1. Genetyka
Urodziłam ją szybko, praktycznie bezboleśnie, o godzinie dwunastej. Wszystko toczyło się tak gładko, że lekarz nie pofatygował się nawet, by zostać do końca, tylko wysłał rezydenta, muzułmanina, poruszonego ponad miarę, bo był to jego pierwszy poród - to znaczy pierwszy w jego karierze. Kiedy mnie zszywał, trzęsły mu się ręce i wtedy zainterweniował inny rezydent, nieco bardziej rozgarnięty.
Moja córeczka miała tylko jedno małe dziwactwo: w nocy bez przerwy płakała. Wiedziałam, że tak się może dziać z noworodkami: w związku z tym, że na porodówce przebywały w osobnej sali w większej grupie, mogły mimowolnie mylić dzień z nocą. Kiedy mnie widziała, natychmiast się uspokajała i stawała się najradośniejszym dzieckiem, ale gdy tylko znikałam, ponownie zaczynała płakać. Trwało to kilka miesięcy; nie mogłam siedzieć przy niej w nocy w nieskończoność, tak więc wynosiłam ją do kuchni, wkładałam do pudełka po butach i tam zostawiałam, abyśmy wszyscy mogli zaznać spokoju i odpoczynku.
Potem tego żałowałam, bo jak była mała, to zdawała się cały czas czymś przybita. Pewnego wieczoru, gdy ją wykąpałam, zauważyłam, że ma jedną nogę dłuższą od drugiej, o jakieś dwa centymetry. Zawołałam męża, rodziców, wszystkich, i wszyscy mi powiedzieli, że mi się wydaje, żebym się uspokoiła. Ale ja nie potrafiłam, nie mogłam spać w nocy, tak więc poszłam z nią do najlepszego ortopedy w mieście. Od razu potwierdził, że ma zwichnięcie lewego stawu biodrowego, ale w jej wieku szybko można temu zaradzić, bo jeszcze nie chodzi; sześć miesięcy w gipsie i będzie po sprawie...
...i mama i babcia blawooo chodzi "dziewcynkaaaaa"
...na wlózbę na locek podniosłam sleblną "spatułkę" z "tacki" i wsadziłam sobie do buzi
...babcia pacnęła mnie w lamię i się odwlóciłam a ona mnie spytała nie słysałaś co ci powiedziałam nicego nie powiedziała tylko gadała
...stalszy pan blunet wysoki w bieli włozył sobie coś białego na ślodkowy palec i mi go wsadził do buzi i ucisnął tam gdzie cię boli jak mas "celwone w galdle" uciskał uciskał az pocułam ciepełko w buzi i nosie i ustach zobacyłam celwone z galdziołka na palcu staluska a potem na mojej sukience celwone klopelki jak biedlonki zacął się "wiatl" tak powiedziała mama kiedy spytłałam co tak dzwoni cały cas ten wiatl babcia mnie spytłała dlacego płaces "dziecinko " bo wieje wiatl mocno mocno gdzie wieje wiatr nie ma żadnego wiatru właśnie ze jest
...dźwigałyśmy razem głaz ona go upuściła i spadł mi na ręce pobiegłam do domu z płaczem mama się przestraszyła wsadziła mnie do samochodu który nie był nasz nasz był czerwony i był u taty ten miał coś co robiło i-o i-o i-o krr krr krr głośniej niż wiatr i zobaczyłam innego wysokiego staruszka w bieli wtedy się wystraszyłam i zaczęłam krzyczeć dwie starsze panie trzymały mi ręce ja nie widziałam co mi robi staruszek strasznie mnie bolało mama nie patrzyła proszę pani nic nie poradzimy nie załapała się Anastasia...
Anastasia była moją koleżanką z ławki ale jej tam nie było nauczyłyśmy się razem pisać litery w kolejności alfabetycznej i samodzielnie ułożyłyśmy z nich słowo "amen" cały czas słyszałyśmy je w kościele i śmiałyśmy się a nauczycielka piękna jak królewnaśnieżka powiedziała nam żebyśmy już nie wypisywały takich wyrazów powiedziała dziewczęta to nie jest "zabawne".
Psorka z gegry nie była ładna jak królewnaśnieżka i tym bardziej nie była "zabawna", była "oszczędna w słowach", a my myślałyśmy, że to określenie na sposób, w jaki je wypowiadała, prawie nie otwierając ust i cedząc przez zęby, msicie siuczć gografii lgicznie, nie npamić. Wychodziło się na środek klasy tyle razy, ile było potrzeba, żeby w końcu potrafiło się pokazać tyłem do mapy albo z zamkniętymi oczami bieg jakiejś "rzeki", od źródła do ujścia, nie na odwrót, nigdy na odwrót. Trzeba było umieć wyjaśnić, dlaczego to rzeka główna, a nie dopływ; w jaki sposób przemieszcza się wiatr i "prądy" powietrza, a potem wody, czy są zimne, czy ciepłe, morskie, czy oceaniczne, a przecież my mamy tylko morze. Dlaczego morze jest martwe, nie to nasze, tylko Morze Martwe, tak się nazywa, które w sumie nie jest nawet morzem, tylko wielkim słonym jeziorem, wcale nie martwym.
Ale najbardziej kozackie były "fiordy".
Przeniosła nas do "laboratorium", a tam nie było już ławek, tylko krzesła, a my z Anastasią chciałyśmy siedzieć jak najbliżej dziewczyny o ciemniejszym kolorze skóry i długich, długich, czarnych i "kręconych" włosach, która cały czas się śmiała. Ale Psorka przesadziła ją bardziej z przodu, powiedziała, że nosi okulary i nie widzi dobrze tych państw, które się ciągle zmieniały, ani gór karłowatych, wypiętrzonych wskutek erozji, tylko te wysokie, ukształtowane przez fałdowanie, zupełnie jak jej włosy.
Psorka z gegry wyciągnęła mnie do mapy, żebym pokazała jakieś miasta, których nie znałam, tyle było tych zmieniających się nazw, jeszcze gorzej niż z państwami. Próbowałam wykombinować, jak się ich nauczyć, Psorka powiedziała, że nazwy trzeba "zapamiętać". Wymyślałam więc w głowie różne historie związane z tymi miastami, na przykład było takie jedno, którego nazwa rymowała mi się z "kurą w krzakach", a Psorka nam powiedziała, że to miasto wiecznej wiosny, tak więc wyobraziłam sobie tę kurę, która przechadza się przez tę wieczną wiosnę po kwitnących krzakach, tak było mi to łatwiej zapamiętać. Ale te, które kazała mi pokazać, jakoś wyleciały mi z głowy; zaczęłam płakać przed całą klasą i powiedziałam Psorce, że przecież się ich uczyłam, ale za nic nie potrafiłam wbić ich sobie do głowy, na co ona stwierdziła dbrze, skro mwisz, żsiuczłaś, to pstoisz tu pszdklasą, aż sbie je przypmnisz. Chciałam ją zdzielić po głowie tym długim drewnianym "wskaźnikiem", którym miałam wskazywać miasta, żeby upadła na podłogę, tam gdzie stała, przed całą klasą. Wtedy zadzwonił dzwonek i wyszłam szybko z laboratorium, a Anastasia mi powiedziała nie przejmuj się nią, to "kretynka".
Potem nie widziałam już Psorki z gegry, zamiast niej przychodził nauczyciel na "zastępstwo", pozwalał nam rysować góry i rzeki, i zielone równiny. Wychowawczyni nam powiedziała, że Psorka od gegry jest w szpitalu, i wtedy zrobiło mi się przykro, że tak mocno jej nienawidziłam, ale potem było mi przykro, że wróciła, bo jej zastępca wyjechał i już nigdy go nie zobaczyłam.
Również z Anastasią chodziłam codziennie po szkole na trening i pod prysznicem zauważyłam, że obie mamy grzyba na paznokciach u stóp, na co ona stwierdziła, że łączy nas "siostrzeństwo krwi". U mnie rozprzestrzeniło się to już na palce i między palce, i na piętę, zrobiły mi się takie pęknięcia, które mnie bolały, kiedy chodziłam, o treningach już nie wspominając. Chciałam je sobie odpuścić, ale Anastasia powiedziała proszę, nie zostawiaj mnie samej. Robiłam dziesiątki brzuszków, podciągań i przysiadów na wąskim korytarzu z boku siłowni, która była w "remoncie". Nie nadążałam z przysiadami, bo bolały mnie pięty, a trener powtarzał, żebym nie szukała sobie cały czas "wymówek". To ty jesteś swoją największą wymówką.
Anastasia ćwiczyła przede mną i kiedy zaczęła robić przysiad, akurat jeden z chłopaków przebiegł szybko obok i ją popchnął; straciła równowagę, ja wyciągnęłam rękę, żeby ją złapać, ale wpadła do dziury na środku sali; usłyszałam trzask, po czym przewróciła się bezwiednie na plecy i zobaczyłam jej brzuch, był żółty. Błagam cię, , nie pozwól jej umrzeć; , nie pozwól jej umrzeć, łączy nas siostrzeństwo krwi.
W tej samej chwili podniosła się i usiadła, a mnie do oczu napłynęły łzy, po czym się rozpłakałam jeszcze bardziej, bo trener zaczął na mnie krzyczeć czemu ją popchnęłaś, mogłaś ją zabić, to nie ja ją popchnęłam, Ana, czy to ja cię popchnęłam?, a ona płakała i cała się trzęsła, mówiąc, nieee wieeem, nie widziaaaałam, poodnieś mnieeee, ty mnie podnieś. Trener ją podniósł, znowu na mnie krzyknął, że jestem "nieprzytomna". Wieczorem zadzwonił do nas do domu, ale mama mnie nie ukarała, powiedziała tylko, że mam zakaz zbliżania się do Anastasii.
Nie poszłam więcej na trening; spędzałam czas z dziećmi na ulicy, a mój tata był niepocieszony, ty nie jesteś taka jak one, nie widzisz, że rzucają mięsem na lewo i prawo i noszą "niechlujne" ubrania, ale ja je lubiłam. Andria twierdził, że to od nich nauczyłam się głupot, i kazał mi je powtarzać wieczorem podczas kolacji przed mamą i tatą, oni nie komentowali, tylko się uśmiechali i jedli dalej.
Wybraliśmy się na wycieczkę w góry nieopodal naszego miasta, nie podobało mi się, był tłok, a my wspinaliśmy się, wspinaliśmy się bez końca, w którymś momencie obejrzałam się za siebie, nie było ani mamy, ani taty, ani Andrii. Zatrzymałam się, poczekałam, po czym poszłam sama na szczyt, cały czas się rozglądałam, ale ich nie widziałam. Nie za bardzo wiedziałam, co robić, stał tam wielki krzyż, przy którym czekałam aż do wieczora, rozmawiałam sobie z ludźmi i zapomniałam o mamie, tacie i Andrii; kiedy wspięli się na górę, mama podbiegła do mnie i wzięła mnie w ramiona, chociaż i tak najbardziej przerażony był tata, bardziej nawet niż wtedy, kiedy "doktor" wyrwał mi "na żywca" paznokcie u stóp, żeby wyleczyć grzyba. Bolało mnie, bo znowu "anestezja" się nie załapała.
Przez jakiś czas opatrunek kleił mi się do palców, a buty uciskały mnie dokładnie w miejsce ran po brakujących paznokciach; kiedy zrobiło się ciepło i nosiłam sandały, Andria bez przerwy mnie deptał "niechcący"; tak samo niechcący uderzał mnie, kiedy wyrosły mi z kolan te dwa kikuty, doktor powiedział, że kości mi wyszły z "więzadeł", ból promieniował aż do mózgu, a Andria powtarzał znoooowu popiskuje, przecież wiem, że nic jej nie boli, "kłamie", cały czas kłamie i opowiadał przy stole, jakie kłamstwa wygadywałam, a mama i tata milczeli.
I wtedy powiedziałam, dobrze, to co w takim razie z kłamstwami, których nie wypowiadam, przecież niektórych po prostu nie pamiętam, na co tata odpowiedział, że to nie są kłamstwa, tylko "odłamki snów", i wówczas zrozumiałam, że mogę wypowiedzieć każde kłamstwo, ale pod postacią snu, i się uśmiechnęłam, a Andria wlepił wzrok w swój talerz, po czym sprzedał mi pod stołem strzał w kolano, niechcący.
Nie dawałam już rady klęczeć i babcia przestała mnie zabierać do kościoła w tamto Boże Narodzenie, aleś ty się zrobiła "uparta", klęcz normalnie jak wszyscy, ale ja naprawdę nie mogłam. Na obozie narciarskim dostawałam kijkami prosto w kolana, ba, czasem oberwało mi się też butem narciarskim. Na trasie byłam najwolniejsza, często się zatrzymywałam, tak mnie bolało, a zimno przeszywało mnie do kości i tam już zostawało. Praktycznie całe dnie spędzałam na trasie sama, bo nikt się na mnie nie oglądał.
Ale wieczorami było super, siedzieliśmy wszyscy razem i słuchaliśmy muzyki, graliśmy w karty, śmialiśmy się. Pragnęłam, żeby te wieczory nigdy się nie kończyły, żeby nie nadchodził poranek ze swoim mlecznym światłem, z butami narciarskimi i długimi kijami, które na siebie zachodziły, do tego ból, zimno w kościach i płacz, a ja bym chciała, żeby życie to był tylko śmiech.
[...]