MARCELINA
- Coś tu śmierdzi - mówi Bernadeta Konopka i ostentacyjnie pociąga nosem.
Rozglądam się dyskretnie. Nie widzę nic, co mogłoby brzydko pachnieć. Żadnych skarpetek wypełzających spod kanapy. Wymemłanych chrupek składanych na czarną godzinę przez psa sąsiadki, którym czasami się opiekuję. Nieświeżych kwiatów w zielonkawej wodzie. Owszem, dywan jest nieco przykurzony, w tym tygodniu sprzątanie wspólnej części mieszkania przypada mojej współlokatorce, Agnieszce, a ona jest świeżo zakochana i rura od odkurzacza to ostatnia rzecz, za jaką ma ochotę chwytać, ale ogólnie nie jest źle. Zazwyczaj staram się umawiać takie spotkania na mieście, ale Bernadeta wzięła mnie z zaskoczenia. Poza tym jest, można rzec, stałą klientką i zasługuje na specjalne traktowanie.
- Coś tu cholernie śmierdzi! On nigdy się tak nie zachowywał! - uściśla, a ja prostuję się z ulgą.
- Pani Bernadeto...
Klientka ucisza mnie, unosząc ozdobioną ciężkimi pierścionkami dłoń.
- Henryczek mnie zdradza! - oświadcza, dramatycznie zniżając głos do szeptu. - Pani Marcelino, ja nie proszę... Ja błagam! Błagam, by zajęła się pani naszą sprawą priorytetowo! Ja muszę wiedzieć! Muszę wiedzieć, czy Henryczek jest niewierny i kim jest ta wywłoka! Tak! Wywłoka! A kiedy już się dowiem... siekiera, motyka, mózg na ścianie!
- Pani Bernadeto, już tyle razy pani tłumaczyłam... Nie jestem prywatnym detektywem. Nie zajmuję się ściganiem niewiernych mężów. Ja raczej... hmmm... - Urywam i zmieszana nawijam na palec kosmyk włosów. - Robię coś zupełnie innego. Prowokuję sytuacje, w których mężczyźni mogą okazać słabość. Sprawdzam ich siłę ducha. Testuję ich miłość i wierność!
- Wierność! - ekstatycznie wykrzykuje Bernadeta. - No przecież właśnie o to mi chodzi!
- Niezupełnie! - Kręcę głową. - Pani chce, żebym się dowiedziała, czy pan...
- Henryczek - podsuwa usłużnie.
- Czy Henryczek panią zdradza z jakąś kobietą. Ja mogę pani powiedzieć jedynie, czy chciał panią zdradzić ze mną.
- Dobrze! Zróbmy to! Sprowokujmy Henryczka do zdrady i przekonajmy się, czy skuszą go pani wdzięki!
- Pani Bernadeto... Prowokowałyśmy pana Henryczka już trzy razy. Za ostatnim zadzwonił na policję, twierdząc, że ktoś go nęka... Nie wiem, czy to dobry pomysł. Co prawda, od tamtego czasu zmieniłam kolor włosów i fryzurę, ale obawiam się, że pani mąż mnie pozna...
- To co? - Bernadeta wzrusza ramionami. - Najwyżej pomyśli, że ma wielbicielkę. To z pewnością mile połechce jego ego...
- Albo stalkerkę - dopowiadam ponuro. - Nie szukam kłopotów...
- Zapłacę podwójną stawkę!
- Podw...
- Potrójną! I umówię panią do swojego fryzjera. Ta postrzępiona grzywka wygląda dość niechlujnie...
Mój wzrok mechanicznie wędruje ku szufladzie, w której trzymam rachunki. Rachunki i upomnienia z banku, które w ostatnim czasie napływają lawinowo. Zapamiętajcie moje słowa, jeśli będziecie na tyle głupie, by zakochać się w takim lekkoduchu jak mój były, zachowajcie choć kroplę rozsądku i trzymajcie go z dala od swoich finansów. Inaczej po rozstaniu zostaniecie nie tylko z mokrymi oczami, ale również z kilkoma kredytami do spłacenia.
Pieniądze są mi pilnie potrzebne, a do grzywki nie jestem mocno przywiązana. Szczerze mówiąc, wyglądam w niej idiotycznie. Moja fryzjerka twierdzi, że powstała w porywie natchnienia, ale podejrzewam, że w rzeczywistości ta niezguła się zamyśliła i ciachnęła za dużo. Powinnam się cieszyć, że mam dwoje uszu!
- Dobrze - zwracam się do Bernadety, równocześnie sięgając po torebkę przewieszoną przez oparcie krzesła. - Przetestuję pana Henryczka. Czwarty i ostatni raz.
- Za podwójną stawkę - mówi.
- Za potrójną - uściślam twardo. - Zgadzam się na to tylko przez wzgląd na naszą dotychczasową współpracę. Szczegóły omówimy przez telefon. Powinnam już wyjść na spotkanie.
- Kolejne zlecenie? - dopytuje zaciekawiona.
W jej oczach dostrzegam błysk niezdrowego zainteresowania. Z pewnością chętnie pociągnęłaby mnie za język, by się dowiedzieć nieco więcej na temat mojej nowej klientki i jej sytuacji małżeńskiej. Nasze miasto jest duże, ale ci najwięksi są w nim powiązani jak nitki pajęczyny. Uśmiecham się przepraszająco w odpowiedzi i wymownie wskazuję drzwi, a ona się reflektuje i z szelmowskim chichotem podnosi palec do ust.
- No tak, zapomniałam - mówi, gdy wychodzimy na zalaną słońcem ulicę i przystajemy przed wejściem do kamienicy. - Dyskrecja to pani drugie imię, pani Marcelino! Myślę, że bez tej cechy nie byłaby pani tak świetną testerką!
Tym właśnie jestem. Na zlecenie zaniepokojonych żon inicjuję spotkania z ich mężami, zarzucam haczyk i czekam, czy taki okoń albo szczupaczek połakomi się na świeżą buzię, długie nogi i zalotny uśmiech. W ośmiu przypadkach na dziesięć przynęta okazuje się kusząca, a małżeństwo nie tak udane, jak życzyłyby sobie tego płacące mi kobiety. Czasem rybka czuje, że coś jest nie tak, i zrywa się z haczyka. A czasami odwraca się od przynęty z pogardą. Zdarza się również, że z wściekłości próbuje ją pożreć. Jak Henryczek, który zagroził, że zadzwoni na policję i zgłosi, że za nim łażę. Albo emerytowany profesor, który z gniewem zaoferował mi wizytę u swojego kolegi, wybitnego okulisty. Bo skoro nie zauważyłam obrączki na jego palcu, muszę mieć problemy ze wzrokiem, prawda?
Ooo, bycie testerką nie jest łatwym kawałkiem chleba! Uwierzcie mi na słowo!
Jak się stało, że nią zostałam?
To dość banalna historia. Moją pierwszą klientką była koleżanka ze studiów, Elwirka. Wiecznie zadzierająca nosa córka bogatego handlarza samochodami, taka, wiecie, co to wakacje na Malediwach i dżinsy sprowadzane z Nowego Jorku. Plus, naturalnie, narzeczony o piaskowych włosach, miodowej opaleniźnie i zębach lśniących jak płytki na wystawce w Castoramie. Nie lubiłam Elwirki, ale na jej faceta miałam prawdziwą alergię. Naprawdę! Gdy wchodził do pokoju, przenikał mnie lodowaty dreszcz, a zęby zaczynały ocierać się o siebie z głośnym zgrzytem. Podczas jednej z imprez zauważyłam, że chłoptaś bezczelnie gapi się na tyłek naszej koleżanki. Wyglądał jak pies sąsiadki zahipnotyzowany kruchym ciasteczkiem. Brakowało mu jedynie strużki śliny spływającej z kącika ust. Pokazałam to Elwirce. No, nie mogę powiedzieć, że bez grama satysfakcji... Ale ona nie widziała w tym nic zdrożnego.
- Co z tego, że sobie popatrzy? - prychnęła, wzruszając ramionami.
- No, dziś patrzy, a jutro... - Urwałam i uśmiechnęłam się znacząco.
- Że co ty mi tu insynuujesz? Że mój Rysio mnie zdradza?! Ha, ha, ha! Dobre, naprawdę dobre! - Śmiała się w głos. - Spójrz na mnie! - Wycelowała czubkiem paznokcia z manikiurem ombre w gładki dekolt muśnięty złocistym pudrem. - Takich dziewczyn jak ja się nie zdradza! Takim dziewczynom je się z ręki! Rozumiesz?
- Taka jesteś pewna? - Uśmiechnęłam się kpiąco, bo bawiła mnie ta pompatyczna przemowa. - To sprawdź go...
- Sprawdzić? Niby w jaki sposób?
- Przekonaj się, czy kiedy atrakcyjna dziewczyna zakręci mu przed nosem zgrabnym tyłeczkiem, nadal będzie jadł tylko z twojej ręki.
- Chyba nie masz na myśli swojego tyłeczka? - Obrzuciła mnie pogardliwym spojrzeniem. - Bo wtedy musiałabyś chyba powiedzieć: trzydrzwiową szafą!
No, powiedzcie sami, nie wkurzylibyście się? Może i nie noszę ikseski. Może i mam figurę gruszki i muszę się nagimnastykować, by kupić wygodne dżinsy, które nie zjeżdżają przy każdym ruchu, malowniczo odsłaniając przedziałek, i to wcale nie ten na głowie! Ale nazwanie tylnych partii mojego ciała trzydrzwiową szafą to już gruba przesada... Nagle udowodnienie pięknej Elwirce, że jej złocisty wymuskany chłopiec nie jest tak grzeczny i posłuszny jak sądzi, stało się sprawą honoru!
- Oczywiście, że tak! - potwierdziłam. - Przetestuję wierność twojego Rysia, ale... nie za darmo! Zawrzyjmy układ! Chętnie pojechałabym z wami na narty w przerwie międzysemestralnej, ale chwilowo jestem spłukana!
- Chcesz uwieść mojego faceta, a ja ci mam za to jeszcze zapłacić?! - oburzyła się. Przytaknęłam.
- Słyszałam, że planujecie zaręczyny. Pomyśl, ile zaoszczędzisz na przygotowaniach przedślubnych, jeśli szydło wyjdzie z worka już teraz. Poza tym - uśmiechnęłam się znacząco - przecież i tak jesteś Rysia pewna, co nie?
- Jestem! - warknęła niezbyt miło. - A co ja z tego będę miała? Jeśli Rysiaczek okaże się krystaliczny jak łza?
- Satysfakcję i pewność szczęśliwego związku? - podpowiedziałam.
- To... dopiero za jakiś czas. Chcę czegoś... w zamian. Zawrzyjmy coś w rodzaju zakładu.
- Nie chcę się z tobą zakładać! - zaprotestowałam. - Czy ty nie rozumiesz, że chcę ci wyświadczyć przysługę?
- Ooo, dość kosztowną przysługę!
Zamyśliłam się. Miała rację.
- Dobra. Czego chcesz?
- Pomocy w napisaniu pracy zaliczeniowej. Mam materiały, tylko z czasem u mnie krucho...
Pomyślałam, że jeśli dobrze oceniłam złotego Rysia i wszystko przebiegnie tak, jak zakładałam, już wkrótce Elwirka zyska mnóstwo wolnego czasu. Nie powiedziałam jej tego jednak. Skinęłam głową na znak, że się zgadzam, a nawet uścisnęłam wyciągniętą dłoń. Omówiłyśmy szczegóły. Termin. Miejsce. Na koniec koleżanka uśmiechnęła się z wyższością.
- Choćbyś poświęciła na to tydzień, i tak ci się nie uda!
- Zobaczymy!
Uwiedzenie Rysia zajęło mi dokładnie osiemnaście minut i cztery sekundy. Byłoby szybciej, ale w tym czasie do naszego złotego chłopca zadzwoniła mama. Swoją drogą słuchanie, jak dorosły facet kaja się przed mamusią, że krzywo powiesił gacie na grzejniku w łazience, jest trochę przykre. Taktownie udawałam, że całą moją uwagę zajmuje rozgniatanie listków mięty o ściankę szklanki z drinkiem i nie docierają do mnie histeryczne piski Rysiowej mamy. Gdy rozmowa dobiegła końca, a narzeczony Elwirki otarł mankietem wilgotne czoło, niewinnym tonem zaproponowałam, byśmy poszli do mnie.
- Powinieneś się rozluźnić - stwierdziłam, przesuwając palec po bicepsie. - Jesteś bardzo... napięty!
- Nawet nie wiesz jak! - wykrztusił i całym ciałem przycisnął mnie do baru, demonstrując, że napięte ma nie tylko bicepsy.
- Tylko żeby Elwirka się nie dowiedziała... - jęknęłam.
- Ma się rozumieć... - Owionął mnie ognistym oddechem z wyraźnie wyczuwalną nutą jajecznicy. - Elwirka się nie dowie!
Naturalnie, Elwirka już wiedziała, w tym samym czasie siedziała bowiem przy stoliku w kącie sali i ukryta za malowniczym liściem palmy obserwowała poczynania swego Rysia. Gdy jej niedoszły mąż ujął mnie pod łokieć i poprowadził ku drzwiom, nonszalancko kręcąc na palcu kółkiem z kluczykami od swego BMW, wystrzeliła zza donicy niczym torpeda, dopadła do pobladłego absztyfikanta, zdzieliła go w pysk, zalała się łzami, rozkwasiła mu nos, po czym padła w moje ramiona, szlochając rozdzierająco, że będzie mi wdzięczna do końca życia!
Następnego dnia już o tym nie pamiętała.
Cóż, może i wdzięczność Elwirki trwała krócej niż moja próba uwiedzenia jej ukochanego, ale niespodziewanie zaowocowała czymś ciekawym. Po kilku dniach podeszła do mnie nieznajoma dziewczyna. Miała wyraz twarzy kogoś udręczonego.
- Mój chłopak chce wyjechać na trzy miesiące za granicę. Muszę wiedzieć, czy mogę mu ufać - powiedziała.
Później pojawiła się kolejna, ta poleciła mnie jeszcze innej, a ona koleżance, siostrze lub kuzynce. Wszystko odbywało się dyskretnie, bez komplikacji i zbędnych pytań. Zadowolonych klientek przybywało. Ta cieszyła się, bo zdemaskowała nielojalnego chłopaka, tamta, bo jej ukochany okazał się twardy jak hartowana stal. Czasami zgłaszał się ktoś, kto chciał uchronić ukochaną siostrę, przyjaciółkę albo córkę przed złamanym sercem, ale częściej z moich usług korzystały kobiety, które z jakichś powodów zadręczały się potencjalną zdradą wybranka lub nie wierzyły we własną atrakcyjność. Każde zlecenie poprzedzał starannie zebrany wywiad. Zdarzało się, że już sama rozmowa rozwiewała wątpliwości moich zleceniodawczyń, ale częściej byłam zmuszona wyruszyć do akcji i zarzucić sieci. Jak dzisiaj.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki