1
Paryż, czerwiec 1979
Letnia nawałnica turystów to dla Paryża najgorszy okres w roku. Kawiarnie przy bulwarze St. Germain pełne są nieokrzesanych młodych Amerykanów i obieżyświatów z Australii. Widać ich wszędzie, jak puszą się przed całym światem, starając się wywrzeć na przechodniach wrażenie, że są urodzonymi Paryżanami, którzy mają już dość "Ricarda" i "Amer Piconu", i że co dzień, przez okrągły rok, siedzą zawsze na tych samych krzesłach i zawsze przy tych samych stolikach.
Wysiadują rozparci w "Ax Deux Magots" i "Café de Flore", z gitanami przylepionymi do ust, demonstrując na obolałych od chodzenia nogach mięciutkie mokasyny od Gucciego. Silą się na obojętność, ale kiedy w duchu porównują Des Moines w Iowa, zadziwieni są marnością swego własnego dziedzictwa. Do nich Paryż należy tylko przez pewien krótki czas, więc dniami i nocami ganiają po mieście, aby zaznać wszystkich jego blasków i cieni oraz nacieszyć się długą, letnią samotnością.
Jack Gould w swojej naiwności nigdy by tego nie odgadł, chyba że podsłuchałby jakąś prowadzoną po angielsku rozmowę. Nigdy nie włóczył się po mieście. Nie przychodził do pobliskich kafejek, ażeby się pokazać lub żeby obserwować innych. Szczerze mówiąc, ledwie zauważał, co się dokoła niego dzieje. Pijąc drobnymi łyczkami małą kawę, oddawał się lekturze leżącej na kolanach książki - pierwszego tomu "Historii Żydów w Babilonii" Neusnera.
Mimo że miał zaledwie dwadzieścia dwa lata, już wyrobił sobie swój "styl". Nosił tweedową, całkowicie nie pasującą do ślicznej pogody marynarkę ze skórkowymi łatami na łokciach, rozpiętą pod szyją białą koszulę i ciemnozielone sztruksowe spodnie z wytartym siedzeniem. Kiedy miał na tytoń, palił krótką fajkę. Włosy zmierzwione, a na nosie okulary w drucianej, sklejanej taśmą oprawce. Łatwo było przeoczyć fakt, że pod tą powierzchownością krył się młodzieniec równie przystojny jak ci nudzący się na tarasach pozerzy w skórzanych kurtkach.
Skromna kafejka znajdowała się przy ulicy Chabanais, pół kwartału od Biblioteki Narodowej. Jack przychodził tutaj raz rano, a drugi raz po południu, żeby zrobić sobie krótką przerwę w bibliotecznych poszukiwaniach. Nie mógł sobie pozwolić na porządny lunch, dlatego też kupował zazwyczaj chleb oraz kozi ser i butelkę Badoit, zjadał to wszystko w pobliskim Jardin du Palais Royal. Poranna i popołudniowa kawa - bardzo czarna i mocno słodzona - podkręcała go do codziennej pracy nad starożytnymi tekstami. Doktorat, nad którym pracował pt. "Astrologiczne przepowiednie w Dokumencie Damasceńskim, zwojach z Qumran i Florilegia" - przywiódł go do Paryża wbrew jego woli. Drugi rok pisał go w Studium Hebrajskim przy Trinity College w Dublinie i doskonale mu się pracowało tam lub w bibliotece im. Chestera Beatty w Ballsbridge. Nie lubił Biblioteki Narodowej i panującej tu biurokracji, nie znosił mówić po francusku (słabo mu to szło) i, prawdę mówiąc, skręcało go z zazdrości na widok tłumu ludzi doskonale bawiących się w tym mieście. Jack Gould był uzdolnionym filologiem. Potrafił odszyfrować sens fragmentu hebrajskiego dokumentu czy też poskładać ze sobą w logiczną całość kawałki aramejskiego manuskryptu z pierwszego wieku z taką łatwością, z jaką innym ludziom przychodziło wyznaczenie na trawniku rogów boiska do piłki nożnej. Nauczyciele nie szczędzili mu pochwał. Nikt nie wątpił, że jego praca doktorska będzie najlepsza ze wszystkich, które pisane są aktualnie na ten temat. Jednak jako człowiek Jack był tym, co się określa jako jedno wielkie nieszczęście. W dodatku - choć się do tego nie przyznawał - był też dwudziestodwuletnim prawiczkiem.
Prawie nie zauważył, że ktoś przysiadł się do jego stolika. Kafejka była mała i stale było w niej pełno. Nie oderwał więc wzroku od czytanej książki.
- Jack Gould? Prawda?
Naprzeciwko niego siedziała młoda dziewczyna. Blondynka w jasnoniebieskim podkoszulku. Uśmiechnęła się jak stara znajoma, choć on jej nie poznawał. A zresztą, może...
- Je m'excuse mais...
- O, to wcale niepotrzebne. Możemy się obejść bez mówienia po francusku.
Jej irlandzki akcent nie był zbyt silny, ale wystarczało, aby zorientować się, skąd dziewczyna pochodzi. Przeczesując pamięć, Jack starał się odnaleźć jej twarz gdzieś w przeszłości.
- Bardzo mi przykro, panno...
- Ty mnie nie kojarzysz, ale ja ciebie znam z widzenia. Nazywam się Caitlin. Caitlin Nualan. Jestem na drugim roku Studium Języków Semickich w Trinity. W zeszłym roku miałeś u nas seminarium z Księgi Ezechiela. Siedziałam w tylnym rzędzie. Pewnie mnie nie pamiętasz.
- A, no jasne... - przerwał i pokręcił głową. - Przykro mi, ale nie pamiętałem.
- Byłeś wtedy bardzo zapracowany. - Zawahała się. - Nie wiedziałam, że jesteś w Paryżu.
W tym momencie nadszedł kelner. Caitlin odwróciła się i odezwała się, jak się Jackowi zdawało, doskonałą francuszczyzną.
- Un café créme, s'il vous plaît.
Spojrzała na pustą do połowy filiżankę Jacka.
- Wypijesz jeszcze jedną?
Pokręcił głową i spojrzał na zegarek.
- Przepraszam... - powiedział - Ja... ja już muszę iść. Zbieram materiały w bibliotece.
Wstając od stołu, rzucił na blat kilka drobnych monet.
- Miło było cię spotkać - powiedział. - Mam nadzieję, że Paryż ci się podoba.
.
Gdy następnego ranka, tuż po jedenastej, wchodził do kafejki, dziewczyna już na niego czekała. Siedziała przy tym samym stoliku, jakby wcale się od niego nie ruszała. Włosy miała upięte z tyłu, a na sobie jasną dżinsową kurtkę narzuconą na nowy podkoszulek. Tym razem różowy. Gdy Jack wszedł do środka, podniosła coś ze stołu i pomachała do niego.
- Wczoraj zostawiłeś - odezwała się.
Był to egzemplarz Neusnera, nad którym mijał mu zwykle czas przy kawie.
- Dziękuję - bąknął sięgając po książkę, ale dziewczyna mu jej nie podała.
- Przeglądałam ją wczoraj wieczorem - powiedziała. - Paryż, środek lata, a ty trawisz czas nad taką cegłą?
Nic nie odpowiedział.
- Napijesz się kawy? - zapytała.
Pokręcił głową. Nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek jakaś kobieta rozmawiała z nim w ten sposób. Mimo wszystko zauważył, że jest całkiem ładna. Piękno wprawiało go w zakłopotanie. Nie można było go rozłożyć tak jak hebrajskiej poezji, nie było tu koniugacji ani deklinacji, i nie można było wyznaczyć paradygmatu. Czuł się z tym niepewnie, jak ze wszystkim, nad czym nie dało się zapanować.
- Nie mów, że przed lunchem czytujesz taką książkę - powiedziała.
- Nie... To znaczy... - Widać było, że powoli godzi się z losem. - Chyba jednak napiję się kawy.
Przywołała gestem kelnera, który pojawił się nie wiadomo skąd. Jack zachwycił się jej obyciem, jej pewnością siebie. Zamówiła kawę, a potem odwróciła się do niego.
- Siadaj, na miłość boską. Siadaj i opowiedz o sobie.
Usiadł i tak się zaczęło.
.
Szło jej z nim ciężko. Przyznała się do tego po tym, jak pierwszy raz poszli do łóżka. Ale nawet wtedy wiedziała, że najgorsze jeszcze przed nią. Owszem, Paryż okazał się pomocny. Najbardziej odizolowany od świata naukowiec nie potrafiłby się oprzeć urokowi tego miasta. Zabierała Jacka wszędzie, do wszystkich miejsc wymienianych w przewodnikach turystycznych. Neusnera schowała przed nim u siebie w pokoju. Trzeciego dnia przestał prosić o zwrot książki. Pod koniec spędzonego razem tygodnia zupełnie o książce zapomniał. Dziewczyna zmieniła go całkowicie.
Powoli dochodziło do jego świadomości, że się zakochał. Nigdy dotąd nie znał takiego uczucia, nigdy nie odczuwał jego potrzeby. Tak jak nad pięknem, tak i nad tym uczuciem nie mógł zapanować. Był jak ktoś, kto po długotrwałym śnie budzi się stopniowo i słyszy, jakby z oddali kochającym głosem wypowiadane swoje imię. I kto po przebudzeniu dostrzega, że głos wcale nie dobiega z daleka, a ukochana osoba cały czas wpatruje się w niego z niepokojem.
Caitlin stała się jego oczami i uszami, aż do czasu, gdy ponownie nauczył się posługiwać swoimi. Ona należała do jego świata tylko częściowo i jakby dla rozrywki, a kiedy tylko chciał poruszyć temat dotyczący swej pracy, odmawiała. Po pierwszych próbach doszedł do wniosku, że jej uniki niecierpliwią go bardziej niż sam brak rozmów o interesujących go sprawach. I tak stopniowo to ona jego wciągnęła w swój świat.
W pierwszym tygodniu nakłoniła go do przeistoczenia się w turystę. Zaczął codziennie przychodzić do kawiarni o dziewiątej i zastawał tam Caitlin czekającą na niego z kawą oraz bułeczkami. Po śniadaniu szli podziwiać rozliczne widoki przez miasto - katedrę Notre-Dame, Łuk Triumfalny, wieżę Eiffla, Sainte-Chapelle, Luwr. Był jak dziecko odkrywające nagle, że świat to coś więcej niż tylko cztery ściany pokoiku. Potykał się często, ale ona zawsze podnosiła go, otrzepywała z kurzu i prowadziła w nowe miejsce. Szybko zrozumiała, że najważniejsze to trzymać go możliwie najdalej od biblioteki. Oderwany od swych indeksów i papirusów, był jak nie zapisana karta. W drugim tygodniu zaprzestali zwiedzania miasta. Zabierała go teraz do małych barów oraz kawiarni, gdzie nie przychodzą turyści, i całe godziny spędzali tam na rozmowach. Po raz pierwszy odczuł wtedy, że ktoś może nim być tak głęboko zainteresowany - nie z powodu tego, co wie i umie, ale tego kim jest. Spostrzegł, że opowiedział jej o Jacku Gouldzie rzeczy, których jego nauczyciele nigdy się nie dowiedzieli.
- Mój ojciec jest Żydem, a matka katoliczką - powiedział.
- A ty?
Wzruszył ramionami.
- Po prostu sobą. Cokolwiek miałoby to znaczyć.
.
O nim chciała wiedzieć dużo, o sobie opowiadała niewiele. Powiedziała, że przed dziesięciu laty umarli jej rodzice, jedno w osiem miesięcy po drugim - ojciec na raka, a matka ze smutku. Leżą pochowani na londyńskim cmentarzu Paddington w pobliżu miejsca, gdzie dorastała. Na jego pytanie, czy żyją jacyś jej krewni, odparła, że nie ma nikogo bliskiego. Kilka cioć, wujków i koniec - niewiele miała z nimi wspólnego i nie widziała ich od lat. Uszanował jej powściągliwość i nie drążył dalej tematu.
Miała już mężczyzn w swoim życiu i nie robiła z tego tajemnicy. Caitlin i Jack nie byli jeszcze wtedy kochankami, ale mimo to ogarnęła go szaleńcza zazdrość, że byli przed nim, choćby na krótko, inni.
Pewnego wieczoru wybrali się do maleńkiego kina nieopodal bulwaru St Germain na film Louisa Malle'a pod tytułem "Lacombe Lucien". Śledzenie dialogów sprawiało mu trudność, ale ona od czasu do czasu nachylała mu się do ucha i szeptała, co się dzieje. Historia dotyczyła młodego francuskiego robotnika, który podczas niemieckiej okupacji kolaborował z nazistami. Jack z trudem rozumiał, o co chodzi. Wystarczało mu, że Caitlin często nachylała się, szepcząc mu do ucha.
Po wyjściu z kina dziewczyna była bardzo poruszona. Nigdy nie widział jej w takim stanie i zastanawiał się, co ją tak wytrąciło z równowagi.
- Co się stało? - zapytał.
Nie odpowiedziała. Milczała przez długi czas. Mijali ich rozgadani, żywo gestykulujący ludzie, a ona nie zwracała na nic uwagi. Oparła się plecami o ścianę.
- O co chodzi? - zapytał.
- Podejdź bliżej - powiedziała.
Nie wiedział, co robić.
- Podejdź.
Stanął blisko niej, bardzo blisko, bliżej niż przy jakiejkolwiek innej kobiecie. Wyciągnęła ręce i przytuliła go do siebie. Pocałowała go. Jej twarz zalewały łzy, czuł na języku słony smak. Tej nocy zostali kochankami. Nigdy jednak nie powiedziała mu, z jakiego lub z czyjego powodu wtedy płakała. Nie pytał.
.
Po kilku dniach wiedzieli, że nie ma już odwrotu. Na początku września postanowili się pobrać. Po krótkiej ceremonii w konsulacie irlandzkim poszli na kolację do niewielkiej restauracji na Lewym Brzegu. Napisał o ślubie do swych rodziców. Matka odpisała, że czuje się zawiedziona, że nie zaprosił rodziców na ślub, na co on wysłał długi list wyjaśniający, co się stało, i dołączył do niego fotografię Caitlin. Matka nawet nie przypuszczała, że Jack może być taki szczęśliwy. W dodatku wysłał jeszcze drugą fotografię w jednym z ubrań, które kupował razem z Caitlin. Nie rozpoznałby go w nim nikt ze starych znajomych.
Każdego dnia pracował trochę w bibliotece, ale wyglądało na to, że zapał przeszedł mu na dobre. Nauczył się czekać na wczesne popołudnie, kiedy to przychodziła pora na zgarnięcie papierów i wyjście na światło dzienne. Caitlin czekała zawsze w kafejce na Chabanais przy tym samym stoliku co zwykle, z dwiema filiżankami kawy i dwoma talerzykami tartinek. Chwilę zwykle pili i rozmawiali, a potem jechali do swego mieszkania na Marais i się kochali. Przez całe lato ani na chwilę nie przechodziła im namiętność.
Wróciwszy do domu po ślubie, zastali mieszkanie przetrząśnięte przez złodziei. Włamywacze przeszukiwali głównie jego gabinet, przerzucając papiery z notatkami. Dość dziwne, że choć wszystko zostało ruszone, najwyraźniej nic nie zginęło, nawet biżuteria Caitlin z nie zamkniętej szkatułki w sypialni. Wiele jeszcze innych rzeczy dawało do myślenia, przy tym Jack odniósł wrażenie, że Caitlin kilkakrotnie zamierzała coś mu powiedzieć. Miał poczucie, że dziewczyna wie, kto stoi za tym włamaniem.
W nocy, w łóżku, powiedziała Jackowi, że chce wracać do Dublina.
- Jeszcze nie skończyłem tutaj pracy.
- Będzie trzeba ją wziąć ze sobą - odparła. - Muszę wracać do Dublina, żeby zdążyć na swoje zajęcia. Możesz poprosić o przesłanie mikrofilmów. Ja za to zapłacę. I... - przerwała biorąc go za rękę. - Jest jeszcze coś. Spodziewam się dziecka.