Traktat o manekinach Philipa K. Dicka
"Na początku był koniec" - stwierdza Philip K. Dick w swoim wykładzie
The Android and the Human, wygłoszonym w 1972 r. podczas konwentu VCON
w Vancouver. Zaraz potem dodaje: "A może powinniśmy odwrócić kolejność?
Na końcu był początek".1 Początek jest
zatem końcem, koniec jest początkiem, a wszystko razem ułudą. Ułudą jest
dla Dicka i liniowy czas, i podatek dochodowy, i amerykański rząd, i amerykański sen, i zasadniczo wszystko inne, co go otacza, zwłaszcza
jeśli czegoś od niego chce, wymaga i nadmiernie interesuje się tym, co
Philip K. Dick robi we własnym domu. To nie jest prawdziwe życie
człowieka. To upośledzenie ducha. To życie androida - manekina, można by
powiedzieć, sięgając do imaginarium innego twórcy, nie tak chyba bardzo
odmiennego, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać.
Co zatem według Dicka czyni prawdziwym ludzkie życie - i co czyni
człowieka prawdziwym?
Lata sześćdziesiąte to czas największej płodności twórczej Philipa. Po
sukcesie Człowieka z Wysokiego Zamku kolejne powieści wychodzą spod
jego ręki jedna za drugą, po kilka rocznie. Wiele z nich ujrzy światło
dzienne dopiero kilka lat później. W tamtych latach powstały m.in. Czy
androidy marzą o elektrycznych owcach?, Doktor Bluthgeld, Trzy
stygmaty Palmera Eldritcha, nie wspominając już o Ubiku, a to tylko
niektóre spośród napisanych wówczas przez Dicka powieści, nie
wspominając już o opowiadaniach. Książka, którą trzymacie w rękach,
pochodzi z tamtych właśnie lat. Teraz czekaj na zeszły rok powstała w 1963 r., a opublikowało ją Doubleday w 1966.
Wysokie tempo pracy twórczej sprzyja powtarzalności pewnych motywów, co
samo w sobie nie musi być wadą czy prowadzić do jakichś defektów dzieła,
o czym z pewnością zaświadczyć mogą miłośnicy prozy Harukiego
Murakamiego. Stanisław Lem traktował pisarstwo Dicka jako "uchyby"
strzałów oddanych w pobliżu środka tarczy: niekiedy strzelec trafia
bliżej środka, innym razem nieco dalej, niewątpliwie jednak cel
pozostaje ten sam i ta sama jest również tarcza. Idąc dalej tropem tej
metafory, liczba przestrzelin (czyli liczba dzieł literackich) świadczyć
może więc o wadze pewnych problemów dla autora, który raz po raz mierzy
do tego samego celu.
Można wręcz zadać takie pytanie: w pewnej powieści Philipa K. Dicka
bohater pracuje dla wielkiej korporacji, w której zupełnie się nie
odnajduje, nawet jeżeli pozornie odnosi sukcesy, żyje w związku z toksyczną kobietą, nad wszystkim unosi się cień niemal wszechmocnego
szefa, a w obieg zostają wprowadzone substancje psychoaktywne zdolne
realnie zmieniać rzeczywistości; która to powieść Dicka?
No właśnie.
Czy więc Philip nieustannie ponosi klęskę za klęską, skoro niektóre
wątki, motywy i ich rozwinięcia wydają się podobne? Niewykluczone. Jeśli
uświadomić sobie, że wspomniane figury są jedynie symbolami, czyli
odnoszą się do rzeczywistości większej niż tylko ta opisana w książce,
ciężar staje się większy, a (cytując znów Lema) gra z pustej staje się
grą znaczącą. Dick gra i przegrywa, ale nie przestaje grać. Dąży do
pełniejszego wyrażenia i urzeczywistnienia tego, co jego symbole
wyrażają. Niekiedy zbliża się do celu, niekiedy oddala. Po lekturze iluś
tam powieści Dicka pewne konsekwentnie powtarzane wątki (i konfiguracje
tych wątków) stają się bardziej zrozumiałe, inne nadal nie. Taki twórca
nie może jednak odnieść zwycięstwa, bo próbuje wypowiedzieć rzeczy z natury niewypowiadalne.
Logiczną konsekwencją powyższych stwierdzeń musi być przyjęcie, że każda
książka Philipa Dicka jest porażką. Ale za to bardzo piękną porażką.
Teraz czekaj na zeszły rok to powieść realizująca wspomniany schemat.
Sto procent Philipa K. Dicka w Philipie K. Dicku. Gdyby ktoś chciał
ustalić standard dla czegoś takiego jak "powieść Philipa K. Dicka", to
Teraz czekaj na zeszły rok mogłaby służyć za wzorzec. Oto mamy doktora
Erica Sweetscenta, wybitnego chirurga sztucznych wszczepów,
zatrudnionego w Tijuańskiej Korporacji Futer i Barwników, która
zasadniczo jest prywatnym folwarkiem jej szefa, Virgila Ackermana.
Wybitność doktora Sweetscenta zaczyna się na gruncie medycznym i tam też
kończy, bo on sam jest klasycznym everymanem, przedstawicielem gatunku
charakterystycznego dla dwudziestowiecznych tradycji literackich. Za
takiego zresztą uważa go jego żona Kathy, której zawdzięcza on swą
aktualną pracę i pozycję. Wiele jednak się zmienia, gdy doktor
Sweetscent zostaje osobistym lekarzem sekretarza generalnego ONZ Gina
Molinariego, który prawdopodobnie ma plan, jak wyplątać Ziemię z międzyplanetarnej wojny. W kosmosie bowiem trwają zmagania między dwoma
cywilizacjami, z których jedna przypomina ludzi (a właściwie jest
cywilizacją macierzystą ludzkości), a druga - owady. Że istoty na dwóch
nogach z czasem okazują się paskudne, a stworzenia na odnóżach sześciu
bardzo zyskują przy bliższym poznaniu, nie jest jakimś wielkim
zaskoczeniem i wie o tym każdy, kto poświęcił trochę czasu na obserwację
jednych i drugich.
Nie byłaby to w pełni Dickowska książka, gdyby nie dochodziło w niej do
podróży w czasie - poruszamy się do przodu, do tyłu, a czasem w bok, do
alternatywnej nitki czasowej, niekiedy zaś wydaje się, że podróżujemy
ruchem szachowego konika w przyszłość lub przeszłość czasu zupełnie
innego niż nasz. A wszystko to dzięki tajemniczemu narkotykowi, zwanemu
frohedadryną lub JJ-180, który, choć pozwala robić przedziwne rzeczy z czasem, prowadzi do uzależnienia już po jednej dawce, nieuchronnie
prowadząc do wyniszczenia organizmu i śmierci.
To nie kosmiczny konflikt leży jednak w centrum opowieści, choć tak może
na pierwszy rzut oka wydawać się czytelnikom i chyba samemu
Sweetscentowi też. Napędem działań Erica jest bowiem konflikt zupełnie
inny, bo małżeński. I, co niekoniecznie dziwi, poczucie przywiązania do
współmałżonka i wzajemna odpowiedzialność wzrasta proporcjonalnie do
erozji związku i eskalacji krzywd. Teraz czekaj na zeszły rok to
przede wszystkim powieść o rzeczach, które robią sobie nawzajem
najbliżsi ludzie na świecie. Oraz o tym, ile są sobie dłużni i do
jakiego stopnia mogą czuć się za siebie nawzajem odpowiedzialni, kiedy
dawno już wyparowało to, co w nowoczesnej kulturze uchodzi za miłość.
Międzyplanetarne potęgi i działające w czarodziejski sposób narkotyki
stają się dekoracją, tłem dla sceny, na której rozgrywa się boleśnie
zwyczajny małżeński dramat.
Samo słowo "odpowiedzialność" często pojawia się na kartach powieści i zawsze niesie ze sobą dużą moc znaczeniową. Eric czuje się
odpowiedzialny za Kathy, Gino Molinari czuje się odpowiedzialny za losy
Ziemi, jego nastoletnia kochanka czuje się odpowiedzialna za samego
Molinariego, a współpracownik Erica, archetypiczny geek, czuje się
odpowiedzialny za wykorzystywane w korporacji amebowate stworzenia z innej planety i aby wynagrodzić im wyzysk ze strony ludzi, usiłuje
zapewnić im pewną formę życia (powiedzmy) pozagrobowego. Wydaje się, że
to odpowiedzialność stanowi u Dicka najwyższą instancję moralną i tylko
ona utrzymuje ludzi przy życiu, skłaniając do robienia tego, co robią.
Powieść zaludniają neurotycy i idealiści tęskniący za lepszym światem.
Nawet po substancje psychoaktywne sięgają w poszukiwaniu sensu większego
od tego, który mogliby w stanie sami nadać. Takiego sensu, który by
przekroczył ich samych. "Chciałam znaleźć w życiu coś czystego i mistycznego" - powie Kathy. Wydaje się, że Dick pod koniec życia sam
wiedział, że szukanie prawdziwej metafizycznej transgresji i przebóstwienia w narkotykach to karmienie się iluzją ducha. Ale Dick z lat sześćdziesiątych mógł to postrzegać zupełnie inaczej.
W tabletkach nie ma więc ducha, ale może tkwić w nich rozwiązanie wielu
problemów gnębiących bohaterów, a może też i samego Dicka, który wierzy,
że jest to rozwiązanie niepolegające jedynie na chwilowej ucieczce od
świata, ale potencjalnie prowadzące do realnej zmiany. Na przykład
zmiany w czasie. Eric Sweetscent przenosi się w czasie, zmienia
przeszłość i przyszłość (co, w przeciwieństwie do wielu dzieł SF
podejmujących ten temat, niekoniecznie musi prowadzić do katastrofy), aż
w pewnym momencie czas zaczyna nam jawić się jako jeszcze jedna materia
w ludzkich rękach. Nie jest to co prawda materia podatna jak, powiedzmy,
glina czy masa solna, i bywa nieobliczalna jak znarowiony koń. Ale
jednak dzięki frohedadrynie daje się formować i można usiłować nad nią
zapanować.
To właśnie czas jest tym, co w Teraz czekaj na zeszły rok przykuwa
największą uwagę. Wyczynia najbardziej nieprawdopodobne rzeczy nawet bez
JJ-180, nie tyle powodowany wolą bohaterów (ani chyba nawet nie wolą
autora), co jakby swoją własną. Bo oto doktor Sweetscent w ciągu kilku
godzin wyprawy po różnych liniach czasowych, na przemian to uzależnia
się, to z nałogu wychodzi, podróżuje po Stanach Zjednoczonych od
Kalifornii po Wyoming, Arizonę i z powrotem; kogoś uratuje i zaraz
doprowadzi do jego śmierci, wyzna tajemnice państwowe kobiecie, której
nie zna i którą spotyka po raz pierwszy w życiu, za co nie poniesie
żadnych konsekwencji, a w pokoju hotelowym dojdzie do makabrycznej
zbrodni, i to takiej, która wymaga rozpryskania dużej ilości płynów
ustrojowych, po której zaraz nie będzie śladu; w ciemnych zaułkach
zmagać się będzie z depresją i myślami samobójczymi, by niespodziewanie
odzyskać poczucie głębokiej sensowności życia. Wieczór zaiste pełen
wrażeń.
Może nie doceniam sprawności służb sprzątających w meksykańskich
hotelach, tym bardziej że rzecz dzieje się przecież w przyszłości.
Wydaje się jednak, że nie tylko bohaterowie Teraz czekaj na zeszły rok
są neurotyczni. Bywa taki również sam czas. Biegnie według własnego
uznania, czasem zapominając o swoim istnieniu - i nie mam tu na myśli
podróży wzdłuż czy w poprzek jego nurtu przy użyciu narkotyków.
Jeśli nie możemy zakotwiczyć się w czasie, jeśli jego biegowi w powieści
nie możemy zaufać, to czego więc można się uchwycić, aby nie utonąć? W Fantastyce i futurologii Stanisław Lem, pisząc szeroko na temat Teraz
czekaj na zeszły rok, wylicza przeróżne tej powieści niekonsekwencje,
już to widoczne na pierwszy rzut oka, już to nie. O nadzwyczajnej
pojemności czasu Lem nie wspomina. Poświęcając obszerny rozdział swej
książki samemu tylko Dickowi, Lem pisze za to: "Dick idzie dalej;
miażdży jawę rzeczywistości. Toteż utwory jego można uznać za
zobiektywizowane projekcje wewnętrznych rozdarć, a dowód na to w fakcie,
iż pośród postaci Dicka są narkomani, histerycy, manekiny powodowane
zdalnie ludzkim umysłem, fanatycy, lecz nie ma wśród nich ani jednego
szaleńca. To zrozumiałe, ponieważ on bazę gry odwrócił; jego ludzie
pozostają normalni wewnętrznie wbrew światu, co ich osacza, ponieważ ten
świat jest rażony obłędem: rozpada się, rozszczepia na kawały niespójne
niczym mózg schizofrenika, lecz oni, jego mieszkańcy, lecąc w otchłań na
ostatnim szczątku, zachowują przytomność. Dick unicestwia światy swych
bohaterów, a oni wychodzą z tego cało".2
Stałości zatem należy u Dicka poszukiwać w człowieku i człowieczeństwie.
Reszta to dekoracje. Świat Dicka tworzony jest z dykty i styropianu,
trzyma się na szarej taśmie i trytytkach, a tam, gdzie zanadto skrzypi,
spryskany jest WD-40 (Ubik zostanie wynaleziony dopiero za kilka lat, a pewnie bardzo by się przydał). Pewne skojarzenia z zupełnie innymi
manekinami niż te, o których mówi Lem, wydają się więc uprawnione. W języku polskim wystarczy bowiem tylko powiedzieć "manekiny", by
przywołać pewnego demona. Demonów zaś nie przywołuje się bezkarnie.
I tak w Traktacie o manekinach Bruno Schulz mówi ustami ojca: "Nie
zależy nam (...) na tworach o długim oddechu, na istotach na daleką metę.
Nasze kreatury nie będą bohaterami romansów w wielu tomach. (...).
Przyznajemy otwarcie: nie będziemy kładli nacisku na trwałość ani
solidność wykonania, twory nasze będą jakby prowizoryczne, na jeden raz
robione".3 Jeśli wejść
głębiej w schulzowskie regiony wielkiej herezji, ujawnia się
podobieństwo między jego manekinami a światem Philipa K. Dicka i wszystkim, co w tym świecie jest nieczłowiecze. Dick tworzy bowiem nieco
manichejską z ducha antynomię, silnie rozdzielając prawdziwego człowieka
od wszystkiego, co prawdziwym człowiekiem nie jest.
Określenie "prawdziwy" nie pada tu przypadkowo. Nierzadko bowiem u Dicka
trafiamy na istoty, które, choć z zewnątrz podobne do człowieka, wcale
prawdziwymi ludźmi nie są (zdarza się też na odwrót, ale nie w książce,
którą trzymacie w rękach). We wspomnianym już obszernym i osobistym
wykładzie The Android and the Human, Dick stwierdza: "Pragnę postawić
pytanie: czy możemy w naszym zachowaniu wyróżnić coś, co czyni nas
prawdziwie ludźmi? Coś, co jest dla naszego gatunku wyjątkowe? A czym
jest to, co moglibyśmy, przynajmniej przy obecnym stanie wiedzy, nazwać
zachowaniem mechanicznym, czy - rozszerzając tę myśl - owadzim,
odruchowym? Osobiście włączyłbym do tej drugiej kategorii również
niby-ludzkie zachowania istot będących kiedyś rzeczywiście ludźmi,
istot, które w sposób, jaki zaraz przedstawię, zasadniczo stały się
maszynami, i to maszynami w najgorszym znaczeniu tego słowa: bo choć ich
biologiczna egzystencja trwa nadal, choć działa ich metabolizm, to dusza
- niech mi będzie wolno z braku określenia użyć tego słowa - jest w nich
już nieobecna lub w najlepszym przypadku nieaktywna. Tacy osobnicy
istnieli w naszym świecie od zawsze, choć obecnie ich produkcją zajmuje
się rząd i jemu podobne instytucje".4 W świetle tych słów nie jest zatem człowieczeństwo
rzeczą raz na zawsze daną i niezbywalną. Można ponieść jakąś szkodę na
duszy - zawinioną lub nie - która z ludzkiej kondycji nas wypchnie. W Teraz czekaj na zeszły rok Dick jawnie jednak pokazuje, że nasze
obowiązki wobec bliskich nam osób, które swe człowieczeństwo utraciły,
przegrały, sprzedały lub im je odebrano, pozostają w mocy. Obowiązki te
spoczywają, rzecz jasna, na tych, którzy od człowieczeństwa wciąż
jeszcze nie odpadli.
To, co "ludzkie", niekoniecznie musi wiązać się z człowiekiem rozumianym
jako organizm biologiczny, ze ssakiem z rodziny naczelnych, rodzaj
Homo, gatunek Homo sapiens sapiens. Niekiedy u Dicka maszyna okazuje
się bardziej "ludzka" (w sensie swego wewnętrznego życia i refleksji
egzystencjalnej) niż człowiek z ciała. To są wnioski, które pojawiają
się w jego twórczości z czasem i dojrzewają wraz z kolejnymi książkami.
We wczesnych latach sześćdziesiątych, na etapie pisania Teraz czekaj na
zeszły rok, widać ich zaczątki (w postaci wózków, którym darowano coś w rodzaju życia pozagrobowego, a które nieoczekiwanie okażą się bardziej
znaczące dla opowiadanej historii, niż mogłoby się wydawać), choć nie
zostają jeszcze bardzo dobitnie wyartykułowane.
Odczłowieczenie to następstwo myślenia o świecie jako odpodmiotowionym,
żyjącym życiem zupełnie odmiennym od
ludzkiego.5 Dick na nowo
chce tchnąć życie w to, co martwe - a tchnąć życie oznacza u niego to
samo, co uczynić ludzkim. Ludzkość oznacza wolność, nawet jeśli będzie
to wolność do błądzenia.
Prawdziwy człowiek w nieprawdziwym świecie. Taka myśl pojawia się, gdy
twórczości Dicka przyjrzeć się głębiej, gdy zerknąć za zasłonę tekstu,
za jej ciemne zwierciadło. Literackie światy, powołane do istnienia
przez genialnego dziwaka z Kalifornii, są z zasady dziurawe, pretekstowe
i niespójne - co wydaje się odzwierciedlać odczucia żywione przez Dicka
wobec świata, w którym przyszło mu żyć. Dał temu wyraz podczas swej
przemowy podczas konwentu SF w Metzu w 1977 r. Lem określa to mianem
fantomatyki; dla nas dzisiaj pewnie bliższe i bardziej zrozumiałe byłoby
określenie życia w symulacji. Czy na ścianach naszej jaskini możemy
zobaczyć poruszające się cienie prawdziwej rzeczywistości, na to Dick
udziela bardzo różnych odpowiedzi. Być może cienie te należy raczej
przeczuć lub wyrozumować, niż faktycznie zobaczyć.
Co jednak w tym fantomatycznym świecie (fantomatycznych światach?)
według Dicka czyni nas ludźmi, a nie androidami? Android - nie tyle
maszyna, co po prostu nieczłowiek - jest od człowieka zasadniczo
nieodróżnialny. Być może nawet sam o swym człowieczeństwie jest
niezbicie przekonany. Skoro szkiełko i oko zawodzą, Dick sięga po inne
narzędzia, nie tyle intelektualne, co egzystencjalne. Android ma zatem
być pozbawiony (pozbawić się) tego, co czyni go indywidualną jednostką.
Trybik w maszynie, owad w roju, ale przede wszystkim ten, co stoi na
straży otaczającego nas opresyjnego systemu; polityk, urzędnik,
policjant, żołnierz - oto android. Można by pewnie również wielkie
ponadjednostkowe twory, a więc korporacje, państwa i wszystko, co
stworzone na obraz i podobieństwo roju, uznać za metaandroidy. U Brunona
Schulza ojciec - domowy demiurg - powie: "chcemy stworzyć po raz wtóry
człowieka, na obraz i podobieństwo
manekina".6 Ludzkie zaś
jest to, co przeciwne takiemu totalitarnemu porządkowi, co szuka sensu
na własną rękę, często po omacku. Dick zdaje się przy tym szczególnie
lubić młodych, kobiety, dziwaków, życiowych przegrywów, osoby
skonfliktowane z prawem czy ogólnie przyjętą obyczajowością, i wszystkich tych, którzy w otaczającym ich świecie się nie odnajdują i zapewne chętnie widzieliby go inaczej urządzonym. W poszukiwaniu tego
sensu Dick wyprawia się w przestrzenie niczym nieskrępowanej wyobraźni,
w mistykę, w narkotyczne wizje. I może nawet niekiedy o ten sens się
ociera, może czasem zderza się po drodze z jakimś absolutem, przede
wszystkim jednak spotyka w tej wędrówce człowieka.
Lech Jęczmyk w przedmowie do Blade Runnera, pierwszej książki w tej
imponującej, kompletnej już serii dzieł Philipa K. Dicka, pisze: "Jak
złożymy wszystko, co wiemy, to widzimy tylko, że coś tu nie gra. Ale jak
pięknie i ciekawie nie gra".7 Wyprawiając się w podróż z kalifornijskim
pisarzem, trzeba porzucić bezpieczne iluzje spójności, do których
przyzwyczaiła nas fantomatyka innych światów wymyślonych. Naszym
środkiem lokomocji nie będzie zaś żadna z maszyn znanych z imaginarium
SF, tylko ten wadliwy i nieco zdezelowany wehikuł zwany człowiekiem.
Hej, wy, wrzuceni w ten świat, do którego nie pasujecie i nigdy nie
będziecie pasować - to wy jesteście prawdziwymi ludźmi. Taka jest gnoza
Philipa K. Dicka i jego dobra nowina.
Radek Rak
Bardzo dziękuję Mikołajowi Kołyszce za dobrą rozmowę i cenne sugestie.
Philip K. Dick, The Android and the Human, https://genius.com/Philip-k-dick-the-android-and-the-human-annotated, dostęp 17.07.2024, przekład własny. [wróć]
Stanisław Lem, Fantastyka i futurologia, t. 1, Agora, Warszawa 2009, s. 163-164. [wróć]
Bruno Schulz, Traktat o manekinach, [w:] Sklepy cynamonowe, Słowo/Obraz Terytoria, Gdańsk 2018, s. 57. [wróć]
Philip K. Dick, op.cit. [wróć]
Esej The Android and the Human zaczyna się przecież tak: "Tak zwanym umysłom prymitywnym przypisuje się tendencję do postrzegania otoczenia jako czegoś ożywionego. Współczesna psychologia głębi nakłania nas do porzucania tych antropomorficznych projekcji". Człowiek musi więc uświadomić sobie, że całe życie psychiczne odbywa się wyłącznie w nim (i w innych ludziach, rzecz jasna), świat zaś jest go pozbawiony. Dick pisze dalej: "Dotarcie do tego punktu ma świadczyć o dojrzałości i racjonalności. (...). Można się jednak zastanowić: czy traktując wszystko wokół siebie jako rzeczy, nie czyni on rzeczami również innych ludzi? Kamienie, głazy i drzewa stają się w jego oczach nieożywione, co jednak z jego przyjaciółmi? Czy i oni przypadkiem również nie zostali przez niego zamienieni w kamienie?". Philip K. Dick, op.cit. [wróć]
Bruno Schulz, op.cit., s. 58. [wróć]
Philip K. Dick, Blade Runner. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?, Rebis, Poznań 2012, s. 16. [wróć]
1
Budowla w kształcie nielota, tak dobrze mu znana, emanowała zwykłym
przydymionym szarym światłem, gdy Eric Sweetscent obniżył koło i zaparkował je w wyznaczonym mu boksie. Ósma rano, pomyślał przygnębiony.
A jego szef, pan Virgil L. Ackerman, już zdążył otworzyć biura
Korporacji. Wyobraźcie sobie człowieka, którego umysł pracuje
najsprawniej o godzinie ósmej rano. To jawne pogwałcenie wyraźnych
boskich nakazów. Niezły świat raczyli nam dać; wojna usprawiedliwia
każde ludzkie dziwactwo, nawet wybryki tego dziadygi.
Mimo wszystko ruszył w kierunku chodnika wejściowego - ale niemal
natychmiast zatrzymał go krzyk:
- O, pan Sweetscent! Chwileczkę, proszę pana! - Brzęczący jak struna - i bardzo odpychający - głos robanta; Eric niechętnie przystanął, a maszyna
podjechała do niego, energicznie wymachując wszystkimi rękami i nogami.
- Pan Sweetscent z Tijuańskiej Korporacji Futer i Barwników?
Przytyk nie umknął jego uwagi.
- Doktor Sweetscent, jeśli łaska.
- Mam dla pana rachunek, doktorze. - Robant błyskawicznym ruchem
wyciągnął z metalowej kieszonki biały złożony świstek. - Pańska żona,
pani Katherine Sweetscent, obciążyła nim trzy miesiące temu swoje konto
w Wyśnionych Szczęśliwych Chwilach Dla Wszystkich. Sześćdziesiąt pięć
dolarów plus szesnaście procent prowizji. Poza tym jest jeszcze aspekt,
rozumie pan, prawny. Przykro mi, że pana zatrzymuję, ale to wszystko
było, hm, nielegalne.
Robant czujnie obserwował, jak Eric z wielkim ociąganiem wyjmuje
książeczkę czekową.
- Co kupiła? - zapytał Eric ponuro, wypisując czek.
- Paczkę lucky strike'ów, doktorze. W oryginalnej, starożytnej zieleni.
Z 1940 roku, przed drugą wojną światową, kiedy zmieniono opakowanie. Wie
pan: "Zielone lucky strike'i poszły na wojnę". - Robant zachichotał.
Eric nie mógł w to uwierzyć; coś tu było nie tak.
- Ale z całą pewnością miało to pójść na konto firmy - zaprotestował.
- Nie, panie doktorze - oznajmił robant. - Z ręką na sercu. Pani
Sweetscent wyraźnie zaznaczyła, że kupuje paczkę do prywatnego użytku. -
Po czym dorzucił wyjaśnienie, którego fałsz Eric od razu przejrzał, choć
trudno byłoby mu powiedzieć, przynajmniej w tej chwili, czy pochodzi ono
od maszyny czy od Kathy. - Pani Sweetscent - oznajmił z nabożną czcią
robant - buduje Pitts-39.
- Akurat, cholera.
Cisnął w stronę robanta wypisany czek; automat popędził za furkoczącym
papierkiem, a Eric ponownie ruszył w kierunku chodnika wejściowego.
Paczka lucky strike'ów. No tak, skonstatował ponuro, Kathy znowu
szaleje. Ten jej twórczy popęd, który znajduje ujście tylko w wydawaniu
pieniędzy. A wydatki zawsze przewyższają jej zarobki - które, co trzeba
z bólem serca przyznać, są nieco większe od jego pensji. Ale tak czy
owak, czemu nic mu nie powiedziała? Taki poważny zakup...
Odpowiedź była oczywista. Sam rachunek doskonale uświadamiał całą
przygnębiającą powagę problemu. Eric pomyślał: Piętnaście lat temu
powiedziałbym - zresztą naprawdę to powiedziałem - że nasze połączone
dochody wystarczyłyby i powinny były wystarczyć do zapewnienia
dostatniego poziomu życia każdej parze w miarę rozsądnych dorosłych
ludzi. Nawet po uwzględnieniu typowej dla wojny inflacji.
Sprawy potoczyły się jednak nieco innym torem. I Eric miał głębokie,
nieustające przeczucie, że już nigdy się nie zmienią na lepsze.
Wewnątrz siedziby Korporacji wybrał numer korytarza prowadzącego do jego
biura, stłumiwszy odruch, żeby wpaść na górę do Kathy i natychmiast
wszystko jej wygarnąć. Zrobię to później, postanowił. Po pracy, może
przy kolacji. Boże drogi, ile czeka go dziś roboty; nie starczało mu
energii - jak zawsze - na tę nieustanną harówkę.
- Dzień dobry, doktorze.
- Cześć - odparł Eric, kiwając głową swojej sekretarce, kudłatej pannie
Perth; tym razem spryskała się lśniącym błękitem, inkrustowanym
skrzącymi się okruchami, w których odbijały się światła biura. - Gdzie
jest Himmel? - Ani śladu głównego kontrolera jakości, a Eric widział
już, że na parkingu lądują pracownicy filii.
- Bruce Himmel zadzwonił z wieścią, że biblioteka publiczna w San Diego
wytoczyła mu sprawę, w związku z czym będzie się musiał stawić w sądzie
i najprawdopodobniej spóźni się do pracy. - Panna Perth uśmiechnęła się
do Erica służalczo, ukazując nieskazitelne zęby z syntetycznego hebanu,
deprymujący nabytek, który przywiozła rok temu z Amarillo w Teksasie. -
Wczoraj gliniarze z biblioteki włamali się do jego mieszkadła i znaleźli
dwadzieścia książek, które ukradł - zna pan Bruce'a, tę jego fobię, że
musi sam wszystko sprawdzić... Jak to się nazywa po grecku?
Eric przeszedł do wewnętrznego biura, które należało tylko do niego;
Virgil Ackerman nalegał na to jako na odpowiednią oznakę prestiżu -
substytut podwyżki.
A w biurze, przy oknie, paląc meksykańskiego papierosa o słodkim
aromacie i patrząc na surowe, płowe wzgórza Baja California na południe
od miasta, stała jego żona Kathy. Ujrzał ją po raz pierwszy tego ranka;
wstała godzinę przed nim, ubrała się, zjadła sama śniadanie i pojechała
do pracy własnym kołem.
- Co jest? - rzucił sucho Eric.
- Wejdź do środka i zamknij drzwi.
Kathy odwróciła się, ale wciąż na niego nie patrzyła; jej cudownie
wyrazista twarz była zadumana.
Zamknął drzwi.
- Dzięki za powitanie mnie w moim biurze.
- Wiedziałam, że ten cholerny poborca rachunków cię dzisiaj przydybie -
powiedziała obojętnie Kathy.
- Prawie osiemdziesiąt zielonych. Razem z grzywną.
- Zapłaciłeś? - Po raz pierwszy spojrzała na niego; sztucznie
zaciemnione rzęsy zatrzepotały, zdradzając jej niepokój.
- Nie - odpalił sardonicznie. - Dałem się zastrzelić robantowi na
miejscu, tam na parkingu. - Powiesił płaszcz w szafie. - Oczywiście, że
zapłaciłem. To obowiązkowe, odkąd Mol zlikwidował możliwość zakupów na
kredyt. Wiem, że cię to nie obchodzi, ale gdy człowiek nie zapłaci w ciągu...
- Tylko bez wykładów, proszę. Co ci powiedział? Że buduję Pitts-39?
Kłamał; kupiłam zielone lucky strike'i w prezencie. Bez porozumienia z tobą nie budowałabym żadnej krainy dzieciństwa; koniec końców należałaby
przecież także do ciebie.
- Nie Pitts-39. Nie mieszkałem tam ani w trzydziestym dziewiątym, ani
kiedy indziej. - Usiadł za biurkiem i wystukał numer na interkomie. -
Już jestem, pani Sharp - powiadomił sekretarkę Virgila. - Jak pani się
dziś miewa? Bez problemów wróciła pani wczoraj wieczorem z tego wiecu na
rzecz obligacji wojennych? Żadne pikiety podżegaczy pani nie napadły? -
Wyłączył interkom i zwrócił się do Kathy: - Lucile Sharp jest żarliwą
zwolenniczką pokoju. Myślę, że to miłe ze strony Korporacji, że pozwala
pracownikom na angażowanie się w agitację polityczną, prawda? Co więcej,
to nie kosztuje ani centa; udział w mityngach politycznych jest darmowy.
- Ale trzeba się modlić i śpiewać - zauważyła Kathy. - I każą ci kupować
te obligacje.
- Dla kogo była ta paczka papierosów?
- Oczywiście dla Virgila Ackermana. - Wypuściła dwie bliźniacze spirale
dymu. - A co, myślisz, że chciałabym zmienić pracę?
- Jasne, gdybyś znalazła coś lepszego.
- Nie trzyma mnie tutaj wysoka pensja, Eric, wbrew temu, co o tym
myślisz - powiedziała refleksyjnym tonem Kathy. - Wierzę, że pomagamy w działaniach wojennych.
- Tutaj? Jak?
Otworzyły się drzwi biura i pojawił się w nich zarys sylwetki panny
Perth; jej świetliste, zamglone, sterczące piersi musnęły framugę, gdy
obróciła się ku niemu i powiedziała:
- Przepraszam, panie doktorze, ale pan Jonas Ackerman chce się z panem
zobaczyć - wnuk bratanka pana Virgila, z Kąpieli.
- Jak tam Kąpiele, Jonas? - odezwał się Eric, wyciągając rękę; wnuk
bratanka właściciela firmy zbliżył się do niego i potrząsnął jego
dłonią. - Wynurzyło się coś na nocnej zmianie?
- Nawet jeśli się wynurzyło - odparł Jonas - to przybrało postać
robotnika i wyszło główną bramą. - W tym momencie zauważył Kathy. -
Dzień dobry, pani Sweetscent. Widziałem ten nowy obiekt, który nabyła
pani dla naszego Wasz-35, ten garbaty samochód. Co to takiego,
volkswagen? Tak je nazywano?
- Aerodynamiczny chrysler - wyjaśniła Kathy. - Dobry wóz, ale za dużo
metalu w nim grzechotało. Przez to techniczne przeoczenie przepadł na
rynku.
- Boże - rzucił z przejęciem Jonas. - To musi być fantastyczne, tak
gruntownie się na czymś znać. Do licha z powierzchowną wszechstronnością
renesansu - lepiej wyspecjalizować się w jednej dziedzinie, aż... - Urwał,
widząc ponurych, milczących jak posągi Sweetscentów. - Przeszkodziłem
wam?
- Sprawy firmy mają pierwszeństwo przed zwierzęcymi przyjemnostkami -
rzekł Eric. Cieszył się, że naszedł ich nawet ten tak niski rangą
członek złożonej dynastii właścicieli firmy. - Zmykaj stąd, Kathy -
zwrócił się do żony, nie siląc się nawet na jowialny ton. - Pogadamy
przy kolacji. Mam za dużo roboty, żeby tracić czas na jałowe rozważania,
czy robant poborca jest technicznie zdolny do kłamstwa, czy nie. -
Odprowadził ją do drzwi; szła biernie, nie stawiając oporu. Eric dodał
łagodnie: - Nabija się z ciebie, jak cała reszta świata, prawda? Wszyscy
cię bez przerwy obgadują.
Zamknął za nią drzwi.
- Cóż, takie są obecnie małżeństwa. - Jonas Ackerman wzruszył ramionami.
- Zalegalizowana nienawiść.
- Dlaczego tak sądzisz?
- Och, ta wymiana zdań ujawniła zgrzyty; czuło się je w powietrzu jak
chłód śmierci. Powinien wejść w życie jakiś dekret, który zakaże
mężczyźnie pracować z żoną w tej samej firmie; cholera, nawet w tym
samym mieście. - Uśmiechnął się, z jego pociągłej, młodzieńczej twarzy
zniknęła od razu cała powaga. - Ale ona jest naprawdę dobra, wiesz;
Virgil stopniowo zwolnił wszystkich pozostałych zbieraczy antyków po
tym, jak Kathy podjęła tu pracę... ale z pewnością ci o tym wspominała.
- Wielokrotnie. - I codziennie, zauważył Eric z goryczą.
- Czemu się nie rozwiedziecie?
Eric wzruszył ramionami, co miało być oznaką głęboko filozoficznego
podejścia do życia. Miał nadzieję, że mu to wyszło.
Chyba jednak nie bardzo, bo Jonas zapytał:
- To znaczy, że to małżeństwo ci się podoba?
- To znaczy - stwierdził z rezygnacją Eric - że byłem już kiedyś żonaty
i wcale nie wiodło mi się lepiej, a jeżeli rozwiodę się z Kathy, na
pewno znowu sobie kogoś znajdę - bo, jak ujmuje to mój mózgobij, nie
potrafię odnaleźć swojej tożsamości poza rolą małżonka, tatusia i wielkiego żywiciela rodziny - i następna żona będzie taka sama, bo takie
właśnie kobiety wybieram. Tego nie da się usunąć z mojego charakteru. -
Uniósł głowę i popatrzył na Jonasa z całą masochistyczną zawziętością,
na jaką było go stać. - Czego chciałeś, Jonas?
- Wycieczka - oznajmił radośnie Jonas Ackerman. - Na Marsa, dla nas
wszystkich, włącznie z tobą. Konferencja! Ty i ja możemy zająć miejsca z dala od starego Virgila, żeby nie musieć rozmawiać o firmie, wojnie i Ginie Molinarim. A ponieważ lecimy wielkim statkiem, cała podróż potrwa
sześć godzin w jedną stronę. I na litość boską, nie wolno dopuścić do
tego, żebyśmy stali przez całą drogę na Marsa i z powrotem - zajmijmy
zaraz miejsca.
- Jak długo tam będziemy? - Perspektywa podróży wcale się Ericowi nie
uśmiechała; na zbyt długo oderwie go to od pracy.
- Bez wątpienia wrócimy jutro lub pojutrze. Posłuchaj tylko, dzięki temu
zejdziesz z drogi żonie, bo Kathy zostaje na miejscu. To taki paradoks,
ale zauważyłem, że kiedy stary jest już w Wasz-35, to woli, żeby nie
plątali się przy nim żadni eksperci od antyków... lubi poddać się, hm,
magii miejsca... szczególnie teraz, na starość. Kiedy człowiek ma sto
trzydzieści lat, zaczyna to i owo rozumieć - tak też może i będzie ze
mną. A tymczasem musimy znosić jego kaprysy. - Jonas dodał ponuro: -
Zapewne to wiesz, Eric, skoro jesteś jego lekarzem. On nie będzie chciał
nigdy umrzeć, nigdy nie podejmie tej trudnej decyzji - jak to się mówi -
cokolwiek mu w organizmie wysiądzie i cokolwiek trzeba będzie w nim
wymienić. Czasami zazdroszczę mu tego optymizmu. Tego, że tak szalenie
lubi życie, że przykłada do niego taką wagę, a my, mali śmiertelnicy, w naszym wieku... - Przyjrzał się Ericowi. - Tych żałosnych trzydziestu czy
trzydziestu trzech lat...
- Mam mnóstwo sił żywotnych - oznajmił Eric. - Jestem gotów na długie
życie. Nie dam mu się pokonać. - Z kieszeni płaszcza wyjął rachunek,
który przedstawił mu robant. - Skup się i spróbuj sobie przypomnieć: czy
jakieś trzy miesiące temu w Wasz-35 nie pojawiła się paczka zielonych
lucky strike'ów? Zdobytych przez Kathy?
Po długiej chwili ciszy Jonas Ackerman powiedział:
- Ty biedny, podejrzliwy, głupi dziadzie. Tylko o tym potrafisz myśleć.
Posłuchaj, doktorze; jeżeli nie skoncentrujesz się na pracy, to już po
tobie; w kadrach leży ze dwadzieścia podań chirurgów sztucznych
wszczepów, którzy tylko czekają, żeby podjąć pracę u człowieka pokroju
Virgila, wielkiej szychy w dziedzinie gospodarki i wojny. Naprawdę nie
jesteś znowu aż tak dobry. - Twarz Jonasa wyrażała jednocześnie
współczucie i dezaprobatę, i ta osobliwa mieszanka raptownie obudziła
czujność Erica Sweetscenta. - Gdyby na przykład mnie samemu wysiadło
serce - a na pewno niedługo się tak stanie - raczej nie kwapiłbym się do
pójścia do ciebie. Jesteś zbyt zamotany w sprawy osobiste. Żyjesz dla
siebie, a nie dla planety. Mój Boże, nie pamiętasz, że prowadzimy wojnę
na śmierć i życie? I przegrywamy. Każdego cholernego dnia ścierają nas
na proch!
Eric zdał sobie sprawę, że to prawda. I do tego mamy chorego,
hipochondrycznego, przygnębionego przywódcę. Tijuańska Korporacja Futer
i Barwników to jeden z ogromnych kompleksów przemysłowych, które służą
mu wsparciem, które z trudem utrzymują Mola u władzy. Bez serdecznej
przyjaźni tak wysoko postawionych osób jak Virgil Ackerman Gino Molinari
już by zleciał z urzędu, nie żył albo gnił gdzieś w domu starców. Wiem o tym. A jednak życie osobiste musi trwać dalej. Przecież, pomyślał, nie z własnego wyboru wplątałem się w sprawy domowe, wszedłem w bokserski
klincz z Kathy. A jeżeli sądzisz, że było lub jest inaczej, to wszystko
przez to, że jesteś chorobliwie młody. Nie udało ci się przeprawić z krainy młodzieńczej swobody na ląd, który zamieszkuję: w związku
małżeńskim z kobietą, która przewyższa mnie pod względem finansowym,
intelektualnym, a nawet, tak, to też, nawet erotycznym.
Przed opuszczeniem budynku doktor Eric Sweetscent zajrzał do Kąpieli,
zastanawiając się, czy Bruce Himmel zjawił się w pracy. Owszem; stał
przy ogromnym koszu pełnym odrzuconych, niesprawnych Leniwych Brązowych
Psów.
- Przerób je z powrotem na breję - powiedział Jonas do Himmela, który
uśmiechnął się szeroko na swój pusty, niezborny sposób, gdy najmłodszy z Ackermanów rzucił mu jedną z wybrakowanych kul schodzących z linii
montażowych Korporacji razem z innymi kulami przeznaczonymi do włączenia
w układy sterowania statków międzyplanetarnych. - Wiesz co - zwrócił się
do Erica - gdyby wziąć z tuzin tych systemów kontrolnych - i to nie
zepsutych, ale tych, które są wysyłane w kartonach dla armii - okazałoby
się, że ich czas reakcji w ciągu ostatniego roku albo nawet ostatnich
sześciu miesięcy wydłużył się o kilka mikrosekund.
- Czy to oznacza, że nasze standardy jakości się obniżyły? - zapytał
Eric.
Wydawało się to niemożliwe. Produkty Korporacji były zbyt ważne. Cała
sieć działań wojennych była uzależniona od tych kul wielkości kociej
głowy.
- Zgadza się. - Jonas nie wydawał się tym przejęty. - Ponieważ zbyt
wiele odrzucaliśmy. Nie wykazywaliśmy zysku.
- Cz-czasami marzy mi się powrót do przeróbki guana marsjańskich
nietoperzy - wyjąkał Himmel.
Niegdyś Korporacja zajmowała się przetwórstwem odchodów marsjańskich
nietoperzy trzepotków, co przyniosło pierwsze zyski. Dzięki nim mogła
zainwestować w przynoszące większe korzyści gospodarcze inne stworzenie
spoza Ziemi, marsjańską amebę powielającą. Ten dostojny jednokomórkowiec
przetrwał dzięki umiejętności naśladowania innych form życia -
szczególnie istot o identycznych wymiarach - i chociaż ta zdolność
rozbawiła ziemskich astronautów i przedstawicieli ONZ, nikomu nie
przyszło do głowy, żeby wykorzystać ją w celach przemysłowych, dopóki na
scenie wydarzeń nie pojawił się Virgil Ackerman, sławny przetwórca guana
nietoperzy. Pokazał amebie kosztowną etolę jednej ze swoich ówczesnych
kochanek; ameba wiernie ją odtworzyła, toteż, niezależnie od intencji i celów, Virgil i dziewczyna znaleźli się w posiadaniu dwóch etol z norek.
Jednak ameba znużyła się w końcu byciem futrem i powróciła do własnej
postaci. Po tym finale pozostał pewien niedosyt.
Wiele miesięcy później wypracowano rozwiązanie: zabić amebę w fazie
mimikry i zanurzyć trupa w kąpieli z utrwalaczy chemicznych, które
utrzymywały ją w tej ostatniej postaci; ameba nie mogła ulec rozkładowi,
więc później nie sposób jej było odróżnić od oryginału. Niedługo potem
Virgil Ackerman założył w Tijuanie w Meksyku zakłady zbiorcze, do
których spływały najróżniejsze odmiany pseudofuter wysyłanych z instalacji przemysłowych na Marsie. I niemal natychmiast podbił ziemski
rynek futer naturalnych.
Jednak wojna wszystko to zmieniła.
Zresztą czy było coś, czego wojna nie zdołała zmienić? I kto, po
podpisaniu Paktu Pokojowego z sojusznikiem, Lilistarem, przypuszczałby,
że sprawy pójdą tak fatalnie? Bo Lilistar i jego premier Freneksy
utrzymywali, że ten sojusz jest teraz dominującą potęgą wojskową w galaktyce; przeciwnicy, rigowie, ustępują mu pod każdym, nie tylko
militarnym względem, zatem wojna bez wątpienia będzie krótka.
Starczyłyby już same okropności wojny, myślał Eric, ale dopiero
najgorsza ewentualność, porażka, skłaniała do zastanowienia - daremnego
- nad niektórymi dawnymi decyzjami. Na przykład co do Paktu Pokojowego,
który to przykład mógł obecnie nasunąć się licznym Ziemianom, gdyby
tylko o to ich zapytać. Ale w tych czasach z ich zdaniem nie liczył się
ani Mol, ani tym bardziej rząd Lilistaru. W rzeczy samej powszechnie
uważano - otwarcie głoszono to tak w barach, jak i w domowym zaciszu -
że samego Mola także nikt nie pytał już o zdanie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki