O TYM, ŻEM JEST SYNEM AFRYKAŃSKIEGO KSIĘCIA, I O INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH NA SAM POCZĄTEK
Posłuchajta, co wam chcę wyznać, zanim się przeniesę na łąki niebieskie.
Nazywam się Agrippa Hull i z ręką na sercu przysięgam, że wszystko, co tu opowiem, jest prawdą i nic mi się w głowie nie miesza. Tak mi dopomóż Bóg. Dobiegam już cudem jakimś dziewięćdziesiątki, ale pamięć i umysł mam jeszcze w miarę niczego sobie. Jestem synem afrykańskiego księcia, urodziłem się jako wolny człowiek 7 marca Roku Pańskiego 1759 w Northampton w stanie Massachusetts. Gdy byłem całkiem mały, ojciec mój, Amos, odszedł z tego świata i moja matka, Bathsheba Hull, przymuszona biedą, oddała mnie na wychowanie do wolnych czarnych rolników. Jak żem już skończył osiemnaście lat, tom się zaciągnął do armii i służyłem pod rozkazami w regimencie pana generała Johna Patersona, żeby bić tych psich synów Brytyjczyków, którzy nam się ośmielili wydać, no wiecie, "akta nietolerancji", a my chcieli mieć wolną Amerykę. O Panu Generale Tadeuszu Kościuszce (diabelnie trudne do wymowy to polskie nazwisko, ale się z tym uporałem) będzie ta historia i coby ludzie wiedzieli, co się u nas w Ameryce nawyprawiało.
Byłem ordynansem Pana Generała przez cztery lata, wiele żem się od niego rzeczy dowiedział o jego życiu, woli, uczuciach, pragnieniach i czynach. Najsamprzód tylko wspomnę, jakeśmy się z Panem Generałem naszli, bo to ważne, coby zrozumieć, że Pan Generał był mężem o żelaznym charakterze, lecz o sercu miętkim i wrażliwem.
Gdzieś tak chyba będzie w maju 1777 roku mocno i na ament zaprzyjaźnilim się z Panem Generałem Kościuszką. Oj, bralim ciężkie baty od Brytyjczyków tamój, we Forcie Ticonderoga. Potem była krwawa wojaczka pod Saratogą i to budowanie West Point, potem poszli my na Południe, gdzie się obficie krew lała. Dotarlim w wojennym znoju do Karoliny Północnej. No i tam oczom naszym ukazała się żałość i nędza Armii Kontynentalnej pod dowództwem pana George'a Washingtona. Jeszcze do teraz, po latach, widzę łzy, jakie się w oczach Pana Generała zakręcili, kiedy zobaczył, co się z ludźmi wyprawia na plantacjach bawełny w Karolinie Południowej. Nawet żeśmy byli świadkami buntu tych niewolników i jak te ludzie byli gotowe oddać życie w zamian za wolność od kajdanów.
Mi mówił Pan Generał, że tam, gdzie się urodził, to też jest taka niewola, bo chłopi to są przez panów szlachciców traktowani jak tutej my. I to go bardzo bolało. Bo Pan Generał najmocniej to wolność umiłował. Pochodził z kraju, co ta wolność mu była odebrana. Ten kraj się Polska nazywa i natenczas ta republika szlachecka była rozbierana na trzy kawałki. To jakby pokroić cóś żywe i patrzeć, jak krew z niego wypływa. Może i też rozumiał Pan Generał ludzką nędzę, bo pochodził ze szlachetnej, ale biednej rodziny.
No, żem się rozgadał, co tam kajsi za morzem, a chcę gadać, co u nas w Ameryce, bo to mnie najbliższe jak koszula, co ją moja kochana Peggy, mój jasny promyczek, tymi swoimi cudnymi rączkami do bielutka pierze. Peggy to moja druga żona, o trzydzieści lat młodsiejsza, pierwszej było Jane, ale ona już na łąkach niebieskich. Ja bardzo przepraszam, że takie moje pierdoły wtrącam, bo miałem o ważnych rzeczach rozprawiać. To już się bierę w cugle.
A było to tak...
O TYM, JAKEM SIĘ DOWIEDZIAŁ Z GAZETY O ŚMIERCI PANA GENERAŁA
U nas w miasteczku, co się Stockbridge nazywa, jest kilka gazet do czytania. Ja przeczytać całkiem umiem, bo mnie Pan Generał nauczył. Lubiałem zawsze przeczytać gazetę, bo cóś można się z niej dowiedzieć o świecie i ludziach, i co tam w Ameryce się naszej dzieje, cośmy o nią walczyli. Ja najbardziej lubiałem przeczytać "Western Star", bo w "Western Star" rzadko uświadczyłeś "czarnucha". O słowo mi się rozchodzi. A poza tym w "Western Star" od czasu do czasu pisało, co się dzieje z Panem Generałem, no bo Pan Generał walczył o wolność Ameryki, a potem miał we w tej tam Europie różne przygody. Nie wszystko "Western Star" pisało, ale zawsze cóś. Jednego dnia w Roku Pańskim 1795 serce mi stanęło, bo w gazecie napisali, że Pan Generał umarł we więzieniu w Rosji. Ubrałem się w czarny surdut i tak w nim żem chodził przez cały czas, nawet do obory i na pole, jako żałobnik, aż się moja Jane zeźliła.
- Zdejmij to żeż wreszcie, Grippy! - wrzeszczy na mnie moja kochana żoneczka, jeszcze wtedyk była mocno żywotna. ("Grippy" się na mnie mówi tak na co dzień).
Lubiałem nawet, wam powiem, jak Jane się na mnie wydzierała, bo robiła to tak, że się z jej oczów iskry sypali jak z nieba gwiazdy, i zara mi flecik grał wesołą melodyjkę. Ale wtedyk mi nie było do hocków-klocków, bo mnie żałość w sercu ściskała po moim Panu Generale.
- Nie wrzeszcz na mnie, kobieto - rzeczę ponurym głosem. - Ja Panu Generałowi wszystko zawdzięczam i jak mu się umarło, to trza porządnie żałobę odprawić, kobieto - tak mówię.
A Jane swoje:
- To daj na mszę za jego duszę, Grippy.
Zastanowiłem się, czoło mi się zmarszczyło jak woda na naszej rzece Housatonic, kiedy wiater idzie od wzgórz. Pomyślałem se, że muszę faktycznie pogadać z wielebnym Haynesem, coby jakoś zbiorowo się pomodlić w kościele kongregacjonalistycznym. Ja co prawda nie byłem członkiem Pierwszego Kościoła w Stockbridge, i w ogóle żadnego kościoła, bo tak trochu miałem z Panem Bogiem na pieńku, ale za duszę trza się gdzieś pomodlić, tak wypada. I żeby to nawet miało kosztować pińdziesiąt centa, przecież warto tyle zapłacić za zbawienie duszy Pana Generała, co to mu się zmarło we więzieniu tamój gdzieś w Rosji.
Patrzę więc ci ja na moją Jane, widzę, jak się sypią z jej oczów iskry, flecik zaczął przygrywać, jak mówię, chociaż nie powinny mi być w głowie hocki-klocki. No, ale krzepki mus czasami silniejszy od litościwej żałości. Ja was wszystkich przepraszam, że o takich rzeczach opowiadam, co powinny być pod kołdrą ukryte, ale to ma się jakoś do mojego Generała. Jak to się ma do Pana Kościuszki, to się dowiecie później, cierpliwości.
- Grippy, co ty robisz? - pyta moja Jane.
- Kazałaś mi, kobito, zdjąć surdut, to go zdejmuję.
- Ale jakoś ci dziwnie z oczów patrzy.
- Jak mi dziwnie z oczów patrzy? - ja jej na to i już odpinam pasek od spodni. - Normalnie po bożemu mi się patrzy - mówię.
- Grippy! Ty jesteś w żałobie!
- Jane... - ja jej na to szeptem.
- Grippy... - ona mi na to.
Tu muszę przerwać, bo nie uchodzi opisywać, co my robili z Jane, bo to są rzeczy, co jednak powinny zostać pod kołdrą. Jak już to się stało i gwiazdy spadły z oczów mojej Jane na ziemię, to spod moich powiek popłynęły znowu łzy za Panem Generałem Kościuszką. I zara mi przed tymi załzawionymi oczami stanęły te wszystkie lata, cośmy w znoju, krwi i pocie spędzili z kochanym Panem Generałem na wojaczce. Zapadłem się w sobie nie wiem na jak długo, jakbym w studnię wpadł.
- Grippy - mówi mi słodkimi usteczkami moja Jane.
- Co tam? - ja jej na to.
- To się chyba stało.
- Co się stało? - zapytuję.
- No "to".
- Co: "to"? - dopytuję.
Moja Jane odwraca śliczniutką twarzyczkę do mnie i powiada słodziutko:
- Dzieciaka sobie zrobilim. Wreszcie.
Jane mówi "wreszcie" i moja Jane wie, co mówi. Bo na pierwszego dzieciaka długo czekalim.
Już miałem te trzydzieści siedem roków, moja Jane trochu młodsza, ale wiadomo, że czas leci i dzieciaka wyglądalim jak słonka na wiosnę. Nie po to się ten kawalątek ziemi kupiło, żeby nie było tego komu zostawić, jak się pójdzie do grobu. Moja Jane codziennie się modliła do Pana Jezusa, żeby dał nam dzieciaka, ale Pan Jezus, ten, co na krzyżu wisi nad naszym skrzypiącym łóżkiem, to on cóś nie chciał nas wysłuchać.
- Skąd ty, kobieto kochana, wiesz, że my dzieciaka se zrobili?
- Wiem i już.
- I jeszcze mi powiedz, że to synek będzie - rzekłem i żem się w myślach uśmiechnął do tego synka.
- Córeczka - ona mi na to.
Zdmuchłem uśmiech w myślach jak płomyk świeczki, bo wiadomo, że chłopak w gospodarstwie jest pomocniejszy.
- Skąd ta pewność, Jane? - zapytuję jeszcze raz.
- Gdybyś tak często jak ja modlił się do Pana Jezusa, tobyś umiał z nim rozmawiać. Tylko mi, Grippy, nie przerywaj. Umiesz pytlować jak najęty, nasze ludzie ze Stockbridge słuchają cię jak jakiego mądralę, ale do najważniejszych rozmów to się nie umiesz wyrychtować. Ja wiem, co mi powiesz, że ja baba jestem i baba inaczej świat pojmuje, i do innej gadki jest przystrojona. To ja ci powiem, Grippy, że gdybyście wy, chłopy, chociaż tyle mieli uczucia, co brudu za paznokciami, toby ten świat był inszy.
I znowuż sypnęły się jej gwiazdy z oczów, ale mnie już flecik nie zagrał, bo mnie zeźliło takie gadanie, i mówię:
- Uczucia we mnie nie ma? Mnie serce pęka na myśl o Panu Generale Kościuszce.
- "Pan Generał" i "Pan Generał" - żachła się moja żonka. - Ci się łzy kręcą, bo ta wasza wojaczka i wojaczka.
- Co mówisz, kobieto! - Już mi się w gardle zagotowało. - Ta nasza wojaczka to wolność przyniesła Ameryce.
A ona mi na to:
- Ty mnie, Grippy, nie denerwuj, bo przy nadziei jestem, w błogosławionym stanie. "Wolność", gadasz? Ładna mi wolność... - Tu jej się głos załamał, mojej Jane.
Tera nie powiem wam dlaczego, może później opowiem. W każdym razie tyle wam zdradzę, że moja Jane nie urodziła się wolna. I ta niewola wlazła jej w duszę i serce jak drzazga, której nie można wyjmnąć.
Nic się nie odezwałem, bo było mi trochu głupio, i już nie chciałem jej gniewać, mojej Jane, bo jeśli to prawda, że była zaciążona i od paru minut w błogosławionym stanie, mogło to jakoś na duszę dziecka źle zrobić. Jedne, co mi przyszło do głowy, to:
- Kocham cię, Jane.
A ona mi na to:
- Ty lepiej wstań, Grippy, i ubierz się w surdut, i idź do wielebnego zamówić mszę na niedzielę za tego twojego Pana Generała. Nie! Nie całuj mnie. Ściąg koszulę. No, żeby chłop w koszuli robił dzieciaka, a ja potem muszę ją prasować...
O TYM, JAKEM ZAMÓWIŁ MSZĘ ZA PANA GENERAŁA
No i żem poszedł do wielebnego po prośbie, coby odprawił nabożeństwo za duszę kochanego Pana Generała Kościuszki. Wielebny od Pierwszego Kościoła w Stockbridge, Lemuel Haynes, był młodsiejszy ode mnie, ale miał już wokół oczów bruzdy zmarszczek od mądrości. I to ładnie się zgrywało z twarzą pastora, bo wielebny ma brązową twarz, bo jest Mulatem. Ojciec wielebnego Haynesa był czarny i przywieziono go w kajdanach z Afryki. Jak to się stało, że się tatuś wielebnego zetknął ze Szkotką, tego nie wiem, bo ja tam nikomu pod kołdrę raczej nie zaglądam. Ale u nas w Stockbridge języki są luźne jak puszczone lejce, no to mi się o uszy obiło, że czarnemu tacie i białej mamie odebrano niemowlę i dano na wychowanie jakimś białym farmerom. I ten brązowy chłopaczek okazał się nieziemsko zdolny, i pokończył studia, na księdza się wyuczył. On, wielebny Lemuel Haynes, to on nawet po grecku umie i po łacińsku. Ale to nie wszystko. Wam powiem, że wielebny też bił się za Amerykę w Armii Kontynentalnej. Cud, że nie zginął, boby nie został w Stockbridge proboszczem. Pewnie się trochu dziwicie, że mamy proboszcza półczarnego. No tak u nas już jest, w naszym miasteczku, że wierni wybrali proboszcza Mulata (ja nie wybierałem, bo do kościoła wtedym nie chodził). U nas w Stockbridge nie to, żeby zara biali słodzili czarnym, jak moja kochana druga żoneczka Peggy słodzi lemoniadę miodem, co to, to nie. Jakby nasze Stockbridge było lemoniadą, to ta lemoniada byłaby gorzka. Alem się za bardzo rozgadał i zjechał z gościńca jak pijany woźnica.
A to było tak...
Wzionem pińćdziesiąt centa z pudełka po tytoniu, w którym żem trzymał piniędze na czarną godzinę, i poszłem do wielebnego. Wielebny mieszkał tamój niedaleko, gdzie jest indiański cmentarz. Bo trzeba wam wiedzieć, że nasze miasteczko to ono takie bardziej najsamprzód indiańskie było. Mieszkali tu indiańce od Mohikanów, Wappingerów i Mohawków, a białych było mniej, a czarnych jeszcze mniej. To się nie dziwcie, że był całkiem spory indiański cmentarz, na którym później chowano wszystkich. Ale pewno ciekawość was bierze, dlaczego wielebny sobie umyślił mieszkać pod bokiem indiańskich nieboszczyków. Ja tam pod kołdrę i w duszę raczej nikomu nie zaglądam, ale mnie się widzi, że wielebny chciał indiańców jeszcze po ich śmierci nawracać na Pana Jezusa. Żem znowu zboczył z drogi jak napity furman. Już się bierę w cugle. O czym to ja?
Aha. Idę do wielebnego (tylko trochu mi głupio, bo w kościele mnie nie uświadczysz), wchodzę na werandę, pukam do drzwi i sam wielebny mi otwiera i staje w progu.
Pogoda była tego dnia ładna. Na srebrzystych skroniach wielebnego osiadły złote słoneczne nitki. Gdyby ta siwizna była śniegiem, toby się płatki rozpuściły pewnikiem.
- Witaj, Grippy - mówi wielebny Haynes, ale jakoś tak ponuro, co dziwne, bo zawsze nasz wielebny jest uśmiechnięty.
- Ja do wielebnego z...
Wielebny mi przerywa, co dziwne, bo nasz wielebny nigdy nie przerywa, jak się do niego gada.
- Wiem, z czym do mnie przychodzisz, Grippy - mówi i ustępuje z progu, i robi taki ruch ręką, jakby kosił sierpem pszenicę.
Wchodzim do środka, najsampierw robi mi się ciemno przed oczami, bo tak zawsze jest, jak się wejdzie ze słońca do cienia, potem mi się robi już jaśniej, a potem znowu ciemno, bo co widzę: na dębowym stoliczku leży rozłożona gazeta, znaczy się "Western Star". A w gazecie wiadomość, że Tadeus Kosciusko nie żyje. Wielebny podsunął mi krzesło pod tyłek, żebym sobie klapnął. Milczę, jakby mi kto dratwą zaszył gębę.
- To twój ukochany dowódca umarł - przerywa ciszę wielebny, wskazując na gazetę.
- Właśnie - odpowiadam półgębkiem.
- Pewnie ci serce pęka?
- Właśnie.
- I pewnie przyszedłeś po pociechę?
- No - bąkam pod nosem, bo ja do kościoła nie chodzę, a tu niby przyszłem po pociechę.
- I ja mam cię pokrzepić pociechą?
- Właśnie. - Wyciągam z kieszeni surduta pińdziesięciocentówkę i mówię: - To za duszę mojego Pana Generała, coby tę duszę do nieba sprowadzić albo jaki cud sprawić.
I w tym momencie oczy wielebnego Haynesa nabiegają krwią, jakby się wilczymi oczami zrobiły.
Takem się zestrachał, że chciałem rzucić pińćdziesięciocentówkę na gazetę, ale się nie zestrachałem do końca. Pomyślałem se, że wielebny zły na mnie, bo jak to - taki Agrippa Hull omija kościół szerokim łukiem, a tera po prośbie do księdza przychodzi, jak wtedyk, kiedy my ślub z Jane brali. Ale źle oceniłem wielebnego Haynesa, bo on w ogóle mojej niewiary się nie czepił.
A potem było tak na mszy w kościele. (Przeczytam, bo te słowa wielebnego zapisane byli w gazecie, tylko okulary se włożę. Tę gazetę żem zachował na wiecznej rzeczy pamiątkę).
"Ile warta jest dusza człowieka? Pięćdziesiąt centów? Zapytuję: może dolara? Może sto dolarów? Może tysiąc? A może kilkanaście tysięcy? Ile jest warta dusza żołnierza, który walczył za naszą wolność? Ile trzeba krwi i potu wylać, żeby to wyliczyć? Ile jest warta obrona wolności nas wszystkich? Nas, białych, czarnych, czerwonych i ludzi o wszelkich barwach skóry i duszy. A może barwa skóry i duszy ma inną cenę? Może jedna jest droższa od drugiej? A czy krew murzyńska jest innego koloru niż krew białego człowieka? Otóż powiadam wam: widziałem wiele krwi na wojnie. Wsiąkała w ziemię toczona z białych, czarnych, indiańskich żył, a była jednako szkarłatna. A teraz posłuchajcie. Posłuchajcie uważnie każdego słowa: "My, Naród Stanów Zjednoczonych, w celu tworzenia doskonalszej unii, ugruntowania sprawiedliwości, zapewnienia spokoju wewnętrznego, umożliwienia wspólnej obrony, popierania ogólnego dobra i zagwarantowania dobrodziejstw wolności dla nas samych i dla naszych potomków, uchwalamy i ustanawiamy niniejszą Konstytucję Stanów Zjednoczonych Ameryki". Każde słowo tu jest warte nie pięćdziesiąt centów, nie sto dolarów, nie tysiąc! Każde słowo warte jest naszej krwi. Ale wszyscy z nas powinni oddać życie za najważniejsze słowo, które tu padło. To słowo brzmi "wolność". Wolność dla każdego. I tako rzecze nasza Deklaracja Niepodległości: "Uważamy następujące prawdy za oczywiste: że wszyscy ludzie stworzeni są równymi, że Stwórca obdarzył ich pewnymi nienaruszalnymi prawami, że w skład tych praw wchodzi prawo do życia, wolności i dążenia do szczęścia". Amen". Ament.
Takie to było kazanie naszego proboszcza ze Stockbridge, wielebnego Lemuela Haynesa na niedzielnej mszy odprawionej za duszę Pana Generała Tadeusza Kościuszki.
Wyszlim pod ramię z moją kochaną Jane z kościoła. I zara nas zaczepił pan Sedgwick. O panu Sedgwicku cóś dalej wam opowiem, ale jeszcze nie tera, bo to insza historia. Tyle mogę szepnąć, że dorabiałem se na jego farmie, bo z mojego lichego poletka nie szło wyżyć. No to pan Sedgwick zaczepia mnie i mówi:
- Jak ci się, Grippy, podobało to kazanie czarnucha?
Przełkłem gorzką ślinę i mu odpowiadam, panu Sedgwickowi:
- Sir, wielebny Haynes jest w połowie czarny, a w połowie biały. Mnie się podobała moja czarna połowa. A panu pewnie ta biała.
Ukłoniłem się i poszłem z moją Jane pod rękę. A potem się okazało, że zdarzył się cud, bo okazało się, że Pan Generał żyje. Może dlatego, że Pan Jezus zobaczył w kościele niedowiarka.
O TYM, JAK PAN GENERAŁ OŻYŁ I WOŁAŁ PANA THOMASA JEFFERSONA
Mówię wam, ludzie, uważajta, co czytacie po gazetach, bo potrafią kłamać jak najęte. Cała ta straszna wiadomość, że Pan Generał wziął i umarł w rosyjskim więzieniu, okazała się bujdą. Trochu szkoda mi było czarnego surduta, co w nim chodziłem w fałszywej żałobie, bo się umemłał i moja Jane darła na mnie buzię. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. No bo nasz wielebny piękne miał kazanie i panu Sedgwickowi w pięty poszło. U pana sędziego Sedgwicka, jak jużem wspomniał, służyłem, żeby se dorobić, jako kamerdyner i majster od wszystkiego, bo ja mam dwie prawe ręce, co umią wszystko zrobić przy gospodarstwie. Pan Theodor Sedgwick to on taki dziwny człowiek jest, bo z jednej strony trzepie jęzorem na czarnych, ale z drugiej strony stać go, żeby cóś dobre dla nas robić.
Tu wam powiem, że gdyby nie pan Sedgwick, tobym się nie naszedł z moją Jane. Bo moja Jane uciekła od białego pana, co ją bił, i pan Sedgwick ją wybronił, bo on adwokat, i odebrał właścicielowi (pan Ingersoll się ten okrutnik nazywał), i przyjął Jane do siebie na służbę, i tam my się naszli. No tak już jest z tym panem Sedgwickiem. Ale co to ja chciałem?...
A że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. No bo jakby to "Western Star" nie nabajdurzyło, że Pan Generał Kościuszko wziął i umarł, toby my z Jane się nie pokłócili. A jak my się pokłócili, to z oczów mojej kochanej Jane sypnęli się gwiazdy. A jak mojej żoneczce sypnęli się gwiazdy, to my se dzieciaka zrobili. I tak myślę, że z fałszywej śmierci prawdziwe życie się narodziło. O, i tyle mam na boczku do powiedzenia, a czas wracać do Pana Kościuszki, bo on tutej najważniejszy.
To było zara na początku drugiej połowy sierpnia Roku Pańskiego 1797, kiedy statek "Adriana" przybył do Filadelfii. Miałem wtedyk trzydzieści osiem roków i jeszcze mi flecik potrafił żwawo zagrać. Ja to tak trochu po swojemu będę zabarwiał, bo lubię, żeby było, jak gdybyście tam byli i na własne oczy wszystko widzieli.
No więc gorąc się z nieba leje jak złocisty rosół. Ta "Adriana" dobija do nabrzeża.
Jest taka dziwna sprawa z tymi statkami i okrętami, które przez ponad dwa miesiące płyną od Europy. Trochu mi głupio o tym mówić, ale one śmierdzą, te statki. No możecie se wyobrazić, ile smrodu od potu, rzygowin i - za przeproszeniem - od gówien wsiąka w deski pokładu, jak się tak długo płynie bez ocean. Różne ludzie mi mówili, że jak dobijały statki do Charleston z ludźmi porwanymi z Afryki, to już na milę od morza wionęło smrodem, bólem, upokorzeniem i śmiercią. Tak dopłynęli do tej naszej Ameryki moja kochana mamusia i mój tatuś, afrykański książę, co go w kajdany zakuli. Nas dwanaście milionów podobnież razem z tym bólem i łzami na śmierdzących statkach przywieziono tutej. Ale wracajmy na nabrzeże w Filadelfii, gdzie dobija "Adriana".
Statek okrutnie capi. Się zebrali na pokładzie marynarze wszystkie, otworzyli japy i wrzasnęli trzykrotnie: "Niech żyje Kościuszko!". Tamój, na brzegu, stoi gęsty tłum i odpowiada trzy razy: "Niech żyje Kościuszko!".
Niektóre łamali se języki przy tym okrzyku, a żeż ich mać, nie powinni, bo Pan Generał to było już nazwisko, że ho, ho, i każden jeden powinien był się z nim uporać, tak jak ja się uporałem.
Nagle wszystko milknie, jakby głosy sierpem skosił. Ludzie patrzą, jak z trapu schodzi Pan Generał. Co ja mówię: "schodzi". Znosi go jakieś wielgachne chłopisko. Zara, jak już są na brzegu, to się znajduje krzesło, fotel albo cóś, i Pan Generał przysiada ledwo żywy na tym czymś.
Musiał ten statek "Adriana" zionąć bólem, bo Pan Generał Kościuszko był niemiłosiernie zbolały i cierpiący. Jeszcze nie powiem, dlaczego Pan Generał był taki umęczony, poczekajcie. Pewnie wam się po głowach plącze pytanie, że jak nie od morskiej tułaczki tak był zmitrężony, ale jakimiś wcześniej zadanymi bólami, to po co wsiadał na ten statek i zadał sobie jeszcze większe cierpienie? Wszystko się wyjaśni, ale po kolei.
Rozgląda się Pan Generał po otaczających go ciasno ludziach i pyta słabym głosem:
- A gdzie Jefferson?
Odpowiada mu milczenie i wzruszenie ramion. To Kościuszko zapytuje raz jeszcze, tylko mocniej, bo Pan Generał potrafił gruchnąć mocnym głosem:
- Pytam, gdzie jest pan wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Thomas Jefferson?! Dlaczego go tutaj nie ma?!
I znowu milczenie, jakby wszystkich zatkało korkiem albo cóś. Wtedyk z oczów mojego Pana Generała popłynęły łzy. Po jednej z każdego oka. Popłynęły i potoczyły się po bladych, zapadniętych policzkach. Muszę wam ze smutkiem powiedzieć, że Pan Generał miał pińćdziesiątkę na karku, ale ten kark był tak przygięty, jakby już ze siedemdziesiąt roków Pan Generał nosił na nim kamień jakiś. I ten widok, i ten smutek, i ten ból w oczach, i te łzy toczące się po bladych, pomarszczonych policzkach - to ponoć był straszny widok. Pana wiceprezydenta Jeffersona, przyjaciela od serca, nie było wśród witających we Filadelfii, na brzegu Ameryki, co to o jej wolność Pan Generał walczył i głowę nadstawiał. Może serce pęc z żałości.
Ja, jak mi opowiedzieli o tym przyjeździe Pana Kościuszki i nieszczęsnym jego widoku, to se zadawałem to pytanie sto razy: dlaczego pan Jefferson schował się przed Panem Generałem jak mysz w dziurze?
O TYM, JAK ŻEM CHODZIŁ PO IZBIE Z KĄTA W KĄT, I O RYCERSKIM PISTOLECIE
Pan Generał zatrzymał się w Nowym Jorku w domie pana generała Horatia Gatesa, pod którym służył podczas naszej wojny, tej przed laty. Jakem się dowiedział, że Pan Generał jest żywy i do Ameryki zawitał (a wzmiankował to ten sam "Western Star", co wcześniej nabajdurzył o jego śmierci), to mnie zaczęli mrówki po nogach latać. Chodzę ci ja po izbie w te i nazad i miejsca se nie mogę znaleźć.
- A ty co, Grippy? Terpentyną żeś se tyłek natarł? - mówi moja Jane i przykłada cycka do buzi Jamesa.
Bo wtedyk mieli my już dwoje dzieciaków. Najprzód wreszcie u nas na świat przyszła dziewczynka, Charlotte jej na imię dalim, a potem chybcikiem chłopaczek James na ten boży świat wyskoczył. No i dobrze, żeśmy się doczekali chłopaka - cieszyłem się - bo będzie kto mógł robić przy gospodarstwie. Nie to, że ja bym miał cóś naprzeciw, że pierworodny dziecek to dziewczynka, co to, to nie. Jak Charlotte na świat przyszła, to miałem ochotę upić się Pod Wstrząśniętym Młynem, ale się nie upiłem, bo ja nie piję, bo mi się język plącze przy gadaniu, a ja lubię gadać. No w każdym razie byłem szczęśliwy, że Charlotte zawitała na ten nasz świat, tylko że się przez tydzień bez przerwy darła, bo miała kolkę.
No i chodzę po izbie jak wilk w klatce, Jane mówi, że mam tyłek wysmarowany terpentyną, a ja tylko burczę pod nosem. Wreszcie Jane odstawia Jamesa od cycka, bo się nażarł i zasnął jak aniołek, i moja żonka staje przede mną, i tak mówi:
- Ty weź ten swędzący tyłek w troki, Grippy, i jedź się spotkać z tym swoim generałem.
Ja jej na to:
- Dach na oborze u pana Sedgwicka przecieka. Muszę go naprawić.
- Idź do pana Sedgwicka i gadaj z nim, coby cię puścił - Jane mi na to.
- Nie mam śmiałości - ja jej na to.
Jane zagarnia lewą ręką rąbek sukni, tak jakoś złośliwie, prawą kładzie Jamesa do kołyski i chowa cycka w gorsecie.
- Się weź w garść, chłopie. Pan Sedgwick nie gryzie i czasami ma miętkie serce.
- No nie pójdę. Jakoś mi nie tego.
Tera moja Jane obiema ręcami zagarnia sukienkę już całkiem zezłoszczona i odwraca tę swoją buziuchnę prosto w mój nos.
- Ty chcesz, żebym ja tu zdurniała przez ten twój bzik? Trzeci dzień tak chodzisz z kąta w kąt i dzieciakom spać nie dajesz.
- Co robisz, Jane?
- Idę.
- Dokąd?
- Do pana Sedgwicka.
- Zostań, kobieto.
- Ani mi się rusz, Grippy. Ja to załatwię.
Jane znowu zamiata suknią deski w izbie i wychodzi. Pewnie by chciała trzasnąć drzwiami, ale nie trzaska, bo dzieciaki śpią. Ale długo nie śpią. To znaczy pierwsza się obudziła Charlotte i oczywiście drze się wniebogłosy. To potem na ten wrzask budzi się James i oba się drą, jakby zara miał być koniec świata. Biorę Charlotte na ręce i ją kołyszę, ale to nic nie daje. Buntowniczka jedna od narodzin, Jezu Chryste. Pewnie cycka chce, ale ja przecież nie mam cycka. No to ją kołyszę. To trochu Charlotte się cichnie. No to James tera zaczyna koncert. No to włącza się Charlotte i dają duet na dwa rozwrzeszczane gardła. Wtedyk przychodzi mi do głowy, żeby cóś zanucić. Ale ja tam nie umiem takich kołysanek, jak umie je moja Jane. Więc nachodzi mnie, żeby zaśpiewać Yankee Doodle, co to śpiewalim na złość Brytyjczykom pod Saratogą, jak składali broń i szli do niewoli. I wiecie, że podziałało, chociaż ja fałszuję jak popsuta katarynka.
Jedno i drugie, Charlotte i James, się zamkli. Wtedyk znowu zacząłem krążyć po izbie jak wilk w klatce, jakbym odmierzał kroki dzielące mnie od Stockbridge do Nowego Jorku, gdzie się zatrzymał Pan Generał.
I się nagle drzwi otwierają, i staje w nich Jane, i mówi:
- Zgodził się.
Patrzę na Jane i mówię:
- Kocham cię, Jane.
A ona mi na to:
- Dobra, dobra. Pan Sedgwick się zgodził, bo przyjechał do niego umyślny od generała Gatesa, czy jak mu tam, z poleceniem od tego twojego generała, żebyś się stawił u niego, bo ma jakąciś ważną sprawę.
- Do... mnie... sprawę? - wydukałem. - Pan Generał Kościuszko?
- No chyba nie do mnie - Jane mi na to. I dodaje po chwili: - Więc ty nie mnie dziękuj, Grippy, ino Panu Bogu.
- A niby za co ja mam Mu dziękować?
- Za zrządzenie losu.
Następnego dnia, zamiast się zastanawiać nad zrządzeniami losu, to wyjmnąłem pistoleta z szuflady komody, co żem ją sam zbił z sosnowych desek. Był w szkatule zamykanej na kluczyk. Sprawdziłem, czy aby kuli nie ma w lufie i czy zamek skałkowy odbija jak należy. Odbijał jak należy, ale na wszelki wypadek naoliwiłem spust, bo wydawało mnie się, że trochu zgrzyta. Moja Jane patrzyła na to z ukosa i ponuro milczała. Ale w końcu nie wytrzymała, żeby nie pyszczyć.
- To będziesz strzelał do generała?
- Dajże spokój, kobieto. Co ty mówisz? - zeźliłem się.
- To na co ci to żelastwo?
Odłożyłem pistoleta na stół i zajrzałem mojej żonce prosto w te jej harde oczęta.
- Ile razy ci już mówiłem, że to jest niezwyczajna broń.
- Znowuż tym żelastwem chcesz se biedy napytać?
- Nie twoja rzecz, kobieto.
- Jak tam sobie uważasz. Ino potem nie biadol, że na ciebie Pan Bóg krzywo patrzy. - Wzruszyła ramionami.
Mnie to jeszcze bardziej zeźliło, w gardle mi się złość zagotowała, ale ją jakoś przełknąłem, bo dzieciaki spali i nie było co głosu podnosić. Ja zresztą nie lubiałem na Jane krzyczeć, Jane lubiała na mnie głos podnosić, taka już z niej była rogata natura, świeć Panie nad jej duszą.
Tu wam muszę powiedzieć, że Pan Generał nigdy na mnie głosu nie podnosił. Pan Generał prawie w ogóle nie podnosił głosu. Ino jak był zeźlony, to mu się czoło marszczyło i ten jego zadarty nos robił się jeszcze bardziej zadarty, i Pan Generał warczał takie polskie przekleństwo jedne. A jak go smutek ogarniał, to mu się w oczach chmury gromadziły i z oczów znikał błękit. Bo Pan Generał miał błękitne oczy.
Ale, ale. Ja o tym pistolecie skałkowym, com go położył na stole, słóweczko chciałem wspomnieć. No to powtórzę, com rzekł mojej Jane.
- To jest - mówię przez zaciśnięte zęby, aż mnie szczęka boli - pistolet, com go dostał w prezencie od Pana Generała.
- Aha - odpowiada Jane i dalej wzrusza ramionami, jakby to była mucha, co lezie po ścianie, a nie wielka pamiątka.
- To jest ze Szkoły Rycerskiej jeszcze.
- Wiem, wiem. Sto razy żeś mi o tym bajtlował - ona na to i patrzy na ten cenny przedmiot jak na tę muchę, co lezie po ścianie wte i nazad. - Ze Szkoły Rycerskiej, mhm - mruczy Jane.
- W Polsce, we Warszawie. - Trzymię nerwy na postronku.
- Mhm - mruczy pod nosem nadal, a mnie już złość mija, bo jak Jane może zrozumieć, co dla mnie znaczy ten rycerski pistolet.
Tak sobie myślę, że drugiemu człowiekowi trudno zrozumieć, co inny człowiek ma w sercu. Bo to, co masz w sercu, to tylko twoje, i żebyś nie wiem jak się wysilał, żebyś spuchnął z tych wysiłków, to nie potrafisz oderwać tego kawałka serca i włożyć go w serce drugiego człowieka. Zawsze zostaniesz sam ze swoim smutkiem, radością, wspomnieniem, pamięcią, bólem albo szczęściem. To, co dla ciebie jasne, dla drugiego może być mętne, co dla ciebie pamiątką najmilszą, dla drugiego bzdetem, muchą lezącą po ścianie.
Patrzę ci ja na tego rycerskiego pistoleta, wracam wspomnieniem i mam w oczach Pana Generała. I widzę, jak się po ciężkiej wojaczce we Filadelfii żegnamy i padamy se w ramiona, i na to inne żołnierze gały wytrzeszczają, bo się czarny wojak obejmuje z białym oficerem. I ja mówię:
- Panie Generale, a zobaczym się kiedy jeszcze?
- Bóg jeden wie, Grippy - Pan Generał odpowiada.
- Jeśli Bóg jest miłościwy, to nas jeszcze ze sobą zetknie - mówię.
Zamyślił się Pan Generał, tylko żem nie wiedział, czy myśli o Panu Bogu, czy o tych ścieżkach, które prowadzą ludzi do siebie.
I nagle Pan Generał Kościuszko wyjmuje zza pasa tego rycerskiego pistoleta i mówi:
- Weź to na pamiątkę, Grippy.
Mnie dech w piersiach zapiera, bo wiem, co to za pamiątkowa broń, bo mi Pan Generał wcześniej już opowiadał. Ale oprócz tego jeszcze mi w gardle miętka gula utkwiła, bo ja żem podczas całej wojny nie miał własnej broni. Takiej, co tylko mnie i nikomu innemu się przynależy.
- Ale ja... nie... mogę tego wziąść - dukam.
A Pan Generał wciska mi pistoleta w dłoń.
- To rozkaz, Grippy.
- Jak rozkaz, to rozkaz, Panie Generale.
- Ale niech ci służy po sprawiedliwości, a nie... No wiesz, Grippy, co ci będę gadał.
- Ta jest, sir.
Zasalutowałem. Przeciągłem dłonią po lufie. Ale po prawdzie to było dotknięcie jakby czegoś żywego.
Głupio tak mówić, bo pistoletem się ukatrupia, a nie daje życie, ale dla wojaka to inaczej wygląda, sami wiecie. Chowam tego pistoleta za paskiem, patrzę w oczy Pana Generała i...
Tera wam nie powiem, o co jeszcze chodziło później z tym pistoletem - i o co burczała Jane ze złością - bo mnie gula znowuż w gardle staje.
Może kiedy indziej to opowiem.
O TYM, JAK USYPIAŁEM MOJĄ CÓRCIĘ CHARLOTTE
Żem się zbierał do wyjazdu, coby się spotkać z Panem Generałem, a lubieję przed podróżą se porządnie pospać, bo sen to jest pokarm dla duszy, co nie? A tu nasza Charlotte nie daje oka zmrużyć i drze się jak stare prześcieradło. Ja wiem, że zara James rozedrze się po siostrze i będzie koncert na dwa podarte prześcieradła.
- Grippy - gada moja Jane - ja już sił nie mam do tych dziecków. Zrób cóś z tym, kochanie.
- Co mam zrobić? - zapytuję zeźlony, a James kopie przez sen giczałami w kołysce.
- Bajkę opowiedz albo cóś.
- Bajkę? A o czym ci ja mam niby bajkę opowiedzieć?
- Sam cóś wymyśl. O smoku jej opowiedz.
- O smoku? - Żem się obruszył. - To mi się jeszcze bardziej rozedrze.
- To o jakimciś rycerzu, co tego smoka zadziabał. Weź, opowiadaj, Grippy, bo ja już nie mogę.
- O rycerzu mówisz, złotko?
Przysunąłem się z zydlem do kojca Charlotte. Popatrzałem przez szczebelki na tę pućkę i gadam:
- Ci opowiem, kurczaczku, o pewnym rycerzu. Chcesz?
Charlotte zamkła dzioba, wyciągła rączki, jakby mnie chciała złapać za nosa.
- Był taki jeden chłopaczyna za morzem - zaczynam cichuśko. - Się urodził w biednej chacie. I tak tego... - Pozbierałem myśli, coby ciąc dalej gadkę. - Jak już urósł i miał trochu oleju w głowie, krzepy w mięśniach i wichru w duszy, to se umyślił, że chce być rycerzem. No to poszedł do szkoły, gdzie się uczyli na rycerzów. Ale jak już został rycerzem, to się okazało, że dla rycerza nie ma roboty.
- Ga-ga, gu-gu - mi na to Charlotte i ciągle nie chce spać.
- A gdzie smok? - pyta, ziewając, moja Jane.
- Smok się czaił i chciał połknąć królestwo tego rycerza, ale jak żem powiedział, nikt nie pragnął, coby ten rycerz zamachał mieczem. No to rycerz wziął dupę w troki i...
- Jak ty się do dziecka wyrażasz, Grippy? - mi dogaduje Jane.
- A ty śpij, bo to nie dla ciebie bajka - ja jej na to i ciągnę: - To ten rycerz pojechał do innego kraju. A tam się gadało, że wszystkie ludzie są równe, i to sobie rycerz zapamiętał, no nie? Po paru latach wrócił do kraju mądrzejszy, ale nędza go dalej nie opuszczała. To się najął na nauczyciela i dawał lekcje.
- Z machania mieczem? - pyta Jane i już nie ziewa, bo ją moja bajka zaciekawiła.
- Nie. Z matematyki i z takich różnych innych mądrych rzeczy. No i ten rycerz się zakochał w swojej uczennicy, jednej pięknej pannie Ludwice od bogatego ojca. I chciał się żenić. Ale ten bogaty pan powiedział, że "synogarlice nie są dla wróbli". Tymczasem rycerz nie był w ciemię bity i postanowił porwać piękną pannę. Niestetyż to się nie udało, bo ojciec panny odbił córkę. Panna na odchodne dała rycerzowi chustkę i pukiel swoich włosów.
- No, ale co z tym smokiem? - gęga mi Jane.
- Ciszej, złotko - mówię zeźlony, bo Charlotte ani myśli zmrużyć oczków, a James ciągle się wierci w kołysce. - Dowiedział się rycerz, że drugi smok jest za morzem, i se pomyślał, że jak ludzie nie chcą, żeby dziabnąć tego smoka, co po sąsiedzku zionie ogniem, to będzie walczył z tym smokiem zamorskim. Wsiadł na okręt i wyruszył za morze. Aż tu nagle rozpętał się sztorm i ten okręt cały się roztrzaskał o rafę. Wszystko mogło się skończyć w falach i głębinach. Chycił się rycerz połamanego masztu i dopłynął do brzegu wyspy. A potem... A potem...
Zmogło mnie do snu tą bajką, aż mnie powieki opadli.
- Nie śpij, Grippy. Gadaj, co potem.
Ockłem się.
- Na czym to ja skończyłem? A, Pan Generał udał się do portu Saint-Peter, czy jakoś tak, wynajął u rybaków łódkę i tą łódką przypłynął do Filadelfii. Niemożebne? No, możebne. To było jakoś tak, z tego, co mi Pan Generał mówił, już pod koniec sierpnia 1776 i już my mieli podpisaną Deklarację Niepodległości...
- No ja wiedziałam, że ty o tym swoim Kościuszce bajkę opowiadasz.
Nic już dalej nie słyszę, bo mi głowa opada obok szczebelków, gdzie zasnęła słodko Charlotte. I śni mi się, że Pan Generał już we Filadelfii. I jak raz idzie do drukarni pana Benjamina Franklina. Opuszcza okulary pan Franklin i patrzy na Kościuszkę, co stoi w progu, a gość przedstawia się i mówi, że chce walczyć o Amerykę.
- Ma pan, panie... - Pan Benjamin Franklin próbuje wypowiedzieć nazwisko Pana Kościuszki, ale za nic mu to nie wychodzi, więc pan Franklin mówi: - Czy ma pan, panie kapitanie, jakieś listy polecające?
- Nie mam.
- No to wielka szkoda.
- Ale ja zamiast listów mam talent.
- Jaki? - pyta pan Benjamin Franklin i poprawia okulary na nosie, coby się lepiej przyjrzeć Polakowi.
- Inżynierskie mam umiejętności i wiem, jak to na wojnie wykorzystać.
Zastanawia się pan Benjamin Franklin i oczami zamiata Kościuszkę z góry na dół, a potem z dołu do góry.
- Jakie ma pan pochodzenie, panie Kosc..., ekhm, panie kapitanie?
- Jestem szlachcicem.
- A jakie poglądy?
Zastanawia się Pan Kościuszko i mówi po chwili:
- Wolność, równość, braterstwo.
- I po to płynął pan z Europy?
- Tak, sir. Proszę mnie przeegzaminować z moich umiejętności.
Zastanawia się pan Benjamin Franklin i mówi po chwili:
- Mamy tu takiego jednego. On nie inżynier, co prawda, ale mierniczy.
No i ten nie inżynier, a mierniczy przeegzaminował Pana Kościuszkę i Pan Kościuszko zdał ten egzamin, i zara już przez Kongres i Wydział Wojny został wcielony do armii. I tak to się zaczęło.
O TYM, JAK MY PADLI SOBIE Z PANEM GENERAŁEM KOŚCIUSZKĄ PO LATACH ROZŁĄKI W RAMIONA
Z naszego Stockbridge do Nowego Jorku to jest jakie sto pińćdziesiąt mil. Na kuniu chyba jechałem ze dwa dni, aż se tyłek obtarłem, bo dawnom w siodle nie siedział. Może trochu więcej jechałem niż dwa dni, nie pamiętam dokładnie. Ale pamiętam, że było pięknie na świecie, bo to był wrzesień. Mijałem złociste pola kukurydzy, gdzieś tamój pszenica jak platyna, a tamój znowuż sady gruszków, jabłonek, a tamój napęczniałe sokiem brzoskwinie. I takem sobie myślał, że Pan Bóg jest dobry, że takie cuda na ziemi robi, ale też jest zły, że w tę ziemię musi krew wsiąkać i połamane szrapnelami kości robią za nawóz dla tej kukurydzy i pszenicy.
Nie żeby często, ale czasami bąkałem o tym mojej Jane, żeby jej powiedzieć, że Pan Bóg nie tylko jest miłosierny, ale i niemiłosierny. Moja Jane na to, że grzeszę i gadam bluźnierstwa, bo to, co złe, to szatan robi. A ja jej na to, że jak Pan Bóg taki wszechmogący, to niech tego diabła za gardło chyci i go udusi, i nie będzie już zła na świecie. A ona mi na to, że jakby nie było zła, toby nie było dobra, bo wszystko by było nijakie i człowiek nie rozpoznałby, co dobre, a co złe. I takie tam mi prawiła farmazony, a ja i tak wiem swoje, bo na wojnie byłem i jestem mądrzejszy, bo się na to złe napatrzyłem. Swoją drogą, jaka ta moja Jane litościwa była wobec losu, co jej Pan Bóg ten los sprawił. Bo moja Jane była w niewoli i musiała uciec z Lenox (to jakie siedem mil od naszego Stockbridge) od okrutnego pana, bo ją bił.
Ale powiem wam, że onego wrześniowego wieczora tak sobie o Panu Bogu raźniej żem pomyślał, bo On sprawił, że Pan Generał żyje i pewnie się zara z nim spotkam, i dowiem się, co to za ważną sprawę do mnie ma.
W końcu dojechałem kłusem do Manhattanu od północnej strony, gdzie tamój mieścił się dom generała Gatesa. Mogę wam powiedzieć, że to była bogata farma jak nie wiem. Miała dwieście akrów, sad jabłonkowy, ogród i warzywnik, sześć krów, trzy kunie. No mówię wam, zacne gospodarstwo. Ale to przecież generał Horatio Gates był, co pod nim walczylim w bitwie o Saratogę. A tera generał Gates gościł mojego Pana Generała.
Żem zatrzymał klaczkę, co mi ją użyczył na podróż pan Sedgwick. Staję ci ja przed bramą, a przy bramie pręży się czarny strażnik uzbrojony w długaśniego sharpsa z bagnetem i burczy w moją stronę:
- Czego tu?
- Ja do Pana Generała Kościuszki - mówię.
Ten ze sharpsem zaczyna się śmiać i łamie se język:
- No i patrzcie go, czarnucha! Do generała Kost... cus... ka!
- Ty się, żłobie, naucz wymawiać porządnie: Ta-de-usz Koś-ciusz-ko.
Trzeba było zobaczyć jego minę, jak my się rzucilim w ramiona z Panem Generałem. Tylko byłem cholernie ciekawy, po co mnie on wezwał, ale postanowiłem nie pytać, ino czekać, aż sam mi to powie.
O TYM, PO CO PAN GENERAŁ KOŚCIUSZKO ZAWITAŁ DRUGI RAZ DO AMERYKI, I O KAWIE
Serce mi się ścisło, jakem zobaczył Pana Generała. Bo przecie Pan Generał był nie tak stary, a wyglądał na dziadka. Poruszał się o dwóch laskach, a na czole miał zawiązaną czarną szarfę, coby przykryć bliznę pewnikiem. Straszne rzeczy spotkały Pana Generała w ojczyźnie, w której walczył o wolność. Bo to było tak...
Tamój jego Polska była rozłupiona na trzy kawałki, między Rosję, Habsburgów i Prusaków, i Pan Generał Kościuszko zrobił powstanie, coby jego Polska ocalała. Ale to się nie udało i koniec końców Pan Generał padł okrutnie ranny w jednej bitwie, a potem trafił do carskiego więzienia. Tymczasem zrządzeniem boskim siedział przede mną z jakąciś ważną sprawą, schorowany, prawie bez władzy w nogach, pocięty szablami, podziurawiony pikami, z potwornym bólem w głowie i w sercu. (Te wszystkie okropne wiadomości o losie Pana Kościuszki dotarły do naszego Stockbridge. Jakeśmy obchodzili święto Niepodległości 4 lipca, to nasz taki jeden polityk przemawiał na rynku i mówił, że Pan Kościuszko równy Washingtonowi. Nawet raczył się do mnie ukłonić, mówiąc, że służyłem pod Panem Generałem).
No, ale tera patrzę na mojego dowódcę i serce mi się łamie. Wszystkie goście, co nam towarzyszą, zostawiają nas w salonie, bo widzą, że my chcieliby zostać sam na sam. Nawet najbliższy przyjaciel, pan Nemcewich, któren towarzyszył Panu Kościuszce we więzieniu, taki całkiem od serca towarzysz, to on też się wycofał za próg. Ino generał Gates zatrzymał się przy klamce i rzekł:
- Gdyby coś trzeba było, kapralu, to proszę wołać.
- Ta jest, sir - odpowiadam i cieszę się w duchu, że zawołano mnie "kapralem", bo już od dawna mnie tak po wojskowemu nie wołano.
Generał Gates zerknął na mój pistolet, co gom miał wetknięty za pasek, ale zara mu niepokój odpłynął z mętnych oczów. Tu muszę powiedzieć, że pan generał Gates to był całkiem stary, bo już miał siedemdziesiątkę na krzyżu, dlatego miał oczy takie. Ale powiem wam na ucho, że pan generał Gates to młodziej wyglądał niż Pan Generał Kościuszko. Taki los, Jezu Chryste Panie.
Jak my zostali sam na sam z Panem Inżynierem, to my patrzyli na siebie i już nie chcielim się po raz wtóry rzucać w ramiona, bo to zrobilim na ganku. Powiem wam, że cisza i milczenie czasami ważniejsza od słów i uścisków dłoni. Tyle można powiedzieć, patrząc na siebie prosto w oczy, że naprawdę. No więc milczymy, patrzymy na siebie i obrazy z wojny nam się przed oczami kołują. A to Ticonderoga, a to Saratoga, a to West Point, a to Karolina Północna i Południowa, a to Charleston, a to Filadelfia, gdzie się ostatni raz widzielim i gdzie Pan Generał mnie obdarował rycerskim pistoletem, co go tera mam za paskiem. I nie wiadomo, co mówić, od czego zacząć. No to Pan Generał pyta ni z tego, ni z owego:
- Napijesz się kawy, Grippy?
Tu muszę wam powiedzieć, że Pan Generał niemiłosiernie lubiał kawę. Wypijał ją galonami. No, może ciutkę przesadziłem, ale dużo jej wypijał, tej kawy. Trochu mi głupio, że tak siedzę naprzeciw Pana Generała przy stoliczku jak równy z równym, bo raczej to ja stałem w gotowości przy Panu Kościuszce, bo żem był przecież ordynansem, i to ja pytałem: "Może naparzyć kawy, sir?", a tu tera Pan Generał mnie pyta, czy nie napiję się kawy. No to, żeby być grzecznym, mówię:
- Pan Generał pozwoli, że mu naleję najsampierw - tak mówię, bo widzę, że Panu Kościuszce trzęsą się ręce.
Nalewam kawy do porcelanowej filiżanki, tak cieniuśkiej, że można przez nią popatrzeć na świat jak przez szybkę. Nie to co gliniany kubek, jak na wojnie. I tak sobie główkuję, że taki gliniany kubek jest trwalszy, bo wbił się w pamięć jak gwóźdź. A taka porcelanka to słabiutka, ciut jak przelotna myśl. Patrzy na mnie twardym wzrokiem Pan Generał, a ja wiem, że to rozkaz, więc nalewam sobie kawy także samo. Potem dolewam śmietanki Panu Generałowi z dzbanuszka. Nie więcej niż trzy krople, tak jak zawsze lubiał. I jedną łyżeczkę mu słodzę. Mam chętkę posłodzić sobie ze dwie, a nawet trzy łyżeczki, bo bardzo lubieję słodkie, a nie stać nas w Stockbridge na dużo cukru, ale tego nie robię, bo nie wypada przecież. W milczeniu pijemy pachnącą kawę, a ja udaję, że nie widzę, jak się Panu Kościuszce dłoń trzęsie.
Wreszcie Pan Generał przerywa ciszę:
- Dobrze cię widzieć, Grippy.
Ja na to:
- To wielki dzień dla mnie, Panie Generale, że Pan Bóg dał nam się znowu spotkać.
- No tak - on na to wzdycha.
I znów zapada milczenie.
I znów nam obu się w oczach kołują obrazki, co ich trudno opisać. I w uszach słychać świsty, krzyki, jęki, ale też śmiechy i piszczałki, i bębny, i
Yankee Doodle went to town
A-riding on a pony,
Stuck a feather in his cap
And called it macaroni.
Yankee Doodle keep it up,
Yankee Doodle dandy,
Mind the music and the step,
And with the girls be handy,
I czuję, jak mi stopy krwawią, bo buty mi się rozlecieli, i gniecie mnie głód w kiszkach, i czuję, że zara żołądek mi się rozpadnie na kawałki ze strachu, bo szrapnel przeleciał obok mnie i urwał pół głowy wojakowi, co obok mnie stał, i czuję, jak słodko-gorzka kawa rozpływa mi się po ciele, i widzę, jak błękitne oczy mojego Pana Generała wpatrują się we mnie, choć błękit tych oczów już przykryty mgiełką.
- Co u ciebie, Grippy?
- Bóg dał, że znośnie, sir. Mieszka się tamój w Stockbridge, ma się trochu poletka obok strumyka Konkapot i w Cherry Hill, ma się żonę Jane i dwa dziecka. Jamesa, co się tera urodził, i Charlotte, co się spłodziła dzięki Panu Generałowi.
Pan Generał podnosi brwi, jakby chciał nimi przebić ze zdziwienia sufit razem z dachem, i pyta:
- Dzięki mnie? Grippy, ty znowu coś bajdurzysz?
No i jak tu Panu Kościuszce wytłumaczyć, że mi flecik akuratnie jakoś tak zagrał, kiedy byłem w żałobie po kłamliwej wiadomości o śmierci Pana Generała, i jak raz moja Jane miała akuratne dni do zaciążenia. I wreszcie się udało zaciążyć, bo my już tracili nadzieję. No jak to wyjaśnić? Nijak się nie da, więc zbywam pytanie wzruszeniem ramion. I żeby nie było niegrzecznie, mówię:
- A jeśli można, sir, to ośmielę się spytać: pewnie jaka ważna rzecz sprowadziła Pana Generała do nas?
- Owszem - odpowiada Pan Generał i dodaje po chwilce: - Chcę odzyskać pieniądze, które mi się za wojaczkę należą.
- A co ja mam do tego, sir? - odpowiadam i czuję, że ze zdziwienia brwi tera mi się podnoszą prawie do sufitu. - Po to mnie Pan Generał wezwał? Że ja niby komornik?
- Powiem ci, po co cię wezwałem, ale jeszcze nie teraz.
I Pan Tadeusz Kościuszko nie powiedział mi, po co mnie wezwał, a ja prawie żem spuchł z ciekawości.
O TYM, JAKEM CHCIAŁ SIĘ BIĆ O AMERYKĘ, I O PRYSZCZACH NA NOSIE
Na czym to ja skończyłem? A, jak Pan Generał Kościuszko, co był wtedyk jeszcze kapitanem, zaciągnął się do naszej armii. To tera opowiem, jak żem chciał się zaciąc do woja. A to, jak mi Bóg miły, nie było hop-siup, no bo wiecie: czarnemu człowiekowi to nie tak łatwo w życiu, nawet jak jest synem afrykańskiego księcia. Ale wprzódy muszę opowiedzieć, co to u mnie w rodzinie było, bo to też ma się jakoś na rzeczy. No to mówię.
Chyba jużem wspomniał, że mnie moja mamusia, po śmierci mojego tatusia przymuszona biedą, oddała na wychowanie do wolnych czarnych rolników. Się nazywali Joab i Rose Binney i mieli pińdziesiąt akrów na drugim brzegu Housatonic, niedaleko od Stockbridge, i było mi u nich dobrze, i będę za to moim drugim rodzicom do śmierci dziękował i dawał na mszę za spokój ich duszów. No ale nawet jakby mi Binneyowie na oścież chcieli drzwi do nieba uchylić, to jednak to nie była ani moja prawdziwa mamusia, ani mój prawdziwy tatuś.
I tak się zdarzyło, że jak już miałem dwanaście roków, to na tej farmie, co się nazywała Evergreen Hill, pojawiła się moja prawdziwa mamusia. Ja wam nie powiem, jak mi mocno serce zabiło, kiedym spojrzał w jej oczy podobne do mokrych orzechów, bo tego nie potrafię opowiedzieć, bo mi słów brakuje. Obok mojej mamusi stał wysoki, chudy jak kij od widłów mężczyzna i patrzał na mnie ciekawie. Kiedy on tak na mnie patrzał, to spytałem:
- Co się pan na mnie patrzysz, jakbym ci stodołę spalił albo co?
Na to moja mamusia objęła mnie ramieniem i rzekła spokojnie:
- Nie mów tak, Grippy.
- Dlaczego? - ja na to.
- To jest Filemon. Filemon Lee.
Patrzę ci ja na tego Filemona, a on przestępuje z nogi na nogę, jakby go cóś w jaja uwierało.
- No i co z tego, że Filemon Lee? - zapytuję.
Mamusia chrząkła i odzywa się cichutko:
- To jest mój mąż.
Wiecie co? Jakby mi się ziemia pod nogami rozstępła.
- Jaki mąż? - pytam.
- No mąż - odpowiada mamusia i dodaje po chwili: - Twój nowy ojciec.
Czuję, że lepka maź mnie zalała od pięt po czubek głowy. Patrzę ci ja na tego Filemona, co chudy jak szczapa, i mówię:
- Mój ojciec, Amos, w niebie jest. Mój drugi tatuś, pan Joab, stoi w sieni i patrzy. Nie potrzeba mi trzeciego ojca.
Takem rzekł i tak mi zostało. Co wam powiem... No to wam powiem, że jak mnie mamusia z tym całym Filemonem Lee zabierali od państwa Binneyów, to była straszna rozpacz. Ja bardzo lubiałem, a nawet kochałem panią Rose i pana Joaba. Ale mamusia chciała mnie mieć przy sobie i ja też chciałem być przy mamusi, i jakoś trzeba się było pogodzić, że wyszła za mąż za tego Filemona, bo samotnej kobiecie ciężko i w ogóle.
Tułalim się trochu po hrabstwie, gdzie mamusia i ten jej Filemon szukali pracy, ale ciężko było, bo ten mój trzeci ojciec lubiał wypić. Nie powiem, on nawet robotny był, jak nie był napity, ale jak szedł w cug, to wszystko zawalał. Wrócilim w końcu na stare śmieci, na drugi brzeg Housatonic, do Stockbridge, i jakoś się wszystko poukładało.
Minęli trzy roki i się takie cóś wydarzyło, że to zmieniło i moje życie, i Nową Anglię, i świat, i w ogóle wszystko, mówię. Pamiętam, że to było gorące lato. Z nieba jakby się sypali rozżarzone węgle. Miało się wrażenie, że od tych węglów się zapali nasze miasteczko. Akurat żem stał na rynku i żem widział, jak się zbiera kilkudziesięciu ważnych ludzi przybyłych z całego naszego hrabstwa. Zara się rozniesło, że one gadają na konwencji, jak tu się sprzeciwić brytolom, bo brytole uchwalili "akta nietolerancji", coby nam ciaśniej zawiązać chomąto na szyi. Ludzie w kolonii nie chcieli płacić podatków - co je król tamój w Anglii wymyślił - nawet za herbatę, więc my, sru, herbatę do morza. No to angole się zeźlili i zaczęli grozić, że nam dadzą po tyłkach. No to nasi uchwalili, że trza bojkotować wszystko, co angielskie. No to angole, że takiego wała, za przeproszeniem. I się zagotowało. Jakie parę dni później zaczęła się strzelanka. Padli trupy. No to nasi nie w ciemię bici zgrupowali się w milicję i ruszyli, żeby pogonić kota brytolom. To tamci zaczęli nam trzepać tyłki. No i w końcu z tego tygla wybuchła wojna.
Jak już pewnie do was dotarło, to u mnie w domu nie było najlepiej z powodu tego całego Filemona Lee, co niby był moim trzecim ojcem. To było jakoś tak latem, no 4 lipca 1776, jak u nas uchwalono Deklarację Niepodległości. Jeszcze dobrze nie umiałem przeczytać wszystkiego w gazecie, ale ten cały mój trzeci niby-ojciec przeczytał na głos, co było wydrukowane. I mimo że był napity, to do mnie dotarło przez ten bełkot, że Ameryka chce się wydostać spod brytolskiego chomąta na własną wolność i że wszystkie ludzie są stworzeni wolne i równe.
- Gówno tam - wybełkotał Filemon Lee. - Czarny będzie tu zawsze czarnuchem.
Krew mi się zagotowała w żyłach, ale zamkłem gębę, bo po co potrzebna jeszcze jedna awantura. Ja się stawiałem Filemonowi Lee i jak byłem mniejszy, to mogłem dostać baty, ale wtedyk miałem już siedemnaście roków i zrobił się ze mnie byczek, i jakbym mu przydzwonił, toby się Filemon złamał na pół. Ale mu nie przydzwoniłem, chociaż mnie ręka świerzbiła. Po co mamusi robić kolejną przykrość. Zresztą i tak on, ten niby mój trzeci ojciec, zasnął z japą nad "Western Star". Patrzałem, jak mamusia go bierze pod ramię i ciąga do łóżka, jak mu zzuwa buty, rozpina pasek i przykrywa kołdrą. Podniesłem się z zydla, żeby jej pomóc.
- Zostaw. Sama to zrobię.
Patrzałem i krew mi się w żyłach w pianę zamieniła. Pomyślał żem brzydko: do kroćset, dosyć!
Następnego dnia poszłem do biura, gdzie się można było zaciąc do wojska. W kolejce stałem jaki dwudziesty i jeden tylko byłem czarny, co mnie trochu zdziwiło, bo sobie myślałem, że jak w tej Deklaracji Niepodległości pisze, że wszystkie ludzie są wolne i równe, to czarne i białe też jest równe, i czarni powinni się za Amerykę bić, nie ma to tamto. Wreszcie żem stanął przed sierżantem, co zapisywał do woja. On miał pryszcze na nosie, jak pamiętam.
- A ty tu co? - pyta.
- Do armii - ja mu na to.
A on:
- Ile lat masz, chłopcze?
Ja mu prawdę:
- Siedemnaście, sir.
- To idź babom na targ jajka nosić - sierżant z pryszczami na nosie mi na to. - A poza tym czarnuchów nie przyjmujem.
Wiecie, co se pomyślałem? No chyba wiecie: że wrócę do domu i powiem Filemonowi Lee: "Miałeś, Filemon, rację. Czarnuch zostanie czarnuchem, nawet jakby chciał utoczyć krwi za wolność Ameryki". Potem se pomyślałem, co by tu odpalić sierżantowi. I wymyśliłem:
- Ja współczuję panu, sir.
- Bo co?
- Bo na białym nosie bardziej widać krosty.
[...]