Ten świat dalej trwa - Katarzyna Koziorowska

Kup ebooka

6.06 zł
5.03 zł (5,15 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Żeby nikt nie widział

Słyszę, jak Twoje ubóstwo koliduje

z pięknem pełnego istnienia.

Czuję wystarczająco - tłamsi mnie trwoga,

z jaką nie miałam dotąd do czynienia.

Czy jasność, rozbijająca sumienie

na łzy, zbliża się z nawrotem jutra?

Czy nakarmisz mnie, kiedy wybije

rozstrzygająca godzina?

Przyjmiesz z ochotą,

gdy zasną ostatni wędrowcy, potępieni?

A może... może spłoniesz, zanim ktoś zdoła

wskrzesić ogień? Jestem przepustką

do raju. Jestem biletem do piekła,

w jedną stronę - obowiązkowo

w pierwszej klasie.

Rozumiem potęgę chełpliwej radości -

napięty jest każdy zmysł, każda myśl, milenium.

Zanim odkryję, ocucę w sobie

to wykradzione ziarenko, zanim naiwna

odpowiedź dopasuje się do pytania -

umrę w połowie słowa,

tak, żeby nikt nie widział, nie zrozumiał.

I to słowo zwrócę Tobie - pełne krasy,

oddalone, skazane na wolność.

Nie, nie mogę żyć tak, aby brakowało

powietrza, żeby słońce wróciło nie w porę.

Nie chcę przeglądać się w zwierciadle

serca - pozostało dość obietnic,

dla jakich mogłabym nazwać

ten świat inaczej. Przyjrzyj się melancholii -

odnajdź siebie, zapatrzonego

w purpurę spadających gwiazd.

***

Gdzieś nieopodal wszechświata

gromadzi się bezsens istnienia.

Tuż-tuż, za rogiem, odpoczywa sen,

przygotowany na przyszłość,

wyklęty przez ciało.

W moich słowach nie mieści się

bezmiar czasu - ziścił się wieczór,

o którym nie miałam pojęcia.

Powróć do historii, stracona przeszłości!

Odnajdź we mnie wieczność,

której mogę ofiarować

zmęczone niebo, rozpostartą ziemię.

Odkąd zrozumiałam, ile łez kosztuje

wynajęcie samotności,

ile chwil musi zmieścić się w godzinie,

poczułam gdzieś pod spodem

ostateczną prawdę, kłamstwo bez prawa

do własnego sumienia.

Wiem, że pewnego razu minę się

z teraźniejszością. Wiem, że oszukam

smutek, który od zawsze pragnął

stać się pociechą.

Nie rozumiem znaków na niebie.

Nie pojmuję znamion na skórze księżyca.

Czy jestem stworzona, aby począć

bez ceregieli kolejne epitafium?

A może przyszłość czyni mnie

podatną na świeże, kwaśne powietrze?

W sidła ramion

Schwytałam niebo w sidła ramion.

Gdzieś pod powierzchnią czasu

kłębią się łzy,

których przestałam się bać.

Tutaj, w pobliżu światła,

sączą się cienie - nie do twarzy.

Zakneblowana nocy, nakarm

swym milczeniem gwiazdy,

konstelacje tłoczące się

u wejścia do nowoczesnego czyśćca.

Nie potrafię sprostać oczekiwaniom

nadziei. Nie umiem śnić pod dyktando

wspomnienia.

Czy muszę kochać

na złość samotności?

Czy jestem warta jedynie pękniętego lustra,

gdzie nikt już nie mieszka?

Przyjdź, sromotna ekstazo.

Powróć, zanim obiecany poranek

rozpostrze usta.

Nie słyszę, jak Twoje ciało oklaskuje

powrót pamięci.

Przejaskrawiona jest tutejsza północ.

Niepochlebna złość, jaką żywię

w ramach rekompensaty

za życie.

Czy kolejna droga powierzona jest

wyczerpanym stopom?

Bóg nadał imię - nikt nie pamięta,

skąd się wzięła tęsknota.

Gdzieś z tyłu pozostała wolność.

Nadeszła wykradziona przyszłość.

Moja dusza

Chadzałam nieznaną drogą,

jedynym drogowskazem było serce.

Szłam do utraty sił,

stracona, bezimienna.

Bezsenność wyznaczała dalszy ciąg,

brak zła - nadzieję.

Kroczyłam więc wytrwale,

nie szukając dróg na skróty, lawirując

między śmiechem a łzami.

Usiłowałam ugłaskać przyszłość,

lecz oczy wciąż spocone.

Namiętność płynęła

w żyłach,

pamięć wyznaczała rytm kroków.

Usiłowałam wskrzesić czas,

lecz rzeczywistość

mogła więcej.

Pragnęłam pokrzepić niebo,

oswoić ziemię - bezsensownie.

Myśli zderzały się ze słowami.

W końcu trafiłam na kamień,

który niegdyś nazywano sumieniem.

Oddaliłam się od swego pokolenia,

podsumowałam czas dorosłości.

Narysowałam dla Ciebie

własne niebo, skąpane w bluesie,

naznaczone prawdą, poczęte

w wolności.

Pora zapomnieć o snach,

pora odnaleźć wejście do duszy.

Pożyczyłam sobie czerstwy księżyc,

aby jutro stało się dniem.

Dziś nazywam Cię zwycięstwem,

choć odeszło ciało, a dusza

pławi się w muzyce.

Ubrana w słońce

Powracam, ubrana w słońce,

z niebem na ustach.

Jestem, choć życie - poczęte nie w porę -

kojarzy się z istnieniem snu.

Przysiadam na nagiej gałęzi,

widzę przed sobą

połacie martwych ogrodów,

archipelagi obumarłych wzruszeń.

Wtulam się w pierś czasu - słyszę,

jak pokornie lśni Twoje serce.

Chciałabym zrozumieć krzyk łez,

lecz wiem: ciału niedaleko stąd

do chwały.

Brak mi odwagi, aby spłodzić

świetny poemat. Nie mam dość

marzeń, aby wskrzesiły samotność,

porównały się do prawdy.

Mój opuszczony wędrowcu,

kocham się w Twej melancholii,

rozumiem przyszłość,

która prędko nie nadejdzie.

Prowadzi nas ta sama ścieżka,

opuszczona przez wszystkich,

cała w żałobie.

Przyjdź, poczuj w duszy zaprzepaszczoną łzę.

Doświadczam rzeczywistości

jak zwykle na opak.

Może zrozumie mnie noc,

cała w roztrzaskanych gwiazdach,

ciemność wskrzeszona z wolności.

Jeszcze bliższa miłość

Jestem światłem,

którego nie potrzebują ciemności.

Jestem życiem, co nie przysparza śmierci.

Istnieję, bowiem świat -

niedocenione dzieło sztuki - próbuje wydostać się

na powierzchnię snu.

Przyjdź, samotności, udręczona

długim oczekiwaniem,

spętana w nadzieję, spokrewniona z przyszłością.

Powróć, wielkości, uwolniona

z klatki swego serca. Odnajdź się,

chwało, która tak boleśnie przysparzasz

nowych kroków, skamieniałego powietrza,

dłoni nie do pary.

Wszystko, co pobliskie, dziś słyszy

własny płacz, wypowiada słowa modlitwy,

która nigdy nie dotrwa do końca.

Rozpętało się niebo, zbyt czyste,

aby mogło być prawdziwe.

Od ściany do ściany tuła się przeszłość

tak niedaleka, że słyszę brzmienie

jej zachłannego oddechu.

Mój miły, odzyskaj najlepszy sen.

Odwróć się na drugą stronę

i wyśnij łzy, które nie potrzebują łaski,

nie szukają litości.

Znajome jest jutro. Jeszcze bliższa

miłość, do jakiej tak wielu się nie przyznaje.