Terahandear - Michał Dębicki
0.00 zł

Reflow text when sidebars are open.
makowało jej. Zapewne. Pałaszowała wysypane okruchy, jakbym mógł się rozmyślić i nabrać na nie ochoty. Aż jej się wąsy trzęsły... Zastanawiałem się wtedy, jak wielką siłą musi być głód, skoro pomimo wszystko była w stanie podejść aż tak blisko. Jakby nie jadła od tygodnia. Gnana instynktami przezwyciężała własny lęk przede mną. Tego dnia nie miałem zbyt dużo chleba - acz w sam raz na początek. Choć pewnie gdybym miał ser - choćby odrobinę - ujrzałaby we mnie boga.
A tak - uniosła swą niewielką główkę, zamarła na krótką chwilę, rzucając mi przelotne acz wnikliwe spojrzenie tymi czarnymi oczyma, i gwałtownym susem odskoczyła pod ścianę. Stanęła na moment, jakby badając moją reakcję, po czym czmychnęła w szczelinę między ścianą a zardzewiałą kratą, przez którą odprowadzane były nieczystości. Tam przedziera się przez niskie, ciemne korytarze, zbudowane między kamieniami, składającymi się na te grube mury. Zna drogę. Z lewej mija wyjście do bocznego korytarza, lawiruje wśród gruzu i przeżartej zaprawy w ciasnych tunelach. Skręca w prawo, aby dostać się w pobliże sąsiedniej celi, w której kratki ściekowe mają łagodniejsze zejście. Starając się przyzwyczaić do zapachu, gna po śliskim gruncie uregulowanego spływu. Zatrzymuje się, gdy z prawej dołącza odpływ z górnego poziomu. Tam skręca. Z trudem gramoli się przez ciasne oka żeliwnej kraty, ale zastyga w bezruchu. Kroki. Metal o kamień. Zbrojni! Co najmniej dwóch. Teraz albo nigdy! Napręża się z całych sił i wreszcie wyskakuje z potrzasku, turlając się jeszcze chwilę po kamiennej posadzce. Chowa się w cieniu wielkiej skrzyni z solidnymi okuciami. Główne wrota otwierają się gwałtownie, wpuszczając do holu snop dziennego światła, rozświetlającego pływające w powietrzu złote drobiny kurzu. Energicznie wchodzi para strażników, zakutych w stal, dźwięczących rynsztunkiem. Dudniące echo metalicznych kroków rozlega się po sali. W wypolerowanych nagolenicach odbija się soczysta zieleń traw i drzew. Gdy tamci odchodzą, ostrożnie wychyla się zza skrzyni i jakby zauroczona zapachem wiosny, podchodzi do otwartych wrót. Na tylnych łapkach staje w lśniącym świetle, zdumiona blaskiem wschodzącego słońca i cudowną perspektywą wolności. Z otwartym pyszczkiem rusza pędem przed siebie po brukowanej drodze, by po chwili zboczyć z niej, utonąć w gęstej trawie i zebrać na siebie pogodne krople rosy.
Szczęk! Coś zgrzytnęło. Zardzewiały trzask jakiegoś mechanizmu.
To pewnie główna krata przy schodach - ta, którą ledwo widać, jak się dobrze wychylić przez pręty dzielące celę od korytarza. Zawiasy niechętnie zaskrzypiały i zamilkły. Brzmią posępne bębny. Bom-bom; powolny rytm, leniwie tętniący pod skórą. Do korytarza wlała się błękitna łuna pochodni. Kto to może być o tej porze? Zawiasy jęknęły ponownie, a krata zatrzasnęła się z głuchym hukiem. Poderwałem się gwałtownie, aby doskoczyć w sam róg celi i skryć się tuż pod ścianą - tam mnie było najmniej widać. Łuna skręciła jednak na rozwidleniu w przeciwległy korytarz. Oddalała się. Bębny cichły. A może były to kroki? Ciche, acz słyszalne - jakby coś się skradało, ostrożnie podchodząc swą ofiarę. Skupione i bezwzględne. Płytki oddech, czujne spojrzenie, naprężone mięśnie gotowe do skoku i serce, bijące coraz prędzej i mocniej w gorączkowym rytmie. To krwiożercza bestia, która majestatycznie i niespiesznie zerka do kolejnych cel, wtykając swoją szkaradną paszczękę między kraty. Pociąga nosem. Wącha za czymkolwiek, co nada się na pożarcie. A przecież wszędzie jest pusto. Bębny. Wracają! Bom-bom. Teraz do wtóru z gwarem zachrypłych dzwonów. Don-don. Nie! To łańcuch, jaki ta demoniczna poczwara wlecze za sobą po ziemi! Rozedrgany cień, jaki rzuca na ściany korytarza w błękitnym świetle pochodni, ukazuje jej upiorne rogi i kark pokryty grubym, rozwichrzonym futrem. Niezgrabnie i jakby utykając podchodzi coraz bliżej, wabiona zapewne moim własnym zapachem. Jest ledwo za ścianą. Przystaje na rozwidleniu. Słychać jak dyszy. Jak łańcuch o kamienie posadzki dzwoni. Błękit pochodni błyska po śliskich cegłach ścian. Nagle znów rusza. Dudnią bębny. Bom-bom; czarna, włochata bestia wychyla się zza ściany. Stukając kopytami, robi kilka chaotycznych kroków i nagle znów się zatrzymuje. Tuż przed moją celą! Obraca się gwałtownie. Ze ślepi rubinowe światło błyska. Z furią i rykiem żelazne pręty chwyta w swe szpony, by wygiąć je jakby były z miękkiej gliny. Z przeraźliwym zgrzytem jeden po drugim ulegają sile demona. Wreszcie przedziera się przez otwór, a ten wzrok przeszywający wbija we mnie jak w worek z piachem. Bezlitosny lęk paraliżuje mnie w miejscu, gdy bestia, dzwoniąc łańcuchem, doskakuje mi do twarzy. Bom-bom. Upiorny uśmiech, ciężki, ohydnie ciepły oddech, monstrualne zęby, spomiędzy których wypływają hektolitry lepkiej śliny i spływają mi na łachmany. Monstrum przygląda mi się uważnie i ni z tego, ni z owego zaczyna coś żuć.
- To ty jesteś ten mały - odezwał się nagle niskim głosem, nie wiadomo, czy chcąc zapytać, czy też oznajmić.
Kolejna porcja śliny padła na posadzkę, gdy na chwilę przestał żuć i splunął na podłogę. Nie spuszczał ze mnie wzroku. Zresztą ja z niego - również. Zastygł jakby pomiędzy pogardą a zaciekawieniem. Jego potężne barki przykrywała znoszona peleryna, pokryta na karku sporą ilością grubego, mocno rozwichrzonego futra. Głowę częściowo zakrywał otwarty hełm strażniczy - choć bardzo nietypowy dla tamtych stron: z parą zakrzywionych ku górze rogów - o, takich, przytwierdzonych tuż nad uszami. [przypis: Tu nastąpił zapewne gest, pokazujący rozmiar i kształt rogów. W wielu jeszcze miejscach widać ślady pierwotnego przekazu oralnego niemożliwego do przełożenia na słowa - przyp. GE.] Przy najdrobniejszym ruchu kakofonią metalicznych dźwięków dzwoniły dziesiątki kluczy, zamocowanych do solidnej obręczy, przytroczonej z kolei do pasa. Jego nieco zgarbiona sylwetka obrysowana była jaskrawobłękitnym światłem pochodni, jaką trzymał w jednej ręce. Drugą opierał się o kratę... Tak! Opierał się o kratę! A wszystkie pręty były całe...
- Zatem nic nie mów - uśmiechnął się lekko, chcąc jakby nawiązać ze mną jakiś kontakt. - Zwykle lepiej milczeć niż mówić byle co.
Tak to wtedy powiedział. No cóż. Milczałem zatem - być może z lęku przed demonem, jakiego wciąż widziała w tym człowieku moja wyobraźnia, a jakiemu stanowczo zaprzeczały oczy. To był jakiś nowy, nigdy wcześniej się nie pojawił przed celą. Odniosłem wrażenie, że przybył prosto z frontu, ledwo uchodząc z życiem z jednej z tych wielkich bitew Terahandearu z Królestwem Umarłych. Utykał na prawą nogę, zresztą trudno się dziwić, skoro w połowie była zrobiona z drewna. Pomyślałem sobie wtedy, że to pewnie sprawka Kruczej Armii. Tratowała wszystkich, co odważyli się stanąć na jej drodze. A on wtedy rzekł:
- To pamiątka po niezakrzepłej jeszcze przeszłości... - Jakby pochwycił w locie mój wzrok i jego śladem trafił do myśli. - Jestem Turam An'Akkarath, syn Turama At'Timmerach, zwanego Żelazną Bramą. Mój ród pochodzi z Fenris, dumnego i pięknego miasta zagarniętego w wielkiej wojnie przez Chaos, ale przed pięciu laty wyzwolonego spod Kruczej Armii przez Terahandear. No, pewnie nigdy o nim nie słyszałeś, to daleko na Bakburcie, niemal na samym froncie. Ale zapewne jesteś na tyle bystry, by zorientować się już, iż od dziś jestem tu dozorcą, klucznikiem.
Nie mógł być prawdziwym dozorcą - a przynajmniej wówczas tak mi się zdawało. Prawdziwy dozorca nie przedstawiał się w taki sposób, nie obnażał się tak śmiało ze swą życzliwością, a już na pewno nie próbował zaprzyjaźnić się z kimś o tyle niższym hierarchią od samego siebie - tym bardziej, gdy nic na tym nie mógł zyskać.
Zdało mi się wtedy, że stał przede mną nie strażnik, broniący dostępu do wolności, a czcigodny rycerz lub wręcz świetlisty anioł skryty pod płytami zbroi, niosący mi wybawienie, jedynie dla zabawy udający tego, za kogo się podawał.
Szedł być może w jednym z tych gigantycznych korowodów, co niczym wielki wąż o łuskach z metalu wije się wśród dzikich krain. Ramię przy ramieniu, tarcza przy tarczy, oręż przy orężu. Zrośnięte w całość już nie w węża, a jakby w kolczastego smoka, co ogniem zieje, gdy trzeba. Miliony stóp wybijają dudniący rytm: bom-bom; jakby serce wielkiego gada - pulsując tak mocno - sprawiało, że ziemia się trzęsie... ze strachu. Nie wie jeszcze, że w dziobowe wzgórze wrósł gęsty las włóczni, toporów i mieczy, co strachu nie zna. Bo czyż śmierć może się czegoś lękać?
To zasadzka! Nagle las podrywa się. Rusza przed siebie. Jak lawina! Po zboczu - co sił! Smok staje ze zgrzytem. Najeża łuski, lecz drży. Ten, co budził grozę, teraz obawia się śmierci, która pożera dolinę po horyzont jakby zaraza trawiąca narody! Krucza Armia! Mknie z upiornym wrzaskiem na żelaznego gada. Jak sztormowa fala wbija się z impetem w jego twarde łuski, by rozbić się o nie w iskry i pianę. Po niej jeszcze jedna i następna. Któraś z nich wreszcie rozszarpuje skórę z metalu, targa wnętrzności na strzępy. Tarcze, pazury, miecze i łuski fruwają jak drzazgi. Przed chwilą majestatyczny jeszcze smok teraz traci swe skrzydła, a ogień w nim gaśnie. Rozdarty, bez barw miota się i wije, by zbiec przed zagładą, ale upada bez tchu. Czarna fala zarazy rozlewa się po brzegu i zachłannie zagarnia wszystko w bezkresną otchłań.