Rozdział 1
"Czarująca rozmowa" - pomyślała Bożena, zaciskając zęby. "Jak do tej
pory. Ale ten dzień nie może się tak skończyć".
Siedziała w eleganckiej bibliotece Stefana Fabiańskiego, najbogatszego
mieszkańca Koszalina. Tapicerowane krzesło, wykończone ozdobną taśmą i z całą pewnością warte majątek, było jednak paskudnie niewygodne. Dlatego
Bożena wierciła się, jakby ktoś rozsypał jej pod tyłkiem pinezki.
Dzisiejszą rozmowę prowadziła na wyraźne polecenie Edmunda, szefa
koszalińskiej rozgłośni radiowej. Nie pozostawił cienia wątpliwości -
cały cykl o najbardziej zasłużonych, najważniejszych, najbardziej
twórczych mieszkańcach Koszalina, który Bożena zaplanowała na co
najmniej kilkanaście odcinków, zależał od tej jednej rozmowy.
Edmund nic nie tłumaczył. Wydał polecenie, a Bożena nie cierpiała ani
swojego szefa, ani rozkazów. Nietypowo dla siebie postanowiła jednak
odpuścić i przygotować miły, grzeczny wywiad. Laurkę. Zadawała więc
pytania o rozległe interesy rodziny, plany rozwoju, działalność
charytatywną. Rozmowa była gładka niczym szkliwo na zabytkowej
porcelanie. Ani jednego dziennikarskiego haczyka. Żadnej sensacji, nawet
niewielkiej awanturki. Nic.
Bożena zamknęła notes i wyłączyła mikrofon.
- Pozwoli pan, że odwiedzę jeszcze panią Malenę.
- Mama odpoczywa w swoim pokoju. - Fabiański skinął delikatnie głową.
"Czuję się tu niczym ruski oligarcha na audiencji u Putina" - pomyślała.
"Niby wszystko fajnie, teoretycznie jestem zaproszona, ale też
nieustająco..."
Zawahała się. Co właściwie czuła?
Dopiero gdy wchodziła po szerokich schodach, wyłożonych puszystą
granatową wykładziną w złote pasy, uświadomiła sobie, jakiego słowa jej
brakowało. "Zagrożona" - pomyślała. "Czuję się w tym domu zagrożona. To
oczywiście idiotyczne, jednak..."
Rozmyślania przerwało pojawienie się na szczycie schodów służącej,
ubranej w granatowy uniform, zupełnie jak stewardessa. Jeden detal nie
pasował - biały, obszyty falbaną fartuszek zawiązany w pasie na szeroką
kokardę. Dziewczyna stała odrobinę bokiem, dlatego Bożena dostrzegła ten
staroświecki detal. "Tu wszystko jest jak trącący myszką, przedwojenny
film o arystokratach" - przyszło jej do głowy. "Powiew absurdu owiewa
mnie niczym morska bryza. Delikatnie, za to nieustannie. Człowiek się
przyzwyczaja i zaczyna uznawać, że ta groteska to normalność".
- Pani Malena przebywa u siebie. - Młoda dziewczyna przerwała
rozmyślania dziennikarki. - Zapowiem panią.
- Nie trzeba - rzuciła szybko Bożena. - O ile dobrze kojarzę, pan Stefan
wspomniał mamie o mojej wizycie. Pani Malena spodziewa się, że do niej
zajrzę przed wyjściem.
Służąca dygnęła.
"Cały ten dom to jedno wielkie kuriozum" - pomyślała Bożena, wzdychając.
Choć doskonale wiedziała, dokąd się udać, nie pozwolono jej na
samodzielne poruszanie się po domu. Dziewczyna, której kokarda
podskakiwała na nieproporcjonalnie chudym tyłku, otworzyła drzwi. W głębi widać było stopy Maleny Fabiańskiej, wyraźnie zwróconej w stronę
uchylonych drzwi balkonowych.
- Dziękuję - zwróciła się stanowczo do służącej Bożena. - Poradzę sobie.
- Ale... - Dziewczyna próbowała zaprotestować, dziennikarka jednak
uśmiechnęła się kwaśno, chwyciła za klamkę i wchodząc do pomieszczenia,
zamknęła za sobą drzwi.
- Pani Maleno, przyniosłam ciasteczka od żony Edmunda - powiedziała
niezbyt głośno.
Gospodyni się nie odezwała, Bożena uznała, że zasnęła. Zdarzało się to
ponad dziewięćdziesięciosześcioletniej kobiecie, która absolutnie nie
życzyła sobie, by nazywać ją staruszką.
- Wiek to stan umysłu - mawiała Malena Fabiańska, a Bożena zgadzała się
z nią całkowicie.
Seniorce najbogatszego koszalińskiego rodu trudno byłoby zresztą
zarzucić właściwe staruszkom zachowania. Owszem, miewała trochę
problemów z poruszaniem, w związku z czym rzadko opuszczała swój
luksusowy dwupokojowy apartament na piętrze zbytkownej willi, jednak nie
pozwoliła przeprowadzić się na parter. Język wciąż miała cięty niczym
świeżo naostrzona brzytwa. Cały czas czytała wiele książek, choć zwykle
prosiła o wydawnictwa z większym drukiem. Bożena doskonale o tym
wiedziała, jako że sama czasem dostarczała seniorce wybrane przez nią
tytuły. Poza tym starsza pani znakomicie orientowała się w meandrach
bieżącej polityki i nie przebierała w słowach, gdy zamierzała kogoś
skarcić. Jednak wbrew despotycznym oczekiwaniom Fabiańskiej wiek czasami
odgrywał większą rolę, niż chciałaby się do tego komukolwiek przyznać.
Potrafiła zasnąć w środku rozmowy. Po prostu opadała jej głowa, kilka
cichych chrapnięć wprowadzało obecnych w konsternację, a po minucie
starsza pani otwierała oczy i kontynuowała rozmowę.
Bożena była jej gościem kilkakrotnie. Zawsze oczywiście miało to związek
z wykonywaną przez nią pracą. Wspomnienie o dawnym Koszalinie.
Koszalińskie bale PRL. Rozwój prywatnego biznesu na Pomorzu Środkowym
po transformacji ustrojowej. Lody naszego dzieciństwa - czy smak
waniliowych uległ zmianie? Poza tak ważnymi tematami Malena Fabiańska
bywała proszona o wypowiedź na temat najciekawszej książki na lato albo
najlepszej premiery teatralnej minionego sezonu.
To były tematy oficjalne, poważne i rozrywkowe. Niektóre rozmowy trwały
trzy minuty, inne półtorej godziny. Bożena zawsze przynosiła ciasteczka
od Edmunda i książkę, zgodnie z życzeniem rozmówczyni. Dwa razy zdarzyło
jej się doświadczyć nagłego napadu snu Maleny Fabiańskiej, zatem i teraz
postanowiła chwilę poczekać i rozejrzała się uważnie.
Znała to wnętrze. Wielkie łóżko nakryte gobelinową kapą widać było zza
uchylonych drzwi do sypialni. W salonie dominowały antyczne meble, w tym
stolik z gęsto poutykanymi fotografiami w srebrnych ramkach. Bożena
jeszcze raz zawołała starszą panią, a gdy nie uzyskała odpowiedzi,
pochyliła się nad rodzinnymi wizerunkami.
Z przodu stały współczesne zdjęcia, w większości upozowane, skomponowane
przez fotografa. Z tyłu, trochę przesłonięte, stały te, które zdawały
się znacznie ciekawsze.
Bożena zerknęła na gospodynię, widziała ją teraz w całej okazałości.
Siedziała w wielkim fotelu, nogi oparła na podnóżku, głowa lekko opadła
jej na piersi. Wciąż spała, więc dziennikarka odważyła się sięgnąć na
tył stolika, czego nie zrobiła nigdy wcześniej. Owszem, kilkakrotnie
odwiedzała starszą panią w jej pokoju, nigdy jednak nie miała okazji, by
rozejrzeć się uważnie. Siadała w fotelu, przekazywała ciasteczka,
rozmawiała z Maleną Fabiańską kilka minut. Zawsze wychodziła zaskoczona
- seniorka potrafiła rozmawiać na każdy temat.
Zdjęcia z tyłu były czarno-białe. Kobieta, bez wątpienia Malena
Fabiańska, kilkadziesiąt lat młodsza, trzymała pod rękę niewysokiego
mężczyznę. Wpatrywali się w siebie, wyraźnie zakochani, uśmiechnięci.
Biło z tego obrazka ciepło, dobra energia, może zaufanie? A może to
tylko kwestia pozy, którą przyjęli fotografowani. Zwróceni lekko do
siebie, patrzący sobie w oczy. Kolejną fotografię wykonano w studiu:
panna młoda ze zwiniętym u stóp welonem siedziała na brzegu
tapicerowanego krzesła, pan młody stał nad nią, jedną rękę władczo
opierając na oparciu fotela. Ten sam mężczyzna widoczny na dwóch
kolejnych fotografiach był coraz starszy i - zdaniem Bożeny - coraz
mniej szczęśliwy. Może uśmiechał się mniej szeroko, a może po prostu
jego wzrok stawał się bardziej rozbiegany. "Kombinuję" - upomniała
siebie w myślach. "Po prostu nie patrzy w obiektyw. Ani na swoją wciąż
młodą żonę. Nie skupia także uwagi na zawartości dziecięcego wózka. Tam
musiał leżeć Stefan".
Bożena przyjrzała się mężczyźnie uważnie. Coś w jego pochyleniu ramion,
sylwetce, kształcie oczu wydało jej się znajome. Z każdą kolejną
fotografią upewniała się w tym wrażeniu, zupełnie jednak nie potrafiła
skojarzyć, u kogo widziała podobne rysy. Odstawiając ramkę, potrąciła
sąsiednie. Z brzękiem posypały się na podłogę, Bożena aż podskoczyła.
Odwróciła się w stronę Fabiańskiej przekonana, że dostrzeże jej bystre
oczy i ironiczny uśmieszek. Czekała na zjadliwy komentarz. Starsza pani
jednak ciągle spała. Bożena ułożyła zdjęcia na stoliku i nagle poczuła
ukłucie niepokoju. Malena zwykle zasypiała niespodziewanie i na krótko.
A teraz trwało to już kilkanaście minut...
Dziennikarka podeszła do starszej pani i dotknęła jej dłoni. Ręka opadła
bezwładnie. Podobnie głowa. Policzek był ciepły, ale Bożena spostrzegła,
że nestorka Fabiańskich nie oddycha. "Powinnam chyba przyłożyć jej
lusterko do ust?" - pomyślała. Zamiast tego zaczęła krzyczeć.
Służąca weszła natychmiast.
Dopiero później dotarło do Bożeny, że dziewczyna musiała czekać pod
drzwiami. W tamtej chwili jednak nie myślała o niczym.
- Ona nie żyje! Nie żyje! Wezwijcie lekarza! - krzyczała, nie zdając
sobie sprawy, jak bardzo to nielogiczne. Zmarli zwykle nie potrzebują
doktora.
Służąca zatrzymała się w drzwiach i wydukała z niedowierzaniem:
- Przecież to niemożliwe. Pani się dzisiaj wyśmienicie czuła!
Weszła kilka kroków w głąb pomieszczenia, spojrzała na siedzącą
Fabiańską i natychmiast wybiegła, krzycząc:
- Pogotowie! Dzwońcie po pogotowie!
Stefan Fabiański pojawił się w drzwiach apartamentu w ciągu
kilkudziesięciu sekund. Przyklęknął przed matką i krzyknął na Bożenę:
- Co pani jej zrobiła? Pani ją zabiła!
Bożena pokręciła głową.
- Spała, kiedy weszłam - zaczęła tłumaczyć. - To znaczy, wydawało mi
się, że śpi. Czekałam, aż się obudzi. A ona... ona... Czy pani Malena nie
żyje? - zapytała lekko histerycznie. Od razu poczuła się z tym nieswojo.
Ona? Poważna dziennikarka i drżący z emocji głos?
Stefan Fabiański trzymał nadgarstek seniorki, szukając pulsu. Opuścił
bezwładną rękę matki i uniósł głowę, patrząc Bożenie w oczy. Była
przekonana, że ujrzała na jego twarzy... uśmiech? Co najmniej ulgę. Takie
ledwo dostrzegalne mgnienie. Fabiański szybko się zreflektował, przybrał
zatroskaną minę, a potem zmarszczył brwi.
- Musi pani poczekać na przyjazd policji - powiedział.
- Raczy pan żartować. - Dziennikarka odzyskała rezon. Może dlatego, że
zyskała pewność. Widziała ulgę w oczach syna stwierdzającego zgon matki.
Jakkolwiek było to nieprawdopodobne.
Nikt nie słuchał jej protestów. Posadzono ją w niewielkim przechodnim
pokoju na parterze, na prawo od wejścia. Kiedyś, podczas jej pierwszej
wizyty w tym domu, pan domu oprowadził ją po parterze i to pomieszczenie
nazwał salonikiem herbacianym. Było to podobno ulubione miejsce spotkań
z koleżankami zmarłej żony Fabiańskiego. Bożenie bardziej przypominało
poczekalnię, powściągnęła jednak język. Kilka okrągłych stolików, przy
każdym cztery krzesełka. Oczywiście tapicerowane i oczywiście
niewygodne. Do pomieszczenia prowadziło obszerne przejście, jeszcze
szersze zaś otwierało się na jadalnię, w której ogromny, intarsjowany
stół rozsiadł się na wzorzystym dywanie niczym gigantyczny chrząszcz. Z miejsca, w którym siedziała, nie widziała bogatych sztukaterii na
ścianach i suficie ani misternie upiętych, gęstych firan. Pamiętała
jednak, że tak właśnie wyglądało tamto wnętrze.
Dopiero teraz uświadomiła sobie, co się zmieniło. Kiedy była tu pierwszy
raz, na każdej płaskiej powierzchni stał pełny wazon. Żona Fabiańskiego
kochała kwiaty. "Czas wiele zmienia" - pomyślała Bożena sentencjonalnie.
Wstała i przeszła do jadalni. Natychmiast wyrósł koło niej chłopak,
ubrany w granatowy garnitur. "Ochroniarz?" - zastanowiła się. "Taki
młody?"
- Czy to znaczy, że jestem tu więźniem? - zakpiła, patrząc chłopakowi w oczy.
- Nie, proszę pani - odpowiedział grzecznie. - Pan Fabiański prosił
jedynie, by zechciała pani uprzejmie poczekać na przybycie policji.
- Czyli mam siedzieć na tyłku jako nieoficjalnie aresztowana? To
poproszę chociaż o kawę. Espresso.
Kiwnął głową i zniknął, Bożenie przyszło do głowy, że to idealny moment,
by zniknąć. Stwierdziła jednak, że nie ma ochoty odgrywać roli zbiega.
"Zresztą to, co się tutaj wydarzy, będzie zapewne bardzo ciekawe" -
pomyślała. "No i nie mam nic do ukrycia".
To samo powtórzyła funkcjonariuszom, którzy przyjechali do willi leżącej
w dalekiej dzielnicy Koszalina w ciągu dziesięciu minut od wezwania.
Rozdział 2
- Bardzo stosownie - stwierdziła Dorota, radiowa koleżanka i jedyna
przyjaciółka Bożeny.
- Na komplementy reaguję podejrzliwością. Masz jakiś interes czy co?
- Stwierdzam po prostu, że adekwatnie odziałaś się na pogrzeb
Fabiańskiej. Nie dość, że na czarno, to jeszcze wbiłaś tyłek w spódnicę
za kolano. Dawno czegoś takiego u ciebie nie widziałam.
- W końcu znalazłam staruchę martwą, coś jestem jej winna.
- I dlatego napisałaś to... co napisałaś?
- Wrrrr - odparła z wdziękiem Bożena. - Laurka powstała na wyraźne
życzenie Edmunda. A w świetle ostatnich wiadomości...
Westchnęły obydwie.
- Współczesne dziennikarstwo wylądowało na poziomie ujemnym. Głupie, źle
napisane zajawki zamiast artykułów, błędy stylistyczne, gramatyczne, a na topkach niedorzeczne tematy. Oto nasza praca - podsumowała Dorota
beznamiętnie. - Nic nie poradzimy na rzeczywistość.
- Wkurza mnie, że zamknęli kolejną drukowaną gazetę. - Bożena od rana
prezentowała wysoki poziom irytacji. To zresztą był jej stan naturalny.
- Na szczęście zostały redakcje internetowe - tonowała koleżankę Dorota.
- Ograniczone i okrojone do minimum, podzielonego przez trzy. Nie ma
doświadczonych korektorów ani składaczy, w ogóle wszystko jakieś do
bani.
- Masz działkę w "Wiadomościach Koszalińskich", nie narzekaj. - Dorota
wzruszyła ramionami. - A w radiu, na szczęście, też nie słychać o wielkich zmianach.
- Nie narzekaj, nie narzekaj - sarknęła Bożena. - Zastanów się, co
mówisz. Za chwileczkę wszyscy ci ludzie z zamkniętych dzienników, a nawet i tych szmatławych kolorowych tygodników, którzy robią newsa z przypalonej zupy pomidorowej, wszyscy oni będą szukali pracy. Rzesza
bezrobotnych dziennikarzy, mówi ci to coś?
- Konkurencja - ponuro odpowiedziała Dorota.
- Czyli nasze stawki znowu pójdą w dół. Na optymizm nie widzę miejsca.
- I co z tego? Tak jest nie od dziś, czemu cię to wkurza?
- Bo przez to muszę pisać denne artykuły wychwalające podejrzane
indywidua. - Bożena dosłownie zgrzytnęła zębami.
- Kogo nazywasz...
- Do takich pieniędzy, jakie mają Fabiańscy, nie dochodzi się, pracując
po osiem godzin w biurze - przerwała jej Bożena.
- Nie oznacza to jednak, że są podejrzani, nie przesadzaj. Poza tym mamy
nasze radio, trzymajmy się ciepłych posadek. Tu specjalistów od
sensacyjnego zestawienia ciżemek nude z koronkową kiecką ledwie
zakrywającą półdupki nie zatrudnią.
- Całe szczęście, że "Wiadomości Koszalińskie" na czas zaczęły rozwijać
wydanie online. Mam gdzie pisać. Swoją drogą, to jest dziwne.
Dorota uniosła pytająco brwi.
- Śmierć Maleny Fabiańskiej - odpowiedziała Bożena na niezadane pytanie.
- Dziewięćdziesiąt sześć lat. Zdaje się, że rodzina oczekiwała na ten
dzień z lekkim utęsknieniem.
- No właśnie, z utęsknieniem... Malena Fabiańska deklarowała, że umrze w wieku lat stu jeden, w porywach do stu dwóch. A ona zawsze dotrzymywała
słowa.
- Wiem, wiem, wszyscy to wiedzą. Śmierć zakpiła z siły woli Fabiańskiej.
Ot, perfidna kostucha.
- Chcesz powiedzieć, że istnieje ktoś wredniejszy od Maleny? - Bożena
się zaśmiała.
- I do tego starszy od niej.
- A propos upływu czasu. W tamtym domu nic się nie zmieniło od czasów
niemieckich. Zawsze jechało naftaliną od samego wejścia.
- Inaczej to opisałaś.
- Ale teraz pachnie mi kawa i dziś jeszcze nic nie jadłam, więc widzę
świat lekko dramatycznie.
Umilkły, poświęcając uwagę wyłącznie wypiekom z Drzewiańskiej,
renomowanej koszalińskiej piekarni.
- Już mi lepiej - skonstatowała Bożena, przełykając kęs rogalika. -
Możesz dojeść resztę, urwałam tylko kawałek. Szkoda zmarnować.
- Nawet takim ogryzkiem w cycki sobie nakruszyłaś - odparowała Dorota. -
Chętnie dojem.
To była jedna z wielu różnic między paniami. Obie twierdziły, że natura
się pomyliła. Dorota, całkiem korpulentna, pulchna być może ciut za
bardzo w paru miejscach, miała niewielki biust, ledwie odznaczający się
pod bluzką, mimo push-upów. Bożena zaś, chuda niczym nastolatka, z burzą
kręconych rudych włosów, sprawiała wrażenie wciąż pochylonej do przodu -
efektowny biust zdawał się przeważać jej sylwetkę. Obydwie chętnie by
się zamieniły, z tym że Dorota swój skromny dobrostan ukrywała
szczelnie, zapinając wszystko pod szyją, Bożena zaś, na przekór, nosiła
głębokie dekolty eksponujące jej walory.
- Poza tym - kontynuowała Dorota - stanik ci widać.
- Ładny mam, wstydzić się nie będę.
Dorota wywróciła oczami.
- Masz dzisiaj jeszcze jakiś wywiad? Kogoś będziesz łowić na okrągłości?
- Wystarczą mi oblepiające spojrzenia uczestników pogrzebu. Niech sobie
popatrzą, łachudry. Tyle ich. - Bożena obciągnęła napiętą bluzkę.
- Nieodmiennie cięta jak świeżo naostrzona brzytwa. Jak ty to robisz, że
chłopy się za tobą tak snują?
- Yhm, jak smród po gaciach. - Bożena skrzywiła się z nieudawanym
wstrętem.
To też była różnica między przyjaciółkami. Dorota była ciepła i otulająca, chętnie zaopiekowałaby się jakąś zbłąkaną męską duszą, nie
miała jednak szczęścia. Kimkolwiek się zainteresowała - albo okazywał
się żonaty, często z kilkuletnim przychówkiem, albo przejawiał cechy
psychopaty. Ostatnio spotykała się z Dorianem, całkiem fajnym gościem,
niestety zaobrączkowanym. Podobno nieszczęśliwie, ale tak mówi każdy
facet na etapie polowania.
Bożena miała swoją teorię - tacy byli mężczyźni. Po prostu. Paskudne
stworzenia przypominające ludzi, ale z błędem genetycznym. Twierdzenie
opierała na doświadczeniu własnym - jej mąż, Gerard, został panem młodym
w panicznej reakcji rodziny na wieść o nieplanowanej ciąży. Młodzi mieli
wtedy po dwadzieścia cztery lata, nie byli małolatami, a jednak groza
nieślubnego wnuka przydała ich matkom mocy herosek. A oszołomiona ciążą
Bożena nie miała siły oponować. Zresztą nie chciała. Była zakochana, co
wyrzucała sobie potem z przekąsem. Wynik tego małżeństwa stanowiła
córka, Malwina, obecnie trzynastoletnia pannica, która z miesiąca na
miesiąc stawała się coraz gęściej zaplątanym kłębkiem nastoletnich
problemów.
Bożena uważała, że mężczyźni są w życiu przyczyną wszystkich istotnych
problemów i wyrażała to całą sobą. Kpiła z nich, wystawiając dekolt na
wierzch, zakładając krótkie spódniczki i podkreślając długość nóg
niebotycznymi szpilkami. Wodziła za nos, mamiła i wszystkich, bez
wyjątku, odrzucała. Spotykała się czasami jedynie z Gerardem, a i to
wyłącznie w celu omówienia spraw rodzicielskich.
- A wracając do Fabiańskiej, może i była stara, ale dyrygowała rodziną z zacisza swojej sypialni niczym przywódca z trybuny pierwszomajowej
przemarszem pochodu. - Dorota nawiązała do poprzedniego tematu.
- Fakt - zgodziła się Bożena. - Charakter miała twardy niczym grafen.
Spotkałam się z nią kilka razy, biła od niej siła. Cokolwiek
powiedziała, nie sposób było nie uwierzyć. Wszystkie swoje plany
realizowała z żelazną konsekwencją. Dlatego jest dla mnie takie dziwne,
że umarła wcześniej, niż obiecała. Poza tym bywała naprawdę podła i nie
sądzę, żeby łzy spadkobierców były całkowicie szczere. Jeśli w ogóle je
uronią.
- Pewnie staruszka nawet o grafenie nie słyszała, trudno się jednak z tobą nie zgodzić. Była straszną zołzą.
- Z tym grafenem to bym się nie zakładała. Seniorka śledziła wszelkie
nowości, twierdząc, że wiek nie zwalnia od świadomości. Była oczytana i w ogóle. I trzymała rodzinne towarzystwo za twarz, bez wątpienia.
Firmami zarządzał już od dawna Stefan, ale ona wciąż się wtrącała do
interesów. Zupełnie nie miał ochoty ze mną o tym rozmawiać, jak się
domyślasz, ale formalnie to Malena Fabiańska wciąż była właścicielką
całego imperium.
- Stefan ma blisko siedemdziesiąt lat! A matka trzymała ciągle łapy na
rodzinnych interesach? Nie ufała własnemu synowi? To dopiero obciach!
- Blamaż. Siara kompletna. Zwij to, jak chcesz, powodów mogło być wiele,
ale myślę, że przeważał jeden. Malena Fabiańska kochała władzę. I lubiła
ją wykorzystywać. Świetnie się przy tym bawiła, dokuczając, komu tylko
się dało. Jestem przekonana, że cała rodzina była zależna od niej i jej
kaprysów. Zapewniła sobie w ten sposób bałwochwalcze oddanie krewnych.
- Sympatyczna staruszka - wtrąciła Dorota.
- Prawda? - zauważyła kąśliwie Bożena. - Ja tam sądzę, że nawet Stefan
powinien już oddać stery. To siedemdziesięcioletni ramol! A młody
Fabiański, jak mu tam, Artur, ma już czterdziechę.
- Fabiańscy są jak angielska rodzina królewska. Funkcje pełnią
dożywotnio.
- Odeszła królowa Elżbieta, czytaj Malena, więc Karol, Stefan, stanie
się królem. Następny król, William, czyli Artur, też już będzie stary,
gdy wstąpi na tron.
- Myślisz, że doświadczeniem wszystko można usprawiedliwić? -
zastanowiła się Dorota.
- W familii królewskiej na pewno, to i tak tylko reprezentacyjne fuchy.
A u Fabiańskich? Nie mam pojęcia.
- Tam było na co czekać, prawda? Formalnie wszystko dziedziczy
stalowooki Stefan?
- W tej rodzinie pieniądze są w tak wielu miejscach, że nawet trudno je
wymienić jednym tchem - stwierdziła Bożena. - Główny biznes to produkcja
plastikowych opakowań dla spożywki. Poza tym mają sieć smażalni
rozrzuconych na czterdziestu kilometrach wybrzeża, hurtownię używanych
ciuchów, firmę budowlaną sprzątającą, portal internetowy i zakład
pogrzebowy. To ostatnie szczególnie im się teraz przyda.
- Jesteśmy jak sępy. - Dorota się wzdrygnęła. - Starsza pani jeszcze nie
ostygła, a my rozmawiamy o kasie.
- Zapewniam cię, że jesteśmy wyrafinowanymi, kulturalnymi damami. O kasie tej rodziny plotkują wszyscy i wciąż, a po śmierci starej jędzy
rodzina pewnie nie gada o niczym innym.
- Jędzy? Jesteś naprawdę bez serca. - Mina Doroty wskazywała na daleko
posunięty sarkazm.
- W sumie mnie nigdy jadem nie opluła, ale też spotykałam się z nią
sporadycznie. Zbieram się na pogrzeb. - Ostatnie zdanie Bożena dodała po
chwili przerwy.
- Jak całe miasto. - Dorota wzruszyła ramionami. - A ty ładnie o tym
napiszesz. Wystawisz kolejną śliczną laurkę, zgodnie z zapotrzebowaniem.
Poprawnie skonstruowaną, bez żadnych błędów, oddającą cześć i opiewającą
chwałę szacownej zmarłej.
- Się rozumie. W końcu będę pisać o pogrzebie naszej właścicielki. Nawet
jeśli tylko formalnej.
- Właścicielki radia?
- No co ty. - Bożena spojrzała na nią jak na kosmitkę. - "Wiadomości
Koszalińskich".
- Tym ładniej musisz napisać.
- Żeby nie stracić roboty - skomentowała kwaśno Bożena.
Dorota wywróciła oczami.
- Radosna rzeczywistość. - Bożena wzruszyła ramionami.
- Jak cię słucham, mam ochotę zjeść kolejne ciastko. Twój realizm jest
gorzki niczym ziółka mojej ciotki na wątrobę.
- Piołun - podpowiedziała Bożena. - To się nazywa piołun. Moja matka też
to pije. Na wątrobę i cholesterol.
Teraz Dorota wzruszyła ramionami, po czym zakomunikowała:
- Mam huk roboty. Ostatnio dużo nagrywałam, nie wszystko jeszcze
zmontowałam. Zakładam słuchawki i odklejam się od rzeczywistości.
Bożenie do wyjścia na pogrzeb został jeszcze kwadrans. Rozmyślała,
wpatrzona naprzemiennie w przyjaciółkę i wygaszacz ekranu. Ostatnie dni
przytłoczyły ją nadmiarem zdarzeń. Gerard chciał częściej spotykać się z córką. Miała wrażenie, że trwa wyścig - kto kupi Malwinie coś
fajniejszego, modniejszego. Nawet takie głupoty jak szkolne zeszyty
stawały się obszarem konkurencji.
- Te od taty są fajniejsze - oznajmiła jej wczorajszego popołudnia
córka.
Cóż można było odpowiedzieć na takie dictum? Bożena najchętniej
walnęłaby młodą przez kark, powstrzymała się jednak. Oczywiście, że tego
nie zrobiła. Nigdy nie uderzyła własnego dziecka. Cudzego zresztą też
nie. "Dzieci są do kochania, nie do bicia" - pomyślała i westchnęła.
"Nawet kiedy mają trzynaście lat, kosmiczne pomysły i różowe włosy".
Rok szkolny dopiero się zaczynał, a Bożena już przewidywała, że będzie
to dziesięć miesięcy katorgi. Rywalizacja o uwagę córki przeplatana
fochami dorastającej dziewczyny. Zestaw z sennego koszmaru, tylko,
niestety, w realu.
Miała już na lewym ramieniu torbę ze sprzętem, na pogrzebie też
zamierzała nagrywać. Dyskretnie, oczywiście. Przez drugie ramię
przewiesiła plecak. Zerknęła w lusterko, zdjęła plecak. Pomalowała usta
szminką. Zzuła buty, w których poruszała się od rana po redakcji, z szafki ukrytej za drzwiami wejściowymi wyciągnęła czarne szpilki. Miała
ochotę na czerwone, uznała jednak, że akurat na pogrzebie demonstracja
nie jest wskazana.
Wszędzie, nawet w pracy, miała pod ręką co najmniej kilka par butów.
Oczywiście zawartość szafek się zmieniała - w jednych szpilkach
przychodziła, w drugich wychodziła, te zostawiała w domu, tamte w pracy,
kilka par woziła w aucie. Czasem zabierała któreś ze sobą, wrzucała je
do torby. Wszystkie były oryginalne. Kolorowe, we wzorki, tłoczone,
malowane. Zamszowe, wzorzyste, z nietypowym obcasem. Przeważały szpilki,
balerin nie uznawała. W samochodzie zaś dodatkowo miała wysokie nad
kostkę glany z grubej skóry. Żeby nie były nudne, razem z córką surową
skórę ozdobiły różowymi kwiatkami. Te glany, para żółtych kaloszy i jeszcze stare adidasy to były jedyne buty na płaskim obcasie, jakie
posiadała.
W dawno nienoszonych, wystrzałowych szpilkach z włoskiej lakierowanej
skóry poczuła się... dobrze. Wyprostowała się, narzuciła ponownie plecak i sięgała właśnie do klamki, gdy drzwi otworzyły się z impetem. Bożenę
zarzuciło na biurko. W tej nieeleganckiej pozie zastał ją szef, Edmund,
wyjątkowy kawał gnojka o figurze i wzroście karaczana. Szerszy niż
dłuższy, z zarostem niczym kolce kaktusa (włos co centymetr) i zaczątkami przedwczesnej łysiny, wyglądał paskudnie. Nie to jednak było
przyczyną, dla której zyskał w tajnym języku Bożeny i Doroty miano
"glisty". Był po prostu wrednym, zakompleksionym facecikiem, znakomicie
ilustrującym tezę Bożeny o błędzie genetycznym.
Jedyną miłą rzeczą związaną z Edmundem były ciasteczka wypiekane przez
jego żonę. Te, które Bożena od czasu do czasu zawoziła Malenie
Fabiańskiej.
- Już wychodzisz? Całe szczęście! - przywitał wdzięcznie dziennikarkę.
- Też się cieszę, że cię widzę - odpowiedziała syknięciem. Ostentacyjnie
dotknęła łokcia, który obiła o biurko.
Edmund nawet tego nie zauważył.
- Koniecznie musisz zrobić materiał z Fabiańskim. Damy może duży wywiad
w przyszłym tygodniu i jeszcze coś w wiadomościach. No i w tym twoim
programie o Koszalinie. Tam się teraz będzie tasowała spora kasa,
powinniśmy powalczyć, by strużka reklamowa nie wyschła. I podkreśl to,
niech spadkobiercy zachowują się jak lokalni patrioci. Wspierają miasto.
I nas, oczywiście. Mam pomysł na imprezę bożonarodzeniową, będziemy
potrzebować sponsorów.
- Przypominam ci, że jadę na pogrzeb. Nie zrobię dziś żadnego materiału
o tej rodzinie!
"Poza tym, co nagram na pogrzebie" - pomyślała, ale tę myśl zostawiła
dla siebie.
- Oczywiście, oczywiście - zgodził się Edmund. - Jutro pojedziesz do
Fabiańskich...
- Czyś ty ochujał? - Bożena uznała, że nie ma potrzeby udawać, może
powiedzieć, co myśli. - Ci ludzie są w żałobie, potrzebują spokoju. Dam
tej rodzinie kilka dni wytchnienia. Zresztą mam na jutro umówiony wywiad
z prezydentem, nie odwołam...
- Masz jechać do Fabiańskiego! Jutro! - zapiszczał Edmund. - Masz się
dowiedzieć wszystkiego o testamencie! To interesuje słuchaczy!
- Przecież pojadę! - warknęła Bożena. - Trochę taktu! Naprawdę tylko
kasa się liczy? Sądziłam, że godnie reprezentujemy czwartą władzę,
obowiązują nas etyczne standardy, że...
- Znowu się stawiasz? - przerwał jej Edmund.
Bożena na szczęście stała odwrócona do szefa bokiem. Lekko jeszcze
odchyliła głowę, by jej twarz nie była dostrzegalna z jego perspektywy,
i zmełła kolejne przekleństwo w ustach. Nie powinna przeciągać struny.
Przybrała chłodny, profesjonalny uśmiech, który porażał jak lodówka w prosektorium.
- Nie śmiałabym - odpowiedziała spokojnie. - Nie mogę jednak narazić się
prezydentowi miasta. Nie odwołam więc jutrzejszego spotkania w ratuszu,
ale zadzwonię do Fabiańskich i zgodnie z poleceniem szefa umówię się na
wywiad.
- No - odpowiedział i wyszedł.
Bożena nie powiedziała tego, co myślała. Spokojnym krokiem wyszła z budynku radia i dopiero w samochodzie ulżyła sobie słowami powszechnie
uznawanymi za nieparlamentarne.
- Może przekleństwa to brzydkie wyrazy, ale jak dobrze robią na spokój
duszy - powiedziała do siebie na koniec.
Rozdział 3
Bożena przyłożyła się do tematu jak profesjonalny paparazzi. Żaden
lokalny ślub, o pogrzebie nie wspominając, nie był tak obfotografowany i skrupulatnie omówiony. W tekście mówionym i pisanym.
W kaplicy pojawiła się dwie godziny przed planowaną ceremonią.
Zamierzała przez chwilę pobyć w ciszy, oddać prywatny hołd zmarłej. Może
i Malena była zołzą, może nawet zasłużyła na to, by na jej śmierci
żerować. Bożena nie zamierzała dopieszczać wyrzutów sumienia. Była
niczym klasyczna prasowa hiena. To tylko praca. Ale przecież śmierć to
coś, czego nie da się oswoić. Wzbudza szacunek bardziej niż urząd
skarbowy. Bożena nie bała się ludzi, nie bała się pracy, nie bała się
słów, nawet ostrych, raniących. Na to zawsze można było znaleźć
odpowiedź. Słowa, czyny, gesty. Śmiech, ironia, kpina. Wreszcie
przekleństwo. Ale na śmierć?
Gdy Bożena przyjechała na cmentarz, niewielka kaplica już się
zapełniała. Jedynie pierwsze rzędy, zarezerwowane dla rodziny,
pozostawały puste. Z głośników sączyła się cicha muzyka, coś
klasycznego, w tym gatunku Bożena nie czuła się ekspertką.
Ciemnobrązowa, niemal czarna, lakierowana trumna ze złotymi okuciami
odbijała światło. Wystawała znad morza kwiatów, wśród których dominował
wieniec ustawiony z boku na statywie.
"Jak wieża katedralna na tle miejskich kamienic" - pomyślała Bożena.
Dołożyła redakcyjną wiązankę z odpowiednią szarfą. Fotograf, najlepszy w tego rodzaju zdjęciach, położył drugą. Zabierając kwiaty z samochodu,
pomylili bukiety - fotograf nie miał nic wspólnego z Radiem Koszalin,
miał reprezentować "Wiadomości Koszalińskie", ale co to właściwie za
różnica? "Kwiaty to kwiaty, śmierć to śmierć" - uznała dziennikarka.
"Malenie to już i tak nie stanowi".
Rozdzielili się z fotografikiem, ustawił się przed wejściem do kaplicy.
Robił zdjęcia wszystkim wchodzącym, na wszelki wypadek.
Bożena stanęła z boku. Na godzinę przed rozpoczęciem nabożeństwa kaplica
była prawie pełna. Bożena obserwowała stroje, które w ciągu ostatnich
dziesięciu minut z czarnych zmieniły się na luksusowo czarne. Miała
wrażenie, że ogląda rewię mody. Kreacje raczej krótkie niż długie,
czasem nawet bardziej skąpe niż jej standardowa mini. Szczególne oko
miała do butów - te tutaj wyglądały na droższe niż drogie. Wydawało jej
się, że gdzieś mignęła najnowsza Prada. Któraś z pań nosiła szpilki z czerwoną podeszwą, Bożena jednak nie dała się nabrać - obok louboutinów
nawet nie stały. Nie brakowało błyszczących elementów, koralików, taśm,
haftów. Torebki były oddzielnym rozdziałem - wiele z nich przypominało
karnawałowe dodatki. "Z całą pewnością mnie by się takie cacko nie
przydało" - pomyślała Bożena sarkastycznie. "Dyktafon, notes, pięć
długopisów, klucze, portfel, dokumenty, książka, dwa peny, kanapka,
bidon, a ostatnio nawet śrubokręt, choć naprawdę nie wiem po co. Tyle
mieści się w mojej torebce, a w takiej co?" Zerknęła na cacko
przechodzącej właśnie kobiety. "Karta kredytowa i chusteczka".
Jeszcze chwilę z niesmakiem przyglądała się zgromadzonym. "Nie
wiedziałam, że koszalinianie są aż tak bogaci. Na co dzień zupełnie tego
nie widać" - pomyślała. "Bo też niecodziennie jest okazja na pokazanie
się wśród, hm, finansowej elity" - wyjaśniła sama sobie.
Przed nią przedefilowała właśnie kobieta w nakryciu głowy z gęstą
woalką. Fascynator nadawałby się do Ascott, tutaj raczej przeszkadzał
sąsiadom w ławkach. "Elita raczej wie, jak się stosownie ubrać" -
sarknęła Bożena. Odhaczyła w głowie listę obecności - przybyli wszyscy
ważni. Prezydent, jego zastępcy, komendant policji wraz ze świtą,
dziennikarze z każdej możliwej redakcji z całego Pomorza, dyrektorzy
filharmonii i dwóch koszalińskich liceów, kilku adwokatów, w tym jeden
jej kolega ze szkolnej ławy. Znała tu wszystkich. No i Edmund.
Oczywiście, szef koszalińskiego radia nie mógłby sobie odmówić takiej
imprezy. Wszyscy witali się szeptem, natłok głosów jednak powodował, że
gdy Bożena zamknęła oczy, usłyszała dźwięk kwietnej, miodnej łąki.
Pszczoły pracowały, brzęczały, dzwoniły, świszczały... Dopiero dwadzieścia
minut przed rozpoczęciem ceremonii zapadła cisza. Rodzina Fabiańskich
wchodziła do kaplicy w pełnym szacunku milczeniu. Stefan kroczył na
froncie. "Jak niegdyś Malena" - pomyślała Bożena. "Zawsze na przedzie,
jak rasowy przywódca. Albo przewodnik w stadzie. Dotąd ona była
najważniejsza, a teraz?" Rozejrzała się wokół, spojrzała na miny
żałobników. "Teraz leży w trumnie" - dopowiedziała sobie w myślach
Bożena.
Za Stefanem szła wyprostowana, wysoka kobieta o kruczoczarnych włosach i równie wysoki, korpulentny mężczyzna. Za ciemnowłosą pięknością podążał
szpakowaty mężczyzna, odróżniał się od pozostałych jasnobrązowymi
butami.
Bożena nie znała tych ludzi, spodziewała się jednak, że to siostra i młodszy brat Stefana. Dawno w Koszalinie niewidziani, na pogrzeb matki
przybywają jednak nawet najbardziej zbuntowane dzieci. Dalej kroczyły
obie córki Stefana z rodzinami oraz syn. Artur. Dziedzic?
Wszyscy zasiedli w pierwszych dwóch rzędach świątynnych ławek. Nikt nie
wyglądał na specjalnie przybitego, może z wyjątkiem Stefana, choć i w jego przypadku Bożena miała wrażenie, że to zaledwie poza. Spełnianie
powinności. Wszyscy oczekiwali, że rodzina okaże smutek. Żałoba musiała
być przykładna, modelowa, tak jak wzorcowa była ta podstawowa komórka
społeczna.
Członkowie rodziny w milczeniu spoglądali na błyszczącą trumnę. Czy
jednak w skupieniu? Modlitwie? Nie wyglądali na pogrążonych w smutku.
Wyjątkiem był Artur. Ten nawet nie udawał. Pomimo żałobnego stroju
wyglądał jak wyjęty z innego serialu. Rozglądał się znudzony, rozdawał
ukłony, na trumnę ledwie zerknął. Trzykrotnie ukradkiem popatrywał w telefon, Bożena kątem oka dostrzegła, że fotograf także to zauważył. I uwiecznił. "Będzie fajny materiał" - pomyślała.
W nabożeństwie uczestniczyło trzech księży. W niewielkiej kaplicy ledwie
mieścili się w prezbiterium, co chwilę szturchali się łokciami, a tłok
wyraźnie przeszkadzał im w celebracji.
"Czereda księży" - żachnęła się Bożena i opuściła głowę, by nikt nie
dostrzegł skrzywienia na jej twarzy.
W kaplicy szybko zrobiło się duszno. Dziennikarka pomyślała, że lada
moment zacznie się fala omdleń. Pomimo otwartych drzwi i wszystkich
możliwych okien tłok i zaduch cmentarnych lilii stawały się nie do
wytrzymania. "Będę rzygać" - pomyślała, uświadamiając sobie, że tego
dnia nic jeszcze, poza kęsem rogalika, nie zjadła. Przepchnęła się do
wyjścia. Na zewnątrz odetchnęła świeżym powietrzem, choć pogoda wciąż
jeszcze rozpieszczała plażowiczów, było gorąco i parno. Na szczęście na
placu przed kaplicą dało się oddychać, a nagłośnienie doskonale
przekazywało słowa każdego z duchownych.
Gdy w końcu żałobnicy wyszli ze świątyni, od razu uformował się kondukt,
rozciągnięty niczym przerośnięty pyton. Rodzinny grób Fabiańskich czekał
już przygotowany na przyjęcie doczesnych szczątków nestorki rodu.
Rozpostarto nad nim ciemnofioletowy aksamitny baldachim, z tyłu czekało
sześciu grabarzy. Ksiądz rozpoczął mowę, zanim ostatni żałobnicy zeszli
z alejki.
Bożena słuchała z narastającym uczuciem mdłości. Piękne słowa o szlachetnej postawie szacownej mieszkanki Koszalina, o zasługach dla
lokalnej społeczności, wielkim sercu i szczodrych datkach stały w tak
jawnej sprzeczności ze złośliwym rechotem, który kiedyś Bożena usłyszała
w apartamencie Maleny Fabiańskiej, że trudno było zachować powagę. A jednak nikt nie parsknął śmiechem. "Bo wszyscy boimy się śmierci i nie
mamy ochoty z niej kpić" - pomyślała Bożena. "A ja nie jestem lepsza. Co
napiszę o tej ceremonii? Co nagram dla radia? Poemat o znakomitej
rodzinie szlachetnych filantropów. Sama uczestniczę w tym syfie. Co
gorsza, kolejny tekst napiszę dokładnie tak samo. A dlaczego? Bo
obiecałam. Przede wszystkim Sławkowi. Jego zawieść nie mogę. "Wiadomości
Koszalińskie" należą do Fabiańskich, a kondycja prasy drukowanej... Cóż,
pewne rzeczy trzeba przełknąć. No i na świetny materiał czeka też
Edmund. Oczywiście. On zawsze oczekuje najlepszego, od innych. Sam nie
ma ochoty nic z siebie dać. Jemu chętnie zrobiłabym na złość".
Z zainteresowaniem słuchała mowy Stefana. Powściągliwej i skromnej.
Oszczędził sobie bizantyjskich konstrukcji słownych, werbalnych
wodotrysków i peanów na cześć matki. Skupił się na osobistym braku.
Strata i tęsknota - to dominowało w jego przemowie i pewnie dlatego była
ona tak wzruszająca.
W pierwszej chwili dziennikarka pomyślała, że poprosi o tekst
przemówienia, szybko sobie jednak uświadomiła, że Fabiański mówi z pamięci. Włączyła w końcu dyktafon, choć stojąca obok kobieta obrzuciła
ją wrogim spojrzeniem. "Niech się tylko odezwie" - zgrzytnęła zębami
Bożena. "Może i nagrywanie przemowy pogrzebowej jest gruboskórne, ale
noszenie fałszywych louboutinów to jeszcze większa impertynencja. W każdych okolicznościach".
Po Stefanie Fabiańskim nikt już nie zechciał wspominać zmarłej,
żałobnicy zaczęli rozchodzić się w milczeniu. Bożena chciała jeszcze
obejrzeć samochody ruszające z cmentarnego parkingu, tam zresztą umówiła
się z fotografem, odwróciła się zatem i ruszyła razem z uczestnikami
pogrzebu. W czasie uroczystości stała z tyłu grobu, by mieć widok na
tłoczących się żałobników, musiała więc przejść obok zgromadzonej
rodziny, wpatrzonej w nakryty już granitową płytą nagrobek.
- Nareszcie z głowy. - Usłyszała w pewnym momencie Artura.
- Zamknij się. - To był głos Stefana. W niczym jednak nie przypominał
ciepłego, aksamitnego tembru, jakim kilkanaście minut wcześniej czarował
w czasie przemówienia.
- Nie powiesz chyba, że w końcu nie odetchnąłeś.
- Nic nie powiem - warknął Stefan.
Bożena odwróciła głowę w stronę idącej obok kobiety, udając wymianę
zdań. Wolała nie przyznawać się, że usłyszała coś, co - o czym była
przekonana - nie powinno do niej dotrzeć.
Zobaczyła Edmunda wychodzącego z cmentarza. Był wyraźnie smutny. A może
wściekły? Właściwie dlaczego? To przecież mocno starsza pani, w tym
wieku każdy ma prawo spokojnie umrzeć. "My jesteśmy tu tylko dlatego - i Edmund, i fotograf, i ja - że opis ceremonii niezmiernie zainteresuje
naszych czytelników i słuchaczy" - pomyślała mało pochlebnie. Obejrzała
rząd limuzyn wypucowanych jak zwierciadła i skupiła uwagę na Fabiańskim
juniorze.
- Jaki on tam młody - powiedziała do siebie półgłosem i dodała: - Wciąż
tak o nim myślę, a to przecież czterdziestoletni nastolatek.
Artur podrzucił w ręce kluczyki z błyszczącym breloczkiem. Podszedł do
czerwonego auta z dziwnymi drzwiami, które uniosły się z boków.
Skojarzenie z Batmanem było odruchowe. Artur rozmawiał z kimś, ale
dziennikarka nie zwróciła uwagi na rozmówcę, samochód zaabsorbował ją
całkowicie. Musiał kosztować majątek. Dwa majątki.
- Co mi do tego? - Bożena nawet nie zauważyła, że cały czas mówi do
siebie półgłosem. - Stać ich, to wydają. Nie kradną, a przynajmniej nikt
ich na tym nie złapał. Jeszcze. Nie robią nic złego, choć zapewne jest
to tylko kwestia znalezienia odpowiednich kwitów. Płacą podatki, bez
wątpienia w najmniejszym możliwym wymiarze, choć i tak ich wartość jest
z całą pewnością wyższa niż cały mój PIT. I kij im w plecy. A ja? Jestem
tylko żerującą na ludzkich nieszczęściach reporterzyną. Emocjonalnym
pasożytem. Szumowina i wykolejeniec. - Po ostatnim wypowiedzianym zdaniu
naszła ją refleksja: "Zaraz, zaraz, to o mnie czy o Fabiańskich?".
Rozdział 4
Piętnaście lat wcześniej Bożena miała dwadzieścia trzy lata. Rozpoczęła
pracę w lokalnym dzienniku. Wierzyła, że właśnie złapała pana Boga za
nogi - gazeta miała prawie czterdziestoletnią tradycję wydawniczą i uchodziła za najbardziej opiniotwórczą w regionie. Kilka lat wcześniej
stała się wprawdzie filią jednej z gazet szczecińskich, na szczęście
Fabiańscy dofinansowali tytuł i "Wiadomości Koszalińskie" wciąż
pozostawały dla koszalinian najważniejszym źródłem informacji.
Jej entuzjazm przygasł lekko po trzecim tygodniu, kiedy to zorientowała
się, że wymarzona praca w terenie, rozmawianie z ważnymi i zupełnie
nieistotnymi ludźmi, odkrywanie ich tajemnic, interweniowanie w sprawach
przeciętnych zjadaczy chleba, poprawianie ich bytu... to były tylko
marzenia. Mrzonki.
Pierwszego dnia poznała zespół i biuro. Kręciło jej się w głowie od
hałasu, okrzyków, rozmów telefonicznych. Kilkanaście lat wcześniej
zapewne brzmiał tam też stukot maszyn do pisania. "Musiało być tu
strasznie" - pomyślała wieczorem. Czuła, że głowa jej spuchła - od
hałasu, nadmiaru informacji, przebodźcowania. Odetchnęła z ulgą, gdy w domu zrzuciła szpilki i ściągnęła wąską spódniczkę. Rano uznała, że to
strój odpowiedni do szacownej redakcji, wybierała go starannie, nawet
specjalnie kupiła coś nowego. Po pierwszym dniu jednak doszła do
wniosku, że powinna tę kwestię jeszcze przemyśleć, bo w terenie ołówkowa
spódniczka może się nie sprawdzić. Usiadła na kanapie, spuchnięte stopy
nasmarowała chłodzącym balsamem i schowała w puchatych skarpetach. "Ale
ze szpilek nie zrezygnuję pod żadnym pozorem" - obiecała sobie.
Drugiego dnia założyła bojówki. I szpilki. Na wszelki wypadek wrzuciła
trampki do torby. Wtedy jeszcze miała taką parę płaskich butów.
Wyrzuciła je do pojemnika z używaną odzieżą kilka lat później, pozostały
prawie nowe.
Tego dnia zaprzyjaźniła się z wyposażeniem redakcyjnej kuchni. Poznała
upodobania kulinarne dziennikarzy. Dla Roberta z pierwszego piętra -
kawa z odrobiną mleka. Spienionego. Marta wolała sojowe latte. "Swoją
drogą, idiotyzm" - pomyślała Bożena. "Jeśli już pić mleko, to po co
udawać? Napoje roślinne do kawy? Fuj". Przedłużone espresso dla szefa
redakcji. Americana dla Jolanty.
"W ogóle po co mleko do kawy?" - zastanawiała się późnym popołudniem. Do
tego czasu zdołała już poznać numery do najlepszych pizzerii w mieście,
trzech, bo na różnych piętrach panowały różne preferencje. Dowiedziała
się też, co to jest sushi, choć jeszcze go nie zamawiała. I nigdy nie
jadła. Surowa ryba? Musi być ohydna. Za to dwukrotnie dzwoniła do kuchni
polskiej, schabowy z ziemniakami królował. "Każdy musi jakoś zacząć" -
pocieszała się wieczorem. "Może być od kuchni".
Stopy wchodziły jej w szyję, rezygnacja ze szpilek jednak nie wchodziła
w grę.
Po tygodniu wróciła do ołówkowej spódnicy. W biurze ten strój był
absolutnie wystarczający, a wizja pracy w terenie stawała się tak
świetlista, że aż przeźroczysta. Była mrzonką, a Bożena, choć uzyskała
do tej pory zaledwie licencjat, miała pewien wrodzony życiowy spryt. I takąż mądrość. "Wyssałam ją z mlekiem matki" - myślała czasami
ironicznie, wiedząc, że jej mama jest całkowitą przeciwniczką
naturalnego karmienia.
Przez najbliższe dni odkrywała stopniowo, z coraz większą goryczą, że
kuchnia miała się stać jej środowiskiem pracy. Takie chyba były,
nieustalone z nią, założenia. Po niespełna dwóch tygodniach, w przerwie
między parzeniem kawy i zamawianiem pizzy, napisała krótkie
sprawozdanie. Nadała mu wdzięczny tytuł: Dzień zbyt ambitnej
dziennikarki, opisała wszystkie rodzaje parzonej kawy, wyliczyła
kalorie w zamawianych codziennie przez dziennikarzy daniach, opisała
także okrzyki wydawane przez niektórych. Nie zasłaniała się trzema
kropkami, nie stosowała sympatycznych zamienników. Dodała do tego opis
odgłosów wydawanych przez kanalizację, "jęk szlachtowanego wieprza"
wzbudził spore uznanie szczególnie u tych, którzy mieli biurka niedaleko
toalet. Ładnie też odmalowała słowem postrzępioną wykładzinę. Potykając
się o jej brzeg, Bożena oblała się kawą, miała więc na ten temat sporo
do powiedzenia.
Zanim pokazała tekst szefowej, wykasowała spostrzeżenia dotyczące
współpracowników, choć z tej części miała akurat najlepszy ubaw.
Sprawozdanie szybko zyskało status radosnego przerywnika pracy dla
całej redakcji.
- Dobra jesteś, młoda! - Usłyszała.
Wprawdzie nie potrafiłaby powiedzieć, od kogo, ale jakie to miało
znaczenie? Szef także się uśmiechnął, chociaż nie skomentował.
To zdecydowanie był dzień Bożeny! "Wreszcie przestanę być panienką od
kawy!" - myślała wieczorem z zadowoleniem.
Następnego dnia rzeczywistość wróciła na utarte tory. Bożena przez
kolejny tydzień miała wrażenie, że lewituje w oparach absurdu. Przyszła
do pracy jako dziennikarka! Bez doświadczenia, ale przecież właśnie
tutaj miała je zdobyć. Kawę umiała parzyć już wcześniej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki