Żeby nikt nie widział
Słyszę, jak Twoje ubóstwo koliduje
z pięknem pełnego istnienia.
Czuję wystarczająco - tłamsi mnie trwoga,
z jaką nie miałam dotąd do czynienia.
Czy jasność, rozbijająca sumienie
na łzy, zbliża się z nawrotem jutra?
Czy nakarmisz mnie, kiedy wybije
rozstrzygająca godzina?
Przyjmiesz z ochotą,
gdy zasną ostatni wędrowcy, potępieni?
A może... może spłoniesz, zanim ktoś zdoła
wskrzesić ogień? Jestem przepustką
do raju. Jestem biletem do piekła,
w jedną stronę - obowiązkowo
w pierwszej klasie.
Rozumiem potęgę chełpliwej radości -
napięty jest każdy zmysł, każda myśl, milenium.
Zanim odkryję, ocucę w sobie
to wykradzione ziarenko, zanim naiwna
odpowiedź dopasuje się do pytania -
umrę w połowie słowa,
tak, żeby nikt nie widział, nie zrozumiał.
I to słowo zwrócę Tobie - pełne krasy,
oddalone, skazane na wolność.
Nie, nie mogę żyć tak, aby brakowało
powietrza, żeby słońce wróciło nie w porę.
Nie chcę przeglądać się w zwierciadle
serca - pozostało dość obietnic,
dla jakich mogłabym nazwać
ten świat inaczej. Przyjrzyj się melancholii -
odnajdź siebie, zapatrzonego
w purpurę spadających gwiazd.
***
Gdzieś nieopodal wszechświata
gromadzi się bezsens istnienia.
Tuż-tuż, za rogiem, odpoczywa sen,
przygotowany na przyszłość,
wyklęty przez ciało.
W moich słowach nie mieści się
bezmiar czasu - ziścił się wieczór,
o którym nie miałam pojęcia.
Powróć do historii, stracona przeszłości!
Odnajdź we mnie wieczność,
której mogę ofiarować
zmęczone niebo, rozpostartą ziemię.
Odkąd zrozumiałam, ile łez kosztuje
wynajęcie samotności,
ile chwil musi zmieścić się w godzinie,
poczułam gdzieś pod spodem
ostateczną prawdę, kłamstwo bez prawa
do własnego sumienia.
Wiem, że pewnego razu minę się
z teraźniejszością. Wiem, że oszukam
smutek, który od zawsze pragnął
stać się pociechą.
Nie rozumiem znaków na niebie.
Nie pojmuję znamion na skórze księżyca.
Czy jestem stworzona, aby począć
bez ceregieli kolejne epitafium?
A może przyszłość czyni mnie
podatną na świeże, kwaśne powietrze?
W sidła ramion
Schwytałam niebo w sidła ramion.
Gdzieś pod powierzchnią czasu
kłębią się łzy,
których przestałam się bać.
Tutaj, w pobliżu światła,
sączą się cienie - nie do twarzy.
Zakneblowana nocy, nakarm
swym milczeniem gwiazdy,
konstelacje tłoczące się
u wejścia do nowoczesnego czyśćca.
Nie potrafię sprostać oczekiwaniom
nadziei. Nie umiem śnić pod dyktando
wspomnienia.
Czy muszę kochać
na złość samotności?
Czy jestem warta jedynie pękniętego lustra,
gdzie nikt już nie mieszka?
Przyjdź, sromotna ekstazo.
Powróć, zanim obiecany poranek
rozpostrze usta.
Nie słyszę, jak Twoje ciało oklaskuje
powrót pamięci.
Przejaskrawiona jest tutejsza północ.
Niepochlebna złość, jaką żywię
w ramach rekompensaty
za życie.
Czy kolejna droga powierzona jest
wyczerpanym stopom?
Bóg nadał imię - nikt nie pamięta,
skąd się wzięła tęsknota.
Gdzieś z tyłu pozostała wolność.
Nadeszła wykradziona przyszłość.
Moja dusza
Chadzałam nieznaną drogą,
jedynym drogowskazem było serce.
Szłam do utraty sił,
stracona, bezimienna.
Bezsenność wyznaczała dalszy ciąg,
brak zła - nadzieję.
Kroczyłam więc wytrwale,
nie szukając dróg na skróty, lawirując
między śmiechem a łzami.
Usiłowałam ugłaskać przyszłość,
lecz oczy wciąż spocone.
Namiętność płynęła
w żyłach,
pamięć wyznaczała rytm kroków.
Usiłowałam wskrzesić czas,
lecz rzeczywistość
mogła więcej.
Pragnęłam pokrzepić niebo,
oswoić ziemię - bezsensownie.
Myśli zderzały się ze słowami.
W końcu trafiłam na kamień,
który niegdyś nazywano sumieniem.
Oddaliłam się od swego pokolenia,
podsumowałam czas dorosłości.
Narysowałam dla Ciebie
własne niebo, skąpane w bluesie,
naznaczone prawdą, poczęte
w wolności.
Pora zapomnieć o snach,
pora odnaleźć wejście do duszy.
Pożyczyłam sobie czerstwy księżyc,
aby jutro stało się dniem.
Dziś nazywam Cię zwycięstwem,
choć odeszło ciało, a dusza
pławi się w muzyce.
Ubrana w słońce
Powracam, ubrana w słońce,
z niebem na ustach.
Jestem, choć życie - poczęte nie w porę -
kojarzy się z istnieniem snu.
Przysiadam na nagiej gałęzi,
widzę przed sobą
połacie martwych ogrodów,
archipelagi obumarłych wzruszeń.
Wtulam się w pierś czasu - słyszę,
jak pokornie lśni Twoje serce.
Chciałabym zrozumieć krzyk łez,
lecz wiem: ciału niedaleko stąd
do chwały.
Brak mi odwagi, aby spłodzić
świetny poemat. Nie mam dość
marzeń, aby wskrzesiły samotność,
porównały się do prawdy.
Mój opuszczony wędrowcu,
kocham się w Twej melancholii,
rozumiem przyszłość,
która prędko nie nadejdzie.
Prowadzi nas ta sama ścieżka,
opuszczona przez wszystkich,
cała w żałobie.
Przyjdź, poczuj w duszy zaprzepaszczoną łzę.
Doświadczam rzeczywistości
jak zwykle na opak.
Może zrozumie mnie noc,
cała w roztrzaskanych gwiazdach,
ciemność wskrzeszona z wolności.
Jeszcze bliższa miłość
Jestem światłem,
którego nie potrzebują ciemności.
Jestem życiem, co nie przysparza śmierci.
Istnieję, bowiem świat -
niedocenione dzieło sztuki - próbuje wydostać się
na powierzchnię snu.
Przyjdź, samotności, udręczona
długim oczekiwaniem,
spętana w nadzieję, spokrewniona z przyszłością.
Powróć, wielkości, uwolniona
z klatki swego serca. Odnajdź się,
chwało, która tak boleśnie przysparzasz
nowych kroków, skamieniałego powietrza,
dłoni nie do pary.
Wszystko, co pobliskie, dziś słyszy
własny płacz, wypowiada słowa modlitwy,
która nigdy nie dotrwa do końca.
Rozpętało się niebo, zbyt czyste,
aby mogło być prawdziwe.
Od ściany do ściany tuła się przeszłość
tak niedaleka, że słyszę brzmienie
jej zachłannego oddechu.
Mój miły, odzyskaj najlepszy sen.
Odwróć się na drugą stronę
i wyśnij łzy, które nie potrzebują łaski,
nie szukają litości.
Znajome jest jutro. Jeszcze bliższa
miłość, do jakiej tak wielu się nie przyznaje.