Ruch i życie, jakie zapanowały od wczesnego ranka dnia 3-go
Kwietnia 1897 roku na ulicach wspaniałej stolicy Illinois, były
istotnie wyjątkowe. Wzrastające ciągle tłumy płynęły, niby wezbrana
fala, ze wszystkich stron miasta, dążąc ku 22-ej dzielnicy,
zaliczanej do bogatszych, a leżącej między North Avenue i Division
Street, idącemi z godnie z równoleżnikami, gdy North Halsted i Lake
Shore Drive, które ciągnąc się wzdłuż wybrzeży jeziora Michigan,
dążą znowu równo z liniami południków. Jak wszystkie bowiem nowsze
miasta miasta Ameryki, również i Chicago, buduje się regularnie,
niby w kwadraty olbrzymiej szachownicy.
- Gdzież oni wszyscy myślą się tam pomieścić? - zauważył
do swego towarzysza jeden z policyantów, wysoki, silny mężczyzna,
Irlandczyk rodem, podobnie jak większa tu część owych stróżów
bezpieczeństwa publicznego.
- Będzie to szczególniej korzystny dzień to dla złodziei
kieszonkowych - odpowiedział zagadnięty.
- To też niech każdy pilnuje dziś swej sakiewki, my już
temu nie podołamy pierwszy - rzekł pierwszy.
- Oczywiście, dość będzie roboty z utrzymaniem porządku
wśród takiego tłumu.
- A i tak, przy najlepszych naszych chęciach, uduszonych
lub choćby z połamanemi żebrami okaże się liczba niemała. Gotowym
się założyć w najlepszym razie o całą setkę... Bodaj, że połowa
mieszkańców naszego miasta wyległa dziś na ulice. I jak tu dać
opiekę wszystkim!
Rzeczywiście, tłum dążący zgodnie w jednym kierunku,
stawał się coraz liczniejszy, tylko na szczęście mieszkańcy Ameryki
przyzwyczajeni są wystarczać sobie własną opieką, nie oglądając się
na to, czego jej policya mianowicie w takich razach udzielić nie
jest wstanie i hasło: "pomagaj sobie sam!" tem konienieczniejsze
dzisiaj okazać się miało, jeśli, jak przypuszczał policyant, połowa
ludności miastasta chciała wziąć udział w zapowiedzianej
uroczystości.
Chicago bowiem, liczące w owej dobie z górą milion siedem
kroć sto tysięcy mieszkańców, których piątą część stanowili
urodzeni już w Stanach Zjednoczonych, dawało gościnę około pięciu
kroć Niemcom i tyluż Irlandczykom; Anglicy i Szkoci składali razem
liczbę pięćdziesięciu tysięcy, wychodźtwo polskie i czeskie drugie
tyle, Żydzi około piętnastu tysięcy, wreszcie Francuzi w liczbie
dziesięciu tysięcy dopełniali tego różnorodnego zbiorowiska
narodów.
Mimo wszakże swej wielkości, miasto to nie zajęło jeszcze
dotychczas całej swej przestrzeni 471 hektarów, jaka mu wyznaczoną
została wzdłuż wybrzeża Michiganu, przestrzeni równającej się
prawie całemu departamentowi Loary - jakkolwiek biorąc na uwagę
nieustający wzrost jego, może to w krótkim nastąpić czasie.
Zarówno też z bogatych dzielnic, jak North Side i Smith
Side, uważanych tam, podobnie jak przedmieście Saint-Germain w
Paryżu, za najarystokratycznięjsze, jak również ulic Madison i
Chark, zamieszkałych przeważnie przez pracującą ludność: Polaków,
Czechów, Włochów i Chińczyków - cały ten tłum różnorodny swym
składzie, pod wpływem tejże w samej ciekawości, śpieszył gwarnienie
i wesoło na niezwykłą uroczystość, o której nie omieszkały go
powiadomić pisma miejscowe.
Wszystkie też klasy społeczeństwa amerykańskiego mają tam
swoich przedstawicieli począwszy od rodzin wysokich urzędników
państwowych, radców miasta, deputowanych stanu, oraz właścicieli i
agentów olbrzymich fabryk, przedsiębiorstw, magazynów i bazarów, z
kórych na cały świat znane firmy Morshall Field, Lehmann et C° i
Demiball, do robotników z fabryk margariny, wyrabiający owo uznanej
dobroci sztuczne masło, w cenie zaledwie dziesięciu centimów za
funt - pracowników kołodzielni sławnego Pullmana - urzędników
Wielkiego domu handlowego Montgomary Ward et C° - robotników fabryk
Mac Cormick'a, wynalazcy rozpowszechnionej po całym święcie
żniwiarki i samowiązarki, ludzi z olbrzymich fabryk stalowych
Besmer'a, oraz z fabryk Mac Gregor Adams'a, obrabiających nikiel,
cynk, miedź, obok rafinady srebra i złota - z olbrzymich pracowni
fabrycznych obuwia, wydoskonalonych do tego stopnia, że półtorej
minuty wystarcza do zupełnego wykończenia bucika - wreszcie owe
kilkanaście tysięcy pracowników w fabrykach Elgina, które
dostarczają przemysłowi wszechświatowemu po dwa tysiące zegarków
dziennie.
Dodajmy jeszcze do tej listy i tak już poważnej, personel
zajęty przy obsłudze olbrzymich elewatorów, czynnych przy
wyładowaniu towarów w tem pierwszorzędnem mieście handlowem, dalej
urzędników całej sieci kolei żelaznych z ich 23-ma łączącemi się tu
liniami i ruchem 1,300 pociągów dziennie, dowożących miastu po 170
tysięcy podróżnych - oraz ludzi, którzy zostając w obsłudze wozów
parowych i tramwajów elektrycznych, przewożą dziennie po dwa
miliony osób - wreszcie całą kolonię marynarzy zajętych w porcie,
którego ruch handlowy wymaga dziennie około sześćdziesięciu statków
na swe usługi.
Łatwo też bystre oko dostrzeże w ruchliwym tym tłumie
wyraziste postacie dyrektorów, redaktorów, współpracowników,
felietonistów i reporterów owych pięciuset pism codziennych i
tygodniowych, drukowanych w Chicago, a najmniej wprawne ucho
wyróżni mimo wyjątkowego gwaru nawoływania przekupniów i
handlujących zbożem i jarzynami, których czynności zwykły się
skupiać na Board of Trade, albo Wheat Pit, lub wreszcie na giełdzie
zbożowej - a oprócz nich jeszcze niemałe ma znaczenie cały poważny
zastęp urzędników licznych banków państwowych i prywatnych.
Któżby też nie za uważył ruchliwej młodzieży, kształcącej
się w szkółkach, szkołach i gimnazyach, których Chicago, jak w
ogóle wszelkie miasta Ameryki, posiada ilość wielką, oraz licznych
słuchaczy kilku uniwersytetów miejscowych.
Nie braknie tam również artystów dramatycznych, zajętych w
23-ch teatrach miejskich, a obługa 29-ciu pryncypalnych hoteli i
tak olbrzymich restauracyi, że niektóre z nich mogą ugościć po
dwadzieścia pięć tysięcy konsumentów w ciągu jednej godziny,
niemniej powiększa liczbę cisnących się tłumów. Wyróżniają się tu
jeszcze atletycznej budowy ludzie, czynni w kolosalnych
bydłobójniach z Great Union Stach Yard, które na rachunek domów
Armor, Swift, Neson, Moris i wielu innych, prowadzących największy
w świecie handel mięsem solonem, biją codziennie po kilka tysięcy
wołów i tyleż trzody, co niemało przyczynia się, że cyfra
prowadzonych tam interesów, dochodzi rocznie do trzydziestu
miliardów, a Chicago, jako królowa zachodu, zajmuje najsłuszniej po
New-Yorku drugie miejsce wśród miast Stanów Zjednoczonych.
A teraz weźmiemy na uwagę, że zgodnie z duchem całej
republiki, mieszkańcy stolicy Illinois przejęci są na wskroś
zasadami i swobody demokratycznej, i "decentralizacya" jest tam
zupełną, to jakaż być musiała siła, która, jeśli nam wolno zabawić
się grą słów, ześrodkowała w dniu owym całą tę ludność?
Czyż była to kwestya jakiejś nadzwyczajnej spekulacyi,
znanej Ameryce pod nazwą "boom'u", wzburzającej zwykle wszystkie
umysły?... A może wybuchła jedna z tych walk wyborczych, które
zwykły tak roznamiętniać tłumy, lub też przygotowywał się olbrzymi
"meeting", na którym konserwatywni republinakanie i liberalni
demokraci mają stoczyć najzaciętszą walkę na słowa, albo wreszcie
był to dzień otwarcia nowej wszechświatowej wystawy na obszarach
cienistego Linkoln-parku, wzdłuż Midwaj Plaisenu, jako wznowienie
świetnych dni 1893 roku?...
Nie - uroczystość, na którą śpieszyły tłumy, była
odmiennej zupełnie natury i charakter jej, zwykłym porządkiem
rzeczy, winien być raczej poważnie smutny. Lecz organizatorowie z
wolą osoby, której bezpośrednio dotyczyła, starali się jej nadać
możliwe cechy wesołości.
Mimo wszakże napływających ze wszystkich stron tłumów,
ulica de la Salle, dzięki opiece policyi była w godzinach tych
wolną zupełnie, aby pochód, który się przygotowywał mógł się
rozwinąć z niczem nie krępowaną swobodą.
Jeżeli zaś ulica ta nie jest poszukiwaną przez bogaczy
amerykańskich, na równi z ulicami de la Prairie, du Calumet i de
Michigan, przy których wznoszą się najwspanialsze pałace, niemniej
jednak należy ona do licznie uczęszczanych, a francuska nazwa
nadaną jej została ku pamięci Roberta Cavaliero de la Salla,
zasłużonego podróżnika, który w 1679 r. przybył jeden z pierwszych
do tej bogatej okolicy jezior, aby ją odpowiednio wyzyskać.
Na tej więc ulicy de la Salle, przed domem o wspaniałym
frontonie, stał dnia tego, w rannych godzinach, wysoki wóz, okryty
czerwonem suknem, zdobnem w złote i srebrne hafty, wśród których
jaśniały litery W. I. H., obok istotnej powodzi najpiękniejszych
żywych kwiatów, jakimi Chicago słusznie szczycić się może, jeśli
obok nazwy: "siedziby milionerów" przyznane mu jest również miano:
"miasta ogrodów".
Spadające z wysokości wozu kwieciste z girlandy,
podtrzymywane były przez najbliżej stojące osoby w liczbie sześciu,
po trzy z każdej strony - z przodu zaś i za wozem ciągnął się długi
szereg zaproszonych uczestników uroczystości, których wyprzedzało
kilka oddziałów wojska w galowych mundurach, oraz orkiestra i chór
śpiewaków.
W grupie mężczyzn zebranych tuż za wozem w liczbie około
dwudziestu, znani są ogólnie: James Gordon T. Dawidson, S. Allen,
Harry B. Andrews, John J. Dickson, Tomasz R. Carlisle i t. d., jako
członkowie "Klubu Dziwaków" z Mohawk Street, wraz z prezydującym
Jerzym B. Higginbothon i przedstawicielami innych klubów, których
miasto liczy co najmniej dwadzieścia kilka.
Ponieważ zaś Chicago jest główną kwaterą oddziału Missuri,
więc dowodzący nim generał James Moris, z przybocznym swym sztabem
i starszymi oficerami, zajmował tam również miejsce obok
gubernatora Stanu, Johna Hamiltona, otoczonego znowu radcami miasta
i urzędnikami czynnymi w dziale administracyjnym, przybyłemi tu
dzisiaj osobnym pociągiem ze Springfield'u, właściwej urzędowej
stolicy Illinois, w której się mieści cała administracya prowincyi.
Za temi wybitnemi osobistościami widnieje dopiero liczny
zastęp przemysłowców, przedsiębiorców, fabrykantów, adwokatów,
doktorów, dentystów, do których z chwilą gdy kondukt wyjdzie już z
ulicy de la Salle, przyłączą się owe masy szerokiej publiczności,
zalewającej obecnie sąsiednie ulice, a bezpieczeństwa której
strzedz ma kawalerya generała Moris, stawiona wzdłuż miasta z
dobytemi szablami i powiewającym i sztandarami.
Pomijając już szczegółowy opis wszystkich władz cywilnych
i wojskowych, wszystkich stowarzyszeń korporacyi, biorących udział
w tej nadzwyczajnej ceremonii, dodamy tylko, każdego bez wyjątku z
jej uczestników zdobi założony do butonierki kwiatek geranii,
doręczany przez stojącego na peronie pałacu sędziwego jego
burgrabi.
Sam też pałac świąteczny przyjął dziś wygląd, gdy
wszystkie jego świeczniki i lampki elektryczne, jaśniejąc pełnem
światłem, współzawodniczą z pogodnem słońcem kwietniowem, gdy przez
otwarte jego okna powiewają różnobarwne flagi, a przy drzwiach
salonów służba w świeżej liberyi krząta się niby w chwili
rozpoczęcia jakiegoś świetnego balu, - w sali zaś jadalnej, na
stołach, uginających się pod pyszną zastawą srebra i kryształów,
stoją półmiski z najwykwintniejszemi potrawami, obok dzbanów
napełnionych winem wysokiej wartości i butelek najlepszej marki
szampana.
Nareszcie z ostatniem uderzeniem godziny 9-ej na zegarze
City Hall, zabrzmiała muzyka, rozległo się trzykrotnie powtórzone
przez tłumy "wiwat" i pochód w całej swej świetności, z
rozwiniętemi chorągwiami ruszył z miejsca.
W takt miarowych dźwięków marsza, stąpają konie w swych
szkarłatnych oponach ze wspaniałymi pióropuszami na głowach, a
kwiatowe girlandy wyprężają się w rękach sześciu uprzywilejowanych,
których dobór już na pierwszy rzut oka, jest wyraźnie dziełem
kapryśnego losu.
Wyszedłszy z ulicy de la Salle, pochód wstąpił w obszary
Lincoln-parku, ciągnącego wzdłuż się brzegu Michiganu, gdzie też
niezliczone tłumy przyłączywszy się, rozlały swobodnie na tej
przestrzeni dwustu pięćdziesięciu akrów. Tutaj wśród wspaniałych
cienistych alei i uroczych lasków, wznoszą się pomniki poświęcone
pamięci Grant'a i Lincoln'a, a gdy z jednej strony znajduje się
plac dla popisów wojskowych, w przeciwnej mieści się dział
zoologiczny, którego dzikie zwierzęta głośnym rykiem napełniają
powietrze, a zwinne małpy skaczą po drzewach, jakby szły w zawody z
ruchliwym tłumem ludzi, wśród których słyszeć się dają różne uwagi
odnośne do chwili.
- Sądzićby można, że to dziś niedziela, a nie piątek -
mówił jakiś stary jegomość. - Dawno już chyba park nie był tak
napełniony w dniu powszednim.
- Bezwątpienia - odpowiada mu sąsiad - uroczystość
dzisiejsza dorównywa najświetniejszym, jakie miasto nasze zapisało
w swych kronikach.
- Ot, szczęśliwcy ci, którzy idą najbliżej wozu! -
wykrzykuje jakiś młody marynarz.
- Tak, tak! Najniespodziewaniej znajdą oni swe kieszenie
dobrze wypchane - potakuje stojący obok robotnik z fabryki
Cormick'a.
- Niema co mówić, wielki oni los wygrali - potwierdza
otyły piwowar, obcierając kraciastą chustką krople potu, spływające
mu po mocno zarumienionych policzkach. - Dałbym też chętnie bodaj
tyle złota ile sam ważę, żeby być na ich miejscu.
- I napewno jeszczebyś pan zyskał - przytakuje barczysty
mężczyzna - zapewne jeden z tych, którzy są czynni w bydłobójni na
Stock-Yards.
- Ho, ho, ile to im teraz jeden dzień przyniesie dochodu -
odezwał się ktoś inny.
- Już im to wystarczyć może...
- Spodziewam się, taki majątek...
- A ile też? Ile?... - pytano.
- No zawsze pewnie nie mniej jak dziesięć milionów dolarów
dla każdego....
- Eh, to mało... będzie ze dwadzieścia...
- Cóż znowu dwadzieścia! Powiedz pan raczej czterdzieści!
I dzielni ludziska, począwszy raz wyliczać wielkie sumy, w
jednej chwili doszli do miliarda, który to wyraz zresztą bywa w
codziennem w użyciu Stanach Zjednoczonych.
Tymczasem kondukt, przy dźwiękach orkiestry lub wesołych
pieśniach chóru, przerywanych od czasu do czasu radosnymi okrzykami
tłumu, wyszedłszy z parku, skierował się ku zachodniej stronie
miasta, postępując aleją Fullerton tak szeroką, że mimo wielkiego
zbiorowiska ludzi, zostawało jeszcze dość miejsca dla swobodnego
ruchu wozu i tych, którzy stanowili główny orszak.
Po przejściu mostu dosięgnięto wspaniałej ulicy zwanej
bulwarem Humboldta, na której przeciwnym krańcu znajduje się park
również imienia tego zasłużonego uczonego niemieckiego.
Tam to, wśród, obszaru świeżej zieleni, zajmującego 200
akrów, przy nadchodzącym już południu, zatrzymał się pochód na pół
godzinny odpoczynek, a gdy chór zaintonował pieśń: "Star Spangled
Banner", rozległy się tak głośne oklaski, jakby to było w
koncertowej sali w casino.
Punktem najwięcej wysuniętym na zachód, przez który wedle
programu orszak przechodził, był park Garfiełd. Jak widzimy,
wielkiemu miastu nie brak zadrzewienia, i gdy obszernych parków
posiada ono piętnaście, zdobi go jeszcze nadto wielka ilość pięknie
utrzymanych skwerów.
Znowu więc na zakręcie bulwaru Duglas znaleziono się w
parku tegoż nazwiska, skąd przez South West, kanał Michigan i aleję
Western długą na trzy mile angielskie, pochód dosięgnął parku Gage,
właśnie gdy biła godzina czwarta po południu.
Tutaj nowy odpoczynek okazał się koniecznym, a dźwięki
muzyki z wesołego repertuaru Parney'a, Lecoq'a i Offenbacha,
ożywiły wszystkich prawdziwie już utrudzonych, mimo, że wyjątkowa
pogoda, choć przy dość nizkiej jeszcze temperaturze, sprzyjała
przez dzień cały. Kwiecień bowiem jest tam równie jak u nas
miesiącem przejściowym, po zimie zwykle o tyle mroźnej, że ścięte
lodem wody jeziora Michigan, uniemożliwiają ruch statków przez
miesiące od grudnia do końca marca.
Jakkolwiek wszakże uroczystość przeciągała się tak długo,
tłumy towarzyszące jej nie zmniejszały się bynajmniej. W miarę
bowiem, jak usuwali się mieszkańcy północnych dzielnic, miejsce ich
śpieszyli zająć inni, z bliżej położonych, a ożywienie ostatnich
nie ustępowało w niczem rozochoceniu pierwszych.
Gdy przy końcu ulicy Garfield, pochód znalazł się w
olbrzymim parku Washingtona, obejmującym 370 akrów, chór zaśpiewał
przepiękną pieśń Bethovena "Na chwałę Boga" za którą mu
wielotysięczny tłum słuchaczy gromkimi podziękował oklaskami,
poczem dążąc długą aleją Grewe, zatrzymano się ostatecznie przed
bramą parku, otoczonego gęstą siecią relsów tramwajowych, będących
wymownem świadectwem o niezwykłym ruchu, jaki się zwykł tam
skupiać.
Zanim wszakże przekroczono główną bramę oparkanienia,
zabrzmiały w całej pełni skoczne dźwięk i walców Strausa, niby
przegrywka przed rozpoczęciem balu. Czyżby w otoczeniu cienistych
dębów tej ustroni znajdowało się jakieś kolosalne casino, w murach
którego nieprzeliczone zebranie ma zamiar przepędzić noc wśród
wesołych pląsów?
Nie, tu już nie wpuszcza tłumów rozstawiona straż
policyjna i wojskowa, tu już tylko wybranym, należącym do orszaku
wejść wolno po utrudzającym przebyciu 15 mil angielskich, wzdłuż
olbrzymiego miasta.
I park ten nie jest parkiem, lecz cmentarzem Oakswoods,
najobszerniejszym z owych dwunastu, na których Chicago składa
szczątki swych mieszkańców i wóz ten wspaniały, cały w purpurze,
złocie i kwiatach, jes tylko wozem pogrzebowym, wiozącym na miejsce
wiecznego spoczynku zwłoki Wiliama I. Hypperbone, jednego z
członków "Klubu Dziwaków".