Terror ekożelków, czyli szczerze o urokach (i udrękach) macierzyństwa - Stefanie Wilder-Taylor

-
Proszę czekać

Wstęp

Moje podstawowe zastrzeżenie do instytucji rodzicielstwa (a jeśli czytaliście inne książki, które napisałam, to wiecie, że mam ich całkiem sporo) to brak jedynego słusznego sposobu wychowania dzieci. Rzecz jasna, istnieje wiele osób, które twierdzą coś przeciwnego. Eksperci, książki i filozofie rodzicielskie mnożą się szybciej, niż przybywa nowych obywateli, a większość z nich prezentuje skrajnie różne opinie. Czy powinnam zmuszać moje dzieci do grania na skrzypcach tak długo, aż zaczną im krwawić palce, jednocześnie krzycząc na nie po chińsku, jak znana, skądinąd, matka tygrysica? A może, jak Francuzi, powinnam wychowywać je na trzech maślanych croissantach dziennie, palić papierosy, pić mnóstwo czerwonego wina i żyć w wolnym związku? Oczywiście żartuję, croissanty są zbyt tuczące.

Ilość informacji jest tak przytłaczająca, że ciężko nawet wyobrazić sobie, jak można przyswoić je wszystkie, a co dopiero zastosować w praktyce. Szczególnie w pierwszym roku życia dziecka, który jest mordęgą. Może nie? W pierwszym roku czułam się jak pozostawiona na bezludnej wyspie z gołym obcym, który jest wiecznie głodny i płacze z byle powodu. Zupełnie jakbym była uczestniczką Ryzykantów, której ciągle krwawią sutki i której stan konta zmniejsza się w zastraszającym tempie, bez szans na nagrodę w wysokości miliona dolarów. Chociaż nie, to nie wyglądało tak wesoło.

W tamtym okresie zdecydowanie za dużo czytałam, bo wydawało mi się, że mam do podjęcia wiele decyzji o znaczeniu wręcz życiowym. Czy jeśli nie będę karmić swojej córki piersią, to w przyszłości będzie w stanie zarabiać tylko jako ekspedientka w sklepie odzieżowym? Czy jeśli pozwolę się jej wypłakać, to nie będzie potrafiła się z nikim związać i zostanie socjopatką? Okej, może miałam lekką paranoję, ale nie bez powodu. Kiedy postanowiłam przestać karmić piersią, popełniłam błąd i postanowiłam poradzić się w tej sprawie wujka Googla. Na stronie Baby Center natknęłam się na "obszerne badanie, przeprowadzone przez Narodowy Instytut Nauk o Zdrowiu Środowiskowym, które dowiodło, że u dzieci karmionych piersią ryzyko śmierci pomiędzy 28. dniem a pierwszym rokiem życia spada o 20% w porównaniu do dzieci karmionych sztucznie". CO? No tak. Dobrej zabawy podczas odstawiania malucha!

Moje nowe koleżanki, czyli inne młode mamy, też mi nie pomagały. Kiedy powiedziałam im, że zastanawiam się nad odstawieniem małej od piersi, zaczęły trajkotać: "A czytałaś badania publikowane przez Baby Center? Nie? Wyślę ci to e-mailem!".

Moja córka rosła, a ja, wstyd się przyznać, stawałam się coraz bardziej neurotyczna, bo docierało do mnie, że mam dziecko. Moje maleństwo nie było już tylko kawałkiem plastycznej gliny, niezdolnym do zapamiętywania wspomnień, które mogłoby w przyszłości opisać w pamiętnikach. Radosna przejażdżka po Świecie Amnezji skończyła się właśnie w przerażającym miejscu o nazwie Każda Decyzja Ma Konsekwencje. Z powodu tego wszystkiego szukanie odpowiedniego przedszkola zajęło mi tyle czasu, że mogłoby się wydawać, iż moje dziecko wymaga specjalistycznego leczenia rzadkiej choroby, podczas gdy miało zwyczajnie nauczyć się, jak prawidłowo trzymać kredkę.

Jednak kilka lat później zdarzył się cud. W moim życiu pojawiły się bliźnięta. Dwie córeczki. Urodziłam je sześć tygodni przed terminem (to było oczywiście do bani, ale mniejsza z tym). Kiedy zagrożone jest zdrowie waszego dziecka, zaczynacie patrzeć na wszystko z innej perspektywy. Nagle przestałam się przejmować głupotami i tym, czy najpierw wprowadzić dzieciom do diety przetarty groszek, a dopiero później gruszkę, żeby nie przyzwyczaiły się zbyt wcześnie do słodkiego smaku owoców, bo później nie chciałyby już próbować warzyw. Szczerze, miałam to gdzieś. Byłam za bardzo zajęta utrzymaniem ich przy życiu i nie popadaniem w paranoję. Bliźniaczki miały kolkę, jedna z nich nie chciała jeść, a ja nie brałam prysznica od czasu, kiedy byłam w trzecim trymestrze ciąży.

Z tych doświadczeń oraz moich prób odzyskania jakiejś równowagi i spokoju, zrodziła się nowa, wspaniała filozofia rodzicielstwa. Właściwie to bardziej antyfilozofia, czyli podejście "mniejsza o większość". To idealna mieszanka jednej porcji neurozy i dwóch porcji "to moje ósme dziecko".

Używałam pieluch jednorazowych i nigdy nawet nie dotknęłam sterylizatora butelek. Kupuję jednak organiczne kurczaki ze sprawdzonych hodowli, bo nie chcę, żeby moje córki dostały okresu w wieku lat ośmiu. Jednocześnie kupuję duże paczki chrupek i pozwalam dzieciom na oglądanie telewizji, ale trzymam się ustalonej pory spania.

Nie nalegam na cowieczorną kąpiel (czasem nawet mycie zębów przekładamy na rano), ale czytanie bajek przed snem jest święte. To chyba jest właśnie moja filozofia rodzicielstwa: czytanie przede wszystkim! W najbliższej przyszłości nie planuję jednak sprzedaży gadżetów z tym hasłem.

Nie jestem przesadnie surowa, ale absolutnie nie promuję bezstresowego wychowania. Sama w dzieciństwie biegałam z kluczem na szyi i wcale nie wspominam z rozrzewnieniem czasów, kiedy modnym elementem wystroju wnętrz były pufy, a dzieciaki biegały samopas. To nie było fajne. Już w pierwszej klasie wracałam codziennie ze szkoły sama albo w towarzystwie koleżanek, które też nosiły swoje klucze na szyi. Nikt mnie nie kontrolował, więc w trzeciej klasie chodziłyśmy po szkole do pobliskiej pizzerii, gdzie właściciel (obleśny facet po pięćdziesiątce) zapraszał nas na zaplecze, żebyśmy popatrzyły, jak ugniata ciasto. Lubił też się o nas ocierać od tyłu, kiedy nakładałyśmy sobie lody. Dlatego teraz nie wpadam w euforię, słysząc, że ktoś postanowił wychowywać swoje dzieci bez specjalnego nadzoru.

Przejmuję się tym, ile ciastek zjadają moje dzieci albo jak długo oglądają telewizję. Patrzę jednak na to przez pryzmat rzeczywistego oddziaływania tych czynników na ich zachowanie, a nie kolejnych najnowszych badań, które mają za zadanie przede wszystkim wpędzać rodziców w paranoję strachu. Uwielbiają oglądać telewizję, ale nie dostały od tego ADHD ani nie straciły zainteresowania używaniem swojej wyobraźni. Czy czasami oglądają jej za dużo? Tak. Ale wiecie co? Są dni, kiedy w ogóle nie włączają telewizora! I to jeszcze nie jest moje ostatnie słowo! Jestem matką renegatką!

Nie wydzielam im też słodyczy. Jeśli zjadły na deser kilka ciastek i pytają, czy mogą dostać jeszcze jedno, to im je daję. Niektórym może się wydawać, że igram z ogniem dziecięcej otyłości. Trudno, nazwijcie mnie wariatką.

Nie dyscyplinuję też moich dzieci tylko po to, żeby postawić na swoim. Sposób postępowania dopasowuję do osobowości każdego z nich. Najstarsza córka rzadko wymaga przywołania do porządku lub użycia podniesionego głosu.

Jest obowiązkowa, wrażliwa i łatwo nią kierować. Z kolei jedna z bliźniaczek wędruje do kąta nawet pięć razy dziennie. Jej to pasuje.

Mnie odpowiada ta antyfilozofia rodzicielska. Wy też możecie ją u siebie zastosować! Nie sądzę, żeby matki tygrysice były lepsze niż inne, a pracujące mamy były do bani. Nie uważam też, żeby matki siedzące w domu z dziećmi bardziej się poświęcały ani że istnieje jedna słuszna odpowiedź na pytania dręczące rodziców od zawsze. Kluczem do sukcesu jest może tylko odrobina snu i trochę leków uspokajających. (Żartuję! Nie wpadajcie jeszcze w święte oburzenie, to dopiero wstęp).

Uważam, że powinnyśmy odzyskać władzę. Stanąć do walki z systemem! Kim są nasi wrogowie? Tego dokładnie nie wiem, ale z pewnością są bardzo zajęci analizowaniem badań, które mają na celu cholernie nas przestraszyć i wbić nam do głów, że jako rodzice nawalamy na całej linii.

Jako podsumowanie tego przydługiego wywodu napiszę tylko tyle: bardzo kocham moje dzieci i uwielbiam się nimi zajmować. Wiem też, że daleko mi do ideału. Jednak straciłam tyle czasu na panikowanie z powodu każdej drobnostki, że nauczyłam się odróżniać wartościowe badania, koncepcje i trendy w wychowaniu dzieci od tych, które nie są warte mojej uwagi.

A gdybyście się nadal zastanawiali - nigdy nie przeczytałam książki matki tygrysicy.

Nadopiekuńczość Czy wychowujemy uprzywilejowane, zależne, neurotyczne dzieci? A może po prostu poświęcamy im dużo uwagi?

Mam na imię Stefanie i jestem nadopiekuńcza. Przyznanie się do tego to pierwszy krok, prawda? Do niedawna sama nabijałam się z nadopiekuńczych rodziców, którzy na każdym kroku starają się za wszelką cenę chronić swoje dzieci, wyręczają je na każdym kroku ze strachu przed tym, że mogłyby obetrzeć sobie kolana albo ktoś mógłby powiedzieć im coś niemiłego, a w rzeczywistości hamują ich rozwój i wychowują na neurotyków, którzy w wieku trzydziestu lat wciąż mieszkają z rodzicami. Bo ja wcale taka nie byłam.

Niedawno moja niemal dziesięcioletnia córka poprosiła mnie o bajgla, a ja jak pies Pawłowa ochoczo poderwałam się na nogi, pobiegłam do tostera, wrzuciłam do niego bajgla i wróciłam do pracy. Kiedy toster zadzwonił, córka przyszła do mnie i powiedziała: "Mamo, bajgiel jest już gotowy".

Odpowiedziałam: "Już idę" i znów podniosłam się, żeby skończyć przygotowywać jej tego bajgla, chociaż sama byłam w trakcie robienia czegoś zupełnie innego. Nagle w mojej głowie pojawił się genialny plan. Plan, dzięki któremu nie będę musiała wstawać z miejsca. Nie mogłam uwierzyć, że nie wpadłam na to wcześniej. Postanowiłam od razu wprowadzić go w czyn. Powiedziałam więc: "Kochanie, a może sama posmarujesz swojego bajgla serkiem?" i czekałam, co się wydarzy.

Powiedziała: "Dobra", a ja pomyślałam sobie: Słodki Jezu, jestem taka genialna! To początek nowej ery! Ile rzeczy będę teraz w stanie zrobić w czasie, gdy ona będzie działała samodzielnie! To jasne, że sama powinna zacząć przygotowywać sobie przekąski. Czas najwyższy! W myślach pogratulowałam sobie tego, że nauczyłam dziecko samodzielności i pozwoliłam jej wykazać się zaradnością. To wydarzenie mogło się okazać prawdziwym punktem zwrotnym! Przecież moja córka zje w życiu jeszcze niejednego bajgla. W końcu jesteśmy Żydami.

Cztery minuty później moje dziecko wróciło:

"Mamo, położyłam bajgla na talerzu, ale smarowanie go serkiem nie idzie mi zbyt dobrze. Mogłabyś to zrobić? Proszę". Wtedy zrozumiałam, że sprawy wyglądają dużo gorzej, niż myślałam. Moja córka była zupełnie bezradna i była to wyłącznie moja wina. Nie była leniwa. Ponieważ to ja smarowałam jej bajgla serkiem - czy dlatego, że chciałam być dobrą mamą, czy z powodu mojego lenistwa (zawsze łatwiej było mi zrobić to samej) - odarłam ją z wiary we własne umiejętności smarowania bajgla serkiem.

Kiedy sama byłam dzieckiem, cholernie dobrze wychodziło mi smarowanie bajgla serkiem. I nie tylko to. W wieku sześciu lat smarowałam już chleb masłem i sama wkładałam go do tostera, a potem wyjmowałam widelcem. Nie wiedziałam, że mogę poprosić kogoś, żeby zrobił to za mnie. Może dlatego, że tak naprawdę nie było takiej opcji. Jeśli byłam głodna, musiałam wspiąć się na palce i dosięgnąć chleba, który leżał na blacie. Moim dzieciom nawet nie śniło się zrobienie czegoś tak wyczerpującego. Mamy w kuchni specjalne stołeczki ze schodkiem. Jak się nad tym zastanowić, w naszym domu wszystko wymaga tak niewiele wysiłku, jakbym wychowywała małe kurczaki.

Byłam w lekkim szoku, kiedy zrozumiałam, że problem nadopiekuńczości bezpośrednio mnie dotyczy. Wiem też, dlaczego wcześniej tego nie dostrzegałam. Po prostu łatwo było mi porównywać się do innych rodziców i utwierdzać się w przekonaniu, że prześcignęłam ich o kilka długości.

Przy czym zdecydowanie nie jest ze mną tak źle, jak z matką ośmioletniej koleżanki mojej córki, którą odwoziłam razem ze swoim dzieckiem na zajęcia. Dostałam od niej wtedy SMS-a: "Jeśli zatrzymacie się po drodze na jakąś przekąskę, upewnij się, proszę, żeby Penelope umyła najpierw ręce!". Serio? Przecież to jakaś paranoja. Po pierwsze, nie uważam, żeby dzieci na każdym kroku musiały obsesyjnie myć ręce. Jak ich organizmy mają się nauczyć walczyć z bakteriami, skoro ciągle je zmywamy i pozbawiamy kontaktu z ich układem odpornościowym? Przestańcie zmywać wszystkie bakterie i pozwólcie działać układowi odpornościowemu swoich dzieci.

A po drugie, jeśli zostawiasz swoje dziecko pod czyjąś opieką, to wypadałoby sobie trochę odpuścić i uwierzyć, że pozbawione waszego nadzoru nie będzie piło, paliło i zapnie pasy bezpieczeństwa. W końcu będzie pod opieką innego rodzica, a nie Lindsay Lohan.

Nie był to niestety odosobniony przypadek. Znalazłam się w wielu sytuacjach, w których w porównaniu do innych rodziców wypadałam nie najgorzej. Wszyscy mieliśmy okazję spotkać ludzi, którzy zdecydowanie zbyt długo wożą swoje dzieci w wózkach. Nie rozumiem tego. Czy oni nie widzą, że ich wielki dzieciak jest w stanie zahamować wózek jak Fred Flintstone, bo nogi wloką mu się po ziemi? Czemu to ma służyć? Zamierzają wozić go aż do siedemdziesiątki, a potem przesadzić na elektryczny wózek inwalidzki? To niestety ci sami rodzice, którzy wiecznie biegają za dzieckiem z jedzeniem i co czternaście sekund wpychają mu coś do ust, chociaż ono wcale nie jest głodne. Pewnie trudno jest mu zgłodnieć, skoro cały dzień rodzice wożą je w wózku. Kolejna sprawa to rodzice, którzy nie potrafią rozstać się z kubkiem niekapkiem. Kiedyś nieopatrznie spróbowałam podać siedmiolatce lemoniadę w szklance. Jej matka zareagowała tak, jakbym wręczyła dziecku odbezpieczoną strzelbę: "Ojej, nie sądzę, żeby była już gotowa na picie ze szklanki". Jak się słusznie domyślacie, nasza znajomość szybko się zakończyła.

Krótko mówiąc, pomimo że nie byłam tak nadopiekuńcza jak inni rodzice, po historii z bajglem wiedziałam, że muszę wprowadzić pewne zmiany. Miejcie się jednak na baczności, bo nie wszystkim może się spodobać to, że tak jak ja postanowicie dać swoim dzieciom odrobinę wolności i będziecie od nich oczekiwać większej samodzielności.

Jedną z przeszkód, jaką możecie napotkać, jest Policja Rodzicielska. To ludzie, którzy "tylko starają się pomóc i wskazać wam wasze zaniedbania". Jeśli będziecie mieli szczęście, skończy się na tym, że pod ich wpływem zaczniecie baczniej obserwować swoje dzieci albo uświadomią wam wszelkie możliwe konsekwencje lekkomyślnego zachowania. W najgorszym wypadku tacy ludzie potrafią donieść na was do opieki społecznej albo na policję.

Jedną z pierwszych misji mojej Operacji Niezależność było pozwolenie dzieciom na swobodne poruszanie się po dużej sali Muzeum Historii Naturalnej. Do tego dużego wnętrza było tylko jedno wejście, ja stanęłam w jego pobliżu, a swoim córkom pozwoliłam na swobodne poruszanie się pomiędzy eksponatami i samodzielne odczytywanie tabliczek z informacją o naturalnych siedliskach zwierząt i czyhających na nie drapieżnikach! Bardzo pouczające. Nie było to zbyt duże wyzwanie, ponieważ cały czas miałam je wszystkie trzy w zasięgu wzroku. Byłam też przekonana, że to krok we właściwym kierunku. Niestety, nie wszyscy podzielali moje zdanie. Po niecałych pięciu minutach podeszła do mnie zaniepokojona matka z własnym dzieckiem, przywiązanym do siebie uroczą, puchatą smyczą z małpką i z jedną z moich bliźniaczek. "Czy to pani córka?". Pytanie padło takim tonem, jakby chciała powiedzieć, że właśnie udało jej się udaremnić próbę porwania mojego dziecka. Odpowiedziałam: "Noo, tak".

"Błąkała się całkiem sama i odezwała się do mnie! Zapytałam ją, gdzie jest jej mama, a ona odpowiedziała, że nie wie! Chodziłyśmy więc w kółko, aż panią zobaczyła!". Nie do końca wiedziałam, co na to odpowiedzieć, więc jedynie odrobinę zbyt wylewnie jej podziękowałam. A ona wtedy dodała: "Ostrożności nigdy za wiele". Oczywiście od razu poczułam się jak wyrodna matka.

A potem stwierdziłam, że mimo wszystko zabranie moich dzieci do muzeum mogę chyba zaliczyć na swoją korzyść. Dziewczynki przez cały czas były w zamkniętym pomieszczeniu. Nie puściłam ich przecież luzem podczas pokazu strzeleckiego, mówiąc, że spotkamy się w umówionym miejscu o szóstej.

Chociaż miałam poczucie, że powinnam bronić swojego postępowania, uznałam, że matka próbowała być po prostu pomocna. W sumie miałam szczęście. W dzisiejszych czasach zdarza się, że dobre intencje rodziców, którzy pozwalają dzieciom na samotną, kilkugodzinną zabawę w parku lub samodzielną jazdę po chodniku na hulajnodze, kończą się spotkaniem z policją, a nawet aresztowaniem. Słyszałam o sprawie, w której aresztowano matkę za pozwolenie swojemu siedmioletniemu dziecku na samodzielne przejście do pobliskiego parku, głównie dlatego, że sąsiedzi donosili o mieszkających w okolicy pedofilach. Wszystko to wydarzyło się na Florydzie, więc... cóż.

Jednak słysząc takie historie, zdajemy sobie sprawę z tego, jak gigantyczną przeszkodę kulturową mamy jeszcze do pokonania, żeby nasze dzieci mogły rozwinąć w sobie samodzielność, doświadczać porażek i popełniać błędy.

Niestety, to nie tylko inni rodzice chcą stłumić w nas impuls do pozwalania dzieciom na odrobinę wolności. Moje własne dzieci też nie skaczą z radości w związku ze zmianą mojego postępowania. Ponieważ nasza okolica jest bardzo spokojna, niedawno zasugerowałam mojej dziewięcioletniej córce, że może pójść pieszo do domu swojej przyjaciółki, która mieszka tuż obok. Nie musiałaby przechodzić przez żadną ruchliwą ulicę, a ja mogłabym niemal przez całą drogę obserwować ją z okna. Spojrzała na mnie tak, jakbym jej zaproponowała żonglerkę nożami: "Chcesz, żebym tak po prostu sama wyszła na dwór?".

"Tak, chcę!" - powiedziałam. "Chyba jestem już na to gotowa".

Oczywiście to, że jestem gotowa, nie oznacza, że jest to dla mnie łatwe. Pewnego razu zostawiłam jedną z moich bliźniaczek na huśtawce w dużym, zatłoczonym parku w Los Angeles, żeby pójść z drugą do oddalonej o kilka metrów toalety. Chciałam, żebyśmy poszły wszystkie razem, jednak wyglądała na tak zadowoloną z zabawy, że rozejrzałam się, zobaczyłam mnóstwo innych dzieci i rodziców i uznałam, że nic jej nie będzie, jeśli zostanie sama na pięć minut. Po kilku minutach wróciłam w to samo miejsce, rozejrzałam się po piaskownicy w poszukiwaniu jej czerwonej koszulki z Angry Birds, jednak nie byłam w stanie dostrzec jej w otaczającym mnie morzu dzieci. Przypomniałam sobie, jak mówiłam, że zaraz wrócę, i wpadłam w kompletną panikę. Zaczęłam zastanawiać się, czy ktoś przypadkiem tego nie usłyszał i nie uznał, że to świetna okazja, żeby ją porwać. Zaraz przypomniałam sobie, że porwany trzydzieści lat temu z centrum handlowego Adam Walsh miał zaledwie pięć lat. Gdy sobie to uświadomiłam, dałabym się pokroić za coś na uspokojenie. Oczywiście chwilę później dostrzegłam ją radośnie bawiącą się dokładnie w tym samym miejscu, w którym ją zostawiłam, i uznałam, że naprawdę, ale to naprawdę, muszę przestać oglądać programy policyjne na Discovery.

W czasach powszechnego dostępu do informacji i internetu trudno jest nie mieć paranoi. Rozmawiałam kiedyś ze znajomą, która ma nieco zdrowsze podejście do tych spraw, i zgodziła się ze mną. "Za każdym razem, kiedy odważę się pozwolić moim dzieciom na coś wymagającego odrobiny odwagi, na przykład pływanie w basenie beze mnie, znajduję na Facebooku jakąś przerażającą opowieść o suchym utonięciu, czyli sytuacji, w której dziecko zachłyśnie się wodą podczas pływania, a później w ciągu dnia udusi się bez wyraźnego powodu!". Ależ tak! Czytałam o tym! Sprawdzałam to w wyszukiwarce! Miałam z tego powodu atak paniki! Inna znajoma powiedziała: "Czasem przez dwadzieścia minut zastanawiam się, czy posmarować dziecko toksycznym kremem do opalania, czy wystawić jego skórę na działanie niebezpiecznych promieni słonecznych, bo Huffington Post opublikował w tym tygodniu na ten temat dwa sprzeczne artykuły". Ja też to czytałam. Teksty tak mnie sparaliżowały, że niemal nie pozwoliłam dzieciom wyjechać tego dnia na obóz. Niemal. Jestem neurotyczna, nie obłąkana.

Całe to zamieszanie wokół nadopiekuńczości zaowocowało innym, równie wkurzającym zjawiskiem. Pojawili się ludzie, którzy idą w zupełnie innym kierunku i wychwalają styl rodzicielski rodem z różowych lat siedemdziesiątych! Prawie codziennie widzę wpis na jakimś blogu lub w innym miejscu o tym, o ile lepsze były lata siedemdziesiąte, ponieważ wszyscy po prostu biegaliśmy bez nadzoru i wykorzystywaliśmy naszą wyobraźnię! Nie mieliśmy elektroniki! Żadnej! Wymyślaliśmy własne zabawy! Graliśmy w klasy! Nasi rodzice po prostu kazali nam iść na dwór i nie wracać, póki na ulicach nie zapalą się latarnie! Przykro mi, ale ten sentyment jest już ograny. Byłam dzieckiem w tamtych czasach i to wcale nie były żadne cudowne lata. To beztroska lat siedemdziesiątych w dużej mierze doprowadziła do nadopiekuńczości u kolejnego pokolenia!

Jako dziecko wracałam codziennie sama ze szkoły, z kluczem zawieszonym na szyi na kawałku wstążki. Wchodziłam do pustego domu, sama przygotowywałam sobie coś do jedzenia i odrabiałam pracę domową. Byłam samotna. I cały czas było mi smutno. Oczywiście mogliśmy bawić się na opuszczonych działkach i w ogródkach losowo wybranych ludzi, a jedyne ostrzeżenie, jakie słyszeliśmy, to: "Nie zapomnij zabrać bluzy i trzymaj się z dala od podejrzanych samochodów!". Tylko że wtedy wcale nie było bezpiecznie!

Czasami działy się złe rzeczy, ale nasi rodzice byli zbyt zajęci oglądaniem serialu Wszystkie moje dzieci i pielęgnowaniem własnego wewnętrznego dziecka, żeby nam pomóc. To dorastanie w latach siedemdziesiątych sprawiło, że dziś antydepresanty są tak popularne!

Niektórzy posuwają się w hołdowaniu tej koncepcji rodzicielstwa naprawdę daleko. W Australii powstał przygodowy plac zabaw, na którym starają się odtworzyć klimat opuszczonych działek sprzed lat. Dzieci mają na nim pod dostatkiem połamanych, starych krzeseł oraz miejsce na ognisko, obok którego przygotowano stare gazety i drewno, żeby mogły bawić się jak za dawnych, dobrych lat. Zdaje się, że na placu zabaw zatrudniono kilku pracowników, a rodzice nie są mile widziani.

Nie mówię, że to zupełnie beznadziejny pomysł, ale nie jest to też prawdziwe życie. Jeśli chcą, żeby było naprawdę autentycznie, powinni upewnić się, że po terenie będzie kręciło się kilku wyrostków, którzy zaczną terroryzować młodsze dzieci - przez co one nabawią się zaburzeń lękowych na resztę życia - oraz paru "dziwnych starszych kolegów", którzy będą robić to, co po latach będzie określane podczas terapii jako "zły dotyk". Bardzo mi przykro, ale przez takie historie cieszę się, kiedy dzieci siedzą w domu i grają w Minecrafta.

Morał chyba z tego taki, że jestem odrobinę nadopiekuńcza. Zdaję sobie z tego sprawę i staram się nad tym pracować. Wiem, że moje dzieci kiedyś się pogubią. Będą się bały. Będą smutne, złe i poniosą porażkę. Tak powinno być. Nasza rola powinna polegać na tym, by zejść im z drogi i dać trochę pożyć. Dzieci uczą się w ten sposób odwagi, która najlepiej pokazuje, kto poradzi sobie w życiu. Dlatego pracuję nad odsuwaniem się na bok. Kiedy moje dzieci się kłócą, pozwalam im to rozstrzygnąć między sobą (chyba że zobaczę krew). Nie zgadzam się na planowanie im każdego dnia co do minuty, dzięki czemu muszą same wyjść na dwór i wymyślić sobie jakąś zabawę (pod warunkiem, że cały czas widzę je z okna). A kiedy mają ochotę na przekąskę, każę im ją sobie zrobić. Ale od czasu do czasu nadal smaruję córce bajgla serkiem. Jestem tylko człowiekiem. A także, jak już wspomniałam, jestem w tym cholernie dobra!