała drwina, na co tylko przewróciłam oczami.

Zerknęłam na trenera, który skinął głową, dając znak, że możemy zaczynać. Wzięłam głęboki wdech, po czym odwróciłam się na pięcie i skierowałam cios nogą w stronę Luke'a, ale on go zablokował. Chłopak parsknął śmiechem na moją nieudaną próbę ataku. Przyjęłam tę porażkę z pokorą, ale już po chwili wykorzystałam nieuwagę przeciwnika i wyprowadziłam kolejny cios. Tym razem trafiłam idealnie w jego twarz, przez co syknął i zrobił kilka kroków do tyłu.

Uśmiechnęłam się cwanie, widząc jego mordercze spojrzenie, którym pośpiesznie mnie obrzucił. Nie czekałam ani chwili dłużej i prawą ręką wyprowadziłam cios prosty, który mocno wylądował na twarzy mojego przeciwnika. Luke przewrócił oczami i starł krew, która pociekła z jego nosa. Elizabeth krzyknęła coś do Luke'a, natomiast Owen wiwatował, widząc, jak mi szło.

Mój każdy cios był szybki i dokładny, ale O'Kelly również kilka razy przywalił mi tak, że musiałam brać głębsze wdechy, aby nie stracić równowagi.

Zadrżałam mimowolnie, gdy poczułam, że oberwałam w brzuch. Zgięłam się wpół, próbując zaczerpnąć choć odrobinę powietrza. Luke patrzył na mnie z góry, a kropelki potu spływały po jego ciele prosto na matę. Wymierzyłam kolejny cios, który okazał się ostatnim. Brunet spojrzał na mnie zamglonym wzrokiem i odklepał w matę trzy razy, dając mi do zrozumienia, abym zaprzestała kolejnego ataku.

To było naprawdę szybkie i łatwe.

Odetchnęłam z ulgą i podeszłam do Owena, który zbił ze mną piątkę. Przymknęłam powieki i oparłam się o grube liny. Brałam głębokie wdechy, próbując uspokoić serce, które biło jak szalone. Owen ściągnął mi rękawice z rąk i podał butelkę z wodą. Upiłam solidny łyk i spojrzałam na szatynkę, która z naburmuszoną miną grzebała w swojej torebce. Uśmiechnęłam się, widząc, jak wyciąga studolarówkę i mi ją podaje. Z przyjemnością chwyciłam banknot i włożyłam go w mój top sportowy. O'Kelly z uwagą mi się przyglądał, na co wzruszyłam ramionami.

- Czy wy się założyłyście? - zapytał z wyrzutem, patrząc teraz na swoją przyjaciółkę.

Szatynka wzruszyła ramionami, a on z powrotem na mnie spojrzał.

- Nie popłacz się - rzuciłam, schodząc z ringu.

Niesforne kosmyki włosów kleiły się do mojego mokrego ciała, a dłonią starłam z czoła ostatnie krople potu. Usiadłam na drewnianej ławce, ciągle pijąc zimną wodę. Oparłam się o ścianę i przymknęłam powieki, oddychając ciężko.

Ławka wydała ciche skrzypnięcie, co uświadomiło mnie w tym, że ktoś usiadł obok mnie, jednak mimo to moje oczy nadal pozostawały zamknięte. Oddychałam miarowo, czując na zmianę zimne i gorące dreszcze, które przeszywały moje ciało. Wypuściłam ze świstem powietrze z ust i delikatnie uchyliłam jedną powiekę, ale po chwili znów ją zamknęłam.

- Dałem ci wygrać - mruknął.

Spojrzałam na niego z politowaniem, powstrzymując się od kpiącego parsknięcia.

- Wmawiaj sobie - rzuciłam, po czym upiłam łyk wody.

Przeniosłam wzrok na Owena, który teraz zajęty był rozmawianiem z jakimś podopiecznym. Trener spokojnie tłumaczył mu, jak powinien dobrze wyprowadzać ciosy, a przynajmniej miałam wrażenie, że właśnie o tym mówił, bo żywo przy tym gestykulował.

- Będziesz tutaj siedział i zatruwał mi powietrze? - zapytałam i spojrzałam na Luke'a z niechęcią.

- Obydwoje wiemy, że moje towarzystwo cię nakręca - rzucił od razu, uśmiechając się tym typowym dla siebie, cwanym uśmieszkiem, a ja znów zamknęłam oczy, aby oszczędzić sobie tego widoku. - To nie sprawi, że zniknę.

- Ale sprawi, że nie będę musiała na ciebie patrzeć, O'Kelly.

Chłopak parsknął kpiąco, zapewne przewracając oczami. Nie lubił, kiedy się go ignorowało, a to sprawiało, że w jakimś sensie mieliśmy ze sobą coś wspólnego.

- A teraz po prostu stąd idź, bo nie mogę znieść twojej obecności.

- Słuchaj - szepnął, a jego oddech owiał moją twarz. Był za blisko; nawet nie musiałam na niego patrzeć, aby to wiedzieć. - Gdybym chciał, zostawiłbym cię już dawno, ale spodobało mi się granie z tobą w naszą małą grę.

Wciągnęłam gwałtownie powietrze, gdy poczułam jego palce na swojej szyi. Otworzyłam oczy, patrząc wprost w jego ciemne tęczówki, które płonęły dziwną żądzą. Nasze twarze dzieliło zaledwie kilka cali.

- Więc pobawię się tobą trochę dłużej - dodał.

- Kto powiedział, że to ty bawisz się mną? - wyszeptałam, zmniejszając odległość między nami do minimum. - Może to ja bawię się tobą? - powiedziałam i przejechałam paznokciem po jego mokrym torsie. Czerwone ślady nadal zdobiły jego skórę, świadcząc o tym, jak mocno zatapiałam w nim swoje szpony, podczas naszej wspólnej nocy. Zabawne, że nadal były bardzo dobrze widoczne. - Widzisz, Luke... - urwałam, wbijając aż do krwi paznokieć w jego skórę, po czym pociągnęłam nim w dół, uważnie obserwując twarz chłopaka. - Ty po prostu nie pozwalasz sobie odejść. Uzależniasz się ode mnie i kręci cię moja obecność, bo dobrze wiesz, że w każdej chwili mogę cię zabić.

Uśmiechnęłam się delikatnie, chwyciłam dłonie bruneta i ściągnęłam je ze swojego ciała, a następnie odepchnęłam go i wstałam z drewnianej ławki. Zabrałam rękawice i ostatni raz spoglądając na Luke'a, ruszyłam na drugi koniec sali. Zbiłam piątkę z trenerem i wyszłam na ciemny korytarz.

Przyjemny chłód otulił moje ciało, wywołując ciarki na skórze. Przeszłam przez hol, pchnęłam drzwi i weszłam w głąb szarego pomieszczenia. Rzuciłam rękawice na ławkę przy mojej szafce, zgarnęłam ręcznik i ruszyłam do łazienki.

Zrzuciłam z siebie ubrania, zawiesiłam ręcznik na szklanych drzwiach i weszłam do jednej z wolnych kabin. Gorąca woda spływała na moje ciało, wywołując nieprzyjemny dreszcz. Przymknęłam powieki i czułam, jak każdy mięsień w moim ciele się rozluźnia. Odetchnęłam cicho, zmywając z siebie lepki pot.

Zakręciłam wodę i wyszłam z kabiny, od razu otulając się ręcznikiem. Zgarnęłam swoje ubrania treningowe i podeszłam do szafki. Otworzyłam ją i wyjęłam czarną torbę z logo Nike na środku. Wyciągnęłam czyste ubrania i od razu je włożyłam, po czym poprawiłam włosy i opuściłam pomieszczenie z torbą zarzuconą na ramię. Poszłam do głównej sali, a Owen uśmiechnął się i ruchem dłoni przywołał mnie do siebie. Kilku młodych chłopaków stało na ringu, czekając na znak od trenera.

- Co jest? - zapytałam, podchodząc do blondyna.

Wzruszył ramionami, splatając dłonie na torsie.

- W następnym tygodniu będą kolejne zawody, Aithne - powiedział, wpatrując się w młodych. - Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z tego, że również weźmiesz w nich udział.

- Nie mam wyjścia, więc tak, wiem - odparłam, wzruszając obojętnie ramionami. - Coś jeszcze? - Zerknęłam przelotnie na ekran swojego telefonu.

- Dobrze się dzisiaj spisałaś - powiedział dumnie, klepiąc mnie po ramieniu, a ja zaśmiałam się cicho i skinęłam głową. - Uważaj na siebie, młoda.

- Trzymaj się, Owen - rzuciłam i wyszłam z sali.

Ciepłe powietrze od razu owiało moje ciało, a promienie słoneczne mnie oślepiły. Wyjęłam z torby czarne okulary Diora i wsunęłam je na nos. Odetchnęłam głęboko, wrzuciłam torbę na tylne siedzenie auta i wsiadłam za kierownicę. Włożyłam kluczyk do stacyjki i odpaliłam silnik. Samochód wydał z siebie cichy warkot. Zacisnęłam dłonie na kierownicy i wyjechałam z terenu klubu.

Po około trzydziestu minutach zaparkowałam samochód na podjeździe, zabrałam torbę treningową i weszłam po schodach. Pchnęłam masywne drzwi i weszłam w głąb domu. Odłożyłam torbę na komodę, zdjęłam tenisówki i ruszyłam do kuchni.

- Buongiorno, Vivian1.- Posłałam kobiecie ciepły uśmiech i zajęłam jedno z krzeseł przy wyspie kuchennej. Odłożyłam telefon na blat i podparłam na nim ręce.

- Buongiorno, Aithne! - odparła łagodnie, podając mi szklankę z sokiem.

- Grazie2 - mruknęłam, upijając solidny łyk. - Harry już wrócił?

- Tak, był zmęczony, więc położył się spać - odpowiedziała, kładąc przede mną talerz ze spaghetti.

Moje oczy rozszerzyły się do wymiarów jednocentówki. Spojrzałam na kobietę, która uśmiechała się szeroko, widząc moją reakcję.

- Smacznego, Aithne.

- O mój Boże... - wyszeptałam, po czym włożyłam makaron do ust i jęknęłam cicho. - Vivian, to jest takie pyszne!

- Marudziłaś o spaghetti od miesiąca. - Zaśmiała się, kręcąc z politowaniem głową. - W końcu się ugięłam i postanowiłam ci je zrobić.

- Jesteś najlepsza! - pisnęłam.

- Jedz, nie gadaj - skarciła mnie, machając palcem wskazującym.

Kąciki moich ust drgnęły ku górze. Przewróciłam oczami i w ciszy zabrałam się za jedzenie, co jakiś czas popijając makaron kawą, którą przygotowała mi gosposia.

Odłożyłam brudny kubek i pusty talerz do zmywarki, zamknęłam ją, a następnie oparłam się o blat, splatając ręce pod piersiami. Harry wszedł do kuchni i przeczesał palcami rozczochrane włosy, a następnie przetarł zaspaną twarz i uśmiechnął się do mnie sennie. Objął mnie ramieniem, przyciągając do swojej nagiej klatki piersiowej. Przymknęłam powieki i czułam się przy nim bezpiecznie. Uśmiechnęłam się delikatnie, kiedy poczułam usta Harry'ego na moich włosach. Trwaliśmy w takiej pozycji kilka minut, nic nie mówiąc. Chłopak odsunął się ode mnie, wyciągnął kubek z szafki i wsypał do niego kilka łyżeczek kawy. Zalał ją wodą i rozmieszał, w międzyczasie wsypując trochę cukru.

- Jak się czujesz, siostra? - zapytał ochryple, po czym skrzywił się i chrząknął, upijając łyk kawy.

- W porządku - odpowiedziałam, uśmiechając się lekko.

Brat spojrzał na moją szyję, później na ręce, a panika błysnęła w jego oczach. Odstawił kubek na blat obok mnie, chwycił moje obolałe i opuchnięte ręce, uważnie skanując każdy cal mojej skóry. Przerażenie w jego tęczówkach zatańczyło, kiedy ponownie skrzyżował ze mną spojrzenie.

- Nic mi nie jest, to przez trening.

- Aż tak? Nigdy nie miałaś tak mocno poobijanych rąk, Aithne. - Westchnął, przecierając twarz dłońmi. W jego głosie słychać było troskę zmieszaną z niepokojem. - Dlaczego masz tak mocno opuchnięte ręce?

- Bo po głównym treningu miałam jeszcze jeden, dodatkowy. - Wzruszyłam obojętnie ramionami. - Biłam się z O'Kellym. Owen chciał zobaczyć, jak sobie poradzimy.

Harry zacisnął szczęki, wciągając powietrze nosem. Nie lubił, kiedy moją skórę zdobiły siniaki czy zadrapania. Chciał mnie przed tym chronić, jednak bardzo dobrze wiedział, że w naszym małym, chorym świecie nie da rady, i właśnie to czasami go dołowało. Byłam jego oczkiem w głowie.

Oplotłam go ramionami w pasie i przymknęłam powieki, a następnie pogładziłam uspokajająco ręką jego plecy. On jednak mnie nie objął, ale wiedziałam, że mimo to się rozluźnił, bo jego oddech spowolnił.

- Naprawdę nic mi nie jest, Harry - szepnęłam, odsuwając się od niego. Zadarłam głowę i uśmiechnęłam się delikatnie. - Obejrzymy razem Iron Mana? - Zrobiłam minę jak kot z bajki, a Harry starał się powstrzymać wpływający na jego twarz uśmiech. - Proszę.

- Nie - powiedział twardo, minął mnie i wyjął popcorn z szafki. Odsunął szufladę, chwycił kilka opakowań Reese's i rzucił je w moją stronę. - Kto ostatni w salonie, przegrywa.

Zaśmiałam się głośno i biegiem ruszyłam do salonu, wymijając rozbawioną Vivian, która z szerokim uśmiechem nam się przyglądała. W jej oczach można było dostrzec szczęście, kiedy tak na nas patrzyła. Odbiłam się od podłogi i rzuciłam przez oparcie kanapy, zajmując całą jej powierzchnię. Odwróciłam się na plecy i zgarnęłam włosy z twarzy. Mój brat zgromił mnie wściekłym spojrzeniem i przygryzł wnętrze policzka, by tylko nie rzucić komentarza, w którym oznajmiłby mi, że oszukiwałam. Zawsze to robił.

- Oszukiwałaś - mruknął pod nosem, siadając na fotelu.

Zaśmiałam się cicho, wygodniej usadawiając się na sofie.

- Złość piękności szkodzi, braciszku - rzuciłam, odpakowując Reese's.

- Dobrze, że tobie już nie ma w czym zaszkodzić.

- Jesteś bezczelny, Harry - powiedziałam oskarżycielsko, a on uśmiechnął się szeroko, marszcząc przy tym swój nos. - B e z c z e l n y.

- Ale i tak mnie kochasz.

***

So we never regret that life's gonna be what we be. So we turn the music up tonight. Let the beat set you free. Give it everything you got. And dance all your worries away. Forget yesterday. This life is a game. And love is the name.

Nieznany numer: Venerd?3, 22:00

Nieznany numer: 34? 9' 3.041" N

Nieznany numer: 118? 15' 18.342" W

Wpatrywałam się w ekran telefonu, uważnie skanując każdą z trzech wiadomości. Muzyka leciała gdzieś w tle. Odsunęłam krzesło i usiadłam przy biurku, chwytając za długopis oraz kartkę. Zapisałam współrzędne widniejące na ekranie i zablokowałam urządzenie.

34? 9' 3.041" N 118? 15' 18.342" W

Westchnęłam cicho, zagryzając końcówkę długopisu, który trzymałam między palcami. Przelotnie zerknęłam na zegarek. Dwudziesta pierwsza. Cholera, miałam pieprzoną godzinę, aby znaleźć się w wyznaczonym miejscu.

Chwyciłam telefon i szybko go odblokowałam. Weszłam w przeglądarkę i wpisałam współrzędne, po czym jęknęłam przeciągle, widząc lokalizację, która mi się wyświetliła. Czemu nie zrobiłam tego od razu? Zgasiłam małą lampkę, schowałam telefon do tylnej kieszeni spodni, złapałam szarą bluzę i wyszłam z pokoju. Zbiegłam po schodach, włożyłam białe tenisówki i zgarnęłam klucze z szafki, po czym rozczesałam włosy i zarzuciłam je na plecy.

- Wrócę późno - krzyknęłam, wychodząc z domu. Zerknęłam na Harry'ego, który chwycił mnie za ramię, przez co się zatrzymałam.

- Dokąd idziesz? - spytał, marszcząc brwi. Jego zielone oczy lustrowały moją twarz, stale się czegoś doszukując.

- Dostałam współrzędne miejsca, w którym Benji chce się ze mną spotkać. Chyba Benji, ale spokojnie, nic mi nie będzie - zapewniłam, uśmiechając się uspokajająco.

- Kamizelkę włożyłaś? - zapytał, a ja skinęłam głową. - A broń?

Przewróciłam oczami, chwytając za koniec bluzy. Podciągnęłam materiał i odsłoniłam pistolet oraz srebrny sztylet. Blondyn odetchnął z wyraźną ulgą i skinął głową.

- Uważaj na siebie i masz dzwonić, gdyby się coś działo.

- Ty też uważaj, Harry. - Poklepałam go po ramieniu i zbiegłam po schodach.

Zadarłam głowę, spoglądając na niebo spowite gwiazdami. Uśmiechnęłam się, od razu dostrzegając Małą oraz Wielką Niedźwiedzicę. Spojrzałam ostatni raz na brata, który uważnie mi się przyglądał.

- Widzimy się po północy.

Wsiadłam do samochodu, odpaliłam silnik i patrząc w mały monitor, wycofałam tak, aby lepiej było mi wyjechać. Przywitałam się z kilkoma ochroniarzami pilnującymi bramy i opuściłam teren naszej posesji. Dookoła panował mrok, ponieważ korony drzew usilnie nie wpuszczały do lasu światła księżyca. Drzewa kołysały się na różne strony, a liście szumiały.

Mocniej zacisnęłam ręce na kierownicy, sprawnie nią manewrując, i skręciłam w jedną z przecznic, uważnie obserwując okolicę. Po chodniku na deskach poruszała się grupa nastolatków, która śmiała się tak głośno, że zagłuszała mi piosenkę. Przewróciłam poirytowana oczami i podgłośniłam muzykę, stukając paznokciami w kierownicę.

Skręciłam w lewo, wjeżdżając na N Brand Blvd. Ulica zapełniona była samochodami oraz ludźmi stojącymi pod jednym z klubów nocnych. Zaparkowałam na jednym z wolnych miejsc, poprawiłam bluzę i wysiadłam z samochodu, po czym zamknęłam go z pilota.

"La Diosa Night Club".

Odetchnęłam głęboko, kierując się w stronę wejścia. Kolejka była cholernie długa. Podeszłam do dwóch masywnych ochroniarzy, którzy z kpiną wymalowaną na twarzy zlustrowali wzrokiem moje ciało. Przewróciłam oczami, wyciągając dowód z tylnej kieszeni. Mężczyźni spojrzeli na siebie porozumiewawczo i rozsunęli się tak, abym mogła przejść. Wystawiłam środkowy palec do osób stojących w kolejce, które coś krzyknęły w moją stronę.

Zarzuciłam włosy do tyłu i pewnym krokiem ruszyłam w głąb budynku, który naprawdę prezentował się bardzo dobrze. Zapach alkoholu mieszający się z wonią potu uderzył w moje nozdrza. Skrzywiłam się z obrzydzeniem, gdy szłam przed siebie. Niebieskie i czerwone światła migotały na zmianę. Zerknęłam na podświetlaną ladę, za którą stał jeden z młodych barmanów. Uśmiechnął się szeroko, krzyżując ze mną spojrzenie. Zmarszczyłam brwi, przyglądając mu się troszkę dłużej, niż to planowałam.

Skądś go kojarzę.

Zmrużyłam powieki i rozejrzałam się po klubie. Na parkiecie roiło się od ocierających się o siebie ludzi. Muzyka grała coraz głośniej, a dym unosił się w całym pomieszczeniu. Mój wzrok zatrzymał się na mężczyźnie stojącym pod jedną ze ścian. Patrzył prosto na mnie. Skinął głową, wskazując jasno, że mam iść za nim. Parsknęłam cicho, przeciskając się przez lekko wstawionych ludzi. Dotarłam na korytarz, gdzie muzyka nie grała tak głośno, ale w uszach mi szumiało.

Westchnęłam cicho, wspinając się po ciemnych schodach, które podświetlone były czerwonymi diodami wbudowanymi w stopnie. Światło lekko raziło mnie w oczy, przez co mimo panującego tu półmroku zsunęłam na nos okulary przeciwsłoneczne, które zgarnęłam z samochodu. Przeszliśmy przez ciemny korytarz, w którym nie było słychać nic poza naszymi oddechami. Serce biło mi jak szalone, kiedy mężczyzna spojrzał na mnie przez ramię i wskazał, że mam wejść do jednego z pomieszczeń. Przekroczyłam próg, a drzwi za mną zostały zatrzaśnięte. Wzdrygnęłam się lekko, zerkając zaniepokojona przez ramię.

Rozejrzałam się po ciemnym pokoju. Czerwone światełka LED połyskiwały przy suficie, tworząc półmrok w pomieszczeniu. Mój wzrok padł na skórzaną sofę, która stała przy oszklonej ścianie. Siedząc na niej, można było patrzeć na tańczących na dole ludzi, którzy upijali się i śmiali. Niektórzy z nich obściskiwali się w kątach, nie będąc świadomi tego, że byli obserwowani. Benji siedział wygodnie na kanapie, sączył bursztynową ciecz ze szklanki i przyglądał się parze, która ewidentnie dobrze bawiła się przy jednej ze ścian. Skrzywiłam się nieznacznie, odrywając od nich wzrok i robiąc krok w przód.

- Usiądź, Aithne - powiedział spokojnie brunet. Jego tęczówki na wskroś mnie przeszywały, uważnie skanując każdy cal mojego ciała.

Wzdrygnęłam się z obrzydzeniem.

- Postoję - rzuciłam, opierając się o jedną ze ścian. Splotłam ręce na piersiach, przygryzłam wnętrze policzka i wbiłam wzrok w starszego mężczyznę.

- Powiedziałem: usiądź - powtórzył dużo ostrzej, wpatrując się wprost w moje oczy.

Nie odwróciłam wzroku, a jedynie uśmiechnęłam się nieznacznie i nadal nie ruszyłam się z miejsca.

- A ja powiedziałam, że postoję. Czegoś nie zrozumiałeś? Mam ci to może przeliterować?

- Pyskata, lubię takie - wymruczał, upijając łyk bursztynowej cieczy. Oblizał wargi, obdarzając mnie szerokim uśmiechem, a ja spojrzałam na niego z obrzydzeniem, czując, jak żółć staje mi w gardle. - Ale nie po to cię tutaj wezwałem, Aithne.

- Do sedna, nie mam dla ciebie zbyt dużo czasu. - Udałam, że stukam palcem w zegarek na nadgarstku, którego tak naprawdę nie miałam.

Mężczyzna zaśmiał się, nie spuszczając ze mnie wzroku. Jego obrzydliwe niebieskie tęczówki były przerażające. Wywoływały we mnie bardzo nieprzyjemne uczucie niepokoju, kiedy bezwstydnie przesuwały się po moim ciele, na dłużej zatrzymując się na moich krągłościach. Wstrzymałam oddech, widząc, jak jego przyrodzenie drgnęło pod materiałem spodni. Odliczyłam w myślach do dziesięciu i przesunęłam palcami po opasce na mojej nodze. Ochroniarz dostrzegł mój ruch i natychmiast wycelował we mnie broń, kładąc palec na spuście.

- Lubię cię. - Benji odłożył szklankę na szklany stół i splótł palce, wygodniej się usadawiając. - Dlatego też chciałbym cię mieć u swojego boku jako wspólniczkę. Możesz dużo na tym zyskać, Aithne.

- Nie potrzebuję wspólników, więc niepotrzebnie mnie tutaj ściągałeś - rzuciłam beznamiętnie, walcząc sama ze sobą, by nie zwymiotować na podłogę. Fakt, że się podniecił, patrząc na mnie, przyprawiał mnie o mdłości. - Jeśli to tyle, to do zobaczenia albo i nie. - Odwróciłam się i podeszłam do drzwi.

- Pomogę ci zabić Luke'a - powiedział mężczyzna spokojnie, a ja zatrzymałam się w pół kroku, zerkając na niego przez ramię. - Myślę, że spodoba ci się to, co mam do zaoferowania.

- W takim razie nie myśl. Jeśli będę chciała, to zabiję go sama, nie potrzebuję do tego twojej pieprzonej pomocy - rzuciłam ostro, a jeden z jego ochroniarzy zerknął na niego porozumiewawczo i ponownie wyciągnął w moją stronę broń. - Nawet nie próbuj - warknęłam, wyciągając pistolet.

Przeładowałam broń i pociągnęłam za spust, strzelając prosto w nogę faceta. Upadł na kolana i przycisnął dłonie rany, z której tryskała krew.

- Właśnie dlatego cię lubię. - Benji uśmiechnął się szeroko. - Masz w sobie coś, co sprawia, że potrzebuję cię do własnych interesów. Jesteś młodą, seksowną kobietą, która ma naprawdę wiele doświadczenia w tym świecie.

- A Luke? On też głupi nie jest - powiedziałam obojętnie, wpatrując się w jego przerażająco spokojną twarz. - Poradzi sobie, może.

- I tutaj mamy problem, Aithne.

Wzdrygnęłam się, słysząc swoje imię z jego ust. Wypowiedział je tak... no nie wiem... obrzydliwie.

- Luke ma do mnie złowrogie nastawienie i właśnie dlatego chcę go zabić. Ten chłopak ma ostro najebane w głowie i nieco krzyżuje mi plany.

Co za ironia, a ja niby nie mam?

- I właśnie ja mam ci w tym pomóc? - zapytałam, a Benji upił łyk whisky i skinął głową. - Dlaczego?

- Po prostu wszyscy za wszelką cenę chcą się go pozbyć. Sam również tego pragnę, a ty mi w tym pomożesz - powiedział z uznaniem, nakazując ruchem dłoni, abym podeszła bliżej.

Zaśmiałam się z ironią, kręcąc głową. Brunet przyglądał mi się z niebezpiecznym błyskiem w oczach. Chwycił się za krocze i poprawił spodnie, ale pomimo to nawet na sekundę nie pozwolił sobie spuścić ze mnie wzroku.

- Przecież ty też chcesz jego śmierci, Aithne.

- Może i chcę, ale nie będę współpracować z tak obrzydliwą kreaturą, jaką jesteś ty - powiedziałam, przykładając dłoń do ust i hamując się przed zwymiotowaniem.

Czy chciałam śmierci Luke'a? Właściwe to sama tego nie wiedziałam. Chciałam zrobić mu krzywdę, ale nie teraz. Fakt, że O'Kelly się ode mnie uzależniał, napawał mnie satysfakcją i nakręcał do dalszego brnięcia w naszą małą gierkę.

- Widzę to w twoich oczach. - Benji zaśmiał się perliście, a z jego ust wyleciał biały dym, który mienił się w czerwonym świetle.

Przewróciłam oczami, a następnie strzeliłam prosto w głowę rannego już faceta. Benji wzdrygnął się, patrząc na mnie ze zdziwieniem. Obojętnie wzruszyłam ramionami i otworzyłam drzwi.

- Przemyśl to, Aithne - poprosił, a ja zerknęłam na niego przez ramię, po raz kolejny obdarzając pełnym obrzydzenia spojrzeniem.

- Nie, dzięki.

Zatrzasnęłam za sobą drzwi i schowałam broń za pasek spodni. Ruszyłam ciemnym korytarzem, oddychając ciężko. Zbiegłam po schodach, od razu kierując się do wyjścia. Przecisnęłam się przez tańczących ludzi i wypadłam na zewnątrz. Zachłysnęłam się świeżym powietrzem i rozejrzałam po ulicy. Pełno ludzi nadal stało w kolejce.

Skinęłam głową do ochroniarzy i pośpiesznie ruszyłam do samochodu. Czarny range rover stał na jednym z zatłoczonych parkingów. Zajęłam miejsce kierowcy i oparłam głowę na kierownicy. Moje serce waliło jak szalone, ale oddech był miarowy.

Musiałam jak najszybciej opuścić to miejsce. Jechałam pustymi ulicami Glendale. Dziwne. Zawsze w piątki te ulice były zapełnione, szczególnie w nocy, kiedy ludzie jechali lub szli się bawić w klubie.

Zaparkowałam pod kamienicą i wysiadałam z samochodu. Teraz wyglądała dużo bardziej przerażająco niż ostatnim razem, kiedy tu byłam. Pełna niepokoju weszłam do klatki schodowej i zapaliłam światło. Wspięłam się szybko po schodach, aby znaleźć odpowiednie mieszkanie. Zastanawiałam się, czy aby na pewno to jest dobry pomysł. Nie znałam go, a jednak czułam jakieś zobowiązanie, aby sprawdzić, czy wszystko jest okej.

Stanęłam przed drzwiami z ciemnego drewna.

Możesz się jeszcze wycofać, Aithne.

Zastanawiałam się, czy to dobry pomysł. Czy to, co zrobię, nie wyjdzie tak sztywno i niezręcznie. Po namyśle wzięłam głęboki wdech i kilka razy zapukałam w drzwi. Spuściłam wzrok na swoje nogi, czekając, aż ktoś raczy otworzyć. Pierwsza minuta, druga minuta i nic. Odwróciłam się z zamiarem odejścia, jednak usłyszałam przekręcający się w zamku klucz. Zwróciłam się ponownie w stronę mieszkania i podniosłam wzrok, aby po chwili zobaczyć bruneta. Wyglądał strasznie. Miał na sobie jedynie szare dresy, które odsłaniały jego kości biodrowe, jego ręce były lekko opuchnięte, a oczy czerwone ze zmęczenia. Miał rozciętą wargę, a tors zdobiło kilka pojedynczych siniaków. Okropieństwo.

Chłopak patrzył na mnie przenikliwie, nie wyrażając żadnych emocji. Wyglądał tak obojętnie.

- Będziesz tak stać i się gapić czy powiesz mi, co tutaj robisz o pierwszej w nocy? - zapytał ochryple.

Wzdrygnęłam się na brzmienie jego głosu. Przetarłam oczy dłońmi, aby choć trochę ocucić się z letargu, który mną zawładnął.

- Smith? - ponaglił.

- Co? A tak, byłam u Johnsona - poinformowałam, a w jego oczach błysnęła złość. Kąciki moich ust drgnęły ku górze na jego reakcję. - Złożył mi zajebiście kuszącą propozycję.

- To znaczy?

- To znaczy, że muszę cię zabić, O'Kelly - wyszeptałam, wyciągając srebrny sztylet.

***

Ze znudzeniem wpatrywałam się w kartkę, po której bazgrałam od dobrych dwudziestu minut. Oparłam głowę na dłoni, a w ręce trzymałam długopis, którym jeździłam po zarysowanym papierze. W pewnym momencie wzdrygnęłam się, słysząc swoje imię.

- Aithne.

Zerknęłam na nauczyciela, który podobnie jak reszta uczniów wpatrywał się we mnie. Odłożyłam długopis i przełknęłam nerwowo ślinę.

- Kim był Ted Bundy?

- Poważnie? - Parsknęłam rozbawiona, ale Jayden z surowym wyrazem twarzy nie wydawał się żartować. Przewróciłam oczami, wygodniej usadawiając się na drewnianym krześle. - Był seryjnym mordercą. Jednym z najkrwawszych w Ameryce i właściwie to Theodore Robert Bundy, a nie Ted. - Wzruszyłam ramionami, ze znudzeniem patrząc przed siebie, i kręciłam długopisem między palcami. - Z tego, co mi wiadomo, zabijał głównie młode kobiety, używając do tego tępych narzędzi, czasami zdarzyło mu się zacisnąć palce na ich szyi, aby je udusić - dodałam, a cała klasa parsknęła cichym śmiechem, jednak kiedy nauczyciel posłał im srogie spojrzenie, natychmiast się uspokoili. - Cóż, kto wie, może akurat te panienki kręciło podduszanie.

- Skończ żartować - rzucił ostro, siadając za biurkiem, a ja uśmiechnęłam się ironicznie, ponieważ Jayden i tak nie mógł mi nic zrobić. - Kontynuuj, ale bez żartów.

- Ależ ja mówię całkowicie poważnie, proszę pana. - Ostatnie dwa słowa wypowiedziałam dość dwuznacznie i kokieteryjnie, przez co jego jabłko Adama zadrżało, kiedy przełknął ślinę. - Coś nie tak?

- Nie, możesz mówić dalej.

Kręciłam go i bardzo dobrze o tym wiedziałam.

- Dziękuję za pozwolenie, proszę pana - powiedziałam, uśmiechając się niewinnie, a klasa ponownie się zaśmiała, patrząc na nauczyciela z rozbawieniem. - Przed morderstwem wykorzystywał swoje ofiary seksualnie, ale nie robił tego zawsze. - Westchnęłam, podpierając głowę na rękach. - O! Dopuszczał się nawet nekrofilii - rzuciłam. - Przyznał się do trzydziestu morderstw, jednakże prawdziwa liczba nie jest znana. - Wzruszyłam niedbale ramionami, a szatyn i uczniowie przyglądali mi się w milczeniu. - Cóż, udało mu się uciec dwa razy z więzienia, co świadczy o cholernej nieuwadze funkcjonariuszy w tamtych czasach, chociaż w tych też.

- Co masz na myśli? - zapytał nauczyciel, marszcząc brwi.

- To, że nasza lekcja właśnie dobiegła końca - powiedziałam, słysząc dzwonek, który poinformował nas o zakończeniu zajęć.

Wszyscy pospiesznie spakowali swoje podręczniki i biegiem wyszli z klasy, kierując się do swoich samochodów. Kąciki moich ust drgnęły, kiedy zauważyłam, że Jayden przyglądał mi się z uwagą. Schowałam książki do plecaka i podeszłam do drzwi.

- Pamiętaj, że o osiemnastej masz zjawić się u moich rodziców - rzuciłam, spoglądając na mężczyznę przez ramię, i wyszłam z klasy.

Korytarz był niemalże pusty. Przeszłam wzdłuż szafek i pchnęłam mosiężne drzwi prowadzące na dwór. Wsunęłam na nos okulary przeciwsłoneczne i rozejrzałam się po parkingu pełnym ludzi. Wszyscy byli zafascynowani jakimś facetem na motocyklu. Przewróciłam oczami, bo ich fascynacja była zabawna. Wzrokiem błądziłam po terenie, szukając Thomasa, który powinien już po mnie przyjechać.

Skrzywiłam się, słysząc pisk jakiejś dziewczyny. Zerknęłam w tamtym kierunku. Moim oczom ukazała się Mia, która z szerokim uśmiechem na twarzy zarzucała ręce na szyję chłopaka, którym wszyscy się zachwycali. W moim żołądku skręciło się coś nieprzyjemnie, kiedy ściągnął kask i spojrzał wprost na mnie.

Błagam, nie.

Brunet uśmiechnął się cynicznie, odsuwając od siebie pierwszoklasistkę, która tupnęła nogą jak małe dziecko i prychnęła, z oburzeniem krzyżując ręce na piersi.

O'Kelly zszedł z motoru i powolnym krokiem ruszył w moją stronę. Spojrzenia wszystkich obecnych na parkingu zwróciły się na mnie. Brunet zatrzymał się przede mną, ściągając mi okulary z oczu, a ja patrzyłam na niego z pogardą. Nachylił się w moją stronę tak, aby nasze twarze znalazły się na tej samej wysokości. Usta chłopaka były tak blisko moich, że jego oddech rozbijał się na moich wargach.

- Czy ty masz obsesję na moim punkcie, O'Kelly? - zapytałam, kładąc ręce na jego ramionach, aby go lekko od siebie odsunąć. - Przyznaj się, że coś cię do mnie ciągnie.

- Dokładnie tak, Smith - powiedział, uśmiechając się cynicznie.

Słyszałam szepty innych uczniów, którzy przyglądali nam się z zaciekawieniem. Dłonie Luke'a znalazły się na moich biodrach.

- A teraz przez moją obsesję pozwolę sobie ciebie porwać.

- Chcesz się w Greya pobawić? - Parsknęłam kpiąco, widząc jego postawę. - Jeśli myślisz, że będę ci posłuszna w jakikolwiek sposób, to się mylisz, O'Kelly.

- Ależ ty jesteś wkurwiająca. - Wyprostował się, jakby dostał właśnie z liścia w policzek.

Uśmiechnęłam się sarkastycznie, zerkając na ludzi, którzy nadal nam się przyglądali. Wystawiłam w ich stronę środkowy palec i uraczyłam niezwykle chłodnym uśmiechem.

- Chodź, pokażę ci coś.

- Tak łatwo porwać się nie dam. Musisz się postarać, O'Kelly.

Westchnął zirytowany, a następnie położył dłonie na moich biodrach i zwinnym ruchem przerzucił mnie sobie przez ramię. Pisnęłam zaskoczona, chwytając się jego bluzy. Moje palce boleśnie zacisnęły się na czarnym materiale, a wściekłość zalała mnie potężną falą. Czułam, że moje paznokcie wbiły się w jego skórę przez materiał, przez co przeszedł go dreszcze. Luke postawił mnie przed motocyklem i z zadowoleniem cofnął się o krok. Wyglądał na dumnego z siebie, kiedy z mordem w oczach mu się przyglądałam. Po chwili usiadł na motocyklu, rzucając mi przelotne spojrzenie.

- Siadaj - polecił stanowczo, a ja zaśmiałam się kpiąco. - Teraz - dodał ostrzej, a wzdłuż mojego kręgosłupa przebiegł nieprzyjemny dreszcz.

Skrzywiłam się, wykonując jego polecenie. Objęłam bruneta w pasie i mocno przyległam do jego pleców. Biło od niego ciepło, przez które przeszyły mnie ciarki. Chłopak odpalił maszynę, a warkot silnika rozniósł się echem po parkingu.

Mocniej osunęłam się na ciało bruneta, chowając głowę w zagłębieniu jego szyi. Poczułam, jak wciągnął powietrze. Uśmiechnęłam się, co mógł wyczuć na rozpalonej skórze. Chłopak skręcił gwałtownie w jedną z uliczek, a ja zacisnęłam mocno powieki i ciaśniej oplotłam go rękami w pasie. Nie za bardzo chciałam patrzeć na własną śmierć.

Zerknęłam w lusterko i dostrzegłam, z jaką uwagą Luke obserwował drogę, po której się poruszaliśmy. Pisnęłam przerażona, kiedy mocno zahamował. Ponownie zerknęłam w lusterko, a nasze spojrzenia się spotkały. Przez jego tęczówki przebiegł niebezpieczny błysk. Maszyna zawarczała, a my ponownie ruszyliśmy. Sprawnie mijaliśmy kolejne mile kalifornijskich dróg. Wiatr omiatał moją twarz oraz włosy, które rozwiewał na wszystkie strony świata.

Motor ucichł. Spojrzałam na Luke'a, który odwrócił głowę i uważnie mi się przyglądał. Jego cholernie ciemne tęczówki dokładnie skanowały każdy cal mojej twarzy. Zeskoczyłam z motocykla, poprawiając poplątane włosy. Brunet jeszcze raz zlustrował moje ciało, odkładając kask na maszynę.

- Santa Monica, żartujesz sobie? - Założyłam ręce na piersi, patrząc na niego z niedowierzaniem.

- Oczywiście, że nie. - Jego głos był ostry i zimny. Chłopak gwałtownym ruchem chwycił moje ramię, boleśnie zaciskając na nim palce. - Kogo zabiłaś tamtej nocy?

- To znaczy? - Zmarszczyłam brwi, próbując wyrwać się z jego uścisku.

- Nie udawaj głupiej. Wiem, że jesteś mądrą dziewczynką, Smith.

Przewróciłam oczami na te słowa. Boże święty, jego humor zmieniał się szybciej niż mi podczas okresu.

- Tydzień po nocy u mnie. W ślepej uliczce obok klubu - wyjaśnił.

- Och, wtedy... - westchnęłam, udając, że intensywnie nad czymś myślę. - Nie twój interes.

- Czy to był ktoś z ludzi Johnsona?

- Może - powiedziałam, wzruszając niedbale ramionami.

- Wątpię. - Parsknął krótkim śmiechem, przez który przeszły mnie ciarki.

- Skąd ta pewność?

- Bo tam byłem. - Zmierzył mnie wzrokiem. - I widz...

- Nie, nie byłeś i nie widziałeś - wtrąciłam ostro. - Dosłownie nic nie widziałeś.

- Powiedz mi, czym zajmują się twoi rodzice, że wciągnęli cię w takie bagno? - Luke patrzył na mnie przenikliwie, zmniejszając dystans między nami. Pochylił się nade mną, a jego oddech owiał moją twarz. - Mów, Smith.

Rodzice od dziecka mówili mi i Harry'emu, że nigdy nie powinniśmy mówić o ich pracy. Zajmowanie się produkcją i rozprowadzaniem niebezpiecznej broni raczej nie było tematem, którym warto byłoby się chwalić. Moi rodzice byli najbardziej cenieni również z przemytu nielegalnych narkotyków i innych dziwnych substancji, jak i prania brudnych pieniędzy. O tym wszystkim wiedział rząd, ale przez to, że współpracował z moimi rodzicami, byliśmy też najbardziej chronionymi ludźmi w Stanach. Ale dla społeczeństwa Christian i Delilah Smith byli po prostu najlepszymi prawnikami w kraju.

Nic ciekawego.

- Nie twój pieprzony interes - mruknęłam, pochylając się nad nim jeszcze bardziej. Nasze twarze niemal się ze sobą stykały. - Zrozumiałeś? - Moje wargi otarły się o jego.

- Mogłabyś powtórzyć? - wyszeptał, a nasze usta ponownie się dotknęły. - Chyba nie zrozumiałem. - Cichy, zachrypnięty, ale nadal melodyjny głos dotarł do moich uszu, a ciepły oddech chłopaka owiał moją skórę. - Zdecydowanie nie zrozumiałem.

Brunet uśmiechnął się delikatnie i wpił się w moje wargi. Zamknęłam oczy i złapałam jego kark, by przyciągnąć go bliżej. Całowaliśmy się bardzo brutalnie, podgryzając i ssąc swoje wargi. Chłopak wsunął ręce pod moje uda i uniósł mnie, a ja oplotłam go nogami w pasie, aby było mi wygodniej. Wsunęłam palce w jego rozczochrane włosy, ciągnąc za nie lekko, na co spomiędzy jego warg wyrwał się pomruk. Poczułam przyjemne uczucie w dole brzucha.

Wrogowie z korzyściami.

Odsunęłam się od niego i patrzyłam mu w oczy. Były całe czarne i płonęły z pożądania. Wyglądał, jakby chciał przedłużyć tę chwilę w nieskończoność, ale czy ja chciałam?

Moje stopy z powrotem zetknęły się z ziemią, a oddech wracał do normy. Rozejrzałam się po okolicy, w której się znajdowaliśmy. Piaszczysta plaża rozciągała się na kilka dobrych kilometrów. Mój wzrok zatrzymał się na drewnianym podeście, na którym znajdowało się koło młyńskie oraz inne atrakcje i oczywiście mnóstwo ludzi.

Ruszyłam w stronę pomostu, a chłopak zrobił to samo, dotrzymując mi kroku. Nie przeszkadzało mi jego towarzystwo, dopóki nie miał zamiaru się odezwać. Weszliśmy na drewniane płyty i niemal od razu przeszliśmy przez całą powierzchnię. Usiadłam na krawędzi pomostu, przez co moje stopy stykały się z wodą. Nie była zimna, ale ciepła też nie. Była dość przyjemna, jeśli można tak powiedzieć. Pierwsze gwiazdy odbijały się w tafli wody, co tworzyło miły, spokojny klimat. Uwielbiałam takie miejsca. Można było uciec od wszystkiego, oczyścić swój umysł i przede wszystkim się odprężyć.

- Wiesz, że mam ogromną ochotę wrzucić cię do tej wody? - zapytał spokojnie Luke.

Odwróciłam się do chłopaka, który wpatrywał się w punkt przed sobą. Promienie zachodzącego słońca idealnie padały na jego twarz, przez co mogłam dostrzec jego idealnie zarysowaną szczękę.

- Cholera, a liczyłam na jakieś przyjemniejsze atrakcje - powiedziałam, ciągle się w niego wpatrując. - Zawodzisz mnie, O'Kelly.

- Na przyjemności przyjdzie pora. - Spojrzał na mnie i uśmiechnął się delikatnie. - Jak się nie odzywasz, to jesteś całkiem znośna - dodał, a ja posłałam mu złowrogie spojrzenie, przez co się zaśmiał. To był tak przyjemny dźwięk dla uszu. Bez nuty kpiny czy cynizmu. Szczery śmiech Luke'a. - Poważnie.

- A ty nie jesteś tak irytujący jak zazwyczaj - skwitowałam ironicznie.

- Mogę coś zrobić?

Przybliżył się do mnie, a dłoń położył na dole moich pleców. Zmierzyłam go wzrokiem, po czym trochę się odsunęłam, jednak na marne. Brunet, nie ściągając swojej dłoni, przybliżył się niebezpiecznie.

- Chyba cię Bóg opuścił. Jeśli wydaje ci się, że pozwolę ci cokolwiek zrobić, to się, kurwa, my...

Brunet pchnął mnie do przodu, a ja w ostatniej chwili zacisnęłam powieki. Letnia woda pochłonęła moje ciało, a ubrania robiły się cięższe. Wynurzyłam się spod tafli wody i przetarłam twarz dłońmi. Na sto procent wyglądałam jak panda przez tusz do rzęs rozmazany na mojej twarzy.

Cholera, mój telefon!

Sięgnęłam do tylnej kieszeni, jednak już go tam nie było. Jak miałam znaleźć go w tej wodzie? Nawet nie dosięgałam dna, aby chociaż stopą poszukać. Spojrzałam na chłopaka, który zwijał się ze śmiechu.

Czy on trzyma w ręce mój telefon?

- Ty chory kretynie! - krzyknęłam zbulwersowana. - Myślałam, że go zgubiłam. - Ponownie zanurzyłam się pod powierzchnią wody i zbliżyłam do drewnianej belki. Luke nie mógł mnie zauważyć, a ja za nic nie chciałam zdradzić, gdzie dokładnie jestem.

- Smith! - zawołał, gdy minęło kilka minut, po czym wstał i zrobił parę kroków. - Dobra, Smith, to nie jest zabawne - powiedział zdenerwowany.

Och, nie jest zabawne? Moim zdaniem jest i to bardzo.

- O'Kelly! - krzyknęłam najbardziej dramatycznie i przerażająco, jak umiałam. - W tej wodzie coś jest - dodałam, a głośny szloch wydobył się z moich ust.

Usłyszałam głośny plusk, co oznaczało jedno - ten kretyn wskoczył do wody. Wypłynęłam spod pomostu i podpłynęłam do bruneta, który właśnie wynurzał się na powierzchnię. Spojrzałam na jego wystraszoną twarz, a następnie wybuchłam głośnym, niekontrolowanym śmiechem. Chłopak spojrzał na mnie ze złością, ale pomimo tego ja nadal się śmiałam. Wyglądałam pewnie jak debilka z rozmazanym makijażem i śmiejąc się jak opętana.

Bawiło mnie to. Naprawdę bawiło mnie to, że chłopak, który mnie nie zna, po prostu wystraszył się tego, że coś mi się mogło stać. Niby i był straszy o trzy lata, ale panikował jak dziecko.

Kąciki ust bruneta drgnęły, a po chwili na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Przerażający uśmiech. Jak z horroru. Zakryłam usta dłonią, aby choć trochę się opanować. Zaczęłam się bać, a woda, która dotąd była przyjemna, nagle zrobiła się lodowata. To było w cholerę dziwne.

Czy to czas na ucieczkę? Tak. Zdecydowanie tak!

Odwróciłam się tyłem do chłopaka i niemal od razu zaczęłam płynąć w stronę brzegu. Do plaży nie miałam daleko, ale nawet tak niewielki dystans wydawał się nie do pokonania. Poczułam dwie silne dłonie na moich biodrach i zanim zdążyłam zareagować, było już za późno. Luke pchnął mnie w dół, przez co znów znalazłam się pod taflą wody. Trzymał mnie tak parę sekund, po czym najzwyczajniej w świecie pomógł mi się wynurzyć i zaczął się śmiać. Zachłysnęłam się powietrzem i zaczęłam kaszleć.

- Trzeba było udawać, że coś ci się dzieje? - zapytał szeptem, odwracając mnie w swoją stronę.

Byłam zdenerwowana. Dosłownie sekundy dzieliły mnie od wybuchu złości, co nigdy nie skończyłoby się dobrze. Gdybym miała w żyłach choć trochę alkoholu, zapewne bym się nie powstrzymała. Chłopak rozbawiony całą sytuacją przyglądał mi się w ciszy, a ja miałam ochotę przywalić mu w ten głupi ryj.

- I co się szczerzysz, kretynie skretyniały? Zadowolony?

- Nawet nie wiesz jak bardzo - powiedział z nutą cynizmu.

Lekko się wzdrygnęłam, kiedy jego ręce powędrowały pod moje uda. Podniósł mnie, przez co byłam zmuszona opleść się nogami wokół jego pasa.

- Puszczaj mnie, O'Kelly! - Chciałam brzmieć groźnie, ale chyba nie było mi to dane. Byłam przemoczona i zmęczona.

Luke położył jedną rękę na dole moich pleców, drugą zaś oplótł wokół talii, abym nie mogła się wyrwać, i ruszył w stronę brzegu.

- Wcześniej nie narzekałaś - skwitował i uśmiechnął się szeroko. Nie był to szczery uśmiech, a raczej taki zarozumiały i pewny siebie. O'Kelly czerpał satysfakcję z tego, że wyprowadzał mnie z równowagi. - No cóż, w każdym razie powinniśmy już wracać - powiedział, odstawiając mnie na piach.

Ubrania przylegały do mojego ciała, przez co poczułam się bardzo niekomfortowo.

- Powinniśmy - mruknęłam cicho, oddychając ciężko.

Chłopak wbiegł na pomost, aby zabrać nasze telefony, a ja, nie czekając na niego, ruszyłam na parking, z którego przyszliśmy.

Mimo że temperatura była dość wysoka, ja marzłam przez to, że byłam cała przemoczona, a uderzający we mnie wiatr sprawiał, że zaczynałam drżeć. Brunet dogonił mnie, oddając mi przy tym moją własność, ale nie odezwał się ani słowem. Szliśmy w spokoju, patrząc pod nogi i wsłuchując się w fale odbijające się od drewnianych belek.

Wrzuciłam telefon do plecaka, wyjęłam pistolet i wsunęłam go za pasek, a następnie zaraz po O'Kellym usiadłam na motorze. Przylgnęłam do jego pleców, wzdrygając się przez wilgoć naszych ubrań.

O Boże, będę chora.

Schowałam głowę w zagłębieniu szyi chłopaka i zacisnęłam powieki. Ruszyliśmy przed siebie, a moim ciałem co jakiś wstrząsały nieprzyjemne dreszcze. Gwiazdy mieniły się na bezchmurnym niebie, zaś księżyc oświetlał wszystko dookoła. Byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że byłam cała mokra.

Gwałtownie zahamowaliśmy, przez co poderwałam się i zerknęłam w lusterko z przodu. W jego odbiciu widziałam oczy chłopaka, które wyrażały dziwną ekscytację. Ja natomiast byłam przestraszona i bardzo zmęczona, więc po chwili mocniej oplotłam ręce wokół talii bruneta, czekając na to, aż ponownie ruszymy.

Rozejrzałam się po okolicy i dostrzegłam grupę nastolatków pod jednym z klubów. Jakaś para kłóciła się, więc reszta nadstawiła uszu, aby słyszeć wszystko jak najlepiej. Ochroniarze przyglądali się całemu przedstawieniu, a ich spojrzenia były pełne politowania, ale i tak nie zareagowali.

Światło zmieniło się na zielone, więc Luke ruszył z głośnym rykiem. Wszyscy patrzyli na nas, kiedy gnaliśmy ulicami Glendale. Wielu młodych ludzi z zachwytem obserwowało nas, kiedy ich mijaliśmy. Włosy falowały mi na wietrze, a ja czułam się coraz bardziej odrętwiała.

Napawałam się widokiem jeziora, które mijaliśmy. Podziwiałam taflę wody, która odbijała światło księżyca. Kochałam takie krajobrazy. Były cholernie niezwykłe. Ponownie zerknęłam w lusterko, przyłapując bruneta na tym, że zamiast patrzeć przed siebie, wpatrywał się w moje odbicie. Uniosłam brwi, a on tylko przewrócił oczami i dodał gazu.

Chłopak skręcił w leśną drogę, która prowadziła do mojego domu. Gałęzie łamały się pod ciężarem motocykla, a drzewa szumiały, kołysząc się raz w lewo, raz w prawo. Pomachałam do zdziwionych ochroniarzy, którzy opuścili broń, widząc moją twarz. Wydawali się zdezorientowani, jednak bez słów wpuścili nas na teren posesji. Właściwe to O'Kelly był tutaj pierwszy raz bez jakichś swoich podchodów czy innych chorych akcji.

Zeskoczyłam z motocykla, zarzuciłam plecak na ramię i przeczesałam palcami mokre włosy. Luke spuścił wzrok na swoje palce, zaciskające je na kierownicy. Były smukłe i długie, a na jednym z nich błyszczał srebrny sygnet. Zmrużyłam powieki, by dokładniej mu się przyjrzeć.

Wydaje mi się, że już go kiedyś widziałam.

Wciągnęłam powietrze przez nos, odchylając głowę do tyłu, po czym przymknęłam na sekundę powieki i wsłuchiwałam w oddech chłopaka i szum drzew. Tę chwilę przerwał trzask gałęzi, który rozniósł się echem po posesji. Odruchowo wyjęłam broń zza paska spodni i rozejrzałam się po lesie, robiąc kilka kroków w tył. O'Kelly zszedł z motocykla i stanął przede mną. Przewróciłam oczami, chwytając go za ramię, a on zerknął na mnie niepewnie. Skinęłam tylko głową, dając mu do zrozumienia, że ma ruszyć do przodu. Zrobił to od razu. Wstrzymałam oddech, ponownie słysząc trzask. Zrzuciłam plecak na ziemię, minęłam Luke'a i zeszłam z leśnej drogi prowadzącej do mojego domu. Schowałam się za jednym z drzew i obserwowałam miejsce, z którego wcześniej dochodził dźwięk łamania gałęzi. Poczułam obecność Luke'a za sobą. Jego tors stykał się z moimi plecami, a palce zacisnęły się na moich biodrach, kiedy wychylił się zza drzewa, aby spojrzeć w to samo miejsce. Wciągnęłam gwałtownie powietrze, kiedy chłopak mocnym szarpnięciem odwrócił się w moją stronę i pochylił tak, że nasze usta niemal się stykały. Po chwili przyłożył palec wskazujący do swoich warg, pokazując mi, że powinnam siedzieć cicho. Wyrwał mi pistolet i przyłożył do mojej głowy. Zmarszczyłam brwi, zauważając niebezpieczny błysk w jego oczach. Ponownie odwrócił mnie tyłem do siebie i przyłożył jedną dłoń do moich ust, a w drugiej nadal trzymał pistolet tuż przy mojej skroni. Pchnął mnie lekko w ciemność, która panowała w lesie. Dostrzegłam jakąś postać, która szła w naszym kierunku. O'Kelly cały czas dociskał broń do mojej skóry, kolanem pchając w głąb lasu. Miałam cholerny mętlik w głowie.

Zmrużyłam powieki, przyglądając się barczystemu mężczyźnie, który zatrzymał się kilka stóp przed nami. Jego kark i dłonie pokrywały tatuaże, a do tego był łysy, przez co dosłownie wyglądał jak te wszystkie goryle z filmów. Wzdrygnęłam się, widząc, jak skanuje moje ciało lubieżnym wzrokiem. Przejechał językiem po dolnej wardze i splótł swoje palce. Chwilę później spojrzał na chłopaka, który stał za mną, i skinął do niego głową, jednak O'Kelly nawet nie drgnął. Cały czas trzymał pistolet przy mojej głowie.

- Benji cię pochwali, młody - wychrypiał mężczyzna, robiąc krok w naszą stronę, a liście szeleściły pod jego butami. Uśmiechnął się przerażająco i chwycił mój podbródek, przez co zacisnęłam zęby i czułam, jak krew wrzała w moich żyłach. - Spisałeś się, O'Kelly.

A miał być taki miły dzień.

Luke nie odpowiedział i pchnął mnie tak, że wpadłam na barczystego mężczyznę. Ten zaśmiał cię cicho, a następnie cofnął o krok. Położył ręce na moich ramionach i pociągnął w dół, sprawiając, że wylądowałam przed nim na kolanach. Słyszałam dźwięk odbezpieczenia pistoletu. Wciągnęłam powietrze, ponownie czując ręce faceta na swojej twarzy. Odchylił moją głowę i patrzył na mnie z pożądaniem. Żółć stanęła mi w gardle, a chwilę później dźwięk uderzenia rozniósł się po lesie.

- Ty skurwysynie, miałeś jej nie dotykać! - warknął O'Kelly, robiąc krok w naszą stronę.

Czułam ostry ból przeszywający mój policzek. Podniosłam się z ziemi i rzuciłam na faceta, od razu wymierzając prawego sierpowego. Zatoczył się do tyłu, jednak szybko złapał równowagę i przyjął pozycję obronną. Odwróciłam się w stronę Luke'a, który teraz wpatrywał się we mnie ze złością, a krew wrzała w moich żyłach. Wyrwałam mu pistolet, a następnie z łokcia przywaliłam w twarz, przez co krew natychmiast wypłynęła z jego nosa. Wymierzyłam kolejny cios, tym razem w brzuch. Luke wciągnął gwałtownie powietrze, patrząc na mnie z nienawiścią. Uśmiechnęłam się kpiąco, widząc, jak pochyla się, aby chwycić się za obolałe miejsce.

Zły ruch, O'Kelly. Bardzo zły ruch.

Uniosłam kolano, ponownie uderzyłam go w twarz i odwróciłam się, słysząc za sobą szelest. Człowiek Johnsona z zaciętą miną szedł w moją stronę. Pokręciłam głową, położyłam palec na spuście, wymierzyłam broń w kolano mężczyzny i je przestrzeliłam. Facet przeklinał siarczyście, łapiąc się za ranę, a ja odetchnęłam cicho, a następnie ponownie strzeliłam w jego stronę, trafiając w drugie kolano. Upadł na ziemię, wyjąc z bólu. Zrobiłam kilka kroków i zatrzymałam się przed mężczyzną, mocniej zaciskając palce na broni. Przykucnęłam przed nim, sprawiając, że nasze spojrzenia się skrzyżowały.

- Uderzyłeś nie tę osobę, co trzeba - powiedziałam spokojnie, nie spuszczając z niego wzroku, a na jego twarzy malowało się coś dziwnego. - Wiesz, że muszę cię zabić, prawda?

- Moja córka...- wykrztusił z bólem, mocniej ściskając przestrzelone kolana. Wciągnął powietrze przez zaciśnięte zęby i uniósł na mnie zbolały wzrok. - Ona sobie beze mnie nie poradzi.

- Nagle interesuje cię córka? - zapytałam głosem wypranym z jakichkolwiek emocji, po czym parsknęłam kpiąco, kręcąc głową z niedowierzaniem. - Trzeba było się nią zainteresować przed tym, jak postanowiłeś wejść na mój teren i mnie zaatakować, w dodatku współpracując z Johnsonem.

- Proszę - wyszeptał.

Kąciki moich ust, ponownie drgnęły. Uniosłam rękę, wycelowałam broń w sam środek jego głowy, a następnie pociągnęłam za spust. Krew rozbryznęła się na moje ubrania, a dźwięk strzału zmieszał się z szumem drzew. Odwróciłam się w stronę Luke'a, który wpatrywał się we mnie z uwagą. Śledził każdy mój ruch, kiedy powolnym krokiem się do niego zbliżałam. Przyłożyłam pistolet do jego klatki piersiowej i położyłam palec na spuście, patrząc wprost w oczy bruneta.

- Co to miało, kurwa, znaczyć? - zapytałam, mocniej dociskając broń do jego torsu.

- Chryste, nie unoś się tak - rzucił, robiąc krok w tył, po czym ruszył w stronę swojego motocykla. - Jeśli Benji będzie chciał się z tobą skontaktować, to mi powiedz - zażądał i nawet na mnie nie spojrzał.

- Jaja sobie ze mnie robisz? - powiedziałam ostro, idąc za nim. - Patrz na mnie, kiedy do ciebie, kurwa, mówię!

Brunet zatrzymał się w pół kroku, powoli odwrócił się w moją stronę i patrzył na mnie z tym typowym dla siebie, cynicznym uśmieszkiem. Pokręciłam z niedowierzaniem głową. Schowałam broń za pasek, podeszłam do niego, a następnie pchnęłam, przez co zatoczył się lekko do tyłu. Zaśmiał się cicho, jakby bawiła go ta sytuacja. Mi do śmiechu, kurwa, nie było.

Luke położył ręce na moich biodrach i zwinnym ruchem posadził mnie na motorze. Rozsunął moje uda i ulokował się między nimi, zmniejszając między nami dystans. Zadarłam głowę i spojrzałam w jego ciemne tęczówki.

- Zabiję cię, O'Kelly - wyszeptałam, kładąc palec wskazujący na jego klatce piersiowej.

Kąciki jego ust drgnęły ku górze, a jabłko Adama zadrżało.

- A ja ci na to pozwolę, Smith. - Pochylił się i skupił wzrok na moich ustach.

Nie ma takiej opcji.

Przyłożyłam dłoń do jego warg.

- Wytłumacz mi, co to, kurwa, było - warknęłam, odpychając go od siebie. Zeskoczyłam z motocykla i podeszłam do swojego plecaka. Podniosłam go z ziemi i zarzuciłam na ramię, odwracając się w stronę chłopaka. - Nie denerwuj mnie, O'Kelly. Mów, o co tutaj chodzi.

- Piątek. Trzecia w nocy. Moje mieszkanie - powiedział obojętnie.

Wróciłam myślami do momentu, w którym po spotkaniu z Johnsonem znalazłam się w mieszkaniu Luke'a, grożąc mu sztyletem. Zacisnęłam usta w wąską linię, przypominając sobie, że przecież tamtej nocy trochę mnie poniosło i przejechałam ostrzem po jego torsie, sprawiając mu niesamowity ból.

- Wychodzę na prowadzenie, Smith.

- Działasz mi na nerwy, wiesz? - zapytałam, robiąc krok w jego stronę. Położyłam drżący palec na jego torsie, a brunet zjechał wzrokiem na moją trzęsącą się z zimna dłoń. - Ale to ja wygram całą grę.

- Ta twoja pewność siebie kiedyś cię zgubi - wychrypiał, cofając się, a moja ręka opadła wzdłuż ciała. Luke chwycił kask, a żyły na jego dłoniach mocno się zarysowały, na widok czego przełknęłam ślinę. - Ale lubię to w tobie. Podoba mi się to, że tak bardzo wierzysz, że uda ci się ze mną wygrać.

- Właściwie... już wygrałam. - Kąciki moich ust wygięły się w uśmieszku. Widziałam, jak Luke z trudem przełykał ślinę, tęczówki mu pociemniały, a szczęki się zacisnęły.

Luke O'Kelly zdawał sobie sprawę z tego, że się uzależniał. Wiedział, że przegrywał, bo nawet sam diabeł posiada słabości i właśnie tym byłam. Jego słabością.

- Jesteś na straconej pozycji, Luke.

Rozdział czternasty

Zakręciłam wodę, oparłam dłonie na umywalce i wciągnęłam cicho powietrze do płuc, patrząc w swoje odbicie w lustrze. Woda ściekała po mojej lekko opuchniętej twarzy, więc chwyciłam kilka listków ręcznika papierowego i ją wytarłam. Przejechałam opuszkami palców po fioletowym śladzie na moim policzku, który nadal się utrzymywał, mimo że minęły już dwa tygodnie. Skrzywiłam się, przypominając sobie, że pozwoliłam się uderzyć i przede wszystkim wrobić w coś takiego.

Co prawda, O'Kelly przez te dwa tygodnie rzadko się odzywał, ale mniej więcej wiedziałam, dlaczego to zrobił, i trochę mnie to nakręciło. Rozumiałam jego chęć odegrania się na mnie za tę sytuację, w której to ja po spotkaniu z Johnsonem przyszłam w nocy do jego mieszkania i zostawiłam kilka krwawych śladów na jego ciele. Mimo że nie przyjęłam propozycji Benjiego, chciałam się trochę zabawić i chyba rozładować emocje, które we mnie wstąpiły podczas naszego krótkiego spotkania.

Zgarnęłam telefon ze szklanej półeczki, zgasiłam światło w łazience i otworzyłam drzwi, by wejść do pokoju, który tonął w ciemnościach. Usłyszałam cichy szmer po drugiej stronie pomieszczenia, przez co zmrużyłam powieki, próbując cokolwiek dostrzec. Schowałam telefon do kieszeni bluzy i przejechałam dłonią po pasku moich spodni, chwytając rękojeść sztyletu. Wyciągnęłam go, mocniej zaciskając na nim palce. Przymknęłam powieki i wsłuchiwałam się w ciszę. Wstrzymałam powietrze w płucach i z zamkniętymi oczami zamachnęłam się i rzuciłam nożem przed siebie, pozwalając, by błysk ostrza przeciął nie tylko ciemność panującą w pokoju, ale i cholernego włamywacza, który czaił się na mnie w kącie pomieszczenia. Otworzyłam oczy, gdy usłyszałam, jak ktoś z sykiem wciąga powietrze.

- Kurwa mać - rzucił O'Kelly w tym samym momencie, w którym zaświeciłam lampkę stojącą na biurku. Oczy chłopaka rozszerzone były do rozmiarów jednocentówek, a w ścianę obok jego głowy wbite było ostrze.

Kąciki moich ust drgnęły, wykrzywiając się w zarozumiałym uśmieszku, kiedy Luke niepewnie odwrócił głowę i zerknął na sztylet wbity w ścianę.

- Jesteś pojebana, wiesz? Kto normalny, siedząc w domu, trzyma przy sobie broń?

- Należało ci się to za ostatnią akcję, nie uważasz? - zapytałam niewinnie.

- Tobie też należało się za akcję w moim mieszkaniu, nie uważasz? - Uniósł brew.

- Nie grałeś czysto. To nie ty mnie zaatakowałeś, a przecież w tej naszej grze chodzi o to, by wzajemnie i bez niczyjej pomocy na siebie polować.

Chłopak posłał mi pełne poirytowania spojrzenie i zrobił krok do przodu. Wyjął sztylet ze ściany i dokładnie obejrzał ostrze. W jego oczach pojawił się błysk, kiedy wpatrywał się w nóż. Po chwili zerknął na mnie, uśmiechając się tajemniczo. Podrzucił sztylet i bez zawahania cisnął nim w moją stronę. Schyliłam się, pozwalając, by narzędzie spadło na podłogę tuż za mną. Zacisnęłam szczęki, wyjęłam pistolet z paska zapiętego wokół mojej nogi i wycelowałam w stronę bruneta. Uniósł ręce w geście obronnym, przygryzając dolną wargę, aby zatuszować zarozumiały uśmieszek, w którym wykrzywiły się jego wargi. Odbezpieczyłam broń i położyłam palec wskazujący na spuście. Przekrzywiłam głowę, dokładniej przyglądając się chłopakowi. Miał na sobie szare dresy, które luźno wisiały na jego biodrach, a do tego czarną bluzę, której rękawy opinały jego ramiona. Dłonie bruneta były pokryte zaschniętą już krwią, włosy miał w nieładzie, a oczy lekko podkrążone. Zrobił krok do przodu, nie spuszczając ze mnie swojego czujnego spojrzenia. Pokręciłam tylko głową, powoli ciągnąc za spust.

- Nie radzę, O'Kelly - powiedziałam spokojnie, śledząc każdy jego ruch.

Zatrzymał się krok przede mną, przez co pistolet stykał się z jego klatką piersiową. Pochylił się bardziej w moja stronę, sprawiając, że broń mocniej wbijała się w jego ciało. Rozchylił usta, a jego gorący oddech rozbił się na moich wargach.

- Strzel, Smith - wyszeptał wprost do mojego ucha.

Dreszcz przeszył moje ciało, a włoski na karku stanęły dęba. Skarciłam się w myślach za to, jak zareagowałam. Spojrzałam chłopakowi prosto w oczy, próbując zachować neutralny wyraz twarzy.

- Dalej, zabij mnie - szepnął, skupiając wzrok na moich ustach.

Czułam, jak krew buzowała w moich żyłach, nakręcając mnie do granic możliwości. Czy chciałam go zabić? Tak, bardzo.

- Zabij mnie, Smith - zachęcał. - Zrób to.

Niech cię diabli wezmą, O'Kelly!

Opuściłam dłoń wzdłuż swojego ciała. Odetchnęłam zrezygnowana, zrobiłam krok do tyłu i wkładając pistolet za pasek, przykucnęłam, aby podnieść sztylet z podłogi. O'Kelly uważnie śledził każdy mój ruch, jakby obawiał się, że zaraz zmienię zdanie i faktycznie do niego strzelę. Wyprostowałam się i spojrzałam na błyszczące ostrze. Zacisnęłam mocniej palce na rękojeści, w myślach odliczyłam do dziesięciu, po czym podeszłam do chłopaka i obserwowałam, jak unosi ręce w geście obronnym.

Kąciki moich ust drgnęły ku górze, bo to był cholernie zły ruch. Wypuściłam z ust lekko drżący oddech i bez zawahania, patrząc w oczy Luke'a, rozcięłam jego rękę. Brunet syknął, łapiąc się za dłoń, a krew ściekała na panele. Chłopak upadł na kolana, mocno trzymając za swój nadgarstek. Palcem wskazującym starłam krew z ostrza, a w momencie, w którym przyłożyłam zakrwawiony palec do ust, Luke skrzyżował ze mną spojrzenie. Nie przerywając naszego kontaktu wzrokowego, otoczyłam językiem palec, zlizując z niego krew. Metaliczny posmak rozpływał się w moich ustach. Tęczówki jego oczu pociemniały.

O'Kelly uśmiechnął się tajemniczo, podnosząc się z kolan. Totalnie zignorował fakt, że krew nadal sączyła się z rozcięcia na jego dłoni. Coś niebezpiecznego pojawiło się w jego oczach, kiedy z niesamowitym spokojem wpatrywał się we mnie. Zrobił krok do przodu, nie spuszczając ze mnie wzroku, po czym uniósł zakrwawioną rękę i przyłożył ją do mojego policzka. Poczułam, jak strużka krwi spłynęła w dół mojej szyi.

- Wiesz, że się odegram? - wychrypiał, przybliżając swoją twarz do mojej. Jego oddech rozbił się na moich ustach. Gdyby tylko któreś z nas się odezwało, nasze wargi otarłby się o siebie. I tak właśnie się stało, kilka sekund później, gdy O'Kelly dodał: - Odegram się i to zaboli cię dużo bardziej, Smith.

- Na to liczę, Luke - szepnęłam, robiąc krok w tył.

Grymas wkradł się na jego twarz, a ręka opadła wzdłuż ciała. Ciemna ciecz ciągle skapywała na podłogę mojego pokoju. Starłam krew ze swojego policzka i spojrzałam na dłoń, która teraz również była nią wybrudzona.

- Bo następnym razem, gdy będziesz próbował się odegrać, zabiję cię.

- Chyba że będę pierwszy. - Jego głos był cichy, wyprany z jakichkolwiek emocji, a dłoń, którą mu rozcięłam, ignorował, jakby wcale go nie bolała. Widziałam, jak jego klatka unosiła się i opadała w trochę szybszym tempie niż zazwyczaj. - To ja pierwszy cię zabiję.

- Powtarzasz się - mruknęłam znudzona, bo to, że zamierzał mnie zabić pierwszy, słyszałam już kilka razy i faktycznie miał parę okazji, ale nadal tego nie zrobił.

Bo Luke O'Kelly się uzależnił, tylko jeszcze tego nie wiedział.

Schowałam sztylet za pasek przypięty do mojego uda, rozciągnęłam się i strzeliłam karkiem, przy okazji przeciągle ziewając, a następnie zerknęłam przez ramię na zegarek. Zaraz mieli wrócić rodzice, a to oznaczało, że musiałam pozbyć się Luke'a. Zgarnęłam telefon z szafki nocnej i nie oglądając się za siebie, ruszyłam w stronę łazienki. Musiałam zmyć krew z twarzy, bo nie mogłam tak się pokazać rodzicom. Cały czas czułam na sobie wzrok bruneta.

- Pamiętaj... - powiedziałam, zerkając na chłopaka - ...żeby wygrać, musisz grać, Luke.

Zatrzasnęłam za sobą drzwi, nie czekając na jego odpowiedź, po czym odkręciłam zimną wodę i zmyłam krew z twarzy i dłoni. W ustach wciąż czułam metaliczny posmak, więc wyszorowałam dokładnie zęby. Następnie włożyłam piżamę, a za gumkę szortów wsunęłam pistolet i zgasiłam światło w pomieszczeniu.

Wróciłam do pokoju i rozejrzałam się dookoła. Po Luke'u nie było śladu. Pościel była ładnie ułożona na łóżku, a poduszki wyglądały tak jak rano, kiedy je ścieliłam. Odetchnęłam z ulgą i wyszłam z pokoju, pośpiesznie zerkając na ekran telefonu. Uważnie przeczytałam kilka wiadomości, które dostałam, po czym, chowając urządzenie do kieszeni szortów, zbiegłam po podświetlanych stopniach.

Zamrugałam kilka razy, kiedy światło rozświetliło cały hol. Wpatrywałam się w drzwi frontowe, które się uchyliły, i zauważyłam dwie sylwetki. Uśmiechnęłam się szeroko, widząc rodziców, i bez zastanowienia rzuciłam się w ich stronę. Zamknęłam ich w mocnym uścisku, przymykając powieki.

- Tęskniłam - szepnęłam, odsuwając się od nich, a mama patrzyła na mnie z troską. - Bardzo.

- To tylko tydzień - powiedział ojciec, ściskając moje ramię.

- Dziesięć dni - poprawiłam go, uśmiechając się blado.

Mama zaśmiała się i przytuliła ojca, który natychmiast objął ją ramieniem i pocałował w głowę. Cholera, byli piękni.

- Myślałam, że wrócicie wcześniej.

- Cóż... - chrząknął tata, nerwowo przełykając ślinę.

Zmarszczyłam brwi, uważnie mu się przyglądając. Denerwował się.

- Co się stało? - zapytałam natychmiast. Mój głos był ostry i pełen niepokoju.

Mama patrzyła na swojego męża, który wolną dłonią pociągnął za swój krawat, luzując go.

- Mamo?

- Nasz wspólnik okazał się bardzo zdradzieckim skurwysynem. - Słowa wypływały z jej ust, kiedy ze stoickim spokojem wpatrywała się we mnie. Jej spokój był przerażający. - Chcieli zabić Christiana.

- O Boże. - Wpatrywałam się w tatę, po czym położyłam drżącą dłoń na jego ramieniu. - Nic ci nie jest? Mam go zabić? Podaj tylko imię i nazwisko, a obiecuję, że go dopadnę.

- Kurwa! - powiedział Harry, a ja zerknęłam na niego przez ramię. Jego oczy rozszerzyły się do rozmiaru jednocentówek, kiedy przeskakiwał wzrokiem po rodzicach. Szybko schował ręce za plecy, próbując ukryć małe woreczki, które chwilę wcześniej zauważyłam. - Wróciliście.

- Widziałam - rzuciłam, uśmiechając się chytrze.

Blondyn obdarzył mnie morderczym spojrzeniem i zacisnął szczęki.

- Czy ty chowasz narkotyki, mimo że i tak mamy z nimi wiele wspólnego? - zapytał ojciec z nutą rozbawienia w głosie i spojrzał na niego pytająco. - Ale z ciebie idiota, synu.

- Odezwał się - wtrąciła matka, posyłając mężczyźnie pełne politowania spojrzenie.

Zaśmiałam się cicho, jednak szybko umilkłam, czując ból rozprzestrzeniający się po moim ramieniu.

- Ty, kurwa, debilu - powiedziałam, pocierając dłonią obolałe miejsce.

Harry uśmiechnął się szeroko, a w jego policzkach ukazały się dołeczki, które kochałam dźgać palcem. Teraz też to zrobiłam.

- Co tam u Luke'a? Znowu wychodził moim balkonem, ale tym razem krwawił - powiedział Harry, próbując zmienić temat.

Posłałam mu mordercze spojrzenie, kiedy poruszył znacząco brwiami, a tata przyglądał mi się podejrzliwie, przez co uśmiechnęłam się nieznacznie.

- Rodzinka w komplecie - skwitował Nicholas i z kubkiem kawy w dłoni oparł się o białą ścianę. - Z wyrazami szacunku, państwo Smith, ale zachowujecie się jak dzieci.

- W końcu mają po trzydzieści pięć lat - zauważył słusznie Harry.

No cóż, to prawda. Moja matka urodziła Harry'ego, kiedy miała szesnaście lat, ale to dobrze, bo dzięki temu, że są tacy młodzi, mamy z nimi zajebiste relacje.

- A ty, Nick, mógłbyś czasami wyjąć kija z dupy.

- Powiedziałbym coś, ale nie chcę stracić pracy.

- Cieszy mnie fakt, że wolisz siedzieć cicho. - Harry posłał mu rozbawione spojrzenie, po czym zbił z ochroniarzem piątkę, dając mu do zrozumienia, że tylko żartował. - Co tam popijasz?

- Kawę - mruknął, upijając łyk.

Zmarszczyłam brwi i rozchyliłam usta, aby się odezwać, ale mężczyzna uniósł rękę, dając mi jasno do zrozumienia, że mam odpuścić.

- Dzisiaj w nocy to ja będę chronił twój tyłek, Aithne. Dlatego też piję kawę o tej godzinie - wytłumaczył, a ja uśmiechnęłam się tylko i skinęłam głową. Nick spojrzał na dłonie Harry'ego, w których znajdowały się narkotyki. - A ty co tam planujesz wciągać?

- To, co zawsze przed nauką - odpowiedział Harry, wzruszając niedbale ramionami, a następnie niepewnie na mnie zerknął i posłał mi przepraszające spojrzenie.

Nienawidziłam, gdy przed nauką wspomagał się jakimikolwiek substancjami. Był świadomy tego, że nie popierałam jego metod na wkuwanie materiału do szkoły, dlatego też nigdy nie mówił mi, że coś bierze. Czy rodzice mieli z tym problem? Oczywiście, że tak, ale mimo to pozwalali mu czasami brać, mówiąc, że ma to robić z głową i przede wszystkim uważać, by się nie uzależnić. Harry brał tylko wtedy, kiedy wiedział, że naprawdę nie ma innego wyjścia i musi się rozbudzić. Chryste, ile razy zdzieliłam go po głowie, prosząc, by odpuścił naukę i narkotyki na rzecz snu, który był mu potrzebny.

Pokręciłam rozczarowana głową i patrzyłam, jak mój brat znika za ścianą. Odetchnęłam cicho i spojrzałam na rodziców wyczekująco. Zmarszczyli brwi, widząc mój wyraz twarzy. I tak, wiem, że wiedzieli, o co mi chodzi. Chciałam wiedzieć, co za idiota próbował zabić mojego ojca, abym to ja mogła zabić jego.

- Hunter Anderson - powiedziała w końcu mama, a ja wyszczerzyłam się zadowolona. - Będziesz miała okazję go poznać, Aithne.

- A to znaczy... - wtrąciłam, uśmiechając się jeszcze szerzej, bo w głowie miałam już tysiące pomysłów na śmierć, którą mu zgotuję - ...że będę miała okazję go zabić.

- Chcę wiedzieć, co zrodziło się właśnie w twojej głowie - rzucił Nicholas i spoglądał to na mnie, to na moich rodziców, popijając kawę. - Dobrze wiem, że nie będzie to mało bolesna śmierć.

- Będzie fajnie, bardzo fajnie. - Kiedy wypowiadałam te słowa, uśmiech nie schodził z mojej twarzy. Wręcz przeciwnie, poszerzał się tak, że powoli zaczynały boleć mnie policzki. - Nikt was nie skrzywdzi, obiecuję.

Coś przemknęło przez twarz mojego ojca, jednak szybko zniknęło, bo nagle się rozpromienił. Zerknął na swoją żonę i mrugnął do niej jednym okiem. Mama zatrzepotała rzęsami i uśmiechając się delikatnie, mocniej wtuliła się w jego bok. Tata oplótł ją w talii i pociągnął w stronę walizki, a po chwili wyciągnął z niej czarne pudełko.

- Mamy dla ciebie mały prezent - powiedział, podnosząc się. Znalazł się przy mnie w kilku krokach i wyciągnął w moją stronę pudełko przewiązane białą wstążką.

- Dla mnie? - zapytałam, niepewnie biorąc prezent. Zdezorientowana spojrzałam na mamę, która skinęła zachęcająco głową, a następnie spojrzałam na ojca, który czekał cierpliwie, aż zobaczę, co mi kupili. - Dziękuję, naprawdę dziękuję, ale nie musieliście.

- Ale chcieliśmy - odpowiedział tata, kładąc dłoń na moim ramieniu. - Należy ci się, Aithne.

Jego oczy błyszczały, a na usta wkradł się delikatny uśmiech. Odetchnęłam cicho i rozwiązałam kokardę, pozwalając wstążce opaść na podłogę. Uniosłam pokrywkę i wstrzymałam na moment oddech. Położyłam pudełko na komodzie, wpatrując się w jego zawartość. Moje oczy na bank aż świeciły z podekscytowania. Wyjęłam srebrny naszyjnik z małym sztylecikiem, na którym wygrawerowane było moje imię. Następnie chwyciłam za kolejną rzecz. Dużo większy sztylet, dokładnie taki sam jak na naszyjniku. Zdobił go srebrny wąż oplatający rękojeść. Ostrze błysnęło, kiedy uniosłam w stronę światła.

- Jest przepiękny - szepnęłam, wpatrując się w nową broń, po czym przytuliłam ojca i pozwoliłam, by pojedyncza łza spłynęła po moim policzku. - Dziękuję.

- Gdy go zobaczyłem, od razu... - zaczął, ale szybko przerwał, słysząc chrząknięcie swojej żony. - Gdy go zobaczyliśmy, a właściwie Delilah zwróciła na niego uwagę, od razu pomyśleliśmy o tobie - poprawił się, uśmiechając się słodko do kobiety, a ta natychmiast się rozpromieniła, przystając przy jego boku. - Mamy nadzieję, że będzie ci długo służył.

- Muszę go przetestować, najlepiej od razu!

Najlepiej na Luke'u.

- Jedyne, co teraz musisz, to iść spać, bo jest już naprawdę późno - powiedziała matka, posyłając mi karcące spojrzenie.

Uśmiechnęłam się niewinnie i wzruszyłam ramionami. Sztylet kręcił się między moimi palcami, kiedy wpatrywałam się w rodziców.

- Chyba mamy mały problem.

Wszyscy spojrzeliśmy na Flynna, który zdyszany pochylił się i oparł dłonie na kolanach, a następnie zaczął głęboko oddychać.

Spojrzałam zdezorientowana na młodego ochroniarza, który próbował się uspokoić. Zmarszczyłam brwi, a następnie spojrzałam na tablet, który trzymał w dłoni. Mężczyzna posłał mi pytające spojrzenie, jednak kiedy zauważył, o co mi chodzi, odblokował urządzenie i mi je podał. Przygryzłam wnętrze policzka i sunęłam palcem po ekranie. Kadry z kamer zmieniały się w ekspresowym tempie, co chwilę wyświetlając inny obraz, jakby ktoś właśnie sabotował nasz monitoring. Ktoś najwyraźniej chciał się włamać na nasze serwery, by przejąć obraz z każdej kamery znajdującej się na terenie posesji. Wciągnęłam gwałtownie powietrze do płuc, gdy dostrzegłam, jak główna brama się otworzyła, a chwilę później wjechał przez nią znajomy czarny van.

Podałam tablet rodzicom, mocniej chwyciłam za rękojeść sztyletu i rzucając wszystkim porozumiewawcze spojrzenie, natychmiast wyszłam z domu. Kilku ochroniarzy kręciło się po dość słabo oświetlonym budynku. Psy szczekały, a szum drzew mieszał się z dźwiękiem kamieni, które strzelały pod ciężarem opon. Zbiegłam po schodach, a wolną ręką wyjęłam pistolet i uważnie rozglądałam się po podwórku. Jeden z ochroniarzy spojrzał na mnie podejrzliwie. Uniosłam palec wskazujący do ust, dając mu do zrozumienia, że ma się nie odzywać. Skinął tylko głową i wycofał się, śledząc każdy mój ruch. Zmrużyłam powieki i obserwowałam, jak samochód zatrzymuje się niedaleko mnie, a następnie wszystkie światła w okolicy gasną, gdy drzwi pojazdu się otworzyły.

Zabawne, że akurat w tym momencie. Ani trochę nie jest to podejrzane. Skądże.

Pokręciłam z politowaniem głową, uśmiechając się kpiąco. Przeładowałam broń i patrzyłam, jak jakiś duży mężczyzna wysiada ze środka. Był to jeden z pupilków Johnsona, znowu. Przewróciłam poirytowana oczami, bo to robiło się już cholernie nudne. Znów ten sam schemat, czego bardzo nie lubiłam. Ale za to lubiłam krew i właśnie tego potrzebowałam.

Zamknęłam oczy, wsłuchując się w kroki mężczyzny. Położyłam palec wskazujący na spuście, a następnie za niego pociągnęłam. Huk rozniósł się echem, a ja nawet nie musiałam otwierać oczu, by sprawdzić, czy trafiłam. Ciało mężczyzny bezwładnie runęło na ziemię, a coś ciepłego wylądowało na moich odkrytych nogach. Rozchyliłam powieki i zerknęłam w dół. Kilka kropel krwi zdobiło moją skórę, a martwe ciało leżało przede mną, dzięki czemu mogłam mu się dokładniej przyjrzeć. Wygięłam delikatnie kącik ust, czując niezwykłą satysfakcję. Trafiłam w sam środek głowy.

Ponownie zamknęłam oczy, kręcąc sztyletem między palcami, i usłyszałam, że następna osoba wysiadła z samochodu. Uśmiechnęłam się delikatnie, wzięłam zamach i cisnęłam nożem przed siebie. Ostrze rozcięło nie tylko ciemność, ale i szyję mężczyzny, który chciał jak najszybciej się przy mnie znaleźć. Nie tym razem. Jego jęk rozniósł się echem po podwórku. Spojrzałam na niego z pogardą, gdy chwycił się za szyję, z której tryskała krew. Wycelowałam w jego kolano, a następne pociągnęłam za spust, sprowadzając go na ziemię. Strach zamarł mu w oczach, kiedy w zaledwie dwóch krokach przystanęłam przed nim. Pochyliłam się, chwyciłam za rękojeść sztyletu i patrząc mężczyźnie w oczy, wplotłam palce w jego włosy, odchyliłam głowę do tyłu i wbiłam ostrze w ranę, którą zrobiłam chwilę wcześniej. Krew oblała moje dłonie, spowijając je czerwienią. Poczułam spokój, obserwując, jak kolejny mężczyzna ginie z moich rąk.

Zmrużyłam powieki w tym samym momencie, w którym ostre światło uderzyło w moje oczy. Każda z latarni na podwórku się zapaliła, rozświetlając większość terenu. Spojrzałam w bok na ochroniarza, który z przerażeniem wpatrywał się we mnie. Zmarszczyłam brwi na jego reakcję, bo wiedział przecież, dla kogo pracuje i z kim ma do czynienia. Mężczyzna zamrugał kilka razy, poprawił broń przymocowaną do paska, a następnie przeniósł wzrok na martwe ciała i krew, która z nich wypływała. Ponownie na mnie zerknął i rozchylił usta, jednak podniosłam rękę i skinęłam głową, wiedząc, że chciał zapytać, czy ma się tym zająć. Zacisnął szczęki i szybkim krokiem ruszył w stronę zachodniego skrzydła willi.

Zapach krwi unosił się w powietrzu, przyjemnie drażniąc moje nozdrza. Zaciągnęłam się tą wonią, a następnie przesunęłam językiem po ostrzu, zlizując z niego krew mężczyzny. Skrzywiłam się delikatnie, czując dość gorzki jak na krew smak. Cóż, krew tego człowieka zdecydowanie nie była moją ulubioną, za to krew Luke'a była czymś, co uwielbiałam.

Relacja z O'Kellym była grzechem, którego nie bałam się popełniać.

***

Jęknęłam cicho, czując przeszywający ból głowy. Niechętnie rozchyliłam powieki, jednak natychmiast zamknęłam je z powrotem, bo słońce świeciło niesamowicie mocno. Byłam pewna, że zasunęłam żaluzje przed spaniem. Rozejrzałam się po pokoju swojego brata, w którym właśnie się znajdowałam, w celu znalezienia jakiejś butelki z wodą. Chwyciłam za plastik, pozbyłam się zakrętki i upiłam solidny łyk wody. Ciche pukanie rozległo się w pokoju, a chwilę później zza drzwi wyłonił się Harry, który szczerzył się jak pies do kości.

- Jak się dziś czujemy? Wszystko w porządku? - zapytał, zamykając za sobą drzwi, po czym rzucił się na miejsce obok mnie.

Jęknęłam cicho, bo jego łokieć wbił się w moje żebra.

- Kurwa, przepraszam.

- Jest okej - mruknęłam, krzywiąc się nieznacznie, bo ból promieniował we wszystkie możliwe miejsca w moim ciele. Wciągnęłam powietrze i ponownie na moment przymknęłam powieki. Odłożyłam butelkę na szafkę nocną i odwróciłam się do Harry'ego. - Wszystko w porządku, jednak trochę boli mnie głowa - powiedziałam, a mój brat przyglądał mi się w skupieniu. - I teraz też bolą mnie żebra - dodałam kąśliwie, a blondyn przewrócił oczami i uszczypnął mnie w rękę, przez co cicho pisnęłam. - Kretyn.

- Powiedziała Aithne.

- Jesteś bezczelny.

- Ale i tak mnie kochasz - przypomniał dumnie. - Idę zrobić ci śniadanie.

- Naleśniki z twarogiem i cukrem pudrem? - zapytałam, patrząc na niego błagalnie.

Brat pokręcił głową, a na jego ustach formował się delikatny uśmiech.

- Naleśniki z twarogiem i cukrem pudrem, Aithne - odpowiedział, a ja pisnęłam jak małe dziecko, czując się, jakbym właśnie dostała jakąś zabawkę. Cholera, Harry był zbyt perfekcyjnym bratem. Gdzie tu haczyk? - Szykuj się i zejdź na dół. Rodzice też są.

- Się robi, szefie! - zasalutowałam i poszłam do łazienki.

Blondyn tylko parsknął śmiechem i zniknął za drzwiami pokoju.

Weszłam do łazienki i zdjęłam wszystkie ubrania. Światło odbijało się w jasnoszarych kafelkach, a gałęzie drzew mieniły się w szybie. Przetarłam zmęczoną twarz dłońmi i weszłam do kabiny prysznicowej. Chłodne strużki wody spływały po moim ciele, wywołując przy tym dreszcze. Przymknęłam powieki i odchyliłam głowę do tyłu, pozwalając, by woda trochę mnie otrzeźwiła i pobudziła. Namydliłam ciało, a następnie spłukałam pianę i wyszłam z kabiny. Wytarłam niedbale skórę i włożyłam szare dresy oraz białą koszulkę, które Harry zostawił na jednej z półek. Umyłam twarz i zęby, a następnie przeszłam do pokoju blondyna.

Chwyciłam swój telefon, który leżał na miękkim materacu, i szybko opuściłam pokój Harry'ego. Przeszłam przez korytarz, zbiegłam po schodach i wpadłam do kuchni. Blondyn spojrzał na mnie przez ramię, uśmiechając się delikatnie. Zajęłam miejsce przy stole, zaraz obok rodziców.

- Nie pójdziesz dzisiaj do szkoły - powiedział ojciec, zerkając na mnie znad ekranu swojego laptopa, a ja zmarszczyłam brwi, upijając pomarańczowy sok. - Pojedziesz do kancelarii spotkać się z jednym z naszych wspólników.

- Nie za bardzo rozumiem - mruknęłam, zerkając na blondyna, w celu znalezienia pomocy, ale Harry wzruszył tylko ramionami, kładąc naleśniki na talerz. - Coś więcej?

- Wierz mi, ten wspólnik naprawdę ci się spodoba. - Tata wstał od stołu i włożył brudne naczynia do zlewu. - Dzisiaj do biura ma wpaść pewien mężczyzna, którego dla nas sprawdzisz.

- Mam się bawić w pieprzone prześwietlanie nowych ludzi? - Parsknęłam kpiąco. Mają od chuja ludzi, którzy zawsze to robili, dlatego nie rozumiałam, dlaczego teraz akurat ja miałam to robić. - Aaron nie może tego zrobić?

- Nie - odpowiedział stanowczo tata, gromiąc mnie wzrokiem. - Zrobisz to ty, Aithne. Ufamy ci i dlatego chcemy, żebyś to zrobiła.

- Ale...

- Wyluzuj, Aithne. - Harry położył rękę na moim ramieniu i posłał mi pokrzepiający uśmiech, a następnie podał mi talerz z gorącymi naleśnikami oraz świeżymi owocami. - Wyręczyłbym cię, siostrzyczko, ale muszę być dzisiaj na treningu. Mamy mecz w piątek.

- Cholera, nie dam rady na niego przyjść - mruknęłam cicho.

- Nie szkodzi - zapewnił Harry i uśmiechnął się delikatnie. - Wiem, że masz ważne sprawy na głowie, a poza tym ten mecz to zwykły sparing z drużyną z Inglewood.

- Nie będziesz zły?

- Na ciebie? Nigdy.

- Na pewno?

- Na tysiąc procent, a teraz jedz, bo ci wystygnie. - Wskazał palcem na mój talerz, a po chwili oboje spojrzeliśmy na mamę, która przyglądała się nam z rozchylonymi wargami. - A ty co, mamuśka? Ślinka cieknie na widok jedzenia, które zrobiłem?

- O Boże, "mamuśka"? - Mama spojrzała na niego, rozszerzając oczy.

- Nie chcę wiedzieć, co ci przeszło przez głowę, ale jestem twoim synem, więc opanuj hormony. - Harry zaśmiał się, uderzając mamę w ramię, a kobieta syknęła cicho, posyłając mu mordercze spojrzenie, na co uniósł ręce w geście obronnym. - Podrzucić cię do biura? - zapytał, wracając do mnie wzrokiem.

- Nie, nie trzeba - odpowiedziałam, a blondyn skinął głową i dokończył śniadanie. - Za dziesięć minut zaczynasz lekcje - stwierdziłam, patrząc na ekran swojego telefonu. - Nie zdążysz dojechać.

- Wiem, ale jestem zwolniony z połowy lekcji. - Uśmiechnął się dumny, po czym wstał i poszedł w stronę holu.

Ruszyłam za chłopakiem i oparłam się o ścianę, w skupieniu przyglądając się poczynaniom brata. Blondyn włożył tenisówki, otrzepał spodnie i się wyprostował.

- Ogarnę ci notatki od Cassie czy Dylana albo od kogoś, kto lepiej się uczy, bo sama dobrze wiesz, że oceny tej dwójki to jakiś dramat.

- Racja. - Zaśmiałam się cicho. - Uważaj na siebie.

- I ty też. - Harry rozczochrał moje włosy palcami, a następnie zgarnął kluczyki od samochodu i opuścił dom.

Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam do salonu. Miałam mnóstwo czasu, bo spotkanie było umówione na godzinę szesnastą, więc uznałam, że mały seans The Vampire Diaries był zajebiście dobrym pomysłem. Rzuciłam się na kanapę i obejrzałam kilka odcinków, a gdy zegar wybił piętnastą, przebrałam się i byłam gotowa na spotkanie.

- Nick.

- Tak?

- Jadę do kancelarii rodziców, więc masz pilnować tego domu i dać mi znać, jak Harry wróci - mruknęłam i wyszłam na dwór, a ciepłe powietrze owiało moje ciało.

Wsiadłam do czarnego range rovera i wyjechałam z posesji. Kalifornijskie ulice oblegane były w tej chwili przez tysiące ludzi - zarówno turystów, jak i miejscowych, którzy kończyli pracę. Zatrzymałam się na czerwonym świetle i rozejrzałam po okolicy. Godzina na zegarku jasno wskazywała, że miałam mniej więcej piętnaście minut, aby dotrzeć do biura. Spojrzałam w lewo, a mój wzrok przykuła niska blondynka, która szarpała się z jednym z chłopaków. Szatyn krzyczał mało zrozumiałe słowa i popychał dziewczynę, która z każdym kolejnym podniesieniem jego ręki kuliła się jeszcze bardziej.

Zabiję go zaraz.

- Wdech, wydech, Aithne - szepnęłam do siebie, przymykając powieki.

Wzięłam parę głębokich wdechów i spojrzałam na światło, które jak na życzenie zmieniło się na zielone. Zmieniłam bieg i ruszyłam do biura. Wyjechałam na podziemny parking i zaparkowałam pojazd na specjalnym miejscu oznaczonym moim nazwiskiem. Zamknęłam samochód i weszłam do windy, po czym wybrałam numer piętra. Było już piętnaście minut po czasie, więc rodzice mogli mnie ochrzanić, że się spóźniłam.

Wysiadłam na ostatnim piętrze i skierowałam się na koniec korytarza, gdzie znajdowało się biuro rodziców. Weszłam do środka, rzuciłam klucze oraz telefon na masywne, drewniane biurko i usiadłam na czarnym, skórzanym fotelu. Oparłam głowę o zagłówek siedzenia i zamknęłam oczy, odchylając się do tyłu. Klaksony samochodów oraz szum drzew rozbrzmiewały w pokoju, przerywając tym samym upragnioną ciszę i spokój.

- Spóźniłaś się.

Wzdrygnęłam się, słysząc cichy, zachrypnięty głos.

- Kurwa - mruknęłam, otwierając oczy.

Zerknęłam na sofę znajdującą się zaraz przy drzwiach wejściowych. Siedział na nim ten sam chłopak, a raczej młody mężczyzna, którego widziałam w towarzystwie niskiej blondynki. Tej, która z przerażeniem w oczach patrzyła na niego, kiedy podnosił na nią rękę.

To może być naprawdę ciekawa i krótka współpraca.

Skinęłam głową i wskazałam dłonią, by zajął miejsce naprzeciwko mnie. Chłopak wolnym krokiem ruszył w moją stronę, zajął wskazane miejsce i wbił we mnie przerażająco odpychający wzrok. Miał nie więcej niż dwadzieścia lat.

- Aithne Smith - powiedziałam, wyciągając dłoń w jego stronę.

- Hunter Anderson.

Ścisnęłam dłoń szatyna, która była niebywale zimna. Skrzywiłam się lekko i usadowiłam wygodniej w fotelu.

Hunter Anderson, mam cię, chuju.

- Napijesz się czegoś?

- Podziękuję, ale nie - powiedział stanowczo, błądząc wzrokiem po mojej twarzy.

Uśmiechnęłam się kpiąco. Myślał, że to on ma władzę.

- Nalegam - rzuciłam, chwytając swój telefon.

Aithne: Zrobiliście to specjalnie, prawda?

Mama: Tata mówił, że Ci się spodoba. Zabij go, Aithne.

Zabiję. Z wielką przyjemnością.

Mama: Tylko niech podpisze jeszcze umowę. Jest w biurku.

Aithne: Oczywiście.

Zablokowałam urządzenie i spojrzałam na szatyna siedzącego przede mną, który błądził wzrokiem po pomieszczeniu. Przygryzłam wargę i chrząknęłam, czym zwróciłam na siebie jego uwagę. Uśmiechnęłam się ładnie, wstałam i okrążyłam biurko, a następnie usiadłam na blacie zaraz obok mężczyzny. Hunter zmarszczył brwi, wyraźnie zdezorientowany. Pochyliłam się w jego stronę, pozwalając, by mój oddech odbił się od jego warg. Mężczyzna w reakcji na to zacisnął dłonie na brzegach fotela.

- Coś nie tak? - szepnęłam zmysłowo, trzepocząc rzęsami, a szatyn pokręcił głową, przełykając głośno ślinę. Uśmiechnęłam się lekko i spojrzałam w jego niebieskie oczy. - Czy moi rodzice wspominali ci, że masz podpisać umowę?

- Coś wspominali - mruknął ochryple.

- Świetnie. - Moje usta otarły się o jego. Skrzywiłam się lekko, w duchu przeklinając się za swoje głupie pomysły.

Hunter stanął między moimi nogami, a jego dłonie po chwili powędrowały na moje biodra i zacisnęły się na nich. Wciągnęłam gwałtownie powietrze do płuc i opadłam na drewniany blat. Szatyn pochylił się i musnął wargami odkryty skrawek mojej szyi. Poczułam dreszcz obrzydzenia. Spojrzał na mnie z pożądaniem i nachylił się, aby połączyć nasze usta, jednak szybko chwyciłam kartkę i wysunęłam ją przed jego twarz.

- Nie tak prędko, najpierw podpis - mruknęłam, wręczając mu umowę oraz długopis.

Mężczyzna jęknął sfrustrowany i nie czytając tego, co jest zawarte w umowie, złożył na niej podpis, a następnie ponownie się do mnie zbliżył. Uniosłam kolano i trafiłam w jego krocze. Mężczyzna zgiął się wpół, co oczywiście wykorzystałam. Uderzyłam go łokciem w miejsce między łopatkami, przez co padł na kolana. Wymierzyłam kolejny cios, sprawiając, że upadł na plecy, a z jego nosa pociekła krew. Westchnęłam cicho, podwijając rękawy, po czym przykucnęłam przy Hunterze, a następnie uderzyłam go prawym sierpowym. Jego głowa odskoczyła do tyłu, uderzając w podłogę, a zduszony jęk uciekł spomiędzy jego warg. Spojrzał na mnie zamglonym wzrokiem, ocierając krew z twarzy wierzchem dłoni. Wyjęłam sztylet z opaski na nodze, poprawiłam go w dłoni, mocniej zaciskając na nim palce, a następnie usiadłam okrakiem na mężczyźnie. W jego oczach pojawiło się przerażenie, kiedy zauważył ostrze w mojej ręce. Pokręcił gwałtownie głową, próbując mnie z siebie zrzucić, ale poprawiłam się na nim, splotłam palce na rękojeści i wbiłam sztylet prosto w jego serce. Jak w amoku wykonywałam kolejne kłucia, dziurawiąc jego klatkę piersiową. Kałuża krwi powiększała się z każdą kolejną sekundą, idealnie kontrastując z jasnymi panelami.

Kiedy miałam zadać kolejny cios, w pomieszczeniu rozległo się ciche pukanie, a następnie drzwi się otworzyły. Kobieta, która przeszła przez próg, zamarła, wlepiając we mnie swoje jasne ślepia, a papiery wypadły jej z dłoni, rozsypując się po podłodze. Przyłożyła drżącą rękę do ust i na miękkich nogach zrobiła krok do tyłu. Każdy ruch, który wykonywała, był cichy, jakby bała się zakłócać to, czego właśnie była świadkiem.

- To ja może przyjdę innym razem - wyszeptała, patrząc na mnie z przerażeniem.

Pokręciłam przecząco głową, chowając jedną dłoń za siebie, po czym wyjęłam pistolet zza paska, odbezpieczyłam go, a następnie ułożyłam palec wskazujący na spuście.

- Tak, powinnam już iść - odezwała się ponownie, robiąc kolejny krok do tyłu, ale wycelowałam broń w jej stronę. - Przysięgam, nic nie widziałam.

- Widziałaś - mruknęłam, ciągnąc za spust.

Huk rozniósł się po piętrze, co na bank przykuło uwagę innych pracowników w tym budynku. Ciało blondynki upadło bezwładnie na podłogę. Wstałam, obtarłam ostrze o rękaw bluzy, a następnie razem z pistoletem schowałam je za pasek. Odetchnęłam cicho, uważając, by nie wejść w kałużę krwi. Nie chciałam narobić jeszcze więcej zbędnego syfu. Chociaż przy tym, co się tam znajdowało, krwawe odciski moich butów byłyby najmniej zauważalne. Zgarnęłam telefon z biurka, schowałam go do tylnej kieszeni spodni i podeszłam do martwej kobiety. Schyliłam się i zacisnęłam palce wokół jej kostek, a następnie wciągnęłam jej bezwładne ciało do gabinetu.

Ostatni raz rozejrzałam się po pomieszczeniu, upewniając się, że wszystko jest na swoim miejscu. Zamknęłam drzwi na klucz i ruszyłam w stronę windy, w międzyczasie wyjmując telefon z kieszeni. Nacisnęłam przycisk przywołujący windę, odetchnęłam cicho i odblokowałam ekran telefonu, by napisać SMS-a do taty.

Aithne: Hunter Anderson już więcej Ci nie zaszkodzi, zabiłam go.

Tata: Moja bestia, jestem z Ciebie dumny!

Aithne: Dziękuje, ale wyszła lekka kraksa...

Tata: Co masz na myśli?

Aithne: Zabiłam też jakąś blondynkę, bo nie raczyła poczekać, aż jej odpowiem, i wparowała do gabinetu.

Tata: W takim razie należało jej się. Kilku ochroniarzy zaraz zajmie się bałaganem, a Ty wracaj do domu, bo Twoja ruda małpa nie daje nam spokoju.

Zaśmiałam się cicho i zablokowałam ekran. Cassie zawsze zagadywała moich rodziców jakimiś głupimi pytaniami, a starsi naprawdę nie wiedzieli, czy żartowała, czy mówiła całkiem serio.

Schowałam telefon do kieszeni, weszłam do windy i oparłam się o jedną ze ścian. Przymknęłam powieki i zaczęłam nucić tą irytującą muzyczkę wydobywającą się z głośników. Poczułam, jak winda się zatrzymuje, a jej drzwi się rozsuwają. Rozchyliłam powieki, od razu łapiąc spojrzenie mężczyzny ubranego w idealnie skrojony garnitur. Brunet uśmiechnął się lekko, niepewnie robiąc krok w moją stronę. Był przystojny. Jego spojrzenie sunęło po moim ciele, jednak szybko jego oczy na dłużej zatrzymały się na moich dłoniach. Spojrzałam na nie, marszcząc brwi. Cholera, były całe we krwi. Z powrotem zerknęłam na mężczyznę, wzruszając tylko ramionami, a jego grdyka zadrżała, kiedy przełknął ślinę. Odwrócił się w stronę panelu z przyciskami i wyciągnął w jego stronę dłoń, jednak kiedy zorientował się, że piętro, na które chciał zjechać, było już wybrane, zrezygnował i stanął obok mnie. Jego ramiona zetknęły się z moimi, przez co skrzywiłam się nieznacznie. Wstrzymałam oddech w płucach, bo jego perfumy były wyjątkowo duszące i mdłe.

- Jesteś nowa? - zapytał po chwili, zerkając na mnie z góry.

- Nie - odpowiedziałam krótko, nie czując potrzeby, by przedłużać tę rozmowę. Samo to, że znajdowaliśmy się w jednej małej przestrzeni, było wystarczająco niekomfortowe.

- Więc co tutaj robisz, Aithne?

Rozszerzyłam oczy i gwałtownie odwróciłam głowę w jego stronę. Kąciki ust mężczyzny drgnęły w zarozumiałym uśmieszku. Wyciągnęłam sztylet, natychmiast przykładając go do jego szyi. Nawet nie drgnął, a jedynie cichy pomruk wydobył się z jego ust. Wpatrywał się w moją twarz z niezwykłą uwagą.

- Nie twój pierdolony interes - warknęłam ostro, wbijając ostrze w jego skórę.

Grymas wkradł się na twarz bruneta, jednak tak szybko, jak się pojawił, tak też zniknął.

- Może i nie - powiedział niewzruszony. - Jednak Johnson nadal chce, żebyś z nim współpracowała.

- Możesz mu przekazać, że więcej ma się do mnie nie zbliżać - wyszeptałam.

Drzwi się rozsunęły, a ja rozcięłam gardło mężczyzny i przez chwilę patrzyłam, jak krew tryska na wszystkie strony. Odsunęłam się, pozwalając mu osunąć się w dół na podłogę. Odwróciłam się i ruszając przed siebie, rzuciłam:

- Oczywiście, jeśli zdążysz.

***

Potykając się o własne nogi, łapałam się dosłownie wszystkiego dookoła, aby nie runąć na podłogę. Rudowłosa biegła tuż przede mną, poprawiając sukienkę, która podwinęła się jej lekko, kiedy zbiegałyśmy po schodach. Z hukiem wpadłam na przyjaciółkę, którą jęcząc boleśnie, zaciskała mocno powieki. Położyłam dłonie po obu stronach jej głowy i uniosłam się nad nią, patrząc w jej oczy z politowaniem.

Harry wszedł do holu i zerknął na nas ze zdezorientowaniem. Oparł się o ścianę, założył ręce na klatkę piersiową i dokładnie przyglądał się naszym poczynaniom, po czym poruszył znacząco brwiami, uśmiechając się głupio.

O mój Boże, co za kretyn.

- Jebiecie wódką - mruknął z niesmakiem, krzywiąc się.

- Cassie jebie, ja nie piłam - wtrąciłam, poprawiając go, a następnie podniosłam się i otrzepałam ubrania. - I to tequilą, nie wódką.

- Ma rację - jęknęła rudowłosa, nadal leżąc na podłodze.

Patrzyłam na nią z rozbawieniem, kiedy zaczęła robić aniołka, jakby leżała na śniegu. Pokręciłam głową, przygryzając dolną wargę, aby nie wybuchnąć śmiechem.

- Ona jest schlana w trzy dupy, jak nie cztery - powiedział Harry, a ja zgodziłam się z jego stwierdzeniem.

Blondyn podszedł do Cassandry, pochylił się nad nią i chwycił ją za ramiona. Dźwignął dziewczynę, przez co zachwiała się i z powrotem runęła na podłogę. Zduszony krzyk wyrwał jej się z ust. Odwróciłam się tyłem do nich, zamknęłam oczy i kilka razy uderzyłam czołem o zimną ścianę.

- Nie ma szans, że pojedziesz na ognisko - powiedziałam w końcu, podchodząc do rudej, a ona przewróciła się na plecy i z przerażeniem w oczach na mnie spojrzała. - Nie w takim stanie, Cassie.

- Ale ja jestem trzeźwa - pisnęła, szybko podnosząc się z podłogi, ale wleciała na komodę, zwalając z niej kilka rzeczy, które rozbiły się z hukiem.

Skrzywiłam się i błagalnym wzrokiem spojrzałam na brata, który uśmiechnął się kpiąco i podniósł ręce, dając mi znać, że mam liczyć tylko na siebie.

- Aithne, dam radę - zapewniła Cassie.

- Tak? - Uniosłam brew i założyłam ręce na piersi. Zmierzyłam dziewczynę uważnym wzrokiem, wykrzywiając usta w chytrym uśmieszku. - A powiedz: which witch switched the Swiss wristwatches4.

- Which witch swit... bla, bla, bla - wybełkotała, mrużąc gniewnie oczy, po czym zygzakiem ruszyła w moją stronę, a ja zaśmiałam się cicho, patrząc, jak wyciąga palec wskazujący i kładzie go na moich piersiach. - Mogę pomacać?

- O mój Boże, chodź. - Odepchnęłam ją od siebie. - Zawiozę cię do domu.

- Na ogniskoooooo - jęknęła niemalże błagalnie.

Pokręciłam rozbawiona głową, słysząc jej dziecięcy głos. Zgarnęłam klucze z komody i mocniej chwyciłam dziewczynę w pasie.

- Pojedziemy na ognisko, prawda? Aithne?

- Może. - Wzruszyłam niedbale ramionami i spojrzałam pod nogi, kiedy schodziłyśmy po schodach.

- Tam będzie Jake - powiedziała rozmarzonym głosem, przymykając powieki, przez co ponownie się potknęła, ale mocniej ją przytrzymałam. - Jake James, ten przystojniak z ostatniej klasy.

- Cassie, wiem, kim jest Jake - mruknęłam, pomagając jej wsiąść do samochodu.

Dziewczyna opadła na siedzenie, a ja pochyliłam się nad nią i zapięłam pas.

- Całowałam się z nim - rzuciła nagle, zerkając na mnie zamglonym wzrokiem. - Był taki cudooowny.

- Tak? To świetnie - odparłam, po czym odpaliłam silnik, zapięłam pasy i wyjechałam z posesji.

Ściszyłam muzykę wydobywającą się z radia i włączyłam klimatyzację. Zerknęłam na Cassie, która leżała z zamkniętymi oczami na siedzeniu. Jej oddech robił się miarowy, co upewniało mnie w tym, że zasnęła.

Po chwili usłyszałam dźwięk z telefonu powiadamiający o nowej wiadomości.

O'Kelly: Ty i ruda będziecie? Jake się niecierpliwi.

Aithne: Jake się niecierpliwi czy Ty?

O'Kelly: Jake.

Rzuciłam telefon do schowka, przeczesałam palcami włosy, a następnie zacisnęłam dłonie mocniej na kierownicy i skupiłam się na drodze. Kątem oka zerknęłam na przyjaciółkę, której strużka śliny spływała po brodzie. Po kilku minutach byłyśmy już prawie na miejscu. Wjechałam na posesję państwa Wolfe. Światło świeciło się w kilku pomieszczeniach domu, zaś na werandzie siedział ojciec Cassandry. Harry zapewne poinformował go, że zaraz będę.

Zaparkowałam samochód zaraz przy wejściu do domu, zgasiłam silnik, odpięłam pas i wysiadłam z samochodu. Szatyn patrzył na mnie z uśmiechem, który od razu odwzajemniłam.

- Cześć, Aithne - powiedział, schodząc po drewnianych schodach.

- Dobry wieczór, Sebastianie - odpowiedziałam pogodnie, nachylając się nad przyjaciółką. Odpięłam jej pasy, chwyciłam za ramię i wyciągnęłam z samochodu. - Jest trochę schlana.

- Wiem, i wiem też, że to moja wina. - W jego głosie pobrzmiewał smutek. - Trochę się dzisiaj pokłóciliśmy. Nie wiedziałem jednak, że się upije.

- Wspominała mi o waszej kłótni. - Zrobiłam kilka kroków w jego stronę.

Cassie mruknęła coś, kiedy wlokłam ją do drzwi, a Sebastian po chwili wziął w ramiona swoją córkę i uśmiechnął się wdzięcznie.

- W razie czego dzwoń, przyjadę do niej.

- Dziękuję - odpowiedział i machnął ręką na pożegnanie.

Skinęłam głową i z powrotem wsiadłam do samochodu, po czym zerknęłam na telefon.

Harry: Widzimy się na miejscu. Odwiozłaś Cassie?

Aithne: Tak. Za jakieś piętnaście, może dwadzieścia minut będę na miejscu.

Harry: Uważaj na siebie.

Uśmiechnęłam się lekko, a ciepło rozlało się po moim ciele, najmocniej uderzając w serce. Kochałam tego kretyna.

Jechałam po pustej jezdni, którą oświetlały pobliskie latarnie. Budynki rozciągały się po całej długości S Glendale Ave. Skręciłam w leśną uliczkę, a reflektory świateł przebijały się przez pnie drzew. Jechałam tak przez kilka minut, po czym zatrzymałam samochód i wysiadałam, zatrzaskując za sobą drzwi.

Gałęzie łamały się pod naciskiem moich stóp, liście szeleściły przez wiatr, a rozmowy ludzi z każdym moim kolejnym krokiem stawały się głośniejsze. Kącik moich ust drgnął minimalnie, kiedy w oddali dostrzegłam swojego brata zajętego rozmową z Elizabeth. Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, kiedy Harry mówił jej coś na ucho.

Cholera, pasowali do siebie.

Poprawiłam bluzę, wzięłam głęboki wdech i zbliżyłam się do ognia, który tlił się niemiłosiernie. Jake uśmiechnął się do mnie szeroko, jednak kiedy zobaczył, że jestem sama, wyraz jego twarzy szybko się zmienił. Zmarszczył brwi i patrzył na mnie pytającym wzrokiem. Wzruszyłam ramionami, zatrzymując się kilka kroków przed nim.

- Gdzie Cassie? - zapytał niemal natychmiast.

Uśmiechnęłam się, widząc w jego oczach nadzieję, która z każdą sekundą mojego milczenia gasła.

- Upiła się i właśnie zgonuje w swoim pokoju - powiedziałam obojętnie. - Ale spokojnie, ona też chciała się z tobą zob...

- Kogo my tu mamy! - przerwał mi O'Kelly, a ja przewróciłam oczami, gdy położył rękę na ramieniu przyjaciela, a mi posłał pełen kpiny uśmiech.

- W każdym razie... - kontynuowałam, przenosząc wzrok z powrotem na Jake'a. - Jutro możesz się do niej odezwać.

- Do rudej? - Luke ponownie się wtrącił, patrząc na swojego przyjaciela z politowaniem.

- Czy ty możesz, kurwa, wypierdalać? - syknęłam, posyłając mu gniewne spojrzenie.

Kąciki jego ust uniosły się nieznacznie, co dało mi do zrozumienia, że go bawię. Jake patrzył na naszą dwójkę z niezwykle wielkim rozbawieniem.

- Albo nie. Pobawimy się w berka! - rzuciłam i uśmiechnęłam się cwanie, po czym przejechałam ręką po sztylecie, który znajdował się za paskiem moich spodni, a brunet spojrzał na moją dłoń. - Jeśli nie chcesz zginąć, lepiej biegnij.

- To ty powinnaś uciekać - powiedział, ściągając dłoń z ramienia Jake'a, i zrobił krok w moją stronę. Pochylił się do mnie, a jego oddech owiał moje usta. - Lepiej biegnij, Smith.

- To ja ustalam zasady - szepnęłam, sprawiając, że moje usta otarły się o jego. Uśmiechnęłam się kpiąco, czując, jak chłopak zadrżał przez ten ruch. Zrobiłam krok do tyłu, zerkając na Jake'a, który stał za brunetem i zaciskał usta, próbując ukryć rozbawienie. Puściłam mu oczko i wróciłam wzrokiem do Luke'a. - No raz, raz, Luke!

- Miłość rośnie wokół was... - zanucił Jake.

Luke uderzył przyjaciela w ramię, przez co twarz szatyna wykrzywiła się w lekkim grymasie.

- Aithne, chcesz piwo? - zapytał Jake, pocierając dłonią obolałe miejsce.

- Z chęcią. - Skinęłam głową, uśmiechając się lekko.

Chłopak wyciągnął kciuk w górę, po czym odwrócił się i poszedł w stronę ludzi siedzących przy ognisku. Wsunęłam rękę w kieszeń bluzy i chwyciłam karteczkę, którą wcześniej tam włożyłam. Wyjęłam zmięty papierek i podałam go Luke'owi. Brunet zmarszczył brwi, niepewnie wziął go ode mnie i przeczytał treść. Jego szczęka zacisnęła się, a kości policzkowe stały się ostrzejsze i bardziej widoczne.

- Kiedy to dostałaś?

- Ostatnio.

Luke rozdarł papierek na kilkanaście części, po czym włożył do tylnej kieszeni swoich spodni.

- Ja pierdolę - powiedział ostro, wymijając mnie.

Zerknęłam na niego przez ramię i obserwowałam, jak się oddala i wchodzi w głąb lasu.

- A temu co? - zapytał Jake, podchodząc do mnie.

Chwyciłam w dłonie butelkę, którą mi przyniósł.

- Buntuje się. - Wzruszyłam ramionami i upiłam łyk piwa. Gorycz rozlała się po moim gardle, przez co skrzywiłam się minimalnie. - Nasz chłopczyk dorasta - powiedziałam, udając wzruszenie, na co szatyn parsknął śmiechem. - Benji podrzucił mi liścik miłosny.

- Dalej się od ciebie nie odpierdolił? - zapytał zaskoczony Jake, a ja pokręciłam przecząco głową. Chłopak stuknął nerwowo palcami w szklaną butelkę i zerknął w stronę lasu, w którym zniknął brunet. - Kurwa, myślałem, że jasno daliśmy mu do zrozumienia, że ma się od ciebie odpieprzyć.

- Umiem o siebie zadbać, spokojnie.

- Jesteś kobietą - powiedział wymownie.

Parsknęłam kpiąco i spojrzałam na niego z niedowierzaniem.

Jake, nie sprawiaj, że cię znienawidzę. Cassie by tego nie chciała.

- I właśnie dlatego jestem silniejsza od mężczyzn, James - powiedziałam, wymijając go. - Pamiętaj o byciu czujnym, bo nigdy nie wiesz, kiedy ktoś będzie chciał cię zabić - rzuciłam przez ramię i odeszłam.

Dołączyłam do swojego brata, który siedział przy ognisku w towarzystwie chłopaków z drużyny koszykarskiej. Włożyłam ręce do kieszeni bluzy i rozejrzałam się po ludziach, którzy rozmawiali ze sobą. Mój wzrok padł na Dylana, który uśmiechnął się szeroko i pomachał do mnie. Skinęłam głową i odwzajemniłam uśmiech.

Harry ucieszył się na mój widok i objął mnie ramieniem, przyciskając do swojego boku. Wolną ręką dosięgnął do moich włosów i rozczochrał je tak, że kilka pasemek spadło mi na twarz. Pisnęłam cicho, próbując wyrwać się z jego uścisku, jednak z każdą moją próbą wzmacniał swój uścisk. Znajomi brata parsknęli śmiechem, przyglądając się nam z zaciekawieniem.

Odetchnęłam głęboko, odsuwając się od blondyna, który z uśmiechem przyglądał się mojej twarzy. Upiłam łyk alkoholu, krzywiąc się delikatnie, a z ust Harry'ego wyrwał się cichy śmiech, bo dobrze wiedział, że nienawidziłam zwykłego piwa. Przewróciłam oczami, uderzając go w ramię, przez co syknął cicho.

- Co z Cassie?

- Cóż... - zaczęłam, wzruszając ramionami i popatrzyłam na Lizzy, która ponownie zmierzała w stronę mojego brata i uśmiechała się przyjaźnie. - Odwiozłam ją do domu. Jej ojciec się nią zajął.

- Dobrze, że cię ma - szepnął Harry, po czym przeniósł wzrok na szatynkę, która zajęła miejsce po jego drugiej stronie.

Wyjęłam wibrujący w kieszeni telefon i odczytałam wiadomość.

O'Kelly: Przyjdź na pomost.

Przewróciłam oczami i z powrotem włożyłam telefon do tylnej kieszeni spodni, po czym zacisnęłam mocniej palce na szyjce butelki i zrobiłam krok w tył.

- Zaraz wrócę - mruknęłam, zwracając tym samym uwagę mojego brata oraz Elizabeth.

Harry zmarszczył brwi, przyglądając mi się z zaciekawieniem. Wzruszyłam ramionami, patrząc na jego towarzyszkę, która uśmiechnęła się cwaniacko.

- Cholera, zapomniałam, że mam coś dla ciebie, Lizzy.

- Naprawdę? Gdzie? - zapytała ciekawa.

- W tylnej kieszeni - rzuciłam i wystawiłam w jej stronę środkowy palec.

Dziewczyna przewróciła oczami, śmiejąc cię cicho.

- Lubię cię - powiedziała, kręcąc z rozbawieniem głową.

Machnęłam ręką i odwróciłam się do nich tyłem, kierując się w stronę lasu.

Chłodny powiew wiatru uderzył w moje ciało, a ja minimalnie się wzdrygnęłam. Spojrzałam na czarne niebo i oświetlone latarniami ulice, które można było dostrzec między pniami drzew. Przeszłam pod kurtyną bluszczu, mijając parę osób, które śmiały się wniebogłosy, nawet mnie nie zauważając.

Poczułam ogromną dłoń na ramieniu, przez co w mgnieniu oka odwróciłam się w stronę osoby, która wywołała ciarki na moim ciele. Brunet przyłożył dłoń do moich ust i pociągnął mnie w głąb lasu. Szarpnęłam się, wyrywając z jego uścisku, i rękawem bluzy przejechałam po ustach.

Odwróciłam się za siebie, dostrzegając, że O'Kelly wcale za mną nie idzie. Zmarszczyłam brwi, rozglądając się po terenie, a następnie weszłam na plażę.

Popatrzyłam na bruneta, który stał oparty o drewnianą belkę i uśmiechał się cynicznie. Przewróciłam oczami, po czym sama weszłam na pomost, zakładając ręce pod piersi. Z obojętną miną zmierzyłam chłopaka wzrokiem, a następnie, napotykając jego czarne tęczówki, które z mocą wpatrywały się we mnie, z trudem przełknęłam ślinę.

Wyjęłam sztylet. Ostrze błysnęło, kiedy zakręciłam nim między palcami. Stanęłam przed brunetem i przyłożyłam nóż do jego odsłoniętej skóry.

- Mam ochotę cię zabić, wiesz? - wyszeptałam, patrząc w jego oczy.

- I ze wzajemnością, Smith.

Uśmiechnęłam się, nacinając jego szyję. Strużka krwi spłynęła mu za materiał czarnej bluzy.

- Ale na co jeszcze czekasz? Masz idealną okazję, by mnie zabić.

- Najpierw pomożesz mi zabić Johnsona - powiedziałam ze spokojem, robiąc krok w tył. Wytarłam ostrze w rękaw bluzy, po czym schowałam je z powrotem za pasek spodni. - Musimy się go pozbyć, bo inaczej to on pozbędzie się nas.

- Dziewczyna, która zniszczyła armię - powiedział, uśmiechając się cynicznie.

Zmarszczyłam brwi, nie bardzo wiedząc, o co mu chodzi.

- Twoje ręce są spowite krwią wielu ludzi, a to sprawia, że jakoś ci ufam, Smith.

- To cię zabija, prawda? Zabija cię fakt, że naprawdę się ode mnie uzależniasz - szepnęłam, nie spuszczając wzroku z chłopaka. - Nie potrafisz patrzeć już na siebie w lustrze, bo za każdym razem, gdy to robisz, widzisz chłopaka, który robi się coraz słabszy. Czujesz się z tym źle, bo wiesz, że jestem silniejsza od ciebie.

- Zamknij się - ryknął ostro.

Nawet nie drgnęłam. Uśmiechnęłam się usatysfakcjonowana, widząc, jak gniew płonie w jego oczach. Zacisnął dłonie w pięści, mordując mnie wzrokiem.

- Po prostu się, kurwa, zamknij, Smith.

Niszczyłam go. A może po prostu mi się to wydawało, może to on niszczył mnie, a ja nie byłam świadoma, że upadałam na samo dno piekła.

- Myślisz, że mnie zabijesz? - zapytał, wlepiając we mnie wzrok. - Nie dasz rady, Smith.

- Nie da się zabić kogoś, kto już nie żyje - rzuciłam, odwracając się do niego tyłem, po czym założyłam kaptur na głowę i ruszyłam drewnianym pomostem w stronę lasu. - Bądź czujny, O'Kelly.

***

Zarzuciłam bluzę na nagie piersi, wsunęłam krótkie spodenki na tyłek i wiążąc włosy w niedbały kok, wyszłam z łazienki. Zgarnęłam z półki podręcznik do hiszpańskiego i opuściłam pokój.

- Dokąd idziesz? - zapytał Harry, a ja odwróciłam się, spojrzałam na niego i pomachałam mu książką przed oczami.

- Na dach, ładne niebo dzisiaj, dlatego też pouczę się trochę hiszpańskiego. - Wzruszyłam ramionami, jakby to była najbardziej oczywista odpowiedź.

Mój brat bardzo dobrze wiedział, że lubiłam spędzać noce na dachu, wgapiając się w gwiazdy przez teleskop. Czasami zdarzało mi się wskoczyć do basenu. Nawet w zimie pływanie w nim było przyjemnością.

- A ty? Wybierasz się gdzieś, braciszku?

- Może - powiedział i próbował powstrzymać lekki uśmiech, jednak ten był silniejszy i wkradł się na jego twarz.

- Powiedz mi - rzuciłam podekscytowana, skacząc w miejscu jak idiotka, a blondyn posłał mi pełne politowania spojrzenie, zaciskając usta w wąską linię. Rzuciłam podręcznik na podłogę i podeszłam do niego, robiąc maślane oczy. - Harry, powiedz!

- Na randkę - przyznał w końcu, a ja pisnęłam, chwytając go za ramiona i podskakując.

Chłopak podniósł mnie, pozwalając, abym owinęła nogi wokół jego talii.

- Zachowujesz się jak dziecko, Aithne.

- Bo nim jestem - powiedziałam, nadal szczerząc się jak kretynka. - Mój braciszek idzie na randkę!

- Zgadnij z kim.

Odwróciłam głowę, aby spojrzeć na rozbawioną Lizzy, która z lekkim uśmiechem nam się przyglądała.

- Wiedziałam! - pisnęłam, patrząc na Elizabeth, a następnie zeszłam z brata i poklepałam go po ramieniu, pchając w stronę jego towarzyszki. - Bawcie się dobrze, gołąbeczki, ale ty... - wymierzyłam palec wskazujący w Harry'ego i zmrużyłam gniewnie powieki - ...oberwiesz za to, że nie powiedziałeś mi, że spotykasz się z Lizzy.

- Nie dramatyzuj, kobieto. - Gwałtownie się odwróciłam, łapiąc kontakt wzrokowy z Lukiem. Stał na krańcu schodów i z założonymi na torsie rękoma opierał się o ścianę. Kącik jego ust drgnął, formując się w pełny kpiny uśmiech.

- Evans, zadzwoń później.

- Zadzwonię jutro - rzuciła Lizzy, po czym pociągnęła mojego brata w dół schodów.

Trzask drzwi rozniósł się po holu, uświadamiając mnie, że opuścili mury domu.

Podniosłam podręcznik z podłogi i nie uraczając Luke'a żadnym spojrzeniem, wyminęłam go i ruszyłam ciemnym korytarzem, kierując się w stronę lewego skrzydła. Zbiłam piątkę z jednym z ochroniarzy, skręciłam w prawo i wdrapałam się po schodach w górę. Przyłożyłam kciuk do czytnika linii papilarnych, zielone światełko mignęło mi w oczach, a ja pchnęłam masywne drzwi i weszłam na dach.

Światło odbijało się w tafli wody znajdującej się w kilkumetrowym basenie. Zerknęłam na bruneta, który rozglądał się po dachu. Jego usta były delikatnie rozchylone, kiedy pożerał wzrokiem każdy cal widoku przed nami. Podeszłam do basenu i zajęłam jedno z miejsc, na których można było się wygodnie ułożyć. Na drugi leżak rzuciłam podręczniki, wyjęłam swój telefon i zerknęłam na powiadomienia. Nie było ani jednego, dlatego też odetchnęłam z ulgą. Nienawidziłam odpisywać na wiadomości.

Ułożyłam się wygodniej na leżaku i splotłam dłonie pod piersiami. Przymknęłam powieki, czując przyjemny wiatr, który z każdym powiewem muskał moją skórę. Odetchnęłam głęboko, zaciągając się świeżym powietrzem. Kochałam to miejsce.

Wzdrygnęłam się, gdy usłyszałam, jak leżak obok mnie się porusza i wydaje z siebie nieprzyjemny dźwięk. Zdusiłam w sobie chęć rzucenia jakiegoś komentarza i nadal nie otwierałam oczu. Oddychałam miarowo, pozwalając, aby chłodne powietrze docierało do moich płuc i orzeźwiało mój umysł. Słyszałam, jak brunet kartkował podręcznik.

Rozchyliłam powieki, kątem oka zerkając na chłopaka, który ze spokojem wymalowanym na twarzy czytał jeden z tematów. Przygryzł dolną wargę i skanował wzrokiem zdania wydrukowane na papierze.

- Zaznaczone tematy wcale nie są takie trudne, na jakie wyglądają - odezwał się, przenosząc na mnie wzrok. - Dosłownie, są bardzo łatwe.

- Wiem, dlatego je zaznaczyłam - odpowiedziałam, jakby w tej chwili była to najbardziej oczywista rzecz na całym pieprzonym świecie.

- Więc po co mnie tutaj zaprosiłaś?

- Nie zaprosiłam cię - odparłam szybko, a brunet przewrócił oczami, odwracając głowę w stronę basenu. - To ty tutaj przyszedłeś, więc wiem, że czegoś ode mnie chcesz, O'Kelly.

- O czym ty mówisz?

- Chcesz, abym zabiła Benjiego Johnsona, zanim on zabije ciebie - powiedziałam bez krzty zawahania. Byłam spokojna, natomiast tego samego nie mógł powiedzieć o sobie mój towarzysz. Widziałam, jak się spiął i nerwowo przełknął ślinę. - Luke O'Kelly potrzebuje pomocy.

- Wcale nie - rzucił, przybierając pokerową maskę.

Jego oczy pochłonął mrok, gdy skanował nimi moje ciało, powodując u mnie przyjemne dreszcze. Kręciło mnie to, jednak jeszcze bardziej kręcił mnie widok krwi spływającej po jego szyi, kiedy moje długie, ostre paznokcie sunęły po odsłoniętym skrawku jego skóry.

Cholera, kiedy znalazłam się tak blisko niego?

Luke patrzył na mnie z góry, kiedy ja nadal sunęłam paznokciami po jego skórze, raniąc go jeszcze bardziej. Oddech miałam miarowy, a wzrok skupiony na jego tęczówkach, których w ogóle ze mnie nie spuszczał. Wpatrywał się we mnie jak w obrazek, jakby w ogóle nie czuł bólu, który mu sprawiałam. Ciemna, gorąca ciecz wchłonęła się w materiał bluzy, brudząc jego klatkę piersiową.

- Lubisz, kiedy sprawiam ci ból. - Mój głos był ledwie słyszalny. Uśmiechnęłam się lekko, gdy zobaczyłam, jak usta mężczyzny rozchyliły się delikatnie, tak jakby chciał coś powiedzieć, jednak nie potrafił. - Podoba ci się to.

Lubiłam takie chwile jak te. Szczególnie z nim.

Luke O'Kelly był ode mnie uzależniony, jednak sam nie zdawał sobie z tego sprawy. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że każda sekunda spędzona w moim towarzystwie uzależniała go jeszcze bardziej.

Chciał mnie zabić. Byłam tego świadoma, jednak nadal tego nie zrobił. Nie zabił mnie, bo coś go powstrzymywało. Powstrzymywał się sam, bo wiedział, że będzie miał ze mnie korzyści. Ale to ja mam korzyści z niego.

Jego wargi musnęły kącik moich ust. Przełknęłam żółć, która podeszła mi do gardła, jednak nie odsunęłam się od niego. Naprawdę podobała mi się nasza chora gra. Lubiłam się z nim drażnić i pokazywać mu, kto nad kim ma władzę.

Usłyszałam dźwięk otwierających się drzwi, a zaraz po nim dźwięk nadchodzących kroków. Nawet na sekundę nie oderwałam wzroku od brązowych tęczówek Luke'a, które od kilku minut były skupione tylko na mnie. Odsunęłam się minimalnie w tył, ściągnęłam rękę z jego szyi, a zakrwawiony palec przyłożyłam do ust, otaczając go językiem.

Metaliczny smak natychmiast rozniósł się po moim języku. Uśmiechnęłam się chytrze, wycierając palec o bluzę Luke'a, po czym przeniosłam wzrok na jednego z ochroniarzy, który przyglądał się nam z rozchylonymi ustami. Spojrzałam na niego znacząco, więc ten bez dłuższego zastanowienia cofnął się i zamknął za sobą drzwi.

Rozsiadłam się wygodnie na leżaku i kątem oka zerknęłam na Luke'a, który nadal wpatrywał się w miejsce, w którym byłam wcześniej. Kącik moich ust drgnął, gdy dostrzegłam, że krew nadal wypływała z niewielkiego rozcięcia na jego skórze.

- Która strona? - zapytał, a ja wzdrygnęłam się, wyrywając z letargu, i zmarszczyłam brwi, zerkając na chłopaka, który kartkował podręcznik. - Smith, która strona?

- Dwieście dwadzieścia osiem - mruknęłam, nie bardzo wiedząc, co znajduje się na stronie, którą mu podałam. Czy ja wyglądałam na osobę, która zna spis treści podręcznika do hiszpańskiego? Nie wydaje mi się.

- Przecież to jest łatwe - usłyszałam po chwili.

- No me jodas5 - powiedziałam, dalej rozwiązując zadanie.

Ciche parsknięcie wyrwało mu się z ust.

- "H" w języku hiszpańskim jest nieme, Smith - powiedział poirytowany, zerkając na mnie znad książki.

Westchnęłam cicho, wystawiając w jego stronę środkowy palec.

- Ty jesteś, kurwa, niemy - warknęłam, wyrywając mu książkę z ręki. Zerknęłam na stronę, na której miał otwarty podręcznik, i przygryzłam wargę, gdy skanowałam tekst wzrokiem. Przyłożyłam kciuk do ust, otoczyłam go językiem, zwilżając opuszek, by lepiej kartkowało mi się strony. Otworzyłam na odpowiednim temacie i z powrotem podałam chłopakowi podręcznik. - Naucz się rozróżniać cyfry, bo sto dwadzieścia osiem, to wcale nie to samo co dwieście dwadzieścia osiem, O'Kelly. A "J" w języku hiszpańskim czyta się jako "H".

Chłopak wzruszył ramionami, uśmiechając się sarkastycznie. Znów chciałam wystawić w jego stronę środkowy palec, co natychmiast wykorzystał i złapał mnie za nadgarstek, ściskając go z całej siły. Grymas bólu cisnął mi się na twarz, jednak powstrzymałam go, zaciskając szczęki. Skóra paliła mnie w miejscu, które okalały palce chłopaka.

- Lubisz, kiedy sprawiam ci ból - wyszeptał.

- Spierdalaj - odpowiedziałam i szarpnęłam ręką, wyrywając się z jego uścisku, a Luke ponownie się zaśmiał, wygodniej usadawiając się na leżaku. Chwyciłam podręcznik, strącając długopis, który poturlał się w stronę bruneta. Nachyliłam się i wzięłam go z powrotem między palce, po czym uśmiechnęłam się, przypadkiem uderzając dłonią w nóżki przy leżaku, na którym spoczywał chłopak. Mebel runął, a razem z nim Luke. - Szach-mat.

Otworzyłam odpowiedni temat, wzrokiem przeskanowałam zakreślony na stronie tekst i zabrałam się za notowanie. Długopis swobodnie przesuwał się po stronach zeszytu, kiedy zapisywałam na nim słowa widniejące w podręczniku.

- Suka z ciebie - mruknął, podnosząc się z betonu.

Luke otrzepał ubrania i stanął przy moim leżaku. Zmarszczyłam brwi, patrząc, jak nachyla się nade mną i bierze mój zeszyt razem z podręcznikiem. Jego usta wykrzywiły się w cynicznym uśmiechu, zaś ręce wsunęły pod moje kolana i sprawnym ruchem uniosły mnie z leżaka. Wydałam z siebie cichy pisk, kiedy Luke przerzucił mnie sobie przez ramię.

O nie.

Wciągnęłam gwałtownie powietrze, zdając sobie sprawę z tego, co zaraz nastąpi. Buty bruneta odbijały się od betonowej posadzki, wydając charakterystyczny dźwięk. Chłopak stanął na krawędzi basenu, oddychając spokojnie. Szarpnęłam się, próbując się wyrwać.

- Wspominałaś kiedyś, że nasza gra jest niebezpieczna - powiedział, urywając, jakby się nad czymś zastanawiał. - Ale popatrz, ile zabawy z tego mamy.

Chciałam mu odpowiedzieć, naprawdę chciałam.

Nabrałam haust powietrza, gdy poczułam, że spadam, i zacisnęłam mocno powieki. Całe moje ciało zatopiło się pod taflą wody, ale po chwili odbiłam się od dna i wypłynęłam na powierzchnię. Ubrania lepiły się do każdego skrawka mojej skóry, sprawiając mi niesamowity dyskomfort.

Odgarnęłam z twarzy mokre kosmyki włosów i z mordem w oczach spojrzałam na Luke'a, który szczerzył się zwycięsko, patrząc na mnie z góry. Uderzyłam rękoma w taflę wody, sprawiając, że rozchlapała się na wszystkie strony, mocząc ubrania bruneta.

- Szach-mat, Smith.