Rozdział I
Chorwacki Serb (1856-1862)
Jeżeli w powietrzu unosi się słodki zapach cyprysów, oleandrów, lawendy i ziemi nagrzanej południowym słońcem, jeśli waszym oczom ukażą się monumentalne Góry Dynarskie, malownicze miasteczka z czerwonymi dachówkami i błękitno-szmaragdowe morze, możecie być pewni, że oto właśnie znaleźliście się w Dalmacji. Ta historyczna kraina w dzisiejszej Chorwacji i Czarnogórze rozciąga się wzdłuż wybrzeża Adriatyku, od wyspy Pag na północy aż po Zatokę Kotorską na południu, tworząc pas o szerokości pięćdziesięciu kilometrów i długości prawie 400. Obejmuje również około tysiąca przybrzeżnych wysp o łącznej powierzchni trzynastu tysięcy kilometrów kwadratowych.
Walory tej krainy doceniono już w starożytności. Jako jedna z prowincji rzymskich ze względu na łagodny, ciepły klimat była bardzo popularnym miejscem osiedlania się bogatych patrycjuszy. Urodzony w Dalmacji cesarz Dioklecjan pod koniec życia postanowił wrócić w rodzinne strony. W mieście Salon (Split) wybudował wspaniały pałac, zamieszkiwany później przez kolejnych imperatorów. Ruiny cesarskiej budowli istnieją tam do dziś.
Przed Rzymianami opisywane terytorium zamieszkiwały wojownicze plemiona Ilirów. Od jednego z nich - Dalmatów, wywodzi się - jak łatwo zgadnąć - nazwa krainy.
Mniej więcej w 400 roku przed naszą erą tereny te rozpoczęli podbijać Celtowie, potem kolonizowali jeGrecy. Rzymianie zajęli je w I wieku naszej ery i przez stulecia panowali na nich niepodzielnie.
Przez całe swoje dzieje Dalmacja była krainą gwałconą okrutniej niż jakakolwiek inna, może z wyjątkiem Sycylii. W roku 437 została włączona w granice Cesarstwa Wschodniorzymskiego. Jednak już niecałe sto lat później ziemie dzisiejszej Chorwacji najechali Hunowie oraz Goci, którzy spustoszyli niemal cały Półwysep Bałkański. Na przełomie VI i VII wieku rozpoczęła się wielka wędrówka Słowian. Wtedy to właśnie na Półwysep Bałkański dotarło plemię Chorwatów, które przywędrowało tu ze swojej praojczyzny - Białej lub Wielkiej Chorwacji. Legenda głosi, że były to ziemie położone na północ od Karpat, czyli obecna Małopolska i Ukraina.
Zaraz po przybyciu podporządkowało ich sobie wielkie państwo Awarów. Kiedy Awarów pokonał Karol Wielki, Chorwaci natychmiast popadli w zależność od państwa Franków. W pierwszej połowie IX wieku Chorwacja oddała się pod rządy Bizancjum. Niezawisłe i samodzielne państwo chorwackie powstało w roku 879, kiedy to książę Branimir zerwał związki z Cesarstwem Bizantyjskim.Przełomowym w historii okazał się rok 1102. Wtedy to Chorwacja podpisała unię personalną z Węgrami, a porozumienie przetrwało aż do roku 1918.
W XIV wieku podboje w Europie zaczęli Turcy, zajmując przy okazji część terytorium Chorwacji. Gdy w roku 1526 tron węgierski i chorwacki objęli Habsburgowie, pod ich rządami znalazły się jedynie okolice Zagrzebia. Reszta terytorium po wschodniej stronie Adriatyku dostała się w ręce Imperium Osmańskiego, a część dalmatyńska do XVIII wieku znajdowała się pod panowaniem Wenecji.
Trafiwszy pod berło Habsburgów, Chorwacja poddana została całkowicie rządowi wiedeńskiemu. Magnateria i szlachta chorwacka starała się naciskać na rządzących, aby odzyskali ziemie utracone na rzecz Turków. Od roku 1683, kiedy to Jan III Sobieski złoił im skórę pod Wiedniem, rozpoczął się okres odzyskiwania ziem przez nich zabranych. Za panowania Marii Teresy Chorwacja została podporządkowana administracji węgierskiej. Kiedy jej następca Józef II chciał zgermanizować Węgry i Chorwację, natrafił na opór ze strony obu państw.
Wtedy właśnie w Chorwacji zaczęła się walka o niepodległość, język i tożsamość narodową. Powstał ruch odrodzenia narodowego zwany iliryzmem. Jego przywódcą został Ljudevit Gaj. Narodowe uczucia obudziło w Chorwatach utworzenie przez Napoleona w latach 1809-1814 Prowincji Iliryjskich. W ramach Wielkiej Ilyrii chciano zjednoczyć południowych Słowian i stworzyć jeden naród, który posługiwałby się wspólnym językiem.
W 1848 roku doszło do powstania przeciwko Węgrom. Ban Josip Jelacić opowiedział się jednak po stronie Habsburgów i brutalnie stłumił rewolucję. Początkowo oddzielono Chorwację od Węgier, jednak w 1868 roku oba te państwa znów podpisały umowę, w której zastrzeżono szeroką autonomię wewnętrzną Chorwacji, między innymi w sprawach sądownictwa, oświaty i religii; język chorwacki ponownie stał się językiem urzędowym.
*
Tak oto, w opisany wyżej sposób, przedstawiała się sytuacja Chorwacji w drugiej połowie XIX wieku, kiedy rozpoczyna się ta historia. Początek swój ma w małej dalmatyńskiej wiosce Smiljan, 9 lipca 1856 roku, równo o północy. Wtedy właśnie Nikola, a raczej Nikołaj - bo tak nazwano go na chrzcie - wydał swój pierwszy krzyk na ziemskim padole. To sformułowanie: "równo o północy" wyjaśnia rozbieżności, które nagminnie pojawiają się w jego rozlicznych biografiach. Jako data urodzin raz pojawia się dziewiąty lipca, raz znowu dziesiąty.
Legenda mówi, że wioskę objęła wtedy we władanie potężna burza z piorunami, co - jak utrzymują przesądni - miało zaważyć o przyszłości narodzonego dziecka. Na tle posępnych chmur błyskawice kreśliły postrzępione zygzaki, wyglądające jak krakelura na obrazach dawnych mistrzów. Strugi wody nieubłaganie biczowały ziemię, nasuwając na myśl starożytne mity o karze bogów, arkach i zaginionych kontynentach pochłoniętych przez wezbrane morze. Czarne drzewa wyciągały w górę swe ramiona, jakby były fanatycznymi wyznawcami jakiegoś gwałtownego boga. Wydawało się, że straszliwy huk gromów pochodzi nie tylko z nieba, ale i spod ziemi, jak gdyby niebo i ziemia rozwarły się, zapowiadając Armagedon.
Leżące pomiędzy górami Velebit a wschodnim wybrzeżem Adriatyku Smiljan było na co dzień miłą, ciepłą, czystą i pełną życia wioską; zieloną latem i wiosną, jesienią i zimą mieniącą się kolorami, jakich żaden malarz nie wymyśli. Tej nocy jednak wydawało się ponure, otulone gęstą zasłoną deszczu, plątaniną błyskawic, szarej mgły i błota. Przywodziło na myśl cmentarz i opadające na małą chatę państwa Teslów wieko trumny.
Nikola był czwartym z piątki dzieci (dwóch synów i trzech córek) Djouki Mandi i Milutina Tesli. Ich dom stał tuż obok serbskiego kościoła ortodoksyjnego, któremu przewodził wielebny Milutin Tesla, dorabiający sobie czasem do skromnych dochodów pisaniem artykułów do gazet pod literackim pseudonimem Srbin Pravicich, co na język polski można przetłumaczyć jako "człowiek prawa".
Serbska rodzina Teslów należała w Chorwacji do rasowej i religijnej mniejszości. To jedno, krótkie zdanie rozprawia się z pokutującym w dziesiątkach biografii wielkiego wynalazcy mitem przedstawiającym go jako Chorwata. (Określenie "genialny Chorwat" pojawia się przynajmniej w co drugim ukazującym się w Polsce, a dotyczącym bohatera tej opowieści artykule czy opracowaniu). Nikola Tesla był urodzonym i zamieszkałym w Chorwacji Serbem! Chociaż sam podkreślał w późniejszym czasie wielokrotnie, że jednakowo dumny jest zarówno ze swej chorwackiej ojczyzny, jak i swojego serbskiego pochodzenia. Rodzina Teslów, którzy w zamierzchłej przeszłości nosili nazwisko Draganic, wyemigrowała z Serbii do Chorwacji w połowie XVIII wieku.
Jako niezależne państwo Serbia pojawiła się na mapach w roku 1878, początkowo pod władzą proaustriackiej dynastii Obrenowiciów, później pod berłem prorosyjskiej dynastii Karadziordziewiciów. W 1945 roku, zaraz po II wojnie światowej, stała się jedną z części nowego państwa - Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii rządzonej żelazną ręką przez Josipa Broza Titę.
Po śmierci marszałka Tity w roku 1980 odżyły, tłumione wcześniej jego autorytetem i dyktatorską formą sprawowania władzy, antagonizmy narodowościowe. Swój epilog znalazły one w rozpadzie SFRJ2 i poprzedzającej go krwawej wojnie domowej w latach 1992-1995, w której życie straciło kilkaset tysięcy ludzi.
Przed przypadającą na rok 2006 sto pięćdziesiątą rocznicą urodzin naukowca Serbia i Chorwacja zaczęły się spierać się o to, kto powinien uczcić jego pamięć. Kiedy Chorwaci ogłosili uroczyście, że rok 2006 będzie rokiem Tesli, Serbowie natychmiast zrobili tak samo. Nazwiskiem wynalazcy nazwali nawet międzynarodowe lotnisko w Belgradzie. Zapowiedzieli też organizację własnych obchodów na cześć swego "najsławniejszego syna", które to miano Tesla zyskał w plebiscycie serbskiego magazynu "NIN". Chorwaci zareagowali na ten ruch zapowiedzią, że po latach odbudują zniszczony w czasie wojny w latach dziewięćdziesiątych kompleks upamiętniający Nikolę w jego w rodzinnej wiosce.
Kluczem do rozwiązania sporu o bałkańskiego geniusza okazał się gest belgradzkiego muzeum Tesli, które zdecydowało się udostępnić kopie swoich zbiorów, w tym rysunki i projekty wynalazków, odtwarzanemu kompleksowi w chorwackim Smiljanie. Topór wojenny został w ten sposób ostatecznie zakopany. Na uroczystościach z okazji okrągłych urodzin geniusza spotkali się premierzy Chorwacji i Serbii, którzy wspólnie otworzyli odnowiony dom wynalazcy. Oba kraje odbudowały też wspólnie pomnik Tesli zburzony przez Chorwatów w 1991 roku. "Jesteśmy tu, by uczcić Teslę, Serba, syna Chorwacji, obywatela świata" - mówił prezydent Chorwacji Stipe Mesić, a premier Serbii wtórował mu, podkreślając, że otwarcie muzeum może stać się symbolem pojednania dwóch bałkańskich narodów. O swoim wybitnym obywatelu, który zmarł w 1943 roku w Nowym Jorku, nie zapomniały też Stany Zjednoczone. Na chorwackie uroczystości list przysłał sam prezydent George W. Bush.
Po zapoznaniu się z tym, co napisano powyżej, nikt także nie nazwie więcej Nikola Tesli... Czechem. Tak, tak, Czechem, bo jak wynika z osobistych doświadczeń autorów tej biografii, wielu obywateli naszego pięknego kraju nad Wisłą sądzi, iż genialny wynalazca tam właśnie się urodził. Wszystkiemu winne są istniejące w dawnej Czechosłowacji (a później Słowacji! - w Moldave nad Bodvou) wielkie zakłady przemysłowe Tesla produkujące żarówki, a także sprzęt elektryczny i radiotechniczny.
Chorwaci i Serbowie mówią wprawdzie tym samym językiem, różni ich jednak bardzo wiele. Pierwsi zaadaptowali do swych potrzeb alfabet łaciński, drudzy przelewają ten język na papier za pomocą cyrylicy. Zupełnie inna jest również ich historia, kultura, tradycja i mentalność. Inna jest także wiara, chociaż czczą tego samego Boga, Jezusa Chrystusa. Podczas gdy Chorwaci przyjęli rzymską formę katolicyzmu i papieża jako swego duchowego lidera, Serbowie podążyli drogą bizantyńską, wyznając prawosławie, doktrynę ortodoksyjnego (gr. orthodoxos - prawdziwie, prawidłowo wierzący) Kościoła chrześcijańskiego.
W prawosławiu szczególne znaczenie ma Tradycja, a w jej skład wchodzi Pismo Święte, Symbol Wiary, postanowienia soborów powszechnych i dokumenty pochodzące od ojców Kościoła, kanony, księgi liturgiczne oraz ikony - rozumiane jako spójny system religijny. Tradycja ustna pojmowana jest czasem przez inne wyznania oddzielnie od tradycji pisanej, czyli Biblii. Przyjmują ten punkt widzenia niektórzy wierni prawosławni, inni jednak przypominają, że są one częścią tego samego dziedzictwa. Jednocześnie trzeba pamiętać, że waga różnych elementów Tradycji nie jest w prawosławiu jednakowa. W Kościele wschodnim dominuje teologia apofetyczna, głosząca, że Boga nie da się pojąć rozumowo i pojęciowo, można go jedynie odczuwać. Stąd brak tam dyskusji i polemik na temat samej istoty Stwórcy.
Mieszkańcy Dalmacji z kolei, bardzo różnią się od Chorwatów z północy. W Dalmacji najważniejsza jest dobra zabawa i radość życia. Nawet mieszkańcy innych regionów kraju, którzy także cenią sobie te wartości, zauważają cechującą tamtejszą ludność wyjątkową spontaniczność. Z drugiej strony trudno się temu dziwić - dobry klimat, piękne widoki i bogate tradycje kultury śródziemnomorskiej wyjątkowo sprzyjają tego rodzaju zachowaniom.
Tradycje etniczne są najczęściej bardzo uparcie przestrzegane przez mniejszości i Teslowie nie byli tu wyjątkiem. Przywiązywali wielką wagę do serbskich pieśni wojennych, poezji, tańców i opowieści, a także do tkactwa i celebrowania świąt. Aczkolwiek analfabetyzm był w opisywanym czasie wszechobecny jak powietrze, to nieliczne otwarte umysły usilnie starały się dbać o pamięć i kultywowanie wspomnień o bohaterskich czynach przodków.
Dziadek Nikoli, ojciec jego ojca, urodzony w roku 1789, również Nikola, walczył jako sierżant w iliryjskiej armii Napoleona. Wkrótce po klęsce cesarza pod Waterloo Nikola-dziadek poślubił córkę dowódcy swojego oddziału Anę Kalinic i zamieszkał z nią w miejscowości Gospić. Tam 3 lutego 1819 roku urodził się ojciec przyszłego wynalazcy - Milutin Tesla.
W dziewiętnastowiecznej Chorwacji, krainie dzieciństwa Tesli, możliwości zrobienia kariery ograniczone były w zasadzie do rolnictwa, wojska lub kościoła. Rodziny Milutina i Djouki przez całe pokolenia przeznaczały swoich synów do służby duchownej lub wojskowej, a córki do małżeństwa z duchownymi - oczywiście prawosławnymi - lub oficerami.
Sam Milutin został początkowo wysłany przez rodziców do wojskowej szkoły oficerskiej, lecz zbuntował się szybko i wstąpił do stanu duchownego. Taką też karierę uważał za jedyną dla swoich synów: Danego i Nikoli. Co do ich sióstr natomiast (Milke Angeliny i Maricy) - wielebny Tesla ufał, że Bóg w swej łaskawości zapewni im pochodzących z duchowieństwa mężów, takich jak on sam.
Militarne tradycje w rodzinie Teslów podtrzymał brat Milutina - Josip. Ulubiony stryj Nikoli zdobył szlify oficerskie, a następnie, ukończywszy studia matematyczne, wykładał ten przedmiot w Akademii Wojskowej w Wiedniu.
Djouka, od 1847 roku żona Milutina Tesli, mimo braku formalnego wykształcenia była osobą o żywej wyobraźni i inteligencji. Pochodziła z zachodniej Serbii, również z rodziny o długoletnich, wojskowych i duchownych tradycjach. Jej dziadek ze strony matki, Toma Budisavljevic (1777-1840) został w 1811 roku odznaczony orderem Legii Honorowej przez samego Napoleona! Jedno z jego siedmiorga dzieci, córka Soka, poślubiła serbskiego ministra Nikolę Mandiča, a jednym z owoców tego związku, urodzonym w roku 1821, była właśnie Djouka. Syn Tomy Pajo Mandič dochrapał się w austro-węgierskiej armii stanowiska marszałka polnego, kolejny syn Petar został prawosławnym biskupem Bośni.
Życie kobiet w tamtych czasach nie było łatwe - oczekiwano od nich nie tylko ciężkiej pracy w gospodarstwie, ale także wychowywania dzieci oraz troski o dom i rodzinę. Djouka była najstarszą córką w rodzinie z ośmiorgiem dzieci i sytuacja wcześnie zmusiła ją do przejęcia roli matki, kiedy ta straciła wzrok wskutek nieleczonej katarakty. Z tego też właśnie względu nie miała czasu ani możliwości uczęszczania do szkoły. Mimo tego jednak, a może właśnie z tego powodu wykształciła w sobie zadziwiającą pamięć, potrafiąc recytować dokładnie całe tomy krajowej czy europejskiej poezji. Po zamążpójściu szybko przyszło na świat jej pięcioro dzieci.
Nikola zawsze twierdził, że swą fotograficzną pamięć, a także zdolność do języków oraz geniusz wynalazczy odziedziczył po matce i ubolewał, że Duka żyła na wsi, a nie w mieście, i to w czasie, gdy możliwości rozwoju intelektualnego kobiet były w znacznym stopniu ograniczone. W każdym razie to właśnie matka była dla niego głównym źródłem inspiracji, wszelkie swe zdolności i późniejsze sukcesy przypisywał właśnie jej:
Była pierwszorzędnym wynalazcą - pisał - i głęboko wierzę, że gdyby nie to, iż egzystowała z dala od nowoczesnego życia i jego możliwości, mogłaby dokonać rzeczy wielkich. Wymyśliła i sama wykonała wiele narzędzi i urządzeń, utkała najlepsze wzory za pomocą samodzielnie uprzędzonych nici. Siała nawet ziarno, dbała o uprawy i sama dokonywała separacji włókien. Pracowała niezmordowanie, od świtu do późnej nocy, a większość odzieży noszonej w rodzinie, jak i spora część wyposażenia domu, były dziełem jej rąk.
Ponieważ wielebny Milutin Tesla pisywał w wolnym czasie wiersze, chłopak wyrastał w atmosferze, w której często pojawiał się literacki sposób wysławiania i gdzie posługiwanie się cytatami z Biblii czy z poezji było tak naturalne jak prażenie kukurydzy na węglu drzewnym.
W młodzieńczych latach Nikola także tworzył poezję, a niektóre utwory zabrał później ze sobą do Ameryki, chociaż nigdy nie zezwolił na ich publikację, bo uważał je za zbyt osobiste. Gdy był już nieco starszy, znajdował przyjemność w zaskakiwaniu swoich nowych przyjaciół cytowaniem ich rodzimej poezji (po angielsku, francusku, niemiecku lub włosku) na zaimprowizowanych spotkaniach. Wiersze pisywał potem okazjonalnie właściwie przez całe życie.
*
Wynalazcą był właściwie od dziecka. Już w wieku pięciu lat zbudował koło wodne, jednak zupełnie inne od tych, które widywał we wsi. Koło Tesli było gładkie i bez łopatek, lecz mimo to bez trudu obracało się w nurcie strumienia. Wiele lat później przypomniał sobie o tym kole przy konstruowaniu unikalnej bezłopatkowej turbiny.
Nie wszystkie jednak wynalazki były tak udane. Wiele eksperymentów okazało się pomyłką i ściągnęło na głowę Nikoli całą masę kłopotów. Któregoś dnia na przykład wdrapał się na dach stodoły z wielkim, czarnym parasolem ojca. Zaczął poruszać nim gwałtownie w górę i w dół, aż poczuł, jak kręci mu się w głowie, a jego ciało staje się lekkie niczym piórko.
- Na tym da się latać - powiedział cicho sam do siebie. - Umiem latać! - powtórzył nieco głośniej i... skoczył.
Opór powietrza natychmiast wywrócił parasol na drugą stronę. Uderzenia w ziemię nawet nie poczuł. Tylko jakaś potworna siła wtłoczyła mu żołądek do gardła i wycisnęła z płuc cały zgromadzony tam zapas tlenu. A potem przez krótką chwilę nie było nic, tylko hucząca ciemność, w której bez końca obracały się koła ogromnej maszyny. Zawieszone wysoko na niebie słońce zaczęło wirować niczym ognista kula. Robiło się coraz mniejsze i mniejsze, aż zgasło zupełnie.
- Boże Przenajświętszy, dziecko mi się zabiło! - wykrzyknęła z przerażeniem Duka, znalazłszy swą pociechę leżącą bez przytomności pod drzwiami stodoły. Obok "zwłok" leżał połamany parasol męża.
Mamrocząc jakieś modlitwy i łykając cisnące się do oczu łzy, wzięła Nikolę w ramiona i popędziła z nim do domu, wrzeszcząc przy tym co sił w płucach:
- Milutin! Milutin, zaprzęgaj natychmiast konie i pędź po lekarza! Nikola spadł z dachu!
- Nie ma chyba żadnych złamań ani wewnętrznych obrażeń - oświadczył z powagą godzinę później doktor Mavrovič, chowając do swej lekarskiej torby stetoskop. - Biorąc pod uwagę wysokość, z której spadł, to wszystko zakrawa wręcz na cud.
- Nikola, po coś ty tam, dzieciaku, w ogóle wchodził? - gestem bezsilnej rozpaczy ojciec załamał ręce nad leżącym w łóżku synem. - Nie przyszło ci do głowy, że możesz spaść?
- Ja wcale nie spadłem, tato - wyjaśnił zgodnie z prawdą poszkodowany, wypluwając rozchwiany siłą upadku ząb.
- Jak to nie spadłeś? Przecież...
- Ja skoczyłem.
- Skoczyłeś?... - wielebny Milutin chwycił się za głowę. - Panie doktorze, pan słyszy, co on bredzi? Może to jakieś uszkodzenie mózgu powstałe w wyniku upadku z wysokości...
- To żadne uszkodzenie - zaprotestował gwałtownie Nikola. - Ja po prostu skoczyłem. Z parasolem.
- Z parasolem?
- Tak. Wypełniające czaszę powietrze powinno osłabić upadek, ale metalowa konstrukcja okazała się za słaba. Następnym razem wezmę to pod uwagę i wzmocnię ją.
- Nie będzie żadnego następnego razu! - krzyknął z przejęciem pan Tesla. - Słyszysz? Żadnego skakania. Jeśli tylko zobaczę cię w pobliżu stodoły, to tak ci wygarbuję skórę na pupie, że przez tydzień nie będziesz mógł siadać!
Pierwszym legendarnym spadochroniarzem był według podań chińskich żyjący w latach od 2258 do 2208 p.n.e. cesarz Shun, który skoczył z wysokiej płonącej stodoły, trzymając w rękach dwa szerokie kapelusze w celu osłabienia upadku. Stare kroniki chińskie zawierają także opisy skoków amortyzowanych za pomocą parasoli wykonywanych przez ówczesnych akrobatów.
Pierwszy realny projekt budowy spadochronu stworzył Leonardo da Vinci. Szkice i opis budowy tego urządzenia zamieścił w czwartym rozdziale Kodeksu Atlantyckiego. Wykonany według jego projektu spadochron został pomyślnie przetestowany już w XX wieku. Jednym z kolejnych, ważniejszych wynalazców był francuski fizyk Sebastian Lenormand. W roku 1783 wydał broszurkę, w której dokładnie opisał konstrukcję swojego urządzenia. Jest mało prawdopodobne, by wykonał skok, chociaż niektóre źródła podają, że 29 grudnia tegoż samego roku Lenormand skoczył z balkonu obserwatorium w Montpellier. Swojemu przyrządowi nadał nazwę: "parachute".
W tym samym czasie konstrukcją spadochronu i praktycznymi próbami jego wykorzystania zajmował się też Joseph Michel Montgolfier, wynalazca latającego balonu napełnianego ogrzanym powietrzem. Dwa lata po wydaniu drukiem broszury Lenormanda Jean-Pierre Blanchard wyrzucił z kosza balonu swojego psa na spadochronie własnej konstrukcji. Eksperyment nie spodobał się zwierzęciu, chociaż przeżyło ono upadek i zostało nagrodzone kilkoma pętami wyśmienitej kiełbasy. 21 listopada 1785 roku podczas kolejnej próby z psem balon uległ awarii i Blanchard sam zmuszony był skorzystać ze swojego urządzenia, które i tym razem zdało egzamin.
Dwanaście lat później Francuz Andre-Jacques Garnerin zbudował i osobiście zademonstrował spadochron, który nie miał usztywnień. 22 października 1797 roku wzniósł się w powietrze balonem. Będąc na wysokości około 700 metrów, przeciął sznur łączący spadochron z balonem i zaczął spadać. Spadochron wypełnił się po chwili powietrzem i Garnerin wylądował żywy i zdrowy.
*
Podobnie nieudaną konstrukcją Tesli okazał się wyprodukowany przez niego "silnik" o mocy szesnastu chrabąszczy. Było to lekkie urządzenie utworzone z kilku maleńkich kawałków drewna tworzących wiatrak na obrotowym trzpieniu z wielokrążkiem przymocowane do żywych chrabąszczy. Kiedy Nikola smarował klejem skrzydła owadów, te machały nimi desperacko, a maszyna wydawała się startować w powietrze.
Ten kierunek badań został jednak zarzucony na zawsze po pewnym wydarzeniu, które miało miejsce pod koniec czerwca 1861 roku. Nikolę odwiedził wtedy kolega, Radovan, mający dość szczególne upodobania kulinarne. Uwielbiał na przykład prażone koniki polne, które jak raki zmieniały podczas prażenia kolor z zielonego na czerwony. Smakowały podobno jak wędzone szprotki. Podobno, bo mimo zachęty ze strony przyjaciela, Nikola nigdy nie przemógł się, by skosztować tego specjału.
Radko nie gardził też chrabąszczami, zjadał jednak tylko ich odwłoki, a pancerzyki wyrzucał. Zauważywszy stojący obok słoik pełen chrabąszczy, nie pytając właściciela o pozwolenie, z lubością napchał sobie nimi usta. Młody wynalazca zwymiotował na ten widok i zaprzestał na zawsze eksperymentów z owadami.
W kolejnych działaniach Nikola zabrał się natomiast za rozkładanie i powtórne składanie zegarków dziadka. Te także - jak wspominał - zostały szybko zaniechane. "Pierwsza operacja, czyli rozłożenie, udawała się zawsze, dużo gorzej było z drugą, to znaczy ze złożeniem z powrotem". Minęło trzydzieści lat, zanim ponownie stawił czoła mechanizmowi zegarka.
Nie wszystkie jego nieudane młodzieńcze wyczyny posiadały naukową naturę.
W mieście mieszkała pewna bogata dama - wspominał w swej krótkiej autobiografii. - Dobra, ale nadęta kobieta, która zawsze chodziła do kościoła pięknie wymalowana, w stroju z długim trenem i dodatkami. Pewnej niedzieli, gdy właśnie skończyłem dzwonienie na dzwonnicy kościelnej i zbiegałem po schodach w dół, dostojna dama właśnie wychodziła, a ja wylądowałem na jej trenie, który oderwał się z trzaskiem przypominającym salwę z muszkietów oddaną przez świeżych rekrutów.
Jego ojciec, choć siny ze wściekłości, trzepnął go tylko lekko po twarzy. "Była to jedyna kara cielesna, jaką mi kiedykolwiek wymierzył, ale czuję ją do dzisiaj" - stwierdził po latach dorosły już Tesla. Milutin tłumaczył, że jego zażenowania i zmieszania wręcz nie da się opisać, a wydarzenie to praktycznie spowodowało bojkot "chuligana" przez miejscową społeczność.
Na szczęście dobrym zrządzeniem losu Nikola dostał wkrótce szansę poprawy swej mocno nadszarpniętej w oczach wsi reputacji. W związku z wybuchającymi często pożarami, miejscowe władze zdecydowały się na zakup nowych mundurów dla strażaków oraz nowoczesnego urządzenia gaśniczego. Jak stary obyczaj nakazuje, wydarzenie tej rangi należało odpowiednio uczcić. Ludzie przybyli na paradę, były długie przemówienia, świeże kwiaty i toasty wznoszone produkowaną na miejscu travaricą, nalewką ziołową sporządzaną na bazie rakiji. Na koniec padła komenda, by dać pokaz pompowania wody nowym sprzętem. Wąsaty strażak uruchomił urządzenie, lecz z dyszy nie poleciała ani jedna kropelka. Na smiljańskich włodarzy padł blady strach. Co za kompromitacja! Podczas gdy ojcowie wsi zaczęli gorączkowo dyskutować, zastanawiając się, co dalej robić, bystry młodzian pobiegł nad rzekę. Tam zobaczył to, co wcześniej podejrzewał - wąż był załamany. Szybko go wyprostował i woda pociekła natychmiast wesołym strumieniem. Zaskoczeni tym miejscowi notable w jednej chwili zostali przemoczeni do suchej nitki. Ale to nie było ważne - ubrania wyschły szybko pod palącym chorwackim słońcem. Liczył się tylko fakt, że maszyna działa. Jeszcze po wielu latach Tesla opowiadał o tym wydarzeniu z przejęciem: Archimedes biegając nago po ulicach Syrakuz, nie zrobił większego wrażenia niż ja wtedy. Ludzie nosili mnie na rękach. Byłem bohaterem dnia.
W sielskim Smiljan, w którym spędził pierwsze lata, poważny chłopiec o wąskiej twarzy i burzy czarnych włosów wydawał się prowadzić urokliwe życie. Tak jak w późniejszych latach, gdy bez poważniejszych obrażeń obcował z wysokonapięciową elektrycznością, tak i wtedy udawało mu się wychodzić cało z niezwykle niebezpiecznych sytuacji.
Pisał później - być może trochę nawet przesadzając - że lekarze załamywali ręce, określając go jako "beznadziejny przypadek ludzkiego wraku", gdy kilkakrotnie się topił, gdy został prawie żywcem ugotowany w kadzi z gorącym mlekiem, gdy niewiele brakowało, by został skremowany, czy też kiedy niemal pochowano go za życia, zamykając na noc w starej kaplicy. Jeżące włos na głowie ucieczki przed gromadą rozwścieczonych psów, przed stadem oszalałych wron czy ostrymi kłami dzików dopełniają ten katalog niedoszłych katastrof.
Pozornie jednak dom jego rodziców stanowił idylliczne i sielskie miejsce. Owce pasły się na pastwiskach, gołębie gruchały na dachu, a mały chłopiec karmił z zapałem kurczaki. Każdego ranka rozkoszował się patrzeniem na stada gęsi, które cudownie unosiły się pośród chmur i wracały później, o zachodzie, "w formacjach bojowych, których szyk i precyzja zawstydziłaby szwadron najlepszych współczesnych lotników".
Lato było najwspanialszym okresem w Smiljan, przynajmniej dla dzieciaków. Był to czas na wędkowanie, kąpiele w rzece i wycieczki po okolicznych polach oraz lasach. Czas beztroskich, szczenięcych zabaw. Dużo gorzej było na wsi późną jesienią. Przede wszystkim przeraźliwie nudno. Wiśnie i jabłonie traciły liście, które leżały mokre od nocnego szronu na rozgrzebanych grzędach, skąd powyciągano jarzyny. Zamiast słoneczników, wabiących słońce w maleńkie okienka chat, sterczały tylko zgniłe łodygi. Błoto zalegało wszędzie, aż do samych progów. Drewniane okiennice skrzypiały i stukały poruszane zimnym wiatrem. Z zamglonych okien widać było tylko wrony na płocie ponuro oczekujące, aż gospodyni wyrzuci im na podwórze coś do jedzenia.
Największym przyjacielem trzyletniego Nikoli był szarobury kot imieniem Mačak. Po obiedzie wychodzili zwykle razem z domu bawić się i figlować na trawniku przed kościołem.
Mačak chwytał mnie swymi ostrymi jak igła zębami za spodnie, pokazując niedwuznacznie, że potrafiłby boleśnie ukąsić, gdyby tylko chciał - wspominał Nikola. - Kiedy jednak jego ząbki dochodziły do skóry, nie naciskał mocniej i te jego przyjacielskie "ukąszenia" przypominały raczej delikatne muśnięcia skrzydła motyla.
Pamiętam zimę - pisał pod koniec swego życia, wspominając dzieciństwo - mroźną i suchą. Śnieg trzeszczał pod stopami przechodniów, a w powietrzu zostawał za ludźmi zagadkowy blask. Rzucane przez dzieciaki śnieżki ciągnęły za sobą błyszczącą smugę. Tego wieczoru gładziłem po grzbiecie kota, kiedy zaobserwowałem, że jego futro jeży się, a moja dłoń przesuwająca się po jego grzbiecie wywołuje snopy iskier. Mój ojciec wyjaśnił mi, że to prąd - taki sam, jaki obserwuję w błyskawicy podczas burzy. Pamiętam, jak mama się oburzyła: "Przestań głaskać tego kota" - zrugała mnie. "Jeszcze się zapali". Ale ja zacząłem się zastanawiać: czy natura to taki ogromny kocur? A jeśli tak, to kto gładzi go po grzbiecie? Chyba sam Bóg - myślałem.
Tymczasem Maak zeskoczył z moich kolan. Wymył łapki i z jeszcze wilgotnym futerkiem szedł przez pokój. Powietrze wokół niego rozjarzyło się lekko - jak aureola wokół głowy świętego. Ten obraz nie opuszcza mojego umysłu. To chyba wtedy rozpocząłem próby poznania prawdziwej natury elektryczności. Osiemdziesiąt lat później wciąż szukam. Bez skutku.
Któregoś letniego dnia matka wykąpała go w stojącej w kuchni wielkiej balii i nagusieńkiego wystawiła przed próg, żeby wysechł na słońcu. W pewnej chwili wzrok chłopca skrzyżował się ze wzrokiem spacerującego dumnie na podwórzu gąsiora.
- Głupi jesteś - rzucił Nikola pod adresem wielkiego ptaka.
- Gę, gę, gę - odpowiedział gniewnie gąsior, prężąc potężną pierś i wyciągając szyję.
- No właśnie - zaśmiał się Tesla. - Tylko to potrafisz: gę, gę, gę.
Ptaszysko poczuło się chyba urażone kpinami maleńkiego dziecka, bo zagulgotało groźnie jeszcze raz i ruszyło do ataku. Ukąszenia w nogi i pępek były wyjątkowo nieprzyjemne, bydlę wiedziało dobrze, gdzie szczypać, żeby bardziej bolało. W końcu, wyciągając maksymalnie swoją długą, giętką szyję, chwyciło chłopca dziobem za kark...
Na szczęście rozpaczliwe krzyki syna w porę dosłyszała Djouka. Wypadła przed dom z odsieczą i kilkoma potężnymi kopniakami odpędziła rozindyczonego napastnika.
- Musisz wiedzieć, synku, że nie będziesz żył w pokoju z gąsiorem czy kogutem, z których szydziłeś - powiedziała na koniec. - One będą walczyć z tobą tak długo, jak żyją.
Do niezbyt przyjemnych wspomnień z dzieciństwa Tesla zaliczał również częste - niestety - wizyty w domu rodzinnym cioci Vevy, jednej z sióstr jego matki.
Ciocia Veva miała dwa wystające zęby, jak kły słonia - wspominał w książce My Inventions. - Kochała mnie bardzo i zawsze na powitanie całowała mnie w policzek, zatapiając w nim przy okazji te swoje wielkie zębiska. Krzyczałem z bólu, lecz ona myślała, że to ze wzruszenia, wgryzając się głębiej i głębiej. Kleiła też do moich ust swoje wargi, tak że z trudem uwalniałem się, by złapać oddech.
*
Na tle tego pozornego piękna i sielskości w umyśle chłopca kotłowały się jednak demony, trwała pamięć ponurych, traumatycznych wydarzeń, które zaszły w jego rodzinie. Na ile tylko mógł sięgnąć pamięcią wstecz, zawsze zauważał ciążącą na jego życiu osobę starszego o siedem lat brata. Dla pięciolatka był niemalże bohaterem. Dane - błyskotliwy chłopak, oczko w głowie rodziców - zginął w wieku dwunastu lat w tajemniczym wypadku.
Nie wiadomo do końca, w jaki sposób odszedł z tego świata. Mówiło się, że spadł ze schodów, w innej znowu wersji utopił się w studni. Nikola wyjaśnił w swej autobiografii - i nie ma powodów, by mu nie wierzyć - że zmarł zabity przez ulubionego konia. Było to wspaniałe zwierzę rasy arabskiej podarowane rodzinie przez bliskiego przyjaciela - ulubieniec wszystkich, wykazujący ludzką niemal inteligencję. Kiedyś ocalił nawet życie Milutinowi, unosząc pana Teslę, gdy w zasypanych śniegiem górach goniła go sfora wygłodniałych wilków.
Konie interesowały Nikolę od wczesnego dzieciństwa. Fascynowały i trochę przerażały zarazem. Czasami nawet śniły mu się w nocy. Wielkie, potężne, nieposkromione. Potrafił patrzeć na nie godzinami, podziwiając piękno i elegancję ich ruchów. Cóż to była za przyjemność siedzieć na koniu, patrzeć tak na wszystko z góry, stanowić jedność z reagującym na każdy ruch dłoni wspaniałym zwierzęciem, wtulać się w jego pachnącą, ciepłą grzywę. Nikt dotychczas nie przeniknął dokładnie sekretów instynktu tych po człowieku najpiękniejszych chyba na świecie stworzeń.
Arab państwa Teslów fascynował go szczególnie. Wielki, półdziki, wyjątkowej urody ogier. Łączył w sobie nieokiełznaną siłę, wybuchowość i smętną zadumę, szaleńczą odwagę, ale i podstępną nieufność. Rzadko zachowywał się tak, jak zachowują się inne konie. Nie chodził, tylko podskakiwał tanecznym truchtem. Czasem przyklękał, wygrzebywał dziury w piasku, to znowu wyskakiwał w górę i rzucał wściekle łbem na prawo i lewo. Nagle, jakby na jakiś niewidoczny znak, zrywał się znienacka i z rozwianą grzywą wstrząsał ziemię grzmotem galopu.
Z czasem między Nikolą a zwierzęciem zawiązało się coś na kształt przyjaźni. Koń patrzył na niego smutnymi oczyma, kiedy ten czyścił mu kopyta i wycierał słomą. Niekiedy nawet miękkim delikatnym ruchem wsuwał chłopcu głowę pod ramię. Ale zgodnie ze wspomnieniami zawartymi w autobiografii Tesli Dane zmarł od obrażeń spowodowanych przez tego właśnie konia. Brak jest jednak jakichkolwiek szczegółów dotyczących samego wypadku.
Cokolwiek Nikola zrobił później, rodzina uważała za nieciekawe i bez znaczenia w porównaniu z tym, czego spodziewano się po zmarłym bracie. Jego własne osiągnięcia powodowały, że rodzice jeszcze dotkliwiej odczuwali stratę. "Dorastałem, mając słabą wiarę w siebie. Ale też daleko mi było do tego, by uważano mnie za głupca" - wspominał.
Istnieje też druga, bardziej zawiła psychologicznie wersja tego, jak zginął starszy brat Nikoli. Według tej wersji Dane zmarł z powodu obrażeń odniesionych podczas upadku ze schodów w piwnicy. Niektórzy badacze przypuszczają, że chłopiec stracił świadomość i w napadzie szału oskarżył Nikolę, że ten go popchnął. Zmarł krótko potem w wyniku groźnych urazów głowy. Jak było naprawdę? Tego zapewne już nigdy się nie dowiemy. Dziś, po upływie ponad półtora wieku od zdarzenia, weryfikacja którejkolwiek z tych wersji nie jest możliwa.
Jakkolwiek by nie było, śmierć brata tragicznie zaciążyła nad losem Tesli, który zaczął wykazywać od tego czasu wyraźne oznaki hiperaktywności. W przyszłości miały one spowodować oskarżanie wynalazcy przez różne osoby o ekscentryzm.
*
Dorosły już Tesla często cierpiał z powodu nocnych koszmarów i halucynacji związanych ze śmiercią brata. Szczegółów nigdy w pełni nie wyjaśnił, ale wspomnienie tego wydarzenia ciągle wracało i analizował je przez całe swoje życie, jakby pochodziło z różnych ram czasowych. Założyć można tylko, że pięcioletnie dziecko, nie będąc w stanie radzić sobie z obciążeniem domniemanej winy, mogło w swym umyśle przeinaczyć wiele faktów.
Spekulować jedynie można również o tym, w jakim stopniu śmierć Danego stała się powodem fantastycznych fobii i obsesji ciągle rozwijających się u Nikoli. Pewne jednak jest to, że niektóre przejawy skrajnej ekscentryczności wynalazcy pojawiły się już we wczesnych latach.
Wiadomo było powszechnie, iż Tesla czuł niepohamowaną odrazę do kolczyków w uszach u kobiet, szczególnie pereł, chociaż intrygowała go połyskująca kryształami biżuteria czy też w ogóle drobne, gładko wypolerowane powierzchnie.
Nabawiłem się wielu dziwnych przyzwyczajeń, zwyczajów i awersji, z których część wiążę z przyczynami zewnętrznymi, a inne pozostają niewyjaśnione - pisał. - Czułem dla przykładu wstręt do damskich kolczyków. [...] Nigdy także nie dotknąłbym włosów innego człowieka, chyba że pod groźbą pistoletu. O gorączkę przyprawiało mnie także przypatrywanie się brzoskwiniom, a jeśli gdzieś w domu znajdowała się odrobina kamfory, sprawiało mi to wielki dyskomfort.
Gdy w czasie prowadzenia badań, zdarzało mu się wrzucić kawałki papieru do talerzyka z płynem, powstawało mu w ustach uczucie nieprzyjemnego smaku. Podczas spaceru liczył kroki, przy jedzeniu obliczał objętość zupy w talerzu, kawy w filiżance czy kawałków pokarmu. Jeśli tego nie zrobił, jedzenie nie sprawiało mu przyjemności - stąd zwyczaj samotnego spożywania posiłków.
Zdaje się zatem, że to nic innego, jak nabyte w dzieciństwie lęki nie pozwoliły Tesli na bliskie związki z innymi osobami, w tym także z kobietami.
Sam Nikola wspomina, że mając nadzieję na pocieszenie rodziców po stracie starszego syna, poddał się już we wczesnym wieku żelaznej dyscyplinie. Wszystko po to, by stać się lepszym. Żył dosłownie po spartańsku, był dużo bardziej pilny niż inni chłopcy, bardziej wielkoduszny i najlepszy pod każdym względem. I właśnie w tym czasie, gdy zapierał się siebie, gdy trzymał w ryzach naturalne impulsy - jak przypuszczał - zaczęły się w nim rozwijać te dziwne natręctwa.
"Do ósmego roku życia - pisał - mój charakter był słaby i chwiejny". Śniły mu się duchy, miewał koszmary, prześladował go strach przed życiem, przed śmiercią, przed Bogiem... Ale wtedy właśnie pojawiły się pewne zmiany, jako rezultat jego ulubionych zainteresowań, do których należało czytanie w znakomicie zaopatrzonej bibliotece ojca. Wielebny Milutin Tesla nie pozwalał jednakże synowi posiadać świec, obawiał się bowiem, że Nikola mógłby sobie popsuć wzrok, czytając po nocach. Chłopak znalazł na to sposób - zdobył konieczne materiały, uszczelnił drzwi, zatkał dziurkę od klucza i czytał całą noc. Nie przestawał nawet wtedy, gdy słyszał wczesną, poranną krzątaninę matki.
*
Od urodzenia przeznaczony był do stanu duchownego. Chociaż marzył o zostaniu inżynierem, jego ojciec był w tym względzie nieugięty. By przygotować syna do przyszłego zawodu, wielebny Tesla wprowadził codzienny rozkład zajęć obejmujących zestaw rozmaitych ćwiczeń, takich jak wzajemne odgadywanie swoich myśli, odkrywanie niedostatków niektórych form ekspresji, powtarzanie długich zdań lub wykonywanie obliczeń w pamięci. Te codzienne ćwiczenia miały za zadanie wzmacnianie pamięci i zdroworozsądkowego myślenia, a szczególnie rozwinięcie umiejętności krytycznej oceny sytuacji.
Bystry Dane przed swą przedwczesną śmiercią doświadczał w chwilach podniecenia osobliwych zakłóceń widzenia w postaci pojawiania się przed oczami silnych błysków światła. Podobne zjawisko prześladowało Nikolę od dzieciństwa przez większą część życia. Lata później opisał to jako
osobliwą dolegliwość polegającą na pojawianiu się obrazów, często razem z błyskami światła, która utrudniała widzenie rzeczywistych przedmiotów i zakłócała myśli oraz działania. Były to obrazy rzeczy i scen, które rzeczywiście kiedyś widziałem, a nie wytworów wyobraźni. Gdy ktoś wtedy do mnie mówił, obraz przedstawianego przedmiotu stawał się wyraźniejszy, tak że czasem nie byłem w stanie stwierdzić, czy to, co mam przed oczami, jest realne czy nie. Powodowało to niepokój i złe samopoczucie. Żaden ze studentów psychologii czy fizjologii, których w tej kwestii konsultowałem, nie mógł zadowalająco wyjaśnić tego zjawiska.
Teoretyzował również, że obrazy te były wynikiem odruchów mózgu wpływających na siatkówkę oka, a powstających w chwilach silnego wzruszenia. W każdym razie nie były to żadne halucynacje.
Jeśli moje tłumaczenia są właściwe - twierdził - powinna być możliwa projekcja na ekran i wizualizacja obrazu, który powstaje w wyobraźni. Postęp w tej dziedzinie zrewolucjonizowałby stosunki między ludźmi. Jestem przekonany, że taki cud może i będzie zrealizowany w przyszłości, i mogę tu dodać, że sam poświęciłem sporo swoich przemyśleń rozwiązaniu tego problemu.
Od czasów Tesli parapsychologowie studiowali temat, dążąc do stwierdzenia, kto mógłby dokonywać projekcji powstałych w mózgu obrazów na rolkę nienaświetlonego filmu. Bezpośrednie przenoszenie myśli na elektroniczną drukarkę jest także przedmiotem współczesnych badań.
By uwolnić się od męczących go obrazów i doznać choć chwilowej ulgi, młody Tesla zaczął tworzyć własne światy w wyobraźni. Każdej nocy rozpoczynał podróż w krainę iluzji - oglądał nowe miejsca, miasta i kraje, żył w nich, poznawał ludzi, zawierał znajomości i przyjaźnie. I choć brzmi to niewiarygodnie, były one dla niego nie mniej drogie niż te z realnego życia i nie mniej głębokie w odczuciach.
Tak robił do siedemnastego roku życia, kiedy to poważnie zwrócił swą uwagę na wynalazki. Wtedy ku swemu zadowoleniu stwierdził, że dzięki tego rodzaju sprawności nie potrzebuje do swych celów robienia modeli, rysunków czy prób, bo wszystko był w stanie wytworzyć w swojej wyobraźni tak, że wydawało się to niemal realne.
Zalecał tę metodę jako szybszą i bardziej skuteczną niż metoda czysto eksperymentalna.
Każdy, kto zabiera się do konstruowania czegoś - utrzymywał - ryzykuje, że ugrzęźnie w szczegółach, w naprawianiu usterek urządzenia i tym podobnych kłopotach, tracąc przy okazji sprzed oczu podstawową zasadę tej konstrukcji. Moja metoda jest inna. Nie rzucam się w pośpiechu do pracy. Gdy mam pomysł, od razu rozpoczynam jego budowę w wyobraźni. Zmieniam szczegóły konstrukcji, usprawniam jej budowę i uruchamiam urządzenie w umyśle. Dla mnie zupełnie nie ma znaczenia, czy uruchamiam turbinę w wyobraźni, czy w moim warsztacie. Potrafię nawet zauważyć, czy stoi ona prosto. [...] Moje urządzenia zawsze działały dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałem, a eksperyment wychodził tak, jak planowałem. W ciągu dwudziestu lat nie zdarzył się żaden wyjątek.
Mimo tego rodzaju stwierdzeń Tesla faktycznie jednak często wykonywał niewielkie szkice całości czy części swoich wynalazków, chociażby na wspomnianych wcześniej serwetkach. Jego rozwój w dzieciństwie jest dosyć pogmatwany, ponieważ wzmocnił on swe naturalne talenty tak rygorystyczną dyscypliną umysłu, że niemożliwe stało się odróżnienie wrodzonych cech, jakimi był obdarzony, od nabytych.
*
Niektórzy badacze historii techniki i biografowie wynalazcy uważają, że znakomita pamięć Tesli nie była pod żadnym względem nienormalna, lecz stanowiła wynik jak najlepszego wykorzystania tego, co otrzymał od Boga. Jednak możliwość zapamiętywania jednym spojrzeniem całych stron tekstu maszynopisu czy dokładnych zależności i rozmiarów miriadów wzorów na stronie - powiedzmy sposobem fotograficznym, wyjątkową spostrzegawczością czy jak to nazwać inaczej - wydaje się kwalifikować go raczej do ludzi obdarzonych w sposób szczególny. Taka pamięć zaczyna zwykle słabnąć w okresie młodzieńczym, podlegając wpływowi zachodzących w fizjologii organizmu zmian chemicznych. W przypadku Tesli, prawdopodobnie w wyniku szczególnego wyćwiczenia we wczesnym dzieciństwie i dzięki późniejszej autodyscyplinie, fenomenalna pamięć funkcjonowała dobrze prawie przez całe jego życie. Fakt, że zaczął on metodą prób i błędów korygować wyposażenie badawcze w Colorado Springs, gdy był już w wieku średnim, wskazywałby jednak na jej słabnięcie.
Sam Tesla uważał, że jego metoda wizualizacji wynalazków ma jedną istotną wadę powodującą ubóstwo w sensie finansowym przy niezwykłym oczywiście bogactwie intelektualnym: potencjalnie cenne wynalazki często były odkładane na bok bez finalnych, czasochłonnych uzupełnień niezbędnych do osiągnięcia komercyjnego sukcesu. Żyjący współcześnie z Teslą wielki wynalazca Thomas Alva Edison nigdy by do czegoś takiego nie dopuścił. Wynająłby natychmiast kilku asystentów, by ostatecznie upewnić się, czy dane rozwiązanie będzie miało powodzenie, czy nie. O Edisonie powiadano zresztą, że posiada szczególny dryg do podbierania wynalazków innym autorom i pospiesznego zanoszenia ich do urzędu patentowego.
W przypadku Tesli było dokładnie odwrotnie. W jego umyśle jeden pomysł gonił drugi szybciej, niż on sam był w stanie dokładniej się nad każdym z nich zastanowić. Gdy tylko wyobraził sobie, jak jego wynalazek mógłby pracować, z miejsca zaczynał tracić dla niego zainteresowanie, bo na horyzoncie wciąż pojawiały się nowe intrygujące wyzwania.
Wspomniana fotograficzna pamięć tłumaczy zapewne również późniejsze trudności wynalazcy, jakich doświadczał przy współpracy z innymi inżynierami. Podczas gdy oni potrzebowali światłokopii, czyli wielkoformatowych kopii rysunków lub dokumentów, on oglądał je po prostu w swoim umyśle. Będąc jeszcze w szkole podstawowej, mimo swej błyskotliwości miewał kłopoty z matematyką, ponieważ nie znosił będących w programie lekcji rysunków.
Gdy ukończył lat dwanaście, udało mu się wprawdzie - za pomocą wielu ćwiczeń - odpędzić z umysłu drażniące go obrazy, ale nigdy nie był w stanie kontrolować niewytłumaczalnych błysków światła pojawiających mu się przed oczami, kiedy znajdował się w stanie silnego wzruszenia spowodowanego stresem czy zagrożeniem albo też gdy był czymś bardzo uradowany. Zdarzało się czasem, że widział w powietrzu otaczające go języki żywych płomieni. Intensywność tych doznań miast maleć - rosła, osiągając szczytowe nasilenie, gdy ukończył lat dwadzieścia pięć.
W wieku sześćdziesięciu lat wspominał:
Te świetlne zjawiska wciąż się pojawiają, jak wtedy gdy uderza mnie możliwość zajęcia się nowym pomysłem, lecz nie są już one tak pobudzające i intensywne jak kiedyś. Gdy zamykam oczy, niezmiennie widzę najpierw bardzo ciemne, jednolicie błękitne tło, trochę przypominające nocne niebo bez gwiazd. W ciągu kilku sekund pojawiają się na tym polu niezliczone ilości błyskających zielono płatków, ułożonych jak gdyby warstwami i podchodzących do mnie. Następnie pojawiają się dwa układy równoległych linii ustawionych względem siebie pod kątem prostym. Całość mieni się wszystkimi barwami, lecz dominuje kolor zielonożółty i złocisty. Zaraz też te linie zaczynają stawać się coraz jaśniejsze, a wszystko zostaje obficie zroszone skrzącymi się kropkami światła. Cały obraz przesuwa się w polu widzenia na lewo i po około dziesięciu sekundach zanika, pozostawiając po sobie strefę raczej nieprzyjemnej i nieruchomej szarości. Ta szarość z kolei ustępuje szybko morzu kłębiących się chmur, które wydają się formować w żywe kształty. Ciekawym było to, że nie mogłem na tej szarej strefie stworzyć wyobraźnią żadnego obrazu do chwili, aż pojawiła się druga faza. Każdej nocy przed zaśnięciem przelatywały mi przed oczami obrazy ludzi i różnych przedmiotów. Gdy je widzę, to wiem, że jestem bliski utraty świadomości. Jeśli ich nie ma i nie chcą się pojawić - oznacza to bezsenną noc.
Natchnienie? Palec boży? Diabelska interwencja? Dzisiejsi psychologowie twierdzą, że prawdopodobnie Tesla cierpiał na zjawisko zwane synestezją - jego mózg odbierał rzeczywistość kilkoma zmysłami równocześnie, stąd właśnie mogły brać się na przykład jego wizje błyskawic, których nikt poza nim nie widział.
Tesla opisał też inne dziwne zjawisko, którego doświadcza zresztą wielu twórczych ludzi na całym świecie. Chodziło o taki szczególny moment w procesie twórczym, w którym zna się już odpowiedź, mimo że projekt nie został jeszcze zrealizowany. "Cudowne w tym wszystkim było to, że gdy doświadczałem tego rodzaju uczucia, to wiedziałem, że problem jest już rozwiązany i że uzyskam dokładnie taki efekt, jakiego się spodziewam" - pisał. Ogólnie rzecz biorąc, praktyka potwierdzała tę intuicję. Niemal w każdym przypadku stworzone później przez Teslę maszyny działały. Mógł mylić się w interpretacji naukowych zasad czy użyć niewłaściwych materiałów w swej konstrukcji, ale maszyny, najpierw tworzone i modyfikowane w jego umyśle, a dopiero później odtwarzane w rzeczywistości, zwykle działały zgodnie z jego oczekiwaniami.
*
Po tej "intelektualnej wycieczce" w głąb umysłu późniejszego wynalazcy należy jednak cofnąć się znowu do jego lat dziecięcych i do cichej wioski Smiljan w drugiej połowie XIX wieku, do której zawitała właśnie wczesna wiosna 1862 roku. Nadmorska, spowita w mgłę, siąpiąca często kapuśniaczkiem, chłodna i zapłakana, ale wiosna. Kwietniowe wieczory stawały się coraz cieplejsze, krzaki i drzewa zazieleniły się, a gdy słońce wyjrzało zza chmur, cały świat zdawał się uśmiechać, jakby obmyty i wypoczęty po zimowym śnie. Noc nasycała powietrze wonią kwitnących drzew cyprysowych, a rozświetlona gospoda na skraju wsi rozbrzmiewała piosenkami i śmiechem.
Djouka przygotowała właśnie dla całej rodziny uroczystą kolację. W całym domu pachniało smakowitym cevapici. Do przyrządzenia tej potrawy potrzebne są: mięso baranie, czerwona cebula, czosnek, słodka i ostra papryka, pietruszka, olej, sól, woda, rozmaryn, majeranek i oliwa do smażenia. Kupione na targu świeże mięso matka Nikoli zmieliła w niedawno nabytej maszynce, w czym jak zwykle pomagał jej małżonek. Przecisnęła przez praskę czosnek, dodała przyprawy, wodę, oliwę, pokrojoną cebulę i paprykę, po czym wszystko dobrze wymieszała, wyrabiając jeszcze całą masę przez około kwadrans. Odstawiła masę na całą noc w chłodne miejsce, następnego dnia uformowała apetyczne ruloniki wyglądające jak grube, męskie paluchy. Wieczorem usmażyła je na gorącym tłuszczu, często przewracając, aż nabrały ciemnoczerwonego koloru.
Serbowie spędzają dużo czasu przy stole, delektując się tłustymi, często ostrymi potrawami. Ljubav prolazi kroz zeludac - to serbska wersja przysłowia "przez żołądek do serca", a niektórzy z nich dodają jeszcze: jeśli to prawda, w Serbii będziecie nieprzerwanie zakochani - cete biti vjecno zalubijeni. Na ich kuchni - podobnie zresztą jak i na chorwackiej - największe piętno pozostawiła paręsetletnia okupacja turecka. Do posiłków podaje się tu często bułki pita, spożywa się dużo jogurtów, kwaśnej śmietany (pavlaka) lub smakowitych serów (np. sirenje, kačkavalj), a na deser - bakalii. Najbardziej znaną potrawą, typową dla Serbii jest fasola (pasulj) przyrządzana najczęściej z żeberkami. Co do mięs, których Serbowie jedzą stosunkowo dużo, to zwykle podaje się je pieczone, zwyczajowo jagnięcinę lub wieprzowinę. Ich golonka z chrzanem czy sznycel Karadziordzia (Karađorđeva šnicla) to specjały, które zadowolić mogą każde, nawet wyjątkowo wybredne podniebienie. Oprócz potraw mięsnych Serbowie jedzą także wiele dań bezmięsnych. Są to zwykle sałatki ze świeżych warzyw, często podawane z serem, i zupy. Popularnością cieszy się też gorący chleb faszerowany gulaszem albo serem (lepinja) - odpowiednik polskiego kulebiaka. Na wybrzeżach Czarnogóry nad Adriatykiem, pomiędzy Albanią a Bośnią, jada się dużo ryb i owoców morza, a na terenach naddunajskich spożywa się wiele dań z ryb słodkowodnych.
Podobnie jak Chorwaci, również Serbowie wprowadzają się w dobry nastrój rakiją, wysokoprocentowym alkoholem otrzymywanym w drodze destylacji sfermentowanego miąższu śliwek. Pije się też sporo wina. Oryginalnym napitkiem jest thibarine, bardzo słodki likier daktylowo-ziołowy o niewielkiej zawartości alkoholu (10-20%), mający swój rodowód w kulturze arabskiej. Wśród napojów bezalkoholowych króluje kawa - także, oczywiście, przyrządzana po turecku.
Następnego dnia, kiedy na załadowanym dobytkiem wielkim wozie rodzina Teslów przeprowadzała się do pobliskiego Gospić, siąpił dokuczliwy kapuśniaczek. Ławice szarych chmur płynęły ciężko ku wschodowi, nie pozwalając słabym słonecznym promieniom dotknąć zamienionej w grząskie błoto ziemi.
2 Socjalistyczna Federacyjna Republika Jugosławii (serb.-chor.: Socijalistička Federativna Republika Jugoslavija, Социјалистичка ?едеративна ?епублика Југославија) - państwo socjalistyczne na Półwyspie Bałkańskim istniejące w latach 1945 - 1991.