Słoneczny dzień już się śnił
domom, śpiącym w zimnych mgłach, śnił się drzewom skulonym i
drżącym, śnił się morzu, bełkocącemu sennie u brzegów, i śnił się
tęsknie wszystkiemu, co w odrętwiałej, zimnej cichości nocy
marcowej cierpi i czeka i pragnie.
Naraz, jak zwiastun świtu, gdzieś z bardzo daleka, zasyczała
syrena okrętowa; chrapliwy, pierzasty głos z trudem przedzierał się
wskroś mgieł lodowatych i jakby się skarżył żałośnie, łkająco i
długo w pustych ulicach na śpiących jeszcze pilotów. Aż miasto usłyszało, wciśnięte pomiędzy ocean i góry, ulice,
zasypane kołtunami mgieł, zaczęły się budzić, zatopniałe szyby
pięter patrzyły jeszcze nieprzytomnie, ale już na dole w szarych
tumanach wykwitały światła, zaklekotały saboty na oślizgłych
chodnikach, otwierały się drzwi, jakaś klapa sklepu opadła ze
szczękiem łańcuchów, mur obciążony kurzami, wyłaniał się z mgieł, a
od portu rozległy się śpiewne wołania rybaczek, idących z koszami
na głowach. I niebo już bladło, jak twarz po śnie niespokojnym, mgły osuwały
się z domów, niby ciężkie, przemiękłe, szare płaszcze, że już gdzie
niegdzie szyby spoglądały różanym blaskiem dnia; zamigotały żółte i
zielone dachówki, pokrywając ściany nieprzemakalną łuską, i stare,
odwieczne domy, wiszące wysuniętemi nad ulicą piętrami, wynurzały
swoje boleśnie ociężałe cielska. Od strzelistych szczytów i wież katedry, majaczącej nad miastem w
sinych tumanach, zaśpiewała sygnaturka; niby głos dnia się
rozdzwaniał. Wtedy wąską i stromą uliczką, spadającą od katedry,
zaczęła schodzić jakaś wysmukła, czarna postać i jakby jeden z
dźwięków płynęła przez mgły. A gdy minęła domek, przyczepiony w
połowie wzgórza, wyszła za nią druga, w czerni również i w kapturze
na głowie. Drabina stromych stopni zdała się nieskończoną, miasto leżało pod
stopami, z morza mgieł wzburzonych wynosiły się wieże i dachy
spadziste, jak ostre skały, a z nieprzejrzanych sinych dali szły
głuche, posępne gwary oceanu. A kiedy szły obok domu, co spięty czarnemi belkami, błyszczący
czerwonym fajansem szczytów, tulił się do stóp góry, trzecia postać
ukazała się za niemi. I wszystkie trzy, jakby o sobie nie wiedząc, poszły ku morzu. Przystań jeszcze spała, okutana we mgły, niby w siecie, ociekające
wodą, fale z dzikim bełkotem gryzły kamienne ściany i spienionemi
łbami waliły się o brzegi, stado czarnych i długich statków,
podobnych płazom na łańcuchach, miotało się niekiedy wściekle i
jakby gryzło między sobą, tłukąc się zajadle bokami. Gdy dochodziły głównego basenu, mały holownik z przeszywającym
świstem zamajaczył na chwilę i przepadł w mgłach. Z morza zaryczały znowu syreny. A one szły wciąż jedna za drugą ku tamie, wysuniętej daleko w
morze. Przemykały się, jak cienie lękliwe, wskroś nieodgadnionych zarysów
rzeczy, wskroś majaków jakichś domów, jakichś pociągów, jakichś
wind, szarzejących rzędem, niby żurawie, uśpione na omglonej łące,
i ginęły jedna za drugą na tamie w zielonych mgłach, ociekających
deszczem. Z niewidzialnej latarni rozkrążały się ustawicznie śmigi bladych
połysków i błyskawicami migotały w skłębionych tumanach. Nie było nic prócz nieprzeniknionej topieli mgieł, ocean leżał
prawie niemy; szare, nieprzejrzane pustynie drgały zdławionemi
szumami, z ciężkiej szarości drążyły się ciche jęki fal konających
u zagubionych wybrzeży; posępny ruch ociężałych szamotań, wszystkie
huragany leżały teraz w sennym bezwładzie przerażającej ciszy,
wzdychając tylko niekiedy nieprzytomnym bełkotem. Każdy głos człowieczy marł bez echa, spojrzenia wracały oszalałe,
jak ptaki oślepłe, myśl wiła się w trwodze śmiertelnej przed
otchłanią. Ale one stały cicho, jak co dnia, i, wsparte o balustradę,
patrzyły tęsknemi, wołającemi oczami w nieodgadnioną przestrzeń. Smagał je deszcz, oblewały złe fale, słone bryzgi wyżerały twarze
i przenikały boleśnie jęki mew, odprawiających swój pacierz
poranny. Nie wiedziały o tem, czekając, jak co dnia, na statek, zawijający
do portu. Ryk syren już zahuczał gdzieś bliżej, że prawie zwisły z balustrad
i przechylone czatowały gorejącemi oczyma na potwora. Białe cielsko statku wynurzyło się zwolna w kanale: płynął, nie
przestając huczeć niskim, wstrząsającym basem. Zamarłe prawie z oczekiwań, gorejącemi oczami przepatrywały
pokłady statku, ale wśród mgieł i dymów ludzie mrowili się, jak
cienie niepochwytne, więc biegały śpiesznie naprzód i niby psy
przywarowały na przystani.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.