Ten wieczny mrok - Kate Pentecost

Kup ebooka

39.00 zł
31.59 zł (31,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Dwie mile od wioski Ivo, w lesie pełnym ruchomych cieni, stał samotny powóz skąpany w świetle księżyca. Był całkowicie czarny, włącznie ze ściankami i okiennicami, i drewnianymi ornamentami po bokach. Szprychy kół też były czarne, podobnie jak listwy przy oknach i dach; nawet zaprzęgnięte konie były czarne jak noc, pośród której prawie nie było go widać. Powóz ten stanowił jedną z największych tajemnic Valacii - nie chodziło jednak o sam powóz, lecz o człowieka, który nim jeździł.

Coś się poruszyło i jeden z dwóch czarnych koni pociągowych podniósł łeb. Chwilę później otworzyły się drzwi. Wysoki, kościsty młodzieniec stanął na trawie i ziewnął.

- Nik, Tal - powiedział i skinął koniom głową. Wyglądał jak każdy inny młodzieniec pochodzący z Valacii: tyczkowatej budowy, z ostrym nosem, ciemnymi włosami i oczami oraz brodą porośniętą słabym, nieregularnym zarostem. Ale czarny elegancki strój, czarny kapelusz z szerokim rondem i niewielka srebrna klepsydra, którą nosił na szyi, sprawiały, że każdy wiedział, że ten konkretny młodzieniec to Ankou - najbardziej nieustraszony i najbardziej tajemniczy pogromca potworów we wszystkich Pięciu Krainach; a także największa i wciąż nieodgadniona zagadka tychże Krain.

Spojrzał ponad drzewa, gdzie niebo dopiero zaczynało się ściemniać. Sporo czasu do świtu, pomyślał i wrzucił do ognia wiązkę białej szałwii. Roślina zaczęła dymić, a Ankou stanął tak, by jego włosy i ubrania przeszły zapachem siwych kłębów. Chwilę potem się rozkaszlał.

- Nienawidzę tego - rzucił do nikogo, próbując przegnać dym sprzed twarzy.

Kiedy pozbył się go z oczu i nosa, wyciągnął z kieszeni najnowszy ze swoich małych czarnych notatników, po czym otworzył go na stronie, którą oznaczył kawałkiem węgla.

- Na czym to ja skończyłem? A, tak...

Słowo "opętanie" od razu rzucało się w oczy; dalej widniał krótki opis skreślony jego ręką:

Miejska uzdrowicielka dobiła targu, by otrzymać większą moc, po tym jak nie udało jej się uratować chorego dziecka. Data opętania: nieznana.

Klasyk. Uzdrowicielka o dobrym sercu chciała dokonać czegoś, co przekraczało jej zdolności, i zapłaciła za to koszmarną cenę. Kobieta - w czym nie było nic zaskakującego - urodziła się jako wiedźma. Wiedźmy występują bardzo rzadko i dysponują wrodzoną, subtelną magią, magią wszechstronną, w przeciwieństwie do magów ograniczonych w swych popisowych sztuczkach do ognia, wody lub innego z żywiołów, w które się wrodzili. Jednakże to wiedźmy często uciekają się do bardziej d r a s t y c z n y c h środków, by osiągnąć to, czego chcą, zwłaszcza kiedy rzeczy nie idą po ich myśli - i tak, co kilka dekad, trafiał na jeden z takich przypadków. Westchnął ciężko jak człowiek zmęczony życiem. Opętania nigdy nie były proste.

OFIARY ZWIERZĘCE: ______________.

Przypomniał sobie rozmowę ze starszą miasteczka, którą odbył poprzedniego wieczoru.

- Kiedy zaczęły znikać zwierzęta, czy coś z nich zostawało?

- Całe znikały - wyjaśniła. - Poza nogą czy głową tu i tam. No i zawsze porzucała języki.

Rozczłonkowane, uzupełnił. Zły znak. Przeszedł do kolejnej linijki, a jego dłoń zawisła nad pustym miejscem w rubryce: OFIARY W LUDZIACH: _______________.

- Zabiła kogoś? - zadał następne pytanie, mając ogromną nadzieję, że w odpowiedzi usłyszy "nie".

Ale zmarszczki na twarzy kobiety pogłębiły się jeszcze bardziej, a w jej głosie dało się usłyszeć zmęczenie porównywalne z jego własnym:

- Odebrała nam wszystkie dzieci. Ginęły, jedno po drugim, od jakichś trzech miesięcy. Zaczęliśmy znajdować fragmenty ciał... owinięte w szerokie liście, na progach...

Zadrżał. Po OFIARY W LUDZIACH Ankou napisał: Rozczłonkowane, zjedzone.

Zdecydowanie wolał potwory od demonów. Kiedy opętanie zaszło tak daleko, że ofiara zaczynała zabijać ludzi, nie było dla niej ratunku. Mógł jedynie zniszczyć to, co z niej zostało.

Zamknął i schował notatnik. Następnie zarzucił na plecy srebrny młot bojowy, jak zwykle przekrzywił zawadiacko czarny kapelusz z szerokim rondem i ruszył przez ciemny las na poszukiwanie demona.

Noc rozbrzmiewała śpiewami i kwileniem, i trzepotem skrzydeł. Cienie zdawały się pogłębiać i rosnąć, przesuwać i zmieniać. Wszystko pachniało mrozem i ziemią, i zimnem, a ciemność była gęsta, aksamitna. Normalny człowiek mógłby przegapić lub źle odczytać te znaki, ale Ankou szybko trafił na trop demona. Ziemia naruszona raczej ludzkimi stopami, a nie racicami jelenia. Strzęp materiału, z koszuli lub tuniki, w krzakach. I, co najbardziej oczywiste, ciemna plama zaschniętej krwi na srebrzystym pniu brzozy.

Podążał za tymi znakami, aż las się skończył, i wyszedł na polanę pokrytą mgłą tak gęstą, że nie widział ziemi pod stopami. Po przeciwnej stronie dostrzegł pozostałości po tym, co było niegdyś niską wiejską chatą - teraz skrywały się we mgle. W środku ktoś stał i obserwował go w bezruchu. Zimny dreszcz przebiegł mu wzdłuż kręgosłupa.

W wykrzywionej czarnej paszczy, gdzie kiedyś znajdowały się drzwi do domu, stał demon w ciele opętanej wiedźmy - bezruch był tak nienaturalny, że Ankou aż zadrżał. Z sukni wiedźmy zostały tylko brudne strzępy, a przez paznokcie jej dłonie przypominały długie szpony. Wyszła na polanę i zaczęła węszyć w powietrzu jak zwierzę.

- Tyle szałwii... - powiedziała wiedźma ledwie ludzkim głosem. - A mimo to wciąż czuć smród śmierci... dziwne.

- Wiesz, kim jestem? - zapytał Ankou. Głos załamał mu się trochę na "jestem", ale miał nadzieję, że demon tego nie zauważy.

- Młodym najemnikiem, co szuka sławy. - Uzdrowicielka wzruszyła ramionami. - Nie ma to dla mnie żadnego znaczenia, o ile tylko jesteś mięciutki.

Kiedy Ankou podszedł bliżej, dostrzegł, że demon ma na sobie... naszyjnik z białych paciorków. Zmrużył oczy. Nie, nie z paciorków. Z mlecznych zębów.

- Podoba ci się moja błyskotka, najemniku? - Wiedźma uśmiechnęła się i przejechała dłonią po zębach nawleczonych na sznurek. - Może kiedy skończymy, dodam kilka twoich.

Coś poruszyło się pod skórą na policzku uzdrowicielki - przepełzło i zniknęło. Czyli z ofiary rzeczywiście nic nie zostało, pomyślał Ankou, to tylko skorupa. Fakt, że nie było już kogo ratować, znacząco ułatwiał sprawę.

- Kiedy poprosiła cię o moc? - zapytał.

- Osiem lat temu - odpowiedziała wiedźma. Nie... odpowiedział d e m o n. - Osiem lat picia jej krwi łyżeczkami i teraz jestem już tylko ja.

Tak długo, pomyślał Ankou. Nic dziwnego. Musiała opierać się tym żądzom od lat, nikt nawet o tym nie wiedział. I to wszystko na nic. Ale Ankou nie mógł żałować jej zbyt długo. Czekało go wyzwanie. Nikt nie pokona demona, nie poznawszy właściwego imienia, za pomocą którego można by go przepędzić.

Demon uśmiechnął się tak szeroko, że martwe usta wiedźmy rozdarły się powoli.

- A teraz skosztuję świeżej krwi, najemniku. Twojej.

Ankou bardzo chciał zrewanżować się jakąś błyskotliwą ripostą, ale akurat żadna nie przychodziła mu do głowy - nigdy nie przychodziły, czego skrycie się wstydził - więc po prostu wzruszeniem ramion zrzucił czarną opończę i powiesił ją na pobliskiej gałęzi. Następnie wysunął z pochwy falx - starożytne ostrze kształtem przypominające sierp - i stanął naprzeciwko demona.

- Astaroth? - zapytał.

- Ha! Próbujesz odgadnąć me imię? - Demon, chwiejąc się w pożyczonym ciele, stanął na pociemniałych liściach. - Powodzenia. Nie widziano mnie na tej płaszczyźnie istnienia od dwóch stuleci.

Cóż, stwierdził Ankou, to trochę zawęża wybór.

Demon zacisnął i rozprostował pięści. Zamrugał martwymi oczami i wysunął język jak wąż. Kula pulsującego mroku pojawiła się w jego dłoni, ciemniejsza niż otaczająca ich noc. A potem wzleciał nad ziemię, unosząc się w ciele uzdrowicielki, brudne gołe stopy ledwie muskały liście.

- Anamalech? - próbował dalej Ankou. - Sabnok?

Demon rzucił kulę, rozprostowując przy tym rękę bardziej, niż powinno to być możliwe. Ankou wykonał unik, a pocisk trafił w drzewo za jego plecami.

- Vox? - zgadywał, kiedy liście opadły i zamieniły się w pył. - Namtar?

Pył zaczął wirować wokół polany. Zgęstniał tak, że czerń stała się nieprzenikniona, a demon rozpłynął się w niej całkowicie. Ankou zobaczył kształty wirujące wokół niego w czarnej barierze jak rzeźby z dymu: paszcze i kły, łapy i szpony, cieniste, powykręcane cielska, które wiły się i sięgały ku niemu, ale znał już tę szopkę. A potem ciemność się cofnęła. Wyrosła przed nim jak gęsta chmura, wielka i złowieszcza. Wyczuł coś za plecami, ale zanim zdołał zastawić się mieczem, demon zmaterializował się i przystawił mu do gardła długi, ostry szpon.

- Na imię mi... - wysyczał mu do ucha - ...Moloch!

Brutalnym szarpnięciem demon zerwał mu z gardła warstwę bandaży, tnąc głęboko. Z żył Ankou trysnęła krew, czerwona i parująca w nocnym powietrzu. Poczuł, jak ciepła wilgoć zalewa mu szyję, i zacisnął mocno powieki, wbrew wszystkiemu mając nadzieję, modląc się o cud...

Ale krew się zatrzymała.

I cofnęła.

Popłynęła z powrotem po szyi Ankou, z powrotem do jego żył, tak jak zawsze. Gdy skóra Ankou zrosła się, demon spojrzał na swoje szpony, na których nie było już śladu posoki.

- Nie może być - wymamrotał.

Ale tak właśnie było, tak było i tak zawsze miało być.

- Moloch, dobrze pamiętam? - odezwał się Ankou, kiedy jego struny głosowe zrosły się na powrót.

- Czekaj! - zaskrzeczał demon.

Ale Ankou już wbił mu falx w żołądek i naparł mocno, unieruchamiając istotę tam, gdzie zakrzywiało się ostrze. Demon szarpnął się do przodu, chwycił broń i zakrztusił się. A potem nagle w jego ciemnych oczach błysnęło zrozumienie.

- Z n a m c i ę! - parsknął. - Widziałem cię w Pomiędzy. - Wyszczerzył się, a za szerokie usta rozciągnęły się w krwawą, zębatą kreskę. - Tyś jest tym, który tkwi w miejscu, gdzie spotykają się wszystkie światy... budząc się i umierając... budząc się i umierając po wieki wieków. Najpotworniejsza klątwa. A wszystko to z miłości do wiedźmy takiej jak ta.

Z ust demona pociekła strużka krwi, a on sam zaczął się zmieniać. Każda jedna część jego ciała przemieszczała się, aż z uzdrowicielki w średnim wieku przemienił się w młodą kobietę nabitą na miecz Ankou; oliwkowa skóra pobladła z powodu utraty krwi, a ciemne włosy sięgały jej do pasa. Demon podniósł na niego jej oczy, oczy Any.

- Dlaczego, mój kochany? - powiedział zakrwawionymi ustami.

Ankou zacisnął zęby i wbił falx aż po samą rękojeść.

- Na twe imię, zaklinam cię, Molochu. Wracaj do miejsca między światami. - Sięgnął do kieszeni i cisnął w demona garść czarnej soli.

Zaskwierczało straszliwie, a demon zawył. Wijąc się, upadł na ziemię, wciąż ściskając falx. Musiał jeszcze pozbyć się ciała. Ankou zdjął z pleców srebrny młot. Następnie, włożywszy w uderzenie całą siłę woli, zadał demonowi jeden potężny cios.

Skorupa demona roztrzaskała się jak porcelana. Wszystko zamarło. Wirujący pył opadł powoli, tworząc czarny krąg wokół Ankou; drzewa znieruchomiały na powrót.

- Dobra, mogło pójść lepiej - mruknął Ankou, kiedy walka dobiegła końca. Tak po prawdzie, był nieco zażenowany. Demon nie powinien był nawet go drasnąć. Ale przynajmniej zobaczył szok na jego twarzy, kiedy rana sama się zasklepiła.

A teraz skosztuję świeżej krwi, najemniku. Twojej.

Ankou westchnął.

- Szkoda, że nie krwawię - jęknął. - To mogłem powiedzieć. Pasuje idealnie.

Zarzucił młot na plecy i ponownie owinął szyję bandażem, mamrocząc coś o tym, że powinien stworzyć księgę ripost, o ile jeszcze kiedykolwiek przyjmie zlecenie na demona.

Uderzyła go otaczająca go cisza, spokój, który zapanował na polanie, gdy demon zniknął. Smutek. To wtedy, tylko na chwilę, wyciągnął spod koszuli drobną klepsydrę - ostatnią pamiątkę z jego życia przed klątwą. Ściskał ją w dłoni jak amulet, kiedy przeszukiwał zakrwawioną, rozpadającą się chatę. Ściskał ją, kiedy oglądał smugi krwi na ścianach i kiedy pod zerwanymi deskami w podłodze znalazł dziecięce czaszki, małe i delikatne.

Za późno. Myśl błąkała mu się pod nogami jak smutny kundel. Puścił klepsydrę, która zawisła na koszuli, i nie dotknął jej więcej.

Niezniszczalność, przynajmniej z początku, wydawała się interesująca - to prawda, że klątwa pozwoliła mu dokonać rzeczy, których nie dokonał nigdy żaden inny najemnik w historii. Ale minęły trzy stulecia, a on nawet odrobinę nie przybliżył się do celu swej prawdziwej misji - odnalezienia lekarstwa na klątwę. Pięć Krain, które niegdyś zdawały się tak rozległe, teraz kojarzyły mu się z ciasną i przyprawiającą o klaustrofobię szafą. Nie było nic, czego by nie widział, nic nowego, co mógłby odkryć. Zaczął nawet rozpoznawać ślady Czarnego Karawanu na większości piaszczystych dróg Valacii. To właśnie wtedy zdał sobie sprawę, że w trakcie wszystkich swoich podróży, kiedy oglądał narodziny, starzenie się i śmierć kolejnych pokoleń, najzwyczajniej w świecie kręcił się w kółko. Wyszedł z chaty uzdrowicielki i naciągnął na ramiona czarną opończę.

Poczuł pod skórą zimny dreszcz i wtedy, jednocześnie zewsząd i znikąd, rozbrzmiał wokół niego głos demona, który postanowił podręczyć go jeszcze, zanim opuści ten świat.

- Słyszałeś, co mówią o tobie w Pomiędzy, prawda? - zamruczał. - O tym, jak możesz wymknąć się jej mocy?

- Znam przepowiednię - odrzekł Ankou. - Jak wszyscy w Pomiędzy, więc daruj sobie.

Ale demon wyrecytował melodyjnym głosem:

Z głębi ziemi błyskawica

Złoty klucz schowany

Gwiazdami upstrzona lewica,

jak niebo nad oceanem.

Jeśli związany zgromadzić je zdoła,

te przeznaczenia tokeny trzy,

Losy kompletny przemierzy

i zakończy się jego niewola.

Jeśli jednak nie znajdzie ich,

choćby i wierny pragnął być,

miłości ona włoży mu kajdany

i pozostanie jej na zawsze oddany!

- Nie umiesz przegrywać, Molochu - mruknął Ankou. - Próbowałem już tych bredni. A teraz wracaj do Pomiędzy.

- Och, to nie ja przegrałem - odpowiedział demon. - Nie zamieniłbym się z tobą za wszystkie dusze z dziesięciu światów, Ankou.

A potem, rechocząc, demon umknął z płaszczyzny żywych z powrotem do świata cieni, gdzie jego miejsce.

ROZDZIAŁ DRUGI

Lekcje dobiegły końca i Florelle Tannett wyciągnęła się z zamkniętymi oczami na porośniętym trawą klifie, a jej długie rudoblond włosy otaczały jej głowę jak płomienie. Obok niej leżała księżniczka Betheara Ilurosa, przyszła królowa wyspiarskiego państwa-miasta Kaer-Ise, której proste brązowe pukle plątały się z lokami Flory.

Dzień był ciepły, więc rozebrały się do samych halek, ciesząc się chłodną bryzą znad oceanu - robiły tak wielokrotnie od początku ich przyjaźni. Leżąc tak w trawie, mogły być dwiema najzwyczajniejszymi dziewczynami na świecie... Gdyby nie, oczywiście, bogato zdobiony diadem, którym bawiła się Beth. Plecione kółko z białego złota i pereł - nieważne jak drobne - stanowiło dowód na to, że pochodziły z dwóch różnych, lecz połączonych ze sobą światów. Co z tego, że niekiedy Flora chciała o tym zapomnieć, skoro nigdy nie pozwoliła sobie ulec tej pokusie.

- Sama nie wiem - kontynuowała Beth. - To znaczy, rozumiem, że to tradycja, ale będzie mi brakowało tych włosów. Myślisz, że mogłabym wydać królewski dekret i ogłosić, że ścinanie włosów podczas rytuału Przywołania jest zbędne? Średnio będę wyglądała z ogoloną głową.

- Nie będzie tak źle - uspokoiła ją Flora. - Poza tym pomyśl, co się wydarzy, jak ich nie zetniesz. Wszystkie kapłanki będą rozdzierać szaty i lamentować, jaka to z ciebie krnąbrna księżniczka. A potem i tak jakimś cudem zwalą to na mnie, bo jako twoja służka mam na ciebie zły wpływ.

- Proszę cię - prychnęła Beth. - Jesteś praktycznie nowym wcieleniem Cnotliwej Bogini Emir. Ani razu nie mrugnęłaś do żadnego strażnika i nie pamiętam, żebyś kiedykolwiek pyskowała tutorom. Tak naprawdę to ty powinnaś być księżniczką Kaer-Ise.

- No fakt, średnio ci to wychodzi - skwitowała Flora, nie otwierając oczu.

- Hej! - Beth pacnęła ją w ramię.

- Żartuję - rzuciła Flora, po czym westchnęła. - I narzekaj, ile chcesz, ale ja trochę czekam na moje Przywołanie. To jest po prostu takie... doniosłe, wiesz? Takie... starożytne i święte. Siedzisz w lesie, trzymasz w dłoniach złotą uzdę...

- ...i czekasz, aż wymarłe stworzenie przyjdzie, położy ci głowę na kolanach i w ten sposób oznajmi światu, że jesteś czystą i cnotliwą panną gotową iść i oficjalnie stać się kobietą - dokończyła Beth. - Wiem, wiem.

- To nasza kultura, Beth - powiedziała Flora, odwróciwszy głowę, by spojrzeć na przyjaciółkę. I tak było. Przywołanie Jednorożca było uświęconym elementem życia na Kaer-Ise, zresztą na długo przed tym, jak kaer-iskie panny na jednorożcach zakończyły Wojnę z Nekromantą trzysta lat temu, przywoławszy jednorożce z morza, by te pokonały umarłych. W konsekwencji jednorożce zostały wybite, ale po wojnie Kaer-Ise wreszcie zyskało należny mu szacunek ze strony położonej bezpośrednio na południu Valacii, rozciągającego się na północy Skaardu, a nawet Parthu znajdującego się na odległym zachodzie. A Przywołanie było ceremonią, w trakcie której kaer-iskie panny przywoływały boginię Emir, dziewicę wiecznej cnoty, i mimo że jednorożce już wyginęły, na całym Kaer-Ise próżno było szukać bardziej uświęconego rytuału.

- Wiem - powiedziała księżniczka. - Uważam po prostu, że jest trochę... przestarzała. Wojna zakończyła się trzysta lat temu. Jakoś Valacianie nie uczepili się jej tak jak my - obruszyła się. - Chciałabym zwiedzić Valacię. Może kiedy zostanę królową? Popłynęłabyś ze mną, oczywiście, nieważne, co na to mój mąż.

Jej mąż. Beth nie wybrała sobie jeszcze konkurenta. Ostatnio odrzuciła zaręczyny księcia Skaardu i przez moment wydawało się, że zrobi się nieprzyjemnie, ale ostatecznie nic z tego nie wyniknęło. No ale tak, na myśl o zamążpójściu Beth, o tym, że nie będą już tylko we dwie, serce Flory za każdym razem zamierało. Bo oczywiście w przypadku księżniczki Betheary miał to być mąż, nie żona, choć małżeństwa kobiet z kobietami i mężczyzn z mężczyznami nie były na Kaer-Ise niczym niespotykanym. Beth oglądała się jednak tylko za przystojnymi młodzieńcami, za to Flora... cóż... starczy powiedzieć, że piękna dziewczyna mogła zawrócić jej w głowie tak samo skutecznie, co przystojny młodzian. Nie żeby zdradziła się z tym przed Beth. Jeszcze nie. Któregoś dnia, wkrótce, na pewno to zrobi, ale teraz wszystko było takie przyjemne i nieskomplikowane, że nie chciała ryzykować, że cokolwiek się zmieni. A ponieważ i tak nie chciała myśleć o Beth jako mężatce, powiedziała:

- Co chciałabyś zobaczyć, gdybyśmy popłynęły do Valacii?

- Davascę - odpowiedziała zdecydowanie Beth. - Ten mag wody od sztuczek powiedział mi, że tamtejszy bazar nie ma sobie równych, ciągnie się i ciągnie bez końca i można tam znaleźć wszystko, czego dusza zapragnie. Wyobraź sobie, ile ciekawych rzeczy mogłybyśmy tam zobaczyć! Ilu ludzi poznać. Kto wie? - W jej głosie pojawiły się żartobliwe upiorne tony. - Może nawet spotkałybyśmy Ankou!

- Beth!

- Może porwałby nasze dusze do Czarnego Karawanu! - krzyknęła Beth, chwytając Florę za ramię.

- Ej, wiesz, że tego nie lubię!

- Zastanawiam się, jak wygląda pod tymi czarnymi ciuchami - powiedziała Beth. - Słyszałam, że jest przystojny.

- Na bogów, jesteś beznadziejna. - Flora przekręciła się na trawie. Niebo powoli zmieniało kolor. Wkrótce będą musiały wrócić do zamku. Spojrzała badawczo na las, który oddzielał ich klif od reszty Kaer-Ise. Kiedy była mała, czasami wyobrażała sobie, że jeden z jednorożców przeżył i czekał tam na nią. Niekiedy wydawało jej się niemal, że mignął jej między drzewami. Zamyślona wyjęła z kieszeni czerwoną poduszeczkę, w którą powbijano igły i szpilki. Poduszka należała do jej matki i była jedyną rzeczą, którą Flora miała ze sobą, kiedy kapłanki przygarnęły ją po śmierci matki, zanim Betheara ze wszystkich sierot wybrała na swoją podręczną właśnie ją. Najcenniejsza rzecz w jej posiadaniu. Podniosła ją, a pomarańczowe promienie zachodzącego słońca zatańczyły wśród szpilek.

- Flora, myślisz, że Emir naprawdę nas obserwuje? - zapytała Beth. - Że naprawdę jest tam ktoś lub coś, kogo obchodzimy?

Flora zastanawiała się nad tym. Ale zanim zdążyła odpowiedzieć, wysoki, metaliczny dźwięk przerwał spokojny wieczór. Dzwony biły na trwogę. A to mogło oznaczać tylko jedno. Po raz pierwszy od ponad trzystu lat Kaer-Ise zostało zaatakowane. Narastające krzyki. Zapach dymu. Ponad klifami dostrzegła czarne sylwetki okrętów ze smoczymi łbami. Skaardowie.

- Wstawaj! - zawołała Flora.

- Nasze suknie! - krzyknęła Beth, sięgając po szatę.

- Nie mamy czasu! - Flora złapała ją za rękę. - Chodź! - Zostawiły suknie na krzewie i popędziły do lasu. W oddali nad drzewami unosił się dym, a Flora słyszała kolejne krzyki i uderzenia stali. Potem rozbrzmiały wojenne bębny, od których cała wyspa zdawała się trząść - biły tak głośno, jak serce Flory, kiedy razem z Beth biegły w stronę zamku, podciągając halki.

Z powrotem do zamku! Flora miała w głowie tylko tę jedną myśl. Do zamku!

Trzymała Beth za rękę. Żałowała, że nie ma miecza, którym mogłaby obronić księżniczkę, jak na podręczną przystało. Ale zostawiła go w pałacu, bo przecież czemu ktoś miałby zaatakować Kaer-Ise?

Trzy rogate postaci wyszły na ścieżkę przed nimi, przysłaniając światło. Wojownicy. Dobyli broni i w każdej chwili mogli dostrzec Beth i Florę, nawet pośród cieni. Muszę ją chronić, pomyślała Flora. Muszę ją ochronić za wszelką cenę. Zanim Skaardowie zdążyli ich zauważyć, zdjęła diadem Beth i włożyła go sobie na głowę.

- Uciekaj! - wyszeptała.

- Ale co ty... - zaczęła Beth.

- Po prostu biegnij! Na okręt ratunkowy, przez las! Zatrzymam ich! Odciągnę w drugą stronę.

- Flora! - Beth złapała Florę za dłoń, ale dziewczyna wyswobodziła się z uścisku.

- Jesteś ważniejsza ode mnie! - ponagliła ją szeptem Flora. - Uciekaj, już!

Rzuciła kamieniem. Skaardowie się odwrócili. Zobaczyli ją i diadem lśniący w blasku bitewnych płomieni.

- Księżniczka! - odezwał się jeden z nich. - Tam, ta ruda!

Przebiegła przed nimi, odciągając ich w drugą stronę, by Beth mogła ruszyć naprzód. Rzuciła jeszcze okiem za siebie, żeby upewnić się, że księżniczka ucieka, za nimi, w stronę zamku. Do bezpiecznego schronienia.

Flora też uciekała, ściskając w dłoni poduszeczkę matki. W drugą stronę, przez las, z powrotem na klif, jedyne miejsce, które znała, a które znajdowało się na tyle daleko, żeby dać Beth więcej czasu.

Ale gonili ją wojownicy, szybcy i nawykli do biegania. Flora w pewnym momencie poczuła, jak któryś złapał ją za rudoblond włosy rozwiewane pędem powietrza i pociągnął mocno, do siebie.

- Piękne loki, Wasza Wysokość - syknął i zacisnął pięść, by ją przytrzymać. Najbliższy zaczął rozpinać pas.

- Myślałem, że należy do księcia? - odezwał się jeszcze inny.

- Czego książę nie zobaczy, to go nie zaboli. - Szarpnięciem ściągnął jej diadem z głowy i rzucił w krzaki. - Poza tym słyszałeś go: żadnych jeńców.

Wszystko w niej krzyczało. Szarpała się, walczyła z nimi najlepiej, jak potrafiła, ale pobili ją, skopali po brzuchu i żebrach, aż nie mogła oddychać. Umrę, pomyślała, a myśl wydała jej się dziwna, oderwana od katuszy, które przechodziła w tej właśnie chwili. Zaraz umrę.

Kiedy zaciągali ją w mrok, kiedy ściskała poduszkę matki tak mocno, że szpilki wbiły jej się w dłoń, zobaczyła, jak okręty ratunkowe stawiają żagle. Beth, pomyślała jeszcze. A potem szum oceanu, huk bębnów zagłuszyły i pochłonęły wszystko.

ROZDZIAŁ TRZECI

Ankou jechał na północ, kierując się zapachem ognia. Pochylił się do przodu i wyciągał szyję, by spojrzeć możliwie daleko na horyzont, mając nadzieję, że się myli, że jego zmysły ucierpiały jakoś w walce z demonem. Ale Czarny Karawan zmierzał dalej północną drogą, w stronę nadmorskich klifów, aż Ankou w końcu dostrzegł źródło dymu.

Daleko na morzu płonęło Kaer-Ise, państwo-miasto położone na niewielkiej wysepce między Valacią a Skaardem. Po chwili znalazł w swoich rzeczach lunetę i spojrzał przez nią, wstrzymawszy oddech. Góry, lasy, zamek, otaczające go miasteczko, które zajmowało większą część wyspy - wszystko jaśniało na tle nocnego nieba jak wielki wściekły kwiat. Potężny obłok dymu przysłonił połowę gwiazd. Ciała kaer-iskich żołnierzy i cywilów unosiły się na wodzie lub leżały wyrzucone na brzeg, targane co i rusz karmazynowymi falami; trupy były okaleczone i poprzeszywane strzałami. To nie była bitwa - to była rzeź.

Ankou zsiadł z wozu i podszedł do krawędzi klifu. Nie wyobrażał sobie, co mogłoby być powodem takiego ataku. Kaer-Ise było spokojnym miejscem. Mieszkańcy wyspy nie chełpili się ani nie żądali rekompensaty po tym, jak panny na jednorożcach przechyliły szalę zwycięstwa na rzecz Pięciu Krain w Wojnie z Nekromantą, mimo że to właśnie ich jednorożce ostatecznie zadały klęskę umarłym. Wyspiarze po prostu wrócili do siebie i jak zawsze pozostawali neutralni w trakcie trwających od wieków utarczek między Skaardem a Valacią.

W świetle płomieni zobaczył szczątki drakkara roztrzaskanego o rafę. Czyli Skaardowie. Dla północy był to ciężki rok. Krążyły pogłoski o tym, że Skaardom kończy się żywność, że wymiana handlowa między królestwami okazała się fiaskiem, ale Ankou nigdy nie znał się na ekonomii. Może zmagania ze śniegiem i ostrym klimatem zmusiły ich do inwazji na Kaer-Ise. Albo może, odezwał się cicho zmęczony i cyniczny głos w jego głowie, nowa księżniczka Kaer-Ise jest tak okrutna, jak twierdzili wieśniacy. A może Kaer-Ise po prostu im zawadzało.

Ankou rozejrzał się po plaży, patrząc na ciała. Na samym brzegu, między potrzaskanymi deskami, leżało coś bladego i bezwładnego. Ankou nie do końca rozumiał, czemu nagle poczuł, że musi to sprawdzić. Może chodziło o surowy kontrast z ciemnymi skałami i zakrwawionymi ciałami. Może podświadomie rozpoznał, na co patrzy, zanim jego umysł dopuścił do siebie tę myśl. Tak czy inaczej - Ankou zszedł po niemal pionowej ścianie klifu i wymijając pogrążone w ciszy ciała, ruszył w stronę plamy bieli.

Kiedy podszedł bliżej, zorientował się, że to dziewczyna. Dziewczyna w białej halce leżąca twarzą do góry na usłanej kamieniami plaży. W przeciwieństwie do trupów nikt jej nie postrzelił ani nie ciął mieczem. Nie mógł powiedzieć zbyt wiele na temat jej twarzy z powodu pokrywających ją fioletowych siniaków. Nie skończyła jednak jeszcze dwudziestu lat - długie włosy nie zostały ostrzyżone tuż przy głowie, jak nakazywał to zwyczaj, kiedy kaer-iskie panny osiągały dojrzałość. Teraz oblepiały ją jak wodorosty. Tam, gdzie dziewczyna nie była posiniaczona, jej skóra zbladła od wody tak bardzo, że zdawała się niemal przezroczysta. Poszarpana jedwabna halka, kiedyś bez wątpienia piękna, została rozdarta na wysokości stanika. Na nogach, udach i kostkach wykwitły ślady dłoni. Nie musiał się jej przyglądać, żeby zrozumieć, co ją spotkało; zrobiło mu się niedobrze.

Ankou ściągnął czarne rękawice i przyłożył jej do szyi dwa palce. Pod przezroczystą skórą wyczuł tętno - słabe, ale jednak. Szybko opadł na kolana i naparł dłońmi na jej pierś. Raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy. Przyłożył wargi ust dziewczyny i wtłoczył powietrze do jej płuc, po czym wrócił do uciskania klatki.

Raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy.

Kiedy wydawało się, że to już niemożliwe, dziewczyna wzięła gwałtowny oddech i się zakrztusiła. Przechylił jej głowę na bok, a ta zwymiotowała wodę morską na kamienie, parsknęła, po czym opadła z powrotem na plecy, nieprzytomna, ale żywa.

- Na bogów, ale było blisko! - Ankou odetchnął i usiadł obok niej. I co teraz?, pomyślał, patrząc na dziewczynę. Nie mógł jej tak po prostu zostawić. Może zawiezie ją do najbliższego miasta? Tak, to był dobry pomysł. Zostawi ją w jakiejś gospodzie. Da jej też oczywiście trochę pieniędzy. Poleci, że nikomu nie wolno jej tknąć, bo inaczej przyjedzie po nich Czarnym Karawanem i... wyssie ich dusze albo zrobi inną bzdurę, o którą posądzali go ludzie w tej części kraju.

Kiedy owijał ją opończą, zobaczył, że ściska coś w lewej dłoni. Ostrożnie rozwarł jej pięść, palec po palcu, a czerwona poduszka na igły upadła na kamienie. Dłoń poznaczona była ranami. Ścisnęła poduszkę tak mocno, że szpilki wbiły jej się w skórę, a skaleczenia, obmyte z krwi, wyglądały jak... gwiazdy. Jak gwiazdy na nocnym niebie.

Ankou poczuł, jak przechodzi go dreszcz zrozumienia. Gwiazdami upstrzona lewica, jak niebo nad oceanem. Spojrzał po raz ostatni na to, co zostało z Kaer-Ise, na wysoki kłąb ciemnego dymu. Następnie ostrożnie podniósł dziewczynę i zaniósł ją na klif, gdzie czekał Czarny Karawan.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Florelle Tannett leżała w ciemności w obcym pomieszczeniu. Spróbowała się poruszyć, sięgnąć po miecz, ale nigdzie go nie było. Oczywiście, że go nie było. Chwilę później ból szybko wypełnił pustkę, którą czuła wcześniej. Pulsował w jej głowie, kończynach, między nogami. Wzięła głęboki oddech, na tyle głęboki, na ile pozwalały jej popękane żebra. Ale zamiast zapachu morza poczuła kadzidło, przyprawy, skórę, a pod tym wszystkim - woń rozkładu. Kiedy spróbowała poruszyć palcami, zorientowała się, że lewą dłoń miała zabandażowaną, podobnie jak tors.

Oczy księżniczki Betheary w ciemności. Płomienie. Krzyki. Bicie dzwonów i huk wojennych bębnów. Księżniczka krzyczy: Flora! Trzech Skaardów przytrzymuje ją przy ziemi. Jej dłoń zaciśnięta na poduszce matki. Skupić się na tym bólu, aż wszystko się skończy. Potem niosą ją... niosą ją na krawędź klifu. Nagle znajduje się w powietrzu, spada, leci w dół, w objęcia oceanu.

Zacisnęła mocno powieki i zadrżała. To było koszmarne. Ale to nie był sen, tylko prawda, co do najdrobniejszego, przerażającego szczegółu. Tak samo prawdziwe było zresztą tu i teraz, i ona, gdziekolwiek się znajdowała.

Usłyszała coś. Ktoś był blisko, w ciemności, mówił do siebie pod nosem, przeszukując szafkę. Zesztywniała, strach obudził się w niej i przeszył aż do szpiku kości. Leżała tak nieruchomo, jak tylko się dało, i modliła się, żeby głos nie należał do jednego ze Skaardów. Do jednego z Nich.

- Sylfion - wymamrotał głos. - Gdzie on jest? - Ktoś przewrócił jakieś rzeczy, nie pozbierał ich, tylko dalej szczękał i brzdękał. - Aj! No pewnie, sylfion się skończył. Po prostu wspaniale. Hmm... Może ta druga receptura? Pluskwica sercolistna... ale gdzie się podział wrotycz?

Czajnik zagwizdał ostro, a ból rozbłysnął jej czerwienią przed oczami. Rozchyliła odrobinę powieki. Obcy nie był Skaardem. Nie był blady, nie miał niebieskich oczu ani kręconych blond włosów jak wszyscy Skaardowie. Był Valacianinem, chudym i kościstym, o oliwkowej cerze i ciemnych oczach okolonych gęstymi, czarnymi brwiami. Równie czarne i długie do ramion włosy odgarnął za ucho i wtedy Flora dostrzegła, że nosił w chrząstce trzy małe, srebrne obręcze. (Bardzo archaiczne, pomyślała). Wyglądał na rok, może dwa lata starszego od niej samej.

Ale coś w sposobie, w jaki posługiwał się tłuczkiem i moździerzem, coś w nim sprawiało, że nie wydawał się młody. Poruszał się jak ktoś, kto poznał życie i zdążył się nim zmęczyć, jak ktoś o wiele starszy. Wsypał łyżeczkę tego, co rozgniatał, do parującego kubka i zamieszał energicznie. Następnie pochylił się nad nią, a ona zamarła z zaciśniętymi powiekami.

- Ee... wiem, że już nie śpisz - powiedział; miał łagodny, ale dziwny głos. - I wiem, co... - urwał, jakby szukał odpowiednich słów, ale nie umiał ich znaleźć. - Co cię spotkało. Przygotowałem coś, co mogłoby ci pomóc, jeśli chcesz.

Powoli otworzyła oczy. Był tak blisko, że mogła dostrzec dołeczki w jego policzkach. W dłoni trzymał kubek, w którym wymieszał zioła i kto wie, co jeszcze. Serce waliło jej tak głośno, że była przekonana, że je słyszy.

- Co to? - wykrztusiła, a kiedy się odezwała, jej gardło zapłonęło.

- To eliksir dla kobiet, które nie chcą zostać matkami.

Och.

Nie zajdzie od tego w ciążę. Natychmiast ogarnęła ją fala wstydu, poczucia winy i wstrętu.

- Wiem, jak Kaer-Isianie podchodzą do takich rzeczy. Naprawdę - zapewnił ją. - I nie zamierzam cię okłamywać: przez jakiś czas będziesz czuła się fatalnie. Ale jest jeszcze na tyle wcześnie, żeby z tego skorzystać.

Flora ponownie zacisnęła powieki, prosząc gorączkowo, żeby mogła wrócić do tamtego miejsca na klifie, z Beth, żeby ten dzień skończył się normalnie, tak po prostu. Żeby mogła wrócić do zamku, pójść spać, obudzić się następnego ranka - cokolwiek, byle nie musiała podejmować takiej decyzji. Zawsze była posłuszna, zawsze robiła to, co jej kazano, zawsze czciła Emir. Dlaczego do tego doszło? Dlaczego spotkało to właśnie j ą?

- Posłuchaj - mówił dalej młodzieniec. - To musi być twój wybór. Nie dokonam go za ciebie.

Na Kaer-Ise było to nielegalne. Wbrew Emir. Wbrew jej kulturze. Ale na myśl o tym, że w jej łonie miałoby dojrzewać dziecko jednego z Nich, przeszedł ją dreszcz. Spróbowała coś powiedzieć, ale w gardle miała tylko piekącą gulę. Zamiast tego kiwnęła głową. Tak.

Mężczyzna przystawił jej kubek do ust i przechylił go. Napar był gorzki, nawet z miodem, ale wypiła wszystko, do samych fusów. A potem osunęła się w sen bez snów.

Do świtu nie zostało zbyt wiele czasu, ale przyrządził mocny eliksir i wątpił, żeby dziewczyna miała obudzić się wcześniej niż za kilka dni. Zrobił dla niej wszystko, co mógł, i był wdzięczny, że akurat miał pod ręką większość ziół - a te, których brakowało, zebrał bez problemu. Opatrzył jej rany i obandażował żebra. Spróbował nawet wyszczotkować jej włosy, nie budząc jej (co nie było łatwe, biorąc pod uwagę, ile ich miała). Teraz pozostawało tylko poczekać na krwawienie.

W końcu pojawiła się też gorączka, tak jak się spodziewał. W długiej czarnej tunice, w którą ją ubrał, dziewczyna jakimś cudem wyglądała na jeszcze bledszą niż wcześniej. Jej czoło lśniło; skrzywiła się, walcząc z koszmarami. Oczywiście prawdziwy koszmar zacznie się dopiero, gdy się obudzi.