Testament templariusza - Jolanta Maria Kaleta

Kup ebooka

44.90 zł
31.91 zł (31,91 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział pierw­szy

Ukrzy­żo­wa­nie

Tego dnia słońce długo zwle­kało z uda­niem się na spo­czy­nek, choć nie mo­gło to od­wró­cić biegu ma­ją­cych na­dejść tra­gicz­nych wy­da­rzeń. Mo­gło je co naj­wy­żej opóź­nić. Wci­śnięci od go­dziny mię­dzy gę­sto roz­ro­śnięte krzaki de­re­nia trzej męż­czyźni nie mieli za­miaru zmie­niać swo­ich pla­nów, choć zdrę­twiały im koń­czyny i zdą­żyli so­lid­nie zmar­z­nąć. Uważ­nie ob­ser­wo­wali ścieżkę wio­dącą do sto­ją­cej na skraju wsi cha­łupy Dia­bła, jak na­zy­wali sta­rego czło­wieka, który miesz­kał w tej roz­la­tu­ją­cej się ru­inie. Od pól roz­cią­ga­ją­cych się za ich ple­cami za­la­ty­wało roz­rzu­co­nym za dnia obor­ni­kiem i ze­szło­roczną, sfer­men­to­waną ki­szonką dla by­dła, za­le­ga­jącą gdzie­nie­gdzie na pa­stwi­skach. A wraz z wie­czorną mgłą za­cią­gała zimna, wci­ska­jąca się pod ubra­nia wil­goć. W za­pa­da­ją­cym zmierz­chu do­strze­gli starą Ko­łod­kową, jak za­darła spód­nicę, roz­kra­czyła się ni­czym krowa pod­czas do­je­nia i wy­si­kała wprost na dy­miący cie­płem gnój, przed go­dziną wi­dłami wy­gar­nięty z chlewu przez jej naj­star­szego syna, któ­remu z mę­żem prze­pi­sali go­spo­darkę w za­mian za rentę od pań­stwa. Otrze­pała spra­co­wa­nymi, znie­kształ­co­nymi przez reu­ma­tyzm dłońmi sze­roką spód­nicę i po­kuś­ty­kała w stronę domu. Po chwili do ich uszu do­le­ciały siar­czy­ste prze­kleń­stwa rzu­cane przez star­szego syna Kmi­tów, Wojtka. Ścieżką bie­gnącą z tyłu wio­sko­wych cha­łup cią­gnął na sznurku oporną Kra­sulę. Do­pro­wa­dzona do byka, pół dnia spę­dziła w za­gro­dzie Zde­chli­ków. Za­gu­sto­waw­szy w tym, co z nią wy­czy­niał, nie miała ochoty wra­cać do wła­snej, po­zba­wio­nej mę­skiego to­wa­rzy­stwa obory. Na­gle, tuż za ple­cami sie­dzą­cych w krza­kach męż­czyzn, prze­mknął ogromny pies, czarny ni­czym dia­beł z pie­kła ro­dem. Tuż za nim po­ja­wił się ubrany w długą, się­ga­jącą ziemi ka­potę stary czło­wiek. Zgar­biony pod cię­ża­rem lat, szedł, wy­cią­ga­jąc nogi, by na­dą­żyć za psem.

Aby od­pę­dzić Złego, męż­czyźni ukryci w krza­kach za­ma­szy­ście na­kre­ślili na pier­siach krzyż, a dla pew­no­ści splu­nęli także przez lewe ra­mię. Po chwili w oknach wi­docz­nej tuż przed nimi cha­łupy roz­bły­sło mdłe świa­tło po­cho­dzące od wi­szą­cej w kuchni pod su­fi­tem, ob­sra­nej przez mu­chy, po­zba­wio­nej klo­sza ża­rówki. Kilka mi­nut póź­niej, kiedy w środku roz­pa­lił ktoś pod kuch­nią, do­tarł do nich swąd dymu, który wy­le­wa­jąc się z pęk­nię­tego na pół ko­mina, siną wstęgą snuł się po oko­licy.

Męż­czyźni cze­kali cier­pli­wie. Słońce skryło się już za ho­ry­zon­tem, po­grą­ża­jąc oko­licę w gro­bo­wych ciem­no­ściach, roz­pra­sza­nych mi­go­tli­wym świa­tłem lamp w oknach cha­łup luźno roz­rzu­co­nych mię­dzy po­lami a drogą. Jesz­cze tylko u Ło­pu­cha cienko i lę­kli­wie za­szcze­kał Sza­rik, wy­rzu­cony na noc z cie­płej sto­doły na zimne po­dwórko, aby pil­no­wał obej­ścia, od cha­łupy Wla­złów do­le­ciał płacz nowo na­ro­dzo­nego dziecka, które za­pewne do­stało kolki po mleku w proszku, a u Ko­łod­ków okna już roz­bły­sły nie­bie­skim świa­tłem te­le­wi­zora i cha­rak­te­ry­styczny, ni­czym po­budka w ko­sza­rach, sy­gnał roz­po­czy­na­ją­cego się wła­śnie Dzien­nika te­le­wi­zyj­nego roz­szedł się po naj­bliż­szej oko­licy. Po chwili do­łą­czyły do niego ko­lejne te­le­wi­zory u po­zo­sta­łych miesz­kań­ców wsi.

Dla męż­czyzn skry­tych w krza­kach był to znak, że na­de­szła wła­ściwa pora. Wszy­scy za­sie­dli przed szkla­nymi ekra­nami, chcąc wy­słu­chać, na ja­kie to­wary rząd znowu pod­niósł ceny i czy doj­dzie z tego po­wodu do strajku, czy wręcz od­wrot­nie. Nie­któ­rzy prze­cież za­pi­sali się do So­li­dar­no­ści, tej rol­ni­czej, chcieli więc wie­dzieć, czy mają się szy­ko­wać, aby wes­przeć tych w mie­ście. Niech ko­muna wie, że nikt już jej nie chce. Starsi pod­krę­cali gałki po­ten­cjo­me­trów roz­kle­ko­ta­nych, wy­słu­żo­nych od­bior­ni­ków, aby do­kład­niej usły­szeć słowa pani re­dak­tor pro­wa­dzą­cej Dzien­nik. Świe­żutko od fry­zjera, uśmie­chała się uprzej­mie, oka­zu­jąc im sza­cu­nek, a ko­kardę przy bia­łej blu­zeczce miała fan­ta­zyj­nie za­wią­zaną pod samą szyją. To spo­glą­da­jąc im w oczy za po­śred­nic­twem ka­mery, to zer­ka­jąc dys­kret­nie na trzy­maną przed sobą kartkę pa­pieru, re­cy­to­wała ofi­cjalne in­for­ma­cje, do­kład­nie prze­siane przez cen­zor­skie sito, wy­ma­wia­jąc sta­ran­nie każdą gło­skę, ak­cen­tu­jąc każdy prze­ci­nek i kropkę. Od­głosy do­cho­dzące z ze­wnątrz w tak waż­nym mo­men­cie, ja­kim było oglą­da­nie Dzien­nika, ni­kogo we wsi nie in­te­re­so­wały, mo­gło się wa­lić i pa­lić.

- Już czas - syk­nął je­den z męż­czyzn i wy­grze­bał się z za­ro­śli. Za pa­zu­chą ści­skał po­kaźne za­wi­niątko, we­wnątrz któ­rego coś po­ru­szyło się nie­cier­pli­wie.

Nie cze­ka­jąc na kom­pa­nów, zgięty w pa­ra­graf po­mknął po­lną drogą wio­dącą wzdłuż szczer­ba­tych szta­chet drew­nia­nego ogro­dze­nia wprost do nędz­nych resz­tek cze­goś, co w za­mierz­chłej prze­szło­ści można było na­zwać furtką. Za nim jak cień po­dą­żyli po­zo­stali dwaj męż­czyźni. Choć po­śród czerni nocy trudno było ich za­uwa­żyć, czuj­nie zer­kali na boki. Na mo­ment przy­sta­nęli przy po­zo­sta­ło­ściach furtki, osło­nię­tych gę­sto ro­sną­cymi wzdłuż płotu krza­kami bzu. Jesz­cze nie zdą­żyły się po­kryć li­stecz­kami, jed­nak za­pach nad­cho­dzą­cej wio­sny czuło się w po­wie­trzu. W mil­cze­niu wło­żyli na głowy ciemne, skry­wa­jące twa­rze ko­mi­niarki. Ten, który biegł przo­dem, pro­wo­dyr, jak można było wno­sić z jego po­stawy i za­cho­wa­nia po­zo­sta­łych, wy­jął zza pa­zu­chy to coś owi­nięte w szmatę. Gdy ją roz­wi­nął, ich oczom uka­zało się po­kryte fu­trem zwie­rzę. W ciem­no­ściach bez­k­się­ży­co­wej po­chmur­nej nocy nie byli w sta­nie do­strzec ja­kie. Ni pies, ni kot, ni wy­dra, może kuna lub ła­sica. Trzy­mał je za fałdę skóry na karku tak, aby nie miało moż­li­wo­ści uką­sić go w rękę. Wiło się jak pi­skorz i sy­czało ni­czym żmija zła­pana za ogon.

- No to bie­rzemy się do ro­boty... - oznaj­mił pół­gło­sem i zde­cy­do­wa­nie po­pchnął resztki drew­nia­nych szcze­bel­ków bę­dą­cych wspo­mnie­niem furtki.

Ru­szył śmiało wy­dep­taną ścieżką w stronę cha­łupy. I wów­czas, jakby spod ziemi, wy­sko­czył ku nim ogromny czarny pies. W za­sa­dzie uj­rzeli je­dy­nie jego go­re­jące ni­czym dwie la­tarki żółte śle­pia i usły­szeli głu­chy char­kot wy­do­by­wa­jący się ze strasz­nej pasz­czy. Gdy zna­lazł się kilka kro­ków przed nimi, męż­czy­zna trzy­ma­jący jak w klesz­czach szar­piące się zwie­rzątko rzu­cił je wprost w pę­dzą­cego ku nim psa. Czu­jąc in­ten­sywny za­pach, któ­rego się nie spo­dzie­wał, kun­del sta­nął jak wryty. Na­to­miast uwol­niony ku swemu za­sko­cze­niu zwier­za­czek na nic wię­cej nie cze­kał, tylko z za­dar­tym do góry ogo­nem pu­ścił się przed sie­bie, wprost w zie­jące jesz­cze głęb­szą czer­nią niż po­dwórko, otwarte na oścież wrota sto­doły. Pies przez chwilę do­ko­ny­wał istot­nego dla przy­szłych wy­da­rzeń wy­boru. In­stynkt łowcy oka­zał się sil­niej­szy od in­stynktu obrońcy, rzu­cił się więc w po­goń za fu­trza­kiem mkną­cym jak ra­kieta, mimo za­dzi­wia­jąco krót­kich nó­żek.

Męż­czyźni na to tylko cze­kali. Pu­ścili się w stronę sto­doły i bły­ska­wicz­nie za­su­nęli bramę za zwie­rzę­tami, które ni­czym prze­ciąg wpa­dły do prze­stron­nego, lecz ciem­nego wnę­trza. Już po chwili przez szpary wid­nie­jące w roz­la­tu­ją­cym się pru­skim mu­rze, z któ­rego przed stu, a może wię­cej laty wy­bu­do­wano sto­dołę, wy­do­były się prze­raź­liwe pi­ski i wrza­ski fu­trzaka, usi­łu­ją­cego ujść swemu oprawcy. Darł się prze­raź­li­wie, jakby go kto ze skóry ob­dzie­rał, czego wy­klu­czyć się nie dało.

Męż­czyźni zaś na­tych­miast pod­bie­gli do fron­to­wych drzwi sto­ją­cej tuż obok cha­łupy. Ich kroki ni­czym pu­szy­sty dy­wan tłu­miła zbu­twiała po zi­mie trawa po­ra­sta­jąca po­dwórko. Przy­lgnęli ple­cami do ściany po obu stro­nach i za­sty­gli w bez­ru­chu. Cze­kali cier­pli­wie.

Naj­pierw usły­szeli szu­ra­nie nóg po po­sadzce w sieni. Wstrzy­mali od­de­chy, czu­jąc szó­stym zmy­słem, jak stary czło­wiek przy­ło­żył ucho do szpary i na­słu­chi­wał. Pie­kielne wrza­ski do­la­tu­jące ze sto­doły przy­brały na sile i świad­czyły wy­raź­nie, że fu­trza­ste zwie­rzątko w końcu zna­la­zło się w pasz­czy psa. Szczęk­nął za­mek i wy­ło­niła się głowa. I o to cho­dziło.

Ten z męż­czyzn sto­jący naj­bli­żej, ni­ski i krępy, bły­ska­wicz­nie wsu­nął nogę w szparę, aby sta­rzec nie miał moż­li­wo­ści za­trza­snąć drzwi, gdy się zo­rien­tuje, o co cho­dzi. Se­kundę póź­niej, ry­zy­ku­jąc wię­cej niż po­zo­stali, wci­snął się do cha­łupy. Po chwili do­stał to, czego się oba­wiał, choć w skry­to­ści du­cha li­czył, że go to omi­nie. W mdłym świe­tle ża­rówki, do­cho­dzą­cym od strony otwar­tej kuchni, uj­rzał tuż przed sobą ma­syw­nie zbu­do­wa­nego męż­czy­znę. Mu­siał być bar­dzo stary, gdyż mimo sze­ro­kich ple­ców, syl­wetkę miał przy­gar­bioną, a białe jak mleko, na­stro­szone wo­kół głowy włosy two­rzyły coś na kształt au­re­oli. Dolną część twa­rzy za­sła­niała mu długa jak u apo­sto­łów broda w ko­lo­rze słomy. Jego ciemne oczy mo­men­tal­nie za­lśniły dziw­nym bla­skiem i za­nim in­truz się zo­rien­to­wał, sta­rzec jedną ręką chwy­cił go za kark, a drugą za por­tki na sie­dze­niu, uniósł wy­soko po­nad głowę i jakby był snop­kiem zboża, ci­snął nim o pod­łogę. Po­zo­stali dwaj wy­ko­rzy­stali sy­tu­ację i mo­men­tal­nie wpa­dli do środka.

Je­den z nich, zwinny i szybki w ru­chach, za­rzu­cił star­cowi na ra­miona przy­go­to­wany za­wczasu na kształt kow­boj­skiego lassa sznur i bły­ska­wicz­nie przy­wią­zał mu ręce do bo­ków. Na­tych­miast ten drugi, pro­wo­dyr, wy­soki i do­brze zbu­do­wany, za­ło­żył mu wo­rek fo­liowy na głowę i za­ci­snął wo­kół szyi. Sta­rzec szar­pał się przez mo­ment, jed­nak po chwili, po­zba­wiony po­wie­trza, nie mo­gąc wal­czyć przy­wią­za­nymi do bo­ków rę­kami, po­ko­nany, osu­nął się na ko­lana, zwie­sił głowę i za­stygł w bez­ru­chu.

Ten zwinny zdjął mu fo­liowy wo­rek, aby się nie udu­sił przed cza­sem, a w usta, gdyby przy­szło mu do głowy wo­łać o ra­tu­nek, wci­snął szmatę wziętą z ha­czyka tuż przy piecu. Ten wy­soki zaś, nie mo­gąc znieść strasz­nego spoj­rze­nia ciem­nych oczu starca, za­rzu­cił na jego siwą głowę zdjętą z opar­cia krze­sła fla­ne­lową ko­szulę. Od­niósł wra­że­nie, że przez spraną tka­ninę do­le­ciał do jego uszu szept mo­dli­twy. Nie miał jed­nak pew­no­ści, bo zna­cze­nia słów w ża­den spo­sób nie mógł zro­zu­mieć.

Sta­rzec klę­czał znie­ru­cho­miały, ze zwie­szoną na piersi głową. Wie­dział od sa­mego po­czątku, że ten dzień kie­dyś na­dej­dzie, że musi na­dejść. Ostat­nio nie mógł się już go do­cze­kać, tak bar­dzo był tym wszyst­kim zmę­czony. Był na ten dzień w pełni przy­go­to­wany. Zro­bił wszystko, co do niego na­le­żało i chciał już stąd odejść. Czu­wał, choć znał dzień i go­dzinę. A miał to być dzień Świę­tego Cy­ryla przy­pa­da­jący na środę. Tak jak wów­czas, gdy od­cho­dził On. Rok nie grał żad­nej roli. I dziś wła­śnie na­stał ten szcze­gólny dzień. Środa, osiem­na­stego marca, po zmierz­chu.

Męż­czy­zna, któ­rym sta­rzec ci­snął o zie­mię, zdą­żył dojść do sie­bie i z pod­kur­czoną do góry ręką ni­czym ptak z prze­trą­co­nym skrzy­dłem po­zbie­rał się z pod­łogi. Ję­cząc z bólu, ciężko usiadł na krze­śle. Je­den z jego kom­pa­nów wy­szpe­rał w ku­chen­nym kre­den­sie bu­telkę z wódką, na­peł­nił do po­łowy musz­tar­dówkę i ka­zał mu wy­pić. W tym cza­sie pro­wo­dyr zrzu­cił na zie­mię wa­la­jące się po stole resztki ko­la­cji sta­rego. We dwóch chwy­cili go pod ra­miona i ci­snęli na blat, jakby był wie­prz­kiem do wy­pa­tro­sze­nia.

- Ale ciężki - jęk­nął ten wy­soki. - Co może tyle wa­żyć w ta­kim zgrzy­bia­łym sta­ru­chu? Prze­cież to sama skóra i ko­ści.

- Bel­ze­bub - za­re­cho­tał ten zwinny i wy­cią­gnął z kie­szeni ro­bo­czych por­tek dłu­gie gwoź­dzie, przy­go­to­wane spe­cjal­nie na dzi­siej­szą oko­licz­ność. Ro­zej­rzał się po kuchni i tuż przy piecu do­strzegł sie­kierę. Wziął ją do ręki, aby spraw­dzić, czy się na­daje do tego, co so­bie za­pla­no­wali. - Za­raz zo­ba­czysz, jak bę­dzie z niego usi­ło­wał się wy­do­stać. - Z ja­do­wi­tym uśmie­chem zwró­cił się do ko­legi, gdy stwier­dził przy­dat­ność sie­kiery, choć ostrze miała mocno stę­pione.

- Nie trać czasu na pie­prze­nie o Bel­ze­bu­bach - syk­nął wy­soki i rzu­cił w swo­jego kom­pana kar­cą­cym spoj­rze­niem. Choć uwa­żał się za ate­istę, sił nie­czy­stych bał się jak ognia. - Przy­bij go do stołu, żeby się nam nie wy­rwał - po­le­cił, za­pa­la­jąc pa­pie­rosa.

Roz­cią­gnęli ciało sta­rego jak na krzyżu. Chwy­cili za nogę, zdarli trze­wik i dziu­rawą na pię­cie skar­petkę. Oparli stopę o blat i przy­ło­żyli gwóźdź tak, aby gładko prze­szedł mię­dzy dłu­gimi ko­śćmi śród­sto­pia. Nie mo­gli prze­cież po­zba­wić go ży­cia przed cza­sem. Ten sta­rzec naj­pierw, za­nim wy­zio­nie du­cha, musi im coś wy­ja­wić. Po to przy­szli. Gdy gwóźdź za­głę­bił się w ciało, sta­rym czło­wie­kiem szarp­nął pa­rok­syzm bólu, czer­wona krew po­cie­kła wą­ską strużką, sze­roko roz­lała się po stole i za­dzi­wia­jąco gło­śno za­częła ka­pać na pod­łogę. Szmata we­tknięta głę­boko w jego usta sku­tecz­nie stłu­miła krzyk bólu, który roz­pacz­li­wie usi­ło­wał wy­do­stać się z gar­dła. Po chwili ten sam ma­newr po­wtó­rzyli z drugą stopą. Gdy mieli już pew­ność, że nie ze­rwie się ze stołu, aby po­ukrę­cać im łby jak kur­cza­kom, uwol­nili mu ra­miona ze sznur­ko­wych pęt. Bły­ska­wicz­nie chwy­cili go za ręce, roz­cią­gnęli na boki i przy­ci­snęli do blatu, lecz on już się nie szar­pał i nie wy­ry­wał. Je­dy­nie dziw­nie brzmiące słowa, za­pewne mo­dli­twy w nie­zna­nym im ję­zyku, mimo szmaty, którą miał wci­śniętą w usta, wy­do­stały się na ze­wnątrz i wy­peł­niły kuch­nię aż pod su­fit. Ten wy­soki po­czuł na ple­cach dziwny dreszcz, a krótko ostrzy­żone włosy sta­nęły mu na karku dęba. Być może był to lęk przed tym star­cem, o któ­rym po oko­licy krą­żyły różne plotki, a o któ­rym nikt nic kon­kret­nego nie wie­dział. Kiedy za­raz po woj­nie do wsi przy­byli Po­lacy, on już tu­taj miesz­kał. Nikt nie wie­dział od ja­kiego czasu. Wieść gminna nio­sła, że od za­wsze. Ale cóż wła­ści­wie ozna­czało to słowo? Od po­czątku świata? Od po­wsta­nia wsi? Może od na­jazdu Ta­ta­rów? Po­noć prawdę o tym czło­wieku po­znał przeor klasz­toru cy­ster­sów w po­bli­skim Hen­ry­ko­wie, oj­ciec Fa­bian, lecz on za­li­czał się do lu­dzi wy­jąt­kowo za­mknię­tych w so­bie i skry­tych, więc przed ni­kim nie uchy­lił na­wet rąbka tej głę­boko skry­wa­nej ta­jem­nicy. Być może na­wet na spo­wie­dzi przed swoim opa­tem w Szczy­rzycu prawdy ni­gdy nie wy­znał.

Ten wy­soki do­strzegł na­gle na pier­siach sta­rego czło­wieka złoty, mi­ster­nej ro­boty krzy­żyk. Roz­piął łań­cu­szek i za­wie­sił go so­bie na szyi. Po­czuł na skó­rze pie­kące cie­pło roz­grza­nego me­talu, jakby wy­pa­lano mu piętno. Chwy­cił krzy­żyk do ręki i szarp­nął. Przez chwilę przy­glą­dał się mu w zdu­mie­niu, po czym wci­snął go do kie­szeni por­tek.

W tym cza­sie ten zwinny fa­chowo wziął w dwa palce ko­lejny gwóźdź i przy­tknął do star­czej dłoni, po­marsz­czo­nej i spra­co­wa­nej. Za­mie­rzył się sie­kierką i ude­rzył raz a do­brze. Dłoń sta­rego za­drżała jak zwię­dły liść na wie­trze, a do ich uszu do­tarły słowa dziw­nej mo­dli­twy - choć nie mo­gli wy­klu­czyć, że dia­bel­skich za­klęć - wy­do­by­wa­jące się nie wia­domo skąd. Do­piero gdy do stołu przy­bili jego drugą rękę, zdjęli mu ko­szulę z głowy, a z ust wy­szarp­nęli szmatę.

- Po­wiedz tylko, gdzie to jest, a bę­dziesz mógł so­bie na­dal żyć w tej no­rze - bar­dzo grzecz­nie, jakby byli u cioci na imie­ni­nach, po­pro­sił wy­soki. Za­trzy­mał wzrok na zwię­dłych ustach przy­bi­tego do stołu Dia­bła, któ­rego na­wet w my­ślach bał się na­zwać czło­wie­kiem. Na­wet nie drgnęły. Na­past­nik od­niósł wra­że­nie, że za­ci­snęły się jesz­cze moc­niej, a mimo to do jego uszu do­le­ciał szept:

- Niech was pie­kło po­chło­nie...

- Pie­kło to za­raz zro­bię to­bie - wark­nął star­cowi wprost do ucha. - Wyj­mij no je­den wę­gie­lek. - Ru­chem głowy wska­zał kom­pa­nowi sto­jący w ką­cie piec, w któ­rym zło­wiesz­czo, jakby już ja­kiś grzesz­nik sma­żył się w jego wnę­trzu, skwier­czał ogień.

Ten po­słusz­nie po­grze­bał w go­rą­cych cze­lu­ściach ku­chen­nego pieca i na­brał na szu­felkę kilka ża­rzą­cych się bia­łym ogniem wę­gli. Pod­szedł do stołu, za­darł ko­szulę i swe­ter sta­rego do góry, ob­na­ża­jąc zwię­dły i za­pad­nięty brzuch, z nie­zna­nych mu przy­czyn prze­wią­zany sznu­rem. Odło­żył szu­felkę i roz­plą­tał mi­zer­nie za­wią­zany su­peł, po czym sznur wsu­nął do kie­szeni por­tek. Zdjęty z wi­sielca po­noć przy­nosi szczę­ście, a co do­piero z Dia­bła. Mógł też przy­dać się do cze­go­kol­wiek. Nie cze­ka­jąc na roz­kaz, wy­sy­pał za­war­tość szu­felki na brzuch starca, który ryk­nął z bólu i stra­cił przy­tom­ność.

- Czy ka­za­łem ci to zro­bić, dur­niu? - wark­nął wy­soki i bły­ska­wicz­nie ko­szulą fla­ne­lową zgar­nął dy­miące wę­gle na pod­łogę, a po kuchni roz­szedł się swąd spa­lo­nego mięsa. - Je­śli strzeli ko­py­tami w ka­len­darz, już nic nam nie po­wie. Ocuć go! - Szturch­nął swo­jego nad­gor­li­wego kom­pana łok­ciem.

- Ga­dają po wsiach, że on jest nie­śmier­telny. Po­noć to an­ty­chryst...

- Nie pieprz głu­pot jak ksiądz po ko­lę­dzie. Nikt nie jest nie­śmier­telny! Ocuć go!

Sta­rzec po­lany lo­do­watą wodą od­zy­skał przy­tom­ność.

- Po­każę, gdzie jest... - szep­nął, trzę­sąc się jak w fe­brze.

- Nie mu­sisz się fa­ty­go­wać - wark­nął wy­soki. - Wy­star­czy, że po­wiesz.

- Nie wy­star­czy...

Roz­dział drugi

Ucieczka

Ogromna kula czer­wo­nego jak ni­gdy do­tąd słońca, ską­pa­nego w krwa­wej łu­nie, po­woli chy­liła się ku za­cho­dowi, za­po­wia­da­jąc na­dej­ście tra­gicz­nych wy­da­rzeń. Zbite w cia­sne gro­mady ptaki, jedne ćwier­ka­jąc, inne kra­cząc, krą­żyły po­nad mu­rami mia­sta Troyes, nie znaj­du­jąc dla sie­bie bez­piecz­nego schro­nie­nia w ko­ro­nach drzew, które je­sienne, chłodne noce nie­mal ogo­ło­ciły z li­ści. Koty i psy, do tej pory wa­łę­sa­jące się po próż­nicy wśród za­uł­ków, z pod­wi­nię­tymi ogo­nami, ze zje­żoną na grzbie­tach sier­ścią, w pa­nice wci­skały się gdzie bądź, choćby do naj­po­dlej­szej jamy, choćby do klo­aki, choćby do wozu hycla, byle tylko umknąć przed upior­nym bla­skiem słońca. Ko­nie rżały po staj­niach i trzę­sąc grzy­wami, tłu­kły ko­py­tami w zie­mię, a zde­spe­ro­wane kury, usi­łu­jąc sal­wo­wać się ucieczką, zde­rzały się ze ścia­nami kur­ni­ków, aż pie­rze fru­wało w po­wie­trzu. Na­wet świ­nie, opróż­niw­szy ko­ryta do czy­sta, po­kła­dły się w chle­wach po­ko­tem i chrum­kały do­no­śnie.

Miesz­kańcy mia­sta spo­glą­dali z nie­po­ko­jem w niebo i czy­niąc na pier­siach znak krzyża, za­trza­ski­wali z hu­kiem okien­nice i ry­glo­wali drzwi. Klę­cząc przed kru­cy­fik­sami, ża­łu­jąc za grze­chy, gło­śno od­ma­wiali pa­cie­rze. Dzieci w ko­ły­skach kwi­liły, my­szy skryły się do nor, męż­czyźni do­da­wali so­bie od­wagi, po­cią­ga­jąc tęgo z bu­te­lek, ko­biety, ocie­ra­jąc ukrad­kiem łzy, tu­liły się jak ni­gdy do mę­żow­skich bo­ków, a starcy o nie­wi­dzą­cych oczach, skry­tych biel­mem ka­ta­rakty, wy­czu­wali szó­stym zmy­słem nad­cią­ga­jącą, bli­żej nie­znaną im grozę. Nie­jed­nemu przy­szły na myśl słowa Świę­tego Ma­te­usza setki razy po­wta­rzane przez księży pod­czas mszy: "Czu­waj­cie, bo nie zna­cie dnia ani go­dziny". Za­tem miesz­kańcy mia­sta Troyes czu­wali, bo­jąc się na­wet w my­ślach za­dać so­bie py­ta­nie, co ma za­miar im przy­nieść ko­lejny dzień. Wszy­scy z prze­ra­że­niem cze­kali na jego na­dej­ście. A miał być to trzy­na­sty paź­dzier­nika roku Pań­skiego 1307. Pią­tek. Dzień Męki Pań­skiej.

Na­gle, w ci­szy tak nie­spo­dzie­wa­nie wy­lud­nio­nych ulic i pla­ców, od strony bu­dyn­ków przy­na­leż­nych do ko­man­do­rii ry­ce­rzy Świą­tyni, dał się sły­szeć tę­tent koń­skich ko­pyt, tak upiorny, jakby stado ogie­rów z pie­kła ro­dem gnało przez mia­sto. Cie­kaw­scy, któ­rzy prze­ła­mu­jąc strach, wyj­rzeli przez okna, uj­rzeli ka­wal­kadę dzie­się­ciu kon­nych, któ­rzy w po­śpie­chu, aby zdą­żyć przed za­war­ciem wschod­niej bramy przez straże, opusz­czali Troyes. Nie mieli kol­czug ani cięż­kiego uzbro­je­nia, ko­pii, heł­mów czy tarcz, więc można było wno­sić, że nie ko­lejna wy­prawa krzy­żowa była ich ce­lem. Okryci czar­nymi opoń­czami, z wy­jąt­kiem dwóch jeźdź­ców na prze­dzie, któ­rzy cali odziani byli na biało, gdy tylko zo­sta­wili za sobą mia­sto, od razu skie­ro­wali się ku Mar­nie. Rzeka ta od­gra­ni­czała Szam­pa­nię od Sa­crum Im­pe­rium Ro­ma­num, na któ­rego tro­nie od kilku lat za­sia­dał Al­brecht Habs­burg, znany ze swej wro­go­ści do pa­pie­stwa i so­ju­szu z kró­lem Fran­cji, Fi­li­pem Pięk­nym. O tym, że nim rok mi­nie, zgi­nie z rąk swo­jego bra­tanka, jesz­cze nie wie­dział ani mu się na­wet to nie śniło. Na krót­kich, bo się­ga­ją­cych za­le­d­wie ko­lan ry­cer­skich tu­ni­kach, w miej­scu gdzie bije serce, wid­niały krzyże w ko­lo­rze ży­wej krwi. Iden­tyczne zdo­biły na le­wym ra­mie­niu ich opoń­cze. Był to znak roz­po­znaw­czy braci na­le­żą­cych do za­konu Świą­tyni zwa­nych tem­pla­riu­szami. Przy­tro­czone zaś do sio­deł pę­kate juki świad­czyły, że wy­bie­rali się w długą drogę. Lu­zaki za­my­ka­jące ka­wal­kadę zda­wały się to po­twier­dzać. W ja­dą­cym na prze­dzie ry­ce­rzu o nie­mło­dej już twa­rzy, ozdo­bio­nej gę­stym za­ro­stem o rdza­wym od­cie­niu miesz­kańcy z miej­sca roz­po­znali kom­tura tu­tej­szej ko­man­do­rii Es­te­bana de Surra y Po­itiers. Jesz­cze czas ja­kiś wsłu­chi­wali się w dud­nie­nie koń­skich ko­pyt po twar­dej i spę­ka­nej ziemi, a kiedy na go­ścińcu wio­dą­cym ku prze­pra­wie przez rzekę po­zo­stał je­dy­nie ob­łok pyłu i ku­rzu, wró­cili do swo­ich do­mów.

Za­nim zga­sły ostat­nie pro­mie­nie słońca, ka­wal­kada jeźdź­ców wje­chała na wzgó­rze. Wstrzy­mali wierz­chowce i spoj­rzeli za sie­bie, na ciemny za­rys miej­skich mu­rów wi­docz­nych na tle pur­pu­ro­wego nieba. Stali w mil­cze­niu i ci­szy za­kłó­ca­nej je­dy­nie przez rże­nie znie­cier­pli­wio­nych tą nie­spo­dzie­waną prze­rwą w po­dróży ru­ma­ków i ło­po­ta­nie płasz­czy na wie­trze, który na­ga­niał ze wschodu na za­chód kłęby czar­nych chmur.

De Surra wciąż no­sił w pa­mięci dzień, kiedy w tej wła­śnie ko­man­do­rii skła­dał przy­sięgę przed Wiel­kim Mi­strzem. Była zgodna ze sło­wami sta­rej Re­guły Za­kon­nej, którą nadał im słynny teo­log, opat za­konu cy­ster­sów Ber­nard z Cla­irvaux. Choć mi­nęło wiele lat, miał wra­że­nie, jakby to działo się wczo­raj. Przy­stę­pu­jąc do za­konu, za pro­giem zo­sta­wił swoje świec­kie, do­stat­nie ży­cie naj­star­szego syna hra­biego Alonso de la Surry z Ka­sty­lii, sta­jąc się bra­tem Es­te­ba­nem. Tym sa­mym zgo­dził się na po­rzu­ce­nie hi­sto­rycz­nych ty­tu­łów i przy­na­leż­nych mu urzę­dów oraz wszel­kich dóbr ma­te­rial­nych. Gdy już po trzy­kroć od­rzekł, że nie opu­ścił pra­wo­wi­tej mał­żonki, że nie jest mni­chem, który ze­rwał z klasz­to­rem, że nie ucieka przed wie­rzy­cie­lami i że nie cierpi na żadną ukrytą cho­robę, za­przy­siągł swoje słowa na Ewan­ge­lię. Wów­czas po­zo­stało mu je­dy­nie zło­żyć trzy śluby za­konne: po­słu­szeń­stwa, czy­sto­ści i ubó­stwa oraz czwarty: go­to­wo­ści do walki za wiarę, zwią­zany ze sta­tu­sem mni­cha-żoł­nie­rza. Po zło­że­niu przy­sięgi, w asy­ście psalmu Ecce quam bo­num, zrzu­cił z sie­bie świecki strój i wło­żył za­konny. A wów­czas Mistrz przy­wi­tał go sło­wami: "Piękny bra­cie, Pan Nasz za­spo­koił wa­sze pra­gnie­nia i wpro­wa­dził was w to piękne dru­ho­stwo, ja­kie sta­nowi ry­cer­stwo za­konu tem­pla­riu­szy, dla­tego win­ni­ście pil­nie ba­czyć, aby nie uczy­nić nic ta­kiego, za co przy­sta­łoby Wam je utra­cić, od czego niech Bóg Was strzeże...".

W pa­mięci Es­te­bana de Surry y Po­itiers za­tarło się upo­ko­rze­nie, któ­rego do­znał, ca­łu­jąc cuch­nące po­śladki i ko­smaty pę­pek ko­man­dora Troyes oraz przyj­mu­jąc jego ob­le­śny po­ca­łu­nek w usta na za­koń­cze­nie taj­nej pro­ce­dury ini­cja­cji, któ­rej sensu wów­czas nie poj­mo­wał, a o któ­rej już wów­czas po­śród plebsu krą­żyły prze­dziwne plotki. Za­gryzł wargi do krwi i na­pluł, jak ka­zano, na pod­su­nięty mu pod nos kru­cy­fiks, wy­ka­zu­jąc się bez­względ­nym po­słu­szeń­stwem, tak nie­zbęd­nym na polu walki. Po wie­lo­kroć sam póź­niej sto­so­wał tę pro­ce­durę, za każ­dym ra­zem od­rzu­ca­jąc po­stu­lanta od­ma­wia­ją­cego wy­ko­na­nia po­le­ce­nia. Od­mówi raz, od­mówi i drugi, w naj­mniej od­po­wied­nim mo­men­cie, a zła­pany do nie­woli, szybko wyda na sie­bie wy­rok śmierci. Jed­nak nie zdo­łał za­po­mnieć o przy­czy­nie, która po­pchnęła go do tego kroku. Kroku, któ­rego nie mógł zro­zu­mieć ani oj­ciec, ani matka, a z któ­rego cie­szyli się młodsi bra­cia, gdyż dzięki temu w po­dziale schedy to im przy­pad­nie wię­cej tłu­stych ką­sków, z wy­jąt­kiem tego, co już prze­szło na wła­sność za­konu. W co­dzien­nym ryt­mie mo­dłów, prze­ry­wa­nych przez zbrojne wy­prawy, dzięki po­stom i na­uce praw­dzi­wej po­kory, ból po stra­cie tak bar­dzo ko­cha­nej dziew­czyny o kasz­ta­no­wych wło­sach i smut­nym wej­rze­niu brą­zo­wych oczu je­dy­nie stę­pił się i skur­czył, przy­bie­ra­jąc po­stać ka­myczka w bu­cie. Gdy czło­wiek ma coś waż­niej­szego na gło­wie, za­po­mina o nim. Brze­mię wspo­mnień jed­nak po­wra­cało w chwi­lach sa­mot­no­ści i za­my­śle­nia, pod­czas dłu­gich, bez­sen­nych nocy. Wy­klętą przez ro­dzi­ców i spo­wied­ni­ków dziew­czynę za grzeszną mi­łość z Es­te­ba­nem za­mknięto na wieki w klasz­to­rze pod we­zwa­niem świę­tej no­szą­cej to samo imię co ona, Ma­rii Mag­da­leny od Po­kuty.

- W Troyes wszystko miało swój po­czą­tek... - za­czął po­nuro, od­ru­chowo gła­dząc rudą brodę, skry­wa­jącą szpetną bli­znę bie­gnącą od ucha aż do ką­cika ust. Sta­no­wiła pa­miątkę po ra­nie od­nie­sio­nej w wal­kach pod mu­rami Akry. - Da Bóg, że do Troyes bę­dziemy mo­gli po­wró­cić, aby na­dal peł­nić służbę na chwałę Pana na­szego, Je­zusa Chry­stusa, Syna Bo­żego i matki Jego, Prze­naj­święt­szej Pa­nienki.

- Amen - szep­nęli chó­rem po­zo­stali, za­ma­szy­ście kre­śląc na pier­siach krzyż.

- Bra­cie Es­te­ba­nie... - zwró­cił się do kom­tura sie­dzący obok w sio­dle ma­syw­nej bu­dowy ry­cerz o dłu­giej i czar­nej bro­dzie przy­ozdo­bio­nej przez upły­wa­jący czas srebr­nymi nit­kami. Aby wiatr mu go z głowy nie ze­rwał, na­ci­snął głę­boko na uszy fil­cowy ka­pe­lusz, spod któ­rego wy­my­kały się krót­kie szpa­ko­wate ko­smyki. - Może te­raz nam wy­ja­śnisz, z ja­kiego po­wodu tak na­gle, i to przed nocą, mu­sie­li­śmy opu­ścić na­szą ko­man­do­rię? Chyba że zo­sta­łeś zo­bo­wią­zany przez zwierzch­ni­ków do za­cho­wa­nia ta­jem­nicy... - za­strzegł się szybko. By­wało, że i on skła­dał po­dobną przy­sięgę.

- Drogi Re­nal­dzie... - za­czął de Surra z cięż­kim wes­tchnie­niem, od­ry­wa­jąc wzrok od mu­rów Troyes, gdzie za klasz­torną furtą po­zo­stała jego uko­chana o oczach zra­nio­nej łani. - Otóż mia­łem wi­dze­nie. Le­d­wie skoń­czy­łem wie­czorne mo­dły, ob­ja­wił mi się Hu­gon de Pay­ens, za­ło­ży­ciel i pierw­szy Wielki Mistrz na­szego za­konu... - cią­gnął z na­dzieją, że mu uwie­rzą. - Na­ka­zał, abym jak naj­szyb­ciej opu­ścił ma­ison de France, za­bie­ra­jąc ze sobą wszystko, co nasz za­kon ma naj­cen­niej­szego...

- Czy zdra­dził przy­czyny tego roz­kazu? - drą­żył Re­nald, pod­cho­dząc do wy­ja­śnień dość scep­tycz­nie.

- I ow­szem - przy­tak­nął de Surra i spoj­rzał głę­boko w oczy swo­jego kon­fra­tra. - Oznaj­mił, że król szy­kuje dla nas za­gładę i zo­stały już ro­ze­słane ta­jemne li­sty do jego urzęd­ni­ków.

- Ale z ja­kiego po­wodu? - ob­ru­szył się tem­pla­riusz. - Co króla mo­gło skło­nić do tak pod­łego kroku? - spy­tał ze świę­tym obu­rze­niem. - Prze­cież nie tak dawno chro­nił się przed gnie­wem ludu w pa­ry­skim Tem­plum na­le­żą­cym do za­konu...

- I to był wła­śnie nasz błąd! - wy­char­czał z wście­kło­ścią brat Es­te­ban, przy­po­mniaw­szy so­bie tam­ten dzień, i za­ci­snął szczęki, aby nie za­kląć szpet­nie. - Wpu­ści­li­śmy wilka do owczarni...

Re­nald wsłu­chi­wał się z trwogą w każde słowo opusz­cza­jące usta ko­man­dora, lecz nie śmiał za­prze­czyć. Po­zo­stali bra­cia, fra­tres se­rvien­tes, sto­jący ni­żej w hie­rar­chii za­kon­nej, w mil­cze­niu i ze zgrozą ma­lu­jącą się na bro­da­tych twa­rzach pil­nie nad­sta­wiali uszu, aby usły­szeć, co miał do po­wie­dze­nia ich ko­man­dor, brat Es­te­ban. Jed­nak świst wia­tru i kra­ka­nie kru­ków krą­żą­cych nad ich gło­wami sku­tecz­nie za­głu­szały treść roz­mowy.

- Co masz na my­śli, bra­cie? - spy­tał za­kon­nik zgor­szony sło­wami swo­jego prze­ło­żo­nego. Jego zda­niem nie go­dziło się króla na­zy­wać wil­kiem, lecz tę myśl za­cho­wał dla sie­bie.

- Do­szły mnie słu­chy, że król po­społu z tą nędzną kre­aturą Wil­hel­mem de No­ga­ret knują coś od ja­kie­goś czasu - wy­ja­śnił de Surra.

- Mów kon­kret­nie, je­śli to nie jest ta­jem­nicą - po­pro­sił Re­nald, czu­jąc ciarki na grzbie­cie.

- Pod­czas swo­jej ostat­niej wi­zyty w Troyes mój stryj, se­ne­szal Szam­pa­nii, ogród­kami da­wał mi do zro­zu­mie­nia - cią­gnął gro­bo­wym gło­sem kom­tur - iż ten po­miot sza­tana, ten krzy­wo­przy­sięzca i zbrod­niarz, który przy­czy­nił się do przed­wcze­snej śmierci Jego Świą­to­bli­wo­ści Bo­ni­fa­cego VIII, pod­su­nął kró­lowi ze­zna­nia fał­szy­wych świad­ków... - wy­rzu­cił z sie­bie cią­żącą mu ta­jem­nicę i bez­wied­nie za­ci­snął pięść na rę­ko­je­ści przy­tro­czo­nego do boku mie­cza, jakby miał za­miar użyć go prze­ciwko na­czel­ni­kowi kró­lew­skiej po­li­cji po­li­tycz­nej. - Prze­cież każdy wie, że ten bez­boż­nik zdolny jest do wszyst­kiego, byle do­piąć swego. Te­raz oskar­żył nas przed kró­lem o plu­ga­stwa, któ­rych na­wet po­wtó­rzyć nie po­tra­fię. A jed­nemu i dru­giemu cho­dzi wszak tylko o jedno. O nasz pe­łen skar­biec... - do­rzu­cił na ko­niec.

Li­czący so­bie wię­cej lat niż ko­man­dor brat Re­nald de Al­le­man, ma­jący za sobą trudy walk w Ziemi Świę­tej, bli­zny szpe­cące całe ciało i brak trzech pal­ców u le­wej ręki, które stra­cił w obro­nie Akry, po­ru­szył się nie­spo­koj­nie w sio­dle. Choć za­sady Re­guły po­znał na pa­mięć, nie po­tra­fił się opa­no­wać.

- Na rany Chry­stusa... - wark­nął zbul­wer­so­wany. - Czyżby król za­mie­rzał znisz­czyć nasz za­kon, aby za­gar­nąć złoto, które uj­rzał w Tem­plum w Pa­ryżu?

- Oba­wiam się, że nasz król ma taki wła­śnie za­miar - przy­tak­nął ru­do­brody gro­bo­wym gło­sem. - Świad­czy o tym treść taj­nych pism, które ro­ze­słał.

- Je­śli masz li­tość nade mną, mów, co one za­wie­rają - po­pro­sił brat Re­nald, czu­jąc nie­po­kój za­kra­da­jący się do jego serca, i ścią­gnął mocno uzdę swo­jego wierz­chowca, który prze­bie­rał nie­spo­koj­nie ko­py­tami, jakby miał za­miar ru­szyć ga­lo­pem.

- Kiedy tylko na­sta­nie świt trzy­na­stego paź­dzier­nika, a więc już za kilka go­dzin - za­czął de Surra i z nie­po­ko­jem zer­k­nął na ciemną li­nię ho­ry­zontu, jakby uj­rzał tam za­po­wiedź ju­trzenki - każdy se­ne­szal, każdy ba­liw, każdy pre­wot, a nade wszystko przy­boczni ry­ce­rze, owi missi do­mi­nici na­le­żący do tego za­prze­da­nego sza­ta­nowi Fi­lipa Pięk­nego, mają otwo­rzyć po­dwój­nie opie­czę­to­wane ko­perty, które do wszyst­kich ja­kiś czas temu ro­ze­słał No­ga­ret. Znajdą w nich sto­sowną in­struk­cję.

- Znasz, bra­cie, jej treść? - za­in­te­re­so­wał się de Al­le­man, ob­li­zu­jąc wy­su­szone z emo­cji usta.

- Znam - przy­tak­nął de Surra. - "Aresz­to­wać wszyst­kich braci wy­mie­nio­nego za­konu, bez żad­nych wy­jąt­ków, wtrą­cić do wię­zie­nia, po­zo­sta­wia­jąc do dys­po­zy­cji sądu ko­ściel­nego oraz za­jąć wszyst­kie do­bra ru­chome i nie­ru­chome..." - wy­re­cy­to­wał słowa, które bo­le­śnie wryły mu się w pa­mięć.

- Chry­ste... - jęk­nął z prze­ra­że­niem brat Re­nald. - Je­śli święta re­li­kwia trafi w ręce króla i No­ga­reta, nie tylko znisz­czą nasz za­kon i zdep­czą bo­ski po­rzą­dek, lecz na wieki za­pa­nują nad świa­tem.

Es­te­ban za­ma­szy­stym ge­stem na­kre­ślił na pier­siach krzyż.

- Nie oba­wiaj się, czci­godny bra­cie - rzekł de Surra z peł­nym prze­ko­na­niem. - Nic nie trafi w ich plu­gawe łapy. Pre­cep­tor Ge­rard de Vil­lers już ja­kiś czas temu udał się do La Ro­chelle, gdzie stały za­ko­twi­czone na­sze ga­lery. Miał ze sobą cięż­kie i pę­kate juki, pełne wozy oraz braci mi­li­ties dla ochrony. Wów­czas nie ro­zu­mia­łem sensu tego na­głego za­mie­sza­nia i wy­jazdu z Pa­ryża. Te­raz ro­zu­miem. Mu­siał i on mieć wi­dze­nie, po­dob­nie jak ja. Albo ktoś go ostrzegł...

- Dla­czego za­tem my nie po­dą­żamy ich śla­dem, tylko je­dziemy Bóg wie do­kąd? - za­cie­ka­wił się Re­nald.

- Nam przy­pa­dło inne, znacz­nie waż­niej­sze za­da­nie do wy­ko­na­nia - od­parł kom­tur wy­mi­ja­jąco, nie chcąc, aby Re­nald oraz bra­cia ser­wienci sto­jący tuż obok, wstrzy­mu­jąc za uzdy znie­cier­pli­wione po­sto­jem ko­nie i wsłu­chu­jąc się z uwagą w słowa szla­chet­nych ry­ce­rzy, po­znali szcze­góły jego taj­nej mi­sji.

- Do­kąd za­tem mamy się udać? - pa­dło krót­kie rze­czowe py­ta­nie. Jak każdy tem­pla­riusz, tak i brat Re­nald skła­dał przy­sięgę za­cho­wa­nia ta­jem­nicy. Jej wy­ja­wie­nie gro­ziło wy­klu­cze­niem z Domu. Za­da­wa­nie py­tań, czego do­ty­czyła tajna mi­sja, było więc zbędne. Ko­man­dor za­konu w Troyes, szla­chetny brat Es­te­ban de Surra y Po­itiers, z pew­no­ścią ni­komu po­wie­rzo­nej mu ta­jem­nicy nie wy­jawi, na­wet przy­pie­kany ży­wym ogniem. Kie­ru­nek po­dróży wszak mu­siał wska­zać.

- Mamy się udać do da­le­kiego kraju - za­czął kon­fi­den­cjo­nal­nie de Surra. - Kraju na­wie­dza­nego przez sro­gie i śnieżne zimy, gdzie la­tem ku­szą po­kryte kwie­ciem łąki szma­rag­dowe, gdzie skow­ronki śpie­wają nad po­lami, w la­sach zwie­rzyny w bród, a na­ród ży­jący w roz­pro­sze­niu na ogrom­nym te­re­nie po­bożny i Bogu po­słuszny, he­re­zji nie­zna­jący... - Umilkł na mo­ment i po­szedł spoj­rze­niem w kie­runku czar­nych chmur zgro­ma­dzo­nych na ho­ry­zon­cie, tuż za ple­cami ry­ce­rzy. - Znaj­duje się tam ko­man­do­ria Klein Öls za­ło­żona przed laty - wró­cił do wy­ja­śnień. - Nasz wi­ce­pre­cep­tor, Ber­tram de Fel­dheim z Liet­zen, ma obo­wią­zek za­pew­nić nam nie­zbędną po­moc, aby­śmy mo­gli tam bez­piecz­nie do­trzeć. To dziki kraj, gdzie nie ma ry­ce­rzy strze­gą­cych go­ściń­ców. Jest za to na­dzieja, iż roz­kazy tego wcie­lo­nego dia­bła, Fi­lipa Pięk­nego, uwa­ża­ją­cego się za ko­lejne wcie­le­nie Je­zusa, tam nas nie do­się­gną. Dla­tego przed świ­tem mu­simy prze­kro­czyć Marnę... - do­rzu­cił po chwili i za­wra­ca­jąc wierz­chowca, ru­szył kłu­sem we wła­ści­wym kie­runku. Reszta mni­chów-żoł­nie­rzy kar­nie po­dą­żyła za swoim ko­man­do­rem.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki