Znów byłem nieskrępowanym, wolnym, 21-gramowym promiennym świetlikiem Starry Ray Vagabundo. Wystrzeliłem beztrosko w górę. Po kilku sekundach moja Ziemia zniknęła i teraz wyglądała już jak jedna z milionów gwiazd w ciemnym bezkresnym Kosmosie. Na spotkanie ze Stwórcą zabieramy tylko to, co mamy najcenniejsze, czyli świadomość istnienia. Pozostawiamy za sobą świetliste obrazy, marzenia i wspomnienia z zakończonego życia. Wędrówka kończy się w ciemni, lecz nie w pustce. Jesteśmy tu jedynymi gośćmi. Wszystko jest tu ciepłe, miłe, przyjazne, znajome, lecz nieme. Ta cisza to spokój i wyciszenie. Dopiero po wsłuchaniu się w nią, słyszymy dodatkowe dźwięki, wszystkie nasze zmysły przechodzą w inny wymiar. Pojawiają się słowa, dźwięki, światło...
- Jesteś częścią cichego Kosmosu? - coś szepce przyjaźnie.
Mój wzrok kieruje się ku małej, bardzo jaskrawo święcącej gwieździe, gdzieś na krańcu Wszechświata. Jej magnetyzm wabi jak syreni śpiew mitycznego Odyseusza. Zapragnąłem się odwrócić, lecz było to niemożliwe. Walczyłem ze sobą bezskuteczne, gdyż nie zmieniałem swej pozycji ani kierunku lotu. Czułem się jak jasna strona Księżyca przyciągana przez Słońce. Zrozumiałem, iż moja wolność była tylko chwilową złudą, nierealnym sennym marzeniem. To co widziałem w oddali, było moim przeznaczeniem, dalszym ciągiem istnienia. Zmysły przyporządkowano do cudzej woli. Płynąłem niczym piękny świetlisty latawiec przesuwany po tęczowej drodze w kierunku tego magnetycznego rozszczepionego światła, które miało być moją metą i nową ojczyzną. Nie byłem już istotą Wszechświata, lecz obywatelem niewielkiej części Kosmosu i wciąż mnie ograniczano.
"Dlaczego nie mogę pozostać wolnym wędrowcem jak większość Vagabundo?" - przemknęła mi przez chwilę taka nierealna myśl.
"Czy wolność to chwila, czy tylko marzenie?" - rozmyślałem, szukając wyjścia z tej sytuacji.
Podróż z prędkością nadświetlną we Wszechświecie jest jak stanie w tym samym miejscu. Droga do tego magnetycznego światła trwa chwilę, gdyż nie ma tu punktu odniesienia do zależności drogi, czasu i prędkości, gdyż czas tu nie istnieje. Przed oczyma przemyka minione życie jak na taśmie, klatka po klatce. Nie ma tu materialnej powłoki, są tylko wspomnienia i niezrealizowane marzenia ostre, w pastelowych barwach. Umysł otwiera się, przekracza wszelkie granice, jest chłonny i nieograniczony jak Wszechświat; to czysta energia. Wszystko widzę z innej, doskonalszej perspektywy. Dlaczego za życia widzimy świat inaczej, tylko w szarych brudnych kolorach? Oceniamy swoje ziemskie postępowanie i jesteśmy dla siebie surowymi, lecz sprawiedliwymi sędziami. Dlaczego za życia byłem istotą niedoskonałą? Co kazało mi być egoistycznym zimnym człowiekiem? Spoglądamy w głąb siebie...
Ujrzałem starego człowieka. Przyjrzałem się bliżej. Siedział przed kryształowym lustrem. Rozpoznałem to miejsce i czas. Było to tuż przed moim ostatnim spotkaniem z ludźmi i podsumowaniem sensu mojego życia. To był mój najważniejszy dzień z życia na ziemi. Miałem ogromne doświadczenia życiowe. Widziałem już niejedno. Od wielu lat jednak nie opuszczałem swojego pokoju, swojej ziemskiej celi. A może mojej wiklinowej sokolej klatki? Miałem czas na przemyślenia. Marzyłem, kochałem, tęskniłem, doznałem wielu przykrości, miałem wielu przyjaciół i wrogów. Postępowałem zgodnie ze swoim sumieniem. Byłem oryginalnym człowiekiem. Nie potrafiłem być kameleonem w pracy ani życiu publicznym. Czasem w trudnych chwilach mrużyłem oczy.
Szukałem wiatru. To on podszeptywał mi odpowiedzi...
Z. A. Von Bazan De Santa Cruz