Tessa d'Urberville (ekskluzywna edycja) - Thomas Hardy

Kup ebooka

49.90 zł
41.42 zł (34,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dziewczyna

I

Pod koniec maja wie­czo­rem pewien czło­wiek w śred­nim wieku wra­cał pie­chotą z Sha­ston do domu, do wsi Mar­lott, poło­żo­nej w sąsied­niej doli­nie zwa­nej Bla­ke­more lub Black­moor. Nogi nio­sły go nie­zbyt pew­nie, a chód jego odzna­czał się skłon­no­ścią do lek­kiego zba­cza­nia z linii pro­stej na lewo. Od czasu do czasu moc­nym kiw­nię­ciem głowy zda­wał się potwier­dzać jakieś swoje prze­ko­na­nie, mimo że nie myślał spe­cjal­nie o niczym. Niósł prze­wie­szony przez ramię pusty kosz od jaj; kape­lusz jego miał włos star­gany, a na ron­dzie, tam gdzie doty­kał go przy zdej­mo­wa­niu, wid­niał głę­boki odcisk palca. Mijał wła­śnie pastora, czło­wieka star­szego już, który jadąc na oklep na siwej kobyle, nucił coś pod nosem.

- Dobry wie­czór - pozdro­wił go czło­wiek z koszem.

- Dobry wie­czór, sir Joh­nie - odpo­wie­dział pastor.

Czło­wiek idący pie­szo prze­szedł jesz­cze kilka kro­ków, po czym przy­sta­nął i odwró­ciw­szy się, rzekł:

- Za pozwo­le­niem jego­mo­ści, w ostatni dzień tar­gowy spo­tka­li­śmy się także na tej dro­dze, pra­wie o tej samej porze, powie­dzia­łem wtedy: dobry wie­czór, ksiądz pro­boszcz zaś odpo­wie­dział mi jak dziś: dobry wie­czór, sir Joh­nie.

- Tak jest - potwier­dził pastor.

- A jesz­cze, będzie jakiś mie­siąc temu, zda­rzyło się to samo.

- Być może.

- A więc dla­czego ksiądz dobro­dziej nazywa mnie sir Joh­nem, skoro jestem sobie po pro­stu Jack Dur­bey­field, prze­ku­pień?

Pastor pod­je­chał o kilka kro­ków bli­żej.

- Ot, taką mia­łem fan­ta­zję - odrzekł; a potem po chwili waha­nia: - A to z powodu pew­nego odkry­cia, które zro­bi­łem nie­dawno, poszu­ku­jąc rodo­wo­dów do histo­rii tego hrab­stwa. Jestem pastor Trin­gham, badacz sta­ro­żyt­no­ści ze Stag­foot Lane. Czy naprawdę nie wie­cie, Dur­bey­field, że jeste­ście w pro­stej linii potom­kiem sta­rego rycer­skiego rodu d'Urbe­rville'ów, wywo­dzą­cego się od sław­nego ryce­rza sir Pagana d'Urbe­rville, który według archi­wów w Bat­tle Abbey przy­był tu z Nor­man­dii razem z Wil­hel­mem Zdo­bywcą?

- Pierw­sze sły­szę, księże pro­bosz­czu.

- Ale to prawda! Pod­nie­ście no w górę pod­bró­dek, abym mógł lepiej się wam przyj­rzeć z pro­filu. Tak, tak, to nos i pod­bró­dek d'Urbe­rville'ów - tro­chę zde­ge­ne­ro­wane. Wasz przo­dek był jed­nym z dwu­na­stu ryce­rzy, któ­rzy poma­gali w Nor­man­dii lor­dowi Estre­ma­villa zdo­by­wać hrab­stwo Gla­mor­gan. Przed­sta­wi­ciele licz­nych gałęzi waszego rodu mieli swoje dwory roz­siane po całej tej czę­ści Anglii. Nazwi­ska ich poja­wiają się w archi­wach Skarbu Pań­stwa za cza­sów króla Ste­fana. Pod­czas pano­wa­nia króla Jana jeden z nich był dość bogaty, by ofia­ro­wać zamek ryce­rzom szpi­tal­ni­kom, a za cza­sów Edwarda Dru­giego wasz pra­sz­czur Brian został wezwany do West­min­steru, by uczest­ni­czyć w Wiel­kiej Radzie Koron­nej. W epoce Oli­vera Crom­wella wasz ród nieco pod­upadł, ale tylko w nie­znacz­nej mie­rze, nato­miast za pano­wa­nia Karola Dru­giego w nagrodę za wier­ność zosta­li­ście mia­no­wani Ryce­rzami Kró­lew­skiego Dębu. Tak, tak, mie­li­ście w waszym rodzie całe poko­le­nie sir Joh­nów i gdyby tytuł ryce­rza, tak jak baro­neta, był dzie­dziczny jak nie­gdyś, kiedy to tytuł ryce­rza prze­cho­dził z ojca na syna, to wy byli­by­ście teraz także sir Joh­nem.

- Czy być może?

- Sło­wem - zakoń­czył pastor, ener­gicz­nie ude­rza­jąc się szpi­crutą po udzie - może w całej Anglii rodzina wasza nie ma sobie rów­nej.

- O rety! Czy to moż­liwe?! - zawo­łał Dur­bey­field. - A ja od lat włó­czę się tam i siam i haruję, jak gdy­bym był już ostat­nim w całej para­fii... A od jak dawna te wia­do­mo­ści są znane, księże pro­bosz­czu Trin­gham?

Duchowny wyja­śnił, że o ile mu wia­domo, sprawy te poszły zupeł­nie w zapo­mnie­nie i można by powie­dzieć, że nikt o nich nie wie; on sam roz­po­czął bada­nia dopiero ubie­głej wio­sny, gdy śle­dząc losy rodziny d'Urbe­rville'ów, zauwa­żył był na wózku prze­kup­nia nazwi­sko Dur­bey­field. To go skło­niło do zebra­nia wia­domości o jego ojcu i dziadku, aż wresz­cie teraz nie ma już w tym przed­mio­cie żad­nych wąt­pli­wo­ści.

- Z początku posta­no­wi­łem, że nie będę was nie­po­koił takimi bez­u­ży­tecz­nymi wia­do­mo­ściami - cią­gnął pastor. - Cza­sem jed­nak nasze odru­chy bywają sil­niej­sze od naszych posta­no­wień. Sądzi­łem zresztą, że może sami coś nie­coś o tym wie­cie.

- Tak, prawda, parę razy zda­rzyło mi się sły­szeć, że moja rodzina przed osie­dle­niem się w Black­moor znała lep­sze czasy. Nie zwra­ca­łem na to uwagi, bom myślał, że tu cho­dzi o to, że nie­gdyś mie­lim dwa konie, a teraz tylko jed­nego. Mam w domu starą srebrną łyżkę i jakąś starą pie­częć, ale, mój Boże, cóż zna­czy jedna łyżka lub pie­częć!... I pomy­śleć, że w moich żyłach pły­nie ta sama krew co u tych moż­nych d'Urbe­rville'ów! Ludzie mówili, że mój pra­dziad miał tam jakieś swoje tajem­nice i nie chciał mówić, skąd tu przy­był... A, za pozwo­le­niem jego­mo­ści, gdzie jest teraz nasze gniazdo? To jest, chcia­łem zapy­tać, gdzie teraz miesz­kamy, my, rodzina d'Urbe­rville'ów.

- Ni­gdzie. Cały ród wasz w tym hrab­stwie wygasł.

- O, jaka szkoda!

- Tak, tak. Jak to kłam­liwe kro­niki rodzinne nazy­wają, gałąź męska wyga­sła, czyli - prawdę mówiąc - pod­upa­dła.

- A więc gdzie jeste­śmy pocho­wani?

- W Kings­bere-sub-Gre­en­hill. Wasi przod­ko­wie całymi rzę­dami tam spo­czy­wają w rodzin­nych gro­bow­cach z rzeź­bio­nymi pomni­kami, każdy pod pur­bec­kow­skim1 mar­mu­ro­wym bal­da­chi­mem.

- A gdzie są nasze rodowe zamki i wło­ści?

- Już ich nie macie.

- A ziemi także już nie mamy?

- Nie, ani pię­dzi, choć nie­gdyś posia­da­li­ście jej pod dostat­kiem, gdyż jak wam już wspo­mnia­łem, wasz ród był bar­dzo roz­ga­łę­ziony. W tutej­szym hrab­stwie mie­li­ście jedną sie­dzibę w Kings­bere, drugą w Sher­ton, inną w Mil­l­pond, jesz­cze inne w Lul­l­stead i Wel­l­bridge.

- Czy jesz­cze kiedy powró­cimy do naszej wła­sno­ści?

- O, tego już wie­dzieć nie mogę.

- Co mógł­bym zro­bić w tej spra­wie, księże pro­bosz­czu? - zapy­tał Dur­bey­field po chwili mil­cze­nia.

- Nic a nic. Chyba tylko zdo­być się na pokorę, roz­my­śla­jąc nad tym, "jak możni tego świata upa­dają nisko". Cała ta sprawa może inte­re­so­wać tylko histo­ryka lub bada­cza sta­rych rodów, nikogo wię­cej. W naszym hrab­stwie pośród wie­śnia­ków jest kilka rodzin o pra­wie rów­nej świet­no­ści. Dobra­noc.

- Pro­szę, niech­że wie­lebny ksiądz zawróci i przy tej oka­zji zechce wypić ze mną kufe­lek piwa. W obe­rży "Pod Jedną Kro­pelką" mają wcale nie­złe piwo z beczki, choć nie umywa się do piwa u Rol­li­vera.

- Nie, dzię­kuję, dziś nie, Dur­bey­field. I tak macie już tro­chę w czu­bie.

Zakoń­czyw­szy na tym roz­mowę, pastor poje­chał dalej, zada­jąc sobie pyta­nie, czy aby uczy­nił roz­sąd­nie, dzie­ląc się z owym czło­wie­kiem tym cie­ka­wym okru­chem wie­dzy.

Po odjeź­dzie pastora Dur­bey­field prze­szedł jesz­cze kilka kro­ków, pogrą­żony w głę­bo­kim zamy­śle­niu, po czym posta­wiw­szy na ziemi kosz, usiadł na poro­śnię­tym trawą brzegu gościńca. Wkrótce w oddali uka­zał się jakiś wyro­stek idący w tym samym kie­runku, w jakim zmie­rzał Dur­bey­field; ten ostatni, ujrzaw­szy go, pod­niósł do góry rękę, a chło­piec przy­śpie­szył kroku i zbli­żył się.

- Mały, weź no ten kosz! Zała­twisz mi pewne pole­ce­nie.

Chudy jak szczapa wyro­stek zmarsz­czył brwi.

- Kimże to jeste­ście, Joh­nie Dur­bey­field, żeby mi roz­ka­zy­wać i wołać na mnie "mały"? Prze­cież zna­cie moje imię, tak jak ja znam wasze.

- Ho, ho! To tajem­nica! Tajem­nica! A teraz speł­nij mój roz­kaz i załatw to pole­ce­nie... Zresztą niech tam, Fred, powiem ci tę moją tajem­nicę: pocho­dzę ze szla­chec­kiego rodu. Dowie­dzia­łem się o tym wła­śnie dziś po połu­dniu. - Wypo­wia­da­jąc te słowa, Dur­bey­field porzu­cił pozy­cję sie­dzącą i roz­cią­gnął się roz­kosz­nie na tra­wie pośród sto­kro­tek.

Chło­pak, sto­jąc przed Dur­bey­fiel­dem, obej­rzał go w całej dłu­go­ści, od stóp do głów.

- Sir John d'Urbe­rville, oto jak się nazy­wam! - mówił dalej roz­cią­gnięty na tra­wie męż­czy­zna. - To jest, gdyby ryce­rze byli baro­ne­tami... któ­rymi wła­śnie są. Wszystko, co mnie doty­czy, zapi­sane jest w histo­rii. Chłop­cze, czy nie znasz miej­sco­wo­ści, która nazywa się Kings­bere-sub-Gre­en­hill?

- Tak, byłem tam na jar­marku.

- A więc pod kościo­łem tego mia­sta spo­czy­wają...

- To nie mia­sto, to, o czym mówię. W każ­dym razie nie było nim wtedy, kie­dym tam poje­chał. Taka sobie nędzna mała dziura.

- Mniej­sza o to, mój chłop­cze, tu nie o to cho­dzi. Otóż pod kościo­łem w tej para­fii spo­czy­wają moi przod­ko­wie - są ich tam całe setki - leżą w wiel­kich oło­wia­nych trum­nach ważą­cych Bóg wie ile ton. Leżą ubrani w zbroje i klej­noty. W całym hrab­stwie połu­dnio­wego Wesseksu nie znaj­dziesz nikogo, kto by miał w rodzi­nie rów­nie wspa­niałe i pań­skie szkie­lety jak ja!

- No, no!

- A teraz weź ten koszyk i leć do Mar­lott. Gdy doj­dziesz do obe­rży "Pod Jedną Kro­pelką", powiedz im tam, by mi natych­miast przy­słali konia i powo­zik, który mnie zawie­zie do domu. A niech włożą do powozu butel­czynę rumu i niech ją zapi­szą na mój rachu­nek. Gdy to zała­twisz, pójdź z koszem do mojej żony i powiedz jej, żeby rzu­ciła pra­nie, gdyż nie będzie już potrze­bo­wała go koń­czyć. Niech czeka na mój powrót, bo mam dla niej nowiny.

Widząc, że chło­pak waha się, Dur­bey­field się­gnął do kie­szeni i wyjął szy­linga, jed­nego z tych nie­wielu, jakie rzadko kiedy posia­dał.

- Masz tu za fatygę - powie­dział.

To zmie­niło pogląd chłopca na sytu­ację.

- Dobrze, sir Joh­nie. Dzię­kuję. Czy to już wszystko, sir Joh­nie?

- Powiedz tam u mnie w domu, że chciał­bym mieć na kola­cję... powiedzmy, potrawkę z jagnię­cia, o ile to moż­liwe, jeżeli nie, to krwawą kiszkę, a jeżeli jej nie dostaną, to wystar­czą flaki.

- Dobrze, sir Joh­nie.

Wyro­stek wziął kosz i w chwili gdy miał wyru­szyć w drogę, od strony wsi dały się sły­szeć dźwięki orkie­stry dętej.

- Co to zna­czy? - zapy­tał Dur­bey­field. - To chyba nie na moją cześć?

- To pro­ce­sja klubu kobiet, sir Joh­nie. Prze­cież wasza córka jest jedną z człon­kiń.

- To prawda! Zamy­śli­łem się o waż­niej­szych spra­wach i zupeł­nie o tym zapo­mnia­łem! A więc ruszaj do Mar­lott i zamów mi powóz. Może mi wypad­nie zro­bić prze­gląd tej pro­ce­sji klubu.

Wyro­stek odszedł, a Dur­bey­field, cze­ka­jąc, leżał dalej w popo­łu­dnio­wym słońcu, pośród trawy i sto­kro­tek. Przez dłuż­szy czas na dro­dze nie było widać ani żywej duszy i tylko słabe dźwięki orkie­stry mąciły ciszę w kręgu nie­bie­skich wzgórz.

II

Wio­ska Mar­lott poło­żona jest pośród pół­nocno-wschod­nich fali­sto­ści wspo­mnia­nej wyżej pięk­nej doliny Black­moor; jest to oko­lica ustronna, zamknięta wśród wzgórz, w znacz­nej czę­ści nie­do­tknięta jesz­cze stopą tury­sty ani mala­rza, mimo że odda­lona zale­d­wie o cztery godziny drogi od Lon­dynu.

Dolinę tę naj­le­piej oglą­dać ze szczy­tów ota­cza­ją­cych ją wzgórz, byle pod­czas let­niej suszy. Wędrówka bez prze­wod­nika po jej zakąt­kach, szcze­gól­nie pod­czas nie­po­gody, nie byłaby przy­jemna, gdyż drogi są wąskie, kręte i błot­ni­ste.

Ta żyzna i zaciszna połać kraju, gdzie pola ni­gdy nie żółkną, a źró­dła ni­gdy nie wysy­chają, zamknięta jest od połu­dnia stro­mym wapien­nym grzbie­tem obej­mu­ją­cym wynio­sło­ści Ham­ble­don Hill, Bul­bar­row, Net­tle­combe-Tout, Dogbury, High Stoy i Bubb Down. Gdy podróżny, przy­były od strony morza, po mozol­nym wie­lo­mi­lo­wym mar­szu poprzez kre­dowe wyżyny i uprawne pola znaj­dzie się nagle na brzegu jed­nego z urwisk, staje zasko­czony i ocza­ro­wany, widząc, że u stóp jego ściele się - jak mapa - kraj zupeł­nie odmienny od tego, który prze­wę­dro­wał. Za nim są nagie wzgó­rza, słońce pała ogniem nad polami tak roz­le­głymi, że kra­jo­braz wydaje się otwarty, drogi są białe, przy­drożne żywo­płoty - niskie i ple­cione, powie­trze bez­barwne. Tu w doli­nie świat wydaje się stwo­rzony w mniej­szej skali i bar­dziej deli­katny; pola - to zale­d­wie małe łączki, tak roz­drob­nione, że z tej wyso­ko­ści prze­gra­dza­jące je żywo­płoty robią wra­że­nie siatki z ciem­no­zie­lo­nych nici roz­cią­gnię­tej na bled­szej zie­leni traw. Tu w dole powie­trze jest łagodne i tak zabar­wione błę­ki­tem, że to, co arty­ści nazy­wają śred­nim pla­nem, przy­biera rów­nież ten sam odcień, gdy w oddali hory­zont jest barwy najciemniej­szej ultra­ma­ryny. Ziem ornych jest nie­wiele i nie zaj­mują dużych prze­strzeni. Nie­mal cały ten kraj wygląda jak roz­le­gła, bujna masa traw i drzew, otu­la­jąca niby płasz­czem mniej­sze pagórki i dolinki tonące w więk­szych. Taka jest dolina Black­moor.

Oko­lica to nie mniej inte­re­su­jąca pod wzglę­dem histo­rycz­nym jak topo­gra­ficz­nym. Dolina ta nie­gdyś była znana pod nazwą Lasu Bia­łego Jele­nia. Cie­kawa legenda z cza­sów Hen­ryka III głosi, że nie­jaki Tomasz de la Lynd zabił był pięk­nego jele­nia, ści­ga­nego, lecz oszczę­dzo­nego przez samego króla, i za to został ska­zany na zapła­ce­nie wyso­kiej grzywny. W owych cza­sach i jesz­cze sto­sun­kowo do nie­dawna kraj ten był poro­śnięty gęstym borem. Dziś znaj­du­jemy jego ślady w sta­rych dębo­wych gajach, w nie­re­gu­lar­nych pasach sta­ro­drzewu, które zacho­wały się na sto­kach, w wydrą­żo­nych przez próch­nicę pniach drzew, ocie­nia­ją­cych tak liczne tu pastwi­ska.

Lasy zni­kły, lecz pozo­stały pewne zwią­zane z nimi oby­czaje. Liczne spo­śród nich prze­trwały jed­nak tylko w zmie­nio­nej i zama­sko­wa­nej postaci. Na przy­kład dzi­siej­sza klu­bowa zabawa czy "pro­ce­sja klu­bowa", jak ją tam nazy­wano, sta­nowi odpo­wied­nik sta­ro­daw­nego koro­wodu tanecz­nego w święto maja.

Dla mło­dzieży w Mar­lott uro­czy­stość ta była nader donio­słym wyda­rze­niem, acz­kol­wiek wła­ściwe jej zna­cze­nie było uczest­ni­czą­cym w niej nie­znane. Odręb­ność tego święta pole­gała nie tyle na zacho­wa­niu zwy­czaju uczest­ni­cze­nia corocz­nie w pro­ce­sji i tań­cze­nia na tra­wie, ile na tym, że do klubu nale­żały wyłącz­nie kobiety. W klu­bach męskich uro­czy­sto­ści takie, choć już powoli zni­kały, były rze­czą mniej nie­zwy­kłą; lecz bądź nie­śmia­łość, tak wła­ściwa płci słab­szej, bądź iro­niczna postawa męskich krew­nych pozba­wiły ostat­nie kluby kobiece (o ile takie jesz­cze ist­niały) całego ich daw­nego bla­sku i świet­no­ści. Jedy­nie klub w Mar­lott trwał na­dal dla pod­trzy­ma­nia tra­dy­cji lokal­nych cere­aliów. Klub ten defi­lo­wał w pro­ce­sji przez setki lat, jeśli nie jako klub dobro­czynny, to jako rodzaj brac­twa, i defi­luje na­dal.

Cała gro­mada ubrana była w białe suk­nie, wesoła pozo­sta­łość minio­nej mody daw­nych lat, kiedy to radość i maj były syno­ni­mami - lat, gdy prze­zorna dale­ko­wzrocz­ność nie zdo­łała jesz­cze spro­wa­dzić wzru­szeń do mono­ton­nej mier­no­ści. Dziew­częta naj­pierw para­do­wały w uro­czy­stym pocho­dzie, masze­ru­jąc dwój­kami dokoła pro­bo­stwa. Ideał i rze­czy­wi­stość spo­ty­kały się i wal­czyły po tro­sze z sobą, gdy słońce ryso­wało ich syl­wetki na tle zie­lo­nych żywo­pło­tów i fasad domów ople­cio­nych koronką pną­cych roślin, choć bowiem cała gro­madka ubrana była biało, wśród tej bia­ło­ści nie zna­la­zł­byś dwóch tonów jed­na­ko­wych. Biel nie­któ­rych sukien była pra­wie ide­alna, inne miały zabar­wie­nie nie­bie­skawe, jesz­cze inne, spo­czy­wa­jące pew­nie od lat w skrzy­niach i noszone przez osoby star­sze, wpa­dały w siny, trupi odcień i kro­jem przy­po­mi­nały modę z cza­sów króla Jerzego.

Oprócz odświęt­nego bia­łego stroju każda kobieta i dziew­czyna nio­sła w pra­wej ręce odartą z kory gałązkę wierz­bową, a w lewej - wią­zankę bia­łych kwia­tów. Odar­cie z kory gałą­zek i wybór kwia­tów musiały być doko­nane oso­bi­ście.

W pro­ce­sji brało udział kilka kobiet doj­rza­łych, a nawet parę star­szych. Ich prze­ty­kane sre­brem włosy oraz pomarsz­czone, znisz­czone przez czas i tro­skę twa­rze były w tym weso­łym oto­cze­niu zja­wi­skiem nie­le­d­wie gro­te­sko­wym, a z pew­no­ścią - pate­tycz­nym. Gdyby się jed­nak głę­biej zasta­no­wić, to od tych doświad­czo­nych i stro­ska­nych kobiet, tak bli­skich lat rezy­gna­cji - lat, o któ­rych wie­działy, że nie dadzą im już żad­nej rado­ści - można by się wię­cej nauczyć i wię­cej o nich powie­dzieć niż o ich mło­do­cia­nych towa­rzysz­kach. Ale przejdźmy już od star­szych do tych, w któ­rych cia­łach prze­pływa wartki i gorący stru­mień życia.

Więk­szość gro­mady sta­no­wiły młode dziew­częta, a ich bujne włosy mie­niły się w słońcu róż­nymi odcie­niami złota, czerni i brązu. Jedne miały piękne oczy, inne ładny nos, jesz­cze inne - piękne usta lub figurę, lecz nie­liczne, a może nawet żadna nie posia­dała wszyst­kich tych zalet razem. Widać było wyraź­nie, że dziew­czę­tom tym, wysta­wio­nym na widok publiczny, trudno było uło­żyć wargi, poru­szać zręcz­nie gło­wami czy też nadać twa­rzy wyraz obo­jętny; wszystko wska­zy­wało, że są to pro­ste wiej­skie dziew­czyny, onie­śmie­lone spoj­rze­niami licz­nych skie­ro­wa­nych na nie oczu.

I podob­nie jak ciała ich ogrze­wało słońce, tak w duszy każda miała wła­sne, pro­mie­niu­jące cie­płem sło­neczko: jakieś marze­nie, uczu­cie czy upodo­ba­nie, a przy­naj­mniej jakąś wątłą i daleką nadzieję, która acz­kol­wiek nie zaspo­ko­jona, lecz mimo to - jak każda nadzieja - żyła dalej. Toteż wszyst­kie dziew­częta były pogodne, a nie­jedna nawet wesoła.

Obe­szły dokoła obe­rżę "Pod Jedną Kro­pelką" i zbo­czyły z głów­nego gościńca, żeby wejść przez furtkę na łąkę, gdy jedna z kobiet zawo­łała:

- Wielki Boże, Tesso Dur­bey­field, czy to aby nie twój ojciec wraca do domu w powo­zie?

Na ten okrzyk jedna z młod­szych dziew­cząt z gro­mady odwró­ciła głowę. Była to zgrabna i piękna dziew­czyna, może nie pięk­niej­sza od innych, lecz ruchliwe, czer­wone jak piwo­nia usta i wiel­kie nie­winne oczy doda­wały wyra­zi­sto­ści jej rysom i kar­na­cji. Miała we wło­sach czer­woną wstążkę i w tej bia­łej pro­ce­sji ona jedna mogła się pochwa­lić taką świetną ozdobą. W chwili gdy się odwró­ciła, na dro­dze uka­zał się Dur­bey­field jadący w powo­zie wyna­ję­tym w obe­rży "Pod Jedną Kro­pelką" i powo­żo­nym przez tęgą dzie­wu­chę o kędzie­rza­wych wło­sach, mającą rękawy pod­wi­nięte powy­żej łokci. Była to wesoła dziewka z obe­rży, rodzaj słu­żą­cej do wszyst­kiego, peł­niąca cza­sem czyn­no­ści stan­greta i parobka sta­jen­nego. Dur­bey­field, z roz­kosz­nie przy­mknię­tymi oczami, roz­party na tyl­nym sie­dze­niu, machał ręką nad głową i śpiew­nie, wolno dekla­mo­wał:

- Mam ci ja wiel­kie ro-dzin-ne gro-bow-ce w Kings­bere i ry-cer-skich przo­od­ków w oło-wia-nych trum­nach!

Człon­ki­nie klubu zachi­cho­tały z wyjąt­kiem dziew­czyny zwa­nej Tessą, w któ­rej widocz­nie wzbie­rał gniew na widok ojca nara­ża­ją­cego się na śmiesz­ność.

- On jest tylko zmę­czony - powie­działa żywo - i wyna­jął sobie powóz dla­tego, że nasz koń musi dziś odpo­cząć.

- O święta naiw­no­ści! Tesso, jakaś ty nie­mą­dra - odpo­wie­działy jej towa­rzyszki. - Jest prze­cież pod­chmie­lony jak zwy­kle w dzień tar­gowy. Ha, ha, ha!

- Słu­chaj­cie, jeśli będzie­cie się z niego śmiały, to nie pójdę z wami ani kroku dalej! - zawo­łała Tessa, a rumie­niec spły­nął jej z policz­ków aż na szyję. Po chwili spu­ściła głowę, a oczy jej zwil­got­niały. Dziew­częta, widząc, że spra­wiły jej przy­krość, umil­kły i znów zapa­no­wał spo­kój. Duma nie pozwo­liła Tes­sie odwró­cić głowy, by spraw­dzić, jakie ojciec ma zamiary, jeżeli je w ogóle miał, i wraz z całą gro­madą skie­ro­wała się ku ogro­dzo­nej łączce, gdzie miały się roz­po­cząć tańce na tra­wie. Gdy już tam przy­były, odzy­skała dobry humor, ude­rzała wierz­bo­wym prę­tem o pręt swo­jej sąsiadki i roz­ma­wiała jak zwy­kle.

W tym okre­sie życia Tessa Dur­bey­field była jak gdyby sie­dli­skiem samych uczuć bez naj­mniej­szej przy­mieszki doświad­cze­nia. Mimo że cho­dziła do wiej­skiej szkoły, język jej zatrą­cał gwarą; cha­rak­te­ry­styczną cechą gwary jej stron ojczy­stych było wyma­wia­nie litery "r" w spo­sób naj­bar­dziej ostry i wyraźny, jaki można spo­tkać w ludz­kiej mowie. Pełne, ciem­no­czer­wone wargi Tessy, nawy­kłe od dzie­ciń­stwa do tej wymowy, jak gdyby nie miały jesz­cze zde­cy­do­wa­nego zarysu, a gdy po wypo­wie­dze­niu słowa zamy­kały się, dolna warga wypy­chała w górę wargę górną.

W wyglą­dzie Tessy taiły się jesz­cze różne okresy dzie­ciń­stwa. Dziś, gdy tak szła, można by powie­dzieć, że mimo buj­nej kobie­cej urody z policz­ków jej wyziera dwu­na­sty rok, w oczach iskrzy się dzie­wiąty, a nawet od czasu do czasu w wygię­ciu warg igra wesoło piąty roczek.

Jed­nak mało kto to widział lub się nad tym zasta­na­wiał. Tylko nie­liczni, szcze­gól­nie obcy, mija­jąc ją, długo za nią patrzyli, od razu ocza­ro­wani jej świe­żo­ścią, myśląc z żalem, czy ją jesz­cze kiedy zoba­czą. Dla więk­szo­ści zaś Tessa była tylko piękną, dorodną dziew­czyną wiej­ską, niczym wię­cej.

Człon­ki­nie klubu nie zoba­czyły już Dur­bey­fielda ani nie sły­szały o nim i o jego trium­fal­nym powo­zie, powo­żo­nym przez dziew­czynę z obe­rży, i gdy zna­la­zły się na ozna­czo­nym miej­scu, roz­po­częły się tańce. Ponie­waż nie było wśród nich męż­czyzn, dziew­częta tań­czyły ze sobą, lecz gdy zbli­żał się koniec dnia robo­czego, miesz­kańcy wio­ski oraz kilku próż­nia­ków i prze­chod­niów zebrało się dokoła i widać było, że chęt­nie poszu­ka­liby sobie part­nerki do tańca.

Pośród tych widzów znaj­do­wało się trzech mło­dych ludzi nale­żą­cych do wyż­szej klasy spo­łecz­nej; mieli oni umo­co­wane na ramio­nach nie­wiel­kie ple­caki, a w rękach grube laski. Zbli­żony wiek i rodzinne podo­bień­stwo pozwa­lało przy­pusz­czać, że są braćmi, i tak też istot­nie było. Naj­star­szy miał na sobie zapiętą pod szyję kami­zelkę, biały kra­wat i kape­lusz o wąskim ron­dzie, czyli zwy­kły prze­pi­sowy strój duchow­nych; drugi był stu­den­tem; trze­ciego, naj­młod­szego, byłoby trudno scha­rak­te­ry­zo­wać z zewnętrz­nego wyglądu. Jego nie­wzo­ro­wany na nikim spo­sób ubra­nia i otwarte spoj­rze­nie świad­czyły o tym, że jesz­cze nie obrał sobie drogi do przy­szłej kariery. Można było przy­pusz­czać, że bez­ład­nie poszu­kuje i pró­buje wszyst­kiego, a trudno prze­wi­dzieć, co wybie­rze.

Trzej bra­cia opo­wia­dali wła­śnie przy­pad­kowo spo­tka­nemu zna­jo­memu, że korzy­sta­jąc z ferii pod­czas Zie­lo­nych Świą­tek, wybrali się na wycieczkę do doliny Black­moor; droga ich pro­wa­dzi w połu­dniowo-zachod­nim kie­runku od mia­sta Sha­ston.

Stali, oparci o barierę bie­gnącą wzdłuż głów­nego gościńca, i pytali, co zna­czy ten taniec dziew­cząt w bia­łych suk­niach. Było widoczne, że dwaj starsi nie zamie­rzają pozo­stać tu dłu­żej niż chwilkę, lecz trzeci zda­wał się roz­ba­wiony wido­kiem roju dziew­cząt tań­czą­cych bez kawa­le­rów i wcale mu nie było śpieszno masze­ro­wać dalej. Odpiął ple­cak, razem z laską poło­żył przy żywo­pło­cie i otwo­rzył furtkę.

- Co chcesz zro­bić, Angelu? - zapy­tał go naj­star­szy.

- Mam ochotę pokrę­cić się z nimi tro­chę. A może byśmy zostali wszy­scy? Tylko na parę minut, to nas długo nie zatrzyma.

- Nie, nie, co za pomysł! - rzekł pierw­szy. - Tań­czyć publicz­nie z bandą wiej­skich dzie­wuch! A gdyby nas ktoś zoba­czył! Chodź już, bo noc zapad­nie, zanim przy­bę­dziemy do Sto­ur­ca­stle, a ni­gdzie bli­żej nie możemy prze­no­co­wać. Prócz tego przed powro­tem musimy skoń­czyć jesz­cze jeden roz­dział z Odprawy agno­sty­kom, skoro zada­łem sobie trud zabra­nia tej książki ze sobą.

- Dobrze, więc nie zatrzy­muj­cie się. Za pięć minut dogo­nię cie­bie i Cuth­berta. Przy­rze­kam ci to, Felik­sie.

Dwaj starsi nie­chęt­nie zgo­dzili się i ode­szli, zabie­ra­jąc ze sobą ple­cak brata, żeby mógł ich łatwiej dogo­nić, naj­młod­szy zaś wszedł na łąkę.

- Czy to nie szkoda, żeby­ście tań­czyły same, moje panienki? - zwró­cił się z galan­te­rią do dwóch czy trzech dziew­cząt, które w prze­rwie mię­dzy tań­cami zna­la­zły się naj­bli­żej niego. - A gdzież są wasi kawa­le­ro­wie?

- Jesz­cze nie skoń­czyli roboty - powie­działa jedna ze śmiel­szych. - Pew­nie będą tu za chwilę. Tym­cza­sem może pan zechce być naszym kawa­le­rem?

- Oczy­wi­ście, ale cóż zna­czy jeden na tyle tan­ce­rek?

- Zawsze lepiej niż nic. To wcale nie­za­bawne krę­cić się w kółko z inną dziew­czyną i nie mieć nikogo, kto by nas trzy­mał wpół i do sie­bie przy­tu­lał. No, niech pan teraz wybiera!

- Prze­stań, nie bądź taka czelna - wtrą­ciła się inna, bar­dziej nie­śmiała.

Zapro­szony w ten spo­sób mło­dzie­niec rozej­rzał się wokoło i zasta­no­wił nad wybo­rem, ale że żad­nej z dziew­cząt nie znał, nie było to łatwe. Wziął pierw­szą, jaka mu się nawi­nęła pod rękę, lecz nie była to tamta wyga­dana, która się spo­dzie­wała, że ją wybie­rze. Nie była to także Tessa Dur­bey­field. Dotych­czas w życio­wej walce Tessy nie przy­dały się na nic ani jej rodo­wód, ani pro­chy przod­ków i ich pomniki, ani też rysy twa­rzy d'Urbe­rville'ów; wszystko to nie przy­czy­niło się nawet do tego, by ją tan­cerz przed­kła­dał nad inne naj­zwy­klej­sze wie­śniaczki. Oto co w epoce wik­to­riań­skiej zna­czy błę­kitna krew Nor­ma­nów nie­po­parta przez pie­niądz.

Imię tej, która zaćmiła inne dziew­częta, jakie­kol­wiek było, nie zostało nam prze­ka­zane, lecz wszyst­kie towa­rzyszki jej zazdro­ściły, gdyż tego wie­czoru ona pierw­sza doznała przy­jem­no­ści zatań­cze­nia z kawa­le­rem. Tym­cza­sem taka jest moc naśla­dow­cza przy­kładu, że mło­dzi wie­śniacy, któ­rzy nie kwa­pili się do prze­kro­cze­nia furtki, dopóki intruz nie poka­zał im drogi, teraz tłum­nie wpa­dli na plac; toteż wkrótce w wielu parach zna­leźli się chłopcy i wresz­cie nawet naj­brzyd­sza dziew­czyna nie potrze­bo­wała odgry­wać w tanecz­nych figu­rach roli kawa­lera.

Nagle zegar na wieży kościel­nej wydzwo­nił godzinę i mło­dzie­niec oznaj­mił, że musi już odejść - zapo­mniał się - prze­cież musi dogo­nić swo­ich towa­rzy­szy. Gdy już opusz­czał tańce, wzrok jego padł na Tessę Dur­bey­field, któ­rej wiel­kie oczy zda­wały się spo­glą­dać na niego z wyra­zem lek­kiego wyrzutu, że nie ją wybrał. On rów­nież żało­wał, że trzy­mała się na ubo­czu, co nie pozwo­liło mu jej zauwa­żyć, i myśląc o tym, opu­ścił pastwi­sko.

Chcąc nad­ro­bić czas stra­cony, pobiegł pędem drogą w kie­runku zachod­nim, więc też wkrótce minął nizinę i dotarł do szczytu sąsied­niego wzgó­rza. Jesz­cze braci nie dogo­nił, lecz zatrzy­mał się, żeby nabrać tchu, i spoj­rzał poza sie­bie. Mógł doj­rzeć na zie­lo­nym placu białe syl­wetki dziew­cząt wiru­jące w tańcu, tak jak wiro­wały, gdy i on się wśród nich znaj­do­wał. Zda­wały się już o nim nie pamię­tać.

Wszyst­kie z wyjąt­kiem może jed­nej. Jej biała postać stała samot­nie koło żywo­płotu. Poznał, że to ta ładna dziew­czyna, z którą nie zatań­czył. Mimo że była to sprawa błaha, czuł instynk­tow­nie, że ją to dotknęło. Żało­wał, że jej nie zapro­sił i nie zapy­tał, jak się nazywa. Miała twarz tak skromną, tak wyra­zi­stą, wyglą­dała tak deli­kat­nie w swo­jej lek­kiej bia­łej sukience, że doznał wra­że­nia, iż zacho­wał się głu­pio.

W każ­dym razie nie mógł już na to nic pora­dzić, więc odwró­cił się, pochy­lił w szyb­kim biegu i prze­stał o tym myśleć.

III

Tessa Dur­bey­field nie tak łatwo wykre­śliła z pamięci to zda­rze­nie. Przez dłuż­szy czas nie czuła naj­mniej­szej ochoty do tańca, mimo że mogła mieć wielu tan­ce­rzy; lecz, ach, żaden nie wyra­żał się tak ład­nie jak ten młody nie­zna­jomy. Dopiero gdy coraz bar­dziej odda­la­jąca się syl­wetka mło­dzieńca zni­kła wresz­cie na wzgó­rzu w pro­mie­niach słońca, Tessa otrzą­snęła się z prze­lot­nego smutku i zgo­dziła się zatań­czyć z nada­rza­ją­cym się kawa­le­rem.

Została z towa­rzysz­kami aż do zmierz­chu i z werwą wzięła udział w zaba­wie. Ponie­waż dotych­czas serce jej było wolne, tań­czyła chęt­nie dla samego tańca i patrząc na "tkliwą udrękę, gorzką sło­dycz, lubą tro­skę i roz­koszne stra­pie­nie" dziew­cząt zako­cha­nych, nie domy­ślała się, że sama zdolna jest to wszystko odczu­wać. Bawiło ją, gdy chłopcy spie­rali się i wal­czyli, by zdo­być jej rękę w dżigu - to wszystko, lecz gdy sta­wali się gwał­towni, stro­fo­wała ich.

Byłaby została nawet dłu­żej, ale kiedy przy­po­mniała sobie dziwne zja­wie­nie się i zacho­wa­nie ojca, ogar­nął ją nie­po­kój, co się z nim stało, ode­szła więc od tań­czą­cych i skie­ro­wała się ku skra­jowi wsi, gdzie znaj­do­wała się rodzi­ciel­ska zagroda.

Zna­la­zł­szy się kil­ka­dzie­siąt kro­ków od domu, usły­szała ryt­miczne dźwięki, inne niż te, od któ­rych się odda­lała, dźwięki tak dobrze, tak bar­dzo dobrze jej znane! Był to docho­dzący z wnę­trza domu regu­larny łoskot powo­do­wany gwał­tow­nym ude­rza­niem bie­gu­nów koły­ski o kamienną pod­łogę; odgło­som tym wtó­ro­wał kobiecy głos śpie­wa­jący w ener­gicz­nym tem­pie galopki ulu­bioną bal­ladę Łaciata krowa.

Widzia­łem ją leżącą w zielo-onym tym ga-iku, Przyjdź do mnie, moja luba, to ci pokażę, gdzie.

Stuk koły­ski i śpiew ury­wały się jed­no­cze­śnie, po czym melo­dię zastę­po­wały prze­raź­li­wie gło­śne okrzyki:

- Moje wy oczki bry­lan­towe, moja buzio jak jabłuszko, moje usteczka wiśniowe i ten tyłe­czek jak u amorka! Niech Bóg bło­go­sławi każdą czą­steczkę twego ciałka!

Po tej inwo­ka­cji roz­po­czy­nał się znów śpiew i koły­sa­nie i tony Łacia­tej krowy roz­brzmie­wały na nowo. W tej wła­śnie chwili Tessa otwo­rzyła drzwi i zatrzy­mała się w progu, na sło­miance, przy­glą­da­jąc się tej sce­nie.

Pomimo śpiewu widok rodzin­nego ogni­ska domo­wego prze­jął dziew­czynę nie­wy­mow­nym smut­kiem. Tam wesoła zabawa na otwar­tym powie­trzu, białe suk­nie, wią­zanki kwia­tów, wierz­bowe gałązki, tańce na tra­wie, błysk tkli­wego uczu­cia dla nie­zna­jo­mego - i od tego wszyst­kiego przej­ście do melan­cho­lii owego obrazu oglą­da­nego w żół­ta­wym świe­tle jedy­nej świecy - jakiż to prze­skok! Nie­za­leż­nie od tego zgrzy­tli­wego kon­tra­stu prze­jął ją dresz­czem żal, że nie powró­ciła wcze­śniej, by pomóc matce przy gospo­dar­stwie zamiast bawić się poza domem.

Zastała matkę tak, jak ją była poże­gnała - oto­czoną dziećmi, nachy­loną nad ponie­dział­ko­wym pra­niem, które jak zwy­kle cią­gnęło się aż do końca tygo­dnia. Odczuła ostry wyrzut sumie­nia na myśl, że wczo­raj z balii tej została wyjęta biała suk­nia, którą miała na sobie, suk­nia wyżęta i wypra­so­wana rękami matki, a tak nie­bacz­nie zazie­le­niona na wil­got­nej tra­wie!

Pani Dur­bey­field stała jak zwy­kle przy balii, oparta na jed­nej nodze, a drugą - jak powie­dziano wyżej - koły­sała naj­młod­sze dziecko. Bie­guny koły­ski od tylu lat wyko­ny­wały twardą pracę, ude­rza­jąc o kamienną pod­łogę, i dźwi­gały cię­żar tylu dzieci, że się pra­wie zupeł­nie spłasz­czyły; skut­kiem tego każ­demu prze­chy­le­niu koły­ski towa­rzy­szył gwał­towny wstrząs, mio­ta­jący dziec­kiem to na jedną, to na drugą stronę niczym czó­łen­kiem tka­cza, tym bar­dziej że pani Dur­bey­field, pod­nie­cona wła­snym śpie­wem, popy­chała nogą bie­guny koły­ski z całym roz­ma­chem, na jaki było ją stać po cało­dzien­nym parze­niu się w mydli­nach.

Bie­guny koły­sały się: tok-tak, tok-tak, pło­mień świecy wydłu­żał się i zaczy­nał tań­czyć dżiga, woda ście­kała kro­plami z łokci gospo­dyni, pieśń nie prze­sta­wała galo­po­wać, a jed­no­cze­śnie pani Dur­bey­field nie spusz­czała oczu z córki. Joanna Dur­bey­field, mimo że obar­czona liczną rodziną, zawsze namięt­nie lubiła śpiew. Zale­d­wie jaka pio­senka zdą­żyła dole­cieć z dale­kiego świata do doliny Black­moor, matka Tessy już po tygo­dniu umiała ją na pamięć.

Z rysów tej kobiety jesz­cze teraz pro­mie­niało nieco świe­żo­ści, a nawet powabu jej lat mło­dzień­czych; toteż moż­liwe, że wdzięki, jakimi Tessa mogła się pochwa­lić, były w znacz­nej czę­ści odzie­dzi­czone po matce, a więc nie miały w sobie nic histo­rycz­nego ani ary­sto­kra­tycz­nego.

- Poko­ły­szę za cie­bie dziecko, mamo - powie­działa łagod­nie dziew­czyna - albo zdejmę odświętną suk­nię i pomogę ci wyży­mać bie­li­znę. Myśla­łam, że już dawno skoń­czy­łaś pra­nie.

Matka Tessy nie miała za złe córce, że na tak długo zosta­wiła ją samą przy gospo­dar­stwie; zresztą z tego powodu rzadko robiła Tes­sie wyrzuty i nie bar­dzo odczu­wała brak jej pomocy, gdyż instynk­towny spo­sób Joanny ulże­nia sobie w pracy pole­gał na odkła­da­niu jej na póź­niej. W każ­dym razie dziś była w jesz­cze wesel­szym nastroju niż zazwy­czaj. W mat­czy­nym spoj­rze­niu kryło się pewne roz­ma­rze­nie, prze­ję­cie i pod­nie­ce­nie, któ­rych córka nie umiała sobie wytłu­ma­czyć.

- Dobrze, żeś już przy­szła - rze­kła matka zaraz po odśpie­wa­niu ostat­niej nutki. - Trza mi już pójść i przy­pro­wa­dzić ojca. Ale co waż­niej­sze, muszę ci wnet opo­wie­dzieć, co się stało. Pęk­niesz z dumy, moja mała, kiedy się dowiesz. (Pani Dur­bey­field mówiła zwy­kle gwarą; jej córka, która skoń­czyła sześć klas szkoły ludo­wej pod kie­run­kiem wykształ­co­nej w Lon­dy­nie nauczy­cielki, mówiła dwoma języ­kami: w domu prze­waż­nie gwarą, poza domem zaś i z oso­bami wyż­szego stanu - poprawną angielsz­czy­zną).

- Czy stało się coś, kiedy mnie nie było? - zapy­tała Tessa.

- Ano tak.

- Czy to dla­tego dziś po połu­dniu ojciec wysta­wił się na pośmie­wi­sko, kiedy jechał powo­zem? Po co to zro­bił? Myśla­łam, że ze wstydu zapadnę się pod zie­mię!

- A to wszystko z powodu tej histo­rii! Oka­zało się, że jeste­śmy naj­pierw­szą szlachtą w całej oko­licy, znaną jesz­cze na długo przed Oli­ve­rem Grum­we­lem2, a nawet za pogań­skich Tur­ków - z pomni­kami, gro­bow­cami, heł­mami, her­bami, Bogu jed­nemu wia­domo, z czym jesz­cze! Za świę­tego Karola zro­bili z nas Ryce­rzy Kró­lew­skiego Dębu, a naprawdę nazy­wamy się d'Urbe­rville!... No, czy cię duma nie roz­piera? To dla­tego ojciec wró­cił do domu powo­zem, a wcale nie dla­tego, że pił, jak to gadali ludzie.

- Bar­dzo mnie to cie­szy. A czy nam to przy­nie­sie co dobrego, mamo?

- Jesz­cze jak! Mogą z tego wyjść wiel­kie rze­czy! Ani chybi zje­dzie się tu do nas w kary­tach tłum ludzi naszego stanu, skoro tylko o tym usły­szą. O tym wszyst­kim ojciec dowie­dział się, kiedy powra­cał do domu z Sha­ston, i zaraz powtó­rzył mi całą histo­rię.

- Gdzie jest teraz ojciec? - zapy­tała nagle Tessa.

Zamiast odpo­wie­dzi matka oświad­czyła wymi­ja­jąco:

- Był dziś w Sha­ston u dok­tora. Zdaje się, że to nie żadne suchoty, tylko dok­tor powiada, że mu się tłuszcz zebrał koło serca. O tak - mówiąc to, Joanna Dur­bey­field zagięła pomarsz­czone od mydlin palce: duży i wska­zu­jący, w kształt litery C, a pal­cem wska­zu­jącym dru­giej ręki poka­zy­wała. - Teraz, powiada dok­tor, serce pana jest oto­czone sadłem, o tak, powiada, a reszta jest jesz­cze otwarta. Jak tylko się to sadło połą­czy - tu pani Dur­bey­field złą­czyła oba palce razem - to zga­śniesz jak świeca, panie Dur­bey­field. Możesz pan pożyć jesz­cze z dzie­sięć lat albo też umrzeć za dzie­sięć mie­sięcy, a może nawet za dzie­sięć dni.

Tessa zanie­po­ko­iła się. Więc ojciec jej może już wkrótce znik­nie za chmurą wiecz­no­ści, teraz kiedy tak nagle spa­dła na nich wiel­kość!

- Ale gdzie jest ojciec? - zapy­tała po raz drugi.

Matka spoj­rzała na nią bła­gal­nie:

- Nie wpa­daj zaraz w złość, moje dziecko! Bie­da­czy­sko tak się prze­jął i tak się ura­do­wał tymi nowi­nami od pastora, że poszedł do Rol­li­vera, będzie temu jakieś pół godziny. Powi­nien prze­cież nabrać sił przed tą jutrzej­szą jazdą z ładun­kiem uli, bo mają być dostar­czone, czy jeste­śmy wielką fami­lią, czy nie. Musi wyru­szyć zaraz po pół­nocku, bo to prze­cież daleko.

- Nabrać sił! - zawo­łała Tessa poryw­czo, a z oczu jej try­snęły łzy. - Wielki Boże! Czyż dla nabra­nia sił idzie się do szynku? A ty, matko, zga­dzasz się na to!

Jej gniew i wyrzuty zda­wały się wypeł­niać cały pokój i nada­wać wystra­szony wygląd meblom, świecy, bawią­cym się dzie­ciom i twa­rzy matki.

- Nie! - odpo­wie­działa ta ostat­nia, widocz­nie dotknięta. - Nie zga­dzam się wcale, tyl­kom cze­kała na cie­bie, żebyś zajęła się domem, kiedy ja pójdę po niego.

- To ja pójdę.

- Nie, nie, Tesso, to się na nic nie przyda.

Tessa nie robiła jej wyrzu­tów. Wie­działa, co ozna­cza sprze­ciw matki. Okry­cie i cze­pek pani Dur­bey­field leżały już obok niej na krze­śle w chy­trym pogo­to­wiu do zamie­rzo­nej wyprawy, nad któ­rej potrzebą ubo­le­wała mniej niż nad jej powo­dem.

- A wynieś do szopy Wróżkę-kaba­larkę - mówiła dalej Joanna, szybko wycie­ra­jąc ręce i nakła­da­jąc okry­cie.

Wróżka-kaba­larka była to stara, gruba książka zwy­kle leżąca pod ręką na stole i tak znisz­czona przez czę­ste prze­glą­da­nie, że mar­gi­nesy były starte aż do linii druku. Tessa zabrała książkę, a matka wyszła.

Takie bie­ga­nie do szynku po lek­ko­myśl­nego męża było dla pani Dur­bey­field jedyną stałą roz­rywką w cha­osie brud­nej roboty i wiecz­nej krzą­ta­niny przy wycho­wa­niu dzieci. Zna­leźć męża u Rol­li­vera, posie­dzieć tam z nim godzinkę czy dwie i uwol­nić się na ten czas od jakiej­kol­wiek bądź myśli i tro­ski o dzieci - to było szczę­ście! Życie jej wtedy roz­świe­tlało się jak gdyby bla­skiem zacho­dzą­cego słońca. Kło­poty i inne realia życia nabie­rały jakiejś meta­fi­zycz­nej nie­uchwyt­no­ści, odda­lały się, sta­jąc się zja­wi­skami natury czy­sto inte­lek­tu­al­nej, nada­ją­cymi się do pogod­nego roz­pa­try­wa­nia; prze­sta­wały być zda­rze­niami natar­czy­wie kon­kret­nymi, jątrzą­cymi duszę i ciało. Dzie­ciaki, o ile nie znaj­do­wały się tuż, w kręgu jej widze­nia, wyda­wały się z daleka miłe i pożą­dane, wyda­rze­nia codzien­nego życia nie były pozba­wione humoru i weso­ło­ści. Pani Dur­bey­field czuła się podob­nie jak nie­gdyś, kiedy sie­dząc w tym samym miej­scu w okre­sie zalo­tów swego dzi­siej­szego męża, zamy­kała oczy na jego wady, widząc w nim tylko ide­alne uoso­bie­nie kochanka.

Gdy Tessa pozo­stała sama z młod­szymi dziećmi, poszła przede wszyst­kim z wróż­biar­ską książką do szopy i wsu­nęła ją pod sło­miane poszy­cie dachu. Dziwny, zabo­bonny lęk matki przed tym zatłusz­czo­nym tomem spra­wiał, że wzdra­gała się trzy­mać go nawet przez noc w domu, toteż po każ­do­ra­zo­wym zasię­gnię­ciu jego rady odno­szono go z powro­tem na miej­sce. Pomię­dzy matką, z całym jej baga­żem prze­są­dów, ludo­wych podań, gwary i prze­ka­zy­wa­nych ust­nie bal­lad, a córką, z wykształ­ce­niem udzie­la­nym jej według obo­wią­zu­ją­cego pro­gramu przez fachowe siły nauczy­ciel­skie, ist­niała prze­paść jakichś dwu­stu lat. Gdy były razem, stały obok sie­bie niby dwie epoki - jako­biń­ska i wik­to­riań­ska.

Wra­ca­jąc ogro­dową ścieżką, Tessa zasta­na­wiała się, czego matka dziś wła­śnie szu­kała w książce. Domy­ślała się, że było to w związku z odkry­ciem przod­ków, lecz nie wie­działa, że cho­dziło tu spe­cjal­nie o nią samą. Tym­cza­sem, odsu­wa­jąc od sie­bie te myśli, zajęła się skra­pia­niem wodą wyschnię­tej przez dzień bie­li­zny. Poma­gał jej dzie­wię­cio­letni brat Abra­ham i dwu­na­sto­let­nia sio­stra Eliza Ludwika, którą w rodzi­nie nazy­wano Lizą Lu; młod­sze dzieci zostały już przed­tem uło­żone do snu. Mię­dzy Tessą i następ­nym dziec­kiem było wię­cej niż cztery lata róż­nicy, gdyż tych dwoje, które uro­dziły się pomię­dzy nimi, zmarło w nie­mow­lęc­twie; toteż Tessa, pozo­sta­jąc sama z dziećmi, zastę­po­wała matkę. Po Abra­hamie naj­bliż­sze mu wie­kiem były dwie dziew­czynki, Hope i Mode­sta, po nich chłop­czyk liczący obec­nie trzy lata, wresz­cie naj­młod­szy dzi­dziuś, który wła­śnie ukoń­czył rok.

Wszyst­kie te mło­dziut­kie istotki były nie­jako pasa­że­rami na statku ste­ro­wa­nym przez mał­żon­ków Dur­bey­field, a ich roz­rywki, potrzeby, zdro­wie, nawet ist­nie­nie zale­żały w zupeł­no­ści od rodzi­ców. Gdyby głowa rodziny Dur­bey­fieldów zechciała żeglo­wać w stronę nędzy, klę­ski, głodu, cho­roby, upodle­nia czy śmierci, to sze­ścioro tych małych jeń­ców, zgro­ma­dzo­nych pod pokła­dem, musia­łoby z nim żeglo­wać w tym samym kie­runku - sześć bez­rad­nych istot, któ­rych ni­gdy nie pytano, czy w ogóle pra­gną żyć, a tym bar­dziej czy pra­gną żyć w tak cięż­kich warun­kach, jakie pocią­gała za sobą egzy­sten­cja w lek­ko­myśl­nej rodzi­nie Dur­bey­fieldów. Wiele ludzi pra­gnę­łoby wie­dzieć, na czym opiera się poeta, któ­rego filo­zo­fia ucho­dzi obec­nie za rów­nie głę­boką i budzącą zaufa­nie, jak jego pie­śni ucho­dzą za czy­ste i świeże, wtedy gdy mówi o "boskim porządku przy­rody".

Robiło się już późno, a matka ani ojciec nie zja­wiali się. Tessa wyj­rzała na dwór i myślą prze­bie­gła całe Mar­lott. Wieś przy­my­kała już oczy. Lampy i świece wszę­dzie gasły, a dziew­czyna w wyobraźni widziała gaszą­cych i wycią­gnięte ręce.

Matka poszła po ojca, to zna­czy, że należy teraz pójść po oboje. Tes­sie przy­szło na myśl, że czło­wiek sła­bego zdro­wia, zamie­rza­jący wyru­szyć w podróż zaraz po pół­nocy, nie powi­nien o tak póź­nej godzi­nie sie­dzieć w szynku i "oble­wać" tam wia­do­mo­ści o swym szla­chec­kim pocho­dze­niu.

- Aby - powie­działa do młod­szego brata - włóż no czapkę i... chyba nie będziesz się bał? Pobie­gnij do Rol­li­vera i dowiedz się, co się stało z ojcem i matką.

Chło­piec żywo zesko­czył ze stołka, otwo­rzył drzwi i noc go pochło­nęła. Minęło jesz­cze pół godziny, ani ojciec, ani matka, ani chło­piec nie wra­cali. Abra­ham, podob­nie jak jego rodzice, został widocz­nie pochwy­cony i zatrzy­many przez lep­kie sidła szynku.

- Będę musiała pójść sama - powie­działa Tessa.

Liza Lu poszła spać, a Tessa, zamknąw­szy dom na klucz, wyru­szyła ciemną i krętą uliczką, po któ­rej trudno było szybko biec, uliczką wyty­czoną w cza­sach, gdy każdy cal ziemi jesz­cze nie nabrał war­to­ści, a zegary o jed­nej wska­zówce wystar­czały do ozna­cza­nia pory dnia.

IV

Obe­rża Rol­li­vera, jedyna piwiar­nia znaj­du­jąca się na tym krańcu dłu­giej i roz­rzu­co­nej wsi, mogła się pochwa­lić tylko licen­cją na sprze­daż trun­ków do domu; z tego względu nikt nie mógł legal­nie pić wewnątrz obe­rży, a całe jawne urzą­dze­nie dla piją­cych ogra­ni­czało się do nie­wiel­kiej deski liczą­cej sześć cali sze­ro­ko­ści i dwa jardy dłu­go­ści, przy­mo­co­wa­nej dru­tem do ogro­do­wego par­kanu i two­rzą­cej rodzaj półki. Na tej desce spra­gnieni obcy kon­su­menci sta­wiali swoje kufle, tam pili, sto­jąc na dro­dze, i wzo­rem Poli­ne­zyj­czy­ków wytrzą­sali męty wprost na zaku­rzony gości­niec, żału­jąc, że nie mogą spo­koj­nie odpo­cząć wewnątrz obe­rży.

Tak pili obcy. Ale prócz nich byli jesz­cze klienci miej­scowi mający takie same życze­nia, a gdzie jest ochota, znaj­dzie się i droga.

Na górze, w dużej sypialni, któ­rej okno było szczel­nie zasło­nięte sze­ro­kim weł­nia­nym sza­lem, obec­nie już nie­no­szo­nym przez obe­rżystkę panią Rol­li­ver, zebrało się tego wie­czora około dwu­na­stu osób przy­by­łych w poszu­ki­wa­niu roz­kosz­nego stanu bło­go­ści. Wszy­scy oni byli daw­nymi miesz­kań­cami naj­bliż­szego krańca wio­ski i sta­łymi bywal­cami tego ustron­nego zakątka. Obe­rża "Pod Jedną Kro­pelką", mająca pełną licen­cję i poło­żona na dru­gim końcu sze­roko roz­ło­żo­nej wsi, znaj­do­wała się zbyt daleko, by mieli do niej uczęsz­czać miesz­kańcy tego krańca; co jed­nak znacz­nie waż­niej­sze, jakość trun­ków potwier­dzała ogólną opi­nię, że lepiej jest pić u Rol­li­vera w kącie stry­chu niż u tam­tego obe­rży­sty w jego obszer­nym lokalu.

Na wąskim łóżku z kolu­mien­kami, sto­ją­cym w pokoju, sie­działo po dwóch jego stro­nach kilka osób; paru męż­czyzn wgra­mo­liło się na komodę, jeden spo­czął na dębo­wej rzeź­bio­nej skrzyni, dwaj na umy­walni, jeden na stołku - i w ten spo­sób wszy­scy usa­do­wili się wygod­nie. O tej godzi­nie osią­gnęli już tak bło­gie samo­po­czu­cie, że wyda­wało im się, iż dusze ich uwol­niły się ze swej powłoki cie­le­snej i cie­płym tchnie­niem uno­szą się w górze. W tym nastroju cały pokój wraz z ume­blo­wa­niem sta­wał się w ich oczach coraz bar­dziej wytworny i bogaty, szal zawie­szony w oknie prze­obra­żał się w cenny gobe­lin, mosiężne rączki przy komo­dzie wyglą­dały jak złote kołatki, a rzeź­bione kolu­mienki łóżka wyda­wały się pokrewne wspa­nia­łym fila­rom świą­tyni Salo­mona.

Po roz­sta­niu się z Tessą pani Dur­bey­field szybko dobie­gła do obe­rży; pchnąw­szy drzwi fron­towe, prze­szła przez tonącą w głę­bo­kim mroku sień i pal­cami, dobrze obe­zna­nymi z kapry­sami kla­mek, otwo­rzyła drzwi wio­dące na górę. Weszła wolno po krę­co­nych scho­dach i gdy głowa jej zna­la­zła się w kręgu świa­tła ponad ostat­nim stop­niem, spo­tkała się ze wzro­kiem całego towa­rzy­stwa zebra­nego w sypialni.

- ...Z oka­zji święta klu­bo­wego zapro­si­łam kilku przy­ja­ciół i czę­stuję ich na wła­sny koszt... - usły­szaw­szy na scho­dach kroki, obe­rżystka wyre­cy­to­wała powyż­sze słowa jed­nym tchem, niby dziecko powta­rza­jące lek­cję kate­chi­zmu, po czym wyj­rzała na schody. - Ach, to pani Dur­bey­field! Boże, jak też mnie pani nastra­szyła! Myśla­łam, że to jakiś szpi­cel z urzędu.

Pani Dur­bey­field, powi­tana przez pozo­sta­łych człon­ków kon­klawe spoj­rze­niami i kiw­nię­ciem głowy, skie­ro­wała się w stronę męża. Pan Dur­bey­field z roz­tar­gnioną miną nucił sobie pod nosem:

- Nie wypa­dłem ja sroce spod ogona. Mam ci ja wiel­kie fami­lijne groby w Kings­bere-sub-Gre­en­hill i naje­le­gant­sze szkie­lety w całym Wessex!

- Słu­chaj, powiem ci coś, co mi przy tej oka­zji przy­szło do głowy. Taki pomysł, że ha! - szep­nęła mu roz­ra­do­wana mał­żonka. - No, John, czy mnie nie widzisz? - Trą­ciła go łok­ciem, gdy on patrzył na nią jak przez szybę i pod­śpie­wy­wał dalej.

- Ciszej, nie śpie­waj pan tak gło­śno! - rze­kła obe­rżystka. - Może tędy prze­cho­dzić ktoś z urzędu i gotów mi ode­brać licen­cję.

- Pew­nie wam powie­dział, co się nam wyda­rzyło? - zapy­tała pani Dur­bey­field.

- Ow­szem, mówił coś nie­coś. Jak pani myśli, czy ten inte­res pach­nie gotówką?

- To tajem­nica - odpo­wie­działa powścią­gli­wie pani Joanna. - W każ­dym razie dobrze jest mieć w rodzi­nie powóz, choćby się nawet nim nie jeź­dziło.

Ści­szyła głos i szep­tała dalej mężowi do ucha:

- Jakeś mi przy­niósł te nowiny, pomy­śla­łam sobie, że prze­cież w Tran­tridge, na skraju lasu Chase, mieszka wielka bogaczka, co się tak samo nazywa d'Urbe­rville.

- Co, co takiego? - zapy­tał sir John.

Powtó­rzyła swoją wia­do­mość.

- Ta pani to pew­ni­kiem jakaś nasza krewna, więc sobie umy­śli­łam, żeby posłać do niej Tessę i niech się dziew­czyna tam domaga, żeby się przy­znali do pokre­wień­stwa.

- Teraz, jakeś mi powie­działa, to przy­po­mi­nam sobie, że naprawdę jest taka pani - odrzekł Dur­bey­field. - Pastor Trin­gham nic o tym nie wspo­mniał. Ale czymże ona jest wobec nas? Niczym, to na pewno jakaś młod­sza linia, pew­nie nie sięga tak daleko jak od kró­lów nor­mandz­kich.

Zato­pieni w roz­mo­wie mał­żon­ko­wie nie zauwa­żyli, że do pokoju wsu­nął się mały Abra­ham i czeka na spo­sob­ność, by ich przy­na­glić do powrotu.

- Ona jest ponoć okrut­nie bogata i ani chybi zwróci na dziew­czynę uwagę - mówiła dalej pani Dur­bey­field - a to będzie bar­dzo dobrze. Nie widzę racji, dla­czego dwie linie jed­nej fami­lii nie mia­łyby sobie skła­dać wizyt.

- Tak, tak, i my wszy­scy się z nią poznamy! - ode­zwał się żywo spod łóżka Abra­ham. - A kiedy Tessa już u niej zamieszka, to wszy­scy do niej poje­dziemy. Będziemy jeź­dzili jej karetą i wszy­scy dosta­niemy czarne ubranka.

- A ty skąd­żeś się tu wziął, pędraku? Nie pleć głupstw! Idź, pobaw się na scho­dach, dopóki tatko i mama nie skoń­czą roz­mowy... A więc Tessa poje­dzie do tej naszej krew­nej. Z pew­no­ścią spodoba się tej pani - z całą pew­no­ścią - aż przyj­dzie do tego, że jakiś możny pan ożeni się z Tessą. Zresztą wiem na pewno, że tak wła­śnie będzie.

- Skąd wiesz?

- Zaj­rza­łam do Wróżki-kaba­larki, żeby się dowie­dzieć, jaki los czeka naszą Tessę, i zna­la­złam tam prze­po­wied­nię kubek w kubek taką samą!... Żałuj, żeś nie widział, jak dziś pięk­nie wyglą­dała. Skórę to ma taką bie­luchną niczym jaka księż­niczka.

- A co dziew­czyna na to, że ma tam poje­chać?

- Nie pyta­łam jej. Ona jesz­cze nic nie wie o tej pani, naszej krew­niaczce. Ale to pew­ni­kiem skoń­czy się boga­tym mał­żeń­stwem, więc dziew­czyna nie powie: "nie".

- Tessa jest jakaś dziwna.

- Ale można z nią dojść do ładu. Pozo­staw to mnie.

Mimo że roz­mowa była poufna, obecni pochwy­cili z jej tre­ści dość, by zro­zu­mieć, że mał­żon­ko­wie Dur­bey­field mają teraz do omó­wie­nia waż­niej­sze sprawy niż wtedy, gdy byli zwy­kłymi ludźmi, i że ich uro­dziwa naj­star­sza córka ma przed sobą świetną przy­szłość.

- Tessa to piękna dziew­czyna, jakem to sobie dziś powie­dział, kiedy para­do­wała z klu­bem dokoła pro­bo­stwa - zauwa­żył pół­gło­sem jeden ze star­szych bie­siad­ni­ków. - Ale niech no Joanna Dur­bey­field pil­nie baczy, by nie zro­biła słodu z zie­lo­nego jęcz­mie­nia... - Była to lokalna loku­cja o spe­cjal­nym zna­cze­niu i nie wywo­łała żad­nej odpo­wie­dzi.

Roz­mowa stała się ogólna, gdy o pię­tro niżej dały się sły­szeć czy­jeś kroki.

- ...Z oka­zji święta klu­bo­wego zapro­si­łam dziś kilku przy­ja­ciół i czę­stuję ich na wła­sny koszt... - Obe­rżystka ponow­nie wyre­cy­to­wała for­mułkę, jaką miała w pogo­to­wiu dla intru­zów, zanim prze­ko­nała się, że nowo przy­byłą jest Tessa.

Nawet matka zauwa­żyła, że młoda twa­rzyczka Tessy wygląda smutno i nie na miej­scu w opa­rach alko­holu, wśród któ­rych nie rażą może tylko przy­wię­dłe twa­rze ludzi star­szych. Toteż jeden błysk wyrzutu w ciem­nych oczach dziew­czyny wystar­czył, aby rodzice wstali, pośpiesz­nie dopili piwo i zeszli za nią ze scho­dów, odpro­wa­dzani przez ostrze­gaw­cze napo­mnie­nia pani Rol­li­ver:

- Nie rób­cie hałasu, moi dro­dzy, żeby mi przez was nie ode­brali licen­cji, nie podali mnie do sądu, albo nie zro­bili jesz­cze Bóg wie jakiej krzywdy. Dobra­noc!

Powra­cali do domu razem. Tessa pod­trzy­my­wała ojca pod jedno ramię, matka - pod dru­gie. Wpraw­dzie pan Dur­bey­field wypił nie­wiele, może mniej niż czwartą część tego, co nało­gowy pija­czyna miewa w żołądku, idąc w nie­dzielę po połu­dniu do kościoła, przy czym nie prze­szka­dza mu to w klę­ka­niu ani w pokło­nach, ale słaba kom­plek­sja sir Johna spra­wiała, że tego rodzaju drobne jego grzeszki ura­stały do ogrom­nych roz­mia­rów. Zna­la­zł­szy się na świe­żym powie­trzu, trzy­mał się tak chwiej­nie na nogach, że zawra­cał całą trójkę to w jedną stronę, jakby masze­ro­wali do Lon­dynu, to w drugą, jak gdyby szli w kie­runku Bath; robiło to wra­że­nie komiczne, czę­ste pod­czas rodzin­nych noc­nych powro­tów do domu i - jak więk­szość wra­żeń komicz­nych - nie było w isto­cie wesołe. Obie kobiety o ile moż­no­ści dziel­nie baga­te­li­zo­wały owe przy­mu­sowe zmiany kie­runku wobec Dur­bey­fielda, który był ich przy­czyną, wobec Abra­hama, a nawet wobec sie­bie samych. W ten spo­sób stop­niowo zbli­żyli się do drzwi wła­snego domu, gdy nagle ojciec rodziny zain­to­no­wał znów swoją poprzed­nią śpiewkę, jak gdyby na widok ubó­stwa swo­jej obec­nej rezy­den­cji chciał sobie dodać ducha:

- Mam ci ja ro-dzinne groby w Kings­bere!...

- Ciszej, nie bądź nie­mą­dry, Jacky - powie­działa żona. - W tych daw­nych cza­sach nie tylko twoja fami­lia miała zna­cze­nie. Przy­po­mnij sobie Ank­tel­lów, Hor­seyów albo nawet samych Trin­gha­mów, choć co prawda gdzie im było do nas! Ja tam, Bogu dzięki, nie jestem z żad­nej wiel­kiej fami­lii i wcale się tego nie wsty­dzę.

- Nie bądź tego taka pewna. Ty masz taką naturę, żeś chyba jesz­cze bar­dziej pod­upa­dła niż my wszy­scy i ani chybi mia­łaś kie­dyś w rodzie samych kró­lów i kró­lowe!

Tessa zmie­niła temat roz­mowy, poru­sza­jąc sprawę, która w danej chwili była dla niej o wiele waż­niej­sza niż jej przod­ko­wie.

- Oba­wiam się, że jutro ojciec nie będzie mógł poje­chać z samego rana z ulami.

- Ja? Za godzinę lub dwie będę gotów - odpo­wie­dział Dur­bey­field.

Wybiła jede­na­sta, zanim cała rodzina uło­żyła się do snu; żeby zaś przed roz­po­czę­ciem targu sobot­niego dostar­czyć ule kup­com deta­licz­nym w Caster­bridge, nale­żało wyru­szyć w drogę naj­póź­niej o godzi­nie dru­giej, gdyż odle­głość do tego mia­sta wyno­siła dwa­dzie­ścia do trzy­dzie­stu mil fatal­nej drogi, a koń i wóz posu­wały się bar­dzo wolno. O pół do dru­giej pani Dur­bey­field weszła do obszer­nej sypialni, w któ­rej Tessa sypiała razem z młod­szym rodzeń­stwem.

- Biedny ojciec nie może poje­chać - powie­działa do naj­star­szej córki, która otwo­rzyła swe wiel­kie oczy w chwili, gdy ręka matki dotknęła drzwi.

Tessa usia­dła na łóżku, zagu­biona jesz­cze w mgli­stej prze­strzeni mię­dzy snem i tą wia­do­mo­ścią.

- Ale prze­cież ktoś musi poje­chać! - odpo­wie­działa. - I tak jest już za późno na sprze­daż uli. W tym roku psz­czoły wkrótce prze­staną się roić i jeżeli zatrzy­mamy ule przez tydzień, do naj­bliż­szego dnia tar­go­wego, nikt już o nie się nie zapyta i co my z nimi zro­bimy?

Było widoczne, że pani Dur­bey­field nie potrafi spro­stać sytu­acji.

- Może by poje­chał który z chłop­ców? - zapy­tała. - Jeden z tych, co się wczo­raj dobi­jali o zatań­cze­nie z tobą?

- O, nie! Za nic w świe­cie! - oświad­czyła dum­nie Tessa. - Żeby każdy wie­dział, dla­czego? Chyba spa­li­ła­bym się ze wstydu! Ja sama pojadę, jeśli Abra­ham będzie mógł mi towa­rzy­szyć.

Po namy­śle matka zgo­dziła się na takie roz­wią­za­nie sprawy. Śpiący w kącie tego samego pokoju mały Aby został obu­dzony z głę­bo­kiego snu i wkła­dał ubra­nie, pozo­sta­jąc jesz­cze na­dal myślami w innym świe­cie. Tym­cza­sem Tessa pośpiesz­nie się ubrała i oboje z zapa­loną latar­nią weszli do stajni. Wysłu­żony nie­wielki wóz był już zała­do­wany ulami; Tessa wypro­wa­dziła sta­rego konia Prince'a, wysłu­żo­nego nie­wiele mniej od wozu.

Biedne stwo­rze­nie ze zdzi­wie­niem roz­glą­dało się dokoła i patrzyło na noc, latar­nie i dwie ludz­kie posta­cie, jak gdyby trudno mu było uwie­rzyć, że o godzi­nie, kiedy wszystko, co żyje, powinno mieć schro­nie­nie i odpo­czy­nek, ono musi wyjść na dwór i pra­co­wać. Wło­żyli zapas ogar­ków świec do latarni, zawie­sili ją po stro­nie zewnętrz­nej wozu i poje­chali; a że na razie droga wio­dła pod górę, szli począt­kowo pie­chotą obok konia, żeby zbyt­nio nie prze­cią­żać tak sła­bego stwo­rze­nia. Chcąc się jako tako roz­ru­szać, urzą­dzili sobie sztuczny pora­nek; jedli przy świe­tle latarni chleb z masłem i roz­ma­wiali, mimo że do praw­dzi­wego ranka było jesz­cze daleko. Abra­ham, stop­niowo budząc się (gdyż dotych­czas poru­szał się jak we śnie), zaczął mówić o dziw­nych kształ­tach, jakie przy­bie­rały różne ciemne przed­mioty, rysu­jąc się na tle nieba: to drzewo wygląda jak roz­ju­szony tygrys wyska­ku­jący z lego­wi­ska, tamto jest podobne do głowy olbrzyma...

Gdy minęli Sto­ur­ca­stle, małe mia­steczko, nieme i drze­miące pod gęstym poszy­ciem bru­nat­nych strzech, droga zaczęła pro­wa­dzić pod górę. Jesz­cze wyżej, po lewej stro­nie, szczyt zwany Bul­bar­row, nie­mal naj­wyż­szy w połu­dnio­wym Wessex, piął się ku niebu, opa­sany wiją­cymi się wokół ścież­kami. Stąd gości­niec na dłu­giej prze­strzeni cią­gnął się łagod­nym spad­kiem. Wtedy oboje sie­dli na przo­dzie wozu i Abra­ham zamy­ślił się.

- Tesso - powie­dział po chwili mil­cze­nia tonem wstępu.

- Co?

- Cie­szysz się, że teraz nale­żymy do szla­chec­kiego rodu?

- Tak sobie, nie bar­dzo.

- Ale będziesz się cie­szyła, kiedy wyj­dziesz za mąż za pana?

- Co takiego? - zapy­tała Tessa, pod­no­sząc głowę.

- Prze­cież ta nasza bogata krew­niaczka ma cię wydać za mąż za wiel­kiego pana.

- Mnie? Nasza bogata krew­niaczka? Nie mamy wcale takiej krew­nej. Co ci też przy­szło do głowy?

- Sły­sza­łem, jak mówili o tym u Rol­li­vera, kie­dym tam poszedł po ojca. Jest taka bogata pani z naszej rodziny, mieszka w Tran­tridge, i mama powie­działa, że gdy ona dowie się od cie­bie, że jest naszą krewną, to tak zrobi, żeby cię wydać za jakie­goś pana.

Tessa umil­kła i głę­boko się zamy­śliła. Abra­ham mówił dalej, raczej dla samej przy­jem­no­ści mówie­nia niż po to, by go słu­chano, dla­tego też roz­tar­gnie­nie sio­stry wcale mu nie prze­szka­dzało. Oparł się ple­cami o ule i pod­nió­sł­szy do góry głowę, robił uwagi o gwiaz­dach, które zim­nym bla­skiem pul­so­wały w czar­nej pustce ponad ich gło­wami, pogodne i obo­jętne dla dwóch błęd­nych ogni­ków ludz­kiego życia. Pytał, jak daleko jest do tych roz­ma­itych gwiazd i czy Bóg znaj­duje się nad nimi. Co chwila jed­nak jego dzie­cięca papla­nina powra­cała do tematu dzia­ła­ją­cego na jego wyobraź­nię jesz­cze sil­niej niż cuda stwo­rze­nia. Czy Tessa po wyj­ściu za mąż za pana byłaby dość bogata, by mu kupić taką dużą lor­netę, która by zbli­żyła gwiazdy aż do samego Net­tle­combe-Tout?

Ten nawrót do tematu, któ­rym cała rodzina zda­wała się być prze­jęta, znie­cier­pli­wił Tessę.

- Prze­stań już o tym mówić! - zawo­łała.

- Tesso, czyś powie­działa, że gwiazdy są świa­tami?

- Tak.

- A czy wszyst­kie są podobne do naszego?

- Tego nie wiem, ale chyba tak. Cza­sem zdaje mi się, że wyglą­dają jak jabłka na naszej jabłonce: nie­które są zdrowe i wspa­niałe, inne - roba­czywe.

- A na jakim świe­cie my żyjemy, na wspa­nia­łym czy na roba­czy­wym?

- Na roba­czy­wym.

- Jaka szkoda, żeśmy nie tra­fili na zdrowy, skoro jest ich tak dużo!

- Szkoda.

- Czy tak jest naprawdę, Tesso? - zapy­tał Abra­ham, zwra­ca­jąc ku niej głowę, poru­szony tą nie­zwy­kłą wia­do­mo­ścią. - A jak by to było, gdy­by­śmy tra­fili na zdrowy świat?

- Wtedy ojciec nie kasz­lałby ani nie włó­czył się jak teraz i dziś nie byłby taki pod­chmie­lony, by nie mógł poje­chać z ulami, a mama nie byłaby zajęta wiecz­nie pra­niem, które się ni­gdy nie koń­czy.

- A ty była­byś od razu bogatą panią i nie potrze­bo­wa­ła­byś się wzbo­ga­cać przez wyj­ście za mąż za jakie­goś pana.

- Aby, dość już o tym!

Abra­ham, pozo­sta­wiony sam sobie i zagłę­biony w roz­my­śla­niach, wkrótce poczuł, że ogar­nia go sen­ność. Tessa nie miała wprawy w powo­że­niu, sądziła jed­nak, że tym­cza­sem sama może się pod­jąć wie­zie­nia ładunku i pozwo­lić bratu zasnąć, skoro ma na to ochotę. Urzą­dziła mu przed ulami rodzaj gniazdka w ten spo­sób, żeby zeń nie wypadł, i ująw­szy za lejce, ruszyła drob­nym truch­tem dalej.

Prince nie potrze­bo­wał, by go pil­no­wano, gdyż bra­kło mu ener­gii na wyko­ny­wa­nie jakich­kol­wiek zbęd­nych ruchów. Pozba­wiona towa­rzy­stwa, które by ją roz­ru­szało, Tessa, oparł­szy się ple­cami o ule, zagłę­biła się bar­dziej niż zwy­kle w marze­niach. Mil­cząca pro­ce­sja drzew i żywo­pło­tów, prze­su­wa­jąca się obok niej, wywo­ły­wała przed jej oczyma jakieś fan­ta­styczne i nie­re­alne sceny, a przy­pad­kowy poryw wia­tru prze­obra­żał się w wes­tchnie­nie jakiejś olbrzy­miej, udrę­czo­nej duszy, uwię­zio­nej wraz z wszech­świa­tem w prze­strzeni, a wespół z histo­rią - w cza­sie.

Roz­pa­tru­jąc sieć zda­rzeń we wła­snym życiu, zda­wała się dostrze­gać całą czczość pychy swo­jego ojca, a owego ary­sto­kra­tycz­nego zalot­nika, cze­ka­ją­cego na nią w mat­czy­nej wyobraźni, widziała pod posta­cią jakie­goś wykrzy­wio­nego iro­nicz­nie pani­cza, śmie­ją­cego się z jej ubó­stwa oraz ze spo­wi­tych w śmier­telne całuny rycer­skich przod­ków. Wszystko dokoła sta­wało się coraz bar­dziej dzi­waczne i nie spo­strze­gła się, jak czas mijał. Nagle gwał­towny wstrząs pode­rwał ją na sie­dze­niu i Tessa obu­dziła się ze snu, w jaki zapa­dła.

Od czasu gdy stra­ciła poczu­cie rze­czy­wi­sto­ści, prze­je­chali już kawał drogi i wóz zatrzy­mał się. Przed nią roz­legł się głu­chy jęk, nie­po­dobny do niczego, co kie­dy­kol­wiek w życiu sły­szała, a w ślad za nim usły­szała okrzyk: "Hej tam! Uwaga!"

Latar­nia zawie­szona na wozie zga­sła, lecz jakaś inna świe­ciła jej w twarz - daleko jaśniej­sza niż jej wła­sna. Stało się coś okrop­nego! Uprząż zaplą­tała się w jakiś przed­miot tara­su­jący im drogę.

Prze­ra­żona Tessa wysko­czyła z wozu i uświa­do­miła sobie straszną prawdę. Jęk wydo­by­wał się z piersi ojcow­skiego konia, bied­nego Prince'a. Wóz z poranną pocztą, jadący bez­sze­lest­nie na swych dwóch kołach, mknął jak zwy­kle po dro­gach z szyb­ko­ścią strzały i wpadł na posu­wa­jący się wolno i nie­oświe­tlony wózek z ulami. Ostro zakoń­czony dyszel karetki pocz­to­wej niby mie­czem prze­szył pierś nie­szczę­snego Prince'a, a z jego rany try­snęła stru­mie­niem życio­dajna krew, pada­jąc z sykiem na drogę.

Zroz­pa­czona Tessa sko­czyła i przy­ci­snęła dłoń do rany, lecz jedy­nie z takim skut­kiem, że pur­pu­rowe kro­ple krwi obry­zgały jej twarz i suk­nię. Stała, wpa­trzona bez­rad­nie w Prince'a, a Prince stał także bez ruchu, dopóki mógł, po czym nagle zwa­lił się na zie­mię.

Tym­cza­sem nad­biegł pocz­ty­lion i zaczął cią­gnąć i odprzę­gać gorący zewłok; Prince już nie żył, więc pocz­ty­lion, widząc, że na razie nic nie może pomóc, powró­cił do wła­snego konia, który nie doznał żad­nych obra­żeń.

- Jecha­li­ście po nie­wła­ści­wej stro­nie - powie­dział. - Ja muszę wieźć dalej worki z pocztą, więc naj­le­piej będzie, gdy tu zosta­nie­cie przy waszym ładunku. Gdy tylko będę mógł, przy­ślę wam kogoś do pomocy. Już zaczyna świ­tać, więc nie macie się czego bać.

Wsiadł na kozioł i śpiesz­nie podą­żył w dal­szą drogę, a dziew­czy­nie nie pozo­stało nic innego, jak cze­kać. Powie­trze zaczęło bled­nąć, ptaki śpiące po żywo­pło­tach obu­dziły się, zatrze­po­tały skrzy­deł­kami i zaćwier­kały, z mroku wyło­niła się biała droga i jesz­cze bled­sza twarz Tessy. Roz­lana przed nią ogromna kałuża krwi powoli krze­pła i wscho­dzące słońce odbi­jało się w niej tysią­cem opa­li­zu­ją­cych odcieni. Prince leżał cichy i sztywny, z pół­otwar­tymi oczami i raną w piersi, zda­wa­łoby się zbyt małą, by przez nią mogło ule­cieć jego życie.

- To moja wina, tylko moja! - pła­kała dziew­czyna, patrząc na ten widok. - Nie mam żad­nego uspra­wie­dli­wie­nia, żad­nego, żad­nego. Z czego teraz rodzice będą żyć? Aby, Aby - potrzą­sała chłop­cem, który pod­czas całej kata­strofy spał głę­boko. - Słu­chaj, Aby, nie możemy jechać dalej, Prince zabity!

Gdy Abra­ham wszystko zro­zu­miał, jego mło­dziutka twa­rzyczka pokryła się zmarszcz­kami jak twarz czło­wieka pięć­dzie­się­cio­let­niego.

- Mój Boże, wczo­raj jesz­cze śmia­łam się i tań­czy­łam - mówiła dalej Tessa do sie­bie. - I pomy­śleć, jaka byłam głu­pia!

- A to wszystko dla­tego, że żyjemy na roba­czy­wej gwieź­dzie, a nie na zdro­wej, prawda, Tesso? - szep­nął Abra­ham przez łzy.

Cze­kali w mil­cze­niu, a czas zda­wał się wlec bez końca. Wresz­cie dale­kie stą­pa­nie i czy­jeś zbli­ża­nie się prze­ko­nały ich, że pocz­ty­lion dotrzy­mał słowa. Zja­wił się paro­bek z farmy koło Sto­ur­ca­stle, pro­wa­dząc sil­nego mie­rzyna, któ­rego zaprzę­żono zamiast Prince'a do wozu z ulami, i cały ładu­nek wyru­szył w kie­runku Caster­bridge.

Tego samego wie­czora pusty wóz nad­je­chał znów na miej­sce wypadku. Prince od rana leżał w przy­droż­nym rowie, lecz na środku drogi krwawa kałuża była jesz­cze widoczna, mimo że prze­jeż­dża­jące wozy starły ją i konie zadep­tały. To, co pozo­stało z Prince'a, zostało wrzu­cone na wóz, do któ­rego dotych­czas bywał zaprzę­gany, i leżąc kopy­tami do góry, z pod­ko­wami błysz­czą­cymi w zacho­dzą­cym słońcu, biedne zwie­rzę prze­je­chało z powro­tem około dzie­wię­ciu mil do Mar­lott.

Tessa wró­ciła do domu wcze­śniej. Bała się myśleć o tym, w jaki spo­sób ma oznaj­mić tę wia­do­mość. Toteż ode­tchnęła z ulgą, wyczy­taw­szy z twa­rzy rodzi­ców, że już wie­dzą o stra­cie, acz­kol­wiek nie zmniej­szyło to wyrzu­tów, jakimi nie prze­sta­wała się drę­czyć z powodu swego nie­dbal­stwa.

A prze­cież lek­ko­myśl­ność panu­jąca w domu spra­wiła, że nie­szczę­ście to mniej ich prze­ra­ziło, niż gdyby się było wyda­rzyło rodzi­nie zapo­bie­gli­wej, mimo że w tym wypadku pocią­gało za sobą ruinę, w tam­tym zaś ozna­cza­łoby tylko przy­krość. Na twa­rzach mał­żon­ków Dur­bey­field nie znać było palą­cego gniewu, jaki by spadł na dziew­czynę, gdyby rodzice wię­cej dbali o jej przy­szłość. Nikt nie potę­piał Tessy tak, jak sama sie­bie potę­piała.

Kiedy się oka­zało, że z powodu zgrzy­bia­ło­ści Prince'a oprawca i gar­barz dają za jego skórę i szkie­let tylko parę szy­lin­gów, Dur­bey­field zacho­wał się z odpo­wied­nią god­no­ścią.

- Nie - oświad­czył ze sto­icy­zmem. - Nie sprze­dam jego sta­rego ciała. My, ród d'Urbe­rville'ów, będąc ryce­rzami na swo­ich wło­ściach, nie sprze­da­wa­li­śmy naszych wierz­chow­ców na mięso dla kotów. Obejdę się bez tych paru szy­lin­gów. Prince za życia wier­nie mi słu­żył, więc teraz nie roz­stanę się z nim.

Naza­jutrz gor­li­wiej pra­co­wał nad wyko­pa­niem w ogro­dzie grobu dla Prince'a niż kie­dy­kol­wiek przy upra­wie zboża dla swej rodziny. Gdy dół był już gotów, Dur­bey­field razem z żoną obwią­zali konia sznu­rem i pocią­gnęli go po ścieżce ku dołowi, a dzieci szły za nimi, two­rząc żałobny kon­dukt. Abra­ham i Liza Lu szlo­chali. Hope i Mode­sta wyra­żały swój żal w gło­śnych okrzy­kach odbi­ja­ją­cych się echem o ściany domu. Gdy Prince został już spusz­czony do dołu, wszy­scy zebrali się dokoła grobu. Nie stało ich żywi­ciela, co teraz poczną?

- Czy on poszedł do nieba? - zapy­tał Abra­ham, łka­jąc.

Dur­bey­field zaczął zasy­py­wać konia zie­mią, i dzieci na nowo wybuch­nęły pła­czem. Wszyst­kie oprócz Tessy. Oczy miała suche, a twarz bladą, jak gdyby uwa­żała się za mor­der­czy­nię.

V

Upra­wia­nie zawodu prze­kup­nia, zależne w dużej mie­rze od posia­da­nia konia, było odtąd pra­wie nie­moż­liwe. Z oddali wyła­niał się nie­do­sta­tek, jeżeli nie nędza. Dur­bey­field był - jak to w tych stro­nach nazy­wano - gamajdą. Zda­rzały się chwile, kiedy miał dość siły, by pra­co­wać, lecz nie można było liczyć na to, by owe dobre chwile wypa­dły wła­śnie wtedy, kiedy trzeba się było zabrać do roboty, a ponie­waż nie był przy­zwy­cza­jony do regu­lar­nej pracy wyrob­nika dzien­nego, nie potra­fił wytrwać wtedy, gdy te dwie oko­licz­no­ści zbie­gały się ze sobą.

Tym­cza­sem Tessa, która wcią­gnęła rodzi­ców w to trzę­sa­wi­sko, w mil­cze­niu roz­my­ślała nad tym, w jaki spo­sób mogłaby ich z niego wydo­stać; wtedy matka wystą­piła ze swoim pla­nem.

- Trzeba nam wszystko roz­pa­trzyć od góry do dołu - oświad­czyła - a wia­do­mość o twoim wyso­kim uro­dze­niu nie mogła nadejść w bar­dziej dogod­nej chwili niż teraz. Musimy poszu­kać pomocy u przy­ja­ciół. Czy wiesz, że jest taka bogaczka pani d'Urbe­rville? Mieszka na skraju lasów Chase. To ani chybi nasza krew­niaczka. Musisz do niej pójść, powo­łać się na pokre­wień­stwo i popro­sić, żeby nam w naszym nie­szczę­ściu pomo­gła.

- Nie chcia­ła­bym tego robić - powie­działa Tessa. - Jeżeli jest naprawdę taka pani, to wystar­czy, że nam będzie przy­chylna, ale nie powin­ni­śmy spo­dzie­wać się od niej pomocy.

- Moja droga, prze­cież potra­fisz ją sobie owi­nąć koło palca! Zresztą mogła­byś tam wię­cej zyskać, niż ci się zdaje. Już ja wiem swoje!

Przy­gnę­bia­jące poczu­cie, że wyrzą­dziła rodzi­com krzywdę, spra­wiło, że Tessa stała się bar­dziej niż kiedy indziej ustę­pliwa wobec żąda­nia matki; nie mogła jed­nak zro­zu­mieć, dla­czego matka z takim zado­wo­le­niem roz­pa­truje pro­jekt, któ­rego korzy­ści wyda­wały się jej samej nader wąt­pliwe. Może matka zasię­gnęła infor­ma­cji i dowie­działa się, że owa pani d'Urbe­rville jest damą nie­zrów­na­nych cnót i miło­sier­dzia. Mimo to duma Tessy spra­wiała, że odgry­wa­nie roli ubo­giej krew­nej napeł­niało ją szcze­gól­nym nie­sma­kiem.

- Wola­ła­bym raczej poszu­kać jakiejś pracy - szep­nęła.

- Dur­bey­field, teraz ty musisz zde­cy­do­wać - rze­kła matka, zwra­ca­jąc się w głąb pokoju, gdzie sie­dział jej mąż. - Skoro powiesz, że ma pójść, to pój­dzie.

- Nie chciał­bym, żeby moje dzieci miały się wkra­dać w łaski jakichś nie­zna­nych krew­nych - wymru­czał Dur­bey­field. - Jestem głową naj­zna­ko­mit­szej linii naszego rodu i powi­nie­nem się do tego sto­so­wać.

Powody, dla jakich, jego zda­niem, Tessa miała pozo­stać, wydały się dziew­czy­nie jesz­cze gor­sze niż jej wła­sne zastrze­że­nia.

- A więc dobrze, mamo - powie­działa żało­śnie. - Ponie­waż to ja zabi­łam konia, muszę teraz za to odpo­ku­to­wać. Mogę pójść do niej, ale jeżeli cho­dzi o to, bym ją pro­siła o pomoc, to musi­cie mi pozo­sta­wić wolną rękę. I niech się mamie nie zdaje, że ona znaj­dzie dla mnie męża. To non­sens!

- Dobrze powie­dziane, Tesso! - zauwa­żył sen­ten­cjo­nal­nie ojciec.

- Kto mówi, żem to miała na myśli? - zapy­tała Joanna.

- Zdaje mi się, mamo, żeś tak wła­śnie myślała. Ale trudno, pójdę.

Naza­jutrz, wstaw­szy raniutko, Tessa udała się pie­chotą do poło­żo­nego na wzgó­rzu mia­steczka Sha­ston i tam wsia­dła do wozu kur­su­ją­cego dwa razy w tygo­dniu mię­dzy Sha­ston i Cha­se­bo­ro­ugh i prze­jeż­dża­ją­cego obok Tran­tridge, skąd nie­da­leko miała swą rezy­den­cję owa nie­znana, tajem­ni­cza pani d'Urbe­rville.

Tego pamięt­nego ranka droga Tessy Dur­bey­field wio­dła przez wzgó­rza poło­żone na pół­noco-wschód od doliny, w któ­rej się uro­dziła i gdzie pły­nęło jej życie. Dolina Black­moor była jej świa­tem, a miesz­kańcy doliny - jedy­nymi ludźmi, jakich znała. Będąc jesz­cze małą dziew­czynką, z cie­ka­wo­ścią dziecka spo­glą­dała z wyso­ko­ści wrót i pło­tów w Mar­lott na roz­le­głą rów­ninę, lecz to, co wów­czas było dla niej tajem­nicą, pozo­stało na­dal tajem­nicą. Co dzień widziała z okna wieżę mia­steczka, nie­ja­sne zarysy bia­łych domostw; nad tym wszyst­kim na wzgó­rzu wzno­siło się maje­sta­tycz­nie mia­sto Sha­ston, a w zacho­dzą­cym słońcu okna jego pło­nęły świa­tłem niby pochod­nie. Nie bywała tam pra­wie ni­gdy, znała tylko nie­wielki obszar doliny i jej naj­bli­żej poło­żone odcinki. Nie wycho­dziła ni­gdy poza jej obręb. Zarysy pobli­skich pagór­ków były jej tak zna­jome jak twa­rze wła­snej rodziny. Wszystko jed­nak, co leżało dalej, znała jedy­nie z tego, czego ją uczono w wiej­skiej szkole, w któ­rej była naj­lep­szą uczen­nicą, gdy ją ukoń­czyła rok czy dwa lata temu.

W dniach dzie­ciń­stwa Tessa była bar­dzo lubiana przez dziew­czynki w jej wieku i we wsi widy­wano ją czę­sto jako jedną z trzech rówie­śni­czek powra­ca­ją­cych ramię przy ramie­niu ze szkoły. Tessa szła zwy­kle pośrodku w różo­wym wzo­rzy­stym far­tuszku zakry­wa­ją­cym weł­nianą sukienkę, któ­rej pier­wotny kolor wypło­wiał i ustą­pił miej­sca jakiejś trud­nej do opi­sa­nia, nie­okre­ślo­nej bar­wie; szła na swych dłu­gich, wysmu­kłych nogach oble­czo­nych w obci­słe poń­czo­chy, prze­tarte na kola­nach w dra­binkę drob­nych dziur skut­kiem klę­ka­nia na dro­gach i sto­kach w poszu­ki­wa­niu roślin­nych i mine­ral­nych skar­bów; włosy, mające wów­czas kolor ziemi, zwi­jały się w pier­ścionki; ramiona dwóch idą­cych po bokach dziew­czy­nek obej­mo­wały kibić Tessy, jej ramiona zaś spo­czy­wały na bar­kach kole­ża­nek.

W miarę jak Tessa rosła, zaczy­nała sobie zda­wać sprawę ze stanu rze­czy; myśląc o matce, podzie­lała w zupeł­no­ści teo­rię Mal­thusa3, widziała bowiem, jak nie­opatrz­nie obda­rza ją licz­nymi braćmi i sio­strami, mimo że tak trudno ich wyży­wić i wycho­wać. Joanna Dur­bey­field miała men­tal­ność szczę­śli­wego dziecka, a w swej wła­snej, bar­dzo licz­nej rodzi­nie, zda­ją­cej się rów­nież na Opatrz­ność boską, nie była ani jedy­nym, ani naj­star­szym dziec­kiem.

Mimo wszystko Tessa była dla młod­szego rodzeń­stwa dobra i usłużna i aby w miarę moż­no­ści przyjść im z pomocą, wkrótce po skoń­cze­niu szkoły pra­co­wała na sąsied­nich far­mach przy sia­no­ko­sach czy żni­wach albo też - co naj­bar­dziej lubiła - doiła krowy lub robiła masło, czego się nauczyła w okre­sie, gdy ojciec miał jesz­cze wła­sne krowy; ponie­waż była zręczna, robiła to wszystko dosko­nale.

Każdy dzień zda­wał się dorzu­cać na jej młode ramiona coraz cięż­sze brze­mię rodzin­nych obo­wiąz­ków, i to, że Tessa miała repre­zen­to­wać rodzinę Dur­bey­fiel­dów w rezy­den­cji d'Urbe­rville'ów, było czymś zupeł­nie natu­ral­nym. Trzeba przy­znać, że tym razem Dur­bey­fiel­do­wie mieli być przed­sta­wieni ze swej naj­pięk­niej­szej strony.

Tessa wysia­dła z wozu w Tran­tridge Cross i szła pie­szo pod górę w kie­runku okręgu zwa­nego The Chase, gdzie - jak jej powie­dziano - na skraju lasów znaj­do­wać się miała rezy­den­cja pani d'Urbe­rville: The Slo­pes. Nie był to pań­ski dwór w zwy­kłym zna­cze­niu tego słowa, z polami, pastwi­skami i nie­za­do­wo­lo­nym dzier­żawcą, z któ­rego wła­ści­ciel w taki czy inny spo­sób musiał wyci­snąć dochód dla sie­bie i swo­jej rodziny. Był czymś wię­cej, daleko wię­cej. Była to sie­dziba wiej­ska zbu­do­wana jedy­nie i wyłącz­nie dla wła­snej przy­jem­no­ści, nie­obar­czona ani jed­nym akrem kło­po­tli­wej ziemi, prócz ilo­ści potrzeb­nej dla zaspo­ko­je­nia potrzeb pań­skiego domu i prócz nie­wiel­kiego gospo­dar­stwa kie­ro­wa­nego przez wła­ści­ciela i dozo­ro­wa­nego przez rządcę.

Naj­pierw z oddali wyło­niła się czer­wona ceglana stró­żówka, spo­wita od dachu aż do piw­nic w gęstwę zimo­tr­wa­łej zie­leni. Na razie Tessa pomy­ślała, że to dwór, lecz gdy minąw­szy z pew­nym drże­niem boczną furtkę, doszła do zakrętu alei, wła­ściwy dwór sta­nął przed nią w całej swej oka­za­ło­ści. Była to nie­dawno wznie­siona budowla - doprawdy pra­wie nowa - i tego samego jaskra­wo­czer­wo­nego koloru, two­rzą­cego taki kon­trast z zimo­tr­wałą zie­lenią przy stró­żówce. W oddali, za rogiem domu, wykwi­ta­ją­cego niby pęk pelar­go­nii na tle dookol­nych przy­ćmio­nych barw, roz­po­ście­rał się łagodny lazu­rowy kra­jo­braz The Chase, praw­dzi­wie dostojny obszar gęsto zale­sio­nej ziemi, jeden z nie­wielu pozo­sta­łych, nie­wąt­pli­wie pier­wot­nych borów Anglii, gdzie na odwiecz­nych dębach zna­leźć jesz­cze można dru­idyczną jemiołę i gdzie rosną olbrzy­mie, nie­sa­dzone ręką ludzką cisy, tak jak rosły wtedy, gdy gałę­zie ich ści­nano dla spo­rzą­dze­nia łuków. Owe pra­stare lasy, acz­kol­wiek widoczne z The Slo­pes, leżały jed­nak poza gra­ni­cami majątku.

W tej luk­su­so­wej posia­dło­ści wszystko było czy­ste, kwit­nące i dobrze utrzy­mane; okna cie­plarni cią­gnęły się całymi akrami po sto­kach i się­gały aż do zaro­śli u ich stóp. Wszystko przy­po­mi­nało monetę świeżo wypusz­czoną z men­nicy. Staj­nie, czę­ściowo zasło­nięte przez sosny i wiecz­nie zie­lone dęby i zaopa­trzone w ostat­nie udo­god­nie­nia, wyglą­dały dostoj­nie, niczym kaplice. Na roz­le­głym traw­niku stał ozdobny namiot, któ­rego drzwi znaj­do­wały się z tej strony, z któ­rej zbli­żała się dziew­czyna.

Skromna Tessa Dur­bey­field, zapa­trzona, na poły wylę­kła, sta­nęła na brzegu żwi­ro­wego pod­jazdu. Nogi przy­nio­sły ją do tego miej­sca, zanim zdą­żyła dobrze zro­zu­mieć, gdzie się znaj­duje; wszystko tu wyglą­dało ina­czej, niż się spo­dzie­wała.

"Sądzi­łam, że jeste­śmy sta­rym rodem, tym­cza­sem wszystko tu jest nowe" - pomy­ślała w swo­jej naiw­no­ści. Zaczęła żało­wać, że tak szybko zgo­dziła się na plan matki, która kazała jej powo­łać się na pokre­wień­stwo, i że nie pró­bo­wała poszu­kać pomocy gdzieś bli­żej domu.

Wła­ści­ciele tego wszyst­kiego, pań­stwo d'Urbe­rville albo Stoke-d'Urbe­rville, jak się pier­wot­nie nazy­wali, nale­żeli do tego rodzaju rodzin, jakie się rzadko spo­tyka w tak zaco­fa­nym zakątku kraju. Pastor Trin­gham miał rację, mówiąc, że nasz nie­do­łęga John Dur­bey­field był jedy­nym w pro­stej linii praw­dzi­wym przed­sta­wi­cie­lem sta­rego rodu d'Urbe­rville'ów osia­dłego w tym hrab­stwie lub w pobli­skiej oko­licy; mógł był jesz­cze dodać, o czym dobrze wie­dział, że pań­stwo Stoke-d'Urbe­rville mieli nie­wiele wię­cej wspól­nego z praw­dzi­wym drze­wem gene­alo­gicz­nym d'Urbe­rville'ów niż on sam. Mimo to należy przy­znać, że pień tego drzewa nada­wał się dosko­nale do wyry­cia na nim nazwi­ska, które wyma­gało koniecz­nie odno­wie­nia.

Stary, nie­dawno zmarły Simon Stoke, uczciwy kupiec (nie­któ­rzy twier­dzili, że lichwiarz), po zdo­by­ciu majątku na pół­nocy kraju posta­no­wił osiąść jako oby­wa­tel ziem­ski na połu­dniu Anglii, z dala od obszaru, na któ­rym pro­wa­dził inte­resy; czy­niąc to, czuł potrzebę roz­po­czę­cia nowego życia pod nazwi­skiem, pod któ­rym trudno byłoby w nim roz­po­znać obrot­nego eks­kupca, przy czym chciał, by nazwi­sko to było mniej banalne i nie tak pro­stacko krót­kie jak jego nazwi­sko pier­wotne. Stra­ciw­szy w Muzeum Bry­tyj­skim godzinkę na zapo­zna­nie się z dzie­łami poświę­co­nymi wyga­słym, na wpół wyga­słym, zubo­ża­łym i zruj­no­wa­nym rodzi­nom pocho­dzą­cym z tej czę­ści Anglii, gdzie sam zamie­rzał się osie­dlić, doszedł do wnio­sku, że nazwi­sko d'Urbe­rville wygląda i brzmi nie gorzej od innych; wobec czego dołą­czył je na wieczne czasy do swo­jego, na uży­tek wła­sny i swo­ich potom­ków. Czy­niąc to, nie powo­do­wał się prze­sadną ambi­cją i two­rząc swój rodo­wód na nowych pod­sta­wach, był na tyle roz­sądny, że nie umie­ścił w nim żad­nych ary­sto­kra­tycz­nych związ­ków ani koli­ga­cji i ani jed­nego tytułu, który by nie brzmiał zupeł­nie umiar­ko­wa­nie.

Rzecz pro­sta, że biedna Tessa i jej rodzice - na swoje nie­szczę­ście - nic o tym wytwo­rze fan­ta­zji nie wie­dzieli; doprawdy, nie mieli nawet poję­cia, że tego rodzaju uzur­pa­cja jest w ogóle moż­liwa, i byli prze­ko­nani, że choć piękny wygląd można osią­gnąć dzięki bogac­twu, to nazwi­sko jest darem natury.

Tessa stała jesz­cze na miej­scu, waha­jąc się niby pły­wak przed daniem nurka w wodę, nie­pewna, czy cof­nąć się, czy pójść dalej, gdy z ciem­nych, trój­kąt­nych drzwi namiotu wyło­niła się wysoka postać mło­dego czło­wieka palą­cego papie­rosa.

Cerę miał pra­wie śniadą, pełne, czer­wone i gład­kie, choć brzydko wykro­jone wargi, nad któ­rymi czer­nił się ciemny wąs z zafry­zo­wa­nymi do góry koń­cami; nie mógł mieć wię­cej niż dwa­dzie­ścia trzy lub dwa­dzie­ścia cztery lata. Mimo że w postaci jego było coś bar­ba­rzyń­skiego, w twa­rzy i śmia­łych, ruchli­wych oczach prze­ja­wiała się jakaś szcze­gólna siła.

- No cóż, moja ślicz­notko, czym ci mogę słu­żyć? - powie­dział, pod­cho­dząc bli­żej. A widząc, że dziew­czyna stoi zmie­szana: - Nie bój się, jestem pan d'Urbe­rville. Czy przy­szłaś do mnie, czy do mojej matki?

Takie ucie­le­śnie­nie jed­nego z d'Urbe­rville'ów, jej imien­nika, bar­dziej jesz­cze niż wygląd domu i ogrodu róż­niło się od tego, czego się Tessa spo­dzie­wała. Myślała, że ujrzy starą, pełną god­no­ści twarz, w któ­rej sku­pi­łyby się wysub­tel­nione rysy wszyst­kich d'Urbe­rville'ów, twarz pooraną przez wspo­mnie­nia zmarszcz­kami, sta­no­wią­cymi żywe hie­ro­gli­ficzne świa­dec­two trwa­ją­cej od wie­ków histo­rii jego rodu i Anglii. Chcąc jed­nak zała­twić swoją sprawę i widząc, że nie może się już cof­nąć, Tessa zdo­była się na odwagę i odpo­wie­działa:

- Przy­szłam tu do pań­skiej matki, sir.

- Oba­wiam się, że nie będzie mogła cię przy­jąć, jest cier­piąca - odrzekł obecny przed­sta­wi­ciel sfał­szo­wa­nego rodu, był to bowiem Alec, jedyny syn zmar­łego nie­dawno dżen­tel­mena. - Czy nie mógł­bym sam zała­twić tej sprawy? Jaki inte­res cię tu spro­wa­dza?

- To nie inte­res... Sama nie wiem, jak to powie­dzieć...

- Może przy­szłaś tu dla przy­jem­no­ści?

- O, nie. Ale, pro­szę pana, gdy­bym to powie­działa, to wyglą­da­łoby, że...

Tessa do tego stop­nia poczuła śmiesz­ność swego posłan­nic­twa, że mimo całego respektu przed nim i nie­mi­łego uczu­cia, że się tu znaj­duje, różowe jej wargi zło­żyły się do uśmie­chu ku zachwy­towi śnia­dego Alek­san­dra.

- To taka nie­mą­dra sprawa - mruk­nęła. - Oba­wiam się, że nie będę mogła tego panu powie­dzieć.

- Nic nie szko­dzi, lubię nie­mą­dre sprawy. Pro­szę, spró­buj, moja kochana - dodał uprzej­mie.

- Matka kazała mi tu przyjść - cią­gnęła dalej Tessa - co prawda, ja się na to też zgo­dzi­łam, ale nie myśla­łam, że to będzie tak... Przy­szłam tu, żeby powie­dzieć, że nale­żymy do tej samej rodziny co pan.

- A więc ubo­dzy krewni?

- Tak.

- Sto­ke­so­wie?

- Nie, d'Urbe­rville.

- No tak, chcia­łem powie­dzieć d'Urbe­rville.

- Nasze nazwi­sko zmie­niło się na Dur­bey­field, ale mamy dowody, że nazy­wamy się d'Urbe­rville. Bada­cze sta­ro­żyt­no­ści twier­dzą, że tak jest naprawdę, i jesz­cze... jesz­cze mamy w domu starą pie­częć z wyrzeź­bio­nym na tar­czy lwem, wspi­na­ją­cym się do skoku pod sta­rym zam­kiem. Mamy także srebrną łyżkę, okrą­głą jak mała warzą­chew, z takim samym rysun­kiem. Ale jest już tak znisz­czona, że matka używa jej do mie­sza­nia gro­chówki.

- To prawda, że i ja pie­czę­tuję się srebr­nym zam­kiem, a moim her­bem jest wspi­na­jący się do skoku lew - powie­dział uprzej­mie.

- Więc mama posta­no­wiła, że powin­ni­śmy się z pań­stwem poznać, bo przez nie­szczę­śliwy wypa­dek stra­ci­li­śmy konia i nale­żymy do naj­star­szej gałęzi naszego rodu.

- To bar­dzo uprzej­mie ze strony mamy, a co do mnie, wcale nie żałuję, że tak posta­no­wiła. - Mówiąc to, Alec patrzył na Tessę w taki spo­sób, że dziew­czyna lekko się zaru­mie­niła. - A więc, moja śliczna panienko, przy­szłaś tu do nas z uprzejmą wizytą jako do swo­ich krew­nych?

- Chyba tak - bąk­nęła Tessa, czu­jąc się znów nie­swojo.

- Nie ma w tym nic złego. Gdzie miesz­kasz? Kim jesteś?

Podała mu kilka krót­kich szcze­gó­łów i w odpo­wie­dzi na dal­sze pyta­nia oświad­czyła, że zamie­rza powró­cić z tym samym woź­nicą, który ją tu przy­wiózł.

- On nie­prędko będzie prze­jeż­dżał z powro­tem koło Tran­tridge Cross. A może przez ten czas obej­rze­li­by­śmy razem całą posia­dłość, moja śliczna kuzy­neczko?

Tessa pra­gnęła o ile moż­no­ści skró­cić swoją wizytę, lecz wobec nale­gań mło­dego czło­wieka zgo­dziła się mu towa­rzy­szyć. Popro­wa­dził ją przez traw­niki do ogrodu kwia­to­wego, oran­że­rii, potem do sadu i inspek­tów, gdzie zapy­tał, czy lubi tru­skawki.

- Tak - odpo­wie­działa Tessa - gdy są doj­rzałe.

- U nas już doj­rzały. - Pan d'Urbe­rville zerwał dla niej kilka oka­zów i nachy­lony poda­wał je dziew­czy­nie; po czym wybraw­szy szcze­gól­nie piękny owoc z odmiany zwa­nej "Kró­lowa Anglii", wypro­sto­wał się i trzy­ma­jąc go za łodygę, zbli­żył do jej ust.

- Nie, nie - zapro­te­sto­wała, trzy­ma­jąc palce mię­dzy jego ręką a swo­imi ustami - wolę ją wziąć do ręki.

- Co znowu! - nale­gał. Wtedy Tessa z pewną przy­kro­ścią roz­chy­liła wargi i chwy­ciła nimi tru­skawkę.

Spę­dzili pewien czas na bez­ład­nym wałę­sa­niu się z miej­sca na miej­sce, a Tessa na pół z przy­jem­no­ścią, na pół z nie­chę­cią jadła to, czym ją d'Urbe­rville czę­sto­wał. Gdy już nie mogła zjeść wię­cej tru­ska­wek, sypał je gar­ściami do jej koszyczka. Potem obe­szli dokoła krzaki róż, więc zry­wał kwiaty i poda­wał Tes­sie, by je przy­pięła do sta­nika. Dziew­czyna słu­chała go niby we śnie, a gdy zabra­kło już miej­sca na sta­niku, Alec sam wsu­nął kilka pącz­ków za wstążkę jej kape­lu­sza i z roz­rzutną hoj­no­ścią napeł­nił nimi jej koszyk. Wresz­cie, spoj­rzaw­szy na zega­rek, powie­dział:

- A teraz, gdy coś prze­ką­sisz, będzie czas, byś już wra­cała, jeżeli chcesz zdą­żyć na wóz jadący do Sha­ston. Chodź ze mną tędy, a ja tym­cza­sem zoba­czę, co będę mógł zna­leźć do jedze­nia.

Stoke-d'Urbe­rville zapro­wa­dził ją znów do namiotu na traw­niku i zosta­wił samą, a po chwili powró­cił, nio­sąc lek­kie śnia­da­nie w koszyku, który posta­wił przed nią. Było widoczne, że młody panicz nie życzył sobie, by mu służba prze­szka­dzała w tym przy­jem­nym sam na sam.

- Czy pozwo­lisz, że zapalę?

- Ależ pro­szę bar­dzo, sir.

Skroś przę­dzę dymu snu­ją­cego się po namio­cie obser­wo­wał, jak z jakimś nie­świa­do­mym wdzię­kiem chru­pała śnia­da­nie. Tym­cza­sem Tessa Dur­bey­field, patrząc nie­win­nie na róże przy­pięte do jej gorsu, nie prze­czu­wała, że poza tą błę­kit­nawą nar­ko­tyczną mgiełką kryje się "tra­giczne zło" jej dra­matu życio­wego, mające stać się kie­dyś krwa­wym pro­mie­niem w świetl­nym wid­mie jej mło­dego życia. Tessa miała w sobie pewną wła­ści­wość, która w danej chwili była dla niej fatalna, i ona to spra­wiła, że oczy Aleca d'Urbe­rville'a nie mogły się od dziew­czyny ode­rwać. Skut­kiem buj­nego roz­kwitu swej urody wyglą­dała na doj­rzal­szą kobietę, niż nią była istot­nie. Odzie­dzi­czyła ten rys cha­rak­te­ry­styczny po matce, nie posia­dała jed­nak cech, które zda­wał się zapo­wia­dać. Wpro­wa­dzało to Tessę nie­kiedy w zakło­po­ta­nie, lecz kole­żanki pocie­szały ją, mówiąc, że czas tę wadę ule­czy.

Nie­ba­wem skoń­czyła śnia­da­nie.

- Teraz wra­cam do domu - oświad­czyła, wsta­jąc.

- A jak się nazy­wasz? - zapy­tał, odpro­wa­dza­jąc ją przez aleję aż do miej­sca, skąd dom nie był już widoczny.

- Tessa Dur­bey­field z Mar­lott.

- Więc mówisz, że stra­ci­li­ście konia?

- To ja go zabi­łam - odrze­kła, a gdy opo­wia­dała szcze­góły śmierci Prince'a, oczy jej napeł­niły się łzami. - I sama nie wiem, jak mogła­bym to ojcu wyna­gro­dzić.

- Pomy­ślę, w jaki spo­sób można by temu zara­dzić. Moja matka musi ci zna­leźć jakieś zaję­cie. Ale słu­chaj, Tesso, żad­nych głupstw o d'Urbe­rville'ach! Nazy­wasz się tylko Dur­bey­field, pamię­taj, a to zupeł­nie inne nazwi­sko.

- Nie życzę sobie lep­szego - odpo­wie­działa z pewną god­no­ścią.

Przez chwilę, tylko przez jedną chwilkę, gdy się zna­leźli na zakrę­cie, ale i mię­dzy wyso­kimi rodo­den­dro­nami i świer­kami, zanim uka­zała się stró­żówka, nachy­lił ku niej twarz, jak gdyby chciał... lecz nie: powstrzy­mał się i pozwo­lił jej odejść.

Tak się zaczęło. Gdyby Tessa zdolna była prze­wi­dzieć całą waż­ność owego spo­tka­nia, mogłaby zapy­tać, dla­czego prze­zna­cze­niem jej było, by dnia tego spo­tkał ją i pożą­dał czło­wiek dla niej nie­od­po­wiedni, a nie ktoś inny, pod każ­dym wzglę­dem wła­ściwy i upra­gniony, tak wła­ściwy i upra­gniony, jakim ludz­kość byłaby w ogóle zdolna ją obda­rzyć. Tym­cza­sem jedyny bli­ski tego ide­ału czło­wiek, jakiego znała, zacho­wał o niej tylko prze­lotne i na pół zapo­mniane wspo­mnie­nie.

Dobrze i mądrze powzięty plan rze­czy zwy­kle źle jest wyko­ny­wany: wezwa­nie rzadko kiedy spro­wa­dza czło­wieka wła­ści­wego; ten, któ­rego można by poko­chać, zazwy­czaj nie zja­wia się w chwili sprzy­ja­ją­cej miło­ści. Natura nie­czę­sto szep­cze bied­nemu stwo­rze­niu: "Spójrz!", wtedy gdy to spoj­rze­nie mogłoby je obda­rzyć szczę­ściem, na okrzyk zaś: "Gdzie jesteś?" odpo­wiada: "Tutaj" dopiero wów­czas, gdy owa gra w cho­wa­nego stała się już nudna i uciąż­liwa. Chcia­łoby się wie­dzieć, czy wtedy gdy ludz­kość osią­gnie naj­wyż­szy szczyt postępu, tego rodzaju ana­chro­ni­zmy nie zostaną napra­wione dzięki bar­dziej sub­tel­nej intu­icji i sil­niej­szemu wza­jem­nemu oddzia­ły­wa­niu spo­łecz­nego mecha­ni­zmu niż obecny, rzu­ca­jący nami na prawo i na lewo. Lecz taki stan dosko­na­ło­ści trudno jest prze­wi­dy­wać, a nawet uwa­żać za moż­liwy. Wystar­czy, że w danym wypadku - podob­nie jak w milio­nach innych - dwie połowy mogące stwo­rzyć ide­alną całość nie spo­tkały się w odpo­wied­niej chwili. Bra­ku­jąca połowa błą­dziła samo­pas po ziemi, cze­ka­jąc w tępym ogłu­pie­niu aż do ostat­niej chwili. Wyni­kiem tego nie­zręcz­nego opóź­nie­nia były nie­po­koje, roz­cza­ro­wa­nia, wstrząsy, kata­strofy i nie­zwy­kłe koleje losu.

Alec d'Urbe­rville, powró­ciw­szy do namiotu, usiadł okra­kiem na krze­śle i roz­wa­żał coś z twa­rzą roz­ja­śnioną zado­wo­le­niem. Potem wybuch­nął gło­śnym śmie­chem:

- Tam do licha! Co za śmieszna histo­ria! Cha, cha, cha! A jaka to ape­tyczna dziew­czyna!

VI

Tessa zeszła ze wzgó­rza w dół aż do Tran­tridge Cross i z roz­tar­gnie­niem cze­kała na wóz powra­ca­jący z Cha­se­bo­ro­ugh do Sha­ston. Wsia­da­jąc, nie wie­działa, co do niej mówią inni pasa­że­ro­wie, mimo że im odpo­wia­dała; a gdy wyru­szyli w dal­szą drogę, jechała zapa­trzona nie na zewnątrz, tylko we wła­sną głąb.

Któ­ryś z towa­rzy­szy podróży zwró­cił się do niej wyraź­niej niż poprzed­nio inni:

- Cóż to? Wyglą­dasz jak jeden duży bukiet! Mamy dopiero począ­tek czerwca, a tu już takie piękne róże!

Wtedy dopiero z ich zdzi­wio­nych spoj­rzeń zro­zu­miała, że zro­biła z sie­bie nie lada wido­wi­sko: róże przy sta­niku, róże na kape­lu­szu, koszyk aż po brzegi pełen róż i tru­ska­wek. Zaczer­wie­niła się i zawsty­dzona wybą­kała, że te kwiaty otrzy­mała w poda­runku. Korzy­sta­jąc z chwili, gdy nikt na nią nie patrzył, ukrad­kiem zdjęła kilka naj­ja­skraw­szych kwia­tów z kape­lu­sza, wło­żyła je do koszyka i nakryła chustką do nosa. Znów się zamy­śliła, a gdy spu­ściła głowę, kolec jed­nej z róż przy­pię­tych do gorsu ukłuł ją w pod­bró­dek. Podob­nie jak wszy­scy wie­śniacy z doliny Black­moor Tessa miała w sobie dużo zako­rze­nio­nych przy­wi­dzeń i prze­są­dów. Toteż wzięła to za nie­do­bry omen - pierw­szy, jaki dziś zauwa­żyła.

Wóz docie­rał tylko do Sha­ston, a z tego poło­żo­nego na wzgó­rzu mia­steczka trzeba było iść jesz­cze kilka mil pie­chotą do doliny, w któ­rej leżało Mar­lott. Matka radziła jej, by po dro­dze zatrzy­mała się na noc u pew­nej zna­jo­mej wie­śniaczki, w wypadku gdyby się czuła bar­dzo zmę­czona; Tessa tak wła­śnie zro­biła i do domu poszła dopiero naza­jutrz po połu­dniu.

Od razu przy wej­ściu wyczy­tała z trium­fu­ją­cej twa­rzy matki, że pod­czas jej nie­obec­no­ści musiało się coś wyda­rzyć.

- A widzisz! Wie­dzia­łam, że tak będzie! Mówi­łam, że wszystko pój­dzie dobrze. A teraz oka­zało się, że mia­łam rację!

- Czy coś się stało, gdy mnie nie było w domu? Co takiego? - zapy­tała Tessa znu­żo­nym gło­sem.

Matka z naj­wyż­szym uzna­niem obej­rzała córkę od stóp do głów i tonem żar­to­bli­wym mówiła dalej:

- A więc zro­bi­łaś z nimi, coś tylko chciała!

- Skąd wiesz, mamo?

- Dosta­łam list.

Wtedy Tessa zorien­to­wała się, że istot­nie miał na to dość czasu.

- W tym liście stoi... Pisze go pani d'Urbe­rville... chcia­łaby, żebyś się u niej zajęła pro­wa­dze­niem nie­wiel­kiej hodowli dro­biu, co jest ponoć jej oczkiem w gło­wie. Ale to tylko zgrabny spo­sób, żeby cię tam ścią­gnąć, a na razie nie budzić żad­nych nadziei. Gotowa jest uznać cię za krew­niaczkę, oto co to zna­czy!

- Ależ ja jej wcale nie widzia­łam.

- Prze­cież musia­łaś tam kogoś widzieć, co?

- Widzia­łam jej syna.

- A czy przy­jął cię jako krewną?

- Mówił do mnie "kuzynko".

- A widzisz! Jacky, on nazy­wał ją kuzynką! - zawo­łała pani Joanna do męża. - Rozu­mie się, mówił o niej z matką, a ona chce ją mieć u sie­bie.

- Ależ ja nie wiem, czy potra­fię hodo­wać kury - powie­działa Tessa z powąt­pie­wa­niem.

- Jeżeli ty nie potra­fisz, to już nie wiem, kto potrafi. Uro­dzi­łaś się i wycho­wa­łaś na wsi. Kto się wśród czego uro­dził, wię­cej w tym miar­kuje niż ten, kto się tego dopiero musi uczyć. Zresztą to tylko tak na niby, żebyś miała co nie­bądź do roboty i żebyś się nie czuła na ich łasce.

- Ja jed­nak wcale nie uwa­żam, że powin­nam tam pójść - powie­działa Tessa, zamy­śla­jąc się. - Kto napi­sał ten list? Może mi go mama pokaże?

- Napi­sała pani d'Urbe­rville. Masz go tutaj.

List, pisany w trze­ciej oso­bie, pokrótce zawia­da­miał panią Dur­bey­field, że pomoc jej córki przy­da­łaby się tej damie w pro­wa­dze­niu hodowli kur, że córka otrzyma dla sie­bie wygodny pokój i o ile się spodoba, dosta­nie hojne wyna­gro­dze­nie.

- I to wszystko? - zapy­tała Tessa.

- A tyś się spo­dzie­wała, że cię zaraz zła­pie za szyję i poca­łuje, co?

Tessa wyj­rzała przez okno.

- Wola­ła­bym zostać przy tobie i ojcu - powie­działa.

- Ale dla­czego?

- Wolę ci tego nie mówić, mamo. Co prawda sama dobrze nie wiem, dla­czego.

W tydzień póź­niej pew­nego wie­czoru Tessa wró­ciła do domu po darem­nym poszu­ki­wa­niu jakiejś lżej­szej pracy w naj­bliż­szym sąsiedz­twie. Zamia­rem jej było zebrać pod­czas lata dość pie­nię­dzy, by móc kupić nowego konia. Zale­d­wie prze­kro­czyła próg, gdy jedno z dzieci zaczęło tań­czyć przed nią po pokoju, woła­jąc:

- Ten pan był u nas, ten pan był u nas!

Matka pośpie­szyła z wyja­śnie­niem, przy czym cała roz­pły­wała się w uśmie­chach. Syn pani d'Urbe­rville, jadąc przy­pad­kiem konno w kie­runku Mar­lott, po dro­dze zaje­chał do nich. W imie­niu matki chciał się osta­tecz­nie dowie­dzieć, czy Tessa będzie mogła zająć się hodowlą dro­biu u sta­rej damy, czy też nie, gdyż chło­piec, który dotych­czas miał nad­zór nad ptac­twem domo­wym, oka­zał się nie­godny zaufa­nia.

- Pan d'Urbe­rville powie­dział, że musisz być dzielną dziew­czyną, jeżeli jesteś naprawdę taka, na jaką wyglą­dasz. On sam uważa, żeś warta tyle złota, ile zawa­żysz. Widać, żeś mu wpa­dła w oko, to jasne.

Przez chwilę Tessa zda­wała się być rada, dowia­du­jąc się, że zdo­była u obcego taką pochlebną o sobie opi­nię, gdy we wła­snym mnie­ma­niu upa­dła tak nisko.

- To miło z jego strony, że tak myśli - szep­nęła - i gdy­bym wie­działa naprawdę, jak mi tam będzie, to poszła­bym tam w każ­dej chwili.

- Piękny z niego męż­czy­zna!

- Nie uwa­żam - odrze­kła chłodno Tessa.

- Uwa­żasz czy nie uwa­żasz, ale to dla cie­bie oka­zja, jakich mało. A jaki ma piękny bry­lan­towy pier­ścio­nek!

- Tak, tak! - powie­dział żywo mały Abra­ham sie­dzący na okien­nym para­pe­cie - ja także zauwa­ży­łem, jak błysz­czał, kiedy ten pan pod­no­sił rękę, żeby pod­krę­cić wąsa. Mamo, dla­czego ten nasz bogaty krew­niak tak czę­sto pod­kręca wąsa?

- Słu­chaj­cie no tego malca! - zawo­łała pani Dur­bey­field z macie­rzyń­skim podzi­wem.

- Może po to, żeby się pochwa­lić swoim bry­lan­tem - mruk­nął sen­nie ze swego krze­sła sir John.

- Zasta­no­wię się nad tym wszyst­kim - powie­działa Tessa, wycho­dząc z pokoju.

- To jasne, że dziew­czyna pod­biła serce naszej młod­szej linii - mówiła dalej gospo­dyni, zwra­ca­jąc się do męża - i byłaby głu­pia, żeby z tego nie sko­rzy­stała.

- Nie lubię, by moje dzieci opusz­czały dom - odrzekł na to prze­ku­pień. - Jestem głową całej fami­lii, więc wszy­scy krewni powinni przy­jeż­dżać do mnie.

- Pozwól, Jacky, żeby dziew­czyna tam poszła - przy­mi­lała się do męża biedna, nie­mą­dra Joanna. - Zaraz widać, że się w niej zadu­rzył. Nazy­wał ją kuzy­neczką. Zoba­czysz, że się z nią ożeni i zrobi z niej wielką panią. A wtedy Tessa będzie sobie żyła tak, jak żyli jej przod­ko­wie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki