2
Areszt Śledczy Warszawa-Mokotów
Sześć miesięcy pozbawienia wolności. Na tyle Kordian Oryński umówił się z prokurator, która skierowała przeciwko niemu akt oskarżenia. Sędzia nie miał wyjścia, musiał przystać na ten układ - zresztą jemu również był na rękę, sprawę można było szybko odfajkować i ruszyć dalej. W kraju, w którym dziesięć tysięcy sędziów rocznie rozpatrywało około piętnastu milionów spraw, było to całkowicie zrozumiałe.
Nie miało większego znaczenia, czy Oryński popełnił przestępstwo, czy nie.
Za pół roku zacznie na nowo. Nie jako prawnik, w tym charakterze był skończony. By piastować jakąkolwiek funkcję publiczną, musiał poszczycić się tym, co ustawy nazywały "nieposzlakowaną opinią". Trudno przypisać ją komuś, kogo pozbawiono wolności za zabójstwo eutanatyczne.
Co zamierzał robić po wyjściu na wolność? Tego nie wiedział, nie snuł jeszcze żadnych planów. Skupiał się wyłącznie na tym, jak przetrwać czas w mokotowskim areszcie. Czekał tu na niego Gorzym, któremu właściwie wystarczyłby jeden dzień, by rozprawić się z Kordianem. Na zemstę miał ich tymczasem niemal dwieście.
Oryński liczył na to, że prokuratorski układ zapewni mu specjalne względy - i że zdoła przekonać więzienną administrację, by umieścili go jak najdalej od człowieka, który mu zagrażał.
Tak się jednak nie stało.
Czas na myślenie o przyszłości będzie później, teraz Kordian miał zamiar skupić się na przetrwaniu. Nie opuszczało go wrażenie, że trzyma w rękach tykającą bombę, której nie może się pozbyć, a licznik nieubłaganie odmierza czas, jaki mu pozostał.
Wcześniej niewiele brakowało, by doszło do gwałtu. A później Gorzym nie zatłukł go na śmierć tylko dlatego, że Oryński uzyskał pomoc z zewnątrz. Teraz nie mógł już na nią liczyć. Chyłka nie była w stanie nic zrobić, a prokuratorom już na nim nie zależało. Za murami więzienia zaś nie miał żadnych sojuszników.
Tym większe wytchnienie przyniosła mu informacja o widzeniu. Wiedział, że tylko jedna osoba może go odwiedzić.
Kiedy strażnik prowadził go do przestronnej sali, Kordian rozglądał się nerwowo. Na dobrą sprawę Gorzym mógł go dopaść wszędzie, nawet na korytarzu. Siedział tu dostatecznie długo, by wiedzieć, komu wręczyć drobną sumę - a ta mogła sprawić, że znajdzie się we właściwym miejscu o właściwej porze.
Oryński odetchnął głęboko, gdy dotarł na miejsce bez problemów. Być może przesadzał i przez nieopuszczające go poczucie zagrożenia upatrywał kłopotów tam, gdzie nie miały prawa wystąpić.
Chyłkę dostrzegł natychmiast. Jako jedyna siedziała przy pustym stoliku, nie zrobiwszy żadnych zakupów w kantynie. Wszyscy inni odwiedzający korzystali z okazji, by osadzeni, z którymi się spotykali, mogli coś wypić lub zjeść.
Kordian zajął miejsce naprzeciwko i przez moment patrzył na nią bez słowa. Joanna również się nie odzywała. Siedziała w bezruchu z rękoma skrzyżowanymi na piersi, jakby czekała, aż jakiś artysta w końcu utrwali jej firmową pozę.
- Żyjesz? - odezwała się po chwili.
Oryński powiódł wzrokiem po ciemnych gumach na podłodze, wżartych w nią tak głęboko, że zdawały się niemożliwe do usunięcia. Właściwie z oddali wyglądały, jakby były elementami posadzki.
- Siedzę w więzieniu, Chyłka - odparł.
- Jak każdy. Dla ciebie więzieniem jest Rakowiecka, dla innych strach przed tym, co się o nich myśli, dla jeszcze innych maski, za którymi kryją się przed całym światem.
Kordian uniósł brwi.
- Mam refleksyjny nastrój - dodała niewinnie Joanna. - To miejsce jest jak inspiracja.
- Chyba tylko jeśli jest się tutaj przelotem...
- Tak jak ty.
- Nie - zaoponował stanowczo, nie mając zamiaru robić sobie złudnych nadziei. - Ja przesiedzę tu najbliższe pół roku.
- W żadnym wypadku.
- Klamka już zapadła.
- Niezupełnie. Przytrzymałam ją od drugiej strony w odpowiednim momencie.
Kordian rozejrzał się bezradnie. Sala widzeń przywodziła na myśl raczej peerelowską szkolną klasę niż współczesne więzienie w jednym z najszybciej rozwijających się krajów Unii Europejskiej. Oryński przypuszczał, że wyremontowano by to miejsce i dopasowano do standardów zachodnich, gdyby władza nie miała w planach przekształcenia go w najbliższym czasie w muzeum.
Niewątpliwie będzie jednym z ostatnich więźniów, którzy opuszczą mury mokotowskiej placówki. O ile rzeczywiście wytrzyma tutaj sześć miesięcy.
- Sędzia nie wydał jeszcze wyroku - zauważyła.
- Formalnie nie, ale...
- Co "ale"? - wpadła mu w słowo. - Liczy się tylko aspekt procesowy, nic innego mnie nie interesuje.
- A powinno, bo jak może pamiętasz, złożyłem wniosek o wydanie wyroku skazującego.
- Jak mogłabym zapomnieć? Debilizmy na zawsze zapadają mi w pamięć.
- Zrobiłem to, co uznałem za...
- Naprawdę mam to gdzieś - ucięła. - Nie od dziś wiadomo, że masz skrzywione pojmowanie rzeczywistości. Zresztą niczego innego nie spodziewam się po człowieku, który słucha Willa Smitha.
- Właściwie ostatnio przerzuciłem się na Quebonafide, Taco Hemingwaya i...
- Pogrążasz się jeszcze bardziej.
- Bo nie jesteś świadoma, że temu pierwszemu zdarza się rapować o tequili.
- Nieistotne. "Rapować" to słowo klucz, które sprawia, że zdusimy ten temat w zarodku, zanim będzie miał okazję się rozwinąć.
Oryński spojrzał na nią z rezerwą. Jakiekolwiek wspomnienie o zarodku wydawało się nie na miejscu, ale przypuszczał, że Chyłka użyła tych słów nie bez powodu. Nawet takimi małymi akcentami starała się pokazać, że dobrze sobie radzi.
- Coś nie tak? - bąknęła.
- Nie. Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Przynajmniej u mnie.
- Jeśli chcesz zapytać, czy u mnie też, zastanów się dwa razy.
- Nie miałem takiego zamiaru.
- To dobrze - odparła, kładąc dłonie na stole i patrząc na Kordiana z ukosa. - Bo to, że mój bodybuilding zakończył się przedwcześnie, nie znaczy, że jestem delikatna jak płateczek lilii unoszący się na tafelce jeziorka.
Zgrzyt, jaki wywoływały te słowa, zdawał się dudnić nieprzyjemnym echem. Kordian również pochylił się nad stołem. Znaleźli się na tyle blisko siebie, że poczuł perfumy Chyłki.
- Bodybuilding? - zapytał.
- A jak inaczej określisz ciążę?
- Znalazłbym kilka lepszych porównań.
- Podobnie jak mój ginekolog.
Wyprostowała się, a jej twarz nagle przybrała inny wyraz. Oryński dopiero teraz uświadomił sobie, że ta rozmowa nie bez powodu biegła w tym kierunku. Joanna najwyraźniej przyszła tu w określonym celu - i nie było nim rzucanie ogólnych zapewnień, że wyciągnie go z aresztu.
- Wiesz, co powiedział mi podczas pierwszej wizyty?
- Nie - odparł Kordian, marszcząc lekko brwi.
- Że ciąża jest jak awans w pracy. Nigdy nie wiesz, ile razy trzeba dać dupy, żeby doszła do skutku.
Oryński mógłby przysiąc, że w głosie dawnej patronki usłyszał uznanie.
- Od razu ci się spodobał, co? - odezwał się.
- Mhm - potwierdziła. - Poczułam, że nadajemy na tych samych falach.
- A wspominasz o tym, bo...
- Bo facet zgłosił się do mnie, szukając pomocy - odparła, a potem nabrała głęboko tchu. - Dostał spadek od jednej z pacjentek, praktycznie jej nie znał. A kiedy pojechał sprawdzić jedną z nieruchomości, zastał na miejscu truchło.
Kordian nie bardzo wiedział, co odpowiedzieć.
- Zaraz potem pognał do Skylight, ale nie zdążył mi wiele powiedzieć, bo wyprowadziła go policja - ciągnęła Joanna, nie zwracając uwagi na konsternację Oryńskiego. - Właściwie dzień jak co dzień w Żelaznym & McVayu.
- No tak.
- Ale istotne było dla mnie to, że jego zdaniem sprawa ma związek z tobą.
Kordian nagle również się wyprostował, jakby poraził go prąd.
- Jak to? - jęknął.
- Spokojnie. Nie chodzi o żadne dodatkowe problemy. Wręcz przeciwnie, Kranz twierdzi, że może ci pomóc.
- Jak?
- Tego nie udało mi się jeszcze z niego wyciągnąć. Ale to kwestia czasu.
- Więc podejmujesz się obrony?
Wzruszyła ramionami, jakby w ogóle nie było czego rozważać.
- A co mam zrobić? - mruknęła. - Kupił mnie tym porównaniem z awansem w robocie.
- Gdybym był kobietą, jakoś niespecjalnie by do mnie przemawiało.
- Bo byłbyś jedną z tych, które twierdzą, że za każdym mężczyzną, który coś osiągnął, stoi jakaś kobieta.
- A to nieprawda?
- Nie. Kobiety stoją przed, nie za nimi.
- Aha.
Przez moment się nie odzywali, patrząc na siebie niepewnie. Niemal zwyczajowo starali się trzymać z dala od tematów, które tak naprawdę oboje chcieli poruszyć. I tradycyjnie mieli z tym kłopot.
Mamihlapinatapai. To jedno jagańskie słowo wyrażało wszystko to, do czego sprowadzały się ich relacje.
- Rafał Kranz jest fachowcem - dodała w końcu urzędowym tonem Chyłka. - Tyle że nie szkolono go z savoir-vivre'u, ale z opieki ginekologicznej.
- Mimo wszystko na studiach musieli przygotować go pod kątem kontaktów z pacjentami.
- Studia to tylko kara za to, że przetrwałeś liceum, Zordon - odpowiedziała, zawieszając wzrok gdzieś w oddali. - Nie mają praktycznego znaczenia, a na specjalizacji nie uczy się lekarzy podejścia do pacjentów. I dobrze, bo to mitrężenie czasu. Zamiast właściwego głaskania po ręce wolę właściwą diagnozę.
- Ty z pewnością tak, ale...
- Kranz w każdym razie je stawia. Notorycznie.
- I to wystarczy, żebyś mu zaufała?
- Nie ufam nawet sobie.
- A jednak jesteś przekonana, że rzeczywiście może mi pomóc - odparł stanowczo. - I dlatego zdecydowałaś się wziąć jego sprawę.
- To jeden z powodów - przyznała. - Drugi jest taki, że to wszystko mocno podejrzane.
- To znaczy?
Chyłka rozejrzała się, na dłużej zatrzymując wzrok na siedzącej niedaleko parze. Dopiero teraz zdawała się zorientować, że jako jedyna nie kupiła niczego w kantynie.
- Zastanów się - mruknęła. - Oskarżą go o zabójstwo tej dziewczyny, ale to właściwie najbardziej absurdalny kandydat na mordercę, o jakim mogłabym pomyśleć. Gdyby to zrobił, lepiej ukryłby ciało, zapewniłby sobie alibi, zabezpieczyłby się odpowiednio. W końcu to on figuruje w testamencie, więc wiedziałby, że właśnie na niego od razu padnie cień podejrzeń.
- Dlaczego ta dziewczyna w ogóle go w nim umieściła?
- Nie mam bladego pojęcia, podobnie jak on. Ale dowiem się.
- Miała jakąś rodzinę?
- Całkiem sporą - odparła ciężko Chyłka, jakby to był powód, by współczuć spadkodawczyni. - Rodzice byli znanymi warszawskimi przedsiębiorcami, robili głównie w nieruchomościach. Obłowili się podczas reprywatyzacji, skupując sporo roszczeń, a potem inwestując zdobyte środki. W pewnym momencie przestali zajmować się przeszłością i skupili na deweloperce. Potem pochłonęły ich gry rynkowe i w rezultacie dziewczyna odziedziczyła udziały w kilku intratnych spółkach.
- Dawno zmarli?
- Ojciec parę lat temu, matka przed rokiem. Oboje z przyczyn naturalnych - odparła Joanna i poprawiła żakiet.
Dobrze wyglądała w swoim dawnym, przedciążowym służbowym stroju - jakby rzeczywiście zostawiła traumatyczne przeżycia za sobą i skupiła się na tym, co tu i teraz.
- Została czwórka dzieci - kontynuowała. - Ofiara, czyli Beata Widera, i trzech braci. Dziewczyna w całości odziedziczyła rodzinny biznes, bo podobno jako jedyna z całego towarzystwa była na tyle odpowiedzialna, by to ją rodzice ustanowili następczynią.
- Brzmi jak przyczynek do rodzinnych zapasów w błocie.
- Zapewne się odbyły, ale dopiero zaczynam badać sprawę. Na razie wiem tyle, że wszystko wskazuje na samobójstwo.
- Zostawiła list?
- Tak. Niestety, znalazł go sam Kranz, więc wartość dowodowa będzie taka sobie.
Kordian pokiwał głową w zamyśleniu. Nie znał ani rodziny Widerów, ani ginekologa. O ile pamięć go nie myliła, nigdy nie spotkał żadnej z tych osób, nawet o nich nie słyszał. Ale dlaczego w takim razie lekarz utrzymywał, że może mu pomóc?
- Bez nerwów, Zordon - odezwała się Joanna. - Wszystko ogarnę.
Jeszcze przez moment namyślał się w milczeniu.
- Zdajesz sobie sprawę, że to może być lichy wybieg, żebyś podjęła się obrony?
- Nie - odparła bez wahania. - Kranz wie, z kim ma do czynienia. I jest świadomy, że prowokowanie drapieżnika nigdy nie przyniosło nikomu niczego dobrego.
Kordian próbował odpędzić od siebie myśl, że po raz pierwszy od długiego czasu Chyłka brzmi jak ktoś naprawdę zdesperowany. Wiedział, że zrobi wszystko, by mu pomóc, nawet jeśli miało to zagrozić jej samej. Ta świadomość była jednym z powodów, dla których wniósł o wydanie wyroku skazującego. Chciał mieć to wszystko już za sobą.
I był przekonany, że tak się stało.
Ona także powinna mieć tę pewność. Decyzja sądu należała do zwyczajnych formalności i nawet jeśli Rafał Kranz rzeczywiście miał coś, co mogło pomóc Oryńskiemu, było już za późno.
Chciał jeszcze raz to podkreślić, ale ostatecznie uznał, że przyniesie to efekt odwrotny do zamierzonego.
- Po prostu się nie spiesz - odezwał się po chwili.
- Z czym?
- Z tym, co zamierzasz.
- Nie masz pojęcia, co zamierzam, Zordon.
- Nie? - odparł i uśmiechnął się pod nosem. - Planujesz w jakiś sposób storpedować mój wniosek, a potem wyciągnąć mnie z więzienia. Przypuszczam, że też przywrócić mnie na dawne stanowisko. A może nawet sprawić, że skończę aplikację i zostanę przyjęty do palestry. O czymś zapomniałem?
Żaden mięsień jej twarzy nawet nie drgnął, mimo że ton, którego użył Kordian, był wyraźnie prześmiewczy.
- Może o hodowli jednorożców, której założenie jest równie prawdopodobne, jak osiągnięcie którejkolwiek z tych rzeczy? - dodał.
- Nie - odparła. - Ale nie powinieneś sobie drwić z jednorożców. Podobnie jak z feniksów i innych tego typu stworzeń. Wszystkie sklasyfikował Linneusz w swoim dziele Animalia Paradoxa. A nie muszę ci chyba mówić, że to był poważany przyrodnik.
- Który najwyraźniej zrobił wyjątkowo głupią rzecz.
- Ja zamierzam zrobić jeszcze durniejszą - zauważyła z niejaką satysfakcją Chyłka.
- Jaką?
- Związać się z tobą.
Cisza, która zapadła, zdawała się jedynie interludium między jednym a drugim żartem Chyłki. Kąciki jej ust się jednak nie uniosły, a w oczach miała wyłącznie powagę. Kordian odchrząknął nerwowo, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że mogła rzucić ten komentarz jedynie po to, żeby sam zaczął myśleć o jak najszybszym opuszczeniu aresztu.
A może nie? Może rzeczywiście planowała wrócić do miejsca, w którym się zatrzymali przed atakiem pod Skylight? Właściwie nic nie stało temu na przeszkodzie. Jeśli pominąć fakt, że Kordian był teraz odizolowany od świata zewnętrznego.
Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, podniosła się, przesunęła dłonią po białej koszuli pod żakietem i zerknęła w stronę wyjścia.
- To, że nie ufam samej sobie, Zordon, nie znaczy, że ty nie możesz.
- Mhm.
- Po prostu zdaj się na mnie.
Nie dodawszy nic więcej, obróciła się i ruszyła w stronę korytarza. Oryński odprowadził ją wzrokiem, wciąż zastanawiając się nad tym, co konkretnie może planować. Żaden wybieg prawny, o którym pomyślał, nie zdołałby poprawić jego sytuacji.
Owszem, mógł dalej ścierać się z prokuraturą na sali sądowej, ale wedle wszelkiego prawdopodobieństwa skończyłoby się to wyższym wymiarem kary. Jedynym rozwiązaniem było poddanie się wyrokowi. I sprawienie, że za pół roku będzie miał czystą kartę.
Nową kartę.
Jakim cudem Chyłka liczyła na to, że uda jej się wrócić do stanu poprzedniego? O odtworzeniu go nie było już mowy. Nawet gdyby jakimś cudem Kranz rzeczywiście mógł pomóc.
Oryński zastanawiał się nad tym w drodze do celi, nie dostrzegając, że tym razem prowadzi go inny strażnik. Zorientował się dopiero, kiedy skręcili nie w ten korytarz, w który powinni.
Kordian natychmiast się zatrzymał.
- Idź dalej - rzucił klawisz.
- Zaraz...
- Zamknij ryj i idź.
- Ale...
Oryński urwał, widząc, że klawisz kładzie rękę na paralizatorze.
- Już!
Nie mając wyjścia, niepewnie ruszył przed siebie. Czuł, jak zwęża mu się przełyk, i miał wrażenie, że z każdym kolejnym krokiem ściany wąskiego korytarza coraz bardziej się do siebie zbliżają.
Nie miał wątpliwości, że kiedy dotrą na jego koniec, zobaczy tam ostatnią osobę, którą chciałby widzieć.
Nie pomylił się. Gorzym już na niego czekał.