Rozdział 1
Felicja
Teraz
Omiatam wzrokiem nakryty białym obrusem stół, na którym piętrzą się pyszności przygotowane przeze mnie i siostrę. Sałatki, pieczone mięsa, patery wędlin i ciast. Do tego nie może zabraknąć potraw na ciepło. Rosół pyrka sobie od kilku godzin na gazie, udka dochodzą w piekarniku, a jak gościom będzie mało, to podgrzeje się jeszcze bigos.
Wreszcie cała rodzina razem. Nie praktykowaliśmy tego od lat i może właśnie w tym tkwi sedno wszystkiego. Może gdybyśmy regularnie się spotykali, wiedziałabym, na kogo mogę liczyć, kto mógłby przyjść mi z pomocą... Mimo to uważam, że te urodziny to świetny pomysł. Będzie okazja przyjrzeć się wszystkim wspólnie i każdemu z osobna. Jestem też ciekawa, czy moje przeczucie się sprawdzi. No cóż... pożyjemy, zobaczymy.
Poprawiam delikatnie kilka talerzy, które nie stoją idealnie, oraz serwetki, by były bardziej rozłożyste, i uśmiecham się bezwiednie do stołu, przy którym jeszcze nikt nie siedzi.
Spoglądam za okno, skąd mam widok na las, który oświetlony jest przez piękne letnie słońce. Ten las od zawsze miał coś w sobie, z jednej strony mnie uspokajał, ale z drugiej napawał niepokojem, jakby czaił się w nim jakiś zły duch. A może właśnie tak jest? Czyż chatka, w której nieopodal mieszka Tekla wraz z Makarym, nie jest czymś w tym rodzaju?
Niebo pokryte jest kilkoma białymi obłokami, które niespiesznie suną w jakimś nieznanym kierunku. Wiatr delikatnie porusza liśćmi, które szumią, dając ukojenie podczas upałów. Idealna pogoda na... No właśnie, na co?
Z zamyślenia wyrywa mnie dźwięk zawieszonych nad gankiem dzwonków. Mimowolnie przechodzi mnie dreszcz, który jest jakby zapowiedzią dzisiejszego popołudnia. Nigdy nie lubiłam tych dzwonków, to był pomysł Klotyldy i tak jakoś zostało. Nie wiem, co ona w nich widziała, ale gdy słyszę, jak dzwonią, mam złe przeczucia i wrażenie, że nie jestem tu sama, że ktoś patrzy na mnie z ukrycia i knuje przeciwko mnie.
Mimo niepokoju wychodzę na zewnątrz, gdyż właśnie przed domem parkuje pierwszy samochód, a to oznacza pierwszych gości.
- Dzień dobry, ciotuniu!
Z auta wyłania się Dorota. Poprawia fryzurę dłonią i nakłada na twarz swój wymuszony uśmiech. Wcześniej jej nie lubiłam, a teraz jest mi jej żal. Może mylę współczucie z niechęcią? Kto wie? Macham jej na powitanie i również się uśmiecham, a co mi tam. W końcu jestem tu gospodynią, więc muszę zachowywać się odpowiednio.
Tuż za nią z czerwonego samochodu, którego marki nie znam, gdyż kompletnie nie mam pojęcia o motoryzacji, wysiada jej mąż.
W przeciwieństwie do Doroty Ewaryst jest naburmuszony, jakby przyjechał tu na siłę. Być może tak jest, bo jego strój według mnie również pozostawia wiele do życzenia. Rozchełstana koszula, na której nawet z daleka widoczne są zagniecenia, przetarte jeansy i nieogolona twarz. Krzywię się nieznacznie na jego widok, ale dość szybo reflektuję się i ponownie przywdziewam maskę uprzejmej starszej pani. A moja początkowa niechęć niknie wraz z blachą ciasta, które podaje mi Dorota.
- Upiekłam dla cioci jako dodatek do prezentu. Poza tym pomyślałam, że tyle nas tu będzie, że jeszcze jedna blacha ciasta jest jak najbardziej wskazana.
- Och, dziękuję, ale nie trzeba było. - Odbieram podarunek.
- Widzisz, mówiłam ci, że niepotrzebnie piekłaś.
Z auta wysiada również nastolatka. Czy to możliwe, że czas aż tak szybo płynie? Pamiętam ją jako małą dziewczynkę, ale to musiało być jakieś dziesięć, a nawet piętnaście lat temu. Serafina to już pannica! Kto by pomyślał, że tak szybko wyrośnie.
Ale czemu wygląda tak dziwnie? Spodziewałam się, że na urodziny do starej ciotki włoży jakąś sukienkę za kolano w pastelowym kolorze, być może w kwiaty, i zwiąże włosy atłasową wstążką.
Tymczasem przede mną staje ubrana na czarno od stóp do głów dziewczyna, która ma w nosie i brwiach jakieś dziwne kolczyki. Czy to nowy rodzaj biżuterii, czy co?
A jak jej się tak przyglądam, to jest to całkiem ładna dziewczyna. Gdyby tylko starła z rzęs ten czarny tusz i wyjęła te dziwaczne kolczyki...
- Ależ, Serafino, to bardzo miłe ze strony twojej mamy, że upiekła ciasto. Na pewno jest pyszne i posmakuje gościom. - Odchylam delikatnie ściereczkę w kratę, którą przykryte jest ciasto, i zaciągam się zachęcającym zapachem szarlotki.
W odpowiedzi dziewczyna robi jakąś dziwną minę i od razu kieruje się do drzwi.
- Piękny jest ten dworek! Chyba nigdy tu nie byłem! A może... Może w dzieciństwie jednak bywałem? - zastanawia się Ewaryst, wpatrując się z dumą w budynek.
Zupełnie jakby sam chciał tu zamieszkać. A może właśnie tego pragnie? W końcu ponoć jego masarnia od dłuższego czasu ma same długi. Kto wie jak długo jeszcze pociągnie.
- Tak, mnie też się bardzo podoba. Jestem wdzięczna memu ojcu, że zapisał mi go w spadku. Na stare lata jest moją jedyną pociechą - wzdycham.
- A właśnie, zapomniałbym... - Mężczyzna kieruje się do bagażnika, wyciąga z niego wielkie balony w kształcie liczb. Siedem i pięć. - Proszę, ciociu. - Wręcza mi je.
- Wszystkiego najlepszego i żyj nam sto lat! - dołącza się Dorota z prezentem owiniętym kolorową wstążką.
Czy mnie się tylko wydawało, czy ich życzenia nie były zbyt szczere? Naprawdę życzą mi sto lat czy ostrzą już sobie pazurki na mój ukochany dworek?
- Dziękuję, kochani, zapraszam do środka. - Ja też umiem grać i prowadzę gości do stołu.
Po chwili zauważam, że pod domem parkuje kolejne auto, więc wybiegam na powitanie gości. Tym razem przyjechała Dobrawa z Klotyldą.
- Już mamy! - wykrzykuje radośnie Klotylda, wysiadając i pokazując mi majonez, którego nam zabrakło do jednej z sałatek. - Jakie to szczęście, że Dobrawa była w pobliżu, prawda, córeczko? - Patrzy na nią z czułością, której Dobrawa niestety nie odwzajemnia.
Zdaje się jednak, że tylko ja zauważam to napięcie między nimi. Przynajmniej prezencja mojej siostrzenicy jest bardziej uroczysta niż bratanka z rodzinką. Dziewczyna ma białą sukienkę i starannie wykonany makijaż oraz niezmiennie krótkie jasnoblond włosy. Przypomina mi Marylin Monroe z czasów jej świetności. Choć jest od niej dużo szczuplejsza. Nie myślałam, że to w ogóle możliwe, ale kiedy spoglądam na Dobrawę, dochodzę do wniosku, że jednak tak.
Klotylda już pędzi w kierunku kuchni, a ja zastanawiam się, skąd ona ma tyle energii. Jest ode mnie o pięć lat starsza i dziś również obchodzi urodziny. Osiemdziesiąte! Czy i ja dożyję tego pięknego wieku?
- Chodźcie do środka, dziewczęta. - Zapraszam je gestem. - Upał dziś daje się we znaki, a stare mury dworku jednak chłodzą i ciała, i umysły.
- A ten co tu robi? - Dobrawa staje nagle jak wryta i patrzy na ścianę lasu. - Przecież to ten dziwoląg!
- Stary Makary, co kocha zegary, a sam jest tak straszny jak z sennej mary.
Córka Klotyldy recytuje upiorny wierszyk, który przylgnął do tego mężczyzny lata temu. Momentalnie robi mi się przykro, przecież to nie jego wina, że jest, jaki jest. Takie jest życie. Ale dlaczego jest sam?
- Zaprosiłam go - wchodzę jej w słowo, przełykając gulę żółci, która zdążyła podejść mi do gardła.
- Co takiego? Ale dlaczego? - pyta, nie spuszczając wzroku z kręcącego się w kółko starzejącego się mężczyzny.
Dla kogoś z boku mógłby być to dziwaczny czy wręcz niepokojący widok, ale nie dla mnie.
- A dlaczego nie? Tekla przecież nie może go zostawić samego. Wiesz, że on mógłby zrobić sobie krzywdę - tłumaczę.
- Krzywdę? Prędzej puściłby z dymem tę drewnianą chatkę, w której mieszka! Dziwię się Tekli, że nadal się nim opiekuje, zamiast oddać do jakiegoś ośrodka - prycha.
- Nie mów tak, proszę. To też człowiek, chce żyć tak samo, jak my wszyscy - staram się naprawić sytuację, ale Dobrawa tylko coś mruczy pod nosem i poprawia swoją torebkę, która z pewnością kosztowała kilka, jak nie kilkanaście tysięcy.
Dobrawa jest taka elegancka, zadbana, zwyczajnie piękna, ale w środku... no cóż... jej wnętrze pozostawia wiele do życzenia i chyba nie tylko ja tak myślę, skoro do dziś nie ma męża, a już dawno przekroczyła czterdziestkę.
Podchodzę do Makarego, biorę go delikatnie za rękę, chcąc pokazać mu, że jestem tuż obok, że nie musi się bać. On jak zawsze nie patrzy na mnie, nie nawiązuje kontaktu wzrokowego, jest w swoim świecie. Spoglądam z niepokojem w głąb lasu, bo nie wyobrażam sobie, że mógłby przyjść tu zupełnie sam. Choć ma już pięćdziesiąt lat, to wciąż zachowuje się jak małe dziecko. Chyba Tekla nie jest aż tak nieodpowiedzialna, by zostawić go bez opieki?
- Makary!
Słyszę jakby z oddali i momentalnie się odwracam.
- Och, co za szczęście w nieszczęściu - oznajmia moja kuzynka Tekla, widząc, że jestem tuż obok nadal zagubionego mężczyzny. - Nie zauważyłam, kiedy wyszedł z domu, i biegłam ile sił w nogach, żeby go odnaleźć. A wiesz dobrze, kochana, że nogi już nie te... - Zatrzymuje się i próbuje łapczywie złapać oddech.
Widać, że jest zmęczona. Imponuje mi jej energia. Jest ode mnie starsza o dwa lata, a mimo to potrafi wykrzesać z siebie hart ducha.
- Na szczęście wszystko dobrze się skończyło - dodaję z wyraźną ulgą, popychając wszystkich delikatnie do środka. - Zapraszam do stołu, częstujcie się, proszę. Czym chata bogata! - Śmieję się.
Ewaryst z rodziną już zajęli miejsca, ale wydają się nieobecni. Czy to przypadek, czy też celowe działanie, że zasiedli każdy z innej strony stołu? Do tego obrazka dołącza Dobrawa, która domyka czwartą stronę tejże biesiady. Kiedy wyjmuje z torebki malutkie pakieciki, które są zapewne prezentami, od razu rzuca mi się w oczy, jak wielka jest różnica pomiędzy nią, a Ewarystem. Nibyrodzeństwo, nibypodobni, ale jakże odmienni. Wielka karierowiczka samotniczka oraz człowiek sukcesu bez życiowych ekscesów. Normalnie nie czuję, że rymuję, i uśmiecham się do siebie w duchu. Rymowanie od zawsze jest moją mocną stroną.
Przenoszę wzrok na Dorotę, która zdaje się obecna jedynie ciałem i zastanawiam się, co widzi czy też widziała w takim mężczyźnie jak syn mojej siostry. Czy uwierzyła w jego plan rozwoju firmy, czy też brnęła na fali pierwszego zauroczenia? I co z tej miłości zostało? Nastoletnia córka, która wygląda jak jakiś dziwoląg, a mówią, że to Makary nim jest. Tymczasem jest on jedyną osobą przy stole, która zdaje się naprawdę cieszyć z tego, że tutaj jest. Może nie do końca rozumie ten cały spęd, brakuje mu wyczucia sytuacji, ale przynajmniej jest i ciałem, i duchem na tyle, na ile umysł mu pozwala.
- Częstujcie się, proszę, gorący rosołek!
Do pokoju wkracza dziarskim krokiem Klotylda, niosąc wazę z zupą. Tuż za nią dostrzegam upchane w kącie balony w kształcie liczb osiem oraz zero. Czyli prezenty od jej syna nie są zbyt wyszukane.
- Pachnie obłędnie, mamo! Niczym zapach dzieciństwa - ożywia się mój siostrzeniec.
- A to akurat zasługa Felicji. Rosół to zawsze była jej specjalność - tłumaczy siostra, obdarzając mnie pełnym uznania spojrzeniem.
- A to ciekawe, że urządziłyście te urodziny razem. Tyle lat nie miałyście kontaktu... byliśmy przekonani, że się nienawidzicie.
Dobrawa wsadza kij w mrowisko.
- Wiesz... - zaczynam, ale przerywa mi nadejście kolejnego gościa.
- A ona co tutaj robi? - dziwi się Ewaryst.
- Dzień dobry, Emilko! Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że przyjechałaś! - Biegnę i przytulam ją na powitanie.
Udaje mi się dostrzec, że jako jedyna w tym towarzystwie jest ubrana adekwatnie do sytuacji.
Emilia to młoda kobieta z klasą, której brakuje Dobrawie, która stara się ją zatuszować drogimi ubraniami i makijażem. Emilka postawiła na małą czarną i delikatnie podkreśliła oczy i usta. Wygląda przepięknie, a przy tym nadal naturalnie.
- Nie byłam pewna, czy powinnam... ale nie chciałam sprawić pani przykrości, a poza tym ojciec...
- Daj spokój, najważniejsze, że jesteś. I tyle razy prosiłam cię, żebyś mówiła do mnie ciociu, a nie żadna pani.
- Dobrze, ciociu... - Nieco się waha. - Proszę, wszystkiego najlepszego i przede wszystkim dużo zdrówka i dla pani również. - Wręcza prezenty mnie i Klotyldzie. - Pomyślałam, że skoro po latach się pogodziłyście i będziecie utrzymywać dobre relacje, to bransoletki przyjaźni będą dobrym pomysłem. Obydwie są do siebie podobne, ale gdy się im przyjrzycie, to zobaczycie, że nieznacznie się od siebie różną. Zupełnie jak siostry.
- Są piękne, dziękujemy serdecznie! - Rozpakowuję prezent, który naprawdę mi się podoba.
- Zgadzam się, dziękuję ci, dziecko, ale naprawdę nie trzeba było. Jesteś gościem Felicji, a ja... - dodaje siostra.
- A pani również ma dzisiaj urodziny i to wspólne święto. Muszę przyznać, że to niesamowite, że urodziłyście się tego samego dnia chociaż w odstępie pięciu lat. Przecież czegoś takiego nie da się zaplanować. To cud!
- A może boski plan? Albo diabelski? - wtrąca Tekla.
Proszę Emilię, aby usiadła ze wszystkimi, i nalewam jej talerz rosołu. Ta dziewczyna wydaje się jedyną normalną w tym towarzystwie, ale muszę pamiętać, że pozory mogą mylić i nie powinnam uśpić mej czujności. To piękna młoda kobieta, która choć ma stabilną sytuację zawodową, w odróżnieniu od niektórych tu obecnych, to jednak pragnie się wciąż rozwijać. Nie dziwi mnie to; gdyby nie spotkało mnie w przeszłości to, co spotkało, być może też bym taka była. Czy za obliczem tej pięknej dziewczyny o długich kasztanowych włosach w czarnej prostej sukience kryje się coś więcej? Coś mrocznego?
Rozmowa toczy się na temat pogody, starannie omijając politykę, która jak wiadomo szybciej rwie rodzinne więzy niż je zacieśnia.
W milczeniu obserwuję całe towarzystwo i wszyscy wyglądają tak zwyczajnie.
Czy cieszy mnie ich obecność? Z jednej strony tak, w końcu to moja najbliższa rodzina, ale z drugiej... ja ich w ogóle nie znam! Od lat nie miałam z nimi kontaktu, jedynie z Klotyldą, ale utrzymywałyśmy ten fakt w tajemnicy. Teraz wydaje mi się, że to jednak nie miało sensu, takie ukrywanie się przed resztą rodziny. W imię czego?
Z Teklą jest podobnie, dzieliło nas milczenie. Dopiero kilka lat temu, kiedy osiadłam tu na stałe, częściej się spotykałyśmy i starałam się jej pomóc przy Makarym na tyle, na ile mogłam. Mimo to mam ogromne wyrzuty sumienia, bo codzienność z nim z pewnością nie należała do lekkich, a ona poświęciła mu całe swoje życie i w rezultacie nie założyła rodziny. Z drugiej strony jeśli miałaby być to taka rodzina jak Dorota, Ewaryst i ich córka... Cóż... Może i lepiej, że tak się stało?
- Dzień dobry wszystkim! Dzień dobry szanownym jubilatkom!
Nagle nie wiadomo skąd pojawia się nasz kuzyn Idzi.
- Witaj, mój drogi. - Wstaję i całuję go w policzki. - Cieszę się, że jesteś.
- Dzień dobry, dzień dobry. - Klotylda dołącza do mnie. - Nie rozumiem, dlaczego uparłeś się żeby jechać autobusem, skoro przejeżdżałam przez miasteczko z Dobrawą. Mogłyśmy cię zabrać!
- E tam. - Macha ręką. - Najważniejsze, że dotarłem. A to dla was, drogie kuzynki. - Wręcza nam po bukiecie kwiatów, składając życzenia.
Chyba jego obecność, poza Makarym oczywiście, sprawia mi najwięcej radości. Idzi ma już swoje lata, ale w ogóle się nie zmienił. Owszem, posiwiał, ale niezmiennie nosi okulary o tym samym kroju, a jego uśmiech jest szczery. I w dodatku wydaje się najlepiej ubranym mężczyzną w tym towarzystwie. Elegancka koszula, spodnie zaprasowane w kant, a do tego marynarka. Zapewne pod nią kryją się szelki, z którymi się nie rozstaje od lat, ale przynajmniej ich nie widać.
Uroczystość trwa w najlepsze, wszyscy jedzą, piją i bawią się. Lepiej lub gorzej, ale przecież o to chodziło w tych urodzinach. Dyskretnie spoglądam na każdego z nich, ale na razie nie wzbudzają moich podejrzeń. Może powinnam sama ich w jakiś sposób sprowokować? Ale jak?
- Serafino, zauważyłam, że nic nie jesz - wtrąca Klotylda. - Może chociaż skusisz się na kawałek ciasta?
- Dziękuję, ale nie. - Nastolatka wpatrzona jest w ekran telefonu.
Mnie nie wypada, ale jej rodzice powinni zwrócić jej uwagę.
- Jestem na diecie, a poza tym jestem weganką, więc nie mogę zjeść niczego, co znajduje się na tym stole.
- Wega... czym? - pytam. - I niby dlaczego nie możesz?
- Weganką, ciociu. Prowadzi niezwykle zdrowy styl życia. Ja sama jestem wegetarianką - odpowiada Dorota, patrząc wymownie w stronę męża - i podziwiam Serafinę, że jest bardziej restrykcyjna ode mnie. Unika nie tylko mięsa, ale wszelkich produktów pochodzenia zwierzęcego. To wbrew pozorom bardzo zdrowe!
- Boże, mamo, błagam, tylko nie Serafina. Jestem Finka! - oburza się dziewczyna.
- Finka? A co to za dziwaczne zdrobnienie? Masz przepiękne imię, kochanie. To tradycja, że w naszej rodzinie nadajemy wszystkim piękne i niespotykane imiona - dodaję.
- Ja tam oddałabym duszę za zwykłą Kaśkę, Baśkę czy Olę.
Tym oddaniem duszy to mnie zaciekawiła, czyżby to ona mogłaby się posunąć do jakiegoś karygodnego czynu?
- Ech tam, ci młodzi... - ożywia się Idzi. - Lepiej wypijmy za zdrowie moich pięknych i wciąż młodych kuzynek! Toast za zdrowie jubilatek! - Podnosi kieliszek, a Ewaryst mu wtóruje.
No tak, tam gdzie alkohol, wszystko inne zostaje odsunięte na boczny tor.
Rozmowa toczy się coraz bardziej swobodnie, zapewne za sprawą trunków z procentami, ale może to rozwiąże komuś język? A może...
- Słuchajcie, pójdę po nasz rodzinny album. Skoro jesteśmy tu wszyscy razem po latach, to może jest to odpowiedni czas, by powspominać stare dobre czasy? - proponuję.
- Stare dobre czasy? - dziwi się Dobrawa. - A to takie były w naszej rodzinie? Przecież ty i mama od lat się do siebie nie odzywałyście, a teraz wyskoczyłyście z tymi urodzinami niczym filip z konopi!
Czemu ona tak drąży ten temat? Jakieś takie to podejrzane...
- Daj spokój, po co rozdrapywać stare rany? - dodaje Emilia.
Ona zawsze mi się podobała. Ma w sobie jakąś taką naturalność, której pozostałym ewidentnie brakuje.
- Ale przecież Makary nie należy do rodziny! I w ogóle dlaczego on tu dzisiaj z nami siedzi? I tak nic nie powie, bo to niemowa jest! - oburza się Ewaryst.
Spoglądam kątem oka na Makarego, który dłubie coś widelcem w talerzu, i jakoś tak serce mi mięknie. Jest ubrany staromodnie, ale widocznie Tekla nie kupiła mu niczego nowego od lat. I tak doceniam, że dziś włożył koszulę, chociaż jest ona z krótkimi rękawami, a on nie ma do niej żadnej marynarki, o krawacie nawet nie wspomnę. Jestem skłonna mu wiele wybaczyć. Już wczoraj rozczulił mnie, gdy wręczył w prezencie urodzinowym bukiet polnych kwiatów, których własnoręcznie nazrywał.
- A może właśnie należy? Ciociu Teklo, może chcesz coś nam powiedzieć na ten temat? - wtrąca swoje trzy grosze Dorota.
- Nie mam na ten temat nic do powiedzenia. Skoro Klotylda i Felicja zaprosiły go na urodziny, to widocznie uznały, że chcą, by był na nich obecny. Koniec kropka.
- I na tym zakończmy. - Siostra staje po mojej stronie.
- To ja poszukam albumu na górze i przyniosę - reflektuję się.
Niespiesznie wspinam się po starych i trzeszczących schodach. Ten dworek ma wiele lat, ale to jedynie dodaje mu uroku. Jest ogromny. Od dawna nie korzystam z większości pomieszczeń, które pozostają puste, pokryte kurzem straconych lat i wspomnień.
Może powinnam pomyśleć, co z nim zrobić? Szkoda, by tak stał i niszczał, a ja nie potrzebuję aż tylu pokoi. Chciałabym dać mu jakieś nowe życie, tchnąć w niego coś, co go ożywi. Tyle pięknych wspomnień z dzieciństwa mam związanych z tym miejscem... Nie chciałabym, aby zostały pogrzebane wraz ze mną, po mojej śmierci.
Tylko co można by tu zrobić? Odremontować? Ale jak? Jak to zrobić, by nie zaprzepaścić piękna tego budynku?
Z tymi myślami udaję się do jednej z sypialni gościnnych, do której nie zachodzę zbyt często. Od progu uderza we mnie zapach stęchlizny, ale to nic. Jest swojsko, jakoś tak miło, choć pewnie przydałoby się tutaj wywietrzyć, lecz tym będę zawracać sobie głowę kiedy indziej.
Otwieram ogromną szafę, w której powinnam znaleźć rodzinne pamiątki i zdjęcia. Gdzieś zza pleców dobiegają mnie ożywione odgłosy toczącej się rozmowy. Im więcej alkoholu, tym bardziej języki robią się rozwiązłe. Ale to dobrze, naprawdę dobrze. Szperam w szafie, aż wreszcie udaje mi się znaleźć odpowiedni album, ten z czasów mojej młodości.
- Proszę, kawałek ciasta na osłodę.
Odwracam się i widzę wyciągniętą w moją stronę dłoń, która podaje mi talerzyk z kawałkiem szarlotki, którą przywiozła Dorota.
- Dziękuję, w tych przygotowaniach i dbaniu o moich gości nie pomyślałam o sobie. Chętnie zjem coś słodkiego. - Uśmiecham się.
Z uwielbieniem odkrawam kawałeczek, nabijam go na widelczyk i wkładam do ust. Ciasto jest przepyszne, na języku czuję słodko-cierpki smak jabłek oraz słodycz kruchego ciasta. Jest boskie! Przypomina mi smak dzieciństwa i szarlotki, którą gdyby tylko mogła, piekłaby moja mama.
Dorota ma prawdziwy talent kulinarny. Smaki przenikają się, mieszają, wybuchają feerią doznań, wprawiając moje podniebienie w zachwyt. Do czasu. Gdzieś nieznacznie pomiędzy słodyczą a kwasowością owoców dociera smak i zapach cynamonu. Niezwykle aromatycznej przyprawy, której od dzieciństwa unikałam jak ognia, od której mama starała się mnie chronić, a jednocześnie uczulała na ten fakt całą resztę naszej rodziny. Alergia na cynamon.
Przełykam niebiański w smaku kawałek i powoli osuwam się na podłogę, a talerzyk z resztą słodkości upada z brzękiem gdzieś obok mnie. Zanim zamknę oczy, dostrzegam jeszcze pełen perfidii uśmiech i dobiega mnie myśl, że mogłabym się tego spodziewać po każdym z dzisiejszych gości, ale na pewno nie po tej osobie, która z premedytacją wręczyła mi szarlotkę, licząc, że zejdę z tego świata szybciej, niż ktokolwiek mógłby się tego spodziewać.