Rozdział I
Zielone robale zabijają
We trzech siedzieli na tarasie wyremontowanego domu we wsi Topola Czarna: Janek i Grzesiek z sąsiedniej Janówki Małej oraz Iwan z Ukrainy, który zatrzymał się u sołtysa, aby pomagać mu w polu, ale wynajmował się też w budowlance. Byli pijani. Po pięć piw na głowę to dla nich niewiele, jednak upał i słońce zrobiły swoje. Tym bardziej że jeść im się nie chciało, ale do picia nie musieli się zmuszać.
Dom po starej Zarębinie od jakiegoś czasu stał pusty. Nawet szyby z nudów ktoś powybijał. Umarła tak po cichu, że najbliższy sąsiad znalazł kobietę prawie po tygodniu, gdy głodny pies na łańcuchu zaczął niemożebnie ujadać. Pochowali ją ludzie z wioski, rodziny nie było wiadomo gdzie szukać. Dawno się rozjechała i nikt tutaj nie wracał. A ksiądz nie chciał czekać.
Jakiś czas po pogrzebie ktoś zadzwonił do sołtysa, chyba z Ameryki. Zapowiedział, że przyjedzie gość z miasta, aby zająć się sprzedażą tego, co zostało po Zarębinie. Może w gminie znaleziono adres?
Pojawił się elegant w obcisłej marynarce, za krótkich spodniach i lakierkach, które - gdy wysiadł z mercedesa - od razu pokryły się kurzem. Do domu nawet nie chciał wejść, telefonem zrobił kilka zdjęć i tyle go było widać.
We wsi nikogo nie interesowało kupno obejścia. Co prawda budynek był solidny, przedwojenny, ale progu nikt nie chciał przekroczyć. Po stodole został stos zmurszałych desek, a do od dawna niewykorzystywanej obory strach było wchodzić.
Jedzenie raz w tygodniu przywozili Zarębinie z pomocy społecznej. Niekiedy pojawiał się też listonosz, który oprócz listów i pieniędzy, woził świeże pieczywo i papierosy. Ale Zarębina nigdy nie paliła, kupowała tylko chleb.
Ile miała lat, gdy umarła, we wsi nie pamiętali. Dopiero ksiądz proboszcz musiał zajrzeć w parafialne księgi. Wszyscy wiedzieli, że jest stara, jednak kto by pomyślał, że zbliżała się do dziewięćdziesiątki? Ci, którzy mogliby być w jej wieku, prawie wszyscy dawno poumierali, a młodszym liczenie lat komuś tak staremu nie było w głowie.
Tym bardziej że trzymała się od ludzi z daleka. Matki zaczęły nią straszyć dzieci, a starsi bali się spojrzeć jej w oczy, aby nie rzuciła uroku.
Gdy umarła, poszli za trumną, ale nie za blisko. Nawet pies, gdy został spuszczony z łańcucha, uciekł w las i nigdy go już nie widziano.
Po pijaku niektórzy się zastanawiali, czy nie podłożyć pod dom ognia, żeby ostatecznie wymazać ją z pamięci. Za jakie grzechy, nikt nie chciał mówić.
Kiedyś do Olczyków przyjechała babcia ze Świdwina. Tam powędrowała za jedną z córek. Opowiadała, że Zarębina za jej młodości była gospodynią, że ho ho. Co prawda męża miała wariata, który ich dwóch synów tłukł przy każdej okazji, chociaż w polu wiedział, co zrobić. Mieszkał z nimi też parobek, a wziął się nie wiadomo skąd. Nie spał w domu, a z krowami w oborze. Chodził w tym, co oni już znosili, zimą w gumowcach ocieplanych słomą, a latem w takich samych, oberżniętych do kostek.
Maksiu, bo tak miał na imię, był bardzo robotny, znał na pamięć daty wszystkich świąt kościelnych, tabliczkę mnożenia na wyrywki, ale gospodarze uważali, a za nimi inni, że w głowie nie wszystko ma poukładane. No to się z niego śmiali. Za to on niejednego pogonił tym, co trzymał w ręku. Najdelikatniej nazywany był odmieńcem. Nie było takiego we wsi, co by mu nie dokuczał.
Olczykowa też mówiła, że pewnej wiosny Maksiu się zakochał, choć panny najczęściej z niego kpiły. Ta przyjechała z Konina. Od małego musiała się troszczyć o siebie, bo rodzice nie widzieli dla niej miejsca w domu. Mocno kulała. Jak szła z wiadrem wody, pół wylewała, ale kur nauczyła się doglądać, krowom siana zadać. Spała na stryszku.
Dziewczyny ze wsi, nawet gdy śpiewały przy krzyżu, odsuwały się od niej.
Jak Marianna stała przy płocie i drogą za krowami szedł Maksiu, najpierw patrzyła na niego z ciekawością, potem się uśmiechała, a kiedyś dała mu duże czerwone jabłko. On, widząc ją, nigdy się nie spieszył, a nawet pogładził po włosach, które miała bardzo długie i białe jak len.
Nikt ich nigdy nie widział, żeby szli razem na spacer albo siedzieli gdzieś pod drzewem na trawie.
We wsi gruchnęła jednak wiadomość, że Marianna jest w ciąży i to najpewniej z Maksiem. Już przy płocie nie wystawała, on omijał zagrodę, a brzuch jej rósł. W końcu wyjechała i już nie wróciła. Maksiu dopytywał gospodarza, co się z nią stało, jednak nigdy nie usłyszał żadnej odpowiedzi. Raz nawet za takie pytanie dostał lejcami po plecach, co zakończyło wszelkie rozmowy na ten temat.
Dwaj synowie Zarębiny, jak tylko dorośli, wyjechali ze wsi i nie chcieli więcej ojca widzieć. Mówiło się, że uciekli aż za morze. A on pił, gospodarstwo zaczęło podupadać i w końcu umarł. Wszystkiego doglądał jeszcze Maksiu, chociaż i jemu sił zaczynało brakować. Zarębina chciała wziąć go do domu, lecz on wolał zostać w oborze. Tam też wiele lat temu umarł. A ona niedawno...
Poza starą chałupą został kawałek zarośniętego pola i las. Płot wokół domu zaczął się rozpadać, że psa nie można było spuścić.
Nikt nie spodziewał się, że ktoś zechce się tym dobytkiem zainteresować. Jakie było więc zdziwienie, gdy przed bramą stanęło bmw, a z auta wysiadł niemłody, ale krzepki jeszcze mężczyzna. Dużo później dowiedzieli się, że nazywa się Maksymilian Topór. Każdy zauważył, że kulał, choć nie przeszkadzało mu to specjalnie w chodzeniu.
Nie był to jedyny dom do sprzedania, a nieznajomy wybrał może ten najgorszy ze wszystkich we wsi. Pokrzątał się po podwórku, zajrzał w każdy kąt, wszedł do środka, a potem wsiadł do samochodu i odjechał. Wrócił następnego dnia z Jankiem Pawelcem z Janówki Małej. Facet robił przy murarce i przez wszystkich był chwalony, ale jak go coś naszło, to i przez tydzień nie potrafi przestać pić. Koledzy wyjeżdżali na robotę do Niemiec i on spróbował, jednak wrócił do domu w bagażniku i już nikt z nim się więcej nie umawiał. Rodziny nie założył, mieszkał z matką, bo mógł liczyć na opierunek i że coś ciepłego znajdzie na stole.
Maksymilian Topór spotkał Janka pod spożywczakiem we wsi. Dopiero zaczynał pić, więc gdy nieznajomy zaproponował niezły zarobek, postanowił przyjemność odłożyć na później. Po drodze do domu wstąpił po Grześka Wawro, z którym niekiedy imprezował, ale raczej rzadko, bo kumpel był bardziej obowiązkowy i często nie miał czasu. A kiedy mijał chałupę sołtysa, zobaczył na podwórku Iwana, wielkiego chłopa, który chociażby z racji takich kwalifikacji świetnie nadawał się do tej roboty.
Następnego dnia wcześnie rano zjawili się na rowerach w zagrodzie Zarębiny. Za chwilę podjechał też właściciel. Przywitał się z nimi, jednak nie przedstawił. Weszli do środka. To, że dom wymagał remontu, było widać na każdym kroku. Gospodarz nie był specjalnie wymagający. Kazał postawić płot z siatki i furtkę z domofonem. Za chwilę mieli dostarczyć konieczne materiały. Tak jak i inne niezbędne rzeczy. Powiedział, że jakiś czas tutaj pomieszka, ale chyba niezbyt długo. Chciał, żeby świeżo pomalowali i wysprzątali chałupę. Podłogi nakazał poprawić, żeby nie trzeszczały, a w kuchni wyszorować wszystko na glanc. Kanapę i fotele, mimo że miały po kilkadziesiąt lat, zostawił, tylko łóżko, w którym umarła właścicielka, polecił wyrzucić i spalić. Zapytał, czy się wyrobią w dwa tygodnie, bo wraca do Polski z zagranicy. Bardzo zależało mu na niedużym ogródku przed domem. Zarządził, żeby od tego zaczęli.
- Chwasty powyrywać albo wytruć, dosiać trawę i regularnie podlewać, aby z tarasu było na czym zawiesić oko.
Gdy przyjechał kolejny raz, obejrzał, co zrobili, wypłacił kolejną zaliczkę i powiedział, że będzie za tydzień. Szczególnie patrzył na trawę, gładził ją ręką, jakby zachęcał do rośnięcia.
Kiedy zbliżali się już do końca roboty i wieczorem zbierali do domów, też się pojawił i zaczął sypać na nią jakiś proszek. Patrzyli na niego zdziwieni, ale nic nie wyjaśnił. Podobnie jak poprzedniego dnia, tylko wtedy rozsiewał zielone kuleczki.
- Wiem, że już się wam spieszy, żeby zainkasować pieniądze, więc posprzątajcie po sobie, a jak chcecie, to możecie zostać na noc. - Spojrzał na nich. - Nie mam nic przeciwko, że się napijecie, ale w żadnym wypadku nie wchodzić mi boso na trawę, najlepiej siedzieć dupą na tarasie i się nie ruszać - rozkazał.
Nie bardzo się przejmowali tym, co powiedział, tym bardziej że za chwilę mieli sięgnąć po piwo, które chłodziło się w wiaderku w studni.
Odjeżdżając, jeszcze raz pogroził im palcem. Powiedział, że ostatnią zaległość wypłaci rano. Wyciągnął z kieszeni pieniądze i pokazał. Janek dojrzał, że wśród złotówek mignęły też jakieś obce.
To, co najcięższe, już zrobili, teraz zaczęli porządkować i wiedzieli, że przydałaby się im kobieca ręka. Grzesiek co prawda miał żonę, jednak bardzo chorą, dlatego też nigdy nie wyjechał do pracy za granicą. Musiał nie tylko jej doglądać, ale i zaopiekować się dziećmi, a była ich trójka. Wprawdzie do pomocy zamieszkała z nimi teściowa z odległej o trzydzieści kilometrów Wólki, lecz i dla niego roboty przy domu nie brakowało.
Meble i szafki, które zostały po byłej właścicielce, dokumentnie opróżnili. Tego byli pewni. Zdziwili się, gdy w najmniejszej, takiej na trzech nogach, znaleźli gazetę. Nie nawykli do czytania. Gołych bab w niej nie było. Zainteresowały ich litery, nie były polskie.
Janek i Grzesiek przerzucali strony, ale nic to nie dawało. Zawołali Iwana. On tylko spojrzał i powiedział, że to po rusku. Chcieli dowiedzieć się czegoś więcej. Zatrzymał się na artykule pod zdjęciem, na którym widać było jakieś potężne mury i kominy. Iwan spoważniał.
- To jest ta elektrownia atomowa, która wybuchła trzydzieści pięć lat temu - zakomunikował. - A teraz tu piszą, że ktoś, kto tam poszedł, zobaczył nieduże zielone robaki, podobne do ślimaków, takich bez skorupek. Przyjechali naukowcy, zgarnęli te stworzenia, miały świecące w nocy jedno oko, którym jednocześnie mogły ugryźć - ostrożnie wypowiadał słowa. - Któryś z tych profesorów dotknął palcem tego małego potwora i w ciągu kilku godzin zmarł. Teren ogrodzono, chociaż wojsko pojawiło się dopiero za kilka dni. W artykule napisali, że tej ziemi z robalami ktoś sobie nabrał i uciekł. - Iwan przeczytał powoli i dwa razy.
Na dalszą lekturę nie było czasu, jeśli nawet mieli zamiar biwakować w wyremontowanym domu, roboty mieli aż do nocy. Dopiero gdzieś około dziewiątej wieczorem poskładali narzędzia, wylali kubły z brudną wodą i usiedli na tarasie. Przyjemnie im się patrzyło na równo skoszoną trawę. Piwo pili jedno po drugim. Iwan pomiędzy kolejnymi przegryzał kiełbasą, Janek i Grzegorz chłodzili się na pusty żołądek. O gazecie zapomnieli.
Mieli już się położyć spać, wszyscy zdjęli buty. Po całym dniu nogi bolały. O myciu nie myśleli, sił zaczynało brakować. Janek jednak podskoczył i powiedział, że zębów może nie umyć, ale nogi musi, nawet chodząc po mokrej trawie. I zszedł z tarasu. Zanim Grzegorz i Iwan zorientowali się, co się dzieje, kucał i wstawał, jakby tańczył kazaczoka. Wołali go, aby wracał, bo przecież gospodarz zakazał. Nic sobie z tego nie robił. W końcu mu się znudziło. Wszyscy wlepili oczy w murawę, a na niej błyszczało kilka pojedynczych iskierek.
- Chyba się skaleczyłem w nogę - stwierdził Janek, jednak nie był w stanie pomyśleć o niczym więcej.
Poszli spać, każdy w osobny kąt. Wszyscy chrapali, oprócz Janka.
Pierwszy obudził się Iwan. Napił się wody i zobaczył, że Grzesiek też już się gramoli z posłania. Gdy Janek się nie ruszał, podeszli do niego. Leżał na boku. Szarpnęli nim mocno, przewrócił się na plecy, ale wyglądało, że śpi dalej. Jeszcze raz nim potrząsnęli, ale nic to nie dało. Dotknęli twarzy, była zimna. Przerazili się tak bardzo, że wyparowały z nich resztki alkoholu. Zaczęli biegać po domu, wówczas zobaczyli, że przed furtką zatrzymało się bmw.
- Panie, Janek nie żyje - wykrzyczał Grzegorz.
- A chodził po trawie? - syknął Maksymilian Topór.
- Coś tam zatańczył - przypomniał sobie Iwan.
- Dureń! - Usłyszeli obaj.
Policjanci przyjechali szybko, podobnie jak lekarz, który stwierdził, że prawdopodobnie był to atak serca. Przecież byli pijani i jeszcze to słońce...
Topór wieczorem już sam usiadł na tarasie. Był w wysokich butach ze skóry, oficerkach. Zszedł na trawę, ona znów zapłonęła iskierkami. Wyciągnął woreczek i zaczął z niego coś rozsypywać. Wrócił na taras. Gazetę z wiadomością o elektrowni atomowej spalił. Wyciągnął z kieszeni niedużą karteczkę, a na niej zapisane były nazwiska.
- Umarł niepotrzebnie, ale do nich śmierć przyjdzie zasłużenie - wymamrotał, stukając palcem w papier.