Teoria spisku, czyli prawdziwa historia świata - Karolina Opolska


Reflow text when sidebars are open.
WSTĘP
Od zawsze fascynowały mnie teorie spiskowe. Z pozoru brzmią jak fantastyczne opowieści, ale im wnikliwiej się je analizuje, tym bardziej odsłaniają niezwykłe uniwersum alternatywnej historii świata. Od kilku lat zgłębiam je nie tylko jako czytelniczka czy widzka, ale także jako autorka podcastu Teoria Spisku, w którym przybliżam słuchaczom najciekawsze aspekty tej niezwykłej narracji.
Prowadzenie podcastu pozwoliło mi się przekonać, jak duże jest zainteresowanie tym tematem i jak wiele osób traktuje teorie spiskowe bardzo poważnie. Z biegiem czasu zdałam sobie sprawę, że te koncepcje, zebrane, tworzą równoległą wizję świata, pełną ukrytych powiązań, tajnych organizacji i niewidzialnych sił kierujących losami ludzkości.
Wspomniana fascynacja oraz rozmowy z gośćmi podcastu sprawiły, że zdecydowałam się na napisanie tej książki. Chciałam stworzyć opowieść o świecie widzianym oczami tych, którzy wierzą, że nic nie dzieje się przypadkiem, a każdy fragment rzeczywistości jest częścią większego planu.
Jeszcze kilkadziesiąt lat temu poszczególne teorie spiskowe funkcjonowały osobno, jako lokalne opowieści przekazywane w wąskich kręgach, często ograniczone do jednego kraju, regionu czy wspólnoty. Historie o UFO, tajnych stowarzyszeniach czy starożytnych cywilizacjach istniały równolegle, ale rzadko się ze sobą spotykały i łączyły.
Internet zmienił wszystko. Platformy społecznościowe sprawiły, że poszczególne wątki zaczęły się zderzać i przenikać, łącząc niezależne dawniej elementy teorii w niezwykle barwną i złożoną całość. Książka prowadzi czytelnika przez ten właśnie świat: od płaskiej Ziemi i pradawnych bogów, przez ukryte organizacje i sekretną technologię, aż po współczesne wizje globalnej dominacji. Każdy rozdział to fragment alternatywnej historii, w której nic nie dzieje się przypadkiem.
Ta książka nie powstała po to, by obalać mity. Nie jest kolejną popularnonaukową publikacją, która tropi błędy w myśleniu i prostuje fakty. Moim celem nie było wytykanie nieścisłości, lecz stworzenie katalogu hipotez, które dla milionów ludzi są czymś więcej niż teoriami, ponieważ stanowią sposób rozumienia rzeczywistości.
W książce nie ma tonów sceptycznych ani komentarzy w rodzaju: "To oczywiście nieprawda". Każdy rozdział opowiada o świecie tak, jak został on opisany w narracjach spiskowych - w sposób spójny i logiczny, choć pozostający w sprzeczności z ustaleniami nauki.
Zapraszam do wejścia w ten świat. Do spojrzenia na rzeczywistość oczami tych, którzy mając przed sobą niezwykle złożony i wielowymiarowy obraz, dostrzegają jego nieoczywiste, nieznane wcześniej znaczenia.
To będzie podróż przez uniwersum teorii spiskowych, których ocenę pozostawiam czytelnikowi.
Karolina Opolska
Rozdział 1
Płaska Ziemia - największa tajemnica skrywana przez naukę?
Widok horyzontu, perspektywa, zachowanie wody, brak korekty lotów samolotów, a także autentycznych zdjęć naszej planety - co jeszcze przeczy kulistości Ziemi?
Od zarania dziejów ludzkość starała się zrozumieć otaczającą ją rzeczywistość, a jedno z fundamentalnych pytań brzmiało: jak wygląda nasz świat? Nauka przedstawia Ziemię jako kulisty obiekt przemierzający kosmos, ale czy na pewno tak jest? Przez wieki dominowało przekonanie, że nasza planeta jest płaska, a horyzont stanowi granicę znanego świata. A jednak nawet dziś, gdy obraz kuli ziemskiej zakorzeniony jest głęboko w świadomości społecznej, nie brakuje osób, które kwestionują znany porządek świata.
Wyobraźmy sobie bowiem rozległą równinę, gdzie niebo spotyka się z ziemią w idealnej linii. W oddali płaski horyzont, bez najmniejszego zakrzywienia, słońce wschodzi na wschodzie, wędruje po niebie i zachodzi na zachodzie, a gwiazdy nocą tworzą niezmienne konstelacje. Czyż nie wydaje się logiczne, że Ziemia jest płaskim dyskiem rozciągającym się pod naszymi stopami?
Zacznijmy od tego, co najbliższe, czyli od naszych oczu. Od dzieciństwa uczymy się ufać zmysłom. Gdy widzimy prostą linię horyzontu rozciągającą się, jak się zdaje, bez końca, nie kwestionujemy jej, ale przyjmujemy jako fakt. A jednak, gdy zaczynamy zadawać niewygodne pytania, nauka mówi: to złudzenie, to tylko perspektywa. Horyzont wydaje się prosty, ale w rzeczywistości jest zakrzywiony. Ale gdzie jest ta krzywizna?
Stańmy nad brzegiem morza, gdzie niebo styka się z wodą. Nieważne, czy jesteś wędkarzem na Helu, surferem na Hawajach czy podróżnikiem na szlakach Patagonii - obraz jest zawsze ten sam: nieskazitelnie prosty, niezmącony żadną krzywizną. Czy nie powinno dziwić, że mimo tysięcy lat żeglugi, mimo wieków obserwacji, a także rewolucji w optyce nie ma jednego zdjęcia horyzontu, które w oczywisty sposób ukazywałoby jego zakrzywienie - bez obróbki, bez soczewek rybiego oka, bez komputerowej korekcji?
Nauka odpowie: to dlatego, że jesteśmy za blisko powierzchni ziemskiej. Wznosimy się więc wyżej. Wchodzimy do samolotu pasażerskiego lecącego na wysokości dziesięciu kilometrów. Patrzymy przez okno i co widzimy? Horyzont nadal jest płaski. Twardy, nieugięty, jak linia oddzielająca teatr nieba od sceny świata. Nie zakrzywia się, nie opada - trwa. Zwolennicy nauki zbywają to stwierdzeniem, że zakrzywienie zaczyna być widoczne dopiero z wysokości ponad dwudziestu tysięcy metrów, ale czy przeciętny człowiek ma dostęp do takich wysokości? Czy mamy wierzyć na słowo organizacjom, które same przyznają, że używają "kompozytów" zamiast surowych zdjęć?
Balony stratosferyczne, które osiągają pułap ponad trzydziestu kilometrów, często są wykorzystywane przez niezależnych badaczy, entuzjastów i tak zwanych naukowców obywatelskich. Gdy analizujemy ich nagrania, bez filtrów i specjalnych efektów, znowu widzimy to samo, czyli płaski horyzont. Co robią wtedy obrońcy dogmatów? Mówią, że to kamera zniekształca obraz. Gdy kamera pokazuje krzywiznę, mamy dowód, ale gdy pokazuje linię prostą - to wada sprzętu.
Zwolennicy teorii płaskiej Ziemi nie opierają się na wierze, lecz na obserwacji. Gdybyśmy rzeczywiście żyli na kuli o promieniu 6371 kilometrów1, zakrzywienie powinno być mierzalne, a nawet widoczne już na poziomie kilkunastu kilometrów. Tymczasem na płaskim jeziorze Michigan można dostrzec światła latarni morskiej z odległości ponad osiemdziesięciu kilometrów, co według modelu kulistego nie powinno być możliwe. A jednak są tam, migoczą nie tylko w teorii, lecz w rzeczywistości.
Dlaczego więc, mimo rzekomej krzywizny Ziemi, wygląda ona tak, jakbyśmy żyli na płaszczyźnie? Czyż nie jest to właśnie esencja prawdziwej dociekliwości - nie ufać zapewnieniom, ale patrzeć, doświadczać, analizować? A gdy wszystkie zmysły krzyczą: "To jest proste, to jest płaskie!" - czy wypada je zignorować tylko dlatego, że ktoś z ekranu telewizora twierdzi inaczej?
Jednym z najbardziej niedocenianych, a zarazem najbardziej intuicyjnych dowodów na to, że Ziemia nie jest kulą, jest zachowanie wody. Nie trzeba mieć teleskopu, nie trzeba sięgać gwiazd. Wystarczy nalać wody do miski albo stanąć nad spokojnym jeziorem czy spojrzeć na morze w bezwietrzny dzień. Woda się nie wygina. Woda trzyma poziom. Zawsze.
Nauka głównego nurtu tłumaczy to działaniem grawitacji. Twierdzi, że ocean może przylegać do kulistej planety, tworząc pozorne płaszczyzny w skali lokalnej, a jednocześnie wyginać się w skali globalnej. Ale jeśli tak jest, to gdzie jest ten "wygięty ocean"? Dlaczego woda w Bałtyku nie zakrzywia się przy horyzoncie? Dlaczego, gdy patrzymy przez dalmierz czy teodolit2, powierzchnia jeziora wygląda jak na stole kreślarskim?
Jednym z pierwszych, którzy zadali to pytanie, był Samuel Rowbotham, dziewiętnastowieczny badacz i autor książki Zetetic Astronomy: Earth Not a Globe. Jego eksperyment na rzece Bedford Level - jej długim prostym odcinku - do dziś jest symbolem metodologii alternatywnej. Rowbotham ustawił teleskop kilka centymetrów nad poziomem wody i obserwował oddalającą się łódź. Gdyby Ziemia była kulą, obiekt powinien w końcu zniknąć za horyzontem. Tymczasem pozostał widoczny, wbrew modelowi sferycznemu, a zgodnie z płaskim*1.
Podobne eksperymenty powtarzali współcześni aktywiści, między innymi Eric Dubay, autor The Flat Earth Conspiracy. Przytacza on dziesiątki relacji marynarzy, rybaków i podróżników, którzy raportowali obserwację obiektów znacznie dalej, niż pozwalałby na to model kulisty Ziemi. W swojej książce pisze: "Jeśli Ziemia rzeczywiście byłaby kulą, z zakrzywieniem 12,6 centymetra na kilometr do kwadratu, to obiekty oddalone o 30-50 kilometrów powinny znajdować się dziesiątki metrów poniżej horyzontu. Tymczasem ich światła, wieże, a nawet całe sylwetki są doskonale widoczne - przez lunety, lornetki, kamery"*2.
Mark Sargent, autor serii Flat Earth Clues, wskazuje, że pasy startowe na lotniskach - na długich dystansach, na przykład trzech-czterech kilometrów - nie są budowane z kompensacją kulistości, tylko idealnie proste. Gdyby zakrzywienie istniało, woda, dążąca przecież zawsze do idealnego poziomu, powinna zdradzać to w każdym dużym zbiorniku*3. Tymczasem zbiorniki retencyjne, kanały i zapory projektowane są na podstawie poziomu geometrycznego, a nie modelu kulistego.
Zwolennicy teorii spiskowych wskazują również na to, że technologie oparte na laserach i światłach LED, na przykład podczas pokazów laserowych nad wodą, sugerują, że wiązki światła nie "znikają za zakrzywieniem planety", lecz rozchodzą się po linii prostej. Wielu płaskoziemców przeprowadzało nad taflami jezior testy przy użyciu poziomic laserowych, obserwując brak opadania wiązki na dystansie wielu kilometrów.
Nauka odpowiada: refrakcja3, zakrzywienie światła, warunki atmosferyczne. Ale czy nie powinno zastanawiać, że każde zjawisko, które kłóci się ze sferycznym modelem, natychmiast uznawane jest za złudzenie optyczne? Czyż nie łatwiej byłoby zaakceptować to, co widać gołym okiem, że poziom wody jest po prostu... poziomy?
Cytując Dubaya: "Nie ma eksperymentu, który wykazałby zakrzywienie wody. A jeśli zakrzywienia nie ma, nie ma też kulistej Ziemi"*4.
To nie jest pytanie o wiarę. To pytanie o rzeczywistość. A rzeczywistość - przynajmniej ta, którą widzimy na własne oczy - nie pływa po kuli. Ona trwa spokojnie, idealnie, od wieków na płaszczyźnie.
Wyobraźmy sobie: siedzimy przy oknie w samolocie, pod nami chmury. Pilot ogłasza, że osiągnięto wysokość przelotową, zazwyczaj wynoszącą około dziesięciu tysięcy metrów. Mamy przed sobą kilka godzin lotu. Ale nikt z załogi nie wspomina ani słowem o korekcie kursu w dół. A przecież, jeśli Ziemia jest kulą, samolot musiałby nieustannie kierować dziób ku ziemi, by nie wznosić się nieprzerwanie w kierunku przestrzeni kosmicznej. To nie jest dowcip. To pytanie zadawane regularnie przez ludzi, którzy podają w wątpliwość naukę głównego nurtu.
Według zwolenników teorii płaskiej Ziemi ten brak przechylenia w dół podczas lotu jest jednym z najbardziej oczywistych, a zarazem ignorowanych dowodów na to, że latamy nad równą płaszczyzną, a nie krzywizną kuli.
Jak zauważa Eric Dubay w The Flat Earth Conspiracy: "Samolot lecący z prędkością ośmiuset kilometrów na godzinę musiałby co kilka minut korygować kurs ku dołowi, by nie lecieć coraz wyżej względem zakrzywionej powierzchni Ziemi. A jednak nic takiego się nie dzieje. W żadnym podręczniku pilotażu nie ma mowy o korekcie kursu ze względu na krzywiznę"*5.
Również Mark Sargent w swojej serii Flat Earth Clues zwraca uwagę na dziwne luki w edukacji lotniczej: "Spójrzcie na systemy nawigacyjne. Wszystkie mapy pokładowe są płaskie. Piloci uczą się latać nad płaszczyzną, a nie po powierzchni kuli. Jeśli rzeczywiście latamy po kulistej Ziemi, gdzie są odpowiednie symulacje lotów, które uczą, jak korygować kurs po łuku? Nie istnieją"*6.
Tę tezę potwierdza także Dave Murphy, znany jako Allegedly Dave, który podczas wielu wystąpień - w tym także dla BBC - przekonywał, że fizyka lotu ignoruje założenie kulistości: "Jeśli samolot leciałby prosto na stałej wysokości nad kulą o promieniu 6371 kilometrów, już po godzinie powinien znajdować się kilometry nad powierzchnią. Ale się nie znajduje. Dlaczego? Bo Ziemia nie jest kulą"*7.
Dla sceptyków ta narracja może brzmieć absurdalnie. Ale zwolennicy płaskiej Ziemi pytają, dlaczego ta korekta kursu nie jest widoczna w żadnym systemie autopilota? Gdzie w instrukcji Boeinga 737 znajdziemy funkcję "automatycznej kompensacji krzywizny Ziemi"? Dlaczego, kiedy pilot ustawia kurs na autopilocie, samolot leci prosto, nie po łuku, nie z korektą zakładającą dopasowanie do krzywizny globu? Nawet symulatory lotu, których używają piloci na całym świecie, korzystają z płaskiej siatki mapy, a trajektoria lotu wyznaczana jest geometrycznie, jakbyśmy poruszali się nad kartką papieru.
Dodatkowym źródłem wątpliwości są tak zwane great circle routes, czyli najkrótsze połączenia między punktami na globie. Te trasy, gdy przeniesiemy je na klasyczną mapę, wyglądają jak łuki, ale na rzutach azymutalnych - czyli płaskich mapach, takich jak symbol ONZ - zmieniają się w linie proste. Dla wielu badaczy to nie przypadek, lecz dowód.
Gdyby Ziemia była kulą, mielibyśmy dziś setki tysięcy zdjęć naszej planety. Nie symulacji czy modeli, ale surowych, nieprzetworzonych fotografii zrobionych przez ludzi. A ile oryginalnych zdjęć Ziemi z przestrzeni kosmicznej widzieliśmy? Kto je wykonał? I najważniejsze: dlaczego niemal wszystkie te obrazy pochodzą od jednej instytucji?
Od lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku prymat w zakresie kosmicznych zdjęć Ziemi wiedzie NASA. I to właśnie z tą agencją związana jest jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci w środowisku alternatywnego myślenia - Robert Simmon, znany również jako Pan Blue Marble. To on był odpowiedzialny za stworzenie jednego z najsłynniejszych obrazów Ziemi, tak zwanego Blue Marble 2002, który rzekomo pokazuje naszą planetę w pełnej krasie.
W wywiadzie dla NASA Simmon przyznał otwarcie: "To jest Photoshop, ale musi tak być"*8.
Dla zwolenników teorii płaskiej Ziemi to jedno z najważniejszych, wypowiedzianych niechcący, zdań w historii agencji. Zdjęcie, które przez lata było ikoną nauki, okazuje się być graficzną rekonstrukcją.
Eric Dubay w książce 200 Proofs Earth is Not a Spinning Ball komentuje: "Wszystkie tak zwane zdjęcia Ziemi z kosmosu pochodzą od organizacji rządowych lub związanych z nimi instytucji. A jednak każda z tych grafik zawiera ewidentne błędy - powielane chmury, nienaturalne kolory, zmienne rozmiary kontynentów"*9.
Wystarczy porównać obrazy Ziemi publikowane przez NASA w kolejnych latach: na jednym Afryka jest wielkości Ameryki Południowej, na innym zupełnie znika Australia. Rozmiary i kształty kontynentów zmieniają się jak w kalejdoskopie. Tło nieba? Czarne. Gwiazdy? Zawsze nieobecne. To przypadek czy może problem z renderowaniem?
Mark Sargent dodaje: "NASA nie dostarcza zdjęć, dostarcza wizualizacji danych. A ludzie nie odróżniają jednego od drugiego. Dostajesz ilustrację Ziemi, nie jej zdjęcie"*10.
Owszem, pojawiają się filmy rzekomo nagrane z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Ale nawet tu, zgodnie z analizami niezależnych badaczy, mamy do czynienia z wieloma niespójnościami. Nagrania są przycinane, transmisje bywają przerywane w najdziwniejszych momentach, a ich jakość bardziej przywołuje na myśl studio telewizyjne niż wysokobudżetową misję orbitalną. Znane są przypadki, w których astronauci łapią niewidzialne uprzęże, poruszają się nienaturalnie, a przedmioty lewitujące rzekomo w stanie nieważkości zawisają podejrzanie nieruchomo.
Youtuber znany jako ODD TV, analizujący materiały wideo NASA, stwierdza: "Ziemia wygląda tam jak dzieło grafika, nie jak coś, co można sfotografować. Jeśli naprawdę jesteśmy w kosmosie od lat sześćdziesiątych, dlaczego nie ma żadnych transmisji live z pełnym widokiem Ziemi w czasie rzeczywistym?"*11.
Wielu uzna te pytania za niewygodne, może wręcz niedorzeczne. Ale czyż nie takie właśnie powinniśmy zadawać?
Jeśli dziś każdy turysta ma drona, który jest zdolny transmitować obraz w jakości 4K z pięciuset metrów nad ziemią, to dlaczego NASA, mająca budżet przekraczający dwadzieścia miliardów dolarów rocznie, nie może wysłać jednej kamery na orbitę, aby pokazywała Ziemię z kosmosu? Bez przerw, bez obróbki, bez komentarza.
W świecie, w którym każdy skrawek globu dostępny jest na wyciągnięcie ręki - od górskich szczytów Nepalu po lasy wilgotne Amazonii - istnieje jedno miejsce, które pozostaje otoczone niemal mityczną tajemnicą. Antarktyda. Najzimniejszy, najbardziej odludny kontynent na Ziemi. I jedyny, którego eksploracja jest prawnie ograniczona.
Zwolennicy teorii płaskiej Ziemi nie pytają, dlaczego jest tam tak zimno, ale wciąż dopytują, dlaczego nie wolno tam polecieć?
W 1959 roku, zaledwie kilka lat po rzekomych odkryciach związanych z eksploracją bieguna południowego, dwanaście państw podpisało Układ Antarktyczny, który wszedł w życie w 1961 roku. Obecnie ma on ponad pięćdziesięciu sygnatariuszy. Oficjalnie służy ochronie środowiska, badaniom naukowym i pokojowemu wykorzystaniu kontynentu. Nieoficjalnie dla wielu osób to przemilczany akt cenzury terytorialnej.
Jak pisze Eric Dubay: "To nie przypadek, że niedługo po założeniu NASA powstał też Układ Antarktyczny. Od tego momentu żadne cywilne ekspedycje nie mają tam wstępu poza wyznaczonymi granicami. Czyżby naprawdę chodziło o pingwiny i czyste powietrze, czy może o coś znacznie większego - mur lodowy na krawędzi świata?"*12.
Traktat nie zakazuje całkowicie eksploracji Antarktydy, ale poważnie utrudnia i kontroluje wszelkie prywatne wyprawy. Każda ekspedycja musi być zgłoszona, zatwierdzona, a następnie poddana ścisłej kontroli na miejscu. To nie jest turystyka, ale czysta biurokracja. W świetle tego traktatu - bardziej niż kontynent, który podobno "nie należy do nikogo", i bardziej niż białą, lodową pustynię - Antarktyda przypomina raczej teren wojskowy, z jego restrykcjami i ograniczeniami.
Kluczowym elementem w tej układance jest tak zwana operacja Highjump z 1946 roku - ekspedycja Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych pod dowództwem admirała Richarda E. Byrda. Oficjalnie celem były logistyka i przetestowanie sprzętu. Nieoficjalnie - według relacji samego Byrda - zbadanie "obszarów po drugiej stronie bieguna południowego".
W wywiadzie dla CBS w 1956 roku admirał powiedział: "Za biegunem południowym znajduje się ląd tak duży, jak Stany Zjednoczone"*13.
Dla zwolenników teorii spiskowych to dowód, że Byrd odkrył coś, czego nie powinien - być może rzeczywiste granice naszego płaskiego świata. Po jego powrocie program eksploracyjny został błyskawicznie przerwany, a kilka lat później podpisano Układ Antarktyczny.
Zgodnie z modelem płaskiej Ziemi, Antarktyda nie jest kontynentem na spodzie globusa, ale ogromnym lodowym pierścieniem otaczającym płaski dysk świata. To tam ma się znajdować tak zwany lodowy mur - setki tysięcy kilometrów wału zamrożonej materii, wysokiego na dziesiątki metrów. To nie bajka o smokach z Gry o tron, ale nasza rzeczywistość.
Mark Sargent pisze: "Wszystkie inne kontynenty możesz przejść, przejechać, przelecieć. Ale spróbuj zorganizować wyprawę na biegun południowy. Nie pozwolą ci. Zostaniesz zawrócony lub zignorowany"*14.
W rzeczywistości wyprawy turystyczne na Antarktydę są organizowane, ale odbywają się pod ścisłą kontrolą, przebiegają zawsze po rygorystycznie wyznaczonym szlaku i nigdy nie docierają zbyt daleko. Bez dronów, bez swobodnych lotów, bez możliwości samodzielnego rejestrowania trasy.
W erze YouTube'a, TikToka i kamer GoPro każdy człowiek stał się odkrywcą. Już nie trzeba polegać na NASA, ESA czy innych agencjach kosmicznych - wystarczy dron, balon meteorologiczny i odrobina odwagi, by samemu spojrzeć na świat z góry. A wtedy okazuje się, że coś, co przez dekady było starannie ukrywane, widać bardzo wyraźnie: horyzont, nawet na wysokości kilku, a nawet kilkunastu kilometrów pozostaje płaski jak blat stołu.
Zwolennicy teorii płaskiej Ziemi z uporem wznoszą kamery w niebo. Co widzą? Nic, czego nie widziałby każdy z nas nad morzem - nieskazitelnie prostą linię, dzielącą niebo i ziemię. Gdyby Ziemia rzeczywiście była kulą, zakrzywienie powinno być wyraźnie widoczne, a jednak nie jest. Nawet w obiektywie.
Drony osiągające pułapy rzędu stu-pięciuset metrów regularnie rejestrują prosty horyzont. GoPro zabierane w stratosferę na amatorskich balonach pokazują to samo, choć tu pojawia się istotna kwestia, a mianowicie obiektywy typu rybie oko.
Jak zauważa znany badacz i popularyzator teorii płaskiej Ziemi, Rob Skiba: "Większość nagrań, które rzekomo pokazują krzywiznę, jest robiona przez obiektywy GoPro z efektem rybiego oka. To deformuje obraz. Kiedy użyjesz kamery bez tego efektu, krzywizna znika"*15.
Jeran Campanella, znany na YouTubie jako Jaronism, przeprowadził dziesiątki eksperymentów z balonami stratosferycznymi: "Z wysokości ponad trzydziestu pięciu kilometrów horyzont nadal wygląda płasko. Jeśli cokolwiek wydaje się zakrzywione, to tylko wtedy, gdy używa się zniekształcającego obiektywu"*16.
Podobne wnioski przedstawił David Weiss (DITRH - Deep Inside the Rabbit Hole), który zebrał setki materiałów od amatorów i komentował: "Gdyby Ziemia rzeczywiście była kulą, horyzont powinien się obniżać wraz ze wzrostem wysokości. Tymczasem w nagraniach z balonów i dronów horyzont podnosi się razem z kamerą, pozostając na wysokości oczu"*17.
Spostrzeżenie, że horyzont "podąża za kamerą", jest jednym z kluczowych filarów argumentacji płaskoziemców. Zgodnie z modelem kulistej Ziemi, im wyżej się znajdujesz, tym bardziej horyzont powinien się obniżać, a jednak, jak wynika z licznych analiz - na przykład przedsięwzięcia Stratos Project czy amatorskich misji z platform takich jak Near Space Photography - linia ta niezmiennie pozostaje dokładnie na środku kadru.
To właśnie dlatego wielu alternatywnych badaczy korzysta z kamer z obiektywem 20-50 mm, który nie zakrzywia obrazu i pozwala zobaczyć świat "takim, jakim jest". Filmy te, choć dostępne publicznie, są ignorowane przez media, które wciąż posługują się obrazami generowanymi komputerowo lub pochodzącymi z mocno edytowanych źródeł.
Jednym z najczęściej cytowanych filmów jest nagranie Flat Horizon from 121,000 feet autorstwa użytkownika SentIntoSpace, który użył neutralnego obiektywu i prostego sprzętu. Rezultat? Prosty horyzont, zero krzywizny.
Zgodnie z oficjalną nauką, nasza planeta obraca się wokół własnej osi z zawrotną prędkością około tysiąca sześciuset siedemdziesięciu kilometrów na godzinę. Jednocześnie Ziemia pędzi wokół Słońca z prędkością stu siedmiu tysięcy kilometrów na godzinę, a cały Układ Słoneczny sunie przez galaktykę z prędkością niemal ośmiuset tysięcy kilometrów na godzinę.
Wiedząc to, zadajmy sobie pytanie, czy cokolwiek w codziennym życiu sugeruje, że poruszamy się z tak niewyobrażalną prędkością? Szklanka z wodą pozostaje nieruchoma. Dym z papierosa unosi się pionowo. Samoloty startują i lądują bez uwzględniania kierunku obrotu planety. Nie czujemy szarpnięcia, nie obserwujemy odchylenia. Nie istnieje żaden codzienny, intuicyjny dowód na to, że Ziemia się kręci.
Eric Dubay komentuje te obserwacje w 200 Proofs Earth is Not a Spinning Ball następująco: "Gdyby Ziemia rzeczywiście obracała się z prędkością ponad tysiąca sześciuset kilometrów na godzinę, nie moglibyśmy swobodnie skakać czy zaobserwować spokojnej wody w jeziorach. Samoloty lecące na zachód powinny docierać do celu znacznie szybciej, bo punkt docelowy zbliżałby się w ich kierunku"*18.
Zwolennicy teorii płaskiej Ziemi zadają w związku z tym kluczowe pytanie: jeśli poruszamy się z taką prędkością, dlaczego tego nie czujemy? Ziemia nie jest idealnie gładką kulą w próżni. Mamy atmosferę, turbulencje, różnice ciśnień. A jednak nie ma żadnego fizycznego efektu, który mógłby świadczyć o rotacji.
Oficjalnie nauka twierdzi, że dowodem na obrót Ziemi jest tak zwany efekt Coriolisa, który ma mieć wpływ na przebieg huraganów, odchylenie pocisków artyleryjskich czy tory spadających obiektów. Ale jak zauważa David Weiss: "Jeśli efekt Coriolisa rzeczywiście działa, to samoloty z Nowego Jorku do Los Angeles leciałyby w innym czasie niż z powrotem. A jednak loty są symetryczne. Dlaczego?"*19.
Mark Sargent z kolei dodaje: "W 1851 roku Foucault rzekomo udowodnił rotację Ziemi za pomocą wahadła. Ale czy musisz odwiedzać muzeum, by poczuć ruch planety? Czemu ten efekt nie działa wszędzie, zawsze, naturalnie? Bo go nie ma"*20.
Płaskoziemcy przeprowadzają dziesiątki własnych eksperymentów. Ustawiają lasery, wahadła, żyroskopy. W jednym z najsłynniejszych filmów dokumentalnych środowiska płaskiej Ziemi, Behind the Curve, badacze alternatywni wykorzystali laserowy żyroskop wart dwadzieścia tysięcy dolarów. Miał wykazać brak rotacji Ziemi. Początkowo urządzenie wskazało odchylenie o piętnaście stopni na godzinę, ale zespół odrzucił ten wynik jako "możliwą anomalię".
Od starożytności ludzie obserwowali niebo i zauważali jedno: gwiazdy wracają codziennie w to samo miejsce. Konstelacje poruszają się w regularnym rytmie. Słońce i Księżyc - to samo. Ale czy ten porządek nie jest bardziej zgodny z modelem kopuły nad nieruchomą Ziemią niż z teorią, że my i planeta turlamy się przez galaktykę z ogromną prędkością?
Kiedy noc zapada nad pustynią, górami czy bezkresnym oceanem, niebo odsłania swój stały mechanizm. Gwiazdy - tysiące punktów światła - nie pojawiają się przypadkowo. Ukazują się w znajomych wzorach, poruszając się po doskonale przewidywalnych torach. Wielka Niedźwiedzica obraca się niezmiennie wokół Gwiazdy Polarnej. Orion wspina się i opada z zegarmistrzowską precyzją. To nie chaos. To konstrukcja.
Zwolennicy teorii płaskiej Ziemi twierdzą, że to, co widzimy nocą, nie jest efektem przemieszczania się planety wokół własnej osi. To niebo się porusza, nie Ziemia. A konkretniej to firmament, czyli kopuła, w której zatopione są gwiazdy, porusza się nad nieruchomą, płaską Ziemią.
Jak twierdzi Eric Dubay: "Gwiazdy poruszają się po okręgach, nie po spirali. Jeśli Ziemia rzeczywiście leciałaby przez galaktykę z prędkością setek tysięcy kilometrów na godzinę, dlaczego układy gwiazd nie zmieniają się od tysięcy lat?"*21.
Rzeczywiście starożytne cywilizacje opisywały te same konstelacje, które widzimy dziś. Ich mitologie, od Egiptu po Chiny, wiązały ruchy nieba z cyklami rolniczymi, świętami, życiem i śmiercią. Ale nigdzie nie wspominały o obracającej się Ziemi. To zawsze niebo poruszało się nad światem, nigdy odwrotnie.
Mark Sargent nazywa firmament "największym sekretem nad naszymi głowami" i dodaje: "Jeśli spojrzysz w górę, zobaczysz, że wszystko się obraca, a ty nie czujesz ruchu. Może właśnie to ty jesteś nieruchomy?"*22.
W modelu płaskiej Ziemi Słońce i Księżyc nie są oddalone o setki tysięcy kilometrów. Są to lokalne źródła światła, krążące nad powierzchnią Ziemi w regularnym rytmie. Słońce nie zachodzi za horyzont - oddala się perspektywicznie, maleje i znika jak pociąg na torach.
Badacze alternatywni wskazują na zjawisko, które nazywają perspektywą wymuszoną. Gdy obserwujemy zachód słońca z użyciem filtrów słonecznych i zoomu optycznego, widzimy, jak tarcza nie "znika za krzywizną", lecz po prostu kurczy się i niknie w atmosferycznej poświacie.
Również Księżyc, który według nauki powinien odbijać światło Słońca, świeci własnym, zimnym światłem, co potwierdzają niektóre eksperymenty, na przykład testy termiczne, wykazujące, że światło księżycowe obniża temperaturę. Jednym z popularyzatorów tych testów był Dave Murphy: "Zimne światło Księżyca to fizyczny dowód, że nie odbija światła Słońca. A jeśli nie odbija, to Słońce i Księżyc nie mogą znajdować się w tym samym modelu orbitalnym"*23.
Największym koszmarem modelu heliocentrycznego jest jednak Polaris, czyli Gwiazda Polarna, która przez tysiąclecia pozostaje w tym samym miejscu na niebie. Nawet w epoce GPS-ów, satelitów i rzekomej precesji osi ziemskiej4 Polaris nie drgnęła. Z punktu widzenia fizyki obiektów poruszających się w przestrzeni to absurd.
Jak pisze David Weiss: "Jeśli Ziemia kręci się, leci i przyspiesza w wielu kierunkach jednocześnie, to jakim cudem raz za razem znajdujemy Gwiazdę Polarną dokładnie tam, gdzie była pięćset, tysiąc, dwa tysiące lat temu?"*24.
W świecie, w którym przypadek często okazuje się wygodnym alibi, czasami warto przyjrzeć się rzeczom codziennym i przez to na tyle oczywistym, że ich znaczenia nikt już nie zadaje sobie trudu interpretować. Takim przykładem jest logo Organizacji Narodów Zjednoczonych.
Od 1945 roku, gdy świat otrząsał się z okrucieństw drugiej wojny światowej, ONZ przyjęło za swój oficjalny symbol mapę Ziemi w rzucie azymutalnym. To nie kula ani realistyczna siatka geograficzna. To płaska projekcja, ukazująca kontynenty rozciągnięte równomiernie od bieguna północnego na zewnątrz, niemal dokładnie tak, jak model świata proponowany przez zwolenników teorii płaskiej Ziemi.
Dlaczego symbolicznej światowej jedności nie przedstawia globus? Z jakiego powodu jedno z najważniejszych gremiów dyplomatycznych świata używa płaskiej mapy jako swojego znaku? Dlaczego symbol tej organizacji tak doskonale przypomina rzut geograficzny znany jako odwzorowanie azymutalne równoodległościowe, dokładnie taki, jaki promuje na przykład International Flat Earth Research Society5?
Jak zauważa Mark Sargent: "Gdybyśmy dzisiaj wymyślali ONZ od nowa, nikt nie zaprojektowałby logotypu jako płaskiej mapy. Ale to nie przypadek. To echo wiedzy, która była ukrywana od wieków"*25.
Co ciekawe, w logo ONZ-etu występuje jeszcze jeden detal, który budzi konsternację, a mianowicie - brak Antarktydy. Na mapie widać wszystkie pozostałe kontynenty, jedynie skrajnie południowy nie istnieje. Zamiast tego jest pierścień otaczający mapę. Dla wielu płaskoziemców to oczywiste - Antarktyda to nie kontynent, lecz zewnętrzny lodowy krąg, który zamyka dysk Ziemi. ONZ o tym wie, ale milczy.
Eric Dubay pisze o sprawie tak: "ONZ używa tej projekcji, bo to prawdziwa mapa świata. Prawdziwy układ kontynentów. I jednocześnie ukrywa granice, czyli pierścień lodowy, który w konsekwencji obowiązywania Układu Antarktycznego jest niedostępny"*26.
Zwolennicy teorii spiskowych wskazują także na inne symbole globalistyczne, które rzekomo odwołują się do kopuły lub płaskiego układu świata, jak chociażby emblematy Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) czy NATO, a także niektóre wzory monet ONZ-etu i UNESCO.
David Weiss zauważa: "Dla ciebie to tylko symbolika, dla nich część rytuału. Symbole nie są przypadkowe. To język władzy. Jeśli wszyscy mają globusy, a jednocześnie globaliści używają płaskiej mapy, wiedz, że coś się dzieje"*27.
I rzeczywiście nie trzeba wierzyć w żadną teorię spiskową, by zadać pytanie, dlaczego symbole nowoczesnych organizacji międzynarodowych konsekwentnie unikają przedstawiania Ziemi jako kuli? Przecież to właśnie naukowy model globu miał zwyciężyć w czasie oświecenia.
Zanim powstały teleskopy, Newton napisał swoje Principia, a NASA wypuściła pierwsze CGI6, ludzkość patrzyła w niebo nie z chłodną obojętnością naukowca, lecz z duchowym zachwytem. I to, co dostrzegała, zapisywała następnie w świętych tekstach. A te księgi, niezależnie od kontynentu i języka, mówią jedno: Ziemia jest płaska i przykryta firmamentem.
Wiele osób nie zdaje sobie sprawy, że Pismo Święte zawiera wiele odniesień do nieruchomej, płaskiej Ziemi przykrytej kopułą. Świadczą o tym cytaty poniżej.
Księga Rodzaju 1,6-8: "A potem Bóg rzekł: "Niechaj powstanie sklepienie w środku wód i niechaj ono oddzieli jedne wody od drugich!". Uczyniwszy to sklepienie, Bóg oddzielił wody pod sklepieniem od wód ponad sklepieniem, a gdy tak się stało, Bóg nazwał to sklepienie niebem".
To "sklepienie" w hebrajskim oryginale to raqia, co oznacza twardą, rozpostartą kopułę.
Psalm 104,5: "Umocniłeś ziemię w jej podstawach: na wieki wieków się nie zachwieje".
Księga Hioba 38,12-14: "Czyś w życiu rozkazał rankowi, wyznaczył miejsce jutrzence, by objęła krańce ziemi, usuwając z niej grzeszników? Zmienia się jak pieczętowana glina, barwi się jej suknia"7.
To nie są metafory, ale geograficzne opisy rzeczywistości, których symboliczna interpretacja jest wynalazkiem nowoczesności.
W Koranie, świętej księdze islamu, również odnajdujemy opisy świata zgodne z płaskim modelem Ziemi.
Sura 15 werset 19: "Rozpostarliśmy ziemię i mocno osadziliśmy na niej góry oraz sprawiliśmy, że rodzi ona wszelkie owoce w określonym rytmie wzrostu".
Sura 78 werset 6: "Czyż nie rozpostarliśmy ziemi jak łoża".
Sura 88 werset 20: "Czy nie widzą, jak została rozpostarta ziemia?"8.
W klasycznym komentarzu koranicznym (tafsir) Ibn Kathir wyjaśnia, że w zapisach mowa jest o Ziemi rozciągniętej "jak dywan" - stabilnej, płaskiej i nieruchomej. Nie ma nic o kuli lecącej przez przestrzeń kosmiczną z prędkością miliona kilometrów na godzinę.
Modele płaskiej Ziemi dominowały we wszystkich starożytnych kulturach. To nie był mit, ale obowiązująca kosmologia. Sumerowie i Babilończycy wierzyli, że Ziemia to płaski dysk unoszący się na wodach pierwotnego oceanu (apsu), nakrytego kopułą nieba (an). Starożytni Egipcjanie wyobrażali sobie świat jako prostokątną płaszczyznę rozciągniętą pod boginią Nut, symbolizującą niebo. Wedy hinduskie opisują koncentryczne, płaskie kręgi lądów i oceanów zwane Bhumandala. Centralnie położona góra Meru, otoczona pierścieniami, do złudzenia przypomina model płaskiej Ziemi z Antarktydą jako zewnętrznym murem. W kosmologii nordyckiej dla odmiany Ziemia (Midgard) jest przedstawiana jako dysk otoczony oceanem i wężem Jörmungandem.
Jak zauważa Eric Dubay: "To nie są przypadkowe podobieństwa. To wspólna wiedza i dziedzictwo ludzkości. Dopiero współczesność, napędzana naukowym egoizmem i propagandą, zamieniła ten obraz w bajkę o latającej kuli"*28.
Zwolennicy teorii płaskiej Ziemi nie uważają, że starożytni wiedzieli więcej. Uważają, że wiedzieli to, co oczywiste, i nie zostali zmanipulowani przez system edukacji, który wmówił wszystkim, że to, co widzą, jest złudzeniem*29. Dzisiaj natomiast, jak mówi Mark Sargent: "Gdy dzieci w przedszkolu rysują Ziemię, rysują płaski świat, nie kulę. To kultura później mówi im, że się mylą"*30.
Rozdział 2
Anunnaki - bogowie, którzy zeszli z nieba?
Sumeryjska wiedza o przybyszach z gwiazd i największa tajemnica potężnej cywilizacji, czyli kosmiczne pochodzenie człowieka.
Zanim pojawiły się religie, które dziś uznajemy za święte, zanim Mojżesz otrzymał tablice z dziesięciorgiem przykazań, Jezus zaczął nauczać, a Mahomet usłyszał głos archanioła Gabriela, istniał Sumer - cywilizacja, której początki toną w mrokach dziejów i której przyczyn upadku dotąd nie poznaliśmy.
To właśnie Sumerowie, mieszkańcy południowej Mezopotamii, pozostawili po sobie gliniane tabliczki zapisane pismem klinowym. Setki tysięcy fragmentów, z których wiele do dziś nie zostało w pełni rozszyfrowanych. Ale spośród tych, które udało się odczytać, wyłania się coś, co trzęsie w posadach znaną nam historią, a mianowicie opowieść o istotach, które przybyły z nieba - Anunnakach*31.
Według tekstów sumeryjskich, Anunnaki nie byli bogami w sensie religijnym. Byli przybyszami, nadzorcami, inżynierami świata. I co najważniejsze - twórcami ludzkości. Ich imię oznacza dosłownie: "Ci, którzy zstąpili z niebios"*32. Nie pojawili się jako alegorie sił natury, nie byli jedynie wymysłem wyobraźni. Przyszli z nieba, aby uczynić coś bardzo konkretnego, i zostawili po sobie ślady, których nie da się przeoczyć ani zignorować.
Archeologia bagatelizuje te przekazy, uważając je za mity i metafory, ale czy cywilizacja, która stworzyła pierwsze miasta, dała światu pierwszy znany system pisma, a także pierwowzory kalendarza i kodeksu prawnego, naprawdę przytaczałaby jedynie wymysły na temat swojej historii? Może jednak próbowała pozostawić po sobie ślad dla potomnych?
W dwudziestym wieku pojawił się człowiek, który odczytał te teksty inaczej i bardziej dosłownie. Zecharia Sitchin, lingwista i badacz starożytnych języków, zaproponował śmiałą interpretację, że Anunnaki to kosmiczni podróżnicy z planety Nibiru, którzy przybyli na Ziemię dziesiątki tysięcy lat temu*33. Zstąpili z nieba nie jako duchy, ale realnie, statkami kosmicznymi z niezwykłą technologią. I pozostawili po sobie nas - swoje dzieło stworzenia.
To, co brzmi jak scenariusz filmu science fiction, ma swoje udokumentowane źródło w zapisach starożytnej cywilizacji, o których historia woli nie mówić głośno. Tymczasem być może właśnie na glinianych tabliczkach z Sumeru kryje się prawdziwy początek człowieka.
Gdyby Ziemia była powieścią, Nibiru byłaby jej zaginionym rozdziałem, który ktoś wyrwał, spalił i kazał o nim zapomnieć.
Zgodnie z teorią paleoastronautyczną9 Anunnaki pochodzą z planety o nazwie Nibiru, której istnienie miało zostać opisane przez Sumerów. Planeta - tajemnicza, ukryta, a może po prostu wymazana z kart historii - nie krąży wokół Słońca po typowej orbicie. Porusza się po wydłużonej, eliptycznej trajektorii, wchodząc w obręb Układu Słonecznego raz na mniej więcej trzy tysiące sześćset lat*34.
Według Zecharii Sitchina, autora słynnej książki The 12th Planet, to właśnie z tej planety przybyli Anunnaki - podróżnicy, koloniści, bogowie. Nibiru w jego interpretacji nie jest tylko "brakującą planetą". To dwunaste ciało niebieskie sumeryjskiego systemu astronomicznego, uwzględniającego Słońce, Księżyc, osiem znanych planet, karłowatego Plutona oraz samą Nibiru*35.
Sitchin opierał swoją teorię na interpretacji sumeryjskich tabliczek, zwłaszcza tych z biblioteki asyryjskiego króla Asurbanipala10, a także na znaleziskach archeologicznych z Nippur, Eridu i Sippar. W jego odczycie symbole astronomiczne znajdujące się na pieczęciach cylindrycznych - jak słynna pieczęć VA/243 - przedstawiają Układ Słoneczny z nieznaną planetą, umieszczoną za orbitą Neptuna11.
Według tej teorii Nibiru jest znacznie większa od Ziemi i niekiedy utożsamia się ją z brązowym karłem lub superplanetą. Jej okres orbitalny wynosi ponad trzy i pół tysiąca lat, co tłumaczy brak widoczności tego ciała niebieskiego w codziennych obserwacjach nieba. Przelot Nibiru przez Układ Słoneczny może powodować katastrofy naturalne, na przykład potopy czy trzęsienia ziemi, korespondujące między innymi z biblijnymi opowieściami o tragediach zsyłanych na ludzkość jako kara za grzechy.
Oficjalnie nauka nie uznaje istnienia planety Nibiru. Astronomowie odrzucają hipotezy Sitchina, wskazując, że jego tłumaczenia języka sumeryjskiego są nieścisłe i nie mają potwierdzenia w filologii klinowej*36. Mimo to pojawiły się niezależne doniesienia o możliwej dziewiątej planecie w odległych rejonach Układu Słonecznego, tak zwanej Planet Nine. Konstantin Batygin i Michael E. Brown, naukowcy z Kalifornijskiego Instytutu Technicznego, definiują jej istnienie na podstawie zakłóceń orbit obiektów z Pasa Kuipera*37. To wystarczyło wielu zwolennikom teorii Nibiru za pośrednie potwierdzenie sumeryjskich zapisków sprzed tysięcy lat.
Co ciekawe, samo słowo nibiru występuje w starożytnych tekstach z obszaru Mezopotamii, ale tak się składa, że dalekie jest od jednoznaczności. W zależności od okresu i kontekstu oznaczało albo ciało niebieskie związane z bogiem Mardukiem12, albo tak zwany punkt przejścia na niebie - na przykład przecięcie równika niebieskiego i ekliptyki - albo też symbol zmiany cyklu i równowagi sił niebieskich*38.
Zwolennicy alternatywnych teorii twierdzą, że ta wieloznaczność została wykorzystana celowo, by ukryć prawdę. Bo jeśli przyznamy, że tysiące lat temu posiadano wiedzę o planecie oddalonej o dziesiątki miliardów kilometrów i poruszającej się po eliptycznej orbicie, to powinniśmy również uznać, że ci, którzy tę wiedzę posiadali, musieli dysponować znacznie bardziej zaawansowaną technologią, niż można wnioskować ze znanych źródeł historycznych.
Z perspektywy zwolennika teorii Anunnaków Nibiru nie jest tylko planetą. To punkt zero historii ludzkości. To stamtąd przybyli bogowie, którzy stworzyli człowieka, a potem nauczyli go pisać, siać i mierzyć niebo. To tam miała rozpocząć się najważniejsza opowieść o naszej wspólnej historii.
Ludzie od zawsze pożądali złota. A jeśli to nie my jako pierwsi zapragnęliśmy tego cennego kruszcu?
Według teorii paleoastronautycznej powód przybycia Anunnaków na Ziemię był bardzo racjonalny - pragnęli ocalić swoją planetę Nibiru. W odróżnieniu od romantycznych opowieści o bogach szukających chwały, w tej wersji historii motywacja była surowa, inżynieryjna, a nawet nieco rozpaczliwa, ponieważ Nibiru miała śmiertelny problem.
Zgodnie z odczytami Zecharii Sitchina sumeryjskie przekazy mówią o atmosferycznej katastrofie na planecie Anunnaków. Warstwa ochronna, być może odpowiednik ziemskiej magnetosfery lub jonosfery, zaczęła zanikać, zagrażając stabilności klimatu, źródłom energii i w konsekwencji samemu życiu na planecie*39. Rozwiązaniem naglącego problemu okazało się złoto i jego idealne właściwości fizyczne, takie jak wyjątkowe przewodnictwo, trwałość i odporność na utlenianie. Technologicznie miało zostać wykorzystane w formie cząsteczek rozpylanych w górnych warstwach atmosfery, by dzięki temu odbudować barierę chroniącą Nibiru przed promieniowaniem i destabilizacją klimatyczną*40. To nie przypuszczenie, ale dosłowny przekład fragmentów z eposów Enuma elisz13 i Atra-hasis14.
Co ciekawe, pomysł nie jest całkowicie oderwany od rzeczywistości. Współczesna nauka rzeczywiście bada zastosowanie cząsteczek metali, w tym złota, w geoinżynierii atmosferycznej, między innymi po to, aby odbijać promieniowanie słoneczne czy stabilizować jonosferę*41. W 1995 roku naukowcy z Lawrence Livermore National Laboratory sugerowali użycie aerozoli w celu przeciwdziałania globalnemu ociepleniu, a wśród rozważanych materiałów pojawiło się właśnie złoto*42.
Dla Anunnaków, którzy według teorii posiadali zaawansowaną technologię, tego typu operacja stała się koniecznością. Elementy układanki, to znaczy zanik atmosfery, brak złota na Nibiru oraz przejście orbity planety przez Układ Słoneczny złożyły się w całość. Ziemia stała się celem misji ratunkowej.
Według mitologii sumeryjskiej Anu15 - najwyższy władca Nibiru - wysłał ekspedycję, by odnaleźć złoto na jednej z planet nadających się do eksploatacji. Początkowo badano Wenus i Marsa, ale dopiero Ziemia, bogata w surowce i aktywna geologicznie, okazała się kluczem do przetrwania obcej cywilizacji*43.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Samuel Rowbotham, Eksperyment z Bedford Level, w: Zetetic Astronomy: Earth Not a Globe, 1865. [wróć]
Eric Dubay, The Flat Earth Conspiracy (2014), w: PDF/ebook, https://ericdubay.com. [wróć]
Mark Sargent, Flat Earth Clues, https://marksargent.com, m.in. w: Flat Earth Clues Part 1: They Are Hiding God oraz Part 5: The Magic Show. [wróć]
Eric Dubay, The Flat Earth Conspiracy (2014), w: PDF/ebook,. [wróć]
Ibidem. [wróć]
Mark Sargent, Flat Earth Clues: Part 7 - Long Haul, https://marksargent.com. [wróć]
Murphy, 2016, w: Globe Lie EuroTour, YouTube. [wróć]
Robert Simmon, NASA data visualizer, NASA.gov Interview, 2002. [wróć]
https://ericdubay.wordpress.com/2018/07/08/200-proofs-earth-is-not-a-spinning-ball-english/. [wróć]
Mark Sargent, Flat Earth Clues, Part 2 - The Map Is Not the Territory, https://marksargent.com. [wróć]
Za:ODD TV - YouTube. [wróć]
https://ericdubay.wordpress.com/2018/07/11/nasa-and-freemasonry/. [wróć]
Za: CBS, Longines Chronoscope Interview, 1956. [wróć]
Mark Sargent, Flat Earth Clues, Part 4 - Shell Beach, https://marksargent.com. [wróć]
Flat Earth International Conference, 2017, YouTube - Rob Skiba: High-Altitude Footage Analysis. [wróć]
Za:youtube.com/Jaronism. [wróć]
Za:The Flat Earth Podcast. [wróć]
Eric Dubay, 2016, https://ericdubay.com. [wróć]
Za:The Flat Earth Podcast. [wróć]
Mark Sargent, Flat Earth Clues, Part 9 - The Magic Show, https://marksargent.com. [wróć]
Eric Dubay, 2014, https://ericdubay.com. [wróć]
Mark Sargent, Flat Earth Clues: Part 6 - The Dome, https://marksargent.com. [wróć]
Za: Globe Lie EuroTour. [wróć]
Za:The Flat Earth Sun & Moon Clock App. [wróć]
Mark Sargent, Flat Earth Clues: Part 6 - The Dome, https://marksargent.com. [wróć]
Eric Dubay, 2014, https://ericdubay.com. [wróć]
Za:flatearthdave.com. [wróć]
Eric Dubay, 2016, https://ericdubay.com. [wróć]
Tematyka związana z teoriami dotyczącymi płaskiej Ziemi została szerzej przedstawiona w podcaście autorki Teoria Spisku, zob. https://www.youtube.com/watch?v=tOYYR0XHdIk&list=PL4hm_PiRBagJ9RP-UvVYtYwRVfFeUEk6i&index=135&t=1s. [wróć]
Mark Sargent, Flat Earth Clues, Part 5 - The History, https://marksargent.com. [wróć]
Samuel Noah Kramer, Historia zaczyna się w Sumerze, Państwowy Instytut Wydawniczy, 1961. [wróć]
Jeremy Black & Anthony Green, Gods, Demons and Symbols of Ancient Mesopotamia, University of Texas Press, 1992, s. 33. [wróć]
Zecharia Sitchin, The 12th Planet, t. I serii Earth Chronicles, Bear & Company, 1976. [wróć]
Ibidem, s. 52, 57. [wróć]
Ibidem, s. 30-35. [wróć]
Michael s. Heiser, The Facade oraz analizy, 2010, za:https://sitchiniswrong.com. [wróć]
Konstantin Batygin & Michael E. Brown, Evidence for a Distant Giant Planet in the Solar System, "The Astronomical Journal", 151(2), 2016. [wróć]
Wayne Horowitz, Mesopotamian Cosmic Geography, Eisenbrauns, 1998. [wróć]
Zecharia Sitchin, The 12th Planet, Chapter 5: The Twelfth Planet's Crisis, Bear & Company, 1976. [wróć]
Idem, The Stairway to Heaven, Chapter 4: The Golden Shield, Bear & Company, 1980. [wróć]
Paul Josef Crutzen, Albedo enhancement by stratospheric sulfur injections: A contribution to resolve a policy dilemma?, "Climatic Change", 77(3), 2006, s. 211-220. [wróć]
E. Teller, R. Hyde & L. Wood, Global Warming and Ice Ages: Prospects for Physics-Based Modulation of Global Change, U.S. Department of Energy, Lawrence Livermore National Laboratory, 1997. [wróć]
Enuma elisz, tłum. L.W. King - fragmenty dotyczące planu stworzenia "nieba i ziemi" przez wysłanników Anu, 1902. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Według współczesnych wyliczeń średni promień Ziemi wynosi 6371 kilometrów. [wróć]
Teodolit - instrument geodezyjny służący do wyznaczania pionowości, tyczenia linii prostych, wyznaczania kątów i ewentualnych spadków. [wróć]
Refrakcja - załamanie fali świetlnej, do którego dochodzi w każdym układzie optycznym. [wróć]
Precesja osi Ziemi - wykonywanie przez oś naszej planety ruchu po powierzchni bocznej stożka o wierzchołku w środku Ziemi, które powoduje, że oś ziemska kreśli na tle nieba okrąg. Zakreślenie pełnego okręgu trwa około 26 000 lat. [wróć]
IFERS - Międzynarodowe Towarzystwo Badań nad Płaską Ziemią powstałe w 1956 roku w angielskim Dover z inicjatywy Samuela Shentona. [wróć]
CGI - skrót od computer-generated imagery - obraz generowany komputerowo. [wróć]
Cytaty pochodzą z Biblii Tysiąclecia, Wydawnictwo Pallottinum, Poznań 2003. [wróć]
Cytaty pochodzą z Koranu w przekładzie Rafała Bergera, Stowarzyszenie Jedności Muzułmańskiej, Bydgoszcz 2021 . [wróć]
Teoria paleoastronautyczna głosi, że w prehistorii i starożytności naszą planetę odwiedzały inteligentne istoty pozaziemskie, a kontakt z nimi wpłynął na rozwój kultury, technologii, religii i biologii człowieka. [wróć]
Asurbanipal, król asyryjski panujący w połowie VII wieku p.n.e., założyciel słynnej biblioteki w Niniwie. [wróć]
Znajdująca się w zbiorach berlińskiego Vorderasiatisches Museum pieczęć VA/243 według interpretacji Sitchina stanowi odwzorowanie Układu Słonecznego. [wróć]
Marduk - jedno z najważniejszych bóstw w mitologii babilońskiej. [wróć]
Poemat o stworzeniu świata, epos napisany w języku akadyjskim w drugim tysiącleciu p.n.e. [wróć]
Babiloński epos o Bardzo Mądrym, datowany na 1800 rok p.n.e. [wróć]
Anu lub An - "Bóg-Niebo", "ojciec wszystkich bogów", a także "król Anunnaków". Bóstwo stojące najwyżej w panteonie wierzeń sumeryjskich i babilońskich. [wróć]