ROZDZIAŁ 1
- Naprawdę uważasz, że to dobry pomysł? - Amelia Niedzielska patrzyła niepewnie na swoją teściową pakującą kolejne rzeczy do walizy o gabarytach bez mała szafy gdańskiej.
- Wyjazd z twoją matką? - upewniła się Kazimiera Niedzielska, składając w kostkę lekko przezroczystą czarną halkę, obszytą koronką i jako taką sprawiającą wrażenie wdowiego welonu. - Sama nie wiem. Przez moment wydawało mi się, że trochę znormalniała, ale potem poszła na protesty tych tam, no... aktywistów LTBG! I pomyślałam, że znowu jej szajba odbija.
- Ona po prostu walczy o równość - wytłumaczyła Amelia, machając ręką na poprawianie kolejności liter w użytym przez teściową skrócie.
Z doświadczenia wiedziała, że Kazimiera przestawia sobie w nim literki według własnego uznania, pamiętając jedynie o tym, że wszystko zaczyna się od L. Na wszelkie korekty reagowała zaś na dwa sposoby, w zależności od humoru wykrzykując: "No, przecież tak właśnie powiedziałam!" albo "A co to za różnica?!".
- Coś podobnego! - żachnęła się starsza pani Niedzielska. - Przecież tym awanturnikom chodzi tylko o rozróby! Wetknęli tęczową flagę w pomnik Kopernika. Jakby biedakowi mało było tego idiotycznego uczesania a la wczesna Santorka. Tylko burdy i awantury robią! Żeby sobie pokrzyczeć i poskakać! Mają w szkole za mało wuefu. Ja bym jeszcze wprowadziła obowiązkową musztrę! I to od przedszkola! Ja ci to mówię. Równość, pfe! Dobre sobie. Przecież mamy równość! To tak, jakbym ja poszła manifestować o to, żeby solone masło było z solą!
- Mama tak nie uważa... - zauważyła nieśmiało Amelia, zajęta wymazywaniem sobie sprzed oczu mocno przerażającej sceny, w której Kazimiera stoi z pejczem i wywrzaskuje: "Baczność! Spocznij! Lewa! Prawa! Repetuj broń!" do bandy zaślinionych przedszkolaków patrzących na nią jak na Babę-Jagę.
- Bo twoja matka, z całym szacunkiem, jest walnięta tak samo jak oni! - Teściowa wygłosiła to zdanie tonem, do którego dopasować można było tylko papieską sentencję: Kazimiera locuta, causa finita. - Poza tym nie o to mi chodzi!
- A o co?
- Tam była sama młodzież i ona jedna. - Kazimiera zabrała się do pakowania trzech sweterków w romby w niezwykle atrakcyjnej dla oka gamie kolorystycznej, rozciągającej się między barwą jasno- a ciemnoburaczkową. - Wyglądała jak babcia, która przyniosła wnusiom kanapki. Nawet ją w telewizji pokazali! Jak wygrażała pięścią jakiemuś policjantowi, który miał tak osłupiałą minę, że aż mi się go żal zrobiło. Widać było, że biedak kombinował, czy ma babinę odwieźć na dołek, czy do domu spokojnej starości.
- Przesadzasz - zaprotestowała Amelia, gryząc się w język, żeby nie przypomnieć teściowej, że jest w tym samym wieku. - Mama trzyma się rewelacyjnie.
- Bo patrzysz na nią oczami kogoś, dla kogo zawsze będzie młoda i piękna. - Kazimiera wzruszyła ramionami. - Dzieci tak mają! Ale ja zawsze powtarzam, że z ropuchy nijak kijanki się już nie zrobi! I nie ma co się na siłę pchać w nie swoje protesty. Niech sobie manifestuje w obronie, no nie wiem czego, wyższej emerytury albo prawa do częstszej wymiany darmowej sztucznej szczęki, a nie lata na jakieś młodzieżowe zadymy. Nie dość, że te nastolatki muszą uważać na policję, to jeszcze zerkać na staruszkę, czy jej artretyzm nie dopadł. Tylko im przeszkadza. Znalazła się starość wiodąca lud na barykady! A co do wyjazdu... - W walizce wylądowały papiloty. Ich przeznaczenie było o tyle zagadkowe, że Kazimiera nigdy nie kręciła włosów, ale robiła z nich coś w rodzaju ula, w którym z daleka sprawiała wrażenie nieco bardziej korpulentnego klona tragicznie zmarłej piosenkarki Amy Winehouse. - Muszę sprawiedliwie przyznać, że zrobiło mi się bardzo miło, kiedy twoja mama zaproponowała, żebym z nią pojechała. Lata całe nie ruszałam się z Warszawy. Przecież dla tego starego ramola, mojego męża, wejście na strych to jak wyprawa na Kilimandżaro. Gdy mu kiedyś zaproponowałam, żebyśmy polecieli do Paryża, popatrzył na mnie tak, jakbym co najmniej chciała go zapakować do rakiety i wysłać na Marsa. Z drugiej strony może to i lepiej. Teraz po tym Paryżu to tylko sami ciapa...
Amelia syknęła i popatrzyła na teściową takim wzrokiem, że Kazimiera nieco się opamiętała.
- ...sami kolorowi latają - dokończyła, w swoim mniemaniu bardzo poprawnie politycznie. - Moja przyjaciółka Halszka niedawno tam była i potem powiedziała, że wszędzie tylko bałagan, śmieci, bezdomni i dżender. Gdy usiadła w kawiarni, to się zaraz do niej przysiadł jakiś młody Mu...
Syk Amelii ponownie przywołał ją do porządku.
- Znaczy ten, no... Amerykoafrykanin. - Kazimiera dokonała stosownej jej zdaniem korekty. - Halszka myślała, że chce jej sprzedać taniej papierosy albo alkohol. A on, wyobraź sobie, zaczął ją podrywać! Rozumiesz?! Czy to już naprawdę nie ma kary na takich dewiantów?!
Ponieważ Amelia nijak nie mogła sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek widziała wzmiankowaną Halszkę w innym stanie niż lekko nabzdryngoloną i z petem w dłoniach, bez trudu wyobraziła sobie, jak bardzo bolesna i rozczarowująca musiała być dla niej owa paryska przygoda. Pomyślała też złośliwie, że ona by się tam na miejscu Halszki cieszyła, że mając sześćdziesiąt pięć lat i pi razy oko czterdzieści kilo nadwagi, ciągle można być obiektem zainteresowania płci przeciwnej, i to znacznie młodszej. Acz z drugiej strony podzielała zdanie teściowej, że facet, który poleciał na Halszkę, zdecydowanie musiał być, no może nie dewiantem, ale osobnikiem mającym oryginalny i bardzo wyrafinowany gust.
- A tutaj nie dość, że pojedziemy w Polskę, i to tę bardziej rozsądną - Kazimiera od kilku lat dzieliła kraj na dwie części: lepszą, gdzie w wyborach wygrywała miła jej sercu partia, oraz gorszą, gdzie triumfował ktokolwiek inny, przy czym w tym drugim przypadku było jej wszystko jedno kto - to w dodatku odpocznę sobie od tego starego pawiana...
- Kaziu! - Amelia popatrzyła na nią z oburzeniem.
- No co ja poradzę, że mój szanowny małżonek zrobił się już kompletnie nie do życia - westchnęła jej teściowa. - Czasem czuję się tak, jakbym znów wychowywała małe dziecko. To mu przynieś, tamto mu podaj. Dobrze jeszcze, że nie każe sobie noska wycierać i zmieniać pieluchy. Przyda mi się chwila oddechu.
- A co zamierzacie tam robić? - zaciekawiła się Amelia. - Będziecie siedziały w jednym miejscu czy trochę pozwiedzacie?
- Oczywiście, że pozwiedzamy! Już sobie całą listę zrobiłam.
- To co chcesz zobaczyć?
Kazimiera sięgnęła po leżącą na nocnym stoliku kartkę.
- Do Wąchocka musimy pojechać - odczytała z niej - potem do Kielc, Świętego Krzyża, Kałkowa-Godowa, Świętej Katarzyny, Czarnej, Sulisławic, Dzierzgowa, no i obowiązkowo do Młodzaw Małych. Obawiam się tylko, że może nam na to wszystko nie starczyć czasu. Tym bardziej że i w samym Opatowie też mamy trochę do pooglądania.
Amelia bezskutecznie poszukiwała w głowie klucza, jakim jej teściowa posłużyła się, dobierając wszystkie te w większej części nieznane jej miejsca.
- Co tam jest? - zapytała niepewnie. - Na przykład w tych Solosławicach?
- Sulisławicach - poprawiła surowym tonem matka jej skądinąd ukochanego męża, patrząc na nią z wyraźną naganą. - Jak to co? Przecież każdy to wie! Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej Misericordia Domini!
Klucz zalśnił pełnym blaskiem.
- A w pozostałych miejscach? - Młodsza Niedzielska poczuła, że zna odpowiedź na to pytanie, ale wolała się upewnić.
Kazimiera znów zerknęła na kartkę.
- W Kielcach mamy bazylikę Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny - poinformowała uroczyście - a na Świętym Krzyżu sanktuarium Relikwii Drzewa Krzyża Świętego podarowanych przez króla Władysława Łokietka, który otrzymał je od królewicza węgierskiego Emeryka.
Amelia pokiwała głową, myśląc jednocześnie, że gdyby zebrać wszystkie porozsiewane po kościołach fragmenty Krzyża Świętego i drzewa, z którego ówże miał jakoby zostać wykonany, to i jedno, i drugie byłoby z pewnością wyższe od Pałacu Kultury i Nauki, a kto wie, czy nawet nie od Burdż Chalifa w Dubaju.
- W Kałkowie-Godowie zwiedzimy sanktuarium Matki Bożej Bolesnej Pani Świętokrzyskiej - kontynuowała starsza Niedzielska. - Jest tam też Dom Jana Pawła II z uroczą małą herbaciarnią, gdzie zamierzam wypić earl greya parzonego na świętej wodzie. I jeszcze grota lurdzka wzorowana na portugalskiej. Wąchock, no to wiadomo, opactwo Cystersów. W Czarnej mamy sanktuarium Matki Bożej Wychowawczyni, która ukazywała się w szesnastym wieku robotnikom pracującym przy wypalaniu węgla drzewnego i wytopie rudy żelaza. W Świętej Katarzynie odwiedzimy kościół Świętej Katarzyny Aleksandryjskiej i klasztor Bernardynek, w Młodzawach Małych sanktuarium Matki Bożej Młodzawskiej, a w Dzierzgowie sanktuarium Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny z cudownym obrazem przywiezionym tam po bitwie beresteckiej. No i wreszcie w samym Opatowie mamy kolegiatę Świętego Marcina, która kiedyś była klasztorem Templariuszy. Ekscytujące, prawda?
Amelia pokiwała głową z dość niepewną miną.
- Czy już... - zapytała ostrożnie - ...skonsultowałaś te plany z moją mamą?
Jej teściowa wydała z siebie lekceważące prychnięcie.
- Co tu konsultować?! - rzekła z oburzeniem. - Przecież to oczywista trasa, kiedy się jedzie w Świętokrzyskie! Jestem pewna, że Majeczka będzie wniebowzięta, gdy zobaczy, że zwiedzimy tyle pięknych i świętych miejsc! Nie może być inaczej! - Rzekłszy to, Kazimiera zamaszystym gestem dorzuciła do walizki kilka par czarnych pantofli, idealnie pasujących do określenia "obuwie trumienne".
Amelia westchnęła ciężko, starając się nie myśleć na razie o reakcji mamy, gdy ta się dowie o wszystkich tych uroczych planach, a zwłaszcza o chwili, kiedy Maja wyrzuca Kazimierę z rozpędzonego samochodu. "Z tego będzie jakaś katastrofa" - pomyślała, wykazując się przy tym, jak się rychło miało okazać, intuicją godną jasnowidzki.
* * *
Dokładnie w tym samym czasie na drugim krańcu stolicy Maja Wrzesińska kończyła pakować swoje rzeczy do średniej wielkości plecaka turystycznego.
- Podasz mi legginsy? - poprosiła pomagającego jej w tym zajęciu ukochanego. - Te tęczowe. Leżą w środkowej szufladzie, tuż za tobą.
Maksymilian Różnic spełnił jej polecenie.
- Jesteś pewna, że chcesz wziąć właśnie te? - spytał niepewnie, podając jej wściekle pstrokatą i w dodatku nieco odblaskową część garderoby.
- A co w nich złego?
- Są tęczowe...
- I? - Wrzesińska popatrzyła na niego z wyraźnym znakiem zapytania w oczach, kompletnie nie rozumiejąc, o co mu chodzi.
- Jedziesz w Świętokrzyskie - wyjaśnił z zakłopotaniem Maksymilian. - Tam może się to... no wiesz... dziwnie kojarzyć i wzbudzić kontrowersje.
Maja rzuciła mu spojrzenie pełne politowania.
- Że niby tęcza? - upewniła się. - Mam to w dupie! To, że wszędzie jest teraz wysyp oszołomstwa, nie oznacza, że zacznę się ubierać jak muzułmanka. Poza tym dość tej hipokryzji! Popatrz, komu ją zawdzięczamy! Politykom! Wszyscy niby tacy święci. Gdy ich posłuchasz, to każdy ma gębę pełną frazesów. Nic, tylko rodzina, dzieci, patriotyzm, wartości i religia. Potem zaś się okazuje, że jeden narobił bękartów, drugi zmusił kochankę do aborcji, trzeci kradnie co popadnie, czwarty umoczony w interesy z mafią, a piąty najpierw pyszczy na mniejszości, a potem sam lata w San Francisco po sznycla do sklepu dla gejów. Jeden lepszy od drugiego!
- Ale... - usiłował wtrącić Maksymilian, jednak nie został dopuszczony do głosu.
- Żadne ale! Jeśli mam ochotę nosić tęczowe legginsy, to będę je nosiła, choćby jeden durny minister z drugim miał się od tego zesrać! I koniec dyskusji!
- Czemu jedziesz akurat z Kazimierą? - Maksymilian, widząc, że tętnica na czole jego ukochanej kobiety zaczyna niebezpiecznie żyć własnym, i to bardzo intensywnym, życiem, wolał czym prędzej porzucić poprzedni temat.
- Bo ty nie mogłeś...? - zdziwiła się Maja.
- No tak, oczywiście. - Maksymilian pokiwał głową. - Ale nie chodzi mi o to, że nie jedziesz ze mną, tylko o to, dlaczego wybrałaś akurat ją. Masz przecież swoje przyjaciółki, a z nią jedynie się wiecznie kłócisz. Dlatego się trochę dziwię.
- Wydaje mi się, że ona tego potrzebuje - odpowiedziała Wrzesińska, upychając legginsy do jednej z kieszeni plecaka. - Powiedziała mi kiedyś, że od lat nie ruszyła się nigdzie z Warszawy na dłużej niż jeden dzień. Przyznasz, że to trochę żałosne. Pomyślałam więc, że skoro ty pracujesz, to zaproponuję wyjazd właśnie jej. Choć... Jeśli mam być tak całkiem szczera, to...
- Myślałaś, że odmówi? - Maksymilian uśmiechnął się pod nosem.
- Jak ty mnie znasz! - Ukochana mrugnęła do niego. - No, ale skoro się zgodziła, to zrobię wszystko, żeby to były dla niej niezapomniane dwa tygodnie.
- Coś już zaplanowałaś? - zaciekawił się Różnic.
- Ba! - Maja zrobiła szelmowską minę. - Z Opatowa mamy niecałą godzinkę do Buska-Zdroju, a tam są najlepsze SPA i fitness club w całym Świętokrzyskiem. Tyle samo mamy do Kielc do Orient Day SPA. Są znani w całej Polsce. Marcin polecił mi jeszcze Exotic SPA. Był u nich rok temu i mówi, iż robią tam takie masaże, że można odlecieć przy nich do innej galaktyki. A jeden z masażystów wygląda jak młody Brad Pitt. Dał mi nawet na niego namiar.
- Mam być zazdrosny? - zaciekawił się Maksymilian.
- Wziąwszy pod uwagę, że Marcin się z nim bzyknął, to niekoniecznie. - Maja machnęła lekceważąco ręką, co stanowiło też poniekąd podsumowanie skandalicznego trybu życia, jaki od lat prowadził jej najlepszy przyjaciel. - A gdy już porobimy sobie te wszystkie zabiegi upiększające, wymasujemy się i rozgrzejemy w saunach, to ruszymy do Szydłowa, Dwikozów, Lipnika i Żywnika Małego. Kojarzysz nazwy?
- Nie. Powinienem?
- W sumie niekoniecznie - przyznała łaskawie. - To miejsca, w których znajdują się najlepsze polskie winnice.
- To my w Polsce mamy winnice? - zdziwił się szczerze Różnic. - Nie wiedziałem.
- Mamy, mamy, i to w dodatku całkiem niezłe, przynajmniej tak słyszałam. Teraz zamierzam się o tym przekonać na własne oczy.
- Czyli szykują się wam dwa rozrywkowe tygodnie - podsumował Maksymilian, po czym naszła go dokładnie ta sama wątpliwość, na którą mniej więcej w tym samym czasie w innym zakątku stolicy wpadła Amelia. - Przegadałaś to wszystko z Kazimierą?
- A po co?! - prychnęła ze zdziwieniem Maja. - Przecież tylko kompletna frajerka nie zaakceptowałaby takiego planu. Kazia może i zachowuje się niekiedy jak nawiedzona, ale na pewno też lubi się czasem zabawić i sobie pofolgować. Zresztą wino to przecież święty napój. O ile dobrze pamiętam Biblię, jego produkcją zajmował się sam Zbawiciel. Więc widzisz, że dostosowuję się do jej potrzeb. Uwierz mi, wszystko będzie dobrze!
Maksymilian pokiwał głową z filozoficzną miną.
- Miejmy taką nadzieję... - rzekł cicho, choć w głębi ducha pomyślał, iż przysłowie głoszące, że nadzieja jest matką głupich, wyjątkowo dobrze pasuje do tej sytuacji. I, podobnie jak Amelia, bynajmniej się nie pomylił.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki