Terror - Håkan Östlundh

Kup ebooka

35.90 zł
26.93 zł (13,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2

Bie­lik uno­sił się wy­soko nad do­mami w Nis­se­vi­ken. Sa­leh była pewna, że to bie­lik. Nie dało się go po­my­lić z żad­nym in­nym pta­kiem. Wy­róż­niał się sze­ro­kimi, roz­ło­ży­stymi skrzy­dłami o strzę­pia­stych bia­łych kra­wę­dziach. Wy­szła na dwór, żeby le­piej wi­dzieć, przy­sta­nęła kilka me­trów od drzwi i zwró­ciła twarz ku niebu.

Skrzy­żo­waw­szy ręce na piersi, po­czuła gę­sią skórkę. Miała na so­bie cienki szary T-shirt z na­pi­sem "Uni­wer­sy­tet Sztok­holm­ski - brac­two stu­denc­kie" w stylu ame­ry­kań­skiego col­lege'u. Mar­zła. Był wcze­sny po­ra­nek. Na błę­kit­nym nie­bie świe­ciło słońce, ale od mo­rza cią­gnął zimny wiatr.

Said usiadł i na­tych­miast za­czął opo­wia­dać. O czwar­tej rano.

Już kiedy sta­nął w drzwiach, Sa­leh zro­zu­miała, że stało się coś po­waż­nego. Jak tylko spoj­rzała mu w oczy. Był roz­trzę­siony.

To, co opo­wie­dział, i ją prze­ra­ziło. Drżała tak samo jak od zim­nego wia­tru przed do­mem. Po­wie­dział, że po­czuł się tak, jakby ktoś wła­mał się do jego domu i za­czął mu gro­zić - mimo że nie było go w domu i nikt go nie za­stra­szał. Choć tego dru­giego nie był do końca pewny. Czy w sło­wach daw­nego ko­legi z klasy nie kryła się za­ka­mu­flo­wana groźba?

- Dla­czego ja? - py­tał Said raz za ra­zem ich oboje: Sa­leh i Jo­sefa. Nie­wąt­pli­wie przez lata w róż­nych dys­ku­sjach wy­gła­szał całe mnó­stwo ra­dy­kal­nych idei, ale prze­cież nie był szcze­gól­nie re­li­gijny. Ni­gdy.

Sa­leh i Jo­sef wy­na­jęli do­mek na dwa ty­go­dnie. Pierw­szy ty­dzień już do­biegł końca. Na ra­zie więk­szość dom­ków na nie­wiel­kim te­re­nie wy­po­czyn­ko­wym przy plaży była pu­sta. W pią­tek przy­pa­dało święto mid­som­mar. Wła­śnie wtedy wszystko miało się za­cząć. Słup ma­jowy le­żał przy­go­to­wany na koźle ro­bo­czym przy brzegu. Cze­kał, aż się za­zie­leni.

Nie­któ­rzy jej przy­ja­ciele żar­to­wali, że stała się już praw­dziwą Szwedką, skoro za­mie­rza spę­dzić urlop w domku na Go­tlan­dii. I nie były to tylko żarty. W końcu zwią­zała się z pół-Szwe­dem, wkrótce miała zo­stać praw­niczką, miesz­kała w cen­trum mia­sta. Co­raz bar­dziej się ze­szwed­czała i jej to nie prze­szka­dzało. Nie była za­in­te­re­so­wana ani walką z tym pro­ce­sem, ani jego przy­spie­sza­niem. Chciała tylko żyć po swo­jemu.

Po­bie­gła z po­wro­tem do domu i za­mknęła za sobą drzwi. Said sie­dział w kwie­ci­stym fo­telu w rogu po­koju, le­ni­wie wer­tu­jąc po­ranną ga­zetę. Jakby po opo­wie­dze­niu ca­łej hi­sto­rii opadł z sił.

- Ech, je­stem wy­koń­czony - oznaj­mił, po­cie­ra­jąc oczy.

- Nie pój­dziesz się po­ło­żyć? - za­py­tała.

Pod­czas noc­nej po­dróży pro­mem Said prze­spał za­le­d­wie kilka go­dzin. Tak samo dzień wcze­śniej w cza­sie sze­ścio­go­dzin­nego lotu z Te­he­ranu.

Wolno po­krę­cił głową.

- Nie ma sensu. I tak nie za­snę. Może bli­żej po­po­łu­dnia, ale nie te­raz.

- W po­rządku, zro­bię kawę. Jo­sef po­wi­nien wró­cić lada chwila.

Jo­sef po­je­chał po za­kupy. Chciał być pierw­szy w skle­pie Ica w Hemse, który otwie­rano już o ósmej. Nie mieli w domu chleba. Jak mo­gła o tym nie po­my­śleć, wie­dząc, że przy­jeż­dża jej ku­zyn?

Wy­szła do kuchni. Ma­łej i cia­snej. Trzeba było w niej wy­ko­ny­wać de­li­katne, ostrożne ru­chy. Na­lała wody do eks­presu i od­mie­rzyła od­po­wied­nią ilość kawy. Wy­jęła kubki z szafki i się­gnęła po to­rebkę mu­esli, którą Jo­sef po­sta­wił tak wy­soko, że mu­siała się wspiąć na palce.

Usły­szała sa­mo­chód Jo­sefa. Wyj­rzała przez okno i pa­trzyła, jak nad­jeż­dża drogą, a wła­ści­wie su­nie dwiema ko­le­in­ami wy­żło­bio­nymi przez koła w ziemi. Po stro­nie pół­noc­nej dało się do­strzec kilka tur­bin wia­tro­wych i wą­ski cy­pel, na któ­rym pa­sły się krowy.

Sa­mo­chód, pod­ska­ku­jąc, je­chał da­lej. Audi TT nie było ide­alne do piasz­czy­stych dróg Go­tlan­dii, ale Jo­sef bar­dzo się z niego cie­szył. Nie­mal jak dziecko, choć za­uwa­żyła, że pró­bo­wał to ukryć.

Kiedy po raz pierw­szy przy­je­chał nim do domu, Sa­leh miała nie­przy­jemne wra­że­nie, że auto jest zbyt wy­zy­wa­jące. Dwoje mło­dych bru­da­sów w ele­ganc­kim spor­to­wym sa­mo­cho­dzie. Nie­trudno so­bie wy­obra­zić, ja­kie uczu­cia mo­gło to wzbu­dzić. U Szwe­dów, rzecz ja­sna. Prze­cież nie mo­gli wie­dzieć, że to sa­mo­chód służ­bowy, któ­rego wła­ści­cie­lem jest pra­co­dawca Jo­sefa.

Po ja­kimś cza­sie dała so­bie spo­kój z tego ro­dzaju my­ślami. Mieli prze­cież prawo jeź­dzić ta­kim sa­mo­cho­dem, ja­kim chcą. Ten mógłby bu­dzić za­zdrość, na­wet gdyby za kie­row­nicą sie­dzieli Szwe­dzi. Je­śli inni jesz­cze bar­dziej zzie­le­nieją z za­zdro­ści, wi­dząc, że kie­rowca ma ciem­niej­szą skórę, to... no cóż. Oboje ciężko na to pra­co­wali i nie mieli się czego wsty­dzić.

Jo­sef za­par­ko­wał przy dro­dze, za starą, za­rdze­wiałą to­yotą Sa­ida. W miej­scu, gdzie wi­dok na mo­rze za­sła­niały wy­so­kie chasz­cze głogu i ja­łowca. Wy­siadł z sa­mo­chodu, otwo­rzył furtkę w ka­mien­nym mu­rze i ru­szył w stronę domku. W pra­wej ręce niósł pa­pie­rową torbę wy­pchaną bu­łecz­kami i ma­łymi żyt­nimi chleb­kami.

Sa­leh na­dal stała z opa­ko­wa­niem mu­esli w ręce. Po chwili po­sta­wiła je obok eks­presu do kawy i po­szła do drzwi.

- Już wró­cił - oznaj­miła, prze­cho­dząc przez po­kój, w któ­rym sie­dział Said.

- Lu­zik.

Cały Said. Przez ostat­nie lata ciężko pra­co­wał nad szli­fo­wa­niem szwedz­kiego. Chciał opa­no­wać słow­nic­two aka­de­mic­kie, ale w rów­nym stop­niu za­le­żało mu na do­pa­so­wa­niu się do stylu by­wal­ców sztok­holm­skich ka­wiarni.

Sa­leh sze­roko otwo­rzyła drzwi i wy­szła na schody na ganku.

Jo­sef sze­roko się do niej uśmiech­nął. Choć byli ra­zem już trzy lata, od tego uśmie­chu wciąż ro­biło jej się cie­pło.

- W skle­pie Ica wi­dzia­łem na­prawdę dzi­waczną rzecz - oznaj­mił. W jego oczach pło­nął en­tu­zjazm.

Za­nim Jo­sef zdą­żył do­koń­czyć opo­wieść, wy­da­rzyło się coś bar­dzo dziw­nego. Ka­wa­łek drzwi jakby eks­plo­do­wał. Odłamki drewna po­fru­nęły we wszyst­kie strony. Je­den z nich, długi i gruby na po­nad cen­ty­metr, ostro za­koń­czony, wbił się w ra­mię Sa­leh. Nie zdą­żyła jed­nak jesz­cze tego za­uwa­żyć.

Oboje spoj­rzeli na uszko­dze­nie w drzwiach. Było wiel­ko­ści ta­le­rza. Uła­mek se­kundy póź­niej eks­plo­do­wała klatka pier­siowa Jo­sefa. Frag­menty jego serca i płuc wy­strze­liły na ze­wnątrz i ra­zem z po­kaźną ilo­ścią krwi ochla­pały twarz i klatkę pier­siową Sa­leh. Ko­bieta stała jak za­mro­żona, nie ro­zu­mie­jąc, co się stało, gdy jej chło­pak osu­nął się na zie­mię. Chwilę póź­niej wcią­gnęła po­wie­trze, żeby wy­krzy­czeć swoje prze­ra­że­nie, ale ża­den dźwięk nie wy­do­był się z jej ust. Zgi­nęła, za­nim zdą­żyła zro­bić wy­dech. W taki sam spo­sób, jak chwilę wcze­śniej Jo­sef. Je­dyna róż­nica po­le­gała na tym, że gdy kula roz­darła ciało ko­biety ni­czym me­ta­lowy szpon, wy­pchnęła wnętrz­no­ści przez plecy. Zwłoki za­le­gły bli­sko sie­bie na progu domu.

***

Said usły­szał huk wy­strza­łów i na­tych­miast się ze­rwał z fo­tela. Za­re­ago­wał in­stynk­tow­nie, ale po­nie­waż był w sta­nie lek­kiego oszo­ło­mie­nia, nie miał pew­no­ści, co to był tak na­prawdę za dźwięk. Zro­bił kilka kro­ków przed sie­bie i zo­ba­czył le­żą­cych na progu ku­zynkę i jej chło­paka. Ciała, ściany i pod­łoga wo­kół nich były ską­pane we krwi.

Na­tych­miast zro­zu­miał, co się wy­da­rzyło. Nie po­trze­bo­wał czasu do na­my­słu. Wy­ko­nał gwał­towny ob­rót i w trzech su­sach po­ko­nał drogę do okien. Od­blo­ko­wał jedno z nich i otwo­rzył na oścież. Po­sta­wił stopę na pa­ra­pe­cie. Wy­star­czył je­den ruch i już był na ze­wnątrz.

Jak tylko jego stopa do­tknęła ziemi, za­czął biec. Pę­dził jak ni­gdy przed­tem i my­ślał tylko o tym, że musi się zna­leźć jak naj­da­lej od mar­twych to­wa­rzy­szy i drzwi po dru­giej stro­nie domu. Był prze­ko­nany, że zgi­nie. Lada chwila zo­sta­nie ro­ze­rwany na strzępy w taki sam spo­sób. Bę­dzie le­żał mar­twy w tra­wie, w brei z wła­snej krwi i wnętrz­no­ści.

Pę­dził traw­ni­kiem, prze­sko­czył ka­mienny mu­rek, jakby to był bieg przez płotki, po­tem przez ja­kieś dwa­dzie­ścia, trzy­dzie­ści me­trów le­ciał po sko­szo­nej łące z dwiema ma­łymi bram­kami. Klu­czył mię­dzy so­snami i wy­tę­ża­jąc wszyst­kie siły, prze­ci­skał się przez za­ro­śla, co zo­sta­wiło krwawe za­dra­pa­nia na jego od­sło­nię­tych ra­mio­nach.

Kiedy się wy­do­stał z za­ro­śli po dru­giej stro­nie, po­zwo­lił so­bie po­my­śleć, że może mimo wszystko nie zgi­nie. Przy­naj­mniej nie od razu. Na­dal miał przed sobą kilka mi­nut ży­cia. Czy bę­dzie ich wię­cej, za­le­żało od tego, jak szybko da radę biec, ale może jesz­cze bar­dziej od tego, czy wy­brał wła­ściwą drogę.

Do­tarł do wą­skiej as­fal­to­wej szosy, w którą za­le­d­wie kilka go­dzin wcze­śniej skrę­cił z sze­ro­kiej drogi przy­brzeż­nej. Czuł do­kucz­liwy ból z tyłu głowy. Jakby snaj­per do­kład­nie w tej se­kun­dzie wy­ce­lo­wał w niego broń i na­ci­snął spust. Obej­rzał się w jedną i drugą stronę. Na tra­sie nie do­strzegł ni­kogo. Po­sta­no­wił biec nią da­lej.

Z gwał­tow­nie bi­ją­cym ser­cem i gar­dłem su­chym jak pa­pier ścierny prze­ciął trasę. Prze­sa­dził po­bo­cze i bez wa­ha­nia wbiegł w las.

Dawny ko­lega z klasy ostrze­gał go, że coś ta­kiego może się tu­taj zda­rzyć, ale Said mu nie wie­rzył. A przede wszyst­kim nie za­mie­rzał o tym słu­chać. Nie chciał być czę­ścią cze­goś ta­kiego. Czułby się zbru­kany jego wąt­pliwą mi­sją i po­kręt­nymi teo­riami spi­sko­wymi.

Te­raz jed­nak był w pew­nym sen­sie wdzięczny za ostrze­że­nie od przy­ja­ciela. Gdyby nie ono, z pew­no­ścią pod­le­ciałby do ciał Sa­leh i Jo­sefa. Pew­nie wła­śnie na to li­czył strze­lec. Gdyby tak zro­bił, już by nie żył.

Las był gę­sty, ale grunt pod no­gami równy i ła­two się po nim bie­gło. Said po­ru­szał się szybko, choć mu­siał klu­czyć mię­dzy drze­wami i się schy­lać, by unik­nąć ko­na­rów. Bez wa­ha­nia rzu­cił się w skłę­bione za­ro­śla, nie ba­cząc na sma­ga­jące ga­łę­zie i kolce, które roz­ry­wały ciało. Co­raz bar­dziej za­głę­biał się w las. My­ślał tylko o tym, by uciec i po­zo­stać w ukry­ciu.

***

Tommy Jo­hans­son za­par­ko­wał tam, gdzie zwy­kle. Po­mię­dzy po­sza­rza­łym ka­mien­nym do­mem a dużą sto­dołą. Wy­siadł z vo­lva w ko­lo­rze woj­sko­wej zie­leni i za­mknął drzwiczki.

Usły­szał za sobą chrzęst żwiru.

Za­klął w du­chu i się od­wró­cił.

Zwa­li­sta po­stać po­woli su­nęła przed sie­bie, do drzwi kuchni. Tommy był da­leko, przy sto­dole, ale wy­raź­nie sły­szał ciężki od­dech. Fa­scy­nu­jące, że tak po­wolny ruch może wy­wo­łać taką za­dy­szkę. Fa­scy­nu­jąco gro­te­skowe.

Cho­lera, że też tego nie za­uwa­ży­łem, po­my­ślał.

Na­gle ciężko stą­pa­jący wiel­ko­lud spoj­rzał na niego. Pro­sto na niego. Z głę­bo­kich oczo­do­łów w otłusz­czo­nej twa­rzy spo­glą­dały za­cie­ka­wione oczy.

- Aha?

To było py­ta­nie, nie tylko ko­men­tarz za­sko­czo­nego czło­wieka. Wy­ni­kało z za­in­te­re­so­wa­nia. Do­ma­gało się od­po­wie­dzi. Męż­czy­zna spon­ta­nicz­nie wy­rzu­cił je z sie­bie mimo nie­pi­sa­nej za­sady. Tommy przy­sta­nął. Czę­ściowo się od­wró­cił.

Pa­trzył na ojca.

Czy ten czło­wiek są­dzi, że on cze­goś od niego chce tylko dla­tego, że przy­pad­kiem spo­tkali się przed do­mem i mimo woli zo­stał świad­kiem jego bez­sen­sow­nego ła­że­nia tam i z po­wro­tem?

Za­wsze miał to z tyłu głowy. Trzy­mać się z da­leka od idio­tycz­nych po­ran­nych spa­ce­rów ojca. W ra­zie po­trzeby zro­bić do­dat­kowe kółko sa­mo­cho­dem. Co­kol­wiek. Ale dziś... My­ślami był gdzie in­dziej. A może to oj­ciec wstał wy­jąt­kowo wcze­śnie? Coś się nie zga­dzało.

Pa­trzył na ojca. Pa­trzył i mil­czał. Wzro­kiem do­pro­wa­dzał go do mil­cze­nia.

Po krót­kim cza­sie oj­ciec uciekł spoj­rze­niem. Tchórz­liwy unik, taki zna­jomy. Za­cie­ka­wie­nie znik­nęło. Oczy zwró­ciły się z po­wro­tem w kie­runku drzwi. Tam, gdzie za­mie­rzał prze­trans­por­to­wać swoje ciel­sko.

O co mu cho­dziło z tym "aha"? Na jaką re­ak­cję li­czył?

W miarę jak ko­ły­szące się plecy ojca co­raz bar­dziej się od­da­lały, Tommy czuł dys­kom­fort. Jakby w ryt­mie tego ko­le­ba­nia coś ule­gało za­bu­rze­niu, roz­pro­sze­niu.

Z brzu­cha za­czął pro­mie­nio­wać zna­jomy chłód. Roz­cho­dził się po klatce pier­sio­wej i do­cie­rał do głowy. Był siłą, bez­pie­czeń­stwem i sa­mot­no­ścią.

3

Wtor­kowy wie­czór, go­dzina dwu­dzie­sta trzy­dzie­ści. Grał przy­ci­szony te­le­wi­zor. Pro­mie­nie słońca do­stały się do sa­lonu, roz­ja­śnia­jąc stare ta­pety we wzór me­da­lio­nowy i two­rząc na nich żół­to­złote kratki. Fre­drik Bro­man wstał z nie­wy­god­nej sofy z lat trzy­dzie­stych i nie­spo­koj­nie prze­szedł po po­koju. Zbli­żył się do okna i spoj­rzał na nisz­cze­jący długi bu­dy­nek z sza­rego wa­pie­nia. W tej obo­rze już od dawna nie stała żadna krowa.

Dawny ko­lega ze Sztok­holmu, Je­sper, uży­czył Fre­dri­kowi swój do­mek let­ni­skowy.Je­sper, na szczę­ście dla Fre­drika, miał urlop do­piero w week­end po mid­som­mar.

Do świą­tecz­nego wie­czoru po­zo­stały za­le­d­wie dwa dni, a on nie miał po­ję­cia, z kim ani na­wet jak bę­dzie świę­to­wał. Pewny był je­dy­nie, z kim go nie spę­dzi, nie bę­dzie to jego ro­dzina.

Przy­naj­mniej miał dach nad głową. Może po­winno mu to wy­star­czyć.

Wszedł do kuchni, zaj­rzał do lo­dówki i wy­jął lek­kie piwo. Otwo­rzył i upił pro­sto z puszki. Inny jego dawny ko­lega twier­dził, że ty­dzień trzeź­wo­ści ozna­cza nie­ogra­ni­czoną kon­sump­cję piwa ni­sko­al­ko­ho­lo­wego. Prze­chrzcił ta­kie piwo na "Mała po­moc dla ojca", bo pił je pod­czas swo­jego trzy­mie­sięcz­nego urlopu oj­cow­skiego. Te­raz była to "Mała po­moc dla Fre­drika", po­zwa­la­jąca ja­koś znieść sa­mot­ność w ciem­nych, ozdo­bio­nych me­da­lio­no­wymi ta­pe­tami po­ko­jach.

Wró­cił do sa­lonu z puszką w dłoni.

Je­sper miał wy­jąt­kową miej­scówkę. To prawda, że stary bu­dy­nek go­spo­dar­czy był mocno za­pusz­czony, a kiedy go­spo­darz się wpro­wa­dził, bra­ko­wało bie­żą­cej wody i ka­na­li­za­cji, a po dru­giej stro­nie stała ru­ina star­szego bu­dynku głów­nego. Wy­jąt­kowa była lo­ka­li­za­cja. Za­le­d­wie kilka mi­nut ro­we­rem do plaży w Au­stre. Dom le­żał w po­pu­lar­nym wśród tu­ry­stów okręgu Vam­lingbo, ale w wy­god­nej od­le­gło­ści od firmy odzie­żo­wej Vam­ling­bo­la­get, gdzie pod­czas go­rącz­ko­wych ty­go­dni w szczy­cie se­zonu sztok­holm­czycy krą­żyli jak mu­chy wo­kół kostki cu­kru.

Kiedy Ninni go wy­rzu­ciła, na­prawdę do­słow­nie wy­pchnęła z ich wspól­nego domu, nie miał bla­dego po­ję­cia, do­kąd się udać. Przez kilka go­dzin sie­dział w sa­mo­cho­dzie. Roz­pa­czał i roz­my­ślał. W końcu przy­szło mu do głowy, że na po­czątku czerwca wiele dom­ków let­ni­sko­wych na wy­spie z pew­no­ścią świeci pust­kami.

Za­czął prze­wi­jać w my­ślach li­stę przy­ja­ciół i zna­jo­mych, o któ­rych wie­dział, że mają do­mek na Go­tlan­dii. Było ich cał­kiem sporo. Po za­sta­no­wie­niu do­szedł jed­nak do wnio­sku, że tylko Je­spera można o to za­py­tać bez skrę­po­wa­nia. Zwłasz­cza je­śli bę­dzie mu­siał ujaw­nić po­wód.

Za­dzwo­nił do niego i do­stał zgodę na wpro­wa­dze­nie się jesz­cze tego sa­mego wie­czoru. To prze­kra­czało naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia. Klucz był u czło­wieka miesz­ka­ją­cego w są­sied­nim bu­dynku przez okrą­gły rok.

Je­sper tylko się z niego śmiał. Swoim zwy­cza­jo­wym "e-hyy, e-hyy".

- Nie mogę - gul­go­tał do słu­chawki. - To prze­cież ste­reo­typ ze szwedz­kich kry­mi­na­łów. Gli­niarz, który ma pro­blemy mał­żeń­skie i jest w trak­cie roz­wodu, je­dzie się prze­ki­mać do domku wy­po­czyn­ko­wego swo­jego kum­pla.

Aku­rat wtedy Fre­drik miał kło­poty z do­strze­że­niem ko­mi­zmu ca­łej sy­tu­acji. Po­nie­waż jed­nak za­le­żało mu na da­chu nad głową, nie ka­zał Je­spe­rowi się za­mknąć.

- Nie roz­wio­dłem się - pod­kre­ślił nieco za­cię­tym to­nem.

To tylko jesz­cze bar­dziej roz­śmie­szyło Je­spera. Z te­le­fonu do­biegł trzesz­czący cha­rak­te­ry­styczny śmiech.

- Mo­głeś cho­ciaż wy­my­ślić coś bar­dziej ory­gi­nal­nego. Ujaw­nić, że je­steś pe­dziem. Albo no­to­rycz­nie za­li­czać każdą la­skę z ko­mi­sa­riatu. Zo­stać wy­rzu­co­nym przez żonę z domu za ro­mans z ko­le­żanką z pracy to ba­nał, ja­kich mało.

I znowu ten śmiech.

Fre­drik mil­czał.

Kiedy jed­nak wło­żył klucz do zamka i wszedł do wy­zię­bio­nego, wil­got­nego wnę­trza, po­czuł ogromną wdzięcz­ność.

Od wy­pro­wadzki mi­nęło już pół­tora ty­go­dnia. Znów pod­szedł do okna i wyj­rzał na ze­wnątrz. Za go­dzinę słońce znik­nie za ko­ro­nami drzew. Wtedy w środku znowu bę­dzie zimno, ale miał drewno, któ­rym mógł na­pa­lić.

Fre­drik otwo­rzył okno. Po­wie­trze było wil­gotne. Praw­dziwe cie­pło ka­zało na sie­bie cze­kać. W oko­li­cach mid­som­mar zwy­kle tak to wy­glą­dało. Wy­sta­wił głowę na ze­wnątrz i na­słu­chi­wał. Wy­raź­nie usły­szał nad­jeż­dża­jący sa­mo­chód. Sta­nął w drzwiach z za­ło­żo­nymi rę­kami i oparł się ra­mie­niem o fu­trynę. Wkrótce spo­strzegł czar­nego mer­ce­desa Evy. Po­jazd znik­nął za w po­ło­wie za­wa­loną oborą i wy­nu­rzył się znowu zza frag­mentu, który jesz­cze stał. Eva skrę­ciła na po­se­sję. Sa­mo­chód, ko­le­biąc się, prze­je­chał przez za­ro­śnięte po­dwó­rze i za­par­ko­wał przed ni­skim ka­mien­nym mur­kiem obok vo­lva Fre­drika.

Z sa­mo­chodu wy­sia­dła Eva Kar­lén i po­słała mu sze­roki uśmiech. Miała na so­bie dżinsy i bru­nat­no­czer­woną skó­rzaną kurtkę z pa­skiem, któ­rego końce wi­siały po bo­kach. Ja­sne włosy, na służ­bie za­wsze spięte, opa­dały na koł­nierz kurtki.

Eva w go­tlandz­kiej po­li­cji zaj­mo­wała się tech­niką kry­mi­na­li­styczną i od trzech lat pra­co­wała z Fre­dri­kiem. Od kilku ty­go­dni była też dla niego kimś jesz­cze. Kimś wię­cej. Nie wie­dział, kim do­kład­nie. Pew­nie le­piej by zro­bili, gdyby po­zo­stali ko­le­gami, ale na to i tak było już za późno. Może i nie za do­brze się stało, że go tu od­wie­dziła, przy­naj­mniej je­śli za­mie­rzał się prze­pro­wa­dzić z po­wro­tem do swo­jego wła­ści­wego domu. Na ra­zie jed­nak nie był w sta­nie my­śleć o tym, co jest słuszne, a co nie, i jak w tej sy­tu­acji za­cho­wać się roz­sąd­nie.

Eva lekko po­ko­nała stop­nie. Na jej twa­rzy znów wy­kwitł sze­roki uśmiech. Oczy zma­lały w wą­skie szparki, a przy ich ką­ci­kach po­ja­wiły się zmarszczki mi­miczne.

- No hej - po­wie­działa gło­sem peł­nym ra­do­ści.

Fre­drik po­czuł, że na sam jego dźwięk serce za­czyna mu bić szyb­ciej. Po dwóch krót­kich sło­wach. Na­prawdę nie wy­glą­dało to do­brze. Prze­cież na­wet go nie do­tknęła. Zro­biła to jed­nak chwilę póź­niej. Ob­jęli się. Wsu­nął ręce pod jej kurtkę, a Eva sta­nęła na pal­cach i go po­ca­ło­wała, przy­ssaw­szy się do jego ust.

Po­czuł się odu­rzony. Tu i te­raz mógł prze­stać my­śleć o tym, że jego ży­cie to to­talny chaos i że sam do tego do­pro­wa­dził. Stali tak dłuż­szą chwilę i się ca­ło­wali, za­po­mi­na­jąc o ca­łej resz­cie.

W końcu Eva psot­nie uszczyp­nęła go w kro­cze kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym i wy­swo­bo­dziła się z uści­sku.

- Po­czę­stu­jesz mnie czymś? - za­py­tała.

- Oczy­wi­ście. Może naj­pierw wejdź - od­parł i się od­su­nął, żeby ją prze­pu­ścić.

Zdjęła kurtkę i rzu­ciła ją na krze­sło w przed­po­koju. On po­szedł za nią. Nie mógł się po­wstrzy­mać przed po­gła­ska­niem jej po szyi i ra­mie­niu. Chwy­ciła go za rękę i pierw­sza ru­szyła do kuchni.

- Ja­dłaś coś? - za­py­tał.

- Tak, z dziećmi. Ale chęt­nie wy­piję kie­li­szek wina.

- Czer­wone może być? - za­py­tał, pusz­cza­jąc jej dłoń.

- Może.

- To do­brze, bo chyba nie mam in­nego.

Od­kor­ko­wał bu­telkę hisz­pań­skiego wina z Na­varry. To za­sada nu­mer dwa wy­rzu­co­nego z domu męża, który nie chce upaść na dno. Żad­nego wina z kar­tonu.

- Kto się te­raz opie­kuje Stiną i Fi­li­pem? - spy­tał, na­le­wa­jąc wino do szklanki.

Nie zna­lazł w domu żad­nych kie­lisz­ków, a nie miał ochoty dzwo­nić do Je­spera i py­tać, gdzie są.

- Zo­stali z mamą.

Ski­nął głową. Eva wzięła szklankę do ręki.

- Ona jest o tyle w po­rządku, że nie za­daje żad­nych py­tań.

Wy­piła łyk wina.

- A przy­naj­mniej nie­wiele - do­dała.

Eva pod ko­niec roku zde­cy­do­wała się na se­pa­ra­cję z mę­żem. A za­tem ni­kogo nie zdra­dzała. W prze­ci­wień­stwie do niego. Może po­peł­niała błąd, za­da­jąc się z żo­na­tym fa­ce­tem. Pew­nie tak jej to tłu­ma­czyły przy­ja­ciółki. Je­śli z nimi o tym roz­ma­wiała.

Fre­drik na­peł­nił szklankę dla sie­bie.

- Zdro­wie - po­wie­dział. - Twoje zdro­wie.

- I twoje - od­po­wie­działa i stuk­nęli się so­lid­nymi szklan­kami.

Wzięli po łyku wina, a Eva od­sta­wiła szklankę na zle­wo­zmy­wak. Jej oczy znów się zwę­ziły - i to w spo­sób, któ­remu le­dwo po­tra­fił się oprzeć. Po­de­szła do niego, wsu­nęła ręce pod jego swe­ter, a palce pod pa­sek spodni, ale rów­nie szybko je cof­nęła i po­gła­dziła go po ple­cach. Fre­drik tro­chę nie­po­rad­nie od­sta­wił szklankę. Otwo­rzył usta, żeby sko­men­to­wać, że mimo wszystko nie wy­gląda na szcze­gól­nie za­in­te­re­so­waną wi­nem, ale zdą­żył wy­po­wie­dzieć tylko kilka słów, bo za­częła go ca­ło­wać. Pod­sko­czyła i usia­dła na zle­wo­zmy­waku, no­gami ob­jęła bio­dra Fre­drika. Przy­warł do niej.

Eva była jedną z pierw­szych osób z Visby, które na­prawdę po­znał. Za­wsze ła­two im się roz­ma­wiało. Ich re­la­cje były nie­skom­pli­ko­wane i od­prę­ża­jące. Za­uwa­żył, że jest szczę­śliwy, mo­gąc z nią pra­co­wać. Nie my­ślał jed­nak o niej jako o kimś wię­cej niż przy­ja­ciółce i ko­le­żance z pracy.

A może... szcze­rze mu­siałby przy­znać, że jed­nak my­ślał. Przy­ła­pał się na tym, że nieco zbyt długo przy­gląda się jej twa­rzy. Kiedy pa­trzyła mu w oczy, czuł, że może nim za­wład­nąć silne i piękne uczu­cie. Tyle tylko, że miał żonę, a poza tym na świe­cie nie bra­ko­wało atrak­cyj­nych ko­biet. Sta­rał się skie­ro­wać my­śli na inne tory.

Naj­wy­raź­niej coś mię­dzy nimi było. Bu­zo­wało pod po­wierzch­nią. A przed pię­cioma ty­go­dniami wy­bu­chło.

- Może by­śmy po­szli na górę i zo­ba­czyli, jak wszystko tam wy­gląda? - za­py­tała. - Co ty na to?

Wy­da­wała się lekko zdy­szana.

- Je­stem za - od­po­wie­dział, a ona się ro­ze­śmiała, pa­trząc na niego. Ich usta dzie­liło za­le­d­wie kilka cen­ty­me­trów.

Pół piwa, łyk wina, Eva, pra­wie ni­czego wię­cej nie było mu po­trzeba. Pod­niósł ją ze zle­wo­zmy­waka i niósł na rę­kach, lekko się za­ta­cza­jąc od cię­żaru i al­ko­holu. Kiedy szedł w kie­runku scho­dów, par­kiet w przed­po­koju skrzy­piał.

- Nie, stój, po­cze­kaj! - za­wo­łała Eva.

Ze­sko­czyła.

- Ze zła­ma­nym kar­kiem na nic mi się nie przy­dasz.

Za­częła iść ty­łem po scho­dach, a na jej twa­rzy znów po­ja­wił się ten sze­roki uśmiech. Fre­drik ru­szył za nią, za­cza­ro­wany i pod­nie­cony po­nad wszelką miarę i roz­są­dek.

4

Słońce nad Go­tlan­dią świe­ciło na­wet w śro­dowy po­ra­nek, ale z za­chodu nad­cią­gał ma­sywny pas chmur. Ma­gnus Fors­berg, zwany Man­ga­nem, stał z jedną ręką opusz­czoną, a drugą unie­sioną do czoła i chro­niącą oczy przed słoń­cem. Przy­glą­dał się du­żemu dra­pież­nemu pta­kowi szy­bu­ją­cemu po nie­bie wy­soko nad Nis­se­vi­ken. Po­ka­zała mu go kilka dni temu żona Jo­se­fin, zdrob­niale Jos­san. Jej z ko­lei zwró­ciła na niego uwagę dziew­czyna z za­gra­nicy wy­naj­mu­jąca do­mek przy na­brzeżu. Ma­gnus nie miał po­ję­cia, czym się różni na przy­kład bie­lik od ja­strzę­bia. Wie­dział je­dy­nie, że bie­lik jest ra­czej więk­szy i bar­dziej oka­zały niż ja­strząb. A ten ptak wy­glą­dał na du­żego.

- Wy­no­simy je?

Żona Ma­gnusa chciała się wziąć do ro­boty przy za­da­sze­niu. Trzeba było je wy­rów­nać po raz drugi. Naj­pierw jed­nak mu­sieli prze­nieść rat­ta­nowe me­ble, żeby mieć miej­sce do pracy.

Jos­san stała go­towa do dzia­ła­nia, w zno­szo­nych dżin­sach i T-shir­cie w ko­lo­rowe plamy. Jej rude włosy były za­ple­cione w war­kocz. Przed za­pla­no­wa­nym na mid­som­mar wie­czo­rem gril­lo­wym cze­kało ich jesz­cze wiele pracy.

Re­stau­ra­cję i ka­wiar­nię Nis­se­vi­ken ku­pili pod ko­niec marca. Lo­kal wy­ma­gał re­montu. Duże i wy­godne rat­ta­nowe me­ble, sto­jące pod ochron­nym za­da­sze­niem mię­dzy re­stau­ra­cją a kio­skiem, były jed­nym z eta­pów tej drogi. In­nym waż­nym ele­men­tem re­kon­stru­owa­nego lo­kalu był Man­gan. Ku­charz... i to bar­dzo zdolny - czego, jak gło­siła plotka, nie dało się po­wie­dzieć o po­przed­nim wła­ści­cielu. Man­gan miał pięt­na­ście lat do­świad­cze­nia w branży re­stau­ra­cyj­nej. Ostat­nio w nie­złej re­stau­ra­cji przy Sur­brun­ns­ga­tan w Sztok­hol­mie.

Kiedy wy­nie­śli rat­ta­nowe me­ble, za­pa­lił pa­pie­rosa i zszedł spraw­dzić tem­pe­ra­turę wody. Za­toka Nis­se­vi­ken była płytka, przy końcu po­mo­stu - pięć­dzie­siąt me­trów od plaży - miała za­le­d­wie metr głę­bo­ko­ści. Za­nu­rzył ter­mo­metr i cze­kał. Po­dmu­chy wia­tru od mo­rza roz­pra­szały dym z pa­pie­rosa i tar­gały jego ja­sną grzywkę. Miał na so­bie tylko szorty w ko­lo­rze khaki, bluzę z kap­tu­rem i san­dały Bir­ken­stock na bo­sych sto­pach, ale chłodny wiatr nie sta­no­wił dla niego pro­blemu. Man­gan nie był zmar­z­la­kiem, a poza tym chro­niła go do­dat­kowa war­stwa tłusz­czu pod skórą.

Wy­dmu­chał dym i po­wiódł spoj­rze­niem po plaży.

Za ka­mien­nym mur­kiem stało kil­ka­na­ście sta­rych cha­tek ry­bac­kich, a ka­wa­łek da­lej znaj­do­wały się re­stau­ra­cja i kiosk. Było też tro­chę atrak­cji dla dzieci: huś­tawki, stół do ping-ponga, flip­per. Oko­lica nie wy­glą­dała zbyt cie­ka­wie. Wszę­dzie wy­so­kie so­sny i lepka zie­mia. Cho­dziło jed­nak o spo­kój i bli­skość mo­rza. Gdy była piękna po­goda, by­wało tam cza­sem tłoczno, ale po sie­dem­na­stej mała grupka let­ni­ków Nis­se­vi­ken miała plażę tylko dla sie­bie. W bez­wietrzny i bez­chmurny wie­czór można było zejść tam z pi­wem, gril­lem albo piłką do nogi. Słońce zni­kało w ró­żo­wo­fio­le­to­wym mo­rzu około dwu­dzie­stej dru­giej.

Man­gan wy­cią­gnął ter­mo­metr z wody. Nie­zbyt za­chę­ca­jące szes­na­ście stopni. Był jed­nak wcze­sny ra­nek. Woda jesz­cze się na­grzeje. Ziew­nął sze­roko i ru­szył z po­wro­tem w kie­runku lądu.

Prze­szedł jesz­cze ka­wa­łek na­brze­żem i mi­nął re­stau­ra­cję, żeby do­pa­lić pa­pie­rosa. Za dwoma pierw­szymi do­mami usły­szał ci­che elek­tro­niczne pi­ski. Od­ru­chowo wy­cią­gnął te­le­fon z kie­szeni. Czyżby wy­ła­do­wy­wała się ba­te­ria? Nie, na wy­świe­tla­czu nic nie było wi­dać. Pi­ski nie usta­wały. Ro­zej­rzał się, nie ro­zu­mie­jąc, skąd do­cho­dzą. Może z któ­re­goś z dom­ków?

Zmru­żył oczy. Naj­bliż­szy wy­naj­mo­wała para imi­gran­tów. Za jed­nym z okien coś się po­ru­szało. Za­fa­lo­wała fi­ranka.

Do­piero wtedy Man­gan zo­ba­czył po­żar.

Wy­pu­ścił z ręki ter­mo­metr i pa­pie­rosa i po­biegł do re­stau­ra­cji. Wpadł do środka i omal nie zde­rzył się z Jos­san.

- Pali się. Dzwoń po straż po­żarną! - krzyk­nął.

Spoj­rzała na niego prze­ra­żona.

- Tu­taj?

- Nie, nie tu­taj. W jed­nym z do­mów. Dzwoń, do dia­bła!

W kuchni zła­pał jedną z ga­śnic i wy­biegł z po­wro­tem na ze­wnątrz. Jos­san pod­nio­sła słu­chawkę te­le­fonu w ba­rze i wy­stu­kała 112.

Trzy­ma­jąc obu­rącz dużą czer­woną ga­śnicę, Man­gan Fors­berg po­pę­dził w stronę pło­ną­cego domku. Biegł ocię­żale. Jego stopy za­pa­dały się w pia­sek.

Do­padł do furtki, otwo­rzył ją nogą i po­gnał da­lej w stronę domu. Drzwi nie były za­mknięte. Uznał to za do­bry znak. Przy­naj­mniej było wia­domo, że w środku nikt nie śpi. W progu coś le­żało. Czło­wiek? Czy ktoś się obu­dził, pró­bo­wał wyjść pod­truty dy­mem i tuż za drzwiami ru­nął na zie­mię?

Man­gan gwał­tow­nie przy­sta­nął. Sze­roko otwo­rzył oczy. Naj­pierw spo­strzegł krew na drzwiach i ścia­nach, po­tem zo­ba­czył za­krwa­wione, zma­sa­kro­wane ciała. Po­woli ru­szył w ich stronę. Sta­wiał małe, ostrożne kroki. Na­gle po­czuł, że traci siłę w no­gach. Pod­szedł jesz­cze bli­żej. Co tu się wy­da­rzyło? - po­my­ślał.

A po­tem ich roz­po­znał.

Pró­bo­wał od­wró­cić wzrok, ale nie był w sta­nie. Zma­sa­kro­wane ciała wy­glą­dały ina­czej, skóra miała ciemny ru­do­bru­na­tny ko­lor, miej­scami pra­wie czarny. Wo­kół nich uno­sił się gę­sty rój much. Mimo to Ma­gnus Fors­berg na­tych­miast roz­po­znał ko­bietę.

Miał wra­że­nie, że jego serce prze­staje bić. Że ja­kaś sub­stan­cja ro­śnie mu w ustach.

Zro­bił kilka nie­pew­nych kro­ków do tyłu i opadł na su­chą trawę. Wpa­try­wał się bez­myśl­nie przed sie­bie, ści­ska­jąc w rę­kach ga­śnicę.

Ta­niec pło­mieni za oknem kuchni był co­raz dzik­szy.

- Już jadą. Jak ci idzie? - roz­legł się krzyk Jos­san od strony plaży.

Wbie­gła przez bramkę.

- O co cho­dzi? - krzyk­nęła zdy­szana na wi­dok męża. - Ma­gnus, co się stało?

Za­częła do niego le­cieć, ale sta­nęła na wi­dok tru­pów przed drzwiami.

- O mój Boże, co to jest? O Boże - po­wie­działa zdu­szo­nym gło­sem.

Od­wró­ciła się do Ma­gnusa i już gło­śniej do­dała:

- Mu­simy coś zro­bić. Sły­szysz?

Pra­wie nie za­re­ago­wał. Wzrok miał nie­obecny, jakby był roz­ma­rzony.

Jo­se­fin ob­rzu­ciła krót­kim spoj­rze­niem oba ciała, a po­tem drga­jące pło­mie­nie za oknem. Po­pę­dziła do Ma­gnusa i wy­szarp­nęła mu ga­śnicę. Jego luźne ręce zsu­nęły się po czer­wo­nym zbior­niku.

Pod­bie­gła do okna i stłu­kła ga­śnicą jedną z szyb. Wy­cią­gnęła za­wleczkę z uchwytu, wsu­nęła dy­szę do otworu w oknie i na­ci­snęła dźwi­gnię. Miała dzie­sięć se­kund. Pa­liło się coś na ła­wie obok zle­wo­zmy­waka, a oprócz tego pło­nęła jedna z za­słon. Na szczę­ście ogień nie tra­fił jesz­cze na po­datny grunt. Pło­mie­nie szybko zga­sły, a Jo­se­fin na oślep skie­ro­wała dy­szę ku su­fi­towi.

Ci­śnie­nie w ga­śnicy na­gle się wy­czer­pało. Jo­se­fin ode­tchnęła i przy­kuc­nęła. Opu­ściła ga­śnicę i za­częła szpe­rać w kie­szeni dżin­sów, szu­ka­jąc te­le­fonu.

5

Fre­drik obu­dził się wcze­śnie. Sy­pial­nia była ską­pana w świe­tle. W oknach bra­ko­wało fi­ra­nek, a nie ze­brał się do po­wie­sze­nia żad­nej za­słony. I to mimo tego, że świa­tło bu­dziło go co rano przez pół­tora ty­go­dnia.

Eva na­dal spała. Le­żała na boku, od­dy­chała spo­koj­nie i mia­rowo. Włosy opa­dły jej na twarz. Od­gar­nął je ostroż­nie, od­sła­nia­jąc oczy, dzięki czemu mógł zo­ba­czyć piękne łuki rzęs. Pod­cią­gnęła jedną nogę, ale się nie obu­dziła.

Dłuż­szą chwilę le­żał, pa­trząc na nią. Za­le­d­wie kilka go­dzin wcze­śniej sie­działa na nim okra­kiem i schryp­nię­tym gło­sem szep­tała swoje: "Do­cho­dzę, do­cho­dzę...". Te wspo­mnie­nia na­peł­niły go na­głym po­żą­da­niem. Po­ło­żył dłoń na bio­drze Evy, prze­su­nął ku gó­rze, a po­tem ostroż­nie opu­ścił na brzuch. Czuł cie­pło jej skóry. Lekki prąd wpra­wiał jego dłoń w drże­nie. Eva ję­czała z za­do­wo­le­niem, a je­den z ką­ci­ków jej ust za­czy­nał się po­ru­szać jak przy uśmie­chu. Fre­drik po­zwo­lił so­bie na po­wolne zsu­nię­cie dłoni mię­dzy nogi ko­biety. Otwo­rzyła oczy i spoj­rzała na niego za­mglo­nym wzro­kiem.

Nie­ocze­ki­wany sy­gnał jej te­le­fonu był nie­mal jak cios w twarz. Wi­bra­cje zo­stały spo­tę­go­wane przez sto­lik nocny, któ­rego skrzy­pie­nie było gło­śniej­sze i bar­dziej nie­zno­śne niż sam sy­gnał. Za­nim się od­wró­ciła, wi­bru­jący te­le­fon prze­su­nął się do kra­wę­dzi i spadł na pod­łogę.

- Cho­lera - wy­mam­ro­tała, wy­cią­gnęła rękę i go chwy­ciła. - Eva Kar­lén - przed­sta­wiła się nieco ochry­ple, sia­da­jąc na skraju łóżka.

Na chwilę umil­kła i tylko raz na ja­kiś czas wy­da­wała po­mruki na znak po­twier­dze­nia.

- Mogę tam być za pół­to­rej, może dwie go­dziny. Mu­szę naj­pierw wstać i ode­brać wóz.

Fre­drik zro­zu­miał, że stało się coś po­waż­nego. Mimo woli na wi­dok na­giego ciała obok sie­bie po­czuł ukłu­cie roz­cza­ro­wa­nia. Jak tylko Eva skoń­czy roz­mowę, bę­dzie mu­siała pę­dzić do Visby.

Zga­siła wy­świe­tlacz ko­mórki. Od­wró­ciła się do Fre­drika.

- Dzwo­nił Göran - oznaj­miła. - W domku w Nis­se­vi­ken leży dwoje za­strze­lo­nych ob­co­kra­jow­ców.

- Ob­co­kra­jow­ców?

- Tak. Imi­gran­tów czy coś. Dziś rano zna­leźli ich wła­ści­ciele tego kio­sku tam w dole.

Fre­drik po­czuł, że po­żą­da­nie szybko go opusz­cza.

- Pew­nie nie­długo do cie­bie za­dzwoni. Wo­la­ła­bym nie mó­wić, że le­ża­łeś tu obok mnie - po­wie­działa z krzy­wym uśmie­chem.

- No, le­piej nie - od­parł, gra­mo­ląc się z łóżka.

- We­zmę szybki prysz­nic. Do zo­ba­cze­nia na miej­scu - po­wie­działa Eva.

Po­zbie­rała swoje ubra­nie, szybko go po­ca­ło­wała, wło­żyła do ust por­cję snusa i ru­szyła w dół po scho­dach, ści­ska­jąc w rę­kach stertę ciu­chów. Kiedy znik­nęła mu z oczu, za­dzwo­nił jego te­le­fon. Był to oczy­wi­ście Göran Eide, szef Wy­działu Kry­mi­nal­nego w Visby.

Fre­drik słu­chał, jak Göran opo­wiada to samo co Evie.

- Czy ktoś jest na miej­scu? - spy­tał.

- Tak, do­tarł już tam pierw­szy wóz i mamy po­twier­dze­nie. Z ich słów można by wy­wnio­sko­wać, że to istna krwawa łaź­nia. Zo­ba­czymy. Poza tym w domku po­noć wy­buchł po­żar, ale kiedy na miej­sce przy­je­chała straż po­żarna, ogień był już uga­szony.

- Okej - od­parł Fre­drik. - Jadę tam na­tych­miast.

- Do­brze. W ta­kim ra­zie jako pierwsi od nas przy­je­dzie­cie ty i Gu­stav.

Tylko Gu­stav, po­my­ślał Fre­drik. Nie po­wie­dział jesz­cze sze­fowi, że mieszka pół go­dziny drogi sa­mo­cho­dem od tam­tego miej­sca, w po­łu­dnio­wej czę­ści wy­spy. Choć może Göran po­wi­nien o tym wie­dzieć. O ile już się nie do­wie­dział pocztą pan­to­flową.

- To było tam w dole, przy ką­pie­li­sku? - za­py­tał Fre­drik.

- Tak, zga­dza się.

Za­koń­czyli roz­mowę. Zlu­stro­wał swoje ubra­nia i ze sto­ją­cej przy no­gach łóżka torby wy­jął slipy i parę skar­pe­tek.

Za­brzę­czało szkło, kiedy Eva za­mknęła za sobą drzwi. Jak tylko Fre­drik zo­stał sam, wró­cił do roz­wo­do­wego pie­kła. Pie­kła se­pa­ra­cyj­nego, pie­kła zdrady czy jak je tam na­zwać. Upo­je­nie, które czuł w obec­no­ści Evy, pry­sło jak bańka my­dlana. Za­stą­piły je wąt­pli­wo­ści.

Eva była wspa­niała, to prawda. Osza­ła­mia­jąco wspa­niała. Ale czy wła­śnie w tym nie kryło się coś nie­zdro­wego? Prze­cież miał ży­cie, miał mał­żeń­stwo, które wła­śnie się roz­pa­dało. A także dwójkę dzieci, z któ­rymi spo­tkał się raz w ciągu ostat­nich dwu­na­stu dni. Mu­siał my­śleć ja­sno, nie dać się ośle­pić. Cho­ciaż Eva była chyba kimś wię­cej niż obiek­tem chwi­lo­wego za­uro­cze­nia? Była? A może nie?

Zo­rien­to­wał się, że stoi z ubra­niami w rę­kach. Spodnie i swe­ter trzy­mał w le­wej dłoni, a slipy i skar­petki ści­skał w pra­wej. Cze­kano na niego na miej­scu zbrodni, gdzie było dwóch nie­bosz­czy­ków. Mu­siał my­śleć ja­sno. A przede wszyst­kim się po­spie­szyć.

Zbiegł po skrzy­pią­cych scho­dach, po dro­dze do ła­zienki wyj­rzał przez okno i stwier­dził, że sa­mo­chód Evy już od­je­chał.

***

Kiedy za­dzwo­nił dy­żurny, Göran Eide aku­rat za­wią­zy­wał pa­sek szla­froka. Miał w zwy­czaju wsta­wać wcze­śnie. Lu­bił się zja­wiać na miej­scu chwilę przed współ­pra­cow­ni­kami. Mógł dzięki temu pra­co­wać w ci­szy i spo­koju. Jako sze­fowi da­wało mu to tę prze­wagę, że kiedy w da­nym dniu roz­po­czy­nała się praca, miał sy­tu­ację pod kon­trolą. Był o krok przed in­nymi.

Bę­dąc na­dal w szla­froku, po­wia­do­mił lu­dzi, któ­rych mu­siał po­in­for­mo­wać, a po­mię­dzy roz­mo­wami po­zwa­lał so­bie na łyk kawy. Te­raz szybko się ubrał.

Alarm od dy­żur­nego spra­wił, że po­czuł się młody i ży­wotny - w ta­kim sen­sie, ja­kiego mu bra­ko­wało. Miał za sobą długi okres, kiedy to cho­dził z kąta w kąt i czuł się staro. Nie bez po­wodu. W końcu był stary. Wpraw­dzie na ra­zie los oszczę­dził mu cho­rób i do­le­gli­wo­ści, or­ga­nizm trzy­mał się do­brze jak na pięć­dzie­siąt sie­dem lat, ale co z tego. Göran Eide i tak czuł się staro. Tkwiło to ra­czej w gło­wie niż w ciele. Wciąż zaj­mo­wało jego my­śli. Pięć­dzie­siąt sie­dem lat. Poza tym wi­dział, co się działo z ludźmi, któ­rzy go ota­czali. Len­narta Svens­sona ból ple­ców zmu­szał do co­raz częst­szego bra­nia zwol­nień le­kar­skich. Ktoś z daw­nych zna­jo­mych zmarł przed­wcze­śnie, "znik­nął za ro­giem", jak to kie­dyś okre­ślił Len­nart.

W ostat­nie Boże Na­ro­dze­nie wpadł mu w oko ar­ty­kuł pra­sowy na te­mat raka krtani. Prze­czy­tał go nie­chęt­nie, ale uważ­nie. Z tek­stu wy­ni­kało, że cho­roba ta do­tyka nie­mal wy­łącz­nie pa­la­czy. Mniej wię­cej mie­siąc póź­niej za­czął od­ha­czać ko­lejne ob­jawy i był co­raz bar­dziej prze­ko­nany, że jest chory i czeka go śmierć.

W końcu po­szedł do le­ka­rza. Nie oznaj­mił od progu, że ma raka krtani. Po­prze­stał na opi­sa­niu ob­ja­wów. Wy­star­czyła mi­nuta, by le­karz stwier­dził, że to za­pa­le­nie gar­dła spo­wo­do­wane zwy­kłym prze­zię­bie­niem, z któ­rym pa­cjent cho­dził dłuż­szy czas.

Mimo to Eide był za­do­wo­lony, że rzu­cił pa­le­nie, choć w po­ra­nek taki jak ten, gdy roz­po­czy­nało się śledz­two w spra­wie za­bój­stwa, zda­rzało mu się za­tę­sk­nić za pa­pie­ro­sami. Od sa­mego my­śle­nia o ty­to­niu po­czuł jego za­pach.

Był już ubrany i go­towy do wyj­ścia.

- Jadę! - krzyk­nął w stronę ła­zienki. - Zdą­żysz?

- Tak, już idę - mruk­nęła Sonja.

Po jej nie­wy­raź­nej od­po­wie­dzi do­my­ślił się, że myła zęby.

Od kilku ty­go­dni we wtorki i czwartki przyj­mo­wała zgło­sze­nia w po­li­cyj­nej cen­trali. Była to pewna od­miana po pracy w re­cep­cji, ale ozna­czała rów­nież, że już o siód­mej Sonja mu­siała być w Visby.

- Wy­pro­wa­dzę sa­mo­chód.

Praca w po­li­cji nie jest za­ję­ciem, przy któ­rym można się spo­koj­nie ze­sta­rzeć, po­my­ślał, idąc do ga­rażu. Cho­ciaż może do­ty­czy to więk­szo­ści współ­cze­snych pro­fe­sji.

Ich naj­star­sze dziecko, syn Pe­ter, miał trzy­dzie­ści dwa lata i miesz­kał w Sztok­hol­mie. Daw­niej pra­co­wał jako pro­gra­mi­sta, ale od trzech lat był bez­ro­botny. Próby prze­bi­cia się do do­tknię­tej kry­zy­sem branży wy­da­wały się z góry ska­zane na po­rażkę. Poza tym Pe­ter twier­dził, że kiedy firma znów za­cznie za­trud­niać, bę­dzie ra­czej wy­bie­rała dwu­dzie­sto­dwu­lat­ków, kształ­co­nych na naj­now­szych sys­te­mach i ję­zy­kach pro­gra­mo­wa­nia.

Göran nie miał moż­li­wo­ści spraw­dzić, czy Pe­ter prze­sa­dza, czy na­prawdę jest tak źle. Brzmiało jed­nak nie naj­le­piej. Był nie­po­trzebny, choć prze­cież nie­dawno skoń­czył trzy­dziestkę.

Ostat­nio Pe­ter po­sta­no­wił wró­cić na uczel­nię i kształ­cił się, by zo­stać ma­te­ma­ty­kiem. Ro­bił to z mie­sza­nymi uczu­ciami, ale był pewny, że kiedy skoń­czy, do­sta­nie pracę w szkole. Za­po­wia­dało się do­brze. Kiedy jed­nak syn o wszyst­kim opo­wia­dał, Göran czuł ból. Wi­dział w oczach po­tomka, że to nie jest coś, czego on by chciał. Przy­naj­mniej w głębi serca. Co prawda ścieżka za­wo­dowa Görana rów­nież ni­gdy nie była pro­sta jak drut i po­zba­wiona trud­no­ści, ale nie zo­stał od­sta­wiony na boczny tor, nie mu­siał za­czy­nać od zera, jak naj­wy­raź­niej wielu lu­dzi obec­nie.

Czasy były cięż­kie. Ży­cie czę­sto nie miało nic wspól­nego z wy­obra­że­niami.

Ich córka na­dal prze­by­wała na Go­tlan­dii. Cie­szył się z tego. Pra­co­wała w szpi­talu w Visby i miesz­kała w En­dre, za­le­d­wie pięć ki­lo­me­trów od Ekeby. Wi­dy­wali się co ty­dzień.

Za­mknął drzwi ga­rażu, włą­czył sil­nik i sie­dział w sa­mo­cho­dzie. Już miał na­ci­snąć klak­son, kiedy Sonja wy­szła z domu.

***

Obu­dzona przez Görana Eidego Sara Oskars­son od razu po­szła pod prysz­nic. Stała pod stru­mie­niem wody nie dłu­żej niż mi­nutę. Po­bież­nie wy­tarła ciało ręcz­ni­kiem, naga we­szła do po­koju i się ubrała. Tu i ów­dzie za­mo­czyła ciu­chy, ale wie­działa, że nie­długo wy­schną.

Spoj­rzała na mło­dego męż­czy­znę, który le­żał w jej łóżku. Przy­stoj­niak, praw­dziwe cia­cho. Spę­dzili ra­zem miły wie­czór. Był jed­nak o sześć lat od niej młod­szy i - jak się spo­dzie­wała - to wszytko za­częło ją nu­dzić. O ile w ogóle róż­nica wieku miała tu co­kol­wiek do rze­czy.

Nu­dził ją ten chło­pak. Wie­działa, że musi się go po­zbyć, za­nim on za bar­dzo się przy­wiąże. Albo za­nim sama za­nadto przy­wyk­nie do by­cia czę­ścią tego ma­łego mia­steczka. Kiedy roz­wa­żała ze­rwa­nie, po­wstrzy­my­wała ją myśl, że straci kon­takt ze wszyst­kimi, któ­rych dzięki niemu po­znała. Ta­kie po­dej­ście było chore. A co naj­mniej nie­mą­dre.

Wielu przy­ja­ciół było od niego star­szych. Dziwne, zwa­żyw­szy, że po­tra­fił się za­cho­wy­wać na­prawdę dzie­cin­nie jak na dwu­dzie­sto­sied­mio­latka. Jed­no­cze­śnie był bez­po­średni, we­soły i przy­stojny. Tacy otwie­rają różne drzwi, na­wet je­śli cza­sem za­cho­wują się nie­zbyt roz­sąd­nie.

Dzień wcze­śniej, kiedy byli w łóżku, za­py­tał, czy mo­głaby przy­nieść z pracy po­li­cyjne kaj­danki i być skuta pod­czas seksu. Ro­ze­śmiała się. Po chwili zro­zu­miała, że mó­wił po­waż­nie. Od­po­wie­działa, że te­raz używa się pa­sków, nie kaj­da­nek. A sama nie ma na­wet tego - w końcu pra­cuje w po­li­cji kry­mi­nal­nej. Była to pół­prawda. Nie uży­wała pa­ska na służ­bie, ale jak wszy­scy inni miała mun­dur z pa­skiem w szafce w piw­nicy. Nie była z na­tury pru­de­ryjna i py­ta­nia o kaj­danki z całą pew­no­ścią nie uzna­łaby za kro­plę, która prze­lała czarę go­ry­czy. Po pro­stu py­ta­nie tak ją roz­ba­wiło, że za­częła się za­sta­na­wiać, co on w niej wi­dzi. Czy jej za­wód eks­cy­to­wał go rów­nie mocno, jak być może krę­ciła wy­no­sząca sześć lat róż­nica wieku? Mu­siała się po­zbyć chło­paka. Mimo wszystko miała na­dzieję, że nie straci kon­taktu z nie­któ­rymi z jego zna­jo­mych.

- No już, wsta­waj i zmy­kaj - po­wie­działa gło­śno. - Mu­szę je­chać.

Nie chciała, by po­zo­stał w miesz­ka­niu pod jej nie­obec­ność. Wy­da­wało się to sta­now­czo zbyt in­tymne.

- No już, zmy­kaj. Masz mi­nutę.

6

Sztyw­ność i ból po­woli ustę­po­wały. Spał na chod­niczku pod łóż­kiem. Nie od­wa­żył się po­ło­żyć w po­ścieli ze stra­chu, że za­pad­nie w zbyt głę­boki sen i wła­ści­ciel domku go za­sko­czy. W każ­dej chwili mo­gli się po­ja­wić lu­dzie na­sta­wieni na świę­to­wa­nie mid­som­mar. Może, tak jak on, przy­płyną stat­kiem około trze­ciej nad ra­nem. Kiedy się obu­dził i zo­ba­czył spód łóżka, czuł się tak, jakby bo­lał go każdy mię­sień. Przez pe­wien czas my­ślał na­wet, że nie uda mu się wy­gra­mo­lić.

W domku, w któ­rym spę­dził pierw­szą noc, nie było pra­wie nic. Na­wet wody. Za po­ży­wie­nie mu­siały mu wy­star­czyć dwie pół­to­ra­li­trowe bu­telki coca-coli i kilka ka­wał­ków gu­mo­wa­tego chleba śmier­dzą­cego my­sim gów­nem. Cu­kier go od­ży­wiał, ale jed­no­cze­śnie wzma­gał pra­gnie­nie.

Szedł da­lej na pół­noc. W kie­runku Visby. Wie­dział tylko to, że od­dala się od Nis­se­vi­ken. Poza tym nie miał po­ję­cia, gdzie się znaj­duje. Nis­se­vi­ken. Jak w sło­wie tom­te­nisse, ozna­cza­ją­cym szwedz­kiego kra­snala. Sa­leh i on z tego żar­to­wali, bo upar­cie prze­krę­cał tę na­zwę na Na­sse­vi­ken - Za­toka Na­zioli. Nie, po­wta­rzała. Nis­se­vi­ken, jak w sło­wie tom­te­nisse.

Ależ to była Wi­gi­lia.

Na­wie­dzały go straszne wi­zje z domu. Mu­siał wtedy usiąść i ści­snąć głowę dłońmi, żeby się w tym nie za­tra­cić. Jego sio­stra cio­teczna. Jego uko­chana ku­zynka. Za­mor­do­wana, ro­ze­rwana na strzępy. Wszystko się skoń­czyło. Nie było przy­szło­ści. Nie było wyj­ścia z sy­tu­acji. Ma­rze­nie o zdo­by­ciu wy­kształ­ce­nia i przy­szło­ści w Szwe­cji było rów­nie mar­twe jak Sa­leh i Jo­sef.

Ciało męż­czy­zny już pra­wie zdą­żyło się zre­ge­ne­ro­wać po nocy spę­dzo­nej na twar­dej pod­ło­dze, ale w środku cały się trząsł.

Na­lał wody do szklanki i łap­czy­wie wy­pił. Ten dom w po­rów­na­niu z po­przed­nim wy­glą­dał jak wy­grana na lo­te­rii. Były tu bie­żąca woda i prąd. W spi­żarni zna­lazł kon­serwy, ma­ka­ron, orze­chy i cze­ko­ladę. Wziął na­wet prysz­nic i się ogo­lił. Chciał za wszelką cenę uni­kać lu­dzi, ale gdyby mimo wszystko na ko­goś się na­tknął, nie mógł wy­glą­dać jak zbir. Już wy­star­cza­jący pro­blem spra­wiały mu eg­zo­tyczny wy­gląd i nie naj­lep­sza zna­jo­mość szwedz­kiego. Nie było tu tłumu, w który mógłby się wto­pić. Tu­taj się wy­róż­niał. Mógł je­dy­nie spró­bo­wać do­trzeć do Visby i od­pły­nąć stat­kiem. Py­ta­nie tylko do­kąd. Czy miał da­lej wieść ży­cie ucie­ki­niera? Jego pasz­port zo­stał w domku, ale pew­nie nie miało to aż ta­kiego zna­cze­nia. Po­wrót do Egiptu z pew­no­ścią nie był do­brym po­my­słem, a poza tym ist­niało duże ry­zyko, że zo­sta­nie za­trzy­many, gdy tylko spró­buje wejść na po­kład sa­mo­lotu, któ­rego ce­lem jest kraj spoza Unii Eu­ro­pej­skiej.

Prze­kli­nał Mu­ham­mada. Prze­kli­nał tę cho­lerną po­dróż do Te­he­ranu. Klął, że dawny przy­ja­ciel mógł mu zro­bić coś ta­kiego. Dla­czego? I to aku­rat w mo­men­cie, gdy wszystko w jego ży­ciu tak do­brze się uło­żyło? Wró­cił do Szwe­cji, a prze­cież ma­rzył o tym od tak wielu lat. Cze­kały na niego kursy po­dy­plo­mowe pro­wa­dzone przez jed­nego z naj­lep­szych bio­che­mi­ków w Eu­ro­pie.

Ale to już prze­szłość.

Mu­ham­mad, Mu­ham­mad... Said tak się cie­szył, gdy znów na­wią­zali kon­takt. W Egip­cie cho­dzili ra­zem do pod­sta­wówki, a po­tem do li­ceum. Mu­ham­mad był jego naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Kiedy ro­dzina prze­nio­sła się z po­wro­tem ze Sztok­holmu do Ka­iru, Said za­czął na­ukę w kla­sie Mu­ham­mada. Przy­je­chał do oj­czy­zny swo­ich ro­dzi­ców jako obcy. Wy­glą­dał jak Egip­cja­nin, mó­wił ich ję­zy­kiem, ale jego noga ni­gdy wcze­śniej w tym kraju nie po­stała. Do­piero Mu­ham­mad otwo­rzył przed nim świat. A przy­naj­mniej dziel­nicę, w któ­rej mie­ściły się szkoła i ich dom przy ulicy El-Fal­lah w dziel­nicy Mo­han­des­sin.

Ich kon­takt za­czął się ury­wać, gdy od­by­wali służbę woj­skową. Wi­dy­wali się na prze­pust­kach, je­śli aku­rat wy­pa­dały w tym sa­mym cza­sie, i było jak daw­niej, do­póki Mu­ham­mad nie do­łą­czył do Cen­tral­nych Sił Bez­pie­czeń­stwa. Tam wszystko się za­częło. Wła­śnie wtedy ich drogi za­częły się roz­jeż­dżać. Z per­spek­tywy czasu to było oczy­wi­ste. Z Cen­tral­nymi Si­łami Bez­pie­czeń­stwa łą­czyło się wiele skan­dali, a poza tym krą­żyła po­gło­ska, że or­ga­ni­za­cja zo­stała zin­fil­tro­wana przez eks­tre­mi­stów. Ale on sam nie za­uwa­żył ni­czego po­dob­nego ani nie był pod­da­wany pró­bom wer­bunku. To samo z pew­no­ścią mo­gliby po­wie­dzieć inni. A jed­nak w ten czy inny spo­sób za­częło się wła­śnie w CSB.

Po służ­bie woj­sko­wej Mu­ham­mad prze­niósł się na stu­dia do Asjut, co było kom­plet­nym za­sko­cze­niem. Przez dwa lata nie mieli prak­tycz­nie żad­nego kon­taktu, ale mniej wię­cej rok temu jego dawny przy­ja­ciel z dzie­ciń­stwa na­gle się ode­zwał. Za­mie­rzał się prze­nieść do Te­he­ranu i tam kon­ty­nu­ować stu­dia. Said aku­rat sam był w dro­dze do Szwe­cji. Ucie­szył się z roz­mowy i przez na­stępny rok pi­sali do sie­bie ma­ile.

Po­tem za­pa­dła de­cy­zja w spra­wie tej nie­szczę­snej po­dróży do Te­he­ranu. Jesz­cze trzy ty­go­dnie temu czuł eks­cy­ta­cję i nie mógł się do­cze­kać. Ni­gdy nie był w Te­he­ra­nie, ale sły­szał wiele en­tu­zja­stycz­nych i ma­low­ni­czych opi­sów tego mia­sta. To, co w za­my­śle miało być sen­ty­men­tal­nym spo­tka­niem i wi­zytą w cie­ka­wym miej­scu, oka­zało się jed­nak czymś zu­peł­nie in­nym. W krót­kim cza­sie do­tarło do niego, że jego przy­ja­ciel uległ grun­tow­nej prze­mia­nie. Nieco dłu­żej za­jęło mu zro­zu­mie­nie, na czym ta prze­miana po­lega. Po kilku dniach w Te­he­ra­nie z ro­sną­cym prze­ra­że­niem uświa­do­mił so­bie, że Mu­ham­mad zo­stał wcią­gnięty do ja­kiejś or­ga­ni­za­cji is­la­mi­stycz­nej w ro­dzaju Egip­skiego Is­lam­skiego Dżi­hadu. Może na­wet wła­śnie do niego, na­zwa ni­gdy nie pa­dła. Said długo słu­chał przy­ja­ciela, dys­ku­to­wał z nim. Czę­sto się zga­dzał. Z kry­tyką nie­wła­ści­wego ad­mi­ni­stro­wa­nia w Egip­cie, nie­rów­no­ści eko­no­micz­nych, kon­dy­cji de­mo­kra­cji, umiesz­cza­nia w wię­zie­niach opo­zy­cjo­ni­stów. Tylko czę­ściowo był z nim jed­nak zgodny co do przy­czyn tego stanu rze­czy. A już ab­so­lut­nie nie mógł za­ak­cep­to­wać środ­ków, ja­kimi Mu­ham­mad był go­tów się po­słu­żyć, by do­pro­wa­dzić do zmiany.

Co on so­bie wy­obra­żał? Że bę­dzie wy­rzy­nał w pień za­gra­nicz­nych tu­ry­stów i wty­kał w ich roz­pła­tane ciała ulotki? Bom­bar­do­wał re­stau­ra­cje ser­wu­jące eu­ro­pej­skie po­trawy? Czy to słuszna droga? A może nie­na­wiść i sza­leń­stwo do­pro­wa­dzi­łyby do za­bi­cia ko­lej­nego pre­zy­denta przez spraw­ców, któ­rzy poza tym nie mieli żad­nego prze­my­śla­nego celu? Nie po­tra­fił do­strzec w tym wszyst­kim żad­nej przy­szło­ści, zmiany ani re­wo­lu­cji. Wi­dział tylko śmierć i znisz­cze­nie. Za­wsze uwa­żał, że człon­ko­wie EID, Brac­twa Mu­zuł­mań­skiego i inni eks­tre­mi­ści są po pro­stu fa­szy­stami, nie­ważne jak bar­dzo by­liby re­li­gijni.

Po­krę­cił głową i spoj­rzał na Mu­ham­mada, któ­rego przez pięt­na­ście lat na­zy­wał przy­ja­cie­lem. Daw­niej byli so­bie tak bli­scy, a dziś znaj­do­wali się w dwóch róż­nych świa­tach. Od­le­głość geo­gra­ficzna mię­dzy Sztok­hol­mem a Te­he­ra­nem była ła­twa do po­ko­na­nia, ale ten dy­stans men­talny...

Na­dal nie do końca po­tra­fił do­ciec, dla­czego Mu­ham­ma­dowi tak bar­dzo za­le­żało na jego od­wie­dzi­nach. Czy mimo wszystko to dawna przy­jaźń spra­wiła, że Mu­ham­mad cie­szył się na po­nowne spo­tka­nie tak samo jak on, gdy sa­mo­lot wy­lą­do­wał na lot­ni­sku Te­he­ran-Meh­ra­bad? A może wy­obra­żał so­bie, że uda mu się prze­ko­nać przy­ja­ciela do swo­jej sprawy i go zwer­bo­wać, ale nie po­su­nął się tak da­leko, gdy zdał so­bie sprawę, że ten nie jest po­datny? Said nie znał od­po­wie­dzi. Nie był na­wet pewny, czy chce ją po­znać.

Na po­że­gna­nie przy­ja­ciel po­da­ro­wał mu ostrze­że­nie: ni­gdy nie wia­domo, kto pa­trzy, kto na­słu­chuje. Służby bez­pie­czeń­stwa, egip­skie i obce, mogą za­cząć się nim in­te­re­so­wać. Oczy­wi­ście roz­ma­wiali o tym w teo­rii. Na­prawdę mu­siałby mieć pe­cha, by coś ta­kiego rze­czy­wi­ście się zda­rzyło. Mu­ham­mad nie ostrzegł go wprost, że służby za­dzia­łają w okre­ślony spo­sób, ale ocho­czo dzie­lił się przy­kła­dami ilu­stru­ją­cymi, jak to może wy­glą­dać. Nie za­su­ge­ro­wał też, że uko­chana ku­zynka Sa­ida mo­głaby zgi­nąć z po­wodu jego wi­zyty w Te­he­ra­nie. Nie, o tym nie wspo­mniał ani sło­wem.

Said po raz ko­lejny mu­siał przy­ci­snąć dło­nie do głowy. To już ko­niec. Ko­niec jego ży­cia. I w ogóle wszyst­kiego. Znajdą i za­biją go ci, któ­rzy zli­kwi­do­wali Sa­leh i Jo­sefa, lub zo­sta­nie za­trzy­many przez szwedzką po­li­cję i albo usły­szy za­rzuty, albo trafi w ręce za­bój­ców. Kto po­wie­dział, że lu­dzie z Mu­cha­ba­rat, irac­kiej służby bez­pie­czeń­stwa, czy kim tam oni byli, nie zro­bili tego za przy­zwo­le­niem szwedz­kiego rządu? Oczy­wi­ście w ta­jem­nicy. Nie mógł ry­zy­ko­wać i iść na po­li­cję. Poza tym, jak­kol­wiek było, szwedzka po­li­cja nie mo­gła w ża­den spo­sób po­móc ani jego zmar­łej ku­zynce, ani jemu. Wy­glą­dało na to, że są tylko dwie moż­li­wo­ści: zgi­nąć albo żyć jak za­szczute zwie­rzę. A jed­nak, bez względu na to, jak kiep­skie były jego wi­doki na przy­szłość, nie mógł się pod­dać.

W naj­trud­niej­szych chwi­lach my­ślał, że ja­kie­kol­wiek szanse może mieć tylko w Ira­nie lub Su­da­nie i że jego przy­ja­ciel wie­dział o tym, gdy za­ra­żał go swo­imi ide­ami. Said roz­pa­mię­ty­wał, w jak cy­niczny spo­sób zo­stał przez niego pchnięty pro­sto w ręce lu­dzi, na któ­rych to­wa­rzy­stwo nie wy­ra­żał zgody. Prze­kli­nał Mu­ham­mada, a jed­no­cze­śnie nie po­tra­fił go prze­kli­nać. Tak do końca. W końcu Mu­ham­mad był jego kum­plem, naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Byli nie­mal jak bra­cia. Co się stało?

Musi żyć da­lej. Nie może so­bie po­zwo­lić na bez­czyn­ność i roz­my­śla­nie. Grunt to przez cały czas być w ru­chu.

Sta­ran­nie po so­bie po­sprzą­tał. Nie chciał, by wła­ści­ciel domku, od­kryw­szy czy­jąś obec­ność, za­wia­do­mił po­li­cję. Do ple­caka zna­le­zio­nego w jed­nej z szaf spa­ko­wał bu­telkę wody, pu­dełko cze­ko­la­dek, dwie puszki fa­soli, to­rebkę mig­da­łów, małe opa­ko­wa­nie chrup­kiego pie­czywa, szczo­teczkę do zę­bów, skar­petki i bie­li­znę.

To wła­śnie spra­wił jego dawny przy­ja­ciel: za­mie­nił go nie tylko w za­szczute zwie­rzę, lecz także w zwy­kłego zło­dzieja.

7

Kiedy Fre­drik do­tarł do Nis­se­vi­ken, nad ląd za­częła nad­cią­gać gruba war­stwa chmur. Sa­mo­chód Gu­stava stał już na par­kingu.

Ko­lega z po­li­cji po­rząd­ko­wej pil­no­wał ogro­dzo­nego te­renu opa­da­ją­cego w kie­runku plaży. Fre­drik pod­szedł bli­żej i roz­po­znał Lars­sona. Biało-nie­bie­ska po­li­cyjna ta­śma drżała na de­li­kat­nym wie­trze.

- Nie­cie­ka­wie to wy­gląda. Cho­ler­nie pa­skudny wi­dok.

- Wal­lin już tam jest? - za­py­tał Fre­drik.

- Tak, mogę cię za­pro­wa­dzić.

- Chyba tra­fię.

Prze­szedł nad ta­śmą i utwar­dzoną ścieżką ru­szył w kie­runku ni­skiego zie­lo­nego bu­dynku z fla­gami re­kla­mu­ją­cymi lody i ga­blo­tami eks­po­nu­ją­cymi pierw­sze strony po­czyt­nych ga­zet. Przed wej­ściem do kio­sku stał me­cha­niczny osioł w ra­do­snych ko­lo­rach. Je­den z tych, na któ­rych dzieci mogą się po­huś­tać przez dwie mi­nuty za pią­taka.

Fre­drik mi­nął re­stau­ra­cję i sta­nął na pia­sku. Znał te­ren cał­kiem do­brze, bo wiele razy przy­jeż­dżał tu z dziećmi na ką­pie­li­sko. Nis­se­vi­ken było ulu­bioną plażą Si­mona.

Po pra­wej stro­nie stał rząd pię­ciu ma­łych dom­ków wy­po­czyn­ko­wych z lat pięć­dzie­sią­tych. Na sa­mym końcu drogi do­jaz­do­wej za­par­ko­wano w po­przek ra­dio­wozy, two­rząc sku­teczną blo­kadę. W dole było ci­cho, spo­koj­nie i - od­kąd słońce za­szło za chmury - tro­chę zimno.

Przy trze­cim domku za­uwa­żył Gu­stava Wal­lina. Gu­stav stał przy otwar­tych drzwiach i przy­glą­dał się cze­muś le­żą­cemu na ziemi. Za furtką, obok za­rdze­wia­łej to­yoty, był za­par­ko­wany za­ku­rzony, ale poza tym za­dbany spor­towy sa­mo­chód. Kółka na ma­skow­nicy wska­zy­wały, że to audi.

Fre­drik ostroż­nie otwo­rzył furtkę z brą­zo­wych, nieco krzy­wych szcze­bel­ków.

- Halo! - krzyk­nął.

- Cześć - od­parł Gu­stav przy­tłu­mio­nym gło­sem, po czym pod­niósł wzrok i mach­nął ręką na po­wi­ta­nie.

Miał na so­bie gra­fi­towy lniany gar­ni­tur z czarną ko­szulą pod spodem. Za­wsze na­je­le­gant­szy na miej­scu zbrodni, po­my­ślał Fre­drik i za­uwa­żył, że Gu­stav po raz pierw­szy od po­nad roku jest gładko ogo­lony. Naj­wy­raź­niej po okre­sie eks­pe­ry­men­to­wa­nia z róż­nymi mod­nymi ty­pami za­ro­stu zde­cy­do­wał się po­sta­wić wła­śnie na taki wa­riant.

- Jak to wy­gląda? - za­py­tał Fre­drik.

- Chodź tu­taj, a sam się prze­ko­nasz.

Fre­drik wziął głę­boki wdech i pod­szedł do Gu­stava.

Wo­kół obu ciał krą­żyły mu­chy i inne owady. Fre­drik za­ci­snął zęby. Zwłoki sta­no­wiły nie­unik­niony ele­ment jego pracy. Sam ją zresztą wy­brał. Ist­niały jed­nak dwie rze­czy, z któ­rymi miał kło­pot. Mar­twi lu­dzie i owady.

Zmu­sił się, by po­dejść bli­żej. Na­prawdę zo­ba­czyć. Sto­nogi i mu­chy bie­gały po zwło­kach, jakby im się do­kądś spie­szyło. Były też inne in­sekty. Nie znał ich nazw ani po­wo­dów, dla któ­rych ist­niały. Nie chciał znać.

Na szczę­ście nie za­uwa­żył larw much. A za­tem ciała nie le­żały długo. Ko­bieta i męż­czy­zna. Oboje mieli ob­ra­że­nia klatki pier­sio­wej. Ściany i pod­łoga w przed­po­koju domku były czarne od ich za­schnię­tej krwi.

Afry­kań­czycy, po­my­ślał w pierw­szej chwili. Ktoś wspo­mi­nał o ob­co­kra­jow­cach. Szybko jed­nak spo­strzegł, że skóra nie jest w na­tu­ral­nym od­cie­niu, lecz ściem­niała od pro­ce­sów gnil­nych. Oboje mieli ciemne włosy i po­cho­dzili, jak się zda­wało, z pół­noc­nej Afryki albo Bli­skiego Wschodu. W każ­dym ra­zie tak ob­sta­wiał po obej­rze­niu ich spuch­nię­tych twa­rzy.

Fre­drik prze­łknął ślinę i spoj­rzał na Gu­stava.

- To nie mo­gło się wy­da­rzyć dzi­siaj.

- Słusz­nie - od­parł Gu­stav. - Na pewno są tu od kilku dni.

Ciało ko­biety le­żało na ple­cach, a tu­łów i część ud znaj­do­wały się we­wnątrz domu. Lewa go­leń była wy­krę­cona. Męż­czy­zna le­żał obok. Jego głowa spo­czy­wała na progu, tuż nad pra­wym ko­la­nem ko­biety. Miał na so­bie cienką, czarną ba­weł­nianą kurtkę i dżinsy. Na no­gach czer­wone te­ni­sówki. Ona była ubrana w ja­sno­szary T-shirt z na­dru­kiem. Tekst trudno było od­czy­tać z po­wodu ob­ra­żeń i krwi, ale na sa­mym dole Fre­drik wy­raź­nie zo­ba­czył słowa: "brac­two stu­denc­kie". Też miała na so­bie dżinsy. Była boso. Opuch­nięte twa­rze utrud­niały bar­dziej do­kładne osza­co­wa­nie wieku, ale Fre­drik się do­my­ślał, że oboje byli w oko­li­cach trzy­dziestki.

- Ktoś ich za­strze­lił. W tej kwe­stii nie ma wąt­pli­wo­ści - oznaj­mił Gu­stav.

- No tak, ale z ja­kiej broni?

Fre­drik przy­kuc­nął obok ciała męż­czy­zny.

Nogi ko­biety były gę­sto usiane bia­łymi dro­bi­nami. Tak samo frag­menty ple­ców jej to­wa­rzy­sza. Tu i ów­dzie Fre­drik do­strzegł ka­wałki cze­goś ja­sno­brą­zo­wego.

- Co to jest, do cho­lery? - za­py­tał gło­śno, a po chwili za­uwa­żył pa­pie­rową torbę za­le­ga­jącą pod cia­łem męż­czy­zny. Była znisz­czona, a spod po­szar­pa­nej kra­wę­dzi wy­sta­wała po­sie­kana ba­gietka.

- Pie­czywo na śnia­da­nie - pod­su­mo­wał. - Po obojgu mu­siały cho­dzić ptaki. Do­brze, że za­do­wo­liły się buł­kami.

- Je­śli był w skle­pie, może pa­mięta go któ­raś z ka­sje­rek. Nie można po­wie­dzieć, by tu się ro­iło od ob­co­kra­jow­ców. Jest spora szansa, że ktoś go za­pa­mię­tał.

- No to je­ste­śmy umó­wieni - skon­sta­to­wał Fre­drik.

Oparł się jedną ręką o trawę i na­chy­lił, pró­bu­jąc zba­dać rany klatki pier­sio­wej.

- Nie­wiele wi­dzę, ale ob­ra­że­nia wy­glą­dają na bar­dzo po­ważne. Kurtka tu na kra­wę­dzi jest w strzę­pach, a krwo­tok... Mu­sieli zgi­nąć na miej­scu.

- Kiedy zo­ba­czy­łem te plamy krwi, od razu po­my­śla­łem o strzel­bie i strza­łach z bli­ska, ale tu nie ma ani jed­nej łu­ski - oznaj­mił Gu­stav, wska­zu­jąc ściany i drzwi.

- To prawda - przy­znał Fre­drik. - Rany wlo­towe też nie pa­sują.

- Spójrz tu­taj - rzekł Gu­stav i zwró­cił jego uwagę na drzwi wy­szczer­bione na kra­wę­dziach. Po­śród cha­bro­wego błę­kitu rzu­cała się w oczy biel drewna w szcze­li­nie o śred­nicy dzie­się­ciu cen­ty­me­trów.

Fre­drik wstał.

- To z całą pew­no­ścią nie była strzelba - oznaj­mił.

- Je­śli ktoś przy­go­to­wuje amu­ni­cję, która jest w sta­nie zro­bić coś ta­kiego, ma wszystko za­pla­no­wane - stwier­dził Gu­stav.

- Bez wąt­pie­nia. To było dzia­ła­nie z pre­me­dy­ta­cją.

Umil­kli, za­sta­na­wia­jąc się nad tym nie­przy­jem­nym za­ło­że­niem. Roz­glą­dali się. Fre­drik po raz pierw­szy zwró­cił uwagę na to, że jedna z szyb w domu jest stłu­czona, a fu­tryna okienna czę­ściowo osma­lona po we­wnętrz­nej stro­nie.

Pod oknem gę­sto ro­sły wy­so­kie, in­ten­syw­nie fio­le­towe kwiaty.

Od­wró­cił się w stronę mo­rza. Z miej­sca przy drzwiach, czyli tam, gdzie stali z Gu­sta­vem, w każ­dym kie­runku coś za­sła­niało wi­dok - cał­ko­wi­cie lub czę­ściowo. Do­brze było wi­dać tylko furtkę. Po pra­wej stro­nie prze­świ­ty­wały frag­menty mo­rza, ale za­sad­ni­czą część pola wi­dze­nia wy­peł­niały za­ro­śla, wy­so­kie na kilka me­trów.

- Je­śli nie strze­lono z bli­ska ani z żad­nej z są­sied­nich po­se­sji, co wy­daje się praw­do­po­do­bne, skoro upa­dli w środku, na­past­nik znaj­do­wał się na li­nii łą­czą­cej drzwi i furtkę.

- My­ślisz, że mógł na przy­kład być ukryty za tymi krza­kami? - spy­tał Gu­stav.

- Moż­liwe - od­parł Fre­drik.

Gdy uświa­do­mił so­bie, że sam stał na li­nii strzału, ogar­nęło go nie­zbyt przy­jemne uczu­cie. Za­ro­śla przy plaży były gę­ste i nie dało się przez nie spoj­rzeć na wy­lot. Ni­kogo tam te­raz nie było, ale mimo wszystko od­su­nął się o krok.

Jesz­cze raz spoj­rzał na ciała.

- Czy ktoś z na­szych był w środku?

- Tak. Knuts­son wszedł i spraw­dził. Pu­sto.

Fre­drik spoj­rzał w niebo. Ma­sywna war­stwa chmur spo­wi­jała co­raz więk­szą część lądu. Wkrótce ostatni pa­sek błę­kit­nego nieba znik­nie na wscho­dzie.

- Oby tylko nie za­częło pa­dać.

Fre­drik ru­szył w stronę ra­dio­wozu i od­szu­kał Knuts­sona, który pil­no­wał ta­śmy po tej stro­nie. Ciała ochro­niono plan­deką. Na ra­zie mu­siało wy­star­czyć. Jak tylko przy­je­dzie Eva, roz­sta­wią na­miot.

Fre­drik i Gu­stav prze­szli się wo­kół domku. Z tyłu też były drzwi, ale za­mknięte na klucz. Za to są­sia­du­jące z nimi okno było uchy­lone.

- Ktoś je od­ry­glo­wał - za­uwa­żył Gu­stav.

Otwo­rzył okno czub­kiem klu­cza i przyj­rzał się ra­mie.

- Tu jest wy­raźny od­cisk buta - po­wie­dział.

Rze­czy­wi­ście, od­cisk był bar­dzo do­brze wi­do­czny i uka­zy­wał środ­kową część po­de­szwy buta. Oso­bliwe. Co mógł mieć wspól­nego z dwoj­giem za­strze­lo­nych lu­dzi w drzwiach? Czy ktoś wszedł albo wy­szedł przez okno? A je­śli tak, to kiedy? Przed za­bój­stwem, w jego trak­cie czy po nim?

Zaj­rzeli do po­miesz­cze­nia. Znaj­do­wały się w nim stół z la­mi­no­wa­nym bla­tem, ku­chenka, krótka ława, dwa fo­tele i te­le­wi­zor. Pod­łoga była uło­żona z po­ma­lo­wa­nych na biało de­sek o sze­ro­ko­ści dzie­się­ciu cen­ty­me­trów.

Na­gły war­kot sil­nika spra­wił, że się od­wró­cili. Na­tych­miast roz­po­znali cy­wilny ra­dio­wóz z Visby. Po­mię­dzy drze­wami wi­dzieli, że skręca na par­king ką­pie­li­ska i się za­trzy­muje. Ze środka wy­sie­dli Göran Eide, Ove Gahn­ström i Sara Oskars­son. Bra­ko­wało już tylko Evy Kar­lén. Fre­drik spoj­rzał na ze­ga­rek. Wie­dział, że po­trwa to jesz­cze co naj­mniej pół go­dziny.

***

Roz­legł się sy­gnał te­le­fonu Fre­drika. Dzwo­niła Ninni. Nie w porę, ale po­czuł, że musi ode­brać. Za­częli od zwro­tów grzecz­no­ścio­wych, które mo­głyby roz­po­cząć każdą inną roz­mowę. "Cześć, jak tam?" "Do­brze, a u cie­bie?" "W po­rządku". Po­tem na­stała ci­sza.

Te słowa ko­ja­rzyły mu się z za­kła­ma­niem. Ale co in­nego im po­zo­stało? Ogól­nie przy­jęte do­bre ma­niery nie po­winny za­szko­dzić.

Ninni ze­brała się na od­wagę.

- Po­my­śla­łam so­bie... Mu­simy po­roz­ma­wiać.

- Hm - mruk­nął.

- Mo­żesz przyjść dziś wie­czo­rem?

Fre­drik po­dą­żał wzro­kiem za trzema ko­le­gami, któ­rzy nie­dawno przy­je­chali. Gu­stav przed­sta­wiał im sy­tu­ację.

- Dzi­siaj ra­czej nie dam rady - od­po­wie­dział.

- Jak to nie dasz rady? Umó­wi­łeś się z nią? - za­ata­ko­wała Ninni, za­nim zdą­żył po­wie­dzieć coś wię­cej.

Fre­drik stłu­mił wes­tchnie­nie i ści­szył głos.

- Wła­śnie je­stem w Nis­se­vi­ken i pa­trzę na dwa trupy.

Po dru­giej stro­nie za­pa­dła ci­sza.

- Ofiary za­bój­stwa - do­dał. - Ra­czej się prze­cią­gnie.

- Aha - od­parła nie­pew­nie Ninni.

Stra­ciła re­zon. Trudno krzy­czeć na ko­goś, kto wła­śnie bada dwie ofiary mor­der­stwa.

- Za­dzwo­nię pod wie­czór, kiedy już będę wie­dział, na co się za­nosi.

- Do­brze, za­dzwoń.

- Ale może być późno.

- Nie szko­dzi. I tak nie mogę spać.

Nie miał po­my­słu, jak na to za­re­ago­wać. Przez kilka se­kund trwała mę­cząca ci­sza, aż w końcu po­wie­dział, że się ode­zwie póź­niej, i za­koń­czył po­łą­cze­nie.

Göran i po­zo­stali wy­szli przez furtkę. Ko­mi­sarz zdjął oku­lary i scho­wał je do we­wnętrz­nej kie­szeni ma­ry­narki w jo­dełkę. Prze­je­chał dło­nią po czole w kie­runku wło­sów - z bie­giem lat ten ruch się wy­dłu­żał - i szybko się ro­zej­rzał.

- Lada chwila może za­cząć pa­dać, więc chciał­bym, aby­śmy jak naj­szyb­ciej prze­szu­kali oko­lice domku i plażę. Gu­stav i Fre­drik, któ­rzy już zdą­żyli go okrą­żyć, będą kon­ty­nu­owali oglę­dziny, a ty, Ove, zaj­miesz się te­re­nem wo­kół kio­sku i par­kingu. Mats może ci po­móc. Na ra­zie jest tam spo­koj­nie. Sara i ja przyj­rzymy się bli­żej tym za­ro­ślom, a po­tem za­czniemy prze­cze­sy­wać plażę, kie­ru­jąc się w twoją stronę.

Wszy­scy po­ki­wali ze zro­zu­mie­niem gło­wami i się roz­dzie­lili. Zro­biło się chłod­niej, bar­dziej wil­gotno i przede wszyst­kim ciem­niej. Ulewa na­prawdę wi­siała w po­wie­trzu.

8

Göran Eide czuł się co naj­mniej o pięt­na­ście lat młod­szy, gdy ra­zem z Sarą ob­cho­dził po­kaźne za­ro­śla przy plaży. Wszyst­kie my­śli o sta­rze­niu się i nie­pew­nej przy­szło­ści dzieci na ra­zie wy­pa­ro­wały - i bar­dzo do­brze. Był w stu pro­cen­tach skon­cen­tro­wany na za­da­niu.

- Bar­dzo gę­ste. Py­ta­nie, czy w ogóle da się coś przez to zo­ba­czyć - po­wie­działa Sara.

- Za­raz się do­wiemy - od­parł Göran, pa­trząc pod nogi, żeby nie na­dep­nąć na ewen­tu­alny ślad.

- Jesz­cze tego bra­ko­wało.

- A co, mia­łaś inne plany?

- Cho­dzi mi o po­godę. Te chmury.

- Co po­ra­dzisz? Nie­długo mid­som­mar. Zwy­kle tak to wy­gląda.

Zro­bił jesz­cze kilka kro­ków, a po­tem do­dał:

- Chcia­łaś świę­to­wać mid­som­mar na kon­ty­nen­cie?

- Mogę już o tym za­po­mnieć. To, czego chcia­łam, prze­stało się li­czyć.

Na­stała chwila ci­szy, a ką­ciki ust ko­mi­sa­rza wy­gięły się ku gó­rze. Sara szła za nim, więc nie za­uwa­żyła jego uśmie­chu.

- Zga­dza się. Na Go­tlan­dii też nie bę­dzie wiel­kiego świę­to­wa­nia.

Wy­szli z za­ro­śli po stro­nie mo­rza. Pod ich sto­pami ro­sły trawa i wy­dmu­chrzyca pia­skowa. Fale, małe i pra­wie bez­gło­śne, pie­niły się wo­kół wą­skiej wstęgi ró­żo­wych wo­do­ro­stów na brzegu.

- Nie­wąt­pli­wie jest dość gę­sto - oce­nił Göran.

Chasz­cze były kłę­bo­wi­skiem głogu i wy­so­kich krze­wów ja­łowca, po­plą­ta­nym i nie­prze­nik­nio­nym. Ja­ło­wiec, nie­ustan­nie tar­gany wia­trem od mo­rza, rósł pod ką­tem czter­dzie­stu pię­ciu stopni do ziemi. Nis­se­vi­ken miało za­dbaną plażę, ale tu, w środku, w plą­ta­ni­nie ga­łą­zek, utknęły wy­bla­kłe opa­ko­wa­nia po socz­kach, wy­rzu­cone przez mo­rze pla­sti­kowe bu­telki i pasy pa­pieru to­a­le­to­wego.

- Tu­taj coś mamy!

Lepka i kol­cza­sta ro­ślin­ność za­krę­cała, ukła­da­jąc się w kształt klina. Göran pod­szedł kilka kro­ków bli­żej.

- To jest... - za­czął i wy­cią­gnął dłoń w jed­no­ra­zo­wej rę­ka­wiczce do ga­łęzi, ale znie­ru­cho­miał.

Przy­kuc­nął i za­czął ostroż­nie po­cią­gać za kilka ga­łęzi tuż przy ziemi. Uwol­nił dwie z nich i uniósł każdą w jed­nej ręce.

- Spójrz na to.

De­mon­stra­cyj­nie zbli­żył do sie­bie dwie ga­łę­zie, uka­zu­jąc dwa wy­raźne ślady.

- Zo­stały od­cięte - skwi­to­wała Sara.

- Jak wi­dać. A po­patrz tu­taj!

Göran wska­zał wię­cej po­dob­nych śla­dów w gąsz­czu.

- Ktoś przy­go­to­wał so­bie miej­sce, skąd bę­dzie miał lep­szy wi­dok na do­mek. Bez wąt­pie­nia.

Przy­kuc­nął z po­wro­tem i za­czął gra­bić dło­nią zie­mię pod ster­czą­cymi chasz­czami. Wy­cią­gnął ko­lejne od­cięte ga­łę­zie.

- Do­brze po so­bie po­sprzą­tał - pod­su­mo­wała Sara.

- Można tak po­wie­dzieć - zgo­dził się Göran.

Uło­żyli luźne ga­łę­zie w stos na pia­sku.

- Mu­simy skom­bi­no­wać duży wo­rek. Mogą tam być frag­menty skóry, a na­wet krew.

Sara ski­nęła głową.

- Jesz­cze bar­dziej praw­do­po­do­bne, że znaj­dziemy coś tu­taj - do­dała, wska­zu­jąc miej­sca cię­cia, które w za­ro­ślach wy­glą­dały jak białe plamy.

Göran po­dą­żył wzro­kiem za dło­nią Sary.

- Na­wet je­śli nie znaj­dziemy DNA, na pewno od­kry­jemy czą­steczki sub­stan­cji za­pa­la­ją­cej. Zro­bimy zdję­cia, a po­tem obe­tniemy kilka tych ga­łęzi i uło­żymy je na osob­nym sto­sie.

Göran sta­nął po­środku wy­cię­tego klina i spoj­rzał w stronę domku. Po­woli ugi­nał ko­lana, aż przy­siadł, a na­stęp­nie po­woli wstał. Coś mruk­nął i znów ugiął ko­lana, w dal­szym ciągu wpa­tru­jąc się w bu­dy­nek.

- Nie - po­wie­dział na­gle i wstał.

- O co cho­dzi? - za­py­tała Sara.

- Stąd jest ide­alny wi­dok na to, co się dzieje przy drzwiach, ale żeby do ko­goś strze­lić, a w każ­dym ra­zie tra­fić go w klatkę pier­siową, trzeba stać.

Göran po­now­nie przy­kuc­nął i za­czął roz­gar­niać pia­sek wo­kół.

- Bę­dziemy mu­sieli go prze­siać w po­szu­ki­wa­niu łu­sek.

***

- Ty­dzień był do­syć chłodny, ale świe­ciło słońce, a roz­le­głość ob­ra­żeń przy­spie­szyła pro­ces roz­kładu.

Eva Kar­lén pod­nio­sła się i wska­zała zwłoki ko­biety le­żące w drzwiach.

- Więk­szość krwi i uszko­dzo­nych tka­nek, które wi­dzi­cie na jej tu­ło­wiu, po­cho­dzą od męż­czy­zny. Kiedy padł strzał, stała naj­wy­żej metr od niego.

Kro­ple desz­czu stu­kały w dach bia­łego na­miotu z two­rzywa sztucz­nego, który Eva na­tych­miast roz­sta­wiła, żeby ochro­nić ciała. Pa­dało od po­nad go­dziny. De­li­kat­nie, lecz nie­prze­rwa­nie.

- Te uszko­dzone tkanki szybko ule­gają roz­kła­dowi i oczy­wi­ście przy­cią­gają mu­chy oraz inne owady - cią­gnęła.

- Mie­lone mięso - mruk­nął Ove do sie­bie.

- To cał­kiem trafny opis - od­parła Eva. - Sam wiesz, że ma ono krótką datę waż­no­ści. Przez to trudno mi oce­nić, jak długo tu były, ale sta­wia­ła­bym, że od dwóch do czte­rech dni. Na pewno nie dłu­żej.

- Trudno mi so­bie wy­obra­zić, że le­żeli tu przez week­end - rzekł Göran. - Na­wet je­śli woda wciąż jest zimna, na plaży po­winno być mnó­stwo lu­dzi. W są­sied­nich do­mach pew­nie też. Ktoś po­wi­nien był ich za­uwa­żyć.

- To ozna­cza, że do za­bój­stwa do­szło mię­dzy nie­dziel­nym wie­czo­rem a po­nie­dział­ko­wym po­ran­kiem - do­dała Eva.

Po­chmurny dzień i roz­sta­wiony na­miot spra­wiały, że pa­no­wał pół­mrok, ale Eva za­mo­co­wała lampę, która rzu­cała ostre świa­tło na oba ciała. Fre­drik śle­dził wzro­kiem ją i po­zo­sta­łych. O świe­tle po­ranka można było tylko po­ma­rzyć. Szary dzień, deszcz, Eva w ochra­nia­czu na włosy i jed­no­ra­zo­wych rę­ka­wicz­kach, jej wy­kład nad zma­sa­kro­wa­nymi zwło­kami - to wszystko prze­peł­niało go po­czu­ciem bez­na­dziei.

- W obu cia­łach utkwiły drew­niane odłamki, które tra­fiły męż­czy­znę i ko­bietę w bok. Z tego można wy­snuć wnio­sek, że kiedy to na­stą­piło, jesz­cze stali. A za­tem tra­fie­nie w drzwiach to był pierw­szy strzał. A ści­ślej mó­wiąc, pierw­szy z trzech strza­łów, o któ­rych wiemy.

- Ten męż­czy­zna - ode­zwał się Fre­drik. - Nie miał przy so­bie port­fela? Prze­cież był na za­ku­pach.

Wy­da­wało mu się, że wi­dzi, jak Sara Oskars­son się krzywi i prze­nosi spoj­rze­nie z Evy na niego. Wy­glą­dało to jak mil­czący ko­men­tarz. I to nie taki, który miał co­kol­wiek wspól­nego z ich pracą.

Sa­rze ła­two było tak stać i się szcze­rzyć. Młoda, sin­gielka, w pracy do­piero od roku, nowa w Visby, bez cze­go­kol­wiek, co by ją ogra­ni­czało. Co po­my­ślała? "Te­raz kon­kret­nie po­kpił sprawę ten oj­ciec dwójki dzieci, Fre­drik Bro­man. No i jesz­cze dziew­czyna w pracy. Tak głu­pio i bez fan­ta­zji. Gdy ktoś chce na­ro­bić so­bie kło­po­tów, po­wi­nien po­stę­po­wać jak Fre­drik. Ja­kie to ża­ło­sne..."

Nie, na pewno o ni­czym nie wie­działa. Mu­siał so­bie uroić tam­ten uśmiech i tamto spoj­rze­nie. Je­dy­nym czło­wie­kiem, któ­remu o tym po­wie­dział, był Gu­stav. Jemu ufał. Choć oczy­wi­ście nie wie­dział, z kim roz­ma­wiała Ninni i co ten czło­wiek lub ci lu­dzie mo­gli prze­ka­zać da­lej. Na pewno mó­wiła o tym z Leną, żoną Gu­stava, a ta prze­cież znała kilka osób w po­li­cji.

Spoj­rze­nia Evy i Fre­drika się spo­tkały, a chwilę póź­niej Eva prze­nio­sła wzrok na Görana i od­parła:

- Nie zna­la­złam ni­czego, co mo­głoby po­móc go zi­den­ty­fi­ko­wać, ale po wej­ściu do środka pew­nie nam się to uda.

Kiedy Eva przy­była na miej­sce zbrodni, Fre­drik pró­bo­wał się z nią przy­wi­tać w tak neu­tralny i swo­bodny spo­sób, jak to było moż­liwe. Po raz pierw­szy mu­sieli się spo­tkać na oczach ca­łego wy­działu krótko po tym, jak się obu­dzili w tym sa­mym łóżku.

- Chcę prze­nieść ciała, aby­śmy mo­gli tam wejść - po­wie­działa Eva. - Czy wszy­scy się zga­dzają, aby akt zgonu wy­sta­wił le­karz są­dowy?

- Tak - od­parł Göran. - To nie pod­lega dys­ku­sji.

Po­zo­stali ski­nęli gło­wami. Kwe­stio­no­wa­nie tej de­cy­zji nie mia­łoby sensu.

Eva wy­wo­łała Knuts­sona przez ra­dio i po­pro­siła, by wpu­ścił Ham­pego, który cze­kał przed ta­śmą w swoim wiel­kim che­vro­le­cie. Wkrótce po­tem roz­legł się po­mruk nad­jeż­dża­ją­cego czar­nego vana.

Pod nad­zo­rem Evy Hampe i jego po­moc­nicy roz­ło­żyli na ziemi wo­rek na zwłoki i od­wró­cili w nim męż­czy­znę na plecy. Rana wy­lo­towa w klatce pier­sio­wej uka­zała się wszyst­kim, któ­rzy tło­czyli się pod na­mio­tem, żeby nie stać w desz­czu. W miej­scu, gdzie po­winno być serce, znaj­do­wały się głę­bo­kie rany.

Eva przy­kuc­nęła obok zwłok, żeby prze­szu­kać przed­nie kie­sze­nie spodni. Przez chwilę się z nimi zma­gała. W końcu udało jej się wy­jąć biały pa­pie­rek i klu­czyk do sa­mo­chodu.

- Pa­ra­gon z su­per­mar­ketu Hög­by­hal­len w Hemse - po­wie­działa gło­śno, by wszy­scy zwró­cili uwagę. - Chleb za dwa­dzie­ścia sie­dem ko­ron. Za­pła­cone o ósmej dwa­na­ście w po­nie­dzia­łek. I klucz do audi.

Göran ścią­gnął brwi. Wy­jął oku­lary, chcąc sa­memu zo­ba­czyć pa­ra­gon. Eva unio­sła go, żeby mógł prze­czy­tać. Ski­nął głową.

- Do­brze - po­wie­dział. - Ósma dwa­na­ście. Je­śli nie za­trzy­mał się gdzieś po dro­dze, po­wi­nien był tu wró­cić około wpół do dzie­wią­tej albo chwilę póź­niej.

- Tym sa­mo­cho­dem ra­czej nie je­chał w śli­ma­czym tem­pie - stwier­dziła Sara.

9

Hampe i jego ko­lega za­su­nęli zamki bły­ska­wiczne wor­ków na zwłoki i wy­nie­śli oba ciała.

Fo­lia, którą Eva roz­wi­nęła w przed­po­koju, sze­le­ściła ci­cho pod no­gami, gdy Fre­drik wszedł do domku. Lampa zo­stała wnie­siona do środka. Prąd był wy­łą­czony. Praw­do­po­dob­nie po­żar wy­wo­łał krót­kie spię­cie i wy­strze­lił główny bez­piecz­nik.

Po pra­wej stro­nie od więk­szego po­koju, do któ­rego Fre­drik i Gu­stav zaj­rzeli wcze­śniej, mie­ściły się dwie małe sy­pial­nie. Kuch­nia znaj­do­wała się na dru­gim końcu domu. Ze­wnętrzna ściana i dach były osma­lone. Fre­drik wszedł do środka.

Na ła­wie po pra­wej stro­nie od zle­wo­zmy­waka stały resztki cze­goś, co daw­niej mu­siało być eks­pre­sem do kawy. Więk­szość pla­stiku się spa­liła, a szklany dzba­nek pękł. Wo­kół eks­presu i na pod­ło­dze pod ławą zwę­glone mu­esli zmie­szało się z prosz­kiem ga­śni­czym.

Eks­pres był włą­czony przez dwie doby, prze­grzał się i sta­nął w pło­mie­niach. Może też za­pa­lił się pa­pier z opa­ko­wa­nia mu­esli. Gdyby nie po­żar, nie­wy­klu­czone, że do­piero w wie­czór mid­som­mar ktoś od­kryłby ciała.

On je­dzie do Hemse ku­pić płatki śnia­da­niowe. W tym cza­sie ona na­sta­wia kawę. Kiedy męż­czy­zna wraca, oboje zo­stają za­strze­leni przez... no wła­śnie... kogo? Snaj­pera? Co tu się wła­ści­wie wy­da­rzyło?

***

Eva prze­szu­kała dom, pró­bu­jąc zna­leźć do­ku­menty toż­sa­mo­ści. Szybko się z tym upo­rała.

- To cie­kawe - po­wie­działa, wrę­cza­jąc zna­le­zi­sko Göra­nowi.

Ko­men­dant przyj­rzał się temu, co do­stał. Były to dwa prawa jazdy i za­gra­niczny pasz­port.

- No to zi­den­ty­fi­ko­wa­li­śmy dwie ofiary - po­wie­dział. - Sa­leh Ha­bib, lat dwa­dzie­ścia cztery, i Jo­sef Tho­mas­son, lat dwa­dzie­ścia sie­dem. Oboje są oby­wa­te­lami Szwe­cji. Nie pod­pi­sał­bym się pod stwier­dze­niem, że to na pewno oni. Je­śli ktoś chce za­pro­te­sto­wać, pro­szę bar­dzo.

Prze­ka­zał prawa jazdy po­li­cjan­tom. Eva za­częła prze­glą­dać zdję­cia ofiar za­pi­sane w jej cy­fro­wym apa­ra­cie fo­to­gra­ficz­nym i po­rów­ny­wać je z fo­to­gra­fiami z do­ku­men­tów.

- To oni - oznaj­miła.

- Zo­baczmy, co tu mamy - rzekł Göran i otwo­rzył pasz­port.

- W po­koju z pię­tro­wym łóż­kiem le­żała kurtka. Na nie­roz­pa­ko­wa­nej wa­lizce - po­wie­działa Eva.

- Said Ha­bib, lat dwa­dzie­ścia cztery, po­cho­dzący z Egiptu - rzekł Göran, wpa­tru­jąc się w zie­lony pasz­port.

- To samo na­zwi­sko - stwier­dził Ove.

- Tak. Może jest jej krew­nym. Ra­czej nie mę­żem. Wy­gląda na to, że w po­koju był z nią ten drugi.

- A gdzie jest te­raz Said Ha­bib? - za­py­tała Sara. - Je­śli miał z tym coś wspól­nego, po­stą­pił idio­tycz­nie, zo­sta­wia­jąc w domku pasz­port i swoje rze­czy.

- Tak - po­twier­dził Göran. - To prze­czy­łoby teo­rii o jego udziale.

- Ale mo­głoby wy­ja­śnić otwarte okno i od­cisk buta na ra­mie - rzekł Fre­drik.

Jego ko­le­dzy od­ru­chowo prze­nie­śli wzrok na okno.

- Kiedy ci dwoje zgi­nęli, mu­siał być w środku. Uciekł przez okno.

- Cho­lera - skwi­to­wał Göran Eide. Przez chwilę nad czymś się za­sta­na­wiał.

Eva z po­wro­tem po­dała mu prawa jazdy.

- Prze­szu­kajmy cały te­ren, żeby mieć pew­ność, że nie leży gdzieś za­bity ani ranny. Ten, kto za­mor­do­wał tę dwójkę, mógł prze­cież pójść za nim.

- Czło­wiek, któ­rego zrani taki po­cisk, nie zaj­dzie zbyt da­leko - za­uwa­żył Ove.

- Pew­nie masz ra­cję, ale nie można tego wy­klu­czyć.

Göran zwa­żył do­ku­menty w dłoni.

- Za­dzwo­nię, żeby to spraw­dzili, i zo­ba­czymy.

Od­wró­cił się, chcąc wyjść z domku, ale się za­trzy­mał.

- Fre­drik i Sara, po­roz­ma­wiaj­cie z tymi, od któ­rych na­de­szło zgło­sze­nie alar­mowe.

Göran wy­szedł ko­ry­ta­rzem, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź. Sta­nął w na­mio­cie przed wyj­ściem, żeby nikt mu nie prze­szka­dzał, kiedy bę­dzie wy­ko­ny­wał te­le­fon.

***

Drzwi otwo­rzył Ma­gnus Fors­berg.

- Mam na­dzieję, że nie mu­simy wra­cać... tam - oznaj­mił, kiedy zro­zu­miał, o co cho­dzi.

- Ra­czej nie - od­parł Fre­drik. - Już i tak... tam nie leżą... te ciała. Je­śli to o nie panu cho­dziło.

Ma­gnus Fors­berg z ulgą ski­nął głową.

- Nie­przy­jemne jak dia­bli. W ży­ciu nie wi­dzia­łem nic gor­szego. Żona jest wstrzą­śnięta.

Dom był mały. Wy­strój można by uznać wręcz za asce­tyczny. Z le­wej i pra­wej strony pu­dła prze­pro­wadz­kowe jedno na dru­gim.

Przy­wi­tali się z Jo­se­fin Fors­berg i usie­dli w kuchni. Ma­gnus na ich prośbę opo­wie­dział, jak to się stało, że od­krył po­żar, a póź­niej zna­lazł ciała.

On i Jo­se­fin mieli na so­bie dżinsy i grube swe­try. Jej był biały, a jego szary. Zro­biło się chłodno.

- Co te­raz bę­dzie? - spy­tała Jo­se­fin. - Czło­wiek za­czyna się za­sta­na­wiać. Skoro w oko­licy gra­suje ja­kiś sza­le­niec strze­la­jący do lu­dzi. Tyle w to wszystko wpa­ko­wa­li­śmy, a te­raz bo­imy się tu prze­by­wać.

Ko­bieta pa­trzyła to na Fre­drika, to na Sarę.

- Zda­jemy so­bie sprawę, że to mu­siało być dla pań­stwa trau­ma­tyczne prze­ży­cie. Je­ste­śmy jed­nak prze­ko­nani, że czło­wiek, który to zro­bił, już nie wróci. Nie mu­szą się pań­stwo oba­wiać - po­wie­działa Sara.

Jo­se­fin Fors­berg kilka razy kiw­nęła głową.

- Tak, tak, ro­zu­miem. Ale nie wiem, czy to mi po­maga.

- Do­brze, że tak szybko udało się pani uga­sić po­żar - od­parła Sara.

Niebo spo­wi­jały ciem­no­szare chmury, z któ­rych pa­dał gę­sty deszcz. Wszę­dzie było mo­kro. Fre­drik wal­czył ze stop­niowo ogar­nia­ją­cym go przy­gnę­bie­niem.

- Je­śli cho­dzi o te dwie osoby, które zgi­nęły tam na dole... mieli pań­stwo z nimi ja­kiś kon­takt? - za­py­tał.

- Tak, spę­dzali sporo czasu na wy­spie i co­dzien­nie przy­cho­dzili do kio­sku. Cza­sem na­wet po kilka razy. A ra­czej głów­nie ona. Sa­leh. W ze­szłym ty­go­dniu by­li­śmy tu w za­sa­dzie tylko my i oni. Ma­gnus znał ich z M?r­den.

Fre­drik i Sara spoj­rzeli py­ta­jąco na Ma­gnusa.

- Tak, zga­dza się, po­zna­łem ich już wcze­śniej. Pra­cuję w re­stau­ra­cji przy Sur­brun­ns­ga­tan, a oni kilka razy przy­szli tam zjeść. Miesz­kają przy Ro­slags­ga­tan. Ta dziew­czyna mi mó­wiła.

Ma­gnus za­mru­gał.

Fre­drik za­pi­sał coś w no­tat­niku.

- M?r­den to na­zwa re­stau­ra­cji?

- Tak.

- Pani też w niej pra­cuje?

- Nie, nie - od­parła Jo­se­fin. - Zaj­muję się wy­szu­ki­wa­niem lo­ka­cji do se­sji fo­to­gra­ficz­nych.

Fre­drik nie był do końca pewny, z czym to się wiąże, ale uznał, że nie bę­dzie zgłę­biał te­matu.

- Czego jesz­cze pań­stwo się o nich do­wie­dzieli? - za­py­tał.

- Ona stu­dio­wała prawo i... no cóż, wiem nie­wiele wię­cej. Roz­ma­wia­li­śmy głów­nie o po­go­dzie, wie­trze, tym, co aku­rat ro­bimy, o lo­kalu. Tego typu te­maty - wy­ja­śniła Jo­se­fin.

- Nic na te­mat ich po­cho­dze­nia? - spy­tał Fre­drik.

Jo­se­fin Fors­berg po­krę­ciła głową.

- Nie chcia­łam do­cie­kać. W końcu ona do­sko­nale mó­wiła po szwedzku. Ta­kie py­ta­nia by­wają mocno krę­pu­jące. Zro­bi­łoby mi się głu­pio, gdyby od­po­wie­działa, że uro­dziła się w Szwe­cji.

- Sama też o tym nie wspo­mi­nała?

- Nie.

- O któ­rej go­dzi­nie pań­stwo wstali w po­nie­dzia­łek?

Man­gan i Jos­san Fors­ber­go­wie po­pa­trzyli na sie­bie, nieco za­sko­czeni py­ta­niem.

- Mniej wię­cej o wpół do ósmej. Sta­ramy się za­czy­nać dni dość wcze­śnie.

- Za­uwa­żyli pań­stwo coś nie­ty­po­wego?

Chwilę się za­sta­na­wiali, ale po­tem po­krę­cili gło­wami.

- Nie wi­dzieli pań­stwo sa­mo­cho­dów, nie sły­szeli żad­nych dźwię­ków ani nic w tym ro­dzaju?

- Mąż za­wsze włą­cza mu­zykę, więc nie sły­szymy zbyt wiele.

- Rano lu­bię tro­chę pod­krę­cić gło­śność, żeby się roz­bu­dzić - wy­ja­śnił Ma­gnus.

- A kiedy ze­szli pań­stwo na plażę?

- Ja­koś przed dzie­wiątą, może o ósmej trzy­dzie­ści.

Fre­drik wy­mie­nił spoj­rze­nia z Sarą. Nie­wiele im to da­wało.

- Ni­czego pań­stwo wtedy nie za­uwa­żyli? Scho­dząc do pracy?

Jo­se­fin za­re­ago­wała trud­nym do zin­ter­pre­to­wa­nia wy­ra­zem twa­rzy.

- Może być co­kol­wiek. Na­wet naj­bar­dziej błahe in­for­ma­cje są cza­sem ważne.

- Niech po­my­ślę. W po­nie­dzia­łek rano... było cał­kiem ład­nie, cho­ciaż tro­chę zimno. Sły­sza­łam, że ktoś wy­ko­nuje prace sto­lar­skie.

- Prace sto­lar­skie? - po­wtó­rzyła Sara.

- Tak, sły­sza­łam ude­rze­nia młot­kiem i po­my­śla­łam, że nie tylko my je­ste­śmy na no­gach wcze­snym ran­kiem.

- Długo to trwało?

- Nie wiem - od­parła po chwili wa­ha­nia. - O ta­kich rze­czach się nie my­śli. Czło­wiek sły­szy tylko, że ktoś wbija gwoź­dzie. No wie pani, ta­kie "pang, pang, pang" od­bi­ja­jące się echem od ścian.

Uśmiech­nęła się bez­rad­nie. Wy­glą­dało na to, że ani ona, ani jej mąż nie za­sta­no­wili się głę­biej nad tym, co wła­śnie opi­sała.

10

Iman Ha­bib sie­działa ści­śnięta w prze­peł­nio­nej ko­lejce wą­sko­to­ro­wej z torbą za­ku­pów spo­żyw­czych ze sklepu T-Jar­len mię­dzy sto­pami. W wa­go­nie uno­siła się woń potu i kwa­śnego piwa. Źró­dłem tego ostat­niego za­pa­chu był za­pewne męż­czy­zna z prze­tłusz­czo­nymi wło­sami i w po­dar­tej kurtce sie­dzący przed Iman.

Iman Ha­bib była za­do­wo­lona z pracy w ho­telu Strand. Poza tym do­brze jej się miesz­kało w Täby. Nie cier­piała jed­nak wie­czor­nych po­dróży do domu. Cia­snych wa­go­nów, zmę­czo­nych i zrzę­dli­wych pa­sa­że­rów. Dziś do­szedł do tego jesz­cze nie­kul­tu­ralny kon­duk­tor. Je­den z tych, któ­rzy stem­plują pa­ski bi­le­towe, opie­ra­jąc je so­bie o okryty rę­ka­wiczką nad­gar­stek, i ni­gdy po pro­stu nie spoj­rzą na karty mie­sięczne, tylko wy­ry­wają je pa­sa­że­rom z ręki wście­kłym szarp­nię­ciem.

Spoj­rzała na swoje od­bi­cie w szy­bie. Włosy miała dłu­gie i czarne, ale nie był to ich na­tu­ralny ko­lor. Far­bo­wała je. Nie chcąc wyjść na zbyt próżną, w my­ślach tłu­ma­czyła się tym, że ma pracę, w któ­rej musi wy­glą­dać re­pre­zen­ta­cyj­nie. Taka zresztą była prawda.

Kurs re­cep­cjo­nistki zro­biła do­piero wtedy, kiedy wszyst­kie dzieci za­częły cho­dzić do szkoły. Tro­chę się mar­twiła, że ko­bie­cie w wieku czter­dzie­stu lat trudno bę­dzie zna­leźć pracę, ale po­szło jak po ma­śle. Może za­de­cy­do­wały jej umie­jęt­no­ści ję­zy­kowe: znała arab­ski, per­ski, fran­cu­ski i an­giel­ski. Nie była pewna, czy to dla­tego do­stała tę po­sadę. Tak czy ina­czej w ho­telu Strand była główną re­cep­cjo­nistką.

Na­gle przy­szło jej do głowy, że po­winna za­dzwo­nić do Sa­leh. Zer­k­nęła na te­le­fon w to­rebce. Nie miała jed­nak ochoty wy­cią­gać go w za­tło­czo­nej ko­lejce. Nie chciała też, by cały wa­gon słu­chał ich roz­mowy. No i wresz­cie wo­lała nie mó­wić przy wszyst­kich po arab­sku. Za­czę­liby się ga­pić. Wie­działa to z góry.

Kiedy dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej tasz­czyła torbę z za­ku­pami ścieżką wio­dącą do willi z ce­gły wa­pienno-pia­sko­wej, drzwi sa­mo­chodu za­par­ko­wa­nego przy ulicy się otwo­rzyły. Na ten dźwięk Iman się od­wró­ciła. Ze środka wy­sie­dli męż­czy­zna i ko­bieta, za­trza­snęli drzwi i ru­szyli w jej stronę.

- Iman Ha­bib? - spy­tała ko­bieta, kiedy byli już nieco bli­żej.

Na­tych­miast zro­biło jej się nie­przy­jem­nie.

Miesz­kała w Szwe­cji od dwu­dzie­stu sze­ściu lat, ale nie za­po­mniała o swoim po­cho­dze­niu. Na wi­dok nie­pro­szo­nych go­ści, któ­rzy już z da­leka pach­nieli urzę­dowo, za­wsze prze­szy­wał ją dreszcz.

- Tak - od­parła i zro­biła krok w ich stronę, jakby chciała ich za­trzy­mać już na gra­nicy po­se­sji.

- Je­ste­śmy z po­li­cji - oznaj­miła ko­bieta i po­ka­zała le­gi­ty­ma­cję. - Czy mo­żemy na chwilę wejść? - spy­tała, wska­zu­jąc głową dom.

Iman po­czuła na­ra­sta­jący dys­kom­fort. Na­tych­miast ogar­nął ją chłód. Lo­do­waty dreszcz prze­szedł od karku przez krę­go­słup. Uświa­do­miła so­bie, że ty­siąc razy wo­la­łaby, aby Bóg ze­słał na nią oskar­że­nie o dzia­ła­nie na szkodę pań­stwa od tego, co miało na­stą­pić za chwilę.

11

Göran Eide sta­nął przy krót­szym boku stołu kon­fe­ren­cyj­nego. W pra­wej ręce trzy­mał za­usz­nik oku­la­rów.

- Ostrzegę was, aby­ście wie­dzieli, czego się spo­dzie­wać. Ci tam na dole zwie­trzyli już no­wego Męż­czy­znę z La­se­rem - oznaj­mił, wska­zu­jąc salę, w któ­rej od­by­wała się kon­fe­ren­cja pra­sowa. Sam nie­dawno ją opu­ścił.

Nie mu­siał mó­wić nic wię­cej. Wszy­scy wie­dzieli, ja­kie kon­se­kwen­cje może mieć eg­ze­ku­cja dwóch osób ob­cego po­cho­dze­nia. Je­śli szybko nie po­suną się na­przód ze śledz­twem, bez wąt­pie­nia do­pro­wa­dzi to do sza­lo­nych spe­ku­la­cji w me­diach, pa­niki na tle ra­si­stow­skim i oskar­żeń mię­dzy róż­nymi gru­pami i urzę­dami.

W naj­gor­szym wy­padku ja­kiś par­la­men­ta­rzy­sta może się po­czuć zmu­szony po­pę­dzić na ro­jące się od imi­gran­tów przed­mie­ścia Sztok­holmu i wy­śpie­wy­wać tam kse­no­fo­biczne pie­śni. Nie jest to coś, co chcia­łoby się znowu oglą­dać, choć nie spo­sób od­mó­wić ta­kim ak­cjom pew­nej war­to­ści roz­ryw­ko­wej.

- Pierw­sze za­bój­stwo bru­da­sów na Go­tlan­dii - pal­nął Len­nart Svens­son.

- Co ty wy­ga­du­jesz, do cho­lery? - na­sko­czyła na­tych­miast na niego Sara.

O nie, po­my­ślał Fre­drik. Tylko nie te­raz. Wes­tchnął ci­cho, gdy Len­nart i Sara za­częli dys­ku­to­wać. Pew­nie, Len­nart po­tra­fił być de­ner­wu­jący czy uj­mu­jąc rzecz mniej dy­plo­ma­tycz­nie, wkur­wia­jący jak ja­sna cho­lera, ale rzadko było to coś wię­cej niż kiep­skie żarty i nie­po­radne pro­wo­ka­cje.

Len­nart miał pięć­dzie­siąt osiem lat, ale wy­glą­dał na star­szego, zwłasz­cza od­kąd jego już i tak przy­pró­szone si­wi­zną włosy po ostat­niej zi­mie pra­wie cał­kiem zbie­lały. Z oczy­wi­stych przy­czyn co­raz czę­ściej do­sta­wał za­da­nia ad­mi­ni­stra­cyjne i nie miał nic prze­ciwko temu. Poza skłon­no­ścią do pa­skud­nych żar­tów był by­strym śled­czym.

W kwe­stii jego "dow­cip­ko­wa­nia" mię­dzy kry­mi­nal­nymi pa­no­wało mil­czące po­ro­zu­mie­nie. Po­zo­sta­wiali wszystko bez ko­men­ta­rza, po pro­stu uda­jąc, że nie sły­szą.

Sara Oskars­son nie była jed­nak skłonna uda­wać, że nic się nie stało. Za­ata­ko­wała od­ru­chowo. To, co na po­czątku było cy­wi­li­zo­waną dys­ku­sją, w każ­dej chwili mo­gło się prze­ro­dzić w kłót­nię.

- Pro­szę, wróć­cie do tej de­baty przy in­nej oka­zji. Gdy nie bę­dziemy mieli do roz­pra­co­wa­nia sprawy po­dwój­nego za­bój­stwa - uciął Göran.

Len­nart i Sara znie­ru­cho­mieli z roz­dzia­wio­nymi ustami.

- Dzięki - rzekł Göran. - W ta­kim ra­zie za­czy­namy.

Do­piero w tym mo­men­cie wy­su­nął krze­sło i usiadł.

- Po­może nam Kra­jowa Po­li­cja Kry­mi­na­lna. Zajmą się prze­słu­cha­niami na kon­ty­nen­cie. Będą roz­ma­wiali z krew­nymi i zna­jo­mymi ofiar.

Spoj­rzał na Len­narta.

- Przed­sta­wisz syl­we­tki Tho­mas­sona i Ha­bi­bów? Po­tem spró­bu­jemy wszystko pod­su­mo­wać.

Len­nart ski­nął głową i rzu­cił na stół plik do­ku­men­tów.

- Mo­żemy za­cząć od za­gi­nio­nego ku­zyna - oznaj­mił. - Samo przej­rze­nie pasz­portu Sa­ida Ha­biba do­star­cza cie­ka­wych in­for­ma­cji. W nie­dzielę wró­cił z dzie­się­cio­dnio­wego po­bytu w Ira­nie. Obie pie­czątki, przy­jazdu i wy­jazdu, przy­sta­wiono w Te­he­ra­nie. Ro­dzice Sa­leh Ha­bib ze­znali, że po­je­chał od­wie­dzić w Ka­irze przy­ja­ciela z dzie­ciń­stwa, który mniej wię­cej rok temu prze­pro­wa­dził się do Te­he­ranu. Sły­szeli, że ten ko­lega wy­je­chał tam na stu­dia, ale nie wie­dzieli, o jaki kie­ru­nek cho­dzi. Warto od­no­to­wać pe­wien zbieg oko­licz­no­ści do­ty­czący Sa­ida i tego ko­legi, Mu­ham­mada Awada. Męż­czy­zna prze­pro­wa­dził się więc do Iranu około roku temu, bar­dziej do­kład­nymi in­for­ma­cjami nie dys­po­nu­jemy. Mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie, pod ko­niec lipca ubie­głego roku, Said Ha­bib przy­je­chał do Szwe­cji stu­dio­wać bio­che­mię na uni­wer­sy­te­cie w Sztok­hol­mie. I rze­czy­wi­ście stu­dio­wał ten kie­ru­nek, w ubie­głym roku.

Len­nart prze­rwał i za­czął szpe­rać w do­ku­men­tach.

- Przy­le­ciał na Ar­landę dwu­dzie­stego ósmego lipca - prze­czy­tał bez­po­śred­nio ze swo­ich no­ta­tek.

- Jak ra­dzi so­bie z ję­zy­kiem na stu­diach? Mówi po szwedzku czy wy­star­czy an­giel­ski? - za­py­tała Sara.

- Mówi po szwedzku - od­parł Len­nart. - Za­raz do tego przejdę. Bra­cia Ha­bi­bo­wie, czyli oj­co­wie obojga ku­zy­nów, przy­je­chali do Szwe­cji z ro­dzi­nami w ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­tym ósmym roku. In­nymi słowy, ku­zyni uro­dzili się w Szwe­cji. Oboje mają dwa­dzie­ścia cztery lata. Bra­cia ubie­gali się o azyl z po­dob­nych po­wo­dów: zgła­sza­jąc, że jako dy­sy­den­tom grożą im dłu­gie kary wię­zie­nia za po­glądy. Otrzy­mali po­zwo­le­nia na po­byt. Cała ro­dzina Sa­leh to dzi­siaj oby­wa­tele Szwe­cji. Oj­ciec jest in­ży­nie­rem w stop­niu dok­tora i z ła­two­ścią do­stał tu pracę, a oj­ciec Sa­ida, młod­szy z braci, jest li­te­ra­tu­ro­znawcą. Kiedy tu przy­je­chał, nie miał jesz­cze skoń­czo­nych stu­diów i wy­daje się, że wej­ście w szwedzki sys­tem było dla niego trudne. W ty­siąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­tym roku ro­dzina zde­cy­do­wała się na po­wrót do Egiptu. Tam mógł do­koń­czyć edu­ka­cję i zaj­muje te­raz do­brą po­sadę na uni­wer­sy­te­cie w Ka­irze. Pew­nie przy­zna­cie mi ra­cję, że nie można ich na­zwać prze­cięt­nymi oby­wa­te­lami. Kiedy wy­jeż­dżali ze Szwe­cji, Said mó­wił płyn­nie po szwedzku i zdaje się, że od tam­tego czasu pod­trzy­my­wał zna­jo­mość ję­zyka. Do­brze mu się po­ukła­dało w ży­ciu. Trze­cia osoba w tym domku to Jo­sef Tho­mas­son. On także przy­szedł na świat w Szwe­cji jako oby­wa­tel tego kraju. Jest o trzy lata star­szy od swo­jej dziew­czyny, uro­dził się w ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­tym siód­mym. Oj­ciec przy­je­chał do Szwe­cji z Egiptu sam w ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­tym pierw­szym. Dziś jest oby­wa­te­lem szwedz­kim. Matka to Szwedka. Ro­dzice roz­wie­dli się w ty­siąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­tym pią­tym. Opiekę nad dziec­kiem przy­znano matce, ale Jo­sef utrzy­my­wał kon­takt z oj­cem. Ma młod­szą przy­rod­nią sio­strę i brata o trzy lata star­szego, Pet­tera Tho­mas­sona, który jako na­sto­la­tek miał pro­blemy z pra­wem, ale po­waż­niej­szych prze­stępstw nie po­peł­niał. Wy­gląda na to, że się po­pra­wił. Od czasu wy­roku w za­wie­sze­niu za po­bi­cie sprzed ośmiu lat jego kar­to­teka jest już czy­sta. Matka twier­dziła, że Jo­sef ni­gdy nie był za­mie­szany w nic po­dob­nego. Bra­cia bar­dzo się od sie­bie róż­nią. "Jak dzień i noc", tak to ujęła. Jo­sef i Sa­leh po­znali się trzy lata temu na uni­wer­sy­te­cie w Sztok­hol­mie. Jo­sef był wtedy na ostat­nim roku eko­no­mii. Pra­co­wał jako sprze­dawca w fir­mie in­for­ma­tycz­nej, ofe­ru­ją­cej sprzęt kom­pu­te­rowy, kursy i usługi sys­te­mowe. Sam uwa­żał, że to tro­chę po­ni­żej jego moż­li­wo­ści, ale mimo wszystko ra­dził so­bie cał­kiem nie­źle. Jo­sef i Sa­leh od paź­dzier­nika dwa ty­siące trze­ciego roku byli za­mel­do­wani przy Ro­slags­ga­tan 63 w Sztok­hol­mie. Kilka prze­cznic od re­stau­ra­cji M?r­den przy Sur­brun­ns­ga­tan, w któ­rej Ma­gnus Fors­berg pra­cuje jako ku­charz, gdy nie pro­wa­dzi ośrodka tu­ry­stycz­nego w Nis­se­vi­ken. Wy­daje się, że za­równo Jo­sef, jak i Sa­leh bar­dzo mocno po­sta­wili na stu­dia i ka­rierę. Mają do­sko­nałą opi­nię u pra­co­daw­ców i na­uczy­cieli. Sa­leh Ha­bib na­le­żała do naj­lep­szych stu­den­tek i my­ślała o pracy w go­spo­darce. Nie prze­ja­wiała szcze­gól­nych za­in­te­re­so­wań po­li­tycz­nych. W okre­ślone święta cho­dziła z ro­dzi­cami do me­czetu, ale poza tym zda­wała się wieść ży­cie świec­kie. Re­li­gij­ność ro­dzi­ców też nie robi wra­że­nia in­ten­syw­nej.

Len­nart Svens­son umilkł i za­czął szybko prze­glą­dać do­ku­menty two­rzące stos, żeby spraw­dzić, czy ni­czego nie prze­oczył.

- Tu­taj coś jest. Said na­leży do ja­kie­goś egip­skiego sto­wa­rzy­sze­nia w Sztok­hol­mie, ale z do­ku­mentu nie wy­nika, czy to or­ga­ni­za­cja po­li­tyczna, czy tylko tam sie­dzą, grają w karty i po­gry­zają ziarna sło­necz­nika.

Fre­drik spoj­rzał z nie­po­ko­jem na Sarę Oskars­son, ale tym ra­zem sie­działa spo­koj­nie z ka­mienną twa­rzą.

12

W domu uno­sił się za­pach schabu w so­sie ko­per­ko­wym. Tommy Jo­hans­son sie­dział przy stole w kuchni i śle­dził wzro­kiem ru­chy sio­stry. Na­kła­dała mięso do ma­łych fo­lio­wych to­re­bek. Wy­szło jej z tego je­de­na­ście por­cji. Na­kle­iła na nie pa­ski ta­śmy do mro­żo­nek i wy­raź­nie na­pi­sała czar­nym tu­szem "Schab w so­sie ko­per­ko­wym". Dwa opa­ko­wa­nia wło­żyła do lo­dówki, a resztę do za­mra­żal­nika. Ze­szło jej pra­wie do ko­la­cji. Długo cze­kał na je­dze­nie, ale nie na­rze­kał.

Współ­czuł jej, że mu­siała się tym zaj­mo­wać. Przyjść pro­sto z przed­szkola z cięż­kimi tor­bami. Za­ła­do­wać je­dze­nie do za­mra­żal­nika, żeby tata ła­two mógł wy­jąć taką bryłę i pod­grzać so­bie w mi­kro­fa­lówce. Tommy uwa­żał, że mo­głaby dać so­bie z tym spo­kój. Prze­cież oj­ciec nie umrze z głodu. Ja­koś so­bie po­ra­dzi, je­śli bę­dzie mu­siał. Albo umrze. Może tak by­łoby na­wet le­piej.

Tę dys­ku­sję mieli już jed­nak za sobą. Od dawna. Nie za­mie­rzał się z nią kłó­cić. Je­śli tak chciała, to pro­szę bar­dzo. Ale ani my­ślał jej po­ma­gać. Za­wsze był go­tów ją wes­przeć w każ­dej in­nej spra­wie. Ale nie w tej, i do­brze o tym wie­działa.

Tata jak zwy­kle jadł przed te­le­wi­zo­rem. Tommy i Anna-Ka­rin w kuchni. Z ta­le­rzy z pa­skami w ko­lo­rach tę­czy, sto­ją­cych na ce­ra­cie. Ko­rzy­stali z nich, od­kąd pa­mię­tał.

- Do­bre - wy­mam­ro­tał mię­dzy jed­nym kę­sem a dru­gim.

- Kiedy przyj­dzie Kri­ster? - spy­tała Anna-Ka­rin, kiedy za­spo­ko­ili pierw­szy głód.

- Ju­tro - od­parł Tommy i opróż­nił szklankę mleka.

- Już ju­tro?

- Tak - po­twier­dził. Pa­trzył na nią, po­chy­la­jąc głowę nad ta­le­rzem. - Kur­czę, ale masz za­do­wo­loną minę.

Ko­men­tarz spra­wił, że uśmiech­nęła się jesz­cze sze­rzej.

Nie wie­dział, co o tym my­śleć. Oczy­wi­ście za­uwa­żył, co się dzieje. Może po­winno mu się wy­da­wać słod­kie, że sio­stra jest tak za­chwy­cona jego naj­lep­szym kum­plem. Ale... Dzie­liło ich sześć lat. Kiedy Kri­ster bie­gał jako mały smar­kacz po po­dwórku, ona była już pra­wie do­ro­słą ko­bietą. Te­raz oboje byli peł­no­letni, jed­nak i tak... Mimo wszystko coś mu nie pa­so­wało.

Chciał dla niej tego, co naj­lep­sze. Za­le­żało mu, by miała wszystko, czego po­trze­buje. Cze­go­kol­wiek ze­chce. Nie za­mie­rzał sta­wać jej na dro­dze. Nie mógł jed­nak nic po­ra­dzić na to, że ma swoje zda­nie.

- Nie, chcia­ła­bym po­je­chać do domu - od­parła. - Ju­tro otwie­ram.

Pora była późna. W każ­dym ra­zie dla ko­goś, kto za­mie­rza wstać około pią­tej rano.

- Okej - od­parł Tommy.

- Ju­tro znów wpadnę - oznaj­miła.

- Wpad­nij. - Tommy wy­szcze­rzył zęby. - Kri­ster bę­dzie około wpół do trze­ciej.

***

Mimo póź­nej go­dziny jesz­cze nie za­mie­rzali koń­czyć pracy. Fre­drik pró­bo­wał wziąć się w garść, ale czuł, że co­raz trud­niej mu się skon­cen­tro­wać. Göran Eide zbli­żał się do końca pod­su­mo­wa­nia.

- Od­le­głość od za­ro­śli do drzwi wy­nosi nie wię­cej niż trzy­dzie­ści dwa me­try. Co ozna­cza, że na­wet po­słu­gu­jąc się pro­stym ce­low­ni­kiem, można od­dać bar­dzo pre­cy­zyjny strzał. Mu­simy jed­nak wziąć pod uwagę, że sprawca strze­lał na sto­jąco, a cel prak­tycz­nie przez cały czas był w ru­chu. To wska­zuje na ko­goś w pew­nym stop­niu oby­tego z bro­nią. Można bez­piecz­nie stwier­dzić, że nie był to czło­wiek, któ­remu w ręce wpa­dła broń i użył jej pod wpły­wem im­pulsu.

- Bar­dziej niż co­kol­wiek in­nego to przy­po­mina eg­ze­ku­cję - rzekł Gu­stav. Po­wie­sił ma­ry­narkę na opar­ciu krze­sła i pod­wi­nął rę­kawy ko­szuli.

- Ale o sa­mej broni chyba trudno co­kol­wiek po­wie­dzieć? - spy­tał Göran, pa­trząc na Evę.

- To prawda. Jak wszy­scy się do­my­ślili, użyto ja­kie­goś ro­dzaju amu­ni­cji roz­pry­sko­wej, dla­tego nie­ła­two od­czy­tać coś z kul. Są bar­dzo zde­for­mo­wane. Ob­sta­wia­ła­bym sie­dem i sześć­dzie­siąt dwie setne mi­li­me­tra.

- Czy to nie­ty­powa amu­ni­cja? - spy­tał Len­nart.

- Nie. Używa się po­wszech­nie na po­lo­wa­niach, a także w strze­lec­twie. Wiem, że Gwar­dia Na­ro­dowa kilka lat temu wy­mie­niła mau­sery na AK4B, a to jest wła­śnie ten ka­li­ber. Poza tym amu­ni­cji roz­pry­sko­wej tego ka­li­bru jest całe mnó­stwo. Ale, jak za­zna­czy­łam, tylko zga­duję. Frag­menty zo­stały wy­słane do Cen­tral­nego La­bo­ra­to­rium Kry­mi­na­li­stycz­nego. Zo­ba­czymy, co po­wie­dzą.

- A za­tem amu­ni­cja nie daje nam żad­nych od­po­wie­dzi. Przy­naj­mniej na ra­zie - rzekł Göran i w za­my­śle­niu przy­gry­zał górną wargę.

Spoj­rzał nie­wi­dzą­cym wzro­kiem na Fre­drika, na co tam­ten mimo woli zmie­nił po­zy­cję na krze­śle.

- Trzeci czło­wiek, który był w domu, Said Ha­bib... - za­czął Göran.

- Wła­śnie, jedno mnie w tym dziwi - wtrą­ciła Sara, ale urwała. - Prze­pra­szam, skoń­czy­łeś? Czy można...

- Ja­sne, mów - od­parł Göran.

- Zga­dzam się, że to wy­gląda jak eg­ze­ku­cja, ale o kogo wła­ści­wie cho­dziło sprawcy? W tym, co się wy­da­rzyło, było wiele przy­padku. Nie mógł na przy­kład wie­dzieć, że ko­bieta otwo­rzy drzwi męż­czyź­nie. Może chciał za­bić jego, a ona zgi­nęła, bo aku­rat się tam po­ja­wiła? A może za­cze­kał po pro­stu na pierw­szą lep­szą oka­zję, by za­bić jedną lub wię­cej osób? Czy w ogóle wie­dział, że w domu jest jesz­cze ktoś trzeci?

- Po­cze­kaj. W wątku tego ku­zyna, który przy­jeż­dża rano, coś się kryje - rzekł Fre­drik.

- O, pro­szę, Bro­man się obu­dził - rzu­cił Len­nart.

I słusz­nie. Fre­drik zbyt długo mil­czał. Miał za dużo my­śli na­raz. I do­ty­czyły zu­peł­nie cze­goś in­nego.

- Tak? - od­parł Göran.

- Said Ha­bib miał przy­je­chać do domu w po­nie­dział­kowy po­ra­nek - pod­jął Fre­drik. - Jo­sef Tho­mas­son zo­stał za­strze­lony tuż po przy­jeź­dzie swoim sa­mo­cho­dem do Nis­se­vi­ken. A je­śli sprawca się po­my­lił? Je­śli to na Sa­ida cze­kał. Wie­dział, że Said ma przy­je­chać w po­nie­dzia­łek rano, ale nie znał do­kład­nej go­dziny, więc kiedy Jo­sef wró­cił z buł­kami na śnia­da­nie, za­bójca po­my­ślał, że to jego cel.

Göran od­su­nął krze­sło i wstał.

- To, że do za­bójstw do­szło tego sa­mego ranka, gdy miał przy­je­chać Said, jest nie­wąt­pli­wie in­te­re­su­jące.

- Ozna­cza w ta­kim ra­zie, że sprawca scho­wał się w za­ro­ślach po tym, jak Jo­sef Tho­mas­son po­je­chał do Hemse - oznaj­mił Ove, zwró­cony do Fre­drika.

- Tak.

Göran po­woli prze­cha­dzał się po po­koju tam i z po­wro­tem.

- Ale na­dal nie wy­ja­śnia, dla­czego zgi­nęła rów­nież ko­bieta - za­uwa­żyła Sara.

- Mo­żemy so­bie wy­obra­zić różne sce­na­riu­sze - rzekł Göran, mi­ja­jąc białą ta­blicę. - Za­bój­stwo ho­no­rowe, czyn z po­bu­dek ra­si­stow­skich, ja­kaś sprawa po­li­tyczna, tra­giczny w skut­kach przy­pa­dek za­zdro­ści, nar­ko­tyki, długi czy ja­kieś inne prze­stęp­stwo w tle. Nie są­dzę, aby­śmy mo­gli wy­klu­czyć któ­rąś z tych moż­li­wo­ści, cho­ciaż gdy­by­śmy mieli wpro­wa­dzić stop­nio­wa­nie...

- Ta­kie pełne emo­cji sprawy jak za­bój­stwo ho­no­rowe czy za­zdrość trudno mi po­wią­zać ze spo­so­bem dzia­ła­nia sprawcy - stwier­dził Ove.

- Ja też bym je umie­ściła na sa­mym dole li­sty - zgo­dziła się Sara.

- A to, że mo­gliby być za­mie­szani w dzia­łal­ność prze­stęp­czą... - cią­gnął Ove, krę­cąc głową.

- Nie, ci dwoje wy­dają się wy­jąt­kowo kul­tu­ralni i za­sy­mi­lo­wani. O ku­zy­nie wiemy mniej, ale oj­ciec to ja­kiś pro­fe­sor od kwe­stii ję­zy­ko­wych, a on sam był, zdaje się, bio­che­mi­kiem albo miał nim zo­stać - po­wie­dział Göran i bez­wied­nie chwy­cił je­den z pi­sa­ków umiesz­czo­nych w me­ta­lo­wej ryn­nie pod ta­blicą.

- Mu­simy uwa­żać, by nie oce­niać książki po okładce, ale przy tym, co wiemy dzi­siaj, nie jest to wielka po­moc.

- Poza tym mamy spo­sób dzia­ła­nia sprawcy - do­dał Len­nart. - Ko­ja­rzy się z eg­ze­ku­cją. Ale jed­no­cze­śnie ist­nieją fakty, które temu prze­czą. Je­śli mó­wimy o ja­kiejś or­ga­ni­za­cji, moim zda­niem mo­żemy wy­klu­czyć pań­stwową or­ga­ni­za­cję wy­wia­dow­czą. Oni wie­dzie­liby, ile osób znaj­duje się w domu. Nie po­zwo­li­liby jed­nemu czło­wie­kowi wy­bić okna z tyłu i znik­nąć. Je­śli sprawa jest po­li­tyczna, mamy ra­czej do czy­nie­nia z ter­ro­ry­stami bez za­awan­so­wa­nego prze­szko­le­nia.

Göran zdjął na­sadkę z pi­saka i za­pla­mił so­bie czar­nym tu­szem pa­lec wska­zu­jący.

- Pro­ble­mem jest rów­nież to, że lu­dzie, któ­rzy pa­dli ofiarą, nie wy­dają się ani tro­chę in­te­re­su­jący z punktu wi­dze­nia mo­ty­wów po­li­tycz­nych. Nie są re­li­gijni ani ak­tywni po­li­tycz­nie. Są na­sta­wieni, jak się wy­daje, głów­nie na ka­rierę i za­ra­bia­nie pie­nię­dzy - za­uwa­żył Fre­drik.

- Je­żeli ktoś z nich jest in­te­re­su­jący, to ku­zyn. Oj­ciec to ja­kiś pro­fe­sor, ale także dy­sy­dent, który uciekł ze swo­jego kraju. Dla­czego na­gle przy­je­chał do Szwe­cji? Żeby stu­dio­wać bio­che­mię. Czy nie można stu­dio­wać tego kie­runku w Egip­cie? No i co ro­bił w Te­he­ra­nie? A ten przy­ja­ciel z dzie­ciń­stwa, któ­rego po­noć od­wie­dził? Skąd się tam wziął? Dla­czego spo­tkali się w Ira­nie, a nie w Egip­cie, co by­łoby bar­dziej na­tu­ralne? - za­sta­na­wiał się Len­nart.

- Nie wie­dzia­łem, że Len­nart do­stał pół etatu w po­li­cji bez­pie­czeń­stwa Säpo. Czy to dla­tego tak rzadko go wi­du­jemy? - od­parł z uśmie­chem Ove.

- Len­nart ma ra­cję - prze­rwał Göran. - Skupmy się na oso­bie Sa­ida. Kiedy go na­mie­rzymy, wiele się wy­ja­śni.

- O ile on jesz­cze żyje - do­dał Len­nart.

- My­ślę, że żyje. Gdyby był mar­twy albo ciężko ranny, po­wi­nien się znaj­do­wać nie­da­leko domu, a w ta­kim wy­padku już by­śmy go zna­leźli.

- Ale je­śli nie zgi­nął, dla­czego nie daje znaku ży­cia? - za­py­tała Sara.

- I wła­śnie dla­tego uwa­żam, że coś jest nie w po­rządku albo z nim, albo z całą trójką - od­parł Göran.

- Skoro mowa o Säpo... mają coś? Spraw­dzi­li­śmy to? - spy­tał Gu­stav.

- Zo­stali po­in­for­mo­wani, ale nie za­re­ago­wali - wy­ja­śnił Göran.

- Nie omó­wi­li­śmy jesz­cze wątku ewen­tu­al­nego ra­si­zmu.

- Po­zor­nie pro­fe­sjo­na­lny spo­sób dzia­ła­nia, ale z ewi­dent­nymi lu­kami we­dług mnie mocno wska­zuje na ten mo­tyw. A je­śli to ra­si­ści, mam pra­wie stu­pro­cen­tową pew­ność, że miej­scowi. Kto za­in­te­re­so­wany ta­kimi kwe­stiami pły­nąłby pro­mem do gminy zna­nej z tego, że mieszka w niej naj­mniej ob­co­kra­jow­ców?

- To prawda. Szu­kamy zna­nych ra­si­stów, neo­na­zi­stów, skraj­nych pra­wi­cow­ców. W pierw­szej ko­lej­no­ści tych z naj­bliż­szej oko­licy - po­sta­no­wił Gu­stav.

Göran Eide ski­nął głową w ich kie­runku.

- Do­brze. Wy dwaj mo­że­cie za­cząć wy­szu­ki­wać lu­dzi tego po­kroju. Na pa­pie­rze jesz­cze dziś, a w prak­tyce ju­tro z sa­mego rana.

13

Kiedy Fre­drik ru­szył na po­łu­dnie, była późna noc. Trwał naj­ja­śniej­szy ty­dzień lata, mid­som­mar przy­pa­dało w pią­tek, a dwa dni wcze­śniej na­stą­piło let­nie prze­si­le­nie. W lu­sterku wstecz­nym wi­dział dzień mi­go­czący na ho­ry­zon­cie od­cie­niami błę­kitu. Desz­czowe chmury się roz­pro­szyły. Nie był pewny, czy bar­dziej przy­po­mina to wschód, czy za­chód słońca.

Za­dzwo­nił do Ninni i za­pro­po­no­wał, aby prze­ło­żyli spo­tka­nie na na­stępny dzień, ale ona się upie­rała. Dla­czego miałby mieć wię­cej czasu aku­rat dzień póź­niej, skoro jest w trak­cie śledz­twa w spra­wie za­bój­stwa? Oczy­wi­ście miała ra­cję. Po­je­chał więc mimo póź­nej pory. Zo­sta­nie mu nie­wiele czasu na sen, ale może le­piej się wy­śpi po roz­mo­wie z nią.

Za­sta­na­wiał się tylko, co po­wi­nien po­wie­dzieć.

Nie czuł się go­towy do prze­ka­zy­wa­nia jej zde­cy­do­wa­nych ko­mu­ni­ka­tów. Mógł oczy­wi­ście stchó­rzyć i dać Ninni prze­jąć ini­cja­tywę, ale taka gra naj­czę­ściej nie była warta świeczki.

Ja­kie te­maty po­wi­nien w ta­kim ra­zie po­ru­szyć? Dzieci, no pew­nie! Mu­szą się po­ro­zu­mieć w kwe­stii opieki nad dziećmi. Co­kol­wiek się mię­dzy nimi wy­da­rzyło, mu­szą roz­wią­zać tę sprawę. Przez ostat­nie dwa­na­ście dni spo­tkał Jo­akima i Si­mona tylko raz. Tak da­lej być nie mo­gło.

Wes­tchnął i po­czuł, jak opusz­cza go resztka sił wi­tal­nych.

Wje­chał w po­nure świa­tło la­tarni ulicz­nych w Hemse i wy­łą­czył dłu­gie. Był już bli­sko.

Za­czął wspo­mi­nać tam­ten dzień, gdy w kilka osób zo­stali po pracy. On, Sara, Eva i Ove. Do­kład­nie sie­dem ty­go­dni temu. Można by było wy­brać inny mo­ment jako po­czą­tek, ale dla niego za­częło się wła­śnie w tam­ten wie­czór.

Roz­ma­wiali o pracy i o tym, co się wy­da­rzyło w ciągu dnia, ale po chwili ze­szło na te­maty bar­dziej oso­bi­ste. Nie­długo po­tem Ove po­szedł, a Sara, która była sin­gielką i miesz­kała w cen­trum, za­py­tała Fre­drika i Evę, czy pójdą z nią na piwo. Wy­pić nie mo­gli, bo cze­kała ich jazda sa­mo­cho­dem, ale od­po­wie­dzieli, że chęt­nie jej po­to­wa­rzy­szą. W po­wie­trzu wi­siało coś, czego żadne z nich nie chciało prze­ła­mać.

Usie­dli przy ba­rze w re­stau­ra­cji Gamla Ma­sters. Sara wzięła duże piwo, a Eva i Fre­drik za­mó­wili piwa ni­sko­pro­cen­towe i spo­koj­nie je są­czyli. Za­nim Sara zdą­żyła opróż­nić swój ku­fel, za­dzwo­nił jej te­le­fon i oka­zało się, że musi pil­nie wra­cać. Fre­drik i Eva zo­stali sami. Nie mieli nic prze­ciwko temu, wręcz prze­ciw­nie.

Kiedy bar­man za­py­tał, czy chcą do­lewkę, Eva przy­znała, że nie­spe­cjalni z nich by­walcy ba­rów. Fre­drik po­wie­dział wtedy: "Za­mów piwo, je­śli masz ochotę, mogę cię od­wieźć do domu. A ju­tro rano przy­je­dziesz au­to­bu­sem".

Z per­spek­tywy czasu nie mógłby przy­siąc, że nie miał w tej pro­po­zy­cji ukry­tego za­miaru. Nie wie­dział. Kiedy jed­nak stał tam przy ba­rze, nie my­ślał, te słowa po pro­stu pa­dły.

Po kilku "nie, nie" i "tak, tak" klamka za­pa­dła. Eva za­mó­wiła piwo i za­nim się roz­stali, sie­dzieli ra­zem mniej wię­cej go­dzinę. Roz­ma­wiali przede wszyst­kim o to­czą­cej się spra­wie roz­wo­do­wej Evy. Ona i jej mąż byli w se­pa­ra­cji od czte­rech mie­sięcy. Na ra­zie na­dal zaj­mo­wała dom w Öster­garn, ale nie było ja­sne, czy po roz­wo­dzie tam zo­sta­nie. Fre­drik nie wie­dział, co ozna­czają jej wąt­pli­wo­ści. Miał do­świad­cze­nie tylko z ludźmi, któ­rzy w kwe­stii wiel­kich de­cy­zji wy­po­wia­dają się męt­nie, na­wet gdy tak na­prawdę już je pod­jęli.

Kiedy Eva roz­po­częła długi kurs na tech­nika kry­mi­na­li­styki, ob­rała so­bie za cel po­wrót na Go­tlan­dię i pod­ję­cie tam pracy. Udało jej się to szyb­ciej, niż miała od­wagę ma­rzyć. W tam­tym cza­sie za­ło­że­nie ro­dziny nie stało ani wy­soko, ani ni­sko na li­ście prio­ry­te­tów Evy Kar­lén. W ogóle nie my­ślała o tym zbyt czę­sto. Może na­le­żało, bo kiedy wró­ciła na Go­tlan­dię i spo­tkała przy­ja­ciół z dzie­ciń­stwa, zwa­liło jej się to na głowę.

Wiele jej by­łych ko­le­ża­nek od dawna miało mę­żów i dzieci. Kiedy po­znała M?nsa, mi­nęło nie wię­cej niż pół roku i już była w ciąży.

Obec­nie Stina miała pięć lat, a Fi­lip skoń­czył sie­dem. Eva czuła, że ma dość. Nie Stiny i Fi­lipa, tylko ży­cia ro­dzin­nego. Któ­re­goś dnia po­czuła, że nie wy­trzyma już ani dnia ta­kiego ży­cia. Miała go po dziurki w no­sie. Cho­ciaż był to może tylko tchórz­liwy spo­sób na po­wie­dze­nie, że to M?n­sem się zmę­czyła. Nie była pewna.

Kiedy wsie­dli do vo­lva Fre­drika, żeby po­je­chać do Öster­garn, do­wie­dział się, że przed laty Eva ak­tyw­nie dzia­łała w mło­dzie­żówce par­tii Cen­trum. W tym sa­mym okre­sie jej oj­ciec za­sia­dał w ra­dzie gminy, więc naj­wy­raź­niej spie­szyło jej się, by pójść w jego ślady. Po paru la­tach jej za­in­te­re­so­wa­nie po­li­tyką par­tyjną wy­ga­sło i od tam­tego czasu gło­so­wała nie tylko na Cen­trum, ale też na Par­tię Lu­dową i so­cja­li­stów. To dru­gie tak obu­rzyło Su­nego Kar­léna, że któ­rejś nie­dzieli mil­czał przez cały obiad.

Eva po­kie­ro­wała Fre­drika do du­żej funk­cjo­nal­nej willi w kształ­cie pu­dła, po­ło­żo­nej w po­ło­wie drogi mię­dzy ko­ścio­łem Öster­garn a miej­sco­wo­ścią Her­rvik. Kiedy za­ha­mo­wał na pod­jeź­dzie, za­py­tała, czy na chwilę wstąpi. Fre­drik przez mo­ment się za­sta­na­wiał, dla­czego to zro­biła. Nie mo­gła go prze­cież za­pra­szać na kie­li­szek, a poza tym na Go­tlan­dii, w prze­ci­wień­stwie do Sztok­holmu, nie wy­ko­rzy­stuje się pierw­szej moż­li­wej oka­zji do za­pre­zen­to­wa­nia ko­muś swo­jego domu. Ale nie pro­te­sto­wał.

Kiedy tylko we­szli do domu, Eva stwier­dziła, że nie może go ni­czym po­czę­sto­wać. O ile nie chce kawy, ale nie chciał. Przez chwilę stali w mil­cze­niu, w du­żych drzwiach mię­dzy ho­lem a sa­lo­nem z wie­loma wy­so­kimi i wą­skimi oknami. Byli na­prawdę bli­sko sie­bie. Tak bli­sko, że po­winni się czuć skrę­po­wani, ale żadne z nich nie wy­ko­nało naj­drob­niej­szego ru­chu, żeby zwięk­szyć dy­stans.

Po wszyst­kim nie po­tra­fili roz­strzy­gnąć, kto wła­ści­wie prze­jął ini­cja­tywę. Nie mo­gli so­bie przy­po­mnieć, jak to prze­bie­gło, mimo że po­świę­cili dużo czasu na oma­wia­nie tego te­matu. W każ­dym ra­zie na­gle za­częli się ca­ło­wać. Trwało to nie­zbyt długo.

Za­sko­czeni i tro­chę za­wsty­dzeni po­że­gnali się, a Fre­drik od­je­chał, wdzięczny, że to prze­rwali na eta­pie drob­nego in­cy­dentu, który można za­mieść pod dy­wan i za­po­mnieć.

W dro­dze do domu za­sta­na­wiał się, co wła­ści­wie w niego wstą­piło. Ninni i on jesz­cze je­sie­nią prze­cho­dzili kry­zys. Czy to nie wy­star­czyło? A może wcale go nie prze­szli? Może do­piero się za­czął?

Tak, tam­ten po­ca­łu­nek można było za­mieść pod dy­wan i za­po­mnieć, ale tak się nie stało. Za to jego wspo­mnie­nie ro­sło w siłę...

My­śli Fre­drika się roz­pro­szyły, gdy świa­tło re­flek­to­rów pa­dło na ta­blicę przy dro­dze zjaz­do­wej. Skrę­cił ze sto czter­dziestki dwójki i pró­bo­wał się przy­go­to­wać men­tal­nie. Już za kilka mi­nut sta­nie oko w oko z Ninni po raz pierw­szy od dzie­się­ciu dni. Nie prze­by­wali tak długo osobno od wielu lat. Chwila na­prawdę nie sprzy­jała czu­łemu wspo­mi­na­niu pierw­szego po­ca­łunku z Evą sprzed sied­miu ty­go­dni.

Zwol­nił i skrę­cił przed dom. Po­woli prze­je­chał po tra­wia­stym po­dwórku przed ma­syw­nym osiem­na­sto­wiecz­nym bu­dyn­kiem. W kuchni i sa­lo­nie na pię­trze pa­liło się świa­tło. Był w "domu".

***

Ninni wy­glą­dała na zmę­czoną. Uświa­do­mił so­bie, że pew­nie nie po­wi­nien tego ko­men­to­wać. Poza tym, choć nie od razu, za­uwa­żył coś jesz­cze. Schu­dła. Ile można schud­nąć w ciągu dwu­na­stu dni? Wy­glą­dało na to, że na­prawdę sporo.

- Cześć - za­częła.

Za­brzmiało to krótko i neu­tral­nie. Wła­ści­wie su­cho.

- Cześć - od­po­wie­dział w taki sam neu­tralny spo­sób.

Przez chwilę mil­czeli. W tak dziw­nej sy­tu­acji można było się po­czuć sko­ło­wa­nym. Fre­drik miał czter­dzie­ści dwa lata i ni­gdy wcze­śniej nie prze­żył cze­goś po­dob­nego. Ku­siło go, by po pro­stu się wy­łą­czyć. Głę­boko ode­tchnął. Po­my­ślał o domu, do któ­rego się wpro­wa­dzili pół­tora roku wcze­śniej. O ca­łej pracy, którą w niego wło­żyli. O jego sta­ra­niach, by da­lej miesz­kali na Go­tlan­dii. A po­tem wy­da­rzyło się coś ta­kiego.

- Mo­żemy usiąść w kuchni - po­wie­działa Ninni.

- Ja­sne - od­parł. Po­szli tam i za­jęli miej­sca przy stole.

Na środku stała otwarta bu­telka wina.

- Na­pi­jesz się? - spy­tała.

- Nie, dzię­kuję - od­po­wie­dział. - Pro­wa­dzę.

Py­ta­nie spra­wiło, że w jego my­śli wkra­dły się nie­chciane wspo­mnie­nia. Tej krót­kiej chwili w domu w Öster­garn. Jego ży­cie by­łoby dziś o wiele prost­sze, gdyby skoń­czyło się na tym, może i nie cał­kiem nie­win­nym, ale jed­nak krót­kim po­ca­łunku. Co by było, gdyby nie za­py­tał Evy, czy zje z nim lunch, kiedy wpa­dli na sie­bie na par­kingu? I gdyby Eva nie po­ja­wiła się na­gle na wy­dziale kry­mi­nal­nym, gdy pra­co­wał do późna nad pro­to­ko­łami prze­słu­chań. Gdyby nie za­py­tała - zresztą cał­kiem zu­chwale - czy miałby ochotę wpaść do Öster­garn, a jego sze­roki uśmiech i po­żą­dliwe spoj­rze­nie zdra­dziły go na długo, za­nim od­po­wie­dział.

Był jed­nak do­ro­słym czło­wie­kiem. Nie mógł zwa­lać winy na to, że w pew­nych chwi­lach po­ja­wiają się okre­ślone po­kusy. Ja­sne, że bez nich by­łoby ła­twiej, ale mimo wszystko miał wy­bór. To, że "oka­zja czyni zło­dzieja", było tylko pół­prawdą. Zło­dziej przede wszyst­kim ro­dzi się sam.

Wpadł do Öster­garn. Ko­chał się z Evą. I oczy­wi­ście, wra­ca­jąc tam­tej nocy do domu, miał po­czu­cie winy i ża­ło­wał tego, co zro­bił, ale te uczu­cia nie były zbyt prze­ko­nu­jące w po­rów­na­niu z eu­fo­rią na myśl o do­ty­ka­niu cie­płej skóry Evy. To były wy­bu­chowe wi­bra­cje. Już wtedy chciał wię­cej.

Wtedy zdra­dził Ninni po raz drugi. Do pierw­szej zdrady do­szło wiele lat wcze­śniej pod­czas szko­le­nia za­wo­do­wego. Ni­gdy o tym nie po­wie­dział, ale głę­boko ża­ło­wał, jesz­cze za­nim zdjął ubra­nie. Tym ra­zem było ina­czej. Zu­peł­nie ina­czej.

- Za­sta­na­wia­łeś się tro­chę? - spy­tała Ninni.

Po­pa­trzył na nią i uciekł wzro­kiem, za­wsty­dzony ob­ra­zami, które cho­dziły mu po gło­wie. Od­chrząk­nął, choć wcale nie mu­siał.

- Tak. Ja­dąc tu­taj, my­śla­łem o pew­nej spra­wie.

Nie dało się za­prze­czyć, że tak było.

- Mu­simy coś po­sta­no­wić w kwe­stii dzieci - stwier­dził.

Oczy Ninni pra­wie nie­zau­wa­żal­nie się roz­sze­rzyły. Nie­znacz­nie od­chy­liła głowę do tyłu.

- Może to być coś pro­wi­zo­rycz­nego, ale po pro­stu opra­cujmy ja­kiś plan. Fi­fty-fi­fty albo nie, je­śli nie chcesz, byle tylko spo­rzą­dzić sche­mat, któ­rego bę­dziemy się trzy­mać. Przez dwa ty­go­dnie pra­wie się z nimi nie wi­dzia­łem - oznaj­mił.

Ninni mil­czała. Kiedy mó­wił, jej spoj­rze­nie po­wę­dro­wało w kie­runku drzwi.

- Nad ni­czym in­nym się nie za­sta­na­wia­łeś? - spy­tała.

- No cóż - od­parł, czu­jąc in­stynk­tow­nie, że stąpa po kru­chym lo­dzie. - Po­my­śla­łem, że do­brze bę­dzie za­cząć od tego. Sprawa jest ważna.

- Dzieci? - od­parła.

- Tak.

- Dzieci? - po­wtó­rzyła bar­dziej pi­skli­wym gło­sem.

- Tak, a co?

Bez żad­nej za­po­wie­dzi jej oczy za­szły łzami i po­de­rwała się z krze­sła.

- Chcesz roz­ma­wiać o dzie­ciach? O tym, co zro­bimy z dziećmi? Po to tu przy­je­cha­łeś?

- Tak, po­my­śla­łem, że to... - za­czął nie­mą­drze, ale nie zdą­żył po­wie­dzieć wię­cej, bo Ninni mu prze­rwała:

- A ja?! - krzyk­nęła, tra­cąc nad sobą pa­no­wa­nie. - O mnie nie chcesz roz­ma­wiać? Może nie je­stem już in­te­re­su­jąca i na­gle za­czę­łam od­gry­wać w twoim ży­ciu tak cho­ler­nie nie­istotną rolę? Tak o, z dnia na dzień!

- Ninni...

- Kurwa mać, je­steś pa­skudny, obrzy­dliwy.

Okrą­żyła stół i za­częła ude­rzać Fre­drika za­ci­śnię­tymi pię­ściami. Na­wet je­śli ciosy pa­dały na chy­bił tra­fił, była silna i nie po­zo­sta­wały bez efektu. Wstał, żeby się obro­nić.

- Jak, do cho­lery, w ogóle śmiesz tu przy­cho­dzić? Co masz tu do ro­boty? No? Spa­daj stąd! Spa­daj! Ale już!

- Ninni...

Pró­bo­wał chwy­cić jej dło­nie i ją uspo­koić, ale nie po­zwo­liła mu na to, krzy­czała tylko co­raz gło­śniej i bar­dziej pi­skli­wie.

- Idź stąd, idź, idź, idź! Ty cho­lerny pa­dalcu, nie chcę cię tu wi­dzieć.

Za­częła go po­py­chać w kie­runku drzwi, więc uznał, że le­piej po­stą­pić, jak każe. Im wcze­śniej znik­nie za drzwiami, tym mniej­sze ry­zyko, że dzieci się obu­dzą. Na­leży tak zro­bić. Nie po­winny tego wi­dzieć i sły­szeć. Zwłasz­cza Si­mon. Kto wie, ja­kie ślady ta­kie zda­rze­nie może po­zo­sta­wić u sied­mio­latka. Poza tym Ninni nie na­le­żała do osób, które zmie­niają na­strój na pstryk­nię­cie pal­cami. Je­śli uznała, że jest pa­skud­nym dra­niem, który ma ją gdzieś, po­zo­sta­nie tak przy­naj­mniej do na­stęp­nego dnia.

Wy­co­fał się za drzwi. Ninni szybko je za­mknęła. Usły­szał prze­krę­cany za­mek.

Przez chwilę stał na scho­dach, spoj­rzał w okno po­koju dzieci na pię­trze i za­sta­na­wiał się, czy na­dal śpią.

"Idź już" wy­sy­czane zza drzwi spra­wiło, że się od­wró­cił i po­szedł do sa­mo­chodu.

Kim wła­ści­wie był? W ostat­nim cza­sie wie­lo­krot­nie za­da­wał so­bie to py­ta­nie, ale na ra­zie nie zna­lazł żad­nej do­brej od­po­wie­dzi. Daw­niej są­dził, że jest zwy­czaj­nym, po­rząd­nym chło­pa­kiem, który dba o ro­dzinę, na­wet je­śli cza­sami zda­rzają się drobne zgrzyty. Zdra­dził żonę po raz drugi i tym ra­zem nie można było po­wie­dzieć, że chwi­lowo stra­cił głowę. Trwało to kilka ty­go­dni, za­nim wy­znał wszystko Ninni. I wciąż się nie za­koń­czyło.

Czy tak na­prawdę był pa­skud­nym gno­jem? Oka­zja czyni zło­dzieja, ale w znacz­nie więk­szym stop­niu zło­dziej ro­dzi się sam.

14

Je­chał szybko. Chciał do­trzeć do wy­po­ży­czo­nego domu w Vam­lingbo, rzu­cić się na łóżko i za­po­mnieć o tym dniu.

Był już czwar­tek. Przed­dzień mid­som­mar. Spo­dzie­wał się, że czeka go praca, a po­tem sa­motny wie­czór wśród me­da­lio­no­wych ta­pet w Vam­lingbo. Eva bę­dzie świę­to­wała z dziećmi i swoją mamą. Nie chciał się im na­rzu­cać, a poza tym pew­nie i tak nie był szcze­gól­nie mile wi­dziany.

Co zro­biłby jego oj­ciec? Sie­dział sam w miesz­ka­niu w Na­cka z wi­do­kiem na ka­nał Sic­kla? Czy tak bę­dzie to te­raz wy­glą­dało? Sa­mot­ność, izo­la­cja? Po­zba­wiona sensu wę­drówka przez pu­sty­nię wieku śred­niego. Co­raz słab­szy kon­takt z sy­nami.

A zresztą, co by było, gdyby se­pa­ra­cja się prze­dłu­żała, a w końcu na­prawdę by się roz­wie­dli? Czy Ninni w ogóle chcia­łaby na­dal miesz­kać na Go­tlan­dii? Mocno w to wąt­pił. Gdyby Ninni za­brała dzieci i prze­pro­wa­dziła się z po­wro­tem do Sztok­holmu, nie miałby wiel­kiego wy­boru. Rów­nież zo­stałby zmu­szony do zmiany miej­sca za­miesz­ka­nia. A wów­czas to, co mieli z Evą - zwią­zek czy jak­kol­wiek to można na­zwać - oka­za­łoby się bez­na­dziejną ślepą uliczką.

Czy w tym wszyst­kim w ogóle było miej­sce na to, czego on chce? I czego wła­ści­wie chciał?

Wes­tchnął głę­boko. De­struk­cyjne fan­ta­zje zwa­liły mu się na głowę i nie­świa­do­mie przy­spie­szył. Gdyby tylko mógł uciec od wła­snych my­śli.

Przez trzy ty­go­dnie Eva i Fre­drik spo­ty­kali się tak czę­sto, jak tylko mo­gli. Po­tem wy­ja­wił wszystko Ninni. Wy­rwało mu się po dwóch kie­lisz­kach wina i py­ta­niu, z któ­rego w su­mie można by się było wy­plą­tać bez więk­szego trudu. Po­wie­dział prawdę. Może nie był w sta­nie da­lej no­sić w so­bie tej brzyd­kiej ta­jem­nicy, ale przede wszyst­kim nie mógł da­lej kła­mać. Nie cier­piał wy­krę­tów, któ­rych przez lata na­słu­chał się od lu­dzi, co bili, zdra­dzali, za­bi­jali i kra­dli.

Wy­le­ciał na zbity pysk. Ninni wy­buch­nęła mniej wię­cej tak jak przed chwilą, może było odro­binę go­rzej. Tam­tego wie­czoru przed pra­wie dwoma ty­go­dniami po­rząd­nie go wy­stra­szyła. Przez kilka prze­ra­ża­ją­cych mi­nut czuł strach, że ona zu­peł­nie straci nad sobą pa­no­wa­nie. My­ślał o chłop­cach. Nie­które ko­biety ro­biły krzywdę swoim dzie­ciom z roz­pa­czy, że zo­stały zdra­dzone, albo po to, by się ze­mścić.

Mrok wła­snych my­śli nie­mal go spa­ra­li­żo­wał, ale wkrótce po­tem Fre­drik się uspo­koił. Znał swoją żonę na tyle do­brze, by wie­dzieć, że ich nie skrzyw­dzi.

Tego wie­czoru już nie był tak za­nie­po­ko­jony. Za­czął się przy­zwy­cza­jać.

Mi­nął Burg­svik. Było ci­cho i pu­sto, po dro­dze ni­kogo nie wi­dział. Od Vam­lingbo dzie­lił go nie­wielki dy­stans i od roz­pa­da­ją­cego się go­spo­dar­stwa, tym­cza­so­wego schro­nie­nia dla czło­wieka, który po­zwo­lił, by jego po­pędy wzięły nad nim górę.

Czy nie na tym wła­śnie po­le­gała jego praca? Na przy­wo­ły­wa­niu do po­rządku lu­dzi, któ­rzy nie do­trzy­mują umowy spo­łecz­nej? Lu­dzi, któ­rzy pod­dają się żą­dzom, ta­kim jak głód, chci­wość, po­żą­da­nie, za­zdrość, pra­gnie­nie ze­msty czy po­trzeba kon­troli? Wszyst­kich tych, któ­rzy nie dali rady za­cho­wać się w spo­sób cy­wi­li­zo­wany, czyli taki, co do któ­rego pa­nuje po­wszechna zgoda? Któ­rzy na po­wrót stali się zwie­rzę­tami?

Róż­nica spro­wa­dzała się oczy­wi­ście do tego, że zdrada nie jest prze­stęp­stwem. Choć czło­wiek zo­staje uka­rany i trudno mieć o to pre­ten­sje.

Po­trze­bo­wał snu. Brzę­cze­nie w jego gło­wie było za gło­śne. Mu­siał pójść spać, żeby być w miarę wy­po­częty na­stęp­nego ranka. Za­mie­rzał na­sta­wić bu­dzik na wpół do szó­stej.

***

Kiedy Fre­drik wy­siadł z sa­mo­chodu przed do­mem, niebo na pół­noc­nym wscho­dzie było jesz­cze ja­śniej­sze. Mo­kra od rosy trawa skrzy­piała pod bu­tami. Nie mógł się po­wstrzy­mać, by nie przy­sta­nąć przed wej­ściem na schody. Mocno wcią­gnął po­wie­trze, na­peł­nia­jąc płuca chłod­nym, rześ­kim po­wie­trzem. Pa­no­wały ci­sza i spo­kój i przez chwilę rów­nież jego wnę­trze było spo­kojne. My­śli uci­chły, a ży­cie na­gle za­częło się wy­da­wać cał­kiem zno­śne.

Wspiął się po ka­mien­nych stop­niach i z pew­nym tru­dem spo­wo­do­wa­nym pa­nu­jącą ciem­no­ścią udało mu się wło­żyć klucz do zamka. Wszedł, za­mknął za sobą drzwi, zdjął buty i scho­wał klucz z po­wro­tem do kie­szeni dżin­sów. Ziew­nął sze­roko, za­pa­lił świa­tło w przed­po­koju, po­szedł do kuchni i na­peł­nił zimną wodą ku­fel o zło­tej kra­wę­dzi. Cały Je­sper, ma praw­dziwe ku­fle w ku­chen­nej szafce, po­my­ślał i w tej sa­mej chwili roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi. Szyba oto­czona wy­schnię­tym ki­tem za­brzę­czała.

Zdzi­wiony od­sta­wił ku­fel i wró­cił do przed­po­koju. Włą­czył ze­wnętrzne świa­tło i z py­ta­ją­cym wy­ra­zem twa­rzy otwo­rzył drzwi.

Na ze­wnątrz stał ja­sno­włosy męż­czy­zna około trzy­dziestki. Miał na so­bie gra­na­towe dżinsy i ko­szulkę, która lśniła bielą. Skąd on się wziął? Fre­drik ni­gdy wcze­śniej go nie wi­dział, ale mimo to przy­bysz wy­glą­dał zna­jomo.

- Fre­drik Bro­man? - za­py­tał.

- Tak? - od­parł.

Nie spo­dzie­wał się ciosu. Po pro­stu na­gle za­ci­śnięta pięść męż­czy­zny tra­fiła go w szczękę. Upadł do tyłu i pra­wie ude­rzył głową o pod­łogę. Cios był silny, ale prze­wró­cił się głów­nie dla­tego, że go za­sko­czył.

Męż­czy­zna wy­cią­gnął prawą rękę i wska­zał go zde­cy­do­wa­nym ge­stem.

- Od­pier­dol się od Evy - po­wie­dział.

Fre­drik ma­chał rę­kami, żeby zna­leźć na pod­ło­dze coś, czym mógłby się bro­nić, ale już nie było ta­kiej po­trzeby. Na­past­nik się od­da­lił.

Fre­drik klęk­nął, póź­niej sta­nął o wła­snych si­łach. Przez chwilę się nie ru­szał, żeby ustały za­wroty głowy. Kiedy mi­nęły, zgar­nął la­tarkę z ko­mody w przed­po­koju. Nie po to, by coś oświe­tlać, tylko by nią ude­rzać. Wy­biegł na schody, przy­sta­nął i usły­szał w od­dali kroki czło­wieka idą­cego po tra­wie w kie­runku jezdni. Ru­szył za nim.

- Stój! - wy­krzyk­nął.

Za­nim prze­był pół drogi, usły­szał dźwięk za­my­ka­nych drzwi sa­mo­chodu i za­raz po­tem war­kot od­pa­la­nego sil­nika. Po­biegł w kie­runku drogi i do­tarł do niej w samą porę, by zo­ba­czyć od­jeż­dża­jący sa­mo­chód. Za­pa­lił la­tarkę i po­świe­cił za nim. W ostrym świe­tle wy­raź­nie zo­ba­czył ta­blicę re­je­stra­cyjną.

Przy­kuc­nął i dy­szał. Krę­ciło mu się w gło­wie, a szczęka była obo­lała. Męż­czy­zna naj­wy­raź­niej szedł za nim do domu albo za­par­ko­wał sa­mo­chód przy dro­dze, obok sto­doły. Jak mógł go nie za­uwa­żyć? Czyżby był tak po­chło­nięty roz­my­śla­niami, że go wi­dział, ale nie zwró­cił na to uwagi?

Kiedy po­czuł się tro­chę pew­niej na no­gach, wstał i wy­cią­gnął te­le­fon. Za­dzwo­nił na cen­tralę i po­pro­sił ope­ra­torkę, by wy­szu­kała sa­mo­chód. Cze­ka­jąc, nie był w sta­nie słu­chać stu­ka­nia kla­wi­szy kom­pu­tera.

- Wła­ści­cie­lem jest nie­jaki Mi­kael Kar­lén z Öster­garn - od­czy­tała na­zwi­sko ope­ra­torka.

Kar­lén! To było jak ko­lejny cios w twarz. Na pewno brat Evy. Nie mąż, tyle Fre­drik wie­dział. Cu­dow­nie, te­raz będą mieli wię­cej te­ma­tów do roz­mowy.

- Dzięki - od­parł Fre­drik.

- Kar­lén z Öster­garn, czy to nie jest... - za­częła ope­ra­torka.

- Dzięki - po­wtó­rzył Fre­drik i za­koń­czył po­łą­cze­nie.

Po­woli wró­cił do domu i za­mknął za sobą drzwi na za­mek. Na­peł­nił fo­liowy wo­re­czek lo­dem i ostroż­nie przy­ci­snął go do szczęki. Miał na­dzieję, że kiedy się obu­dzi, nie bę­dzie wy­glą­dał bar­dzo źle. Opadł na je­den z fo­teli w za­ciem­nio­nym me­da­lio­no­wym po­koju i spraw­dził w ko­mórce, która go­dzina. Do­cho­dziło wpół do dru­giej. Czy mógł dzwo­nić tak późno? Nie był pewny, ale i tak to zro­bił.

- Eva Kar­lén - usły­szał w słu­chawce po pię­ciu sy­gna­łach.

- Tu Fre­drik. Wła­śnie do­sta­łem w mordę od Mi­ka­ela Kar­léna. Czy to ktoś, kogo znasz? - za­py­tał.

- Co?

- Do­brze sły­sza­łaś.

- Od Mic­kego? Na­prawdę?

- Tak. A przy­naj­mniej był tu jego sa­mo­chód.

- Nie wie­rzę. Jak to "w mordę", co się stało?

- Pięć mi­nut temu wró­ci­łem do domu. Le­dwo zdą­ży­łem wejść, kiedy roz­le­gło się pu­ka­nie i on stał za pro­giem. "Fre­drik Bro­man?", za­py­tał. Od­po­wie­dzia­łem, że tak, i wtedy padł cios.

- Ale dla­czego? Nic z tego nie ro­zu­miem - od­parła Eva.

- "Od­pier­dol się od Evy". Tak brzmiał ko­mu­ni­kat, który mi prze­ka­zał. Za­raz po­tem zwiał.

Fre­drik usły­szał wes­tchnie­nie.

- Co on wy­pra­wia? Dla­czego się w to mie­sza? Chyba zwa­rio­wał. Mu­szę z nim po­roz­ma­wiać - od­parła Eva.

- Tak, to się może przy­dać.

- Boże je­dyny. Gdzie on te­raz jest? Na­dal tam? A ty? W Vam­lingbo?

- Tak. Już go nie ma, a ja nie za­mie­rzam tego zgła­szać na po­li­cję - od­parł Fre­drik.

- Boże.

- Tym ra­zem - do­dał.

- Jak się czu­jesz? Ja na­prawdę... nie wiem, co po­wie­dzieć.

- Nic nie szko­dzi - od­parł, przy­ci­ska­jąc wo­re­czek z lo­dem do szczęki. - Nie mu­sisz nic mó­wić. Po­my­śla­łem tylko, że po­win­naś wie­dzieć.

- Chcia­ła­bym przy­je­chać, ale nie dam rady. Są tu ze mną Stina i Fi­lip.

- Nie szko­dzi. Ale mo­żesz prze­ka­zać Mic­kemu, że na­stęp­nym ra­zem trafi do wię­zie­nia za czynną na­paść na funk­cjo­na­riu­sza.

Eva gło­śno wes­tchnęła.

Co za cho­lerny dzień, po­my­ślał Fre­drik. Zo­sta­łem wy­rwany z łóżka przez dwa trupy, po­tem skrzy­czany i wy­rzu­cony, a na ko­niec do­sta­łem la­nie. Przy­naj­mniej do­brze się za­czął. Do­póki nie za­dzwo­nił te­le­fon Evy, ra­nek był na­prawdę udany.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki