Rozdział drugi
Ucieczka
Ogromna kula czerwonego jak nigdy dotąd słońca, skąpanego w krwawej łunie, powoli chyliła się ku zachodowi, zapowiadając nadejście tragicznych wydarzeń. Zbite w ciasne gromady ptaki, jedne ćwierkając, inne kracząc, krążyły ponad murami miasta Troyes, nie znajdując dla siebie bezpiecznego schronienia w koronach drzew, które jesienne, chłodne noce niemal ogołociły z liści. Koty i psy, do tej pory wałęsające się po próżnicy wśród zaułków, z podwiniętymi ogonami, ze zjeżoną na grzbietach sierścią, w panice wciskały się gdzie bądź, choćby do najpodlejszej jamy, choćby do kloaki, choćby do wozu hycla, byle tylko umknąć przed upiornym blaskiem słońca. Konie rżały po stajniach i trzęsąc grzywami, tłukły kopytami w ziemię, a zdesperowane kury, usiłując salwować się ucieczką, zderzały się ze ścianami kurników, aż pierze fruwało w powietrzu. Nawet świnie, opróżniwszy koryta do czysta, pokładły się w chlewach pokotem i chrumkały donośnie.
Mieszkańcy miasta spoglądali z niepokojem w niebo i czyniąc na piersiach znak krzyża, zatrzaskiwali z hukiem okiennice i ryglowali drzwi. Klęcząc przed krucyfiksami, żałując za grzechy, głośno odmawiali pacierze. Dzieci w kołyskach kwiliły, myszy skryły się do nor, mężczyźni dodawali sobie odwagi, pociągając tęgo z butelek, kobiety, ocierając ukradkiem łzy, tuliły się jak nigdy do mężowskich boków, a starcy o niewidzących oczach, skrytych bielmem katarakty, wyczuwali szóstym zmysłem nadciągającą, bliżej nieznaną im grozę. Niejednemu przyszły na myśl słowa Świętego Mateusza setki razy powtarzane przez księży podczas mszy: "Czuwajcie, bo nie znacie dnia ani godziny". Zatem mieszkańcy miasta Troyes czuwali, bojąc się nawet w myślach zadać sobie pytanie, co ma zamiar im przynieść kolejny dzień. Wszyscy z przerażeniem czekali na jego nadejście. A miał być to trzynasty października roku Pańskiego 1307. Piątek. Dzień Męki Pańskiej.
Nagle, w ciszy tak niespodziewanie wyludnionych ulic i placów, od strony budynków przynależnych do komandorii rycerzy Świątyni, dał się słyszeć tętent końskich kopyt, tak upiorny, jakby stado ogierów z piekła rodem gnało przez miasto. Ciekawscy, którzy przełamując strach, wyjrzeli przez okna, ujrzeli kawalkadę dziesięciu konnych, którzy w pośpiechu, aby zdążyć przed zawarciem wschodniej bramy przez straże, opuszczali Troyes. Nie mieli kolczug ani ciężkiego uzbrojenia, kopii, hełmów czy tarcz, więc można było wnosić, że nie kolejna wyprawa krzyżowa była ich celem. Okryci czarnymi opończami, z wyjątkiem dwóch jeźdźców na przedzie, którzy cali odziani byli na biało, gdy tylko zostawili za sobą miasto, od razu skierowali się ku Marnie. Rzeka ta odgraniczała Szampanię od Sacrum Imperium Romanum, na którego tronie od kilku lat zasiadał Albrecht Habsburg, znany ze swej wrogości do papiestwa i sojuszu z królem Francji, Filipem Pięknym. O tym, że nim rok minie, zginie z rąk swojego bratanka, jeszcze nie wiedział ani mu się nawet to nie śniło. Na krótkich, bo sięgających zaledwie kolan rycerskich tunikach, w miejscu gdzie bije serce, widniały krzyże w kolorze żywej krwi. Identyczne zdobiły na lewym ramieniu ich opończe. Był to znak rozpoznawczy braci należących do zakonu Świątyni zwanych templariuszami. Przytroczone zaś do siodeł pękate juki świadczyły, że wybierali się w długą drogę. Luzaki zamykające kawalkadę zdawały się to potwierdzać. W jadącym na przedzie rycerzu o niemłodej już twarzy, ozdobionej gęstym zarostem o rdzawym odcieniu mieszkańcy z miejsca rozpoznali komtura tutejszej komandorii Estebana de Surra y Poitiers. Jeszcze czas jakiś wsłuchiwali się w dudnienie końskich kopyt po twardej i spękanej ziemi, a kiedy na gościńcu wiodącym ku przeprawie przez rzekę pozostał jedynie obłok pyłu i kurzu, wrócili do swoich domów.
Zanim zgasły ostatnie promienie słońca, kawalkada jeźdźców wjechała na wzgórze. Wstrzymali wierzchowce i spojrzeli za siebie, na ciemny zarys miejskich murów widocznych na tle purpurowego nieba. Stali w milczeniu i ciszy zakłócanej jedynie przez rżenie zniecierpliwionych tą niespodziewaną przerwą w podróży rumaków i łopotanie płaszczy na wietrze, który naganiał ze wschodu na zachód kłęby czarnych chmur.
De Surra wciąż nosił w pamięci dzień, kiedy w tej właśnie komandorii składał przysięgę przed Wielkim Mistrzem. Była zgodna ze słowami starej Reguły Zakonnej, którą nadał im słynny teolog, opat zakonu cystersów Bernard z Clairvaux. Choć minęło wiele lat, miał wrażenie, jakby to działo się wczoraj. Przystępując do zakonu, za progiem zostawił swoje świeckie, dostatnie życie najstarszego syna hrabiego Alonso de la Surry z Kastylii, stając się bratem Estebanem. Tym samym zgodził się na porzucenie historycznych tytułów i przynależnych mu urzędów oraz wszelkich dóbr materialnych. Gdy już po trzykroć odrzekł, że nie opuścił prawowitej małżonki, że nie jest mnichem, który zerwał z klasztorem, że nie ucieka przed wierzycielami i że nie cierpi na żadną ukrytą chorobę, zaprzysiągł swoje słowa na Ewangelię. Wówczas pozostało mu jedynie złożyć trzy śluby zakonne: posłuszeństwa, czystości i ubóstwa oraz czwarty: gotowości do walki za wiarę, związany ze statusem mnicha-żołnierza. Po złożeniu przysięgi, w asyście psalmu Ecce quam bonum, zrzucił z siebie świecki strój i włożył zakonny. A wówczas Mistrz przywitał go słowami: "Piękny bracie, Pan Nasz zaspokoił wasze pragnienia i wprowadził was w to piękne druhostwo, jakie stanowi rycerstwo zakonu templariuszy, dlatego winniście pilnie baczyć, aby nie uczynić nic takiego, za co przystałoby Wam je utracić, od czego niech Bóg Was strzeże...".
W pamięci Estebana de Surry y Poitiers zatarło się upokorzenie, którego doznał, całując cuchnące pośladki i kosmaty pępek komandora Troyes oraz przyjmując jego obleśny pocałunek w usta na zakończenie tajnej procedury inicjacji, której sensu wówczas nie pojmował, a o której już wówczas pośród plebsu krążyły przedziwne plotki. Zagryzł wargi do krwi i napluł, jak kazano, na podsunięty mu pod nos krucyfiks, wykazując się bezwzględnym posłuszeństwem, tak niezbędnym na polu walki. Po wielokroć sam później stosował tę procedurę, za każdym razem odrzucając postulanta odmawiającego wykonania polecenia. Odmówi raz, odmówi i drugi, w najmniej odpowiednim momencie, a złapany do niewoli, szybko wyda na siebie wyrok śmierci. Jednak nie zdołał zapomnieć o przyczynie, która popchnęła go do tego kroku. Kroku, którego nie mógł zrozumieć ani ojciec, ani matka, a z którego cieszyli się młodsi bracia, gdyż dzięki temu w podziale schedy to im przypadnie więcej tłustych kąsków, z wyjątkiem tego, co już przeszło na własność zakonu. W codziennym rytmie modłów, przerywanych przez zbrojne wyprawy, dzięki postom i nauce prawdziwej pokory, ból po stracie tak bardzo kochanej dziewczyny o kasztanowych włosach i smutnym wejrzeniu brązowych oczu jedynie stępił się i skurczył, przybierając postać kamyczka w bucie. Gdy człowiek ma coś ważniejszego na głowie, zapomina o nim. Brzemię wspomnień jednak powracało w chwilach samotności i zamyślenia, podczas długich, bezsennych nocy. Wyklętą przez rodziców i spowiedników dziewczynę za grzeszną miłość z Estebanem zamknięto na wieki w klasztorze pod wezwaniem świętej noszącej to samo imię co ona, Marii Magdaleny od Pokuty.
- W Troyes wszystko miało swój początek... - zaczął ponuro, odruchowo gładząc rudą brodę, skrywającą szpetną bliznę biegnącą od ucha aż do kącika ust. Stanowiła pamiątkę po ranie odniesionej w walkach pod murami Akry. - Da Bóg, że do Troyes będziemy mogli powrócić, aby nadal pełnić służbę na chwałę Pana naszego, Jezusa Chrystusa, Syna Bożego i matki Jego, Przenajświętszej Panienki.
- Amen - szepnęli chórem pozostali, zamaszyście kreśląc na piersiach krzyż.
- Bracie Estebanie... - zwrócił się do komtura siedzący obok w siodle masywnej budowy rycerz o długiej i czarnej brodzie przyozdobionej przez upływający czas srebrnymi nitkami. Aby wiatr mu go z głowy nie zerwał, nacisnął głęboko na uszy filcowy kapelusz, spod którego wymykały się krótkie szpakowate kosmyki. - Może teraz nam wyjaśnisz, z jakiego powodu tak nagle, i to przed nocą, musieliśmy opuścić naszą komandorię? Chyba że zostałeś zobowiązany przez zwierzchników do zachowania tajemnicy... - zastrzegł się szybko. Bywało, że i on składał podobną przysięgę.
- Drogi Renaldzie... - zaczął de Surra z ciężkim westchnieniem, odrywając wzrok od murów Troyes, gdzie za klasztorną furtą pozostała jego ukochana o oczach zranionej łani. - Otóż miałem widzenie. Ledwie skończyłem wieczorne modły, objawił mi się Hugon de Payens, założyciel i pierwszy Wielki Mistrz naszego zakonu... - ciągnął z nadzieją, że mu uwierzą. - Nakazał, abym jak najszybciej opuścił maison de France, zabierając ze sobą wszystko, co nasz zakon ma najcenniejszego...
- Czy zdradził przyczyny tego rozkazu? - drążył Renald, podchodząc do wyjaśnień dość sceptycznie.
- I owszem - przytaknął de Surra i spojrzał głęboko w oczy swojego konfratra. - Oznajmił, że król szykuje dla nas zagładę i zostały już rozesłane tajemne listy do jego urzędników.
- Ale z jakiego powodu? - obruszył się templariusz. - Co króla mogło skłonić do tak podłego kroku? - spytał ze świętym oburzeniem. - Przecież nie tak dawno chronił się przed gniewem ludu w paryskim Templum należącym do zakonu...
- I to był właśnie nasz błąd! - wycharczał z wściekłością brat Esteban, przypomniawszy sobie tamten dzień, i zacisnął szczęki, aby nie zakląć szpetnie. - Wpuściliśmy wilka do owczarni...
Renald wsłuchiwał się z trwogą w każde słowo opuszczające usta komandora, lecz nie śmiał zaprzeczyć. Pozostali bracia, fratres servientes, stojący niżej w hierarchii zakonnej, w milczeniu i ze zgrozą malującą się na brodatych twarzach pilnie nadstawiali uszu, aby usłyszeć, co miał do powiedzenia ich komandor, brat Esteban. Jednak świst wiatru i krakanie kruków krążących nad ich głowami skutecznie zagłuszały treść rozmowy.
- Co masz na myśli, bracie? - spytał zakonnik zgorszony słowami swojego przełożonego. Jego zdaniem nie godziło się króla nazywać wilkiem, lecz tę myśl zachował dla siebie.
- Doszły mnie słuchy, że król pospołu z tą nędzną kreaturą Wilhelmem de Nogaret knują coś od jakiegoś czasu - wyjaśnił de Surra.
- Mów konkretnie, jeśli to nie jest tajemnicą - poprosił Renald, czując ciarki na grzbiecie.
- Podczas swojej ostatniej wizyty w Troyes mój stryj, seneszal Szampanii, ogródkami dawał mi do zrozumienia - ciągnął grobowym głosem komtur - iż ten pomiot szatana, ten krzywoprzysięzca i zbrodniarz, który przyczynił się do przedwczesnej śmierci Jego Świątobliwości Bonifacego VIII, podsunął królowi zeznania fałszywych świadków... - wyrzucił z siebie ciążącą mu tajemnicę i bezwiednie zacisnął pięść na rękojeści przytroczonego do boku miecza, jakby miał zamiar użyć go przeciwko naczelnikowi królewskiej policji politycznej. - Przecież każdy wie, że ten bezbożnik zdolny jest do wszystkiego, byle dopiąć swego. Teraz oskarżył nas przed królem o plugastwa, których nawet powtórzyć nie potrafię. A jednemu i drugiemu chodzi wszak tylko o jedno. O nasz pełen skarbiec... - dorzucił na koniec.
Liczący sobie więcej lat niż komandor brat Renald de Alleman, mający za sobą trudy walk w Ziemi Świętej, blizny szpecące całe ciało i brak trzech palców u lewej ręki, które stracił w obronie Akry, poruszył się niespokojnie w siodle. Choć zasady Reguły poznał na pamięć, nie potrafił się opanować.
- Na rany Chrystusa... - warknął zbulwersowany. - Czyżby król zamierzał zniszczyć nasz zakon, aby zagarnąć złoto, które ujrzał w Templum w Paryżu?
- Obawiam się, że nasz król ma taki właśnie zamiar - przytaknął rudobrody grobowym głosem. - Świadczy o tym treść tajnych pism, które rozesłał.
- Jeśli masz litość nade mną, mów, co one zawierają - poprosił brat Renald, czując niepokój zakradający się do jego serca, i ściągnął mocno uzdę swojego wierzchowca, który przebierał niespokojnie kopytami, jakby miał zamiar ruszyć galopem.
- Kiedy tylko nastanie świt trzynastego października, a więc już za kilka godzin - zaczął de Surra i z niepokojem zerknął na ciemną linię horyzontu, jakby ujrzał tam zapowiedź jutrzenki - każdy seneszal, każdy baliw, każdy prewot, a nade wszystko przyboczni rycerze, owi missi dominici należący do tego zaprzedanego szatanowi Filipa Pięknego, mają otworzyć podwójnie opieczętowane koperty, które do wszystkich jakiś czas temu rozesłał Nogaret. Znajdą w nich stosowną instrukcję.
- Znasz, bracie, jej treść? - zainteresował się de Alleman, oblizując wysuszone z emocji usta.
- Znam - przytaknął de Surra. - "Aresztować wszystkich braci wymienionego zakonu, bez żadnych wyjątków, wtrącić do więzienia, pozostawiając do dyspozycji sądu kościelnego oraz zająć wszystkie dobra ruchome i nieruchome..." - wyrecytował słowa, które boleśnie wryły mu się w pamięć.
- Chryste... - jęknął z przerażeniem brat Renald. - Jeśli święta relikwia trafi w ręce króla i Nogareta, nie tylko zniszczą nasz zakon i zdepczą boski porządek, lecz na wieki zapanują nad światem.
Esteban zamaszystym gestem nakreślił na piersiach krzyż.
- Nie obawiaj się, czcigodny bracie - rzekł de Surra z pełnym przekonaniem. - Nic nie trafi w ich plugawe łapy. Preceptor Gerard de Villers już jakiś czas temu udał się do La Rochelle, gdzie stały zakotwiczone nasze galery. Miał ze sobą ciężkie i pękate juki, pełne wozy oraz braci milities dla ochrony. Wówczas nie rozumiałem sensu tego nagłego zamieszania i wyjazdu z Paryża. Teraz rozumiem. Musiał i on mieć widzenie, podobnie jak ja. Albo ktoś go ostrzegł...
- Dlaczego zatem my nie podążamy ich śladem, tylko jedziemy Bóg wie dokąd? - zaciekawił się Renald.
- Nam przypadło inne, znacznie ważniejsze zadanie do wykonania - odparł komtur wymijająco, nie chcąc, aby Renald oraz bracia serwienci stojący tuż obok, wstrzymując za uzdy zniecierpliwione postojem konie i wsłuchując się z uwagą w słowa szlachetnych rycerzy, poznali szczegóły jego tajnej misji.
- Dokąd zatem mamy się udać? - padło krótkie rzeczowe pytanie. Jak każdy templariusz, tak i brat Renald składał przysięgę zachowania tajemnicy. Jej wyjawienie groziło wykluczeniem z Domu. Zadawanie pytań, czego dotyczyła tajna misja, było więc zbędne. Komandor zakonu w Troyes, szlachetny brat Esteban de Surra y Poitiers, z pewnością nikomu powierzonej mu tajemnicy nie wyjawi, nawet przypiekany żywym ogniem. Kierunek podróży wszak musiał wskazać.
- Mamy się udać do dalekiego kraju - zaczął konfidencjonalnie de Surra. - Kraju nawiedzanego przez srogie i śnieżne zimy, gdzie latem kuszą pokryte kwieciem łąki szmaragdowe, gdzie skowronki śpiewają nad polami, w lasach zwierzyny w bród, a naród żyjący w rozproszeniu na ogromnym terenie pobożny i Bogu posłuszny, herezji nieznający... - Umilkł na moment i poszedł spojrzeniem w kierunku czarnych chmur zgromadzonych na horyzoncie, tuż za plecami rycerzy. - Znajduje się tam komandoria Klein Öls założona przed laty - wrócił do wyjaśnień. - Nasz wicepreceptor, Bertram de Feldheim z Lietzen, ma obowiązek zapewnić nam niezbędną pomoc, abyśmy mogli tam bezpiecznie dotrzeć. To dziki kraj, gdzie nie ma rycerzy strzegących gościńców. Jest za to nadzieja, iż rozkazy tego wcielonego diabła, Filipa Pięknego, uważającego się za kolejne wcielenie Jezusa, tam nas nie dosięgną. Dlatego przed świtem musimy przekroczyć Marnę... - dorzucił po chwili i zawracając wierzchowca, ruszył kłusem we właściwym kierunku. Reszta mnichów-żołnierzy karnie podążyła za swoim komandorem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki