Testament dziwaka - Juliusz Verne

Kup ebooka

8.51 zł
7.32 zł (8,51 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Oakswoods

 

Już sama nazwa Oakswoods wskazuje, że miejsce zajęte obecnie na cmentarz, było niegdyś lasem dębowym, które to drzewo słusznie zaliczone jest do bogactw Stanu Illinois, słynącego przedewszystkiem bujnością flory. A jeśli ogólnie biorąc, cmentarze amerykańskie są na równi z angielskimi utrzymywane z takiem staraniem, że robią raczej wrażenie pięknych ogrodów ozdobionych pomnikami, to cmentarz Oakswoods może być zaliczony do najpiękniejszych.

Nie brak tam niczego, czem zachwycać się zwykło ludzkie oko. Rozłożyste drzewa rzucają cień miły, tworząc laski i wspaniałe aleje; obszerne trawniki nęcą swą zielonością, a przejrzyste wody strumieni i stawów tak wdzięcznie ożywiają tę ustroń, że prawie wydaje się niepodobnem, aby to było miejsce żałoby i smutku. Nawet ptactwo radośniej zda się tu świergotać, a może też rzeczywiście jest swobodniejsze, czując się bezpieczne wśród tej ciszy cmentarnej, gdzie żyjący człowiek tylko gościem bywa.

Żaden wszakże z pomników Oakswoods, a jest wśród nich nie mało bardzo kosztownych, nie może iść w porównanie z tym, jaki sobie William I. Hypperbone jeszcze za życia wznieść kazał.

Budynek ten w stylu anglo-saksońskim, łączącym gotyk z renesansem, na zewnątrz zdaje się być kaplicą, o pięknej fasadzie i lekkiej wieżyczce, strzelającej wysoko w górę, lecz wewnętrznem urządzeniem przypomina raczej czarowny pałacyk, przeznaczony na mieszkanie żyjących.

Wzniesiony nad brzegiem obszernego stawu, którego przejrzyste wody odbijają błękit nieba i okalającą zieloność, zyskuje jeszcze więcej.

Pięknej roboty sztachety z aluminium otaczają go dokoła; za bramą aleja wiecznie zielonych drzew, złączonych z sobą, niby zdobną wstęgą, festonami pnących roślin, prowadzi do schodów z białego marmuru. Tu podwoje z bronzu, lekkie jak złota koronka, dają przejście do przędpokoju zastawionego nizkiemi otomanami, z kosztownem pokryciem ze smyrneńskich dywanów. Ogromną chińską żardinierę stojącą pośrodku, zapełniają egzotyczne rośliny z wonią upajającą; zawieszony u sufitu siedmioramienny świecznik rozlewa łagodne, niebieskawe światło elektryczne, a pyski fantastycznych łbów zwierzęcych, które wyzierają ze ścian, są wentylatorami i otworami kaloryferów, utrzymujących tu latem i zimą zawsze świeżą i równą temperaturę.

Naprzeciw drzwi wchodowych podwoje zwierciadlane prowadzą do kolistej sali, której wyszukany zbytek równa się przepychowi, jakim się bogacze Wschodu zwykli otaczać.

Przez matowe szyby sklepienia, zlewające się tu światło dozwala w najdrobniejszych i szczegółach podziwiać prześliczne freski i rzeźby, które w fantastycznych liniach arabesków zdobią dokoła ściany. Z pośród jaskrawych jedwabiem krytych sprzętów, wychylają się posągi z marmuru i bronzu wesołych faunów i nimfa nadobnych; a przestrzenie między filarami, wspierającymi sklepienie, zajmują płótna najpierwszych mistrzów malarstwa doby obecnej. Puszyste dywanowe chodniki, rozesłane na mozajkowej posadzce, przyjemnie tłumią kroki idącego.

Za salą tą, w głębi mauzoleum, znajduje się jeszcze obszerny pokój w nowoczesnym już guście, zastawiony w harmonijnym nieładzie miękkiemi sofami, kanapami i fotelami.

Rozrzucone na stołach najnowsze książki i broszury w różnych językach, obok dzienników i illustracyi Nowego i Starego Świata, świadczą, że wymarzony ten zakątek idealnej wygody i ciszy musi być często odwiedzany. Że zaś gość przybywający tu, gdyby nawet przedłużył swój pobyt, nie był narażony na głód i pragnienie, upewnia szeroki kredens, kryjący się w głębi, za którego kryształowemi szybami widnieją butelki i flakony najpierwszej marki win i likierów, obok konserw, pasztetów i innych przekąsek, które stróż budynku obowiązany jest codziennie świeże zastawiać.

Ale gdzież właściwe jest tu miejsce na grobowiec, jeśli wogóle takiem jest przeznaczenie tego klejnocika zarówno pod względem architektury, jak urządzenia?...

Wróćmy jeszcze do sali głównej i przypatrzmy się pięknej rzeźbie z białego marmuru, ustawionej w pośrodku pod jej kryształowem sklepieniem. Jakkowiek na pierwszy rzut oka zdaje się ona być tylko dziełem fantazyi artysty, przeznaczonym ku ozdobie takiej właśnie, jak ta, halli, dziełem przedstawiającem unoszoną na głowach potworów morskich, olbrzymią muszlę dziwacznych kształtów, niemniej jednak jest to sarkofag, do którego William I. Hypperbone pragnął po śmierci być złożonym i gdzie też niebawem, po usunięciu wierzchniego nakrycia muszli, ustawioną zostanie trumna z ciałem jego.

Bezwątpienia grobowiec taki nie może nasuwać myśli ponurych i złowrogi szelest skrzydeł śmierci, jaki zda się nam słyszeć u bram cmentarnych, cichł tu, ustępując miejsca jakiemuś zadowoleniu błogości nieledwie.

Ale przyznajmy też szczerze, że było to miejsce ostatniego spoczynku, zupełnie odpowiednie dla tego milionowego dziwaka amerykańskiego, którego fantazyi zawdzięczali mieszkańcy Chicago radosną uroczystość pogrzebową, przy skocznych dźwiękach muzyki i wesołych pieśniach.

Zaznaczyć jeszcze musimy, że jeżeli wstęp do mauzoleum Williama I. Hypperbone był stanowczo dla obcych wzbroniony, sam właściciel jego zwykł tam spędzać dwa razy w tygodniu parę godzin popołudniowych, a nawet od czasu do czasu zapraszał z sobą kilku przyjaciół z klubu.

A były to posiedzenia jedne z najprzyjemniejszych, zapełnione bądź to czytaniem, bądź rozprawianiem o najświeższych wydarzeniach w polityce świata, o różnych kierunkach społecznych, o korzyściach czy stratach w przemyśle i handlu, jakie przypuszczalnie mógł sprowadzić nowy bil Mac Kinley'a - słowem, o wszystkiem, czem poważne umysły zwykły się zajmować.

Nieraz też, gdy zabrzęczały kieliszki ze złocistym napojem, rozmowa przybierała ton poufnych pogawędek, które przeciągając się do wieczora, zostawiały najmilsze wrażenia powracającym wreszcie do swych domów członkom "Klubu Dziwaków!"

A teraz, gdyśmy poznali w szczegółach prywatne życie Williama I.&ndsp;Hypperbone, czyż nie wypada nam przyznać, że posiadał dość cech niezwykłych, by go zaliczyć do najoryginalniejszych ludzi współczesnych? Brakowało chyba jeszcze tylko dla dopełnienia miary, aby śmierć jego, która całe miasto tak poruszyła, nie była śmiercią rzeczywistą.

Pod tym względem jednakże mogą spadkobiercy jego, kimkolwiek się okażą, nie odczuwać najmniejszej bojaźni.

Śmierć dziwaka w Chicago była jak najprawdziwszą. Nawet dla upewnienia się pod tym względem, zastosowane zostały, znane już ówcześnie promienie ultra X profesora Fryderyka Elbinga, przez uczonego tego "kritikshalhen" zwane, które posiadają tę nadzwyczajną własność, że przechodząc przez ciało człowieka, wywołują fotograficzne obrazy, różniące się wielce, jeżeli ciało to jest żywe lub martwe. Otóż doświadczenie wykazało najzupełniejszą martwotę ciała, przedwcześnie zmarłego milionera.

Było już wpół do szóstej i wiosenne słońce chyliło się ku zachodowi, gdy orszak pogrzebowy przekroczył bramę cmentarza Oakswoods, przyczem powstał taki ścisk wśród olbrzymiej masy publiczności, pragnącej towarzyszyć pochodowi aż do końca, że policya, chociaż tak licznie rozstawiona, ledwie zdołała utrzymać porządek o tyle, że nie zdarzył się żaden nieszczęśliwy wypadek, z tych, jakie w podobnych okolicznościach najczęściej się przytrafiają.

Nareszcie kondukt stanął przed bramą ogrodzenia mauzoleum, właśnie w chwili, gdy przy zapadającym mroku wieczornym, zajaśniały nagle dokoła i na samym budynku aż do najwyższego szczytu wieżyczki, wspaniałe światła elektryczne, w których blasku cmentarz i całe to niezwykłe zgromadzenie dziwnie osobliwego nabrały uroku.

Ponieważ uroczystość dobiegała już końca, a we wnętrzu budynku, mieszczącego sarkofag, najwyżej paręset osób mogło się pomieścić, nadeszła więc chwila, w której ostatnie numera programu miały być dopełnione. W oczekiwaniu tego tłumy ścisnęły się bardziej, i gdy każdy starał się zająć miejsce najbliższe wozu, powstało dokoła głośne zamieszanie. Powoli wszakże ruch ustawał, szmery cichły i głębokie zapanowało milczenie.

Teraz więc, zanim zdjęto trumnę z wozu, by ją przenieść do grobowca, czcigodny pastor Bingham, który z urzędu swego, jako duchowny eksportował ciało, odczytał donośnym głosem słowa liturgiczne, wysłuchane przez publiczność w należytem skupieniu. Była to jedna, jedyna chwila w której ceremonia pogrzebu przybrała tak właściwy sobie charakter religijny.

Skoro ucichły słowa Pisma świętego, wnet zabrzmiały zawsze głęboko wzruszające tony przepięknego żałobnego marsza Chopin'a, którego wykonaniu możnaby jedynie zarzucić nieco przyśpieszone tempo, przystosowane widocznie do ogólnego usposobienia, a może i woli zmarłego.

Teraz wysunął się naprzód prezes klubu, Georges Higginbotham, by jako przyjaciel zmarłego wygłosić pożegnalną mowę. Przedewszystkiem streścił w słowach uznania życie Williama I. Hypperbona, zapełnione tak szczęśliwemi spekulacyami, że postawiły go one w rzędzie nietylko milionerów miasta Chicago, ale nawet w gronie wybitnych obywateli Zjednoczonych Stanów Ameryki, którymby też niezawodnie z gotowością służył swą fortuną, gdyby okoliczności tego wymagały. Tylko, że na szczęście, państwo nie znajdowało się w takiej potrzebie. A jakim okazywał się on niezrównanym towarzyszem, jak cennym przyjacielem - o tem najlepiej wiedzą członkowie klubu, któremu prawie wyłącznie ostatnie lata swego życia poświęcił.

- Był to - zapewniał w końcu szanowny mówca - umysł niepowszedni, mający wszelkie dane do wyróżnienia się w swem społeczeństwie, umysł z tych, jakie należycie oceniać zwykliśmy dopiero, gdy go już nie stanie! To też jakże boleśnie da nam się odczuć brak jego!... A jeśli już obecna ceremonia, w której niemal całe miasto wzięło udział, wymownem jest świadectwem popularności, jaką sobie zyskał, to któż przewidzieć zdoła, jakie jeszcze warunki przekaże testamentem swym domniemanym spadkobiercom? Kto wie, czy nie poczyni tam zastrzeżeń, zdolnych wprowadzić w podziw mieszkańców obu części Ameryki, co równa się prawie wszystkim innym częściom świata!

Za te słowa, które długoletnia przyjaźń ze zmarłym podyktowała prezydentowi "Klubu Dziwaków", zgromadzona publiczność dziękowała szmerem uznania, wzmagającym się niby szum wiatru wśród konarów dębowego lasu.

Tym, którzy zajmując dalsze miejsca, wszystkiego dosłyszeć nie mogli, bliżej stojący powtarzali ciekawsze ustępy, bo żaden z uczestników uroczystości nie chciał być pokrzywdzonym choćby o jedno przemijające wrażenie.

Ale gwar powstały zagłuszył niebawem śpiew chóru, który z akompaniamentem orkiestry wykonał uroczysty hymn z Messyady Hendla, stanowiący ostatni numer programu uroczystości.

A jednak publiczność stała jeszcze nieruchoma, jakby w oczekiwaniu jeszcze czegoś więcej, może czegoś nadzwyczajniejszego niż wszystko, w czem dotychczas brała udział. I tak ogólne było podniecenie umysłów, że bodaj nawet jakieś zjawisko, burzące odwieczny porządek w świecie, nie byłoby nikogo w tej chwili zadziwiło.

Gdy wszakże nic podobnego nie zaszło, służba w galowej liberyi zdjęła trumnę ze wspaniałego wozu i po usunięciu kosztownych nakryć, poniosła na swych barkach do wnętrza mauzoleum, przez którego otwarte podwoje, tak szerokim strumieniem spływało światło lamp elektrycznych, że przyćmiewało jasność, jaka już dokoła panowała.

Sześciu wybranych nie ustąpiło i teraz jeszcze z pierwszego miejsca, jakie zrazu zajęli, tylko w braku girland kwiatowych, każdy z nich ujął, wedle wskazówek mistrza ceremonii, jedną z klamr srebrnych, zdobiących boki trumny. Za nimi szeregiem posuwali się zwolna członkowie klubu, oraz dostojni przedstawiciele władzy cywilnej i wojskowej, za którymi już zamknięto bramę ogrodzenia z obawy zbyt wielkiego natłoku ludzi.

Tymczasem z chwilą, gdy trumna zniknęła za podwojami budynku, zahuczały z wielką siłą trąby i kotły muzyki wojskowej i przed oczyma wszystkich pozostałych jeszcze na cmentarzu, przy natężonem oświetleniu dorównywającem siłą prawie jasności słonecznej, ukazał się widok piękny, prawie jedyny w swoim rodzaju.

Oto wielka ilość ptaków, z powiewającemi różnobarwnemi wstążeczkami, które im przywiązano zawczasu, wzleciała w górę z radosnym świergotem, ciesząc się z odzyskanej znów wolności.

I gdy tak się wzbiły, niby żywe chorągiewki nad głowami zdumionych, otaczając mauzoleum, zdawało się, że dusza zmarłego unoszona ich lotem, dążyła wprost ku wyżynom niebieskim.

Tymczasem we wnętrzu budynku grono zaproszonych stanęło w milczeniu dokoła sarkofagu, gdzie też niezwłocznie wpuszczoną została trumna, poczem wielebny pastor Bingham odmówił ostatnie rytuałem przepisane modlitwy kończąc je słowami pożegnania:

- Cześć pamięci zacnego Williama I. Hypperbone'a!

- Cześć, cześć jego pamięci!... - powtórzyli obecni, a za nimi, jak potężne echo rozległ się po cmentarzu tenże sam okrzyk z ust zebranego tłumu.

Teraz nareszcie "sześciu wybranych" procesyonalnem okrążeniem sarkofagu, dopełniło ostatniego obowiązującego ich na dzisiaj ceremoniału, a służba gotową już była ciężką marmurową płytą zamknąć grobowiec.

Czynności tej wszakże najniespodziewaniej przeszkodził pan Tornbrock, który wystąpił naprzód i wyjąwszy z kieszeni papier z ostatnią wolą zmarłego, odczytał obecnym ostatni jej paragraf:

"Wolą moją jest, aby grób mój pozostał otwarty przez dni dwanaście, i aby rano tegoż dnia dwunastego, wszystkie sześć osób, które towarzyszyć będą memu pogrzebowi, przyszły złożyć swe karty wizytowe na mej trumnie, poczem dopiero kamień może być położony; pan Tornbrock zaś w tymże samym dniu, punktualnie o dwunastej, odczyta w sali Audytoryum mój testament, który złożyłem do rąk jego. Podpisano własnoręcznie

William I. Hypperbone."

- O! stanowczo niema najmniejszej wątpliwości, że wielkim dziwakiem był zmarły, i kto wie, czy ta jego oryginalność pośmiertna będzie ostatnią - myślał niejeden z uczestników pogrzebu, wracając do domu, gdy już drzwi mauzoleum zostały zaryglowane, i stróż, stały jego mieszkaniec, zajął się gaszeniem światła.

Jeszcze czas jakiś rozbrzmiewały kroki rozchodzących się tłumów, aż wreszcie wszystko ucichło i cmentarz Oakswoods pogrążył się znowu w zwykłym o tej porze spokoju i ciszy.

 

William I. Hipperbone

 

Jeżeli panowie James T. Davidson, Gordon S. Allen, Harry B. Andrews, John J. Dickson i Tomasz R. Carlisle, byli jednymi z pierwszych otaczających wspaniały wóz pogrzebowy, jako członkowie "Klubu Dziwaków", nie idzie zatem, aby odznaczali się oni w swem życiu jakąś szczególną oryginalnością.

Dziwactwo ich ograniczało się w większej części na fakcie na leżenia do Klubu z Mohawk Str., którego założyciele zbogaceni bądź to na zyskownej sprzedaży gruntów podmiejskich, bądź na handlu solonem mięsem, na źródłach naftowych, kopalniach metali, budowaniu kolei żelaznych i t. d. i t. d - mieli może zamiar wprowadzenia w podziw Świat Nowy i Stary oryginalnością, na jaką się tylko Ameryka zdobyć może. Faktem jednak pozostało, że członkowie ci, w liczbie pięćdziesięciu, prócz tego, przedstawiali razem niebywałą w świecie cyfrę kapitałów, prowadzili w salonach swego klubu, zdala od gwaru miejskiego, spokojne życie, zapełniane czytaniem rozlicznych gazet i pism tygodniowych, albo grą mniej więcej wysoką, jak to zresztą bywa w każdym innym klubie.

To też odnośnie do przeszłości, jak do chwili obecnej, panowie ci mówili sobie nieraz:

- Rzeczywiście, my nie jesteśmy wcale, ale to wcale dziwakami.

Był wszakże między nimi człowiek jeden, który okazywał pewną skłonność do oryginalności, i jakkolwiek niczem dotychczas się nie odznaczał, pozwalał zawsze spodziewać się w przyszłości czegoś tak nadzwyczajnego, coby choć w części usprawiedliwiło nazwę przyjętą przez klub; lecz niestety zmarł on właśnie.

Czego jednak William I. Hipperbone nie zdążył zrobić życia, dopełnił, przyznać to trzeba, w znacznej mierze po swej śmierci, gdy zgodnie z wyraźnie wypisaną ostatnią jego wolą, ceremonia jego pogrzebu odbyła się, jak to widzieliśmy, z nieprzyjętemi dotychczas nigdzie cechami ogólnej radości.

Gdy nić jego życia przecięła złośliwa Parka, William I. Hipperbone dochodził zaledwie lat pięćdziesięciu. W wieku tym, był on jeszcze bardzo przystojnym, wysokiego wzrostu, silnie zbudowanym mężczyzną, a choć nieco sztywny w ruchach, odznaczał się wszakże pewną elegancyą i, że tak powiemy, szlachetnością.

Ciemno-szatyn, włosy zwykł był nosić krótko przycięte w nieco rudawym zaroście brody, rozdzielonym w pośrodku, jaśniała już tu i owdzie srebrna nitka, a z pod silnie zarysowanej linii brwi, spoglądały ciemno-niebieskie oczy, bystre i intelligentne, kąciki zaś cienkich, zaciśniętych ust, podnosił charakterystyczny wyraz złośliwości czy pogardy.

Piękny ten typ Amerykanina północy cieszył się zdrowiem iście żelaznem. Nigdy dentysta miał do czynienia z jego zębami, białymi jak kość słoniowa, nigdy doktór nie badał jego pulsu lub języka, nie ostukiwał płuc, nie nadsłuchiwał uderzeń serca i termometrem nie mierzył temperatury ciała, nie dlatego bynajmniej, aby w Chicago brakło uznanej sławy doktorów lub dentystów, ale, że wprost nie przedstawiała się ku temu żadna potrzeba.

Słusznie też sądzić było można, że żadna siła, chociażby stu doktorów razem, nie zdołałałaby go wyprawić z tego świata na tamten. A przecież jego to właśnie wóz pogrzebowy stał teraz przed bramą cmentarza Oakswoods.

Dla dopełnienia podanego portretu zewnętrznego, winniśmy jeszcze skreślić w kilku słowach naturę moralną tej ciekawej osobistości. William I. Hypperbone był więc temperamentu zimnego, bardzo pozytywny w swych zasadach i zdolny w każdej okoliczności panować nad sobą. Jeżeli zaś znajdował, że życie tu na ziemi ma swój powab, to dlatego, że umiał być filozofem; jakkolwiek nawet filozofia życia nie przedstawia zbyt wiele trudności dla posiadacza olbrzymiej fortuny i doskonałego zdrowia, obok braku wszelkich trosk rodzinnych, gdyż William I. Hipperbone umarł kawalerem.

Wprawdzie, gdy skończył rok czterdziesty, powziął myśl ożenienia się, ale właśnie zamiar ten uważać można jako jedyną jego oryginalność. Miss Antonia Burgogne bowiem, z którą zapragnął połączyć się węzłem małżeńskim, urodzona w czasie wielkiej wojny 1781 roku, w tymże samym w dniu, którym kapitulacya lorda Cornvalis zmusiła ostatecznie Anglię do uznania niepodległości Stanów Zjednoczonych, była już w ową porę staruszką stuletnią.

Lecz dziwnym zbiegiem wypadków, właśnie gdy William I. Hipperbone zdecydował się prosić ją o rękę, ona w ataku silnego kaszlu kokluszowego, zakończyła swą ziemską pielgrzymkę, nie dla zdążywszy przyjąć zaszczytnej dla siebie propozycyi.

Tak więc William I. Hypperbone pozostał nadal w celibacie, i odtąd życia jego wątek snuł w się spokoju niczem nie zakłóconym.

Bo czyż istniała dla niego jaka przeciwność, jakie nieurzeczywistnione pragnienie? Czyż nie był wielkim ulubieńcem losu, który go wprost obrzucał swemi łaskami?

Zaledwie dwudziesto-pięcioletni młodzieniec, znanym już był jako posiadacz znacznej udało fortuny, którą udało mu się jeszcze następnie w setki razy powiększyć. Urodzonemu bowiem w Chicago, wystarczało iść z potężną falą rozwoju tego miasta, którego czterdzieści sześć tysięcy hektarów oceniane w 1823 roku zaledwie na 2,200 dolarów, doszły obecnie, jak zapewnia jeden z podróżnych, do bajecznego prawie szacunku sześciu miliardów.

W tych to więc łatwych warunkach taniego kupna, a drogiej sprzedaży gruntów miejskich, kiedy za jeden yard kwadratowy płacą teraz przedsiębiorcy pod budowę dwudziestoośmio piętrowych gmachów po dwa, a nawet trzy tysiące dolarów, oraz w świetnych przedsiębiorstwach kolejowych i naftowych, zbogacił się William I. Hypperbone do tego stopnia, że umierając zostawił majątek ceniony nawet przez Amerykanów.

Nic też dziwnego, że wraz z obiegającą wiadomością o śmierci bogacza pytano się wmieście, komu przypadną w udziale jego miliony, kto będzie szczęśliwym spadkobiercą zacnego członka "Klubu dziwaków".

A był on członkiem swego klubu nie dla formy tylko, lecz jednym z najgorliwszych jego uczestników, przepędzając mianowicie szereg lat ostatnich więcej w gmachu przy Mohawk Str. aniżeli we własnym pałacu.

Tam przyjmował on całodzienny swój posiłek, tam najmilszy znajdował wypoczynek i najprzyjemniejszą rozrywkę w grze, lecz nie w domino, ani w trik-trak, ani nawet w karty. Nic zajmował go baccar, lansquenet, lub poker, a tym mniej whist lub écarté, albo tak wielce ulubiony obecnie u nas wint. Dla niego istniała jedna tylko gra, którą on sam wprowadził do klubu, gra szlachetna, jeszcze podobno przez starożytnych Greków uprawiana: "gra gęsi".

Prawie trudnem jest do uwierzenia, jak się William I. Hypperbone do gry tej zapalał, ile wzruszeń doznawał w owem przeskakiwaniu z jednej przedziałki w drugą, zależnie od kaprysu rzucanych kostek, gdy wypadło przechadzać się po "Moście", lub w "Porcie" zatrzymać w "Hotelu", błądzić po "Labiryncie", wpaść do "Studni", znaleźć się zamknięty w "Więzieniu", potknąć się o "Trupią czaszkę", odwiedzać działki: "Marynarza", "Rybaka", "Jelenia", "Węża", "Słońca", "Lwa", "Królika" i t. d., zanim dostał się ku największemu swemu uszczęśliwieniu, do ostatniej przedziałki, stanowiącej o wygranej.

Oczywiście, odpowiednio do zamożności członków klubu, przypadające w grze opłaty dochodziły do tysięcy dolarów i w tymże samym stosunku ostateczna wygrana, zawsze, bądź co bądź, mile była widzianą.

Tak więc William I. Hypperbone przepędzał, z małemi przerwami, dnie całe w klubie, ograniczając nawet ruch potrzebny dla zdrowia do dwugodzinnego jedynie spaceru nad brzegiem jeziora, a wolny od gorączki podróżowania, tak ogólnie właściwej Amerykanom, zadawalniał się najdokładniejszem poznaniem tylko rodzinnego kraju, za jaki uważał Stany Zjednoczonej rzeczypospolitej.

Jeżeli jednak ten gorliwy członek "Klubu dziwaków" i zarazem właściciel wielkiej fortuny, zmarł bez testamentu, nie zostawiając ani bliższej ani dalszej rodziny, to cóż się stanie z majątkiem jego?

Czyż miałby przejść na własność skarbu państwa, który, chociażby finanse jego stały jak najlepiej, nigdy przecież nie uchyla się zaprzyjęcia takiej spuścizny.

Ale może zmarły pomyślał wcześniej o odpowiednich rozporządzeniach; może przez pamięć na miłe chwile spędzone w klubie, porobił zapisy dla swych kolegów, dotrzymujących mu zawsze wiernie towarzystwa w jego ulubionej "grze gęsi", lub też mając na względzie przyjemności, jakich mu zabawa nie skąpiła, ustanowił jedną lub dwie olbrzymie wygrane w roku... Kto wie, wszystkiego na świecie spodziewać się można.

Aby więc wiedzieć w tej mierze coś stanowczego, udał się prezes klubu Georges B. Higginbothan wraz z Tomaszem Carlisle na ulicę Sheldan Nr. 17 do rejenta Tornbrock, którego klientem był zmarły oddawna.

- Wizyta panów - rzekł z głębokim ukłonem pan Tornbrock - czyni honor wielki, jakkolwiek wyznaję, żem się jej poniekąd spodziewał...

- Właśnie przyszliśmy się dowiedzieć - odpowiedział również z głębokim ukłonem prezes Higginbotham - czy zmarły nasz przyjaciel zostawił testament, a w danym razie, jaką jest treść jego?

- Wybaczą panowie, ale pierwej nim zajmiemy się kwestyą testamentu, trzeba nam pomyśleć o pogrzebie zmarłego...

- A czyż nie miałby się odbyć z odpowiednią wspaniałością?

- Winniśmy we wszystkiem zastosować się do woli mego klienta, woli wypowiedzianej bardzo szczegółowo w tym oto akcie - odparł Tornbrock, wskazując dużą kopertę, której złamane pieczęcie świadczyły, że treść zawartych w niej papierów jest już znana.

- A więc ceremonia pogrzebowa... - począł Tomasz Carlisle.

- Ma być zarówno wspaniałą, jak wesołą - dokończył rejent. - Sądzę też, że życzeniu zmarłego publiczność Chicago chętnie uczyni zadość, łącząc radosne swe okrzyki z dźwiękami orkiestry i chórem artystów opery miejskiej, zaangażowanych dla uświetnienia pochodu.

- Tego można się było spodziewać po członku klubu naszego - zauważył prezes z potakującym kiwnięciem głowy.

- Oczywiście, że pogrzeb jego powinien koniecznie różnić od się przyjętych ceremonii dla zwykłych śmiertelników - dodał Carlisle.

- Zmarły William I. Hipperbone - mówił dalej Tornbrock - oświadczył nadto wolę, aby sześć osób wskazanych losem tworzyło najbliższe otoczenie trumny. W tym celu przygotował sam oddawna, w wielkiej urnie umieszczonej w przedsionku jego pałacu, karteczki z imionami i nazwiskami mieszkańców Chicago w wieku od 25 do 60 lat, względu na płeć i zajmowane stanowisko.

Wczoraj więc zaraz, zgodnie z włożonym na mnie przez zmarłego obowiązkiem, przystąpiłem w obecności prezydenta miasta i jego urzędników do pomienionego losowania, poczem bez zwłoki czasu zawiadomiłem urzędowym listem osobistości w ten sposób wybrane, aby spełniając wolę zmarłego, stawiły się w oznaczonej godzinie, zająć miejsca zaszczytnie im przeznaczone.

- I pewny jestem, że nie znajdzie się między nimi żaden, któryby dobrowolnie usunął się od tego - zawołał Carlisle - bo czyż nie można że się spodziewać, że oni też będą szczególniej faworyzowani przez testatora, jeżeli nie zostaną jedynymi jego spadkobiercami.

- I to jest możliwem - odparł rejent - nicby mię tutaj zadziwić nie było wstanie...

- A jakie są warunki, obowiązujące tych wybranych losu? - zapytał prezes Higginbotham.

- O, jeden tylko jedyny, postawiony jest warunek: wszyscy mają być urodzeni w naszem mieście i stałymi jego mieszkańcami.

- I prócz tego nic więcej?...

- Nic zupełnie.

- Pozwól pan jeszcze na jedno pytanie, panie Tornbrock. Kiedyż mianowicie nastąpić ma otworzenie testamentu?

- We dwa tygodnie od daty zgonu.

- Dopiero!...

- Takie jest wyraźne życzenie zmarłego.

- A po co właściwie ta zwłoka?

- Klient mój chciał, aby zanim publiczność dowie się o ostatecznych jego rozporządzeniach, nie zachodziła już żadna wątpliwość co do rzeczywistej śmierci jego.

- Czyli, że przypuszczał możliwość letargu. Przyznać mu w tem musimy wielką rozwagę i praktyczność - zadecydował Jerzy B. Higginbotham.

- A w tak ważnych okolicznościach przymioty te są nieocenione - dorzucił Tomasz Carlisle - szczególniej, jeżeli niema mowy o spaleniu ciała.

- A i wtenczas, drogi panie, można być jeszcze narażonym spalenie żywcem! - na zawołał rejent.

- Oczywiście, ale potem przynajmniej już się ma pewność niezawodnej śmierci.

Ponieważ jednak nie było mowy o "crematoryum", - więc zwłoki William I.  Hypperbone, złożone do trumny, przewiezione zostały jak widzieliśmy, na wspaniałym wozie przed bramy cmentarza.

Wiadomość o jego zgonie wywołała w mieście żywe zainteresowanie, i jak to zwykle bywa w podobnych razach, powtarzano sobie szczegóły wypadku, a mianowicie, że śmierć jego nastąpiła nagle w klubie, właśnie gdy rozpoczął ulubioną swą "grę gęsi" i pierwszem szczęśliwem rzuceniem kości, liczbą "dziewięć" otrzymaną z "sześciu" i "trzech" skoczył odrazu do 56-ej przedziałki. Przywołanym jak najśpieszniej lekarzom pozostawało jedynie stwierdzenie nieodwołalnego faktu. Zmarły przeniesiony został do pałacu swego, gdzie też zawiadomiony o tem pan Tornbrock, pośpieszył natychmiast, aby dopełnić przyjętych wobec swego byłego klienta zobowiązań.

Po otworzeniu koperty zawierającej rozporządzenia odnośne do pogrzebu, przystąpił notaryusz przedewszystkiem, do losowania przygotowanych w urnie kartek z nazwiskami osób urodzonych i zamieszkałych w Chicago, a gdy z pomiędzy setek tysięcy tychże, otrzymał owych sześciu, mających zająć pierwsze miejsce w pogrzebowym kondukcie, trudno sobie wyobrazić, jaki zastęp reporterów wszystkich pism miejscowych otoczył dom przy ulicy de la Salle; jak każdy z nich pragnął pierwszy otrzymać spis nazwisk ludzi, budzących od tej chwili najwyższe w mieście zajęcie - i pomieścić jak najprędzej w szpaltach swego pisma tak sensacyjną dla czytelników wiadomość.

Ale pan Tornbrock, jako prawdziwy Amerykanin, nie omieszkał skorzystać z nadarzającej się sposobności, oświadczając, że temu tylko z dzienników złoży ową listę, który w urzędowej licytacyi da najwyższą za nią sumę, przeznaczając takową na dwa szpitale miejskie, potrzebujące najwięcej zapomogi, z pomiędzy dwudziestu jeden, jakie Chicago posiada.

Po zawziętej walce wzajemnego podbijania ceny, ostatecznie pomiędzy dyrektorami "Trybuny" a "Chicago Inter-Ocean", "Trybuna" utrzymała się przy pierwszeństwie ceną dziesięciu dolarów, które przyjęli z wielką radością opiekunowie "Miłosiernego przytułku dla kalek", oraz "Szpital dla dzieci".

Ale dyrektor "Trybuny" nie żałował tego wydatku, mając na względzie olbrzymie powodzenie, jakie zapewnił swemu dziennikowi, pomieszczeniem nazwisk tych sześciu wybranych losem, którzy odtąd przez dłuższy czas zajmować niezawodnie będą natężoną uwagę ogółu. Nikt też obliczyć nie jest w stanie, jakie korzyści osiągnął na owych dwóch milionach pięćkroć stu tysiącach nadzwyczajnych egzemplarzy, jakie rozkupiła zaraz w rannych godzinach dnia następnego publiczność miasta - a więcej jeszcze na dziesiątkach milionów, zesłanych po wszystkich Stanach Zjednoczonej rzeczypospolitej.

Dla "Trybuny" wszakże interes podobny nie jest bynajmniej nowością. To też dywidendy, jakie przynosi to pismo są tak znaczne, że akcye jego wartości tysiąca dolarów, dochodzą do bajecznego kursu 25, 000 dolarów.

Nadto oprócz samego numeru wydrukowała jeszcze redakcya "Trybuny" dnia tego, na naoddzielnych ćwiartkach papieru, listę nazwisk owych "sześciu szczęśliwych", jak ich już ogólnie w mieście nazywano, a kartki te w cenie zaledwie trzech centów, sprzedawane przez chłopców na rogach ulic, rozkupione zostały w ilości nadzwyczajnej, przeważnie przez biedną ludność wyrobniczą i podmiejską. Tak ogólne od razu było zainteresowanie się tym niezwykłym zdarzeniem.

Ale czy sama lista nazwisk:

Maks R?al

Tomasz Krabbe

Herman Titbury

Harris T. Kymbele

Helena Nałęcz i

John Urrican

mogły w zupełności zadowolnić rozbudzoną ciekawość ludzką? Łatwo pojąć, jak każdy pragnął nadto wiedzieć, kim mianowicie były te osobistości, jakie każda z nich zajmowała dotychczas stanowisko w społeczeństwie? A nawet, zważywszy, karteczki do losowania przygotowane były przez dłuższy ciąg czasu, słusznie stawiano sobie pytania: czy nie umarł już który z wybranych losem, lub czy koleje życia nie zmusiły innych do opuszczenia lądu stałego Ameryki, a nawet wreszcie, czy też wszyscy z nich zechcą przyjąć przeznaczoną sobie rolę, mimo przypuszczalnych korzyści olbrzymiego spadku?

Wszelkie obawy jednak okazały się płonne. Wszyscy, choć oczywiście nieznani sobie nawzajem, stawili się punktualnie na obchód ceremonii pogrzebowej, a pan Tornbrock po sprawdzeniu tożsamości każdego, wskazywał im miejsca oznaczone koleją losowania i składał do ręki jedną z girland kwiatowych zwieszających się z woz u. A gdy tak stanęli, wszystkich oczy badawczo skierowały się ku nim.

Ponieważ było wyraźną wolą zmarłego, aby wszelkie oznaki żałoby zostały pominięte, przeto każdy wystąpił w swem zwykłem odświętnem ubraniu, ktére krojem i gatunkiem materyału wskazywało dość wyraźnie, z jak różnych warstw społeczeństwa pochodzili.

A jeżeli publiczność przyglądała się im z wielką ciekawością, nie z mniejszą pewno badali się oni wzajemnie. I kto wie, zważywszy powszechną chciwość ludzką, czy nie uważali się już za rywali olbrzymiego spadku, czy w sercu niejednego z nich nie budził się żal, że nie on sam zagarnie miliony zmarłego, ale może dzielić się niemi będzie musiał aż z sześciu towarzyszami.

Mimo jednak różnic myśli i uczuć odnośnie do przyszłości, w obecnej chwili pozostaje wszystkim jedynie przekroczyć bramę cmentarną, po za którą, w głębi grobowca, złożone zostaną na wieczysty spokój zwłoki tego, który jako William I. Hypperbone był członkiem "Klubu Dziwaków".

 

Testament

 

Długą jest lista rozlicznych hoteli, jakie miasto Chicago posiada, i podróżni wystawieni są tu raczej na trudność wyboru, niż na brak pożądanego, a odpowiedniego dla siebie miejsca czasowego wypoczynku.

W każdym też z tych budynków znaleść można zawsze czy to pokoje skromniejsze z urządzeniem tak zwanem europejskiem w cenie dwóch i trzech dolarów za dobę, czy też apartamenta, do jakich przywykła milionowa Ameryka.

Ze wszystkich wszakże pierwszorzędnych hoteli, z których najwięcej znane: "Polmer Haus", "Wellington", "Saratoga" i t. d... hotel "Auditoryum" zasługuje na szczególne wyróżnienie, zarówno wielką liczbą pokoi wytwornych i skromniejszych, jako też wzorowym porządkiem i doskonałą usługą. Nadto i to jeszcze nadaje mu wielką odrębność, pośrodku zabudowań jego znajduje się oddzielny gmach teatru, dość obszerny, by mógł wygodnie pomieścić do ośmiu tysięcy widzów.

Gdy więc przypomnimy sobie, że w Auditoryum właśnie, według woli Williama I. Hypperbone, miał być odczytany testament jego, nie zadziwi nas wcale ów tłum ludzi cisnący się dnia 15-ego kwietnia na dwudziestą dziewiątą dzielnicę miasta przy zbiegu Congres Str. i alei Michigan, których narożnik tworzy ten dziesięcio-piętrowy budynek, z wieżą na trzysta stóp wysoką.

Lecz choć obszernym był gmach teatru, nie wszyscy, których ciekawość tu sprowadzała, mogli się w nim pomieścić; każdy jednak chciał znajdować się możliwie najbliżej, aby tylko choć o parę minut wcześniej posłyszeć treść osobliwego testamentu.

Wielu też, zwłaszcza z klasy mniej zamożnej, opuszczało dom z zamiarem poczekania na ulicy, przy pogodzie jaką piękny błękit nieba obiecywał na dzień cały.

A nie sami już tylko mieszkańcy Chicago tworzyli dzisiaj tę ruchliwą masę ludzi, cisnących się jeszcze gwałtowniej niż na uroczystości pogrzebu. Już wczorajszemi pociągami przybywały do miasta z najdalszych stron kraju tysiące osób, pragnących przekonać się osobiście, jak rozporządził swym majątkiem dziwak, którego imię stało się od razu znanem i powtarzanem we wszystkich Stanach.

Tłum ten ożywiony niezwykłością położenia, głośny i wesoły rozlewał się coraz szerzej poza obręb dzielnicy i zająwszy obszerny Lake-park dosięgał aż brzegów jeziora.

Baczny na wszystko rejent Tornbrock obliczył naprzód, że przedstawia mu się nowa sposobność wyzyskania chwili na rzecz ubogich i, podobnie jak mu się udało sprzedać drogo na licytacyi listę "sześciu", tak teraz ustanowił znowu wysoką opłatę za bilety wejścia do gmachu teatru na czas odczytania testamentu. Że zaś gotowych do poniesienia takiego kosztu okazała się liczba tak wielka, iż cały teatr wkrótce napełniony został po brzegi, więc utrzymujące się tylko z miłosiernych datków ochronki dla sierot i przytułki dla starców i kalek, otrzymały zapomogę z kilkunastu tysięcy dolarów.

W całym teatrze nie pozostał ani jeden kącik wolny. Od krzeseł aż do najwyższej galeryi kołysała się fala głów ludzkich. Tylko scena, jako przeznaczona dla wybitniejszych gości, przedstawiała więcej swobodnego miejsca.

Na ustawionych w głębi fotelach zasiadł tam prezydent miasta wraz ze starszymi urzędnikami i radcami, a obok nich zgromadzeni w komplecie członkowie "Klubu dziwaków" ze swym prezydentem Higginbotham na czele. Tuż zaś na przodzie, jako główni aktorzy chwili na pierwszy plan wysunięci, naprzeciw stolika przygotowanego dla rejenta zasiedli "sześciu" równym szeregiem, każdy z nich z odpowiednim do swego charakteru układem.

Delikatna w uczuciach i wrażliwa Helena Nałęcz, czuje się prawdziwie zawstydzoną swem położeniem i gdy tysiące badawczych lornetek skierowało się ku niej, ona z głową pochyloną, ze wzrokiem utkwionym w ziemię, z żywym rumieńcem na twarzy, nie śmie prawie się ruszyć.

Za to komendant Urrican błyska oczami z wyrazem ledwie hamowanego gniewu, gotowego wybuchnąć lada chwila przeciw tym wszystkim, którzy mają odwagę tak mu się badawczo przypatrywać.

Maks R?al nie okazuje ani gniewu, ani zakłopotania. Swobodny, obojętny prawie, rozgląda się po tłumie, napełniającym teatr, dziwiąc się tak nadzwyczajnemu zaciekawieniu, którego sam nie doświadcza. Od czasu do czasu tylko zatrzymuje uważniejsze spojrzenie na wdzięcznej postaci swej sąsiadki, a jej skromny układ budzi w nim dużo dla niej sympatyi.

Natomiast sztywny, jak z drzewa wystrugany Herman Titbury, nie widzi nic dokoła siebie. Co go obchodzić może mniej lub więcej liczne otoczenie, zwłaszcza w tej tak ważnej chwili, w której dowiedzieć się ma o ostatecznem rozporządzeniu milionów zmarłego? Umysł też jego pracuje niezmordowanie nad kombinacyami różnych cyfr, z których jedne przedstawiają w przybliżeniu kapitał cały - drugie tylko szóstą jego część i z goryczą myśli o takim podziale, uznając się za najoczywiściej pokrzywdzoną ofiarę.

Szczęśliwszy od niego w swej bezmyślności, Tom Crabbe rozsiadł się wygodnie na specyalnie przygotowanej pod ciężar jego ciała, mocnej kanapie a przetrawiając niedawno spożyte sute śniadanie nie pyta nawet, w jakim celu i z jakiej przyczyny przyprowadził go tu opiekun jego John Milner, który zajął miejsce w pierwszym rzędzie krzeseł, niedaleko pani Katarzyny Titbury, przesyłającej mężowi nieustanne znaki porozumienia; lecz zatopiony w swych obliczeniach lichwiarz nie widzi ich wcale.

W pierwszych też rzędach krzeseł zauważyć można ruchliwą postać Jowity Foley, bez której nalegań, próźb i perswazyi, Helena Nałęcz nie byłaby się nigdy zdecydowała na to powtórne, a tak niewymownie dla niej przykre wystąpienie publiczne.

Tymczasem przyciszony zrazu gwar rozmów zebranych w sali tysięcy ludzi, wzmagał się z każdą chwilą niecierpliwego oczekiwania, dorównując ostatecznie ogłuszającemu szumowi wzburzonych bałwanów morskich; aż nareszcie z pierwszem dźwiękiem zegaru wieżowego, bijącego dwunastą, rejent Tornbrock zbliżył się do stołu, przygotowanego dlań w pośrodku sceny.

Na widok jego wyrwał się z piersi wszystkich okrzyk zadowolenia i ulgi, niby po przebytej jakiejś ciężkiej próbie, poczem nastąpiło głębokie milczenie, podobne do owej bezwzględnej prawie ciszy, jaka panuje w przyrodzie między blaskiem błyskawicy, a hukiem grzmotu.

Ale pan Tornbrock stał jeszcze nieruchomo, z powagą na twarzy, z rękoma złożonemi na piersiach, czekając aż ostatni dźwięk zegaru rozpłynie się w falach powietrza.

Na stole leżała duża koperta opatrzona pięciu czerwonemi pieczęciami. W kopercie tej znajdował się testament Williama I. Hypperbone wraz z innemi jeszcze papierami, sądząc po jej objętości. Kilka wierszy skreślonych na wierzchu ręką zmarłego, były ostatecznym dopiskiem, wskazującym dokładny termin odczytania testamentu oraz miejsce, gdzie akt ten miał być dopełniony.

Nareszcie rejent Tornbrock ujął kopertę i nieco drżącą ręką złamawszy jej pieczęcie, wyjął najpierw arkusz pargaminu, zapełniony wielkim, dobrze sobie znanym pismem swego zmarłego klienta; następnie drugi arkusz złożony w czworo i ostatecznie pudełeczko na jeden cal długie i szerokie przy półcalowej wysokości. Wszystko to złożył na stole, rozwinął pargamin i rzuciwszy wzrokiem uzbrojonym w okulary na pierwsze linie pisma, zaczął czytać, donośnym głosem:

"To jest mój testament spisany własnoręcznie w Chicago d. 3 go lipca 1895 r."

"Zdrowy na ciele i umyśle, oraz przy zupełnej świadomości, wypowiadam tu moje ostatnie rozporządzenia, które rejent Tornbrock z pomocą mojego kolegi i przyjaciela, Jerzego B. Higginbotham, prezesa Klubu Dziwaków, zechce dopełnić jaknajskrupulatniej, zarówno jak moje rozporządzenia co do ceremonii pogrzebu.

Otóż nareszcie wielka tajemnica odsłoniętą zostanie... a dla publiczności, która przez całych dni piętnaście tworzyła tylko próżne domysły, skończą się chwile próżnego oczekiwania!...

Pan Tornbrock czytał dalej:

"Nie ulega wątpliwości, że do dnia dzisiejszego żaden z członków Klubu Dziwaków

nie odznaczył się prawdziwą oryginalnością, i ja również, który piszę te słowa, bodaj nie przestąpiłem w niczem powszedniej miary. Czego wszakże nie dopełniłem za życia, pragnę, by z woli mej spełnionem zostało po mojej śmierci.

Głośny szmer zadowolenia dał się słyszeć wśród publiczności. Pan Tornbrock musiał przeczekać kilkanaście sekund, zanim w nastałej znów ciszy mógł czytać dalej.

"Mili moi koledzy nie zapomnieli jeszcze zapewne, z jakiem zajęciem oddawałem się ostatniemi laty szlachetnej "grze gęsi" znanej powszechnie w Europie, a mianowicie we Francyi, gdzie nawet przyznane jej jest starożytne pochodzenie greckie; zgodnie wszakże z prawdą przyznać muszę, iż nie znalazłem nigdzie wzmianki, aby Platon, Temistokles, lub też Arystydes, Leonidas i Sokrates zabawiali się nią w dawnej Helladzie.

"Grę tę wprowadziłem do naszego klubu. Rozmaitość w szczegółach, nieprzewidziane następstwa wywołane ilością punktów w rzuconych kostkach, fantazya kombinacyi, w której jedynie kaprys losu kieruje współzawodnikami na tym polu walki, zanim doprowadzi ostatecznie jednego z nich do zwycięztwa, - wszystko to sprawiało mi najwyższą przyjemność."

- Nie rozumiem doprawdy - szepnął jeden ze słuchaczy do swego sąsiada - co za cel miał ten Hypperbone, aby tak szeroko opisywać w swym testamencie jakąś tam "grę gęsi..."

Tymczasem rejent czytał bez przerwy:

"Gra ta, składa się, jak ogólnie wiadomo, z karty podzielonej na równe działki, które leżąc tuż obok siebie, Oznaczone są liczbami od jednego do sześćdziesięciu trzech. Czternaście z nich zapełnia obrazek gęsi, ptaka najniesłuszniej oskarżonego o głupotę, bo lepsze o nim mniemanie powinno się było utrwalić choćby tylko od czasu sławnej obrony Kapitolu przed napaścią Brenusa i jego Gallów."

Tu już wielu ze słuchaczy poczęło wzruszać ramionami, pytając się nawzajem, czy zmarły William I. Hypperbone nie zakpił sobie poprostu z publiczności swemi niewczesnemi pochwałami dla pospolitego gatunku ptaków płetwonogich.

Ale rejent czytał dalej:

"Odliczając te czternaście przedziałek pozostaje jeszcze na karcie czterdzieści dziewięć, z których dziesięć tylko skazuje grających na pewne kary i opłaty.

"Tak więc: w przedziałce szóstej z "Mostem" należy wnieść opłatę pojedyńczą, aby następnie przejść do dwunastej. W przedziałce dwunastej przypada opłata podwójna wraz z przymusowem czekaniem w "Hotelu" przez całe dwie gry współpartnerów. Potrójna opłata obowiązuje grającego w przedziałce trzydziestej pierwszej, gdzie znajduje się "Studnia", w głębi której musi nadto zostać tak długo, dopóki miejsca tego nie przyjdzie zająć ktoś inny; - w czterdziestej drugiej przedziałce, tam gdzie "Labirynt" znowu podwójna opłata, poczem grający wraca natychmiast pod numer trzydziesty, zdobny w bukiet kwiatów; do potrójnej opłaty zmusza przedziałka pięćdziesiąta druga, oraz zatrzymuje grającego w swem "Więzieniu" aż póki nie popadnie tam kto inny; wreszcie również do potrójnej opłaty obowiązany jest grający w przedziałce pięćdziesiątej ósmej, tam gdzie "Trupia Czaszka", a nadto rozpoczynać musi grę na nowo".

Po przeczytaniu tego nieco zbyt długiego zdania, rejent Tornbrock zatrzymał się chwilę, by swobodniej odetchnąć.

Kilka głosów słusznego niezadowolenia, jakie dały się słyszeć w tym czasie wśród publiczności, stłumiła natychmiast większość słuchaczy, widocznie wyjątkowo przyjaźnie usposobionych dla zmarłego; bo wszakże nikt nie przyszedł tłoczyć się w sali Auditoryum po to jedynie, aby słuchać szczegółowego wykładu zasad "gry gęsi".

Ale oto rejent czyta znowu:

"W kopercie tej, obok mego testamentu, znajduje się jeszcze złożona we czworo karta i małe pudełko. Ową kartą jest właśnie szlachetna "gra gęsi", lecz przerobiona wedle mej fantazyi, z czem publiczność niebawem zapoznam; w pudełeczku zaś znajdują się dwie kostki zupełnie podobne do tych, jakiemi przywykłem bawić się w klubie.

"Zarówno tę kartę jak i kości przeznaczam do gry, która ma być odegraną w następujących warunkach:

- Co takiego?... Co?... Ma być zagraną "gra gęsi?"

- O, bezwątpienia, cały ten testament to mistyfikacya tylko!... To humbug, nic więcej!... poczęto wołać ze wszystkich stron w sali Auditoryum.

- Cicho!... cicho!... - dało się słyszeć nawoływanie innych.

- Nie przeszkadzać!... Kto niezadowolony może opuścić salę...

Po tem krótkiem wzburzeniu zapanowało znowu milczenie i rejent mógł czytać dalej:

"Oto co obmyśliłem na cześć mego kraju, dla którego żywię uczucia gorącego patryoty, i którego części starałem się poznać w miarę jak ich liczba wzrastała, powiększając równocześnie ilość gwiazd na sztandarze Rzeczypospolitej Amerykańskiej!...

Głośne, trzykrotnie powtórzone: "hura!" rozległo się na sali, poczem nastąpiła głęboka cisza, nakazana już tym razem prawdziwem zainteresowaniem ogółu.

"W obecnej chwili - czytał Tornbrock - nie 1icząc leżącej dotychczas po za naszem terytoryum Alaski, która wszakże niewątpliwie przyłączy się wkrótce, gdy cała Kanada będzie do nas należała - państwo Zjednoczone liczy 50 Stanów, obejmujących blisko 8 milionów kilometrów przestrzeni.

"Te więc 50 Stanów, rozmieszczonych w przedziałkach z kolei jeden za drugim z powtórzeniem czternaście razy jednego z nich, dały mi możność ułożenia karty o sześćdziesięciu trzech przedziałkach, podobnych tym, jakie się znajdują w "grze gęsi", którą tem samem zamieniłem na "grę Zjednoczonych Stanów Północnej Ameryki".

Wszyscy, którym nie obcą była wspomniana "gra gęsi", a liczba takich przeważała, zrozumieli bez trudu pomysł Williama I. Hypperbone'a. I w uznaniu tak szczęśliwie obmyślanego planu, zabrzmiały wśród ogólnego uniesienia i zapału huczne oklaski, którym zawtórowały niebawem zebrane na ulicach tłumy.

Uznanie dla testatora było od tej chwili bezpodzielne.

Pan Tornbrock czytał dalej:

"Kwestyę, który mianowicie z piędziesięciu naszych Stanów najstosowniej było powtórzyć owe czternaście razy, rozstrzygnąłem bez trudu. Bo czyliż mogłem wybrać inną ziemię, jeśli nie tę, której bogate łąki zraszają wody Michiganu, która słusznie jest dumną z takiego jak nasz grodu, tej ziemi, zwanej Królową zachodu, - tego Illinois szczodrze wyposażonego przez naturę, mającego z północy wielkie jezioro Michigan, od południa rzekę Ohio, od zachodu Missisipi, a Wabach od strony wschodniej; krainy słynnej z bogactw, jakie daje ląd i woda; krainy stojącej w pierwszym rzędzie naszej zjednoczonej rzeczypospolitej..."

Nowy grzmot oklasków i nowe przeciągłe "hura", wstrząsnęły gmachem teatru i odbiły się echem wśród zebranych na ulicy tłumów.

Gdy nareszcie zapanowała znów cisza, rejent Tornbrock mógł czytać dalej.

"Pozostawało mi jeszcze tylko wybrać partnerów do tej wielkiej gry, jaka ma być rozegraną na olbrzymim terytoryum naszego państwa, tak jak to szczegółowo wskaże znajdująca się w tej kopercie, a ułożona przezemnie mapa, która niechaj zostanie wydaną w tysiącach egzemplarzy, aby kto tylko zechce mógł śledzić poruszenia grających.

Wybór partnerów zdałem losowi, uważając ten sposób za najlepszy, a wybrani ci, w liczbie sześciu, powinni się w tej chwili znajdować na scenie Auditoryum.

"Obowiązkiem ich będzie przenosić się osobiście nietylko do tego Stanu, jaki każdemu przeznaczy ilość punktów rzuconych kości, ale nawet do miejscowości wskazanej przez wykonawcę mego testamentu, w czem się zastosuje do załączonych poniżej wskazówek." A więc taką była rola przeznaczona dla "sześciu". Niby żywe piony poruszane kaprysem losu mieli oni na tej olbrzymiej szachownicy zjednoczonej rzeczypospolitej, odegrać jakąś nieprawdopodobną partyę...

Jeżeli Tom Crabbe nie rozumiał nic zgoła, jaką właściwie myśl miał William I. Hypperbone, współpartnerzy jego pojęli ją od razu, a zgromadzona publiczność poczęła już spoglądać na nich jako na istoty wyjątkowe, postawione nieledwie ponad wszystkich śmiertelników. Ze wzrastającem też ciągle zainteresowaniem słuchano następnych rozporządzeń zmarłego.

"Życzę sobie - pisał on w dalszym ciągu - aby we dwa tygodnie po odczytaniu mego testamentu, rejent Tornbrock w obecności członków "Klubu Dziwaków", zgromadzonych w tejże sali Auditoryum, rzucił własnoręcznie po raz pierwszy załączone tu kości i czynność tę powtarzał następnie co dwa dni, przesyłając telegraficzne zawiadomienie pod adresem tego z partnerów, któremu z kolei przypadnie zmienić wskazane grą miejsce pobytu.

"Depeszę tę adresat obowiązany jest odebrać własnoręcznie tegoż dnia o dwunastej godzinie w południe, pod karą zupełnego usunięcia z gry.

"Zważywszy obecną łatwość i szybkość komunikacyi po ziemiach Zjednoczonych Stanów, po za granicę których żadnemu z "sześciu", również pod karą wykluczenia, nie jest wolno w tym czasie wyjechać, uznałem, że dwa tygodnie wystarczą na każde przenoszenie się z miejsca na miejsce, choćby nawet dane miejscowości leżały od siebie jak najdalej".

A więc jeżeli wszyscy "wybrani" zgodzą się przyjąć przedstawioną sobie rolę wraz z obowiązującemi zastrzeżeniami, czyim właściwie kosztem odbywać mają te szalone podróże?...

Pytanie to rozstrzyga testator w słowach, które rejent czyta wśród głębokiej ciszy:

"Każdy z partnerów obowiązany jest przenosić się własnym kosztem z jednej przedziałki do drugiej, czyli z jednego Stanu do drugiego, jak również z własnej kieszeni wnosić przypadające nań opłaty. Pojedyńczą opłatę oznaczam w sumie tysiąca dolarów; w razie nie uiszczenia takowej, grający traci prawo do dalszej gry".

- Tysiąc dolarów toż to nie drobnostka! A gdyby też przy możliwem braku szczęścia wypadło ponieść taką stratę razy kilka - pomyślał z przerażeniem Herman Titbury, a brzydkie wykrzywienie jego twarzy znalazło odpowiedź w czerwonem, jak burak, obliczu jego małżonki.

Ale Titbury mają bądź co bądź z czego czerpać, podczas gdy innym, wydatek takich kilku tysięcy dolarów może przedstawić wiele trudności i narazić na przykre następstwa. Bo chociażby skorzystali z pożyczki, która im prawdopodobnie przedstawioną zostanie przez spekulantów, na jakich nie zbywa w wolnej Ameryce, to któż zaręczy, czy ostatecznie będą mieli czem dług ten spłacić.

"Majątek mój - czytał dalej rejent - umieszczony w nieruchomościach, placach, bankach, akcyach fabrycznych i kolejach żelaznych, których dowody złożone są w ręku pana Tornbrocka, szacuję na sześćdziesiąt milionów dolarów..."

Szmer zadowolenia przebiegł po sali. Odczuwano niejako wdzięczność i uznanie dla zmarłego za to, że zostawił tak znaczne kapitały, których cyfra nawet w tym kraju Gouldów, Bennetów, Huthinsonów, Van der Biltów, Priorów, Hatty Greenów, wreszcie May Geclet, królowej wychowawczyń i uczennic, oraz tylu innych miliardowiczów, królów cukru, zboża, mąki, nafty, kolei żelaznych, miedzi, srebra i złota!... miała swoje znaczenie.

I czyliż ten, albo ci z "sześciu", którym ów majątek przypadnie, nie otrzymają dosyć, by się czuć zadowolonymi...? Ale w jakich właściwie warunkach będzie on im przyznany?...

Na pytanie to odpowiada testator w słowach:

"Wiadomo, że w szlachetnej grze "gęsi" wygrywającym jest ten, który pierwszy przybywa do sześćdziesiątej trzeciej przedziałki".

Trzeba wszakże, aby ostatnie rzucenie kości wskazało tylko taką liczbę punktów, jakiej właśnie jeszcze brakuje, w razie bowiem gdyby ich było zawiele, grający cofa się o tyle przedziałek, ile ma zbytecznych punktów.

"Zatem, stosownie do tej zasady spadkobiercą całego mojego majątku będzie ten z partnerów, który pierwszy dojdzie do sześćdziesiątej trzeciej przedziałki, czyli do sześćdziesiątego trzeciego Stanu, którym na mej mapie jest... Illinois.

- A więc tylko jeden, jedyny wygrywający!... I nic zupełnie jego partnerom po tylu trudach podróży, tylu wzruszeniach, tylu poniesionych wydatkach? - wołano w teatrze.

Nie! Jeszcze o drugim wspomina testament:

"Ten, który przy końcu partyi będzie się znajdował najbliżej sześćdziesiątej trzeciej przedziałki" - czyta pan Tornbrock - "otrzyma owe tysiące dolarów, składane na ręce mego rejenta, jako opłaty w ciągu całej gry, a które zależnie od fantazyi losu mogą stanowić ostatecznie nawet znaczny kapitał."

Dopisek ten słuchacze przyjęli dość obojętnie, taki czy inny przyjęty być musi.

Ale William I. Hypperbone dodaje jeszcze:

"Jeżeliby dla jakiegokolwiek powodu jeden albo więcej partnerów usunęło się od gry przed jej zakończeniem, niezależnie od tego będzie ona graną przez tych, którzy w niej pozostali nadal. Gdyby zaś wszyscy ją opuścili, majątek mój cały przekazuję miastu Chicago, jako legalnemu memu spadkobiercy, z zaleceniem, aby użyty został dla dobra ogółu.

Ostatecznie testament kończył się temi słowy:

"Taką jest wyraźnie wypowiedziana wola moja, nad której wykonaniem czuwać będą: Jerzy B. Higginbotham, prezes Klubu Dziwaków, wraz z rejentem Tornbrockiem.

"Żądam, aby wszystkie pomieszczone tu paragrafy wykonane zostały z największą ścisłością, jak również wszystkie zasady "gry gęsi", po Zjednoczonych Stanach Ameryki.

"Pozostaje mi tylko wyrazić życzenie, aby Bóg pokierował grą i dał wygranę najgodniejszemu z powołanych partnerów." Nowe "hura" przyjęło ten zwrot testatora do Opatrzności, poczem zebrana w teatrze publiczność gotowała się do rozejścia, gdy Tornbrock energicznym ruchem ręki nakazał spokój, dodając:

- Jest jeszcze dopisek!...

Dopisek?... Cóż w nim takiego?... Czyliżby cały tak sztucznie obmyślany testament miał być jednym zamachem unicestwiony?... A może - toż wszystkiego po takim dziwaku spodziewać się można, może tym dopiskiem przyzna się jedynie do mistyfikacyi, w którą miał fantazyę zabawić się chwilowo...

Tymczasem notaryusz czytał:

"Do sześciu partnerów wskazanych losem, przyłączony zostaje siódmy z mego wyboru, który figurując na liście pod literami X. K. Z. używać będzie praw swych współzawodników i tymże samym regułom poddać się jest obowiązany.

Imię zaś i nazwisko jego wtenczas tylko zostanie odkryte, jeżeli posłuży mu szczęście i wygra partyę. W ciągu gry wszelkie zawiadomienia przesyłane mu będą tylko pod załączonym inicyałem.

"Taką jest moja wola ostatnią".

Dopisek ten wydał się wszystkim bardzo dziwnym.

- Oczywiście kryje się tu jakaś tajemnica - ale jaka?...

- Na cóż się przyda długie rozmyślanie! Któżby zdołał zgłębić dziwaczne pomysły oryginała? - powtarzano wśród publiczności, opuszczającej tłumnie salę teatru Auditoryum.

 

Sześciu wybranych

 

Nazajutrz po tak głośnym pogrzebie członka "Klubu Dziwaków", mieszkańcy Chicago wrócili do codziennych swych zajęć, i miasto przybrało znów we wszystkich dzielnicach swój codzienny wygląd. Mimo tego wszakże, nie przestawano się zajmować kwestyą testamentu Williama I. Hypperbone'a, czyniąc najrozmaitsze przypuszczenia co do warunków, jakie prawdopodobnie obowiązywać będą domniemanych spadkobierców, to jest "sześciu wybranych", albo jak ich przez skrócenie określono "sześciu".

- Że nie kto inny, tylko oni odziedziczą miliony zmarłego, o tem nie wątpię ani na chwilę - dowodził jakiś stary jegomość, przy stole jednej z pierwszorzędnych restauracyi.

- Tak przynajmniej ze wszystkiego można wnioskować - odpowiedział mu sąsiad - któż jednak odgadnie, czy warunki złączone z tą sukcesyą, nie będą nazbyt uciążliwemi? Czy nie znajdą się w testamencie zastrzeżenia i wymagania, któremi ten skończony oryginał udręczyćby zapragnął swych spadkobierców...

- A nawet kto wie - odezwał się inny z ucztujących - czy nakoniec cała ta komedya nie okaże się jakąś mistyfikacyą pozagrobową, godną członka Klubu Dziwaków!...

- Przekonamy się o tem wkrótce...

- O, nie tak prędko... Toż dopiero na piętnastego tego miesiąca naznaczone jest otwarcie testamentu...

- Możeby jednak - zauważył młody blondyn - pan Tornbrock zechciał...

- Już co do tego nie miejmy żadnych złudzeń - zapewniał stanowczym głosem znany ogólnie fabrykant. - Tornbrock nie odstąpi pod żadnym pozorem od ciążących na nim obowiązków - jest to jeden z najsumienniejszych i najakuratniejszych ludzi, jakich spotkać można, i ręczę majątkiem moim, że nie spóźni on, ani przyspieszy choćby o jedną minutę otwarcia testamentu.

- A więc czekajmy cierpliwie!... - rzekło kilka osób razem.

W istocie, uzbroić się w cierpliwość pozostawało jedynie wszystkim, jakkolwiek cierpliwość wystawioną była w danym wypadku na tem większą próbę, że zainteresowanie ogólne podtrzymywały wszystkie pisma miejscowe, poświęcając zaszłemu wydarzeniu obszerne artykuły. A gdy im w żaden sposób nie udało się zgłębić tajemnicy testamentu, usiłowały wynagrodzić to swym czytelnikom bliższem zapoznaniem ich z osobami, które mimowoli stały się bohaterami dnia.

W tym celu wiele redakcyi poleciło swym reporterom zebrać o każdym z "sześciu" jaknajwięcej wiadomości, nietylko odnośnie do stanowiska, jakie każdy z nich zajmował, ale nawet, o ile by się dało, szczegóły z prywatnego ich życia.

A jeśli dodamy, że równocześnie też fotografowie miasta, idąc o lepsze z dziennikarzami, czynili energiczne zabiegi, by za pomocą swych aparatów pochwycić ich wizerunki i następnie w tysiącznych odbitkach, w przeróżnych formatach i pozach, rozrzucić po wszystkich Stanach Zjednoczonych, łatwo zdołamy wyobrazić sobie, jak nagle z różnych stron zaniepokojeni zostali owi szczęśliwi wybrańcy losu, i do jakiego stopnia mogło to niejednego z nich udręczyć.

Gdy więc reporterzy dziennika "Chicago Mail" udali się na Randolph Str, Nr. 73, do pana H. Urrican, nie zostali tam bynajmniej mile powitani.

- Czegoż panowie chcecie?... - zagrzmiał ku nim głos nieudanej gwałtowności. - Ja nic nie wiem, nie mam nic do powiedzenia wam!.. Zostałem zaproszony na pogrzeb, i byłem, jak to zapewne widzieliście - choć oprócz mnie, znajdowało się jeszcze pięciu innych najbliżej woza. Do kroćset... wycierpiałem ja tam prawdziwe tortury! Byłem jak galar holowany po mieliźnie - nie mogąc nawet wylać żółci, która mię dławiła! A jeśliby to miała być jakaś igraszka, jakaś mistyfikacya, to niech Bóg strzeże duszę tego Hypperbone'a, bo choć zmarły już i pogrzebany, choćbym nawet czekał do sądu ostatecznego, jeszczebym mu tego...

- Sądzę, panie Urrican - odezwał się nieśmiało jeden z reporterów, skulony pod nawałą słów spadających na niego - sądzę, powtarzam, że nie masz pan racyi obawiać się jakiejś mistyfikacyi, ani co za tem idzie żałować, że ci los tak wyjątkowo okazał się przyjaznym... I gdyby choć tylko szósta część spadku...

- Szósta część... szósta!... - zakrzyknął gwałtowny gospodarz mieszkaniu - gdybym chociaż tej szóstej był pewny!...

- Uspokój pan trochę swe wzburzenie, które...

- Właśnie, że ani myślę się uspokoić. Spokój to nie mój żywioł. Wśród burz spędziłem me życie, a zawsze jeszcze więcej od nich byłem burzliwy...

- Ale tu nie grozi żadna burza, patrz pan, niebo jest pogodne...

- Zobaczymy, zobaczymy mój panie! - zahuczały, jak grzmot, słowa gwałtownego Amerykanina. - A jeśli pan masz zamiar zająć publiczność moją osobą, mem życiem i czynami, miej się pan na baczności, abyś nie miał wypadkiem do czynienia z komendantem Urricanem.

Tak jest, John Urrican, był komendantem. Dzielny i śmiały oficer marynarki Stanów Zjednoczonych najsłuszniej dosłużył się tego wybitnego stanowiska.

Zawodowi swemu oddany duszą całą, nie znał bojaźni czy to przed ogniem nieprzyjaciela, czy nawet przed ogniem niebieskim, mimo zaś swych lat piędziesięciu nie stracił nic z wrodzonej sobie gwałtowności. Obecnie na urlopie od kilku tygodni, dla uregulowania rodzinnych interesów, z trudem wielkim przyjmował warunki życia na lądzie i tym skłonniejszym okazywał się do burzliwych wybuchów.

Wysokiego wzrostu, silnej budowy ciała, był uosobieniem dzielności męskiej, a nogi mocno w łuk wygięte, właściwe ludziom żyjącym na morzu, nadawały ruchom jego owo charakterystyczne kołysanie, znane powszechnie u marynarzy. Twarz jego o rysach grubych, z oczami błyskającemi z pod krzaczastych brwi nieustannym prawie gniewem, z krótką, gwałtownemi ruchami ręki, zawsze roztarganą brodą, nie należała do sympatyczniejszych, a głos ostry, chrapliwy nawet w chwilach wolnych od uniesień złości, również mało pociągał ku sobie.

Cóż więc dziwnego, że komendant, mimo niezaprzeczonej prawości nie miał przyjaciół, i jak powiedział ktoś złośliwy: "na szczęście dla swej żony" pozostał kawalerem.

Gdy panowie z redakcyi "Chicago-Globe" zastukali do drzwi pracowni malarskiej przy South-Halstead Str. Nr. 3996 (jak widzimy ulicy niezwykle długiej) zastali w mieszkaniu tylko młodego Murzyna, zostającego w służbie u Maksa R?ala.

- Gdzie twój pan? - zapytali.

- Nie wiem - odpowiedział Murzyn.

- Czy wyjechał.

- Nie wiem.

- Kiedy wróci?

- Nie wiem.

I rzeczywiście Tomy nie wiedział nic, i nie mógł dać innej na zapytanie odpowiedzi, bo dobry pan jego, gdy wychodził z mieszkania, o bardzo wczesnej godzinie, nie zbudził swego Murzyna, który, jak wszystkie dzieci południa, umiał spać niezmiernie dużo.

Ale choć Tomy nie udzielił żadnych objaśnień reporterom, nie idzie zatem, aby gazecie "Chicago-Globe" zabrakło żądanych wiadomości odnośnie do osoby Maksa R?al. Przeciwnie, jak o każdym z "sześciu" posiadano już i o nim cały szereg notatek.

Przedewszystkiem, nie trudno było sprawdzić, że był on tym samym Maksem R?al, który jako malarz pejzażysta zdobywał sobie coraz wybitniejsze stanowisko w sztuce, i którego obrazy znajdowały chętnych nabywców.

Chociaż urodzony w Chicago, pochodził on właściwie z rodziny francuskiej, osiadłej czas jakiś w Quebec, gdzie też obecnie matka jego, wdowa od lat kilku, chwilowo się przeniosła, z tą jednak nadzieją, że gdy jej Maks jedyny, dobije się wreszcie bytu niezależnego, znowu się z nim połączy. Było to również najserdeczniejszem życzeniem młodego malarza, który uwielbiał swę idealną matkę, tak jak ona dumną się czuła ze swego syna.

Stosunek ich wzajemny oparty na takich uczuciach, był ich najwyższem szczęściem. Młodzieniec zwierzał się matce, jak przyjaciółce, z każdą myślą nieledwie, a ona rozumną swą radą wspierała go, utrwalając w szlachetnych dążeniach.

I teraz, gdy zaszły znane nam wypadki złączone z pogrzebem Williama I. Hypperbone, w których artyście przypadała wybitna rola w gronie "sześciu", pierwszą jego myślą było donieść o tem swej matce, nie dla tego, aby liczył na przepowiadany mu spadek, lecz żeby porozmawiać z nią, jako o rzeczy conajmniej zabawnej.

Maks R?al był natenczas dwudziesto-pięcioletnim młodzieńcem. Średniego wzrostu, z ciemno niebieskiemi oczami, z wyrazem zadowolenia na twarzy, właściwego naturom zdrowym, dzielnym i szlachetnym, był w całem znaczeniu tego słowa przystojnym, a lekkością ruchów i pewną charakterystyczną dystynkcyą zdradzał swe pochodzenie francuskie.

Całkiem odmienny typ, choć niemniej interesujący ,przestawiał Harris T. Kymbale, do którego mieszkania przy alei Milwaukee Nr. 213 zaszli panowie z redakcyi "Daily News Record".

Powszechnie znany w Chicago Harris T. Kymbale, był dziennikarzem, albo dokładniej mówiąc, głównym kronikarzem tak popularnej w mieście "Trybuny".

Trzydzieści siedm lat, wzrost średni, twarz sympatyczna z oczami bystro i ciekawie patrzącemi, oto ogólny rysopis jego.

Energiczny i wytrwały, obdarzony niepowszednią siłą muskularną, z którą się lubił popisywać, łatwym był w rozmowie i lubianym towarzyszem przez swych kolegów, którzy mu nawet nie zazdrościli szczęścia, jakie mu się prawdopodobnie uśmiechnęło teraz.

Zobaczywszy przybyłych, nie czeka on na żadne z ich strony pytanie, lecz pierwszy z właściwą sobie swobodą woła:

- Tak jest, moi panowie, ja to, ja właśnie mam zaszczyt należenia do "sześciu". Widzieliście mnie wczoraj na stanowisku przy wozie. Ale czy zauważyliście też mój układ poważny i z wysiłkiem ukrywaną radość, mimo, że jeszcze w życiu mojem nie towarzyszyłem tak wesołemu pogrzebowi. A wiecie też, co sobie myślałem wtenczas? Oto, gdyby wypadkiem, to ciało złożone tam wysoko w trumnie nie było martwe, gdyby nagle zbudził się ten nasz wesoły dziwak i wrócił do świata i ludzi - no, i do swoich milionów, jabym mu tego nie miał za złe, bo przecież każdy, przyznacie to sami, ma prawo zmartwychpowstać, pod warunkiem, że nie umarł.

Tak mówił Harris T. Kymbale, a trzeba było jeszcze słyszeć ton słów jego! Zachęceni tem reporterzy wdali się z nim w pogawędkę.

- A jak też pan sądzi, co będzie piętnastego? - zapytał jeden z nich.

- Będzie to - odpowiedział z uśmiechem kronikarz - że punktualnie o dwunastej rejent Tornbrock otworzy i odczyta testament.

- I nie wątpisz pan, że wszyscy "sześciu" wskazani zostaną jako jedyni spadkobiercy?

- Najniezawodniej!... Bo dlaczegóżby, proszę pana, William I.-Hypperbone wzywał nas na swój pogrzeb, jeśli nie dla tego jedynie, że miał fantazyę przekazać nam swe miliony.

- Kto to wie?...

- I miałżeby nas niepokoić i trudzić, bez żadnego za to wynagrodzenia? Pomyśl pan, całych jedenaście godzin trwał ten pogrzeb wspaniały!...

- Ale czyż nie są możliwe jakieś dziwaczne i niepodobne do spełnienia warunki?...

- O tem również nie wątpię ani na chwilę... A więc, jeżeli to czego zażąda od nas zmarły dziwak, okaże się możliwem... wolę jego spełnimy; jeżeli zaś będzie niemożliwem, to, jak mówią we Francyi: "zrobi się". W każdym razie na mnie możecie liczyć, drodzy przyjaciele... Ja nie cofnę się, ani ustąpię choćby na krok jeden!...

O, z pewnością nikt bodaj ochotniej od głównego kronikarza "Trybuny" nie przyjąłby i spełnił wszystkich warunków testamentu dziwaka, chociażby tylko dla utrzymania honoru dziennikarstwa. I gdyby nawet zażądano od niego w tym razie podróży na księżyc, nie zawahałby się tam wybrać, choć wie, że brak powietrza groziłby mu uduszeniem w drodze.

Jakież przeciwieństwo ze stanowczym i śmiałym Amerykaninem przedstawia Herman Titbury, dotychczas tylko z imienia nam znany, a z kolei szósty numer "wybranych!" Gdy reporterzy "Stadt-Zeitung" zadzwonili do jego mieszkania, Robey Str. Nr. 77, nie dozwolono im nawet przestąpić progu i tylko przez uchylone drzwi wyjrzała ku nim wielka, koścista postać niewieścia, z włosami w nieładzie i rażąco nieporządnem ubraniu.

- Czy można się widzieć z panem Hermanem Titbury? - pytał jeden z przybyłych, podając swą kartę wizytową.

- Nie wiem. Zapytam o to panią Titbury - brzmiała odpowiedź.

- A, więc jest i pani - pomyślał reporter - i to pani, której głos, jeśli się nie mylę, bywa tu decydującym.

Tymczasem służąca wróciła, by powtórzyć dosłownie daną jej odpowiedź.

- Pan Titbury niema z panami żadnego interesu i dziwi się, jakiem prawem panowie mogą się mu naprzykrzać.

To powiedziawszy energiczna sługa zatrzasnęła drzwi mieszkania i pozasuwała rygle zamku, wobec czego delegaci z dziennika byli zmuszeni odejść z niczem.

Nie trudno wszakże było w tej dzielnicy miasta zasięgnąć wiadomości o małżonkach Titbury, znanych tam aż nadto z chciwości i skąpstwa ludzi, których serca na wszelkie uczucie litości i miłosierdzia były niedostępne, i którzy dorobili się znacznego majątku lichwą, pożyczając biedakom drobne sumki na wysokie procenta i na zastaw. Ale tak Herman Titbury, jak żona jego Katarzyna, idąc ręka w rękę po tej drodze wyzysku i krzywdy, umieli się zawsze utrzymać w granicach pozornej legalności.

- Gdyby jeszcze mieli dla kogo tak gromadzić pieniądze - mawiali ich sąsiedzi - ale przecież Bóg odmówił im potomstwa, a sami też niczego nie użyją, skąpiąc nawet w codziennem pożywieniu.

Rzeczywiście, małżeństwo Titbury jest bezdzietne i na Hermanie ma wygasnąć ten ród, którego Niemcy były niegdyś ojczyzną. Germańskie też pochodzenie uwydatnia się w całej powierzchowności jego.

Suchy, kościsty, cieszy się on wraz ze swą małżonką tak dobrem zdrowiem, że ani pół dolara nie wydali oboje przez ciąg wspólnego swego życia na lekarstwa lub poradę lekarską, a obdarzeni żołądkami prawdziwie strusimi żywią się czem bądź, do czego ich sługa z konieczności zastosować się musi.

Nie mylił się też reporter w swym sądzie, że głos energicznej pani Katarzyny był tu decydującym. Mąż ulegał jej we wszystkiem, nieśmiało tylko wypowiadając swe zdanie, mianowicie od czasu, gdy wycofał się ze swych lichwiarskich interesów, które poczęły już zwracać uwagę policyi.

Całe też zajmowane przez nich mieszkanie zdawało się być dostosowane do ich charakterów. Wązkie, zakratowane okna odpowiadały ciasnym ich myślom i sercom niedostępnym, a zaryglowane główne drzwi wchodowe nie otwierały się nigdy czy to na przyjęcie przyjaciela, czy też członka rodziny.

Przyjaciół bowiem Titburowie nie mieli nigdy żadnych, a z dalszą rodziną, jeśli nawet jaka istniała, nie utrzymywaliby stosunków z obawy, by nie wypadło im kiedy podzielić się z nią kawałkiem chleba...

Zaprawdę ślepą musi być fortuna, jeśli ku takim ludziom uśmiech swój zwróciła, szepcąc im słowa nadziei odziedziczenia choćby tylko szóstej części milionów dziwaka.

A co się działo z nimi w owym pamiętnym dniu pierwszego kwietnia, gdy "Trybuna" wydrukowała imiona "wybranych losem", wśród których Herman Titbury wyczytał swoje.

- Tak, tak - wołał, nie posiadając się ze szczęścia chciwy człowiek - przecież innego Hermana Titbury niema w całem Chicago, a gdyby wypadkiem znalazł się jaki, to już stanowczo nie na Robey Str, bo wiedziałbym też coś o tem! Więc o mnie tu mowa, o mnie samym!...

- Świetny interes! Zagarniemy bez kłopotu sporo grosza! - mówiła nie mniej uszczęśliwiona pani Katarzyna, czyniąc ruch rękoma, jakby niemi całe stosy złota objąć chciała, przyczem oczy jakoś dziwnie nieprzyjemne rzucały blaski.

Zaledwie wszakże pierwsze uniesienie minęło, obrzydła chciwość zasępiła ich oblicza.

- Głupi pomysł miał ten dziwak, żeby rozdrabiać swój piękny majątek. Ciekawa jestem po co tu aż sześć osób dobierać, czyż nie lepiej byłoby dać wszystko jednemu. I pomyśleć, że moglibyśmy sami posiąść wszystko, gdyby nie tamtych pięciu... - mówiła ze wzrastającym niezadowoleniem pani Titbury.

- Zawsze jakieś licho musi się wmieszać i psuć najlepsze dla nas interesa - mruczał małżonek.

I na ten temat dogadując jedno drugiemu, już nie zazdrość tylko, ale najzupełniejszą nienawiść obudzili w swych sercach ku niewinnym rywalom, które to uczucie było aż nadto widoczne w spojrzeniach pana Titbury w czasie pogrzebu.

Nie dość na tem. Po powrocie do domu poczęła ich znowu dręczyć trwoga, czy aby tylko zmarły nie zbudzi się jeszcze, i nie pozbawi ich tej szóstej nawet części, którą już chcieli uważać za swą niezaprzeczoną własność.

Obawa ta, wzrastając z każdą chwilą, spędziła tej nocy sen z ich powiek. Zaraz też o wschodzie słońca wybrali się na cmentarz Oakswoods, gdzie zbudziwszy śpiącego jeszcze stróża, jęli go wypytywać głosem pełnym niepokoju:

- Cóż, leży nieporuszony?... Nie zaszło nic nowego?...

- Nie - brzmiała krótka, dość niechętna odpowiedź.

- Więc już naprawdę umarł?...

- Przecie nikt na świecie na żarty nie umiera! Bądźcie państwo o to spokojni - dodał badany nieco uprzejmiejszym tonem, spodziewając się widocznie wynagrodzenia za tak niewczesne przerwanie wypoczynku.

Ale małżeństwo Titbury miało w zwyczaju tylko brać, nigdy zaś dawać; więc choć słowa stróża były im wielce miłe, skinęli mu tylko głową na podziękowanie i wrócili do domu pieszo, tak jak przyszli, żałując nawet parę centów na tramwaj.

Wieczorem dnia tego odbyli jeszcze tenże sam spacer w tym samym celu, i odtąd wizyty ich do stróża cmentarnego powtarzały się codziennie, aż do terminu odczytania testamentu.

Skoro reporterzy "Freie Presse" przybyli na ulicę Columet, w fabrycznej dzielnicy miasta, w pobliżu jeziora, dowiedzieli się dopiero od policyi, że Tom Crabbe mieszka w domu oznaczonym Nr. 7-ym.

Właściwie bowiem mieszkanie to zapisane było na imię John Milnera, zajmującego się z zawodu urządzaniem owych walk przesławnych: z których "gentlemani" amerykańscy wychodzą nadto często z połamanemi żebrami, wytrąconą szczęką, wybitemi zębami, lub wysadzonem okiem i to jedynie tylko gwoli rozpowszechnionemu w tej części świata sportowi "boksowania".

A właśnie skończonym bokserem, siłaczem niezrównanym, jest Tom Crabbe. Sława jego utrwaliła się we wszystkich Stanach od czasu odniesienia zwycięstwa najpierw nad uznanym za niezwyciężonego Frincismonsem, a następnie w 1897 r. nad nie mniej poważanym dla swej siły Corbettem.

Bez żadnych formalności wprowadził przybyłych służący Johna Milnera do poczekalni na parterze, gdzie też zaraz wyszedł ku nim gospodarz, mężczyzna liczący około lat trzydziestu, średniego wzrostu, chudości nadzwyczajnej, nerwowo ruchliwy, lecz w którego bystrem spojrzeniu widniał spryt niepowszedni.

- Czy zastaliśmy pana Tom Crabbe? - zapytali.

- Właśnie kończy swoje pierwsze śniadanie - odpowiedział Milner.

- Zatem możemy się z nim widzieć?

- W jakim interesie?

- Z powodu testamentu Williama I. Hypperbona, aby następnie, jako o jednym z "sześciu" pomieścić o nim wzmiankę w naszem piśmie.

- O, w takim celu Tom Crabbe zawsze jest do obejrzenia, proszę panów!...

To mówiąc, organizator walk bokserskich, przeprowadził gości do przyległego pokoju jadalnego, gdzie przy suto zastawionym stole ujrzeli w całej okazałości olbrzymią postać siłacza, zajętego właśnie pochłanianiem szóstego plastra szynki z szóstym kawałem chleba z masłem, gdy już sześć pustych skorupek jaj leżało na talerzu.

Widocznie głodny jego żołądek nie mógł spokojnie doczekać się chwili, aż woda do herbaty zagotuje się w olbrzymim kociołku, stojącym na stole. Skoro się i nią już uraczy, pozostaje mu jeszcze zwykła porcya sześciu kieliszków wisky, które zakończą pierwszy jego posiłek ranny, będący tylko wstępem do pięciu innych w ciągu reszty dnia.

Jak się zdaje, liczba "sześć" odgrywała ważną rolę u sławnego siłacza i kto wie, czy nie jakiemuś tajemniczemu jej wpływowi zawdzięczał właśnie fakt, że znalazł się w gronie "sześciu" spadkobierców Williama I. Hypperbone.

Jest to kolos, mający sześć stóp angielskich i dziesięć cali wysokości, na trzy stopy szerokości w ramionach. Olbrzymia głowa z ostrym czarnym włosem, krótko przyciętym z wielkiemi oczyma o bezmyślnem spojrzeniu wołu - mocno zarysowanych brwiach, niskiem czole, odstających uszach, sutym zarostem wąsów, ostrzyżonych równo, z wycięciem szerokich ust, za któremi błyszczą duże białe zęby, głowa ta spoczywa na grubym, krótkim karku, który ją łączy z tułowiem przypominającym swą objętością wielką kłodę drzewa. Dwa potężne ramiona, poruszają się jak dwie maczugi, a nogi grube niby pnie drzewa, dają stosowną podstawę temu niepowszedniej budowy ciału ludzkiemu.

Ludzkiemu? Czyż właściwie zasługuje na miano człowieka ów rzadki w swej wielkości wytwór natury, żyjący jedynie życiem zwierzęcem? Dla którego jedzenie, picie, mocowanie się i spanie, są jedynemi objawami istnienia, gdy władze mózgu i ducha zostają w zupełnem uśpieniu, i który porusza się niby maszyna wedle woli swego mechanika, Johna (Dżona) Milnera?

Czyż zastanowił się choćby na chwilę ten olbrzym, jak wielce życzliwym okazał mu się los, stawiając go w liczbie "sześciu"? Czyż miał pojęcie dla czego właściwie w dzień pogrzebu milionera szedł przy trumnie jego, budząc oklaski tłumu?...

Jeżeli wszakże on sam nie zdolny był wytworzyć sobie o tem jasnego zdania, za to John Milner, który nim kierował, zrozumiał aż nadto dobrze, jakie korzyści może mu przynieść owo niespodziewane zdarzenie, i nie miał też najmniejszego zamiaru lekceważyć tego. Owszem, na wszystko był gotów się zgodzić za cenę tak ponętną. Milner też jedynie mógł udzielić reporterom żądanych objaśnień, a udzielał im tem chętniej, że obliczył odrazu, jaką reklamą będzie dla następnych walk siłacza wzmiankowany artykuł, który powtórzy niewątpliwie cała prasa miejska.

Reporterzy więc "Freie Presse" dowiedzieli się, że Tom Crabbe waży pięćset czterdzieści trzy funty przed jedzeniem, po spożytym zaś posiłku ciężar jego wzrasta do pięciuset pięćdziesięciu funtów; zanotowali też najdokładniej znane nam już wymiary ciała jego i stwierdzili sami na dynamometrze, że potęga jego ramion równa się siedmdziesięciu pięciu kilogramom, to znaczy sile jednego konia parowego, a najwyższe natężenie w szczękach dochodzi do dwustu trzydziestu trzech kilogramów.

Co się tyczy wieku, Tom Crabbe przeżył do dnia tego: trzydzieści dwa lat, sześć miesięcy i siedmnaście dni. Ojcem jego był robotnik z bydłobójni firmy Armor, a matką, sławna w wędrownych cyrkach siłaczka.

Objaśnienia te wystarczyły już w zupełności panom reporterom do złożenia zamierzonego artykułu, bo i cóż nad to interesującego możnaby powiedzieć o człowieku, jak Tom Crabbe?...

Przed odejściem wszakże jeden z nich rzucił Milnerowi jeszcze pytanie:

- Powiedz mi pan, z łaski swojej, czy ten osobliwy okaz nigdy nie mówi?...

- Jak najmniej, bo i po cóż ma napróżno trudzić swój język...

- Ale myśli przecież?

- I to mu niepotrzebne.

- Może masz słuszność...

- O, najzupełniejszą!... Jak widzicie panowie, cały Tom Crabbe jest, że się tak wyrażę, pięścią tylko, ale pięścią nielada, czy to w zaczepnem czy odpornem działaniu...

- Ot, zwierzę, nic więcej - mruknął jeden z dziennikarzy, gdy już znaleźli się obaj na ulicy.

- Dodaj pan jeszcze: "zwierzę niższego rzędu" - rzekł drugi ze złośliwym uśmiechem - zwierzę, któremu jakby wypadkiem tylko dostały się bezmierne kształty ciała ludzkiego, bo o duszy bodaj niema co i mówić.

Domyśleć się łatwo, że nie o John Milnerze wypowiedziano ten sąd tak ostry, krańcowy, a jednak nieledwie słuszny.

Kierując się w stronę północno-zachodnią miasta Chicago, po przebyciu bulwaru Humbolta, dochodzi się do dwudziestej siódmej dzielnicy, gdzie gorączkowy ruch pierwszorzędnych ulic, ustępuje miejsca wiejskiej prawie ciszy.

Lecz nie idzie zatem, aby to było już jakieś pustkowie, Bynajmniej. Ulice tej dzielnicy szerokie i widne, liczą nie mało kilkonasto-piętrowych gmachów, zamieszkałych przez setki osób. Są to wszakże po największej części ludzie zajęci dnie całe po biurach, bankach i rozlicznych zakładach, ludzie inteligentni ale ciężkiej pracy, którzy szukając tu odpowiednich dla swych dochodów cen lokalu, nie mają czasu ani możności spacerować po trotuarach, lub jeździć powozami.

W jednym z takich właśnie kilkonasto-piętrowych domów, przy ulicy Sheridan pod Nr. 19-ym, zajmuje dwa pokoje na dziewiątem piętrze Helena Nałęczówna.

Zastać wszakże można ją tu dopiero wieczorem, po zamknięciu magazynu głośnej firmy mód i nowości "Marschall et C-ie Field", gdzie od lat paru czynną jest przy kasie.

Jedyna córka zacnych rodziców, których burze społeczne zagnały aż w tak odległe od rodzinnego kraju strony, jest Helena obecnie sierotą, nie mającą nikogo z bliższych sobie.

Na domiar nieszczęścia, resztki znacznego niegdyś majątku, stracił pan Nałęcz już po osiedleniu się w Chicago, w jakiemś przedsiębiorstwie, do którego go zręczny oszust, jako wspólnika namówił, i gdy go Bóg powołał do siebie, nie miał nawet tej pociechy, by widział los dwóch istot najdroższych mu na świecie, los żony i córki jako tako zapewniony.

Ale młodziuchna jeszcze wówczas Helena, o trzymała od rodziców cenniejsze od największych bogactw dary.

Matka jej, kobieta wielkich cnót i rozumu, umiała zbudzić w duszy swej jedynaczki niezłomny hart woli, obok chrześcijańskiej miłości bliźniego i uległości wyrokom Boga, gdy znów staraniem ojca było zbogacić jej umysł jaknajwyższem wykształceniem, jakiego postępowa Ameryka nie odmawia kobiecie.

Z takiem zasobem sił umysłu i ducha nie ulękła się młoda panna Nałęczówna trudu i pracy, jakie ją czekały - Owszem, ze spokojem i odwagą patrzała w przyszłość, znajdując jeszcze słowa pociechy i uspokojenia dla swej zbolałej matki.

- Niech się mateczka nie frasuje, nie trapi naszą przyszłością - mawiała, okrywając jej ręce pocałunkami - abym tylko z pomocą Bożą i życzliwych ludzi dostała posadę, już nam bieda nie dokuczy... Wszakże nauczyłyśmy się potrzebować tak mało!...

I rzeczywiście, gdy dzięki pośrednictwu kilku przyjaciół, Helena objęta zajmowane do obecnej chwili stanowisko w handlowym domu Marschal Field - miesięczna jej pensya wystarczała obydwom na utrzymanie skromne co prawda, lecz dostateczne.

Aż oto spadł na dziewczę cios nowy - okrutny. Ukochana jej matka nagle zakończyła życie.

Choroba serca, wywołana przebytemi moralnemi cierpieniami i ofiarami, stała się przyczyną tak wczesnego jej zgonu.

Ale i to, straszne doświadczenie Boże nie złamało ducha młodej sieroty i gdy pierwsze dni ciężkiej żałoby minęły, wróciła do przerwanej pracy, w której znajdowała niejakie uciszenie serdecznego bólu, obok konieczności wystarczania samej sobie.

Od tego czasu upłynęło lat parę.

Niezmiernie sympatyczna w obejściu, z wielką szlachetnością i powagą w ruchach, była Helena, kończąca właśnie lat dwadzieścia pięć, panną bardzo przystojną. Twarz jej o rysach regularnych i delikatnej cerze blondynki ożywiały piękne, szafirowe oczy z wejrzeniem rozumnem i głębokiem, a gdy uśmiech rozchylał ładne jej usta, jaśniały jak perełki zdrowe zęby.

Uprzejma dla wszystkich, wolna od zazdrości i wygórowanych ambicyi, była przez wszystkich, którzy ją znali, lubianą i szanowaną. Ale przyjaźń szczera i wypróbowana złączyła ją z Jowitą Foley, młodą Amerykanką, towarzyszką pracy, która długi czas nie szczędziła zabiegów, by zyskać jej zaufanie.

Były to pozornie dwa przeciwieństwa. O ile Helenę cechował spokój i powaga, o tyle Jowita okazywała się żywą, ruchliwą i poddającą się łatwo wrażeniom, a bystrość, śmiałość i dowcip widniały na jej twarzy, nie tyle ładnej ile wielce interesującej. Grunt jednak charakteru był jednaki. Dla jednej i dla drugiej prawość zasad i czynów stały zawsze jako pierwszy obowiązek, od którego nic ich odwieść nie było w stanie.

Jednakże zajęcie, a jeszcze więcej takaż sama dola sieroca, zbliżyła ich ku sobie, a węzeł przyjaźni zacieśniał się coraz więcej odkąd zajęły razem skromne mieszkanko przy ulicy Sheridan.

W swem cichem, pracowitem życiu, przy potrzebach bardzo skromnych, zadowolona z tego co jej zajęcie dawało, nie zaprzątała sobie główki Helena Nałęcz, jak to czyni tyle innych panien w jej wieku, próżnemi marzeniami o jakichś niedościgłych świetnościach. Nawet otrzymane wezwanie, aby jako jedna z "sześciu" stawiła się na ceremonię pogrzebu, mimo łączącej się z tem nadziei świetnego spadku, zamiast radości przykrość jej tylko sprawiło.

Owe wystawienie się na pierwszy plan, jako przedmiot ciekawości zebranych tłumów, był jej naturze tak bardzo przeciwny, że bez długiego namysłu zdecydowaną była raczej wszystkiego zrzec się od razu.

Nie zezwoliła wszakże na to praktyczniejsza od niej Jowita, która użyła całego swego wpływu, aby przekonać przyjaciółkę, że nie należy lekkomyślnie odrzucać łaski fortuny.

Więc choć z przykrością wielką, z silnemi rumieńcami na delikatnej twarzyczce, zawstydzona i onieśmielona szła ostatecznie Helena obok wozu pogrzebowego. W żaden już jednakże sposób nie dała się namówić na "interwiew" z kronikarzami "Chicago Herald", którzy pośpieszyli jeszcze tego wieczoru na ulicę Sheridan Nr. 19. Na odgłos dzwonka, Jowita otworzywszy im drzwi mieszkania, pobiegła do Heleny, przedstawiając konieczność przyjęcia dziennikarzy.

- Za nic w świecie - odpowiedziała jej stanowczym głosem młoda Polka - dość już mam tych badawczych spojrzeń, na jakie byłam narażoną w ciągu dnia całego... Teraz przychodzą reporterzy, za nimi może zjawią się fotografowie, a wreszcie, kto wie, cały tłum ciekawej publiczności pocznie się tu cisnąć!... Wierzaj mi, najlepiej odrazu zamknąć drzwi przed tymi natrętami...

Nie było rady. Wysłańcy "Chicago Herald" powrócili do swej redakcyi bez żadnych notatek, dotyczących młodej kobiety, a w braku tychże czytelnicy pisma pozbawieni też zostali oczekiwanego artykułu, mającego ich zapoznać z interesującą cudzoziemką, wybraną losem do liczby "sześciu".

- Życzeniu twemu stało się zadość - mówiła ze zwykłą sobie żywością Jowita po grzecznem odprawieniu przybyłych - ale czy myślisz, że wraz z tem zapomną o tobie wszyscy. Należąc do "sześciu", na których obecnie uwaga całego miasta jest zwróconą, trudno, a nawet niepodobna ci będzie ukryć się przed ciekawością wspólną wszystkim ludziom... Ach, Helu, gdybym ja na twojem miejscu była!... Ale pamiętaj, że będę cię umiała zmusić do spełnienia wszystkich warunków testamentu... Pomyśl, co za los świetny otrzymać część olbrzymiej sukcesyi!...

- Ciągle powracasz do tej sukcesyi, a ja w nią zupełnie nie wierzę. Nawet nie dziwiłabym się wcale, gdyby to wszystko okazało się tylko kaprysem zmarłego dziwaka, lub jakąś mistyfikacyą z jego strony. I nie żałowałabym ani chwili...

- Jakto, nie żałowałabyś, Helu - zawołała Amerykanka, obejmując uściskiem swą przyjaciółkę i nie pozwalając dokończyć zdania - nie żałowałabyś? Ależ zastanów się, taki majątek!...

- A czy bez niego źle nam było?...

- Nie powiem, żeby źle, ale jednak...

- O, gdybym ja była tobą...

- Więc cóż, gdybyś była na mojem miejscu?...

- Co? Wiele, wiele ślicznych rzeczy mam na myśli! Ale przedewszystkiem dałabym ci połowę, droga Helu.

- Więc snuj dalej swoje marzenia, bo i ja również tę połowę ci ofiaruję - odpowiedziała Polka śmiejąc się z czynionych sobie wzajemnie w ten sposób darów, i zapału, jakiemu opanować się dała jej przyjaciółka...

- O Boże, jakżebym chciała, żeby zaraz jutro był ten piętnasty kwietna! - zawołała znów po chwili Jowita. Takie długie, męczące oczekiwanie!... Będę liczyła godziny i minuty...

- Zlituj się, daruj mi już choćby sekundy - rzekła Helena wesoło, bo doprawdy byłoby ich zbyt wiele...

- Ty sobie tylko żartujesz, a to przecie nie drobnostka, tu idzie o miliony dolarów!...

- Powiedz raczej miliony przykrości podobnych tym, jakie przeszłam już dzisiaj, i o których najchętniejbym zapomniała, gdyby można było.

- Jakże trudną jesteś do zadowolenia! Cóż znaczy te trochę przykrości...

- Nie trochę, ale dużo, bardzo dużo!... To też z niepokojem pytam się, kiedy i jak się to skończy?...

- Skończy się, skończy, bądź pewna! wszystko ma swój koniec na tym świecie...

Takimi byli w ogólnych zarysach owych "sześciu", których William I. Hypperbone przywołał na swój pogrzeb, a którzy, nikt o tem nie wątpił, podzielą się olbrzymią jego fortuną, nie dalej jak za dwa tygodnie. A chociaż ten przeciąg czasu przedstawiał się niejednemu z nich długim, jak wieczność, przecież dzień za dniem upływał, aż nadszedł upragniony 15-ty kwietnia.

Rankiem dnia tego dopełniono przedewszystkiem warunku zastrzeżonego ostatnim paragrafem woli zmarłego i w obecności prezesa Higginbotham, oraz rejenta Tornbrocka, każdy z "wybranych" zawsze w oznaczonej losowaniem kolei, złożył swą kartę wizytową na trumnie Williama I. Hypperbone'a, poczem sarkofag zamknęła ciężka płyta marmurowa.

Milioner dziwak przyjął ostatnią już wizytę w swym wspaniałym mauzoleum na cmentarzu Oakswoods.

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

 

Wielka uroczystość

 

Ruch i życie, jakie zapanowały od wczesnego ranka dnia 3-go Kwietnia 1897 roku na ulicach wspaniałej stolicy Illinois, były istotnie wyjątkowe. Wzrastające ciągle tłumy płynęły, niby wezbrana fala, ze wszystkich stron miasta, dążąc ku 22-ej dzielnicy, zaliczanej do bogatszych, a leżącej między North Avenue i Division Street, idącemi zgodnie z równoleżnikami, gdy North Halsted i Lake Shore Drive, które ciągnąc się wzdłuż wybrzeży jeziora Michigan, dążą znowu równo z liniami południków. Jak wszystkie bowiem nowsze miasta Ameryki, również i Chicago, buduje się regularnie, niby w kwadraty olbrzymiej szachownicy.

- Gdzież oni wszyscy myślą się tam pomieścić? - zauważył do swego towarzysza jeden z policyantów, wysoki, silny mężczyzna, Irlandczyk rodem, podobnie jak większa tu część owych stróżów bezpieczeństwa publicznego.

- Będzie to szczególniej korzystny dzień to dla złodziei kieszonkowych - odpowiedział zagadnięty.

- To też niech każdy pilnuje dziś swej sakiewki, my już temu nie podołamy pierwszy - rzekł pierwszy.

- Oczywiście, dość będzie roboty z utrzymaniem porządku wśród takiego tłumu.

- A i tak, przy najlepszych naszych chęciach, uduszonych lub choćby z połamanemi żebrami okaże się liczba niemała. Gotowym się założyć w najlepszym razie o całą setkę... Bodaj, że połowa mieszkańców naszego miasta wyległa dziś na ulice. I jak tu dać opiekę wszystkim!

Rzeczywiście, tłum dążący zgodnie w jednym kierunku, stawał się coraz liczniejszy, tylko na szczęście mieszkańcy Ameryki przyzwyczajeni są wystarczać sobie własną opieką, nie oglądając się na to, czego jej policya mianowicie w takich razach udzielić nie jest wstanie i hasło: "pomagaj sobie sam!" tem konienieczniejsze dzisiaj okazać się miało, jeśli, jak przypuszczał policyant, połowa ludności miastasta chciała wziąć udział w zapowiedzianej uroczystości.

Chicago bowiem, liczące w owej dobie z górą milion siedem kroć sto tysięcy mieszkańców, których piątą część stanowili urodzeni już w Stanach Zjednoczonych, dawało gościnę około pięciu kroć Niemcom i tyluż Irlandczykom; Anglicy i Szkoci składali razem liczbę pięćdziesięciu tysięcy, wychodźtwo polskie i czeskie drugie tyle, Żydzi około piętnastu tysięcy, wreszcie Francuzi w liczbie dziesięciu tysięcy dopełniali tego różnorodnego zbiorowiska narodów.

Mimo wszakże swej wielkości, miasto to nie zajęło jeszcze dotychczas całej swej przestrzeni 471 hektarów, jaka mu wyznaczoną została wzdłuż wybrzeża Michiganu, przestrzeni równającej się prawie całemu departamentowi Loary - jakkolwiek biorąc na uwagę nieustający wzrost jego, może to w krótkim nastąpić czasie.

Zarówno też z bogatych dzielnic, jak North Side i Smith Side, uważanych tam, podobnie jak przedmieście Saint-Germain w Paryżu, za najarystokratycznięjsze, jak również ulic Madison i Chark, zamieszkałych przeważnie przez pracującą ludność: Polaków, Czechów, Włochów i Chińczyków - cały ten tłum różnorodny swym składzie, pod wpływem tejże w samej ciekawości, śpieszył gwarnienie i wesoło na niezwykłą uroczystość, o której nie omieszkały go powiadomić pisma miejscowe.

Wszystkie też klasy społeczeństwa amerykańskiego mają tam swoich przedstawicieli począwszy od rodzin wysokich urzędników państwowych, radców miasta, deputowanych stanu, oraz właścicieli i agentów olbrzymich fabryk, przedsiębiorstw, magazynów i bazarów, z kórych na cały świat znane firmy Morshall Field, Lehmann et C° i Demiball, do robotników z fabryk margariny, wyrabiający owo uznanej dobroci sztuczne masło, w cenie zaledwie dziesięciu centimów za funt - pracowników kołodzielni sławnego Pullmana - urzędników Wielkiego domu handlowego Montgomary Ward et C° - robotników fabryk Mac Cormick'a, wynalazcy rozpowszechnionej po całym święcie żniwiarki i samowiązarki, ludzi z olbrzymich fabryk stalowych Besmer'a, oraz z fabryk Mac Gregor Adams'a, obrabiających nikiel, cynk, miedź, obok rafinady srebra i złota - z olbrzymich pracowni fabrycznych obuwia, wydoskonalonych do tego stopnia, że półtorej minuty wystarcza do zupełnego wykończenia bucika - wreszcie owe kilkanaście tysięcy pracowników w fabrykach Elgina, które dostarczają przemysłowi wszechświatowemu po dwa tysiące zegarków dziennie.

Dodajmy jeszcze do tej listy i tak już poważnej, personel zajęty przy obsłudze olbrzymich elewatorów, czynnych przy wyładowaniu towarów w tem pierwszorzędnem mieście handlowem, dalej urzędników całej sieci kolei żelaznych z ich 23-ma łączącemi się tu liniami i ruchem 1,300 pociągów dziennie, dowożących miastu po 170 tysięcy podróżnych - oraz ludzi, którzy zostając w obsłudze wozów parowych i tramwajów elektrycznych, przewożą dziennie po dwa miliony osób - wreszcie całą kolonię marynarzy zajętych w porcie, którego ruch handlowy wymaga dziennie około sześćdziesięciu statków na swe usługi.

Łatwo też bystre oko dostrzeże w ruchliwym tym tłumie wyraziste postacie dyrektorów, redaktorów, współpracowników, felietonistów i reporterów owych pięciuset pism codziennych i tygodniowych, drukowanych w Chicago, a najmniej wprawne ucho wyróżni mimo wyjątkowego gwaru nawoływania przekupniów i handlujących zbożem i jarzynami, których czynności zwykły się skupiać na Board of Trade, albo Wheat Pit, lub wreszcie na giełdzie zbożowej - a oprócz nich jeszcze niemałe ma znaczenie cały poważny zastęp urzędników licznych banków państwowych i prywatnych.

Któżby też nie za uważył ruchliwej młodzieży, kształcącej się w szkółkach, szkołach i gimnazyach, których Chicago, jak w ogóle wszelkie miasta Ameryki, posiada ilość wielką, oraz licznych słuchaczy kilku uniwersytetów miejscowych.

Nie braknie tam również artystów dramatycznych, zajętych w 23-ch teatrach miejskich, a obługa 29-ciu pryncypalnych hoteli i tak olbrzymich restauracyi, że niektóre z nich mogą ugościć po dwadzieścia pięć tysięcy konsumentów w ciągu jednej godziny, niemniej powiększa liczbę cisnących się tłumów. Wyróżniają się tu jeszcze atletycznej budowy ludzie, czynni w kolosalnych bydłobójniach z Great Union Stach Yard, które na rachunek domów Armor, Swift, Neson, Moris i wielu innych, prowadzących największy w świecie handel mięsem solonem, biją codziennie po kilka tysięcy wołów i tyleż trzody, co niemało przyczynia się, że cyfra prowadzonych tam interesów, dochodzi rocznie do trzydziestu miliardów, a Chicago, jako królowa zachodu, zajmuje najsłuszniej po New-Yorku drugie miejsce wśród miast Stanów Zjednoczonych.

A teraz weźmiemy na uwagę, że zgodnie z duchem całej republiki, mieszkańcy stolicy Illinois przejęci są na wskroś zasadami i swobody demokratycznej, i "decentralizacya" jest tam zupełną, to jakaż być musiała siła, która, jeśli nam wolno zabawić się grą słów, ześrodkowała w dniu owym całą tę ludność?

Czyż była to kwestya jakiejś nadzwyczajnej spekulacyi, znanej Ameryce pod nazwą "boom'u", wzburzającej zwykle wszystkie umysły?... A może wybuchła jedna z tych walk wyborczych, które zwykły tak roznamiętniać tłumy, lub też przygotowywał się olbrzymi "meeting", na którym konserwatywni republinakanie i liberalni demokraci mają stoczyć najzaciętszą walkę na słowa, albo wreszcie był to dzień otwarcia nowej wszechświatowej wystawy na obszarach cienistego Linkoln-parku, wzdłuż Midwaj Plaisenu, jako wznowienie świetnych dni 1893 roku?...

Nie - uroczystość, na którą śpieszyły tłumy, była odmiennej zupełnie natury i charakter jej, zwykłym porządkiem rzeczy, winien być raczej poważnie smutny. Lecz organizatorowie z wolą osoby, której bezpośrednio dotyczyła, starali się jej nadać możliwe cechy wesołości.

Mimo wszakże napływających ze wszystkich stron tłumów, ulica de la Salle, dzięki opiece policyi była w godzinach tych wolną zupełnie, aby pochód, który się przygotowywał mógł się rozwinąć z niczem nie krępowaną swobodą.

Jeżeli zaś ulica ta nie jest poszukiwaną przez bogaczy amerykańskich, na równi z ulicami de la Prairie, du Calumet i de Michigan, przy których wznoszą się najwspanialsze pałace, niemniej jednak należy ona do licznie uczęszczanych, a francuska nazwa nadaną jej została ku pamięci Roberta Cavaliero de la Salla, zasłużonego podróżnika, który w 1679 r. przybył jeden z pierwszych do tej bogatej okolicy jezior, aby ją odpowiednio wyzyskać.

Na tej więc ulicy de la Salle, przed domem o wspaniałym frontonie, stał dnia tego, w rannych godzinach, wysoki wóz, okryty czerwonem suknem, zdobnem w złote i srebrne hafty, wśród których jaśniały litery W. I. H., obok istotnej powodzi najpiękniejszych żywych kwiatów, jakimi Chicago słusznie szczycić się może, jeśli obok nazwy: "siedziby milionerów" przyznane mu jest również miano: "miasta ogrodów".

Spadające z wysokości wozu kwieciste z girlandy, podtrzymywane były przez najbliżej stojące osoby w liczbie sześciu, po trzy z każdej strony - z przodu zaś i za wozem ciągnął się długi szereg zaproszonych uczestników uroczystości, których wyprzedzało kilka oddziałów wojska w galowych mundurach, oraz orkiestra i chór śpiewaków.

W grupie mężczyzn zebranych tuż za wozem w liczbie około dwudziestu, znani są ogólnie: James Gordon T. Dawidson, S. Allen, Harry B. Andrews, John J. Dickson, Tomasz R. Carlisle i t. d., jako członkowie "Klubu Dziwaków" z Mohawk Street, wraz z prezydującym Jerzym B. Higginbothon i przedstawicielami innych klubów, których miasto liczy co najmniej dwadzieścia kilka.

Ponieważ zaś Chicago jest główną kwaterą oddziału Missuri, więc dowodzący nim generał James Moris, z przybocznym swym sztabem i starszymi oficerami, zajmował tam również miejsce obok gubernatora Stanu, Johna Hamiltona, otoczonego znowu radcami miasta i urzędnikami czynnymi w dziale administracyjnym, przybyłemi tu dzisiaj osobnym pociągiem ze Springfield'u, właściwej urzędowej stolicy Illinois, w której się mieści cała administracya prowincyi.

Za temi wybitnemi osobistościami widnieje dopiero liczny zastęp przemysłowców, przedsiębiorców, fabrykantów, adwokatów, doktorów, dentystów, do których z chwilą gdy kondukt wyjdzie już z ulicy de la Salle, przyłączą się owe masy szerokiej publiczności, zalewającej obecnie sąsiednie ulice, a bezpieczeństwa której strzedz ma kawalerya generała Moris, stawiona wzdłuż miasta z dobytemi szablami i powiewającym i sztandarami.

Pomijając już szczegółowy opis wszystkich władz cywilnych i wojskowych, wszystkich stowarzyszeń korporacyi, biorących udział w tej nadzwyczajnej ceremonii, dodamy tylko, każdego bez wyjątku z jej uczestników zdobi założony do butonierki kwiatek geranii, doręczany przez stojącego na peronie pałacu sędziwego jego burgrabi.

Sam też pałac świąteczny przyjął dziś wygląd, gdy wszystkie jego świeczniki i lampki elektryczne, jaśniejąc pełnem światłem, współzawodniczą z pogodnem słońcem kwietniowem, gdy przez otwarte jego okna powiewają różnobarwne flagi, a przy drzwiach salonów służba w świeżej liberyi krząta się niby w chwili rozpoczęcia jakiegoś świetnego balu, - w sali zaś jadalnej, na stołach, uginających się pod pyszną zastawą srebra i kryształów, stoją półmiski z najwykwintniejszemi potrawami, obok dzbanów napełnionych winem wysokiej wartości i butelek najlepszej marki szampana.

Nareszcie z ostatniem uderzeniem godziny 9-ej na zegarze City Hall, zabrzmiała muzyka, rozległo się trzykrotnie powtórzone przez tłumy "wiwat" i pochód w całej swej świetności, z rozwiniętemi chorągwiami ruszył z miejsca.

W takt miarowych dźwięków marsza, stąpają konie w swych szkarłatnych oponach ze wspaniałymi pióropuszami na głowach, a kwiatowe girlandy wyprężają się w rękach sześciu uprzywilejowanych, których dobór już na pierwszy rzut oka, jest wyraźnie dziełem kapryśnego losu.

Wyszedłszy z ulicy de la Salle, pochód wstąpił w obszary Lincoln-parku, ciągnącego wzdłuż się brzegu Michiganu, gdzie też niezliczone tłumy przyłączywszy się, rozlały swobodnie na tej przestrzeni dwustu pięćdziesięciu akrów. Tutaj wśród wspaniałych cienistych alei i uroczych lasków, wznoszą się pomniki poświęcone pamięci Grant'a i Lincoln'a, a gdy z jednej strony znajduje się plac dla popisów wojskowych, w przeciwnej mieści się dział zoologiczny, którego dzikie zwierzęta głośnym rykiem napełniają powietrze, a zwinne małpy skaczą po drzewach, jakby szły w zawody z ruchliwym tłumem ludzi, wśród których słyszeć się dają różne uwagi odnośne do chwili.

- Sądzićby można, że to dziś niedziela, a nie piątek - mówił jakiś stary jegomość. - Dawno już chyba park nie był tak napełniony w dniu powszednim.

- Bezwątpienia - odpowiada mu sąsiad - uroczystość dzisiejsza dorównywa najświetniejszym, jakie miasto nasze zapisało w swych kronikach.

- Ot, szczęśliwcy ci, którzy idą najbliżej wozu! - wykrzykuje jakiś młody marynarz.

- Tak, tak! Najniespodziewaniej znajdą oni swe kieszenie dobrze wypchane - potakuje stojący obok robotnik z fabryki Cormick'a.

- Niema co mówić, wielki oni los wygrali - potwierdza otyły piwowar, obcierając kraciastą chustką krople potu, spływające mu po mocno zarumienionych policzkach. - Dałbym też chętnie bodaj tyle złota ile sam ważę, żeby być na ich miejscu.

- I napewno jeszczebyś pan zyskał - przytakuje barczysty mężczyzna - zapewne jeden z tych, którzy są czynni w bydłobójni na Stock-Yards.

- Ho, ho, ile to im teraz jeden dzień przyniesie dochodu - odezwał się ktoś inny.

- Już im to wystarczyć może...

- Spodziewam się, taki majątek...

- A ile też? Ile?... - pytano.

- No zawsze pewnie nie mniej jak dziesięć milionów dolarów dla każdego....

- Eh, to mało... będzie ze dwadzieścia...

- Cóż znowu dwadzieścia! Powiedz pan raczej czterdzieści!

I dzielni ludziska, począwszy raz wyliczać wielkie sumy, w jednej chwili doszli do miliarda, który to wyraz zresztą bywa w codziennem w użyciu Stanach Zjednoczonych.

Tymczasem kondukt, przy dźwiękach orkiestry lub wesołych pieśniach chóru, przerywanych od czasu do czasu radosnymi okrzykami tłumu, wyszedłszy z parku, skierował się ku zachodniej stronie miasta, postępując aleją Fullerton tak szeroką, że mimo wielkiego zbiorowiska ludzi, zostawało jeszcze dość miejsca dla swobodnego ruchu wozu i tych, którzy stanowili główny orszak.

Po przejściu mostu dosięgnięto wspaniałej ulicy zwanej bulwarem Humboldta, na której przeciwnym krańcu znajduje się park również imienia tego zasłużonego uczonego niemieckiego.

Tam to, wśród, obszaru świeżej zieleni, zajmującego 200 akrów, przy nadchodzącym już południu, zatrzymał się pochód na pół godzinny odpoczynek, a gdy chór zaintonował pieśń: "Star Spangled Banner", rozległy się tak głośne oklaski, jakby to było w koncertowej sali w casino.

Punktem najwięcej wysuniętym na zachód, przez który wedle programu orszak przechodził, był park Garfiełd. Jak widzimy, wielkiemu miastu nie brak zadrzewienia, i gdy obszernych parków posiada ono piętnaście, zdobi go jeszcze nadto wielka ilość pięknie utrzymanych skwerów.

Znowu więc na zakręcie bulwaru Duglas znaleziono się w parku tegoż nazwiska, skąd przez South West, kanał Michigan i aleję Western długą na trzy mile angielskie, pochód dosięgnął parku Gage, właśnie gdy biła godzina czwarta po południu.

Tutaj nowy odpoczynek okazał się koniecznym, a dźwięki muzyki z wesołego repertuaru Parney'a, Lecoq'a i Offenbacha, ożywiły wszystkich prawdziwie już utrudzonych, mimo, że wyjątkowa pogoda, choć przy dość nizkiej jeszcze temperaturze, sprzyjała przez dzień cały. Kwiecień bowiem jest tam równie jak u nas miesiącem przejściowym, po zimie zwykle o tyle mroźnej, że ścięte lodem wody jeziora Michigan, uniemożliwiają ruch statków przez miesiące od grudnia do końca marca.

Jakkolwiek wszakże uroczystość przeciągała się tak długo, tłumy towarzyszące jej nie zmniejszały się bynajmniej. W miarę bowiem, jak usuwali się mieszkańcy północnych dzielnic, miejsce ich śpieszyli zająć inni, z bliżej położonych, a ożywienie ostatnich nie ustępowało w niczem rozochoceniu pierwszych.

Gdy przy końcu ulicy Garfield, pochód znalazł się w olbrzymim parku Washingtona, obejmującym 370 akrów, chór zaśpiewał przepiękną pieśń Bethovena "Na chwałę Boga" za którą mu wielotysięczny tłum słuchaczy gromkimi podziękował oklaskami, poczem dążąc długą aleją Grewe, zatrzymano się ostatecznie przed bramą parku, otoczonego gęstą siecią relsów tramwajowych, będących wymownem świadectwem o niezwykłym ruchu, jaki się zwykł tam skupiać.

Zanim wszakże przekroczono główną bramę oparkanienia, zabrzmiały w całej pełni skoczne dźwięk i walców Strausa, niby przegrywka przed rozpoczęciem balu. Czyżby w otoczeniu cienistych dębów tej ustroni znajdowało się jakieś kolosalne casino, w murach którego nieprzeliczone zebranie ma zamiar przepędzić noc wśród wesołych pląsów?

Nie, tu już nie wpuszcza tłumów rozstawiona straż policyjna i wojskowa, tu już tylko wybranym, należącym do orszaku wejść wolno po utrudzającym przebyciu 15 mil angielskich, wzdłuż olbrzymiego miasta.

I park ten nie jest parkiem, lecz cmentarzem Oakswoods, najobszerniejszym z owych dwunastu, na których Chicago składa szczątki swych mieszkańców i wóz ten wspaniały, cały w purpurze, złocie i kwiatach, jes tylko wozem pogrzebowym, wiozącym na miejsce wiecznego spoczynku zwłoki Wiliama I. Hypperbone, jednego z członków "Klubu Dziwaków".