Rozdział II
WÓZ DOWODZENIA WTOCZYŁ SIĘ na podwórko opuszczonego gospodarstwa. Wysiadł z niego bardzo wysoki mężczyzna w mundurze. Jego ruchy były lekko spowolnione, co mogło być spowodowane rozmiarami ciała albo niedawną drzemką. Podpułkownik Szymon Bukowiecki wyprostował plecy, przeciągając się dyskretnie. Zgarbiony żołnierz to nędzny żołnierz, a wizerunek to podstawa wojskowego regulaminu. Powiódł wzrokiem po zabudowaniach i z dezaprobatą pokręcił głową.
Najlepiej wyglądał murowany budynek gospodarczy z czerwoną dachówką i małymi okienkami. Drewniana stodoła nadawała się tylko do rozbiórki, nawet niewielki wiatr rozniósłby tę konstrukcję pozbawioną ścian szczytowych i wielu desek na froncie. Dom też prezentował się żałośnie, jego bryła zdawała się zapadać w głąb ziemi, dach świecił dziurami, a okna straszyły czernią, inne były zabite płytami.
To jednak nie budynki go interesowały, lecz stojący na podwórku samochód, przy którym wartę trzymał major Roch Serafin. Bukowiecki zbliżył się do swojego zastępcy.
- Niemieckie blachy - mruknął, zerkając na numer rejestracyjny wozu.
Szyba w drzwiach od strony kierowcy miała pośrodku dziurę rozchodzącą się promieniście, a na fotelu znajdował się mężczyzna z odstrzeloną górną częścią czaszki.
- Mamy trupa i problem - oznajmił major. - Derkacz to cywil, trzeba będzie zawiadomić policję.
- Cywilem to on jest w domu, a tutaj żołnierzem, i to dobrym. Ale masz rację, bez policji się nie obejdzie. Chociaż wolałbym tu widzieć żandarmerię.
Znane było zamiłowanie podpułkownika do najmłodszej formacji Wojska Polskiego. W żołnierzach obrony terytorialnej widział najlepszy materiał do formowania posłusznej i oddanej ojczyźnie grupy społecznej, bo zbudowanej na regionalności. Wpajał tym chłopakom, że szkoli ich po to, aby mogli bronić własne rodziny, znajomych i sąsiadów, a nie dygnitarzy czy ogólnie obywateli. Przynosiło to efekt, bo wiadomo, że każdy człowiek za bliskich gotów jest oddać życie. Teraz podpułkownik nie umiał pozbyć się dumy z faktu, że jeden z jego ludzi odważył się pociągnąć za spust w momencie zagrożenia.
- Derkacz twierdzi, że ten gościu do niego mierzył z pistoletu - oznajmił Serafin.
Podpułkownik wydął pełne usta.
- No to ma za swoje. Nie celuje się do człowieka w polskim mundurze.
Na pociągłej twarzy majora pojawił się cień wymuszonego uśmiechu.
- Nawet się z tobą zgadzam, tylko że przy tym gościu nie ma żadnego pistoletu.
Podpułkownik pochylił się ku wnętrzu golfa, szukając wzrokiem broni. Zastępca miał rację, nigdzie jej nie było. Zaklął cicho i przyjrzał się zwłokom. Martwy mężczyzna był ubrany w dżinsy i rozpiętą puchową kurtkę, spod której wystawała bluza, ponadto miał na sobie sportowe obuwie, zbyt lekkie na tę porę roku. Mimo uszkodzonej górnej części głowy ocenił wiek kierowcy na jakieś czterdzieści lat.
- Kto to jest? - zapytał krótko.
Serafin wzruszył ramionami.
- Nie wiemy.
- Ktoś go przeszukał?
- Myślałem o tym, ale psiarze będą się rzucać, jak go zaczniemy macać. W prokuraturze też uznają nas za debili, że niby nie znamy przepisów.
- Kto by się nimi przejmował. Przeszukaj go!
Zastępca przystąpił do sprawdzania kieszeni w ubraniu trupa. Po chwili wyciągnął zapalniczkę oraz paczkę papierosów Mińsk.
- Niemiec jarający białoruskie fajki? - zagadnął major.
Podpułkownik pokręcił przecząco głową.
- Germańskie blachy i kiepy zza wschodniej granicy to pasuje do naszych. Stawiam na to, że to Polak.
Serafin przeszedł na drugą stronę wozu i pochylił się do wnętrza. Otworzył skrytkę i zaczął szperać. Po chwili wyciągnął telefon. Próbował go uruchomić, niestety bezskutecznie.
- Jest zabezpieczony pinem - oznajmił, odkładając aparat na miejsce.
- Pozostaje nam pogadać z pasażerką - stwierdził dowódca. - Gdzie ona jest?
Zastępca wskazał głową na dom.
- Tam, plutonowy Nowicki jej pilnuje.
- No to idziemy porozmawiać z panią.
Podpułkownik Bukowiecki musiał się mocno schylić, żeby jego dwieście pięć centymetrów wzrostu zmieściło się we framugę drzwi. Wojskowe buty zadudniły na drewnianej podłodze. Przeszli przez ciemną i wilgotną sień. Kierowali się do pomieszczenia na prawo, skąd wyskoczył pręgowany kot.
W pokoju przy stole siedziały naprzeciw siebie dwie osoby. Ruda dziewczyna zaciskała dłonie na kolanach, a młody mężczyzna w mundurze trzymał karabinek. Przypominali statystów czekających na wskazówki reżysera.
- Plutonowy - odezwał się podpułkownik, wyrywając żołnierza z zastoju.
Nowicki zerwał się i zasalutował dowódcy. Pasażerka golfa skuliła się, a jej brązowe tęczówki krążyły niespokojnie po twarzach przybyłych.
- Jak się nazywasz? - zapytał podpułkownik Bukowiecki.
Zwrócił się do niej na ty, bo wyglądała bardzo młodo, dałby jej nie więcej niż dwadzieścia lat. Dziewczyna milczała, patrząc na niego rozszerzonymi lękiem źrenicami.
- Wie heisst du? - powtórzył pytanie po niemiecku, choć przeczuwał, że ma przed sobą Polkę. Przeniósł spojrzenie na plutonowego Nowickiego. - Rozmawiałeś z nią?
- Ja mówiłem, ona nie. Wydaje mi się, że rozumie wszystko, ale nie chce mówić.
Podpułkownik znowu spojrzał na kobietę. Bała się. W jej źrenicach widać było niemal zwierzęcy popłoch. Muszą ustalić, kim jest ona i kierowca, żeby wiedzieć, co dalej robić.
- Przeszukaj ją! - rozkazał Nowickiemu.
Dziewczyna drgnęła i mocniej ścisnęła dłońmi kolana.
- Ja? - zdziwił się żołnierz.
- Tak ty, plutonowy. Przeszukaj ją!
Nowicki podrapał się po głowie, nie dowierzając, że jemu powierzono tę czynność. Odłożył karabinek na stół, ale widząc potępiający wzrok dowódcy, szybko go podniósł i przewiesił przez plecy.
- Proszę wstać - zwrócił się do dziewczyny.
Nie poruszyła się. Plutonowy posłał niepewne spojrzenie przełożonym. Jego obawy były uzasadnione. Żołnierz obrony terytorialnej nie miał prawa nikogo przeszukiwać. Takiego prawa w stosunku do cywilów nie miała nawet żandarmeria.
- Plutonowy, wykonaj rozkaz! - rzucił mocnym głosem Bukowiecki.
Nowicki zbliżył się niepewnie do dziewczyny. Ta skrzyżowała ramiona na piersiach i wystraszonymi oczami przesuwała po ich twarzach. Złapał ją za ramiona i uniósł z krzesła. Skuliła się, naciągając poły czarnej kurtki. Teraz widać było, że szare spodnie są na nią za duże, bo zwijały się nad cholewkami wysokich butów.
- Czego mam szukać? - zapytał Nowicki, odwlekając wykonanie rozkazu.
- Broni palnej i dokumentów - odpowiedział podpułkownik.
Plutonowy nie zdążył nic zrobić, bo dziewczyna włożyła rękę w kieszeń kurtki i wyjęła walthera. Trzymała go lufą w dół i bez palca na spuście. Nie miała zamiaru do nich strzelać, ale mimo to major Serafin sięgnął po wista i wymierzył w kobietę.
- Odłóż pistolet na stół! - rozkazał.
Wykonała polecenie, po czym włożyła dłoń do drugiej kieszeni i wyjęła etui na dokumenty. Również położyła je na stole.
Major schował wista do kabury, a podpułkownik Bukowiecki niespiesznie podniósł walthera i sprawdził zawartość komory nabojowej oraz magazynka, wyjmując z niego wszystkie pociski. Było ich czternaście, jednego brakowało. Umieścił z powrotem amunicję w magazynku.
- To twój pistolet? - zwrócił się do dziewczyny.
Nie odpowiedziała. Podpułkownik przystąpił do przeglądania dokumentów. W dowodzie osobistym i prawie jazdy widniało to samo imię i nazwisko: Magdalena Tuszyńska. Zaskoczył go wiek dziewczyny, dwadzieścia osiem lat. Nie była już dzieciakiem.
- No to, pani Magdo, czyj jest ten walther? I kim jest ten mężczyzna z golfa?
Nie usłyszał odpowiedzi. Dziewczyna opuściła głowę. Podszedł do niej pręgowany kot i zaczął ocierać się o jej nogi.
- Chyba pani rozumie, że doszło do fatalnego zdarzenia. Pani towarzysz mierzył do żołnierza, dlatego zginął. Bardzo nam przykro z tego powodu.
Dalej milczała, ale nie dlatego, że była w szoku, i nie dlatego, że paraliżował ją strach, po prostu nie chciała im wyjawić, co tu robiła.
Bukowiecki postanowił na razie nie naciskać. Podał majorowi dokumenty, sam wziął pistolet. Wychodząc z pokoju, rzucił do plutonowego:
- Pilnuj jej!
Weszli do pomieszczenia po przeciwnej stronie sieni. Belkowany sufit wisiał tak nisko, że podpułkownik odruchowo wciskał głowę w ramiona. Zerknął na okno zabite jakąś płytą. Dobrze byłoby ją zerwać albo chociaż odchylić, pozwoliłoby to pozbyć się woni stęchlizny i wpuścić trochę dziennego oświetlenia, bo na razie musieli się wspierać dwiema wojskowymi latarkami. Snop światła padł na komodę pozbawioną szuflad i drzwiczek.
Do pokoju wsunął się jak cień sierżant Tito i postawił na komodzie butelkę wódki i dwa duże kieliszki.
- Co z kapralem Derkaczem? - zapytał podpułkownik.
- Nosi go. Gdyby teraz Ruscy weszli, toby ich rozpierdolił. Dla pewności zabrałem mu karabinek, ale zdążył oddać jeszcze dwa strzały w pień sosny.
- Dobry chłopak - mruknął Bukowiecki, myśląc o Derkaczu.
Miał słabość do tego żołnierza. Takich armia potrzebowała, pewnych swej wartości, niezdrowo odważnych i niekiedy bezczelnych. Kapral patrzył starszym prosto w oczy i lubił wojskowy dryl. Bukowiecki postanowił, że nie da zrobić mu krzywdy.
Drzwi skrzypnęły nieprzyjemnie, gdy Tito wyszedł z pomieszczenia. Dowódcy mieli chwilę, aby porozmawiać i podjąć decyzję. Bukowiecki pewnym ruchem rozlał alkohol i podniósł swój kieliszek na wysokość ust. Spojrzał na zastępcę z wyrazem oczekiwania. Tamten jednak nie odrywał wzroku i palca od tabletu. Wypił więc sam. Delektował się palącym trunkiem spływającym do żołądka. Cudowne uczucie. Relaksujące.
- Planujesz wymienić pełne magazynki na puste? - zapytał niepewnie major, nadal patrząc w ekran.
- Nie planuję. Wojsko terytorialne ma wiedzieć, że ma broń, a nie zabawki.
Zastępca kiwnął głową z uznaniem. Po takim zdarzeniu wielu dowódców odebrałoby żołnierzom ostrą amunicję.
- Znalazłem profil Magdy Tuszyńskiej na dwóch portalach społecznościowych - zakomunikował major Serafin, przysiadając na krawędzi drewnianej skrzyni. - Nasza dziewczyna pracuje w bibliotece w Poznaniu. Napisała, że kocha książki i szybkie samochody. Ze zdjęć wynika, że lubi też chodzić po górach.
- Czyli wygląda na to, że jest nikim. Znakomicie. Spróbuj jeszcze ustalić, kim są jej rodzice.
Podpułkownik rozejrzał się po pomieszczeniu. To gospodarstwo stało puste od ponad dwudziestu lat, ale obecność mebli i innych sprzętów, choćby wiader i skrzynek po piwie, dowodziła, że ktoś tu pomieszkiwał, przynajmniej latem. Mogła to być miejscówka okolicznej młodzieży. Zaczął się przechadzać. Butem odsunął wiadro, które stało mu na drodze.
- Musimy zrobić wszystko, żeby media się nie dowiedziały, bo nas zjedzą na przystawkę. I tak mamy złą prasę.
Major na moment oderwał wzrok od tabletu.
- Nie taką złą, to głównie internauci nas nie lubią. Nazywają nas armią bezrobotnych, ale co się dziwić, skoro ci kretyni z ministerstwa nadal każą prowadzić rekrutację w urzędach pracy.
Bukowiecki zatrzymał się przed dziurą w ścianie. Tu prawdopodobnie kiedyś znajdował się włącznik światła.
- Teraz jesteśmy armią bezrobotnych, a jeśli ludzie dowiedzą się o dzisiejszym zdarzeniu, będziemy armią morderców.
Mieli problem i obaj zdawali sobie z tego sprawę. Sytuacja wyglądała nieciekawie i należało ją jak najszybciej rozwiązać dla dobra armii i dla dobra ich samych. Za czyn kaprala odpowiadali dowódcy, a więc konsekwencje mogą być takie, że stracą stanowiska i stopnie. Dowództwo Wojsk Obrony Terytorialnej poświęci ich, aby ratować dobre imię formacji. Bukowiecki był pewien, że tak będzie, bo sam też na pierwszym miejscu stawiał dobro całej służby.
- Masz rację - syknął major. - Dziennikarze na pewno nas nie oszczędzą.
Podpułkownik już widział w wyobraźni prasowe nagłówki mówiące o psychopatach w służbie terytorialnej.
- To nie może wypłynąć. O dzisiejszym zdarzeniu nikt nie może się dowiedzieć.
- Nie utrzymasz tego w tajemnicy. Cały batalion już wie, co się stało. Chcesz wydać im rozkaz, aby milczeli?
W głosie majora pojawiła się kpina. Podpułkownik musiał się zgodzić ze swoim zastępcą. Zapewne już paru terytorialsów wysłało esemesy do rodzin z sensacyjną wiadomością. Może znalazł się nawet taki, który wspomniał coś w mediach społecznościowych. Niestety, nie było oficjalnego zakazu używania komórek podczas ćwiczeń. Nie było nawet zakazu publikowania selfie. Żołnierze umieszczali więc na swoich profilach fotki z poligonu, zwykle na tle sprzętu wojskowego. Znakomite źródło informacji dla ruskiego wywiadu. Bukowiecki robił w tej kwestii, co mógł, głównie uświadamiał ryzyko i zalecał ostrożność. Wielu terytorialsów się stosowało, ale całe mnóstwo ulegało manii fotografowania siebie i wszystkiego, co wokół, żeby pokazać to znajomym.
- To gdy media się dowiedzą, zrobimy wszystko, aby kaprala Derkacza wykreować na bohatera, i wykorzystamy do tego naszych żołnierzy. Niech napiszą na swoich profilach, jak kapral uratował kolegów, likwidując zagrożenie.
Major potarł grzbietem dłoni podbródek, co dowodziło, że zastanawia się nad pomysłem dowódcy. Obaj zdawali sobie sprawę z możliwych konsekwencji dzisiejszego zdarzenia. Gdy okaże się, że jeden z terytorialsów zastrzelił zwykłego obywatela, to politycy pod naciskiem opinii publicznej gotowi są odebrać im niezawodne karabinki Grot, w zamian dadzą jakieś gówno na plastikowe kulki. Jeśli tak by się stało, to z formacji odejdą setki dobrych strzelców, a nowi nie przyjdą, bo przecież tym, co ich przyciągało do obrony terytorialnej, była ostra amunicja.
- Bardzo by nam pomogło, gdyby ta ruda dziewczyna potwierdziła, że kierowca golfa chciał zabić żołnierza albo lepiej kilku żołnierzy - oznajmił Serafin.
- No to przekonamy ją do złożenia takich zeznań na policji, ale wcześniej trzeba ustalić, co ją łączyło z ofiarą. Jeśli to luźna znajomość, to powinna przychylić się do naszej wersji wydarzeń.
- Chyba nie była z nim mocno związana, bo jakoś po nim nie rozpacza.
- Też to zauważyłem.
Podpułkownik nalał wódki do swojego kieliszka, drugi wciąż był pełny. Kiwnął zachęcająco na zastępcę. Ten podniósł się ze skrzyni i skwapliwie chwycił za alkohol. Wypili.
- Przejrzałem pobieżnie listę jej znajomych na Facebooku, nikt mi nie pasuje do tego gościa w golfie - oznajmił Serafin.
- Daj naszym żołnierzom jego telefon. To nie problem, że jest zablokowany. Mamy kilku speców od tych rzeczy. Poradzą sobie.
Major odstawił kieliszek i znowu usiadł na skrzyni.
- Telefon dam sierżantowi Tito. On już będzie wiedział, komu dalej go przekazać. A może nawet sam się nim zajmie.
Podpułkownik spojrzał na zamknięte drzwi.
- Do telefonu dziewczyny też warto zajrzeć.
- Zajmę się tym - zapewnił Serafin.