Rozdział II
William J. Hypperbone
Z tego, że panowie James T. Davidson, Gordon S. Allen, Henny B. Andrews, John I. Dickinson, Georges B. Higginbotham i Thomas R. Carlisle zostali wymienieni pośród znakomitych grup osobistości idących za powozem, nie należy koniecznie wnioskować, że byli najwybitniejszymi członkami Klubu Ekscentryków.
Faktycznie, prawdę mówiąc, co było dziwaczne w ich sposobie życia na tym ziemskim świecie, to okoliczność, że należeli do wspomnianego klubu z Mohawk Street. Być może ci znakomici synowie Jonatana47, wzbogaceni na licznych i zyskownych interesach dotyczących handlu ziemią, solonym mięsem, ropą naftową, linii kolejowych, kopalń, hodowli bydła czy wyrębów lasów, mieli może zamiar "wprawić w podziw" swoich rodaków z pięćdziesięciu jeden stanów Unii48 oraz ze Starego i Nowego Świata49 swoimi ultraamerykańskimi ekstrawagancjami. Należy jednak powiedzieć, że ich życie publiczne i prywatne nie przedstawiało niczego, co swoją naturą mogłoby zwrócić uwagę wszechświata. Było ich około pięćdziesięciu "wartych wielką kwotę podatków", płacących wysokie stawki, nieutrzymujących stałych relacji z chicagowskim społeczeństwem, spędzających czas w swoich salonach na lekturze i grze, czytających wielką liczbę dzienników i przeglądów, grających na mniej lub bardziej wysokie stawki, jak we wszystkich klubach, i czasami rozmawiający z sobą o tym, czego już dokonali i co obecnie robili.
- Stanowczo nie jesteśmy wcale... ale to wcale dziwakami!
Był wszakże między nimi jeden człowiek, który okazywał większą skłonność do oryginalności niż jego koledzy. Chociaż jeszcze nie odznaczył się żadną serią głośnych dziwactw, to można było przypuszczać, że w przyszłości dokona czegoś nadzwyczajnego, co choć w części usprawiedliwi nazwę przyjętą przez sławny klub.
Jednak, niestety, na nieszczęście William J. Hypperbone umarł. Jednak prawdą było, że tego, czego nigdy nie zrobił za swego życia, dokonał, trzeba mu to przyznać, w pewien sposób po śmierci, ponieważ na jego wyraźne życzenie pogrzeb miał przebiegać przy wtórze ogólnej wesołości.
Zmarły William J. Hypperbone w czasie, kiedy nagle zakończył swój żywot, jeszcze nie przekroczył pięćdziesiątki. Będąc w takim wieku, był wciąż bardzo przystojnym mężczyzną, wysokiego wzrostu, szerokim w ramionach, o silnym torsie, raczej sztywnej postawie, ale niepozbawionej elegancji i pewnej szlachetności. Nosił ciemnoblond, krótko przystrzyżone włosy, wachlarzowatą brodę, której jedwabiste złote nitki mieszały się ze srebrnymi. Pod krzaczastymi brwiami paliły się źrenice ciemnoniebieskich oczu. Usta z kompletem uzębienia, o trochę zaciśniętych wargach, z nieznacznie uniesionymi kącikami, wskazywały, że posiada temperament skłonny do żartów, a nawet do lekceważenia.
Ten wspaniały okaz Amerykanina z Północy cieszył się żelaznym zdrowiem. Nigdy żaden lekarz nie badał jego pulsu, nie oglądał języka, nie zaglądał do gardła, nie ostukiwał płuc, nie nadsłuchiwał uderzeń serca i termometrem nie mierzył temperatury jego ciała. Tymczasem w Chicago nie brakowało lekarzy, jak również dentystów o profesjonalnych umiejętnościach zawodowych, którymi w jego przypadku nie mieli okazji w żaden sposób się wykazać.
Można więc było powiedzieć, że żadna machina - nawet w sile stu doktorów - nie zdołałaby go wyciągnąć z tego świata i przewieźć na drugi, a jednak był martwy, martwy bez pomocy Medycyny. Ponieważ mimo wszystko przeszedł od życia do śmierci, to dlatego właśnie jego karawan stał teraz przed bramą Oakswoods Cemetery.
Uzupełniając portret fizyczny tego osobnika porterem umysłowym, należy dodać, że William J. Hypperbone miał chłodny temperament, bardzo pozytywne nastawienie i w każdych okolicznościach zawsze potrafił nad sobą zapanować. Jeżeli uważał, że życie tu, na ziemi, ma swój powab, to dlatego, że był filozofem. W sumie taka filozofia jest łatwa, gdyż wielki majątek zwalnia z wszelkich trosk o zdrowie i rodzinę i pozwala życzliwości dołączyć do szlachetności.
Należy zadać sobie pytanie, czy logiczne jest oczekiwać czegoś ekscentrycznego od człowieka tak praktycznego i zrównoważonego. Czy w przeszłości tego Amerykanina było coś, co pozwalało tak przypuszczać...?
Tak, była taka jedna okoliczność.
Mając czterdzieści lat, William J. Hypperbone zamierzał oficjalnie poślubić jak najbardziej autentyczną stulatkę z Nowego Świata, której narodziny zapisano w 1781 roku, nawet w tym dniu, kiedy podczas wielkiej wojny kapitulacja lorda Cornwallisa50 zmusiła ostatecznie Anglię do uznania niepodległości Stanów Zjednoczonych. Właśnie miał ją poprosić, by została jego żoną, kiedy zacna miss Anthonia Burgoyne zeszła z tego świata w wyniku niemowlęcego kokluszu51. William J. Hypperbone nie miał więc czasu, by zostać przyjęty i zaakceptowany. Jednak wierny pamięci czcigodnej panny, pozostał kawalerem, i to właśnie może uchodzić za ładny i dobry przykład ekscentryczności.
Od tamtego czasu nic już nie mąciło jego życia, gdyż nie pochodził ze szkoły wielkiego poety52, który w swoich wspaniałych wersach posunął się do takiego stwierdzenia:
Och, śmierci, ponura bogini, która wszystko cofasz i usuwasz na bok,
Przyjmij twoje dzieci w twojej piersi usianej gwiazdami,
Uwolnij je od czasu, od liczby i od przestrzeni
I przywróć odpoczynek, który im życie zmąciło!
Doprawdy, dlaczego William J. Hypperbone miał myśleć o przyzywaniu "ponurej bogini"...? Czy kiedykolwiek czas, liczba czy przestrzeń męczyły go na tym ziemskim padole...? Czyż nie udało mu się wszystko na tym świecie...? Czyż nie był wielkim ulubieńcem losu, który zawsze mu sprzyjał i wprost obrzucał swymi łaskami...? Mając zaledwie dwadzieścia pięć lat, już mógł się cieszyć pewną fortuną i wiedział, jak ją dziesięciokrotnie powiększyć, stukrotnie pomnożyć, zwielokrotnić poprzez udane spekulacje, chroniony od wszelkich złych zdarzeń. Urodzonemu w Chicago wystarczyło iść z potężną falą rozwoju tego miasta, którego czterdzieści siedem tysięcy hektarów, oceniane w 1823 roku zaledwie na dwa tysiące pięćset dolarów, obecnie było wartych osiem miliardów dolarów. Wszystko działo się w bardzo łatwy sposób, bo kupowało się tanio, a odsprzedawało drogo tereny, które znalazły nabywców płacących dwa, a nawet trzy tysiące dolarów za jard53 kwadratowy, przeznaczone pod budowę domów o dwudziestu ośmiu piętrach. Poza tym mając udziały w kolejach, szybach naftowych, placerach54, William J. Hypperbone mógł się bogacić w taki sposób, że pozostała po nim ogromna fortuna. Doprawdy, miss Anthonia Burgoyne była niemądra, unikając takiego pięknego małżeństwa.
Mimo wszystko, jeżeli nie było nic zadziwiającego w tym, że nieubłagana śmierć zabrała stulatkę w takim wieku, to należało się dziwić, że William J. Hypperbone, nie mając nawet pół wieku, młody, w pełni swoich sił, postanowił do niej dołączyć na tamtym świecie, o którym nie było żadnych przesłanek, by sądzić, że jest lepszy.
A teraz, gdy już go nie było, na kogo przejdą miliony tego czcigodnego członka Klubu Ekscentryków...?
Przede wszystkim zastanawiano się, czy ten klub nie został ustanowiony jedynym spadkobiercą pierwszego swego członka, który porzucił doczesne życie od czasu jego założenia, co może zachęciłoby w późniejszym czasie jego kolegów do brania z niego przykładu.
Trzeba wiedzieć, że William J. Hypperbone spędzał w klubie przy Mohawk Street więcej czasu niż w swoim pałacu przy La Salle Street. Tam jadał posiłki, tam odpoczywał, tam się zabawiał, a największą jego przyjemnością - proszę na to zwrócić uwagę - była gra, lecz nie w szachy, jacqueta, będącego odmianą tryktraka55, ani tym bardziej w karty: w bakarata, w trzydzieści i czterdzieści, lancknechta, pokera, pikietę, ecarte albo wista56. Dla niego istniała tylko jedna gra, którą on sam wprowadził do klubu i którą wolał od całej reszty.
Chodziło tu o grę "Gęsi", grę szlachetną, niewiele zmienioną od czasów greckich. Nie da się prawie opisać, jaką namiętnością pałał do niej William J. Hypperbone - namiętnością, która w końcu udzieliła się także jego kolegom. Bardzo się emocjonował, przeskakując z jednego pola na drugie wedle kaprysu kostek do gry, rzucając się od gęsi do gęsi, by dosięgnąć ostatniego z mieszkańców wybiegu dla drobiu, chodząc po "moście", zatrzymując się w "hotelu", błądząc po "labiryncie", wpadając do "studni", zostając uwięzionym w "więzieniu", potykając się o "trupią czaszkę", odwiedzając pola: "marynarza", "rybaka", "portu", "jelenia", "młyna", "węża", "słońca", "hełmu", "lwa", "królika", "doniczki z kwiatami" i tak dalej... i tak dalej...
Nie trzeba chyba mówić, że w gronie takich osobistości Klubu Ekscentryków opłaty wynikające z reguł gry nie były małe, że liczone były w tysiącach dolarów i że wygrywający, chociaż tak bogaty, odczuwał znaczną przyjemność, wkładając do kieszeni znaczną sumkę.
Tak więc już od dziesięciu lat William J. Hypperbone spędzał w klubie całe dnie, z małymi przerwami przeznaczonymi na przechadzki wzdłuż jeziora Michigan. Nie wykazując skłonności do podróżowania po całym świecie, tak właściwej Amerykanom, ograniczał te podróże do terenu Stanów Zjednoczonych. A teraz, dlaczego jego koledzy, z którymi był w tak dobrych stosunkach, nie mieliby po nim dziedziczyć...? Czy nie byli jedynymi ludźmi, z którymi był związany więzami sympatii i przyjaźni...? Czy to nie oni każdego dnia podzielali jego namiętność do Szlachetnej Gry "Gęsi" i walczyli z nim na tym terenie, gdzie przypadek przynosił tyle zaskoczeń i niespodzianek...? Czy William J. Hypperbone nie pomyślał przynajmniej, by ufundować roczną nagrodę temu z jego partnerów, który między pierwszym stycznia a trzydziestym pierwszym grudnia wygrałby największą liczbę partii...?
Już najwyższy czas powiedzieć, że nieboszczyk nie posiadał rodziny, ani bezpośrednich czy też dalszych spadkobierców, ani żadnego krewnego związanego pokrewieństwem w stopniu dającym prawo do dziedziczenia. Jeśli więc umarł, nie rozporządziwszy swoim majątkiem, to naturalnie przechodził on na rzecz Republiki Federalnej, która, jak obojętnie jakie inne państwo monarchiczne, przyjęłaby fortunę, zupełnie nie dając się prosić.
W każdym razie, by dowiedzieć się, jaka była ostatnia wola nieboszczyka, należało udać się na Sheldon Street pod numer siedemnasty, do pana Tornbrocka, notariusza, i najpierw zadać mu pytanie, czy istnieje testament Williama J. Hypperbone'a, a następnie jakie zawiera klauzule i warunki.
- Panowie - zwrócił się pan Tornbrock do prezesa Georges'a B. Higginbothama i Thomasa R. Carlisle'a, którzy zostali wydelegowani przez Klub Ekscentryków do biura zaufanego notariusza - oczekiwałem waszej wizyty i czuję się nią zaszczycony...
- My także czujemy się zaszczyceni - odpowiedzieli, kłaniając się, obaj członkowie klubu.
- Wybaczą panowie - kontynuował notariusz - ale przed zajęciem się testamentem, należy się zająć pogrzebem nieboszczyka...
- Jeśli chodzi o tę sprawę, to czy nie powinien zostać urządzony z przepychem godnym naszego kolegi...? - zapytał Georges B. Higginbotham.
- Ja mogę tylko zastosować się do instrukcji mego klienta, które są zawarte w tym dokumencie - odparł mistrz Tornbrock, wskazując na kopertę ze złamanymi pieczęciami.
- A więc ceremonia pogrzebowa... - zaczął Thomas R. Carlisle.
- Będzie równie wspaniała, jak wesoła, w towarzystwie orkiestry i członków amatorskiego chóru, wraz z udziałem publiki, która nie odmówi sobie wydawania wesołych okrzyków "hurra!" na część Williama J. Hypperbone'a...
- Tego można się było spodziewać po członku naszego klubu - zauważył prezes z potakującym kiwnięciem głowy.
- Nie może zostać pogrzebany jak zwykły śmiertelnik - dodał Thomas R. Carlisle.
- Ponadto William J. Hypperbone - mówił dalej pan Tornbrock - wyraził wolę, by całą ludność Chicago na jego uroczystym pogrzebie reprezentowała delegacja złożona z sześciu osób wylosowanych w specjalnych okolicznościach. W celu wykonania swego projektu już od kilku miesięcy gromadził w urnie nazwiska wszystkich obywateli Chicago obojga płci, mających od dwudziestu do sześćdziesięciu lat. Wczoraj, jak tego wymagały ode mnie złożone przez niego instrukcje, w obecności burmistrza i jego asystentów przystąpiłem do losowania. Następnie sześć pierwszych wylosowanych osób powiadomiłem listem poleconym o zamiarze nieboszczyka, i zaprosiłem je, by zajęły miejsca na czele orszaku pogrzebowego, prosząc, by nie uchylały się od obowiązku oddania mu pośmiertnych honorów...
- A oni na pewno tego nie odmówią! - zawołał Thomas R. Carlisle - ponieważ mamy prawo sądzić, że zostaną szczególnie wyróżnione przez testatora57... a może nawet zostaną ustanowione jego spadkobiercami...
- To jest możliwe - odparł rejent - a ja nie byłbym zdziwiony, gdyby tak się stało.
- A jakie warunki musiały spełnić te osoby, które wybrał los...? - chciał się dowiedzieć prezes Georges B. Higginbotham.
- O, tylko jeden warunek: musiały się urodzić w Chicago i w tym mieście zamieszkiwać.
- Jak to...? I nic więcej?
- Zupełnie nic.
- Rozumiem - powiedział Thomas R. Carlisle. - A teraz chciałbym wiedzieć, panie Tornbrock, kiedy otworzy pan testament...
- Dwa tygodnie od daty zgonu.
- Dopiero po dwóch tygodniach...?!
- Dopiero... jak zostało napisane w tej notatce, która jest do niego załączona... czyli w konsekwencji piętnastego kwietnia...
- Z jakiego powodu ta zwłoka?
- Mój klient chciał, by zanim publiczność dowie się o jego ostatniej woli, nie zachodziła już żadna wątpliwość co do jego rzeczywistej śmierci.
- Co za praktyczny człowiek z naszego przyjaciela Hypperbone'a! - stwierdził Georges B. Higginbotham.
- Nie można bardziej troszczyć się o siebie w takich poważnych okolicznościach - dodał Thomas Carlisle - zwłaszcza kiedy nie zostaje się spopielonym...
- A i wówczas ryzykuje się bycie spalonym żywcem...
- Oczywiście - dodał prezes - ale wówczas przynajmniej już się ma pewność niezawodnej śmierci!
Ponieważ jednak nie było mowy o paleniu ciała Williama J. Hypperbone'a w krematorium, zwłoki złożono do trumny osłoniętej draperiami zwisającymi z karawanu.
Jak można sobie wyobrazić, kiedy wieść o zgonie Williama J. Hypperbone'a rozeszła się po mieście, wywołała niesamowite poruszenie.
Oto co było wiadomo na początku.
Trzydziestego marca po południu czcigodny członek Klubu Ekscentryków siedział z dwoma swymi kolegami przy stole z planszą do Szlachetnej Gry "Gęsi". Właśnie wykonał pierwszy rzut kostką i otrzymał dziewięć oczek, na co składały się szóstka i trójka. Był to szczęśliwy początek, który przenosił go aż na pięćdziesiąte szóste pole.
Nagle krew uderzyła mu do głowy, kończyny zesztywniały. Chciał się podnieść. Stanął na chwiejnych nogach, wyciągnął ręce i upadłby na parkiet, gdyby John T. Dickinson i Harry B. Andrews nie złapali go za ramiona i nie położyli na kanapie.
Natychmiast zawezwano lekarza. Przyszło ich dwóch. Stwierdzili, że William J. Hypperbone doznał wylewu krwi do mózgu i że to już koniec. Bóg wie, jak dobrze doktor H. Burnham z Cleveland Avenue i doktor S. Buchanan z Franklin Street znali się na śmiertelnych przypadkach!
Godzinę później nieboszczyk został przewieziony do pokoju w swoim pałacu, gdzie natychmiast przybył, nie tracąc ani chwili, wcześniej powiadomiony mistrz Tornbrock.
Pierwszą czynnością notariusza było otworzenie koperty, w której znajdowały się dyspozycje nieboszczyka dotyczące jego uroczystego pogrzebu. Po pierwsze, został poproszony o wylosowanie sześciu osób, które miały dołączyć do konduktu, a których nazwiska, wraz setkami tysięcy innych, znajdowały się w ogromnej urnie stojącej na środku hallu.
Kiedy poznano już dziwaczną klauzulę, można sobie łatwo wyobrazić, jaka chmara dziennikarzy natarła na pana Tornbrocka. Byli tam reporterzy z gazet: "Chicago Tribune", "Chicago Inter Ocean", "Chicago Evening Journal", które są republikańskie, czyli konserwatywne, z "Chicago Globe", "Chicago Herald", "Chicago Times", "Chicago Mail" i "Chicago Evening Post", które są demokratyczne, czyli liberalne, ci z "Chicago Daily News", "Daily News Records", "Freie Presse", "Staats Zeitung" - prasy niezależnej. Przez pół dnia pałac przy La Salle Street był kompletnie zatłoczony. I czy ci wyszukiwacze cennych wiadomości, dostawcy faktów, redaktorzy kronik sensacyjnych, ci reporterzy - żeby nie powiedzieć "giełdziarze" - którzy wyrywali się jeden przez drugiego, chcieli się dowiedzieć szczegółów o śmierci Williama J. Hypperbone'a, do której doszło tak niespodziewanie w chwili sławnego rzutu kostkami dającego cyfrę dziewięć złożoną z trójki i szóstki...? Nie! Chodziło im o nazwiska tych sześciu uprzywilejowanych osób, które wyciągnięto z urny.
Jednak pan Tornbrock, przygnieciony ich liczbą, wywinął się z kłopotu w wysoce praktyczny sposób, co zresztą jest charakterystyczne - i to w najwyższym stopniu - dla większości jego rodaków. Postanowił wystawić owe nazwiska na przetarg i zaoferować je gazecie, która zaproponuje najwyższą cenę, ale pod warunkiem, że wylicytowana kwota zostanie podzielona między dwa z dwudziestu jeden szpitali miasta.
Przetarg wygrała "Tribune". Dziesięć tysięcy dolarów - taką kwotę dziesięciu tysięcy dolarów po zaciętej walce z "Chicago Inter Ocean" wylicytowała.
Tego dnia dyrektorzy Charitable Eye and Ear Illinois Infirmary58 z W. Adams Street 237 oraz z Chicago Hospital for Women and Children59 z W. Adams Corner Paulina z wielkiej radości zacierali ręce!
Ale jaki sukces następnego dnia odniósł potężny dziennik i jakże zyskał z dodatkowego nakładu dwóch milionów pięciuset tysięcy egzemplarzy! Trzeba było je dostarczyć setkami mil do pięćdziesięciu jeden stanów, z których wówczas składała się Unia.
"Nazwiska! - wykrzykiwali gazeciarze. - Nazwiska śmiertelników ze wszystkich najszczęśliwszych, których w drodze losowania wybrano spomiędzy ludności Chicago!".
Oni byli sześcioma, jak ich nazywano, "szczęściarzami", dodając jednocześnie to słowo do słownika, który wkrótce ukończy Akademia Francuska60, albo w skrócie mówiono o nich "Szóstka".
Zresztą dla "Tribune" takie hałaśliwe wydarzenie nie było żadną nowością, kto bowiem miałby być najlepiej poinformowany jak nie dziennik z Dearborn i Madison Streets, którego kapitał wynosi milion dolarów, a akcje, które zostały wyemitowane po tysiąc dolarów każda, teraz są warte dwadzieścia pięć tysięcy...?
Ponadto oprócz numeru z dnia pierwszego kwietnia, "Tribune" opublikowała sześć nazwisk na specjalnej oddzielnej liście, którą jej agenci rozprowadzili w wielkich ilościach do najbardziej odległych miast republiki Stanów Zjednoczonych.
A oto jak w porządku wyznaczonym im przez los przedstawiały się te nazwiska, które przez wiele miesięcy miały krążyć po świecie w związku z nadzwyczajnymi perypetiami, jakie nigdy nie przyszłyby na myśl najprzemyślniejszemu z francuskich powieściopisarzy:
Max Réal
Tom Crabbe
Hermann Titbury
Harris T. Kymbale
Lissy Wag
Hodge Urrican
Jak widać, z tych sześciu osób pięć należało do silniejszej płci, a tylko jedna do słabej - o ile taka kwalifikacja jest poprawna, gdy chodzi o kobiety amerykańskie.
Tymczasem publiczna ciekawość od samego początku nie została całkowicie zaspokojona. Kim byli właściciele sześciu nazwisk, gdzie oni żyli, do jakiej klasy społecznej należeli...? Tego "Tribune" z początku nie potrafiła przedstawić swoim niezliczonym czytelnikom.
Czy wybrańcy pośmiertnej loterii jeszcze w tej chwili żyli...? Było to także bardzo ważne pytanie.
Faktycznie, wkładanie nazwisk do urny trwało już jakiś czas, kilka miesięcy, i przyjmując, że żadna z wyznaczonych przez los osób nie umarła, to mogło się przecież zdarzyć, że jedna lub nawet kilka mogły opuścić Amerykę.
Ale gdyby nawet tak mogły zrobić, to chociaż nigdy nie rozmawiano z nimi o tej sprawie, one powróciłyby, by zająć swoje miejsce przy karawanie. Co do tego nie było żadnych wątpliwości. Czy było prawdopodobne, żeby odpowiedzieli odmownie na dziwne, ale poważne zaproszenie Williama J. Hypperbone'a - przynajmniej po śmierci dziwaka - żeby się wyrzekli korzyści, jakie dla nich zarezerwował, w czym utwierdzał ich testament zdeponowany w kancelarii pana Tornbrocka...?
Nie! Wszyscy ci ludzie stawiliby się, ponieważ mieli poważny powód, by czuć się spadkobiercami wielkiego majątku nieboszczyka, bo w innym przypadku spadek bez wątpienia wpadły w ręce łakomych władz państwa.
Było to dobrze widać, kiedy trzy dni później "Szóstka", nie znając się nawzajem, pojawiła się w pałacu przy La Salle Street przed notariuszem, który po stwierdzeniu tożsamości każdej osoby, oddał w ich ręce wieńce karawanu.
Jakim też przedmiotem ciekawości się stali, a jednocześnie zawiści! Ponieważ na polecenie Williama J. Hypperbone'a podczas tego nadzwyczajnego pogrzebu zostały zakazane wszelkie oznaki żałoby, oni zastosowali się do tej klauzuli ogłoszonej w czasopismach i pojawili się w świątecznych ubiorach, które z powodu ich jakości i kroju wskazywały, że należeli do bardzo różnych klas społecznych.
Oto w jakim porządku zostali rozstawieni:
W pierwszym rzędzie Lissy Wag po prawej, a Max Réal po lewej stronie karawanu.
W drugim rzędzie Hermann Titbury po prawej, a Hodge Urrican po lewej.
W trzecim rzędzie Harris T. Kymbale po prawej, a Tom Crabbe po lewej.
Kiedy zajęli swoje miejsca, pozdrowiło ich tysiące okrzyków "hurra!", które jedni uznali za miły gest, a innym one nie odpowiadały.
Gdy tylko szef policji dał sygnał, ruszyli w drogę i szli tak przez osiem godzin ulicami, alejami i bulwarami wielkiego miasta Chicago.
Z całą pewnością sześć osób zaproszonych na uroczysty pogrzeb Williama J. Hypperbone'a zupełnie się nie znało, ale wkrótce zaczęło zawierać znajomość. I kto wie, ponieważ chciwość ludzka jest nienasycona, czy ci kandydaci do przyszłego spadku nie traktowali się już jak rywale i czy nie obawiali się, że majątek przypadnie jednemu z nich, zamiast zostać podzielony między sześciu...!
Zobaczyliśmy, jak wspaniały pogrzeb przechodził pośród niesamowitego zgromadzenia publiki, od La Salle Street aż do cmentarza Oakswoods, jakie utwory śpiewano, jakie grała orkiestra, które nie miały w sobie nic żałobnego, i jakie wesołe okrzyki uznania na cześć nieboszczyka wydawano na całym dystansie pokonanym przez orszak pogrzebowy!
Teraz nie pozostawało nic innego jak wejść do okręgu umarłych i złożyć w głębi grobowca, by pospał sobie wiecznym snem tego, który był Williamem J. Hypperbone'em, członkiem Klubu Ekscentryków.
47 Synowie Jonatana - aluzja do biblijnej historii Jonatana, najstarszego syna Saula, pierwszego króla Izraela, przyjaciela Dawida; wiedząc, że Dawid może zostać królem zamiast niego, Jonatan uratował Dawida przed Saulem; kiedy zginął w bitwie, Dawid hojnie wynagrodził jego potomków (2 Sm, 6-13).
48 Pięćdziesięciu jeden stanów Unii - wg spisu stanów przy opisie gry, J. Verne oczywiście nie wymienia Hawajów i Alaski, ale dodaje Terytorium Indiańskie, które w 1907 roku zostało całkowicie włączone do nowego stanu Oklahoma, następnie Dominium Kanady oraz Dystrykt Kolumbii, potocznie zwany Waszyngtonem, czyli stolicę USA.
49 Nowy Świat - Ameryka, w przeciwieństwie do Starego Świata - Europy.
50 Charles Cornwallis (1738-1805) - angielski wojskowy i polityk, walczył w wojnie amerykańskiej o niepodległość po stronie Anglików (19 października 1781 roku pod Yorktown poddał się Washingtonowi, kończąc tym brytyjską dominację nad koloniami), od roku 1786 był gubernatorem generalnym Indii, wprowadził wiele reform, wiódł zwycięskie wojny z Majsurem, po nieudanych walkach z Francuzami w roku 1794 wrócił do Anglii, dowodził tłumieniem powstania w Irlandii, ponownie mianowany gubernatorem generalnym Indii w roku 1805, wkrótce potem zmarł.
51 Koklusz - choroba zakaźna wieku dziecięcego przenoszona drogą kropelkową, charakteryzuje się napadami kaszlu i silną dusznością.
52 J. Verne odwołuje się do Charles'a Marie René Leconte'a de Lisle'a (1818-1894), francuskiego poety, filozofa, filologa klasycznego i krytyka literackiego epoki romantyzmu, uznanego za najwybitniejszego przedstawiciela parnasizmu i jednego z najwybitniejszych poetów XIX-wiecznej literatury francuskiej; cytuje ostatnią zwrotkę poematu Dies irae (Dzień gniewu).
53 Jard - miara długości używana w krajach anglosaskich, równa 0,9144 m.
54 Placer - złoże okruchowe; termin stosowany zwłaszcza do bogatych złóż okruchowych złota, ale także diamentów, granatów, żelaza, rubinów czy szafirów.
55 Tryktrak (ang. backgammon) - gra planszowa dla dwóch graczy; każdy gracz dysponuje 15 pionami w odrębnych kolorach, które przesuwa po planszy składającej się z 24 pól (trójkątów), nazywanych liniami, zgodnie z liczbą oczek wyrzuconych na dwóch kostkach; celem gry jest zdjęcie wszystkich swoich pionów z planszy; wygrywa gracz, który uczyni to pierwszy.
56 Bakarat - popularna karciana gra hazardowa szeroko rozpowszechniona w kasynach, rozgrywana między bankierem i kolejno z każdym z graczy; trzydzieści i czterdzieści (znana także jako czerwone i czarne) - prosta francuska gra hazardowa znana od XVII wieku, nadal bardzo popularna w kasynach Europy; lancknecht - popularna do początku XX wieku gra hazardowa; wywodzi się z czasów wojny trzydziestoletniej, kiedy była popularna wśród żołnierzy zaciężnych - lancknechtów; pikieta - gra karciana dla dwóch osób, jedna z najstarszych i pochodząca z Francji; znana w XIV wieku pod nazwami ronflé i cent, rozpowszechniła się w wieku XV; obowiązujące zasady i zapisy ustalił Charles Picquet i od jego nazwiska pochodzi nazwa gry; ecarte - gra dla dwóch osób, polegająca na zdobywaniu lew; prowadzi się w niej specyficzną licytację - wymienianie kart i deklarowanie, czy uda się wygrać z danym zestawem; do gry używa się talii złożonej z 32 kart - od asa do siódemki; wist - gra karciana przy użyciu całej talii, w której cztery osoby grają parami przeciw sobie; składa się z licytacji i rozgrywki (wist i wint dały podstawy do brydża).
57 Testator - spadkodawca, osoba, której majątek przechodzi z chwilą jej śmierci na spadkobierców.
58 Charitable Eye and Ear Illinois Infirmary (ang.) - Dobroczynny Szpital Oczu i Uszu z Illinois.
59 Chicago Hospital for Women and Children (ang.) - Chicagowski Szpital dla Kobiet i Dzieci.
60 Akademia Francuska (Académie française) - stowarzyszenie naukowe założone w roku 1635 w Paryżu przez kardynała Richelieu, liczące 40 członków o kadencji dożywotniej; według statutu opiekuje się językiem francuskim, strzeże jego czystości, wydaje słownik języka francuskiego.